Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 378 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Seks na księżycu - Ben Mezrich

 

Kolejna oparta na faktach książka kontrowersyjnego dokumentalisty. Mezrich kunsztownie rekonstruuje dzieje najbardziej romantycznej i brawurowej kradzieży ostatniego stulecia. Zaczyna się niewinnie. W ręce Thada Robertsa trafia folder informujący o naborze na prestiżowy staż w Centrum Lotów Kosmicznych im. Lyndona B. Johnsona w NASA. Z żoną, trzystoma dolarami na koncie i połataną koszulą, bez odpowiedniego wykształcenia i koneksji młodzieniec raczej nie ma szans, ale też nic do stracenia. Udaje mu się! Po morderczych przygotowaniach przekracza bramę NASA. Wie jedno - za wszelką cenę musi zabłysnąć. Szybko zyskuje opinię świetnie zapowiadającego się naukowca. I gdy jego marzenie, by zostać pierwszym człowiekiem na Marsie, nie jest już niemożliwe do spełnienia, kompletnie traci głowę dla młodziutkiej, ślicznej stażystki. Postanawia dać jej kawałek Księżyca. Dosłownie.Plan niemal doskonały, podejrzliwy kolekcjoner z Belgii, FBI, młodzieńcza fantazja, ogromne pieniądze i wielka namiętność, która zaprowadzi Thada Robertsa na długie osiem lat do więzienia. Mistrzowskie pióro Mezricha i nieprawdopodobna historia, trzymająca w napięciu jak pierwszorzędny thriller.

 

Mezrich doprowadził do perfekcji gatunek literatury faktu, który sam wypracował: utalentowani, często pozbawieni skrupułów młodzi ludzie w zawrotnym tempie pną się do góry tylko po to, by boleśnie spaść na ziemię.

„Publishers Weekly"

 

Mezrich to mistrz konstrukcji postaci i dialogów, która sprawia, że literatura faktu jest równie fascynująca, jak najlepsza powieść sensacyjna.

„The Chronicle Herald"

 

Porywająca historia i bohaterowie z krwi i kości. Czyta się świetnie, jak powieść akcji.

„Booklist"

Opinie o ebooku Seks na księżycu - Ben Mezrich

Fragment ebooka Seks na księżycu - Ben Mezrich

Ben Mezrich

Seks na Księżycu

Niezwykła opowieść o najbardziej zuchwałym skoku w historii

Przełożył Jacek Konieczny

Tytuł oryginału: Sex on the Moon

Copyright © 2011 by Ben Mezrich

All rights reserved. This translation published by arrangement with Doubleday, an imprint of The Knopf Doubleday Publishing Group, division of Random House, Inc.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Dla Ashera – ta książka zawsze będzie szczególna, ponieważ pojawiłeś się na naszym świecie gdzieś między rozdziałem pierwszym a dziesiątym. Kto wie – może kiedy będziesz na tyle duży, aby to przeczytać, wspólnie obejrzymy astronautę stawiającego pierwsze kroki na Marsie.

Uwagi autora

Seks na Księżycu to fabularyzowana opowieść oparta na wielu rozmowach, najróżniejszych źródłach i tysiącach stron akt sądowych. Starałem się możliwie wiernie odtworzyć chronologię zdarzeń i szczegóły. Thad Roberts wspaniałomyślnie poświęcił mi wiele czasu, pomagając w rekonstrukcji tej niezwykłej historii. W rezultacie wiele okoliczności zostało przedstawionych z jego perspektywy. Choć starałem się wiernie zaprezentować jego przemyślenia, dokładałem jednocześnie wszelkich starań, aby zachować obiektywizm. Ponieważ jednak historia ta jest w dużej mierze tożsama z kolejami losu samego Thada, opowiedziałem ją przede wszystkim z jego perspektywy. Jestem mu szczególnie wdzięczny za zgodę na opublikowanie fragmentów prywatnych listów, napisanych w więzieniu; wykorzystałem je w różnych częściach książki.

Zmodyfikowałem okoliczności pewnych zdarzeń, by chronić tożsamość bohaterów; zmieniłem też niektóre nazwiska, charakterystyki osób, wygląd fizyczny i biografie – niekiedy na prośbę samych zainteresowanych. W moich książkach stosuję technikę rekonstruowanego dialogu: konkretne wypowiedzi opieram na wspomnieniach uczestników zdarzeń, ale ponieważ wiele z nich odnosi się do dawnych zdarzeń, odtwarzam je i skracam.

Na temat źródeł obszerniej wypowiadam się w podziękowaniach, w tym miejscu chciałbym tylko ponownie wyrazić wdzięczność Thadowi Robertsowi za niezwykłą życzliwość. Chciałbym również podziękować Axelowi Emmermannowi, Gordonowi McWhorterowi i Mattowi Emmiemu za poświęcony mi czas, a także wielu innym osobom, które wolały pozostać anonimowe.

Prolog

To była chyba najdziwniejsza ucieczka w historii.

Thad Roberts patrzył przez szybę jeepa i próbował opanować nerwy. Deszcz lał szarymi strugami z taką intensywnością, że Thad ledwo dostrzegał czerwone światło sygnalizacji wiszącej w odległości dwóch metrów. Czekanie na zmianę świateł trwało całą wieczność. Za jego plecami ciągnął się długi kręty chodnik, spowity mgłą i poprzecinany pięcioma przecznicami. Przed każdą musiał zatrzymać się i wytrwale czekać na zielone. W ośrodku obowiązywało ograniczenie prędkości do dziesięciu kilometrów na godzinę – o czym informowały znaki rozstawione co kilka metrów – a kiedy przy takiej prędkości trafi się na jedno czerwone światło, zalicza się wszystkie pozostałe. W żółwim tempie wlókł się więc przez opustoszałe, zalane deszczem ulice pilnie strzeżonego kompleksu. Prowadzenie było udręką: neurony w jego mózgu wydawały się eksplodować niczym sztuczne ognie, a serce waliło mu tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi.

Zacisnął mocniej palce na kierownicy. Wpatrywał się w czerwoną plamę, czekając niecierpliwie, aż zmieni kolor. Chętnie zmusiłby silnik do pracy na najwyższych obrotach, wdusił gaz do dechy, przekroczył dozwoloną prędkość i zwinął się stamtąd jak najszybciej. Miał jednak świadomość, że dookoła znajdują się kamery – a widok bramy wjazdowej trafia do kilkunastu stanowisk ochrony. Aby akcja zakończyła się sukcesem, musiał zachować spokój i przestrzegać reguł. Musiał sprawiać wrażenie, jakby miał prawo przebywać w tym miejscu.

Wziął głęboki oddech i jego policzek oblało czerwone światło sygnalizacji. Jeszcze kilka sekund. Tyle, aby zerknąć w stronę siedzenia pasażera. Niespecjalnie mu to pomogło. Sandra wyglądała na jeszcze bardziej przerażoną od niego. Miała trupio bladą twarz i oczy jak spodki. Chciał powiedzieć coś uspokajającego, ale nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Ładna dziewiętnastolatka o jasnokasztanowych włosach była jeszcze młodsza od Thada, co niekoniecznie czyniło z niej wymarzony materiał na wspólniczkę. Ale była specjalistką od elektroniki, więc w końcu wybłagała od niego zgodę na udział w skoku.

Thad przeniósł wzrok na miejsce między siedzeniami i niemal uśmiechnął się na widok swojej dziewczyny, która przycupnęła pod deską rozdzielczą. Rebeka miała kruczoczarne włosy, przycięte krótko przy alabastrowej skórze, i była jeszcze ładniejsza niż Sandra. Niedawno skończyła dwadzieścia lat. Mimo młodego wieku to właśnie ona jako jedyna nie wyglądała na wystraszoną. Jej jasne, niebieskie oczy błyszczały z emocji. Dla niej cała akcja była po prostu niesamowicie ekscytująca – taka, przy której James Bond może się schować! Na widok Rebeki Thad poczuł przypływ adrenaliny. Jeszcze chwila i będzie po wszystkim.

Nagle zalał go zielony blask – w końcu zmieniło się światło. Wcisnął pedał gazu i jeep szarpnął do przodu. Thad szybko uniósł stopę, aby prędkościomierz wskazywał dokładnie dziesięć kilometrów na godzinę. Powolna, pełna najwyższego napięcia ucieczka trwała. Słyszał tylko warkot silnika i stukot deszczu o przednią szybę.

Kilka minut później dotarli do ostatnich świateł – oczywiście i tym razem musieli się zatrzymać. Po lewej stronie Thad dostrzegł stojącą w odległości kilku metrów budkę. Zwykle przebywało w niej co najmniej dwóch umundurowanych wartowników. Zwalniając, Thad wstrzymał oddech. Stanął na światłach. Patrzył prosto przed siebie i miał nadzieję, że Sandra zachowuje się tak samo. Nie potrafiłby wyjaśnić strażnikowi, co robił na terenie ośrodka w nocy z soboty na niedzielę. Liczył na to, że ratownikom nie będzie się chciało wyjść na deszcz, niemniej gdyby któryś z nich przyjrzał się uważnie jeepowi, mógłby zwrócić uwagę na niskie zawieszenie samochodu. Tylna oś opadła tak wyraźnie, że kiedy stali na światłach, podwozie niemal opierało się na jezdni.

Była to jedna z kilku okoliczności, których Thad i jego wspólniczki nie przewidzieli. A dokładnie mówiąc, niewłaściwie ocenili sytuację. Sejf, który niecałe dziesięć minut wcześniej wtargali na tył jeepa, ważył znacznie więcej, niż przypuszczali, zapewne ponad dwieście pięćdziesiąt kilogramów. Dopiero z pomocą obu dziewczyn i wózka z podnośnikiem Thad zdołał umieścić sejf w samochodzie, a później i tak musiał wytężyć wszystkie siły, aby ustawić to cholerstwo w odpowiedniej pozycji. Odetchnął z ulgą dopiero, gdy oś jeepa nie złamała się pod potężnym ciężarem. Było jednak jasne, że nawet pobieżna inspekcja samochodu wystarczyłaby do zdemaskowania całej operacji.

Na szczęście żaden z wartowników nie miał ochoty wystawić nosa z budki. Kiedy zapaliło się zielone światło, Thad jak najdelikatniej wcisnął pedał gazu i zaczął prowadzić samochód z przepisową prędkością. Tuż za światłami zobaczyli bramę wjazdową do ośrodka. Zbliżali się do niej pomału; w ostatniej chwili szlaban uniósł się w górę. Wyjechali na zewnątrz. Thad powoli przyspieszył. Piętnaście kilometrów na godzinę.

Trzydzieści kilometrów na godzinę.

Czterdzieści pięć kilometrów na godzinę.

Spojrzał w lusterko. Ośrodek znikał w strugach deszczu.

Zerknął na Sandrę – ich spojrzenia się spotkały. Rebeka wygrzebała się spod deski rozdzielczej i przykucnęła między nimi, obejmując go ramieniem. I wtedy wszyscy razem zaczęli krzyczeć z radości. Już po wszystkim! Mój boże, udało się.

Kiedy się uspokoili, Thad ponownie spojrzał we wsteczne lusterko – ale tym razem nie patrzył na drogę. Za plecami dostrzegał ciemną bryłę sejfu, przyrzuconego brezentem, który kupili w sklepie żelaznym zaledwie dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Poczuł ucisk w klatce piersiowej: tę mieszaninę wyczekiwania i uczucia, które można opisać wyłącznie jako najprawdziwszą dumę.

Sejf zawierał najcenniejszą substancję na Ziemi. Skarb narodowy. Materiał o niewyobrażalnej wartości, którego nigdy wcześniej nikt nie ośmielił się tknąć. Surowiec absolutnie unikatowy. Thad nie miał pojęcia, ile dokładnie dostałby za całą zawartość sejfu, choć nie ulegało wątpliwości, że już niewielka porcja mogłaby uczynić go najbogatszym człowiekiem na świecie. Właśnie dlatego razem ze swoimi wspólniczkami zdecydował się na ten skok. Największy skok w dziejach Stanów Zjednoczonych.

Finansowa wartość skarbu wcale nie była dla Thada najważniejsza. Chciał przede wszystkim dotrzymać obietnicy złożonej dziewczynie, która siedziała teraz obok niego i obejmowała go ramieniem. Prostej obietnicy, którą miliony mężczyzn złożyły milionom kobiet.

Obiecał, że podaruje jej Księżyc.

Od innych mężczyzn odróżniało Thada to, że jako pierwszy obietnicy faktycznie dotrzymał.

Nawet jeśli, najdroższa, nigdy już nie wezmę Cię w ramiona, nawet jeśli nigdy już nie poczuję ciepła Twego dotyku, delikatności Twego głosu, nie zobaczę pasji w Twych oczach, ich wspomnienie na zawsze pozostanie cząstką mojej osoby. Wieczność istnieje w każdej prawdziwej więzi, w każdej chwili uwrażliwiającej na nowe i pozwalającej sięgnąć głębiej w siebie. Sprawiłaś, Rebeko, że całym swym jestestwem wykroczyłem poza dotychczasowe horyzonty. We wszystkim, czym jestem, będzie zawsze pobrzmiewało Twoje echo. Nie mógłbym się nigdy tego wyrzec. Nie mógłbym zagłuszyć serca. Zawsze będę Cię kochał. Zawsze będę o Tobie pamiętał.

1

Pięć lat wcześniej, luty 1997 roku

Segregatory wyglądały niemalże groźnie. Okładki w kolorze złamanej bieli stały rzędami na regałach. Regały zaś piętrzyły się wzdłuż wszystkich czterech ścian ciasnego, praktycznie ślepego pokoju na parterze. Ale problemem nie był kolor segregatorów; odcień niewystępujący w naturze, nawet w miejscu tak nienaturalnie naturalnym jak Salt Lake City w stanie Utah. Grozy nie budziły nawet czarne drukowane litery na grzbietach segregatorów, obwieszczające zawartość w sposób zrozumiały dla ucznia trzeciej klasy szkoły podstawowej. Deprymująca była sama idea, która kryła się za tą papierową metropolią. Segregatory na regałach przypominających wieżowce odzwierciedlały etap poszukiwań sensu życia.

„Może nie sensu życia, ale z pewnością jego celu” – pomyślał Thad Roberts. Stał przed jednym ze strzelistych regałów, z dłońmi nerwowo wepchniętymi w głębokie kieszenie zielonej, workowatej wiatrówki. Czupryna potarganych jasnobrązowych włosów rzucała plątaninę cieni na jego wysokie kości policzkowe. Pomyślał, że takie pokoje istnieją we wszystkich miastach w Stanach Zjednoczonych, a może nawet na całym świecie. A bez wątpienia na kampusach wszystkich uniwersytetów. Wiele z takich pokojów miało z pewnością znacznie bardziej reprezentacyjny wygląd niż ten prostokątny, wypełniony segregatorami kontener, pełniący funkcję biura karier Uniwersytetu Utah, niemniej wszystkie musiały wzbudzać przerażenie w zbłąkanych duszach zachodzących tam w poszukiwaniu pomysłów na przyszłość... A przynajmniej takich pomysłów na przyszłość, jakie dało się zawrzeć w lśniącym trzypierścieniowym segregatorze.

Minęła zaledwie siódma wieczorem, ale Thad przestępował już z nogi na nogę, stojąc w obłoconych timberlandach przed półkami i chyba po raz setny lustrując wzrokiem ich zawartość. Był tu od dobrych dwóch godzin i w końcu w desperacji zaczął wyciągać segregatory niemal losowo. Rozłożył kilka z nich na małych drewnianych ławkach zsuniętych ze sobą na środku pomieszczenia. Doradca finansowy. Geolog. Kontroler ruchu lotniczego. Fizjoterapeuta. Żaden z tych zawodów do niego nie przemawiał. Thad był bliski załamania. Jeszcze chwila, a zacznie obiema rękami zrzucać segregatory z półek, zamknie oczy i wybierze pierwszy z brzegu.

„Rzuć kostką, wylosuj sobie przyszłość” – przemknęło mu przez głowę.

Zamrugał, zaciskając mocno powieki zmęczonych cytrynowozielonych oczu. A może powinien dać sobie spokój? Siedział tu tak długo i ani odrobinę nie zbliżył się do odpowiedzi na pytanie, co zamierza robić w życiu.

Miał dwadzieścia lat, tonął w studenckich długach. Choć nie ukończył jeszcze studiów, chwytał się każdej pracy – byle przetrwać. Tego dnia wstał o czwartej nad ranem i przez ostatnie piętnaście godzin uganiał się po placu budowy jako zwykły chłopiec na posyłki. Na koncie bankowym miał około trzystu dolarów: wiatrówkę i buty kupił trzy lata wcześniej, a ukryta pod spodem koszula nie rozpadła się tylko dzięki wielokrotnym bohaterskim krawieckim interwencjom Soni, jego pięknej żony, w równym stopniu co on spłukanej. Nie miał pieniędzy ani żadnego planu rezerwowego. Z rodzicami nie rozmawiał od ponad roku i był pewien, że nigdy nie zamieni z nimi słowa. Jak zresztą sami oświadczyli, Thad nie miał już rodziców.

Cała nadzieja ukrywała się w piętrzących się niczym wieżowiec półkach zastawionych trzypierścieniowymi segregatorami.

Problem w tym, że nie był nawet pewien, czego szuka. Zawsze cieszył się opinią wzorowego studenta i znakomicie radził sobie na wszystkich kursach – od biznesu do filozofii. W dzieciństwie ciągle słyszał, jaki to jest mądry, więc choć teraz przez splot nieszczęśliwych okoliczności znalazł się w kłopotliwym położeniu, wciąż wierzył w swoje umiejętności szybkiego zdobywania wiedzy. Czy nie to właśnie jest najważniejsze?

Odgarnął włosy sprzed oczu i przeniósł wzrok na pierwszy rząd segregatorów. Mimo ogromnego zmęczenia postanowił przejrzeć je po raz kolejny.

Jeden z nich przykuł jego uwagę – mniej więcej piąty z brzegu. Thad przystanął na chwilę przy nim, kiedy tylko wszedł do biura karier, ale nie zdecydował się wtedy wyjąć go z półki. Zawód, którego dotyczył, wydał mu się wtedy idiotyczny, a jednocześnie najprawdopodobniej kompletnie dla niego nieosiągalny. Kilka godzin później Thad nie był już tak krytyczny.

Sięgnął po segregator i przeczytał ponownie drukowany tytuł.

ASTRONAUTA.

Nie mógł uwierzyć, że istnieje segregator poświęcony tej profesji. Thad pominął go wcześniej, przekonany, że tylko piloci z Sił Powietrznych mogą marzyć o karierze astronauty – teraz uznał, że nie zaszkodzi sprawdzić. Przecież kochał niebo. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił po przybyciu na uniwersytet, było odwiedzenie tutejszego obserwatorium. Od tego czasu kilkakrotnie zaglądał do małego budynku na wzgórzu, zazwyczaj, gdy potrzebował przestrzeni do rozmyślań. Przestrzeni rozumianej najzupełniej dosłownie.

Zaczął przeglądać zawartość segregatora. Ku jego zaskoczeniu astronauci zostali tam podzieleni na Pilotów i Specjalistów. Pilotów rekrutowano niemal wyłącznie z wojska, ponieważ to oni dowodzili statkami kosmicznymi. Z kolei Specjalistami mogli zostać przedstawiciele różnych dziedzin. I to oni odwalali całą robotę, przeprowadzając eksperymenty w trakcie misji. Specjalistami musiało być zatem tych dwóch gości, którzy podczas lądowań na Księżycu chodzili po jego powierzchni i odbijali piłeczki golfowe. Na orbicie zostawał wówczas Pilot. Musiał strasznie zazdrościć kolegom, wiedząc, że przeleciał taki kawał drogi, a nie dostał szansy na opuszczenie statku. Jeżeli Thad miałby zostać astronautą, chciał być jednym z tych gości, który chodzą po Księżycu.

Kiedy dokładniej wczytał się w dokumentację, olśniło go. Zdał sobie sprawę, że gdyby rzeczywiście miał wybrać tę drogę kariery – co nadal wydawało mu się szaleństwem – musiałby wrócić do szkoły. Skończyć jakiś kierunek przydatny w NASA. Biologię, astrofizykę, może geologię. Musiałby również opanować wiele innych umiejętności. Nurkowanie, ponieważ astronauci szkolili się pod wodą. Języki, ponieważ przestrzeń kosmiczna zrobiła się międzynarodowa i dochodziło często do wymiany ludzi i sprzętu. Niezbędna byłaby także licencja pilota – choć nie mógł konkurować z chłopakami z wojska – bo musiałby umieć latać.

Wszystko to wydawało się Thadowi fascynujące, niesamowicie romantyczne. Choć w dzieciństwie nie marzył o podróży do gwiazd – był za mały, aby pamiętać pierwsze lądowanie na Księżycu – teraz z miejsca połknął bakcyla. Kariera astronauty wydawała się pasować do niego z wielu powodów. Był marzycielem; wiedział, co to ciężka praca. Chciał zdobyć wszystkie potrzebne umiejętności – nurkowanie, pilotaż, rosyjski – a w ten sposób zyskałby odpowiednią motywację.

Do diaska, kto nie chciałby stanąć na Księżycu?

W segregatorze nie znalazł jednak o nim zbyt wielu informacji. Kilka artykułów poświęconych obecnym planom NASA wspominało raczej o innym celu wypraw załogowych: Marsie. Naukowcy mieli nadzieję, że powstanie program podobny do tego, który w 1969 roku doprowadził do lądowania na Księżycu. Ciekawe, jakie to uczucie być astronautą lecącym w kosmos... Mieć szansę zostania pierwszym człowiekiem, który dociera w jakieś nowe, nieskażone ludzką obecnością miejsce. Gdzieś daleko od Utah.

Być pierwszym człowiekiem na Marsie.

I nagle Thad zorientował się, że opuściło go całe zdenerwowanie i stres.

Przebierając nogami z taką energią, że pedały roweru zlewały się w kolistą smugę, pochylony nad kierownicą, Thad rozdzierał lodowate powietrze odsłoniętymi policzkami i czołem. Pędził z taką prędkością, że ledwie dostrzegał migający pod stopami chodnik. Wzrok skupił na stożku pomarańczowego światła małej lampki przyczepionej na przodzie roweru. Nie zwracał uwagi na rosnące wzdłuż ulicy drzewa ani na migotanie okien ukrytych za grubą warstwą liści. Ostatnie wzgórze pokonał na pełnej prędkości. Opony wpadły w lekki poślizg na oblodzonej drodze, zaraz potem w zasięgu pomarańczowego stożka światła pojawił się żwir podjazdu. Nacisnął na hamulce o sekundę za późno, mimo to zdążył skręcić rozkołysanym rowerem na żwir. Zeskoczył i wylądował na trawniku.

Dom, który wynajmował, był niewiele większy od górskiej chaty. Sonia czekała już na ganku. Piękne rudoblond włosy spięła w kucyk, a biały pulower przylegał ściśle do jej kształtnego ciała. Thad podbiegł do niej i wyciągnął ręce. Uśmiechnęła się promiennie i podciągnęła pulower, odsłaniając płaski brzuch. Ujęła go za dłonie i przycisnęła je do ciepłej skóry. Drżała. Ten sympatyczny rytuał narodził się w ostatnich kilku miesiącach wspólnego życia. Może i był głupi, może i był ckliwy, ale Thad wiedział, że zapamięta te chwile na zawsze.

Weszli do środka. Salon był w zasadzie nieurządzony. Znajdowało się tam zaledwie kilka mebli kupionych na wyprzedażach, telewizor, z którego rzadko korzystali, oraz przenośny kaloryfer, który tryskał strużkami wrzątku, kiedy nastawiło się go na zbyt dużą temperaturę. Thad poprowadził żonę ku kanapie przy telewizorze. Usiadł obok niej i oświadczył, że zamierza zostać astronautą. Wyjaśnił szczegółowo, co to oznacza w praktyce, czego będzie musiał się nauczyć i co zmienić, aby stało się to możliwe. Kariera astronauty wymagała poświęceń – również od Soni. Dziewczyna pracowała na pełnym etacie jako asystentka stomatologa, a od niedawna dorabiała sobie wieczorami jako modelka; podjęła nawet współpracę z lokalną agencją. On musiałby wznowić studia, a także zapisać się na lekcje nurkowania i pilotażu. Musiał dysponować CV, które zrobiłoby wrażenia na naukowcach z NASA. A to nie mogło być łatwe.

– Chcesz zostać astronautą – powtórzyła Sonia, obrzucając go uważnym spojrzeniem.

Nie zdziwiłby się, gdyby wybuchnęła śmiechem. Zamiast tego rozczesała dłonią splątane włosy.

– Super. Rozumiem, że muszę znaleźć kolejną pracę.

2

Jeszcze rok wcześniej astronauci, Mars i naukowcy z NASA w najmniejszym stopniu nie obchodzili Thada, kiedy trzęsąc się, siedział skulony na tylnym siedzeniu wielkiej szarej furgonetki rodziców. Spodziewał się, że lada chwila może zginąć z rąk ojca.

Furgonetka stała na podjeździe przed jego domem rodzinnym. Był to parterowy budynek w stylu rancho, wzniesiony na przedmieściach Syracuse w stanie Utah, zapadłej dziury, której nie sposób znaleźć na mapie. Udawała ona typowo farmerską mieścinę, a jej mieszkańcy udawali, że są farmerami – poza kilkoma rodzinami, które rzeczywiście mieszkały na farmach. Rodzice Thada żyli w posiadłości o powierzchni półtora akra. Uprawiali własne warzywa, na pobliskiej łączce wypasali krowy, zapewniające im dostatecznie wiele mięsa, aby wyżywić Thada i jego sześcioro braci i sióstr. Wiedli żywot prosty, wydawałoby się – nawet uroczy i staroświecki. Tyle że Thad od dawna sądził inaczej.

Chwilę wcześniej zaczął padać śnieg, otaczając furgonetkę gniewnym wirem monstrualnych białych płatków. Thad nie zwracał na nie uwagi, ponieważ skupił się na obserwacji drzwi wejściowych. Był pewien, że lada chwila pojawi się w nich jego ojciec ze strzelbą, podejdzie do furgonetki i strzeli mu w łeb.

Thad miał podstawy sądzić, że ojciec zamierza go zamordować. Był tego wręcz pewien. Podczas godzinnej drogi z lotniska w Salt Lake City do domu obserwował narastające w ojcu wrzenie wyrażające się plamą czerwieni rozlewającą się na jego karku. Matka, siedząca w milczeniu obok męża, tylko raz w trakcie całej podróży odwróciła się do tyłu, a jej spojrzenie potwierdziło obawy syna.

Thad uznał, że tym razem przekroczył granicę i ojciec w końcu zrobi to, co uważa za konieczne.

Powstrzymał napływające do oczu łzy. Za oknem padał gęsty śnieg, a Thad zastanawiał się, czy poczuje ból, czy w ogóle odnajdzie w sobie siłę, aby wyciągnąć ręce i błagać o wybaczenie. Ojca uważał za brutala, ale może powinien zrobić to, co zamierzał. Może Thad na to najzwyczajniej w świecie zasługiwał.

W głębi serca spodziewał się, że taka chwila nadejdzie, odkąd w pierwszej klasie szkoły średniej poznał Sonię. Nieśmiały kujon nie powinien się łudzić, że ma jakiekolwiek szanse u ładnego, mającego powodzenie rudzielca, ale z jakiegoś powodu ona odwzajemniła jego uczucie. W innej, normalnej części świata zaczęliby ze sobą chodzić – czy jakkolwiek określano trzymanie się za ręce w szkolnej auli i ukradkowe pocałunki pod trybunami szkolnego stadionu sportowego. W hermetycznej mormońskiej społeczności sprawy wyglądały jednak inaczej.

Ojciec nie pozwalał, by Thad miał dziewczynę, więc razem z Sonią obmyślili fortel. Przez trzy lata Thad chodził na udawane randki ze wszystkimi przyjaciółkami Soni, przez co wyglądało, jakby utrzymywał niezobowiązujące i moralnie poprawne stosunki z dziewczynami. W ten sposób pozbył się nieśmiałości – najpierw dla zachowania pozorów, później naprawdę. A kiedy już nabrał wiary w siebie, pod wpływem impulsu zrobił to, co uważał za naturalne – mimo że czyn ten potępiała jego religia.

Pierwszy raz był namiętny, ostrożny, wybuchowy i cokolwiek przerażający. Na tylnym siedzeniu samochodu ojca Soni, gdzie naga skóra przyklejała się do winylowego obicia, pod zaparowaną szybą, ich ciała naprężały się z rozkoszy, a umysły próbowały odpędzić mormońskie wyrzuty sumienia.

Od tej pory Thad i Sonia żyli w lęku. Chłopak był przekonany, że jego żarliwie religijny ojciec uznałby ich uczynek za jawny grzech. Utrzymywanie związku w tajemnicy oraz zmaganie się z dręczącym poczuciem winy kosztowało ich mnóstwo wysiłku, ale Thadowi udało się dotrwać do wyjazdu na dwuletnią misję. Był to swoisty rytuał przejścia, który musiał stać się udziałem każdego dziewiętnastoletniego mormona.

Thad został wysłany do OSM – Ośrodka Szkoleniowego dla Misjonarzy – w Provo w stanie Utah. Znalazł się tam w całkowitej izolacji od świata. Wtłoczony w standardowy strój – biała koszula z kołnierzykiem przypinanym na guziki, ciemne spodnie, czasami marynarka – uczył się od nowa, jak powinien mówić, w co się ubierać, jak chodzić i co myśleć. Spał na piętrowym łóżku w dormitorium wraz z ośmioma innymi nastolatkami.

Niemal od początku miał poczucie, że nie jest godzien tam przebywać, że jego tajemnica jest kłamstwem – wobec rodziny, kościoła i Boga. Ale już trzeciej nocy w OSM, kiedy leżał, gapiąc się w sufit i wsłuchując w oddechy pozostałych siedmiu nastolatków, oderwanych jak on od rodzin, ciszę nocną przerwał niespodziewanie chłopak leżący na łóżku obok.

– Ej, chłopaki? Śpicie? Chciałbym wam coś wyznać, ale musicie obiecać, że nigdy nikomu tego nie powiecie…

Chłopak rozpoczął spowiedź. Podobnie jak Thad przed przybyciem do OSM uprawiał seks ze swoją dziewczyną. Teoretycznie Thad i pozostali chłopcy leżący na piętrowych łóżkach powinni być zszokowani tym wyznaniem, ale chwilę później kolejny przyznał się co tego samego. On też spał ze swoją partnerką.

Tamtej nocy wszyscy mieszkańcy pokoju przyznali się, że nie są prawiczkami. Po raz pierwszy od lat Thad zasnął bez poczucia winy. Następnego ranka zaczął się zastanawiać, czy przedmałżeńskie stosunki seksualne faktycznie były tak ciężkim grzechem, za jaki je uważano. A może powinien po prostu zwierzyć się komuś, jak to uczynił jego sąsiad z dormitorium?

Postanowił zrealizować ten pomysł, póki miał odwagę. Umówił się zatem na rozmowę z kierownikiem misji i podczas spotkania w skromnie urządzonym gabinecie opowiedział mu o Soni i grzechu, jaki z nią popełnił. Szczerze wierzył, że może liczyć co najmniej na zrozumienie, a samo wyznanie miało być pierwszym krokiem ku odkupieniu win.

Ale o żadnym odkupieniu nie było mowy – kierownik natychmiast zwołał radę i zażądał usunięcia Thada z misji. W praktyce oznaczało to, że został uznany za grzesznika na forum całej wspólnoty mormonów. Słowa, które Thad wtedy usłyszał, miały rozbrzmiewać w jego uszach przez resztę życia.

– Nie jesteś więcej godzien służyć Bogu.

Następnego dnia odesłano go do domu.

Teraz siedział w furgonetce rodziców, obojętny na śnieg i mróz. W grę wchodziła ucieczka, ale wtedy nigdy więcej nie zobaczyłby Soni, a to wydawało mu się gorsze od wstydu i upokorzenia – gorsze nawet od śmierci z rąk ojca. A zatem siedział i czekał. Pięć minut zamieniło się w dziesięć, później minęło pół godziny, a wkrótce Thad stracił rachubę czasu. Śnieg cały czas sypał, przykrywając ogród warzywny, pastwisko, a nawet dom roziskrzonym kobiercem. Mróz rozgościł się na tyłach furgonetki, a wydychana przez Thada para osadzała się kryształkami na szybie. Mimo to chłopak nie ruszał się z miejsca. Nie potrafił opanować wewnętrznego dygotu.

Dopiero kiedy na dworze zaczęło się ściemniać, a śnieg zasnuł okna furgonetki grubą warstwą, chłopak postanowił wejść do domu. Być może ojciec nie chciał zastrzelić go na widoku publicznym i postanowił załatwić sprawę w zaciszu czterech ścian.

Thad wziął worek z rzeczami – kilka dodatkowych białych koszul, przybory toaletowe, zestaw egzemplarzy Księgi Mormona, kilka krawatów – i wysiadł z furgonetki. Mróz szczypał go w nagie policzki i szyję, ale chłopak zupełnie na to nie zważał. Niczym w transie przeszedł przez trawnik i wszedł do domu.

Rodziców zastał w kuchni. Ojciec siedział przy stole, matka u jego boku. Nie podnieśli głów, kiedy wszedł do środka. Nikt się nie odezwał. Thad stał przez chwilę w drzwiach, wsłuchując się w odgłos topniejącego śniegu, który skapywał z niego na podłogę wyłożoną ceramicznymi płytkami. Wypuścił w ręki worek i zajął miejsce przy stole naprzeciwko rodziców.

Ojciec podniósł wzrok. Z jego oczu bił tak silny gniew, że Thada niemal odrzuciło. Miał poczucie, jakby nie mógł zaczerpnąć powietrza. Żołądek podchodził mu do gardła, a plecy zalała fala ciepła przypominająca prawdziwe płomienie. Matka wpatrywała się we własne odbicie w szklanym blacie stołu. Ale nie ona była tu stroną. Wszystko miało się rozegrać między synem a ojcem.

– Ponieważ jako rodzice cię kochamy – wycedził ojciec przez zaciśnięte zęby – dajemy ci dwa miesiące.

Thad poczuł, jak powietrze wypełnia mu płuca. Dwa miesiące? Nie rozumiał dokładnie sensu tych słów, ale przynajmniej nie dostał kulki. Ojciec nie zamierzał go zabić, a to z pewnością należało uznać za pozytyw.

– Dwa miesiące – powtórzył ojciec. – A oto zasady. Nie masz wstępu do swojego pokoju. Nie masz prawa korzystać ze swoich rzeczy z wyjątkiem tego, co przywiozłeś w worku z misji.

Thad skinął głową. Na razie nie było źle. Żył i mógł wrócić do domu. Ale ojciec jeszcze nie skończył.

– Będziesz spał w piwnicy. Nie wolno ci rozmawiać z siostrami i braćmi. Nie wolno ci nawet na nich spojrzeć. Zero kontaktu wzrokowego. Żadnych liścików. Żadnych telefonów. Masz zakaz komunikowania się z kimkolwiek w jakikolwiek sposób. Wszystko dlatego, Thad, że pójdziesz do piekła, a kontakty z tobą mogłyby spowodować, że my również pójdziemy do piekła.

Thad otworzył usta, ale nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Tak jednoznaczny, okrutny osąd był trudny do przyjęcia. Dla ojca piekło nie było abstrakcyjną kategorią religijną, o której człowiek słyszy w kościele, ale całkowicie realnym, wypełnionym płomieniami i fizyczną męką miejscem. Thad miał tam trafić.

– Będziesz wychodzić z domu przed szóstą rano – kontynuował spokojnie ojciec cichym głosem – i nie wrócisz przed dwudziestą drugą. Nie obchodzi mnie, co będziesz w tym czasie robił, bylebyś trzymał się stąd z daleka. Nikt nie będzie wiedział, że wciąż tu mieszkasz. Nikt nie zamieni z tobą ani słowa, nie zobaczy cię ani nie będzie o tobie myślał. Krótko mówiąc, nie istniejesz.

Skończył, wstał i odwrócił się tyłem do Thada. Matka siedziała nieruchomo przy stole, wpatrując się w blat. Thad znajdował się z nimi w jednym pomieszczeniu, ale tak naprawdę był sam.

Nie istniał.

Podniósł worek i ruszył w stronę drzwi do piwnicy.

Później, kiedy miał zdjąć białą koszulę i położyć się na łóżku polowym – które ojciec wstawił do piwnicy i na którym miał spędzać noce przez następne dwa miesiące – usłyszał niespodziewanie kroki na schodach. Jeszcze bardziej zaskoczył go widok matki, która zeszła po cichu do piwnicy, aby się z nim zobaczyć.

Na krótką chwilę ożyła w nim nadzieja – matka zapewni go, że wciąż należy do rodziny, może nawet przytuli. Przystanęła na najniższym stopniu. Patrzyła na niego, a kiedy zobaczył łzy spływające jej po policzkach, jeszcze bardziej urosła w nim nadzieja. Matka zaraz da mu znak, że naprawdę go kocha, a nawet jeśli z ojcem potraktowali go surowo, to wyłącznie z miłości.

Wtedy jednak w jej spojrzeniu pojawił się lodowaty chłód. Odwróciła się i rzuciła przez ramię:

– Czy po śmierci będziesz się czuł winny, że się przeciwko mnie zwróciłeś?

Po tych słowach wyszła schodami na górę.

Thad stał nieruchomo, odprowadzając ją wzrokiem.

Dwa miesiące później opuścił dom i ożenił się z Sonią. Rodzice uczestniczyli w ceremonii, ale nie zostali na krojenie weselnego tortu. Wypowiedzieli ledwie dwa słowa, gratulując Soni i jej rodzinie, po czym wyszli i wrócili do Syracuse. Thad przestał być ich zmartwieniem. Musiał radzić sobie sam, nawet jeśli miałby pracować na placu budowy jako chłopiec na posyłki – czy też robić coś innego.

Coś znaczącego i ważnego.

Musiał o tym zdecydować samodzielnie.

3

Nic tak nie pozwala spojrzeć na świat z odpowiedniej perspektywy, jak skała licząca dwa miliony lat.

Thad skrzywił się, stawiając kilka ostatnich kroków w słabo oświetlonym magazynie. Przed sobą z najwyższym trudem niósł wielką, plastikową skrzynię. Była znacznie cięższa, niż mogło się wydawać. Nie przemierzał bynajmniej lochów muzeum Uniwersytetu Utah z jakimś pojedynczym kamieniem – w skrzyni musiało się znajdować tyle odłamków, że wystarczyłoby do wysypania krótkiego podjazdu. Wiedział, że przejrzenie wszystkich próbek i wprowadzenie ich do komputerowego archiwum Wydziału Geologii zajmie mu kilka godzin – a w szafie z nowymi nabytkami czekały na niego dwa następne pudła. W muzeum miał spędzić całą noc, ale właśnie dlatego zgłosił się na ochotnika do tego zadania. Byle nie wyczekiwać świtu, krążąc nerwowo po salonie w domu, gdzie mieszkał z Sonią.

Dotarł do regału w głębi pomieszczenia i postawił skrzynię na jednej z półek. Ramiona paliły go z wysiłku, ale to był pozytywny rodzaj bólu – wiedział, że robi coś pożytecznego, nawet jeśli chodziło o jedną noc pracy fizycznej. Podobnie jak anonimowi ludzie, którzy ofiarowali uniwersyteckiemu muzeum próbki wypełniające trzy skrzynie, Thad wspierał Wydział Geologii. W przyszłości będzie mógł z dumą przemierzać jasno oświetlone korytarze muzeum.

Zaraz jednak zdał sobie sprawę, że akurat te kamienie nigdy nie trafią do gablot na górze. Kiedy wcześniej, tamtego wieczora zjawił się w muzeum, powiedziano mu, że próbki te uznano za niedostatecznie ciekawe, aby mogły wejść w skład kolekcji prezentowanej publiczności. Choć Thad uznał niektóre z nich za dość interesujące – kilka skamielin i półszlachetnych minerałów, pamiątek po odległych czasach, pradawnych istotach, a może i samej ewolucji – muzeum uznało je w praktyce za odpady. W dającej się przewidzieć przyszłości nie miały opuścić skrzyni w lochach muzeum.

Najpierw należy je wszakże zinwentaryzować, skatalogować i szczegółowo opisać – co miało nastąpić, kiedy tylko życie powróci w ramiona Thada. Żałował, że próbki będą zalegać w piwnicy, ale nie on o tym decydował. Był ochotnikiem, a choć uważał, że składowanie ofiarowanych skamieniałości w magazynie mijało się z celem, cieszył się, że ma okazję zakasać rękawy i zrobić coś na rzecz muzeum – również dlatego, że każda minuta spędzona na pracy fizycznej w muzealnej piwnicy skracała czas nerwowego oczekiwania na telefon, którego spodziewał się już za kilka godzin.

Poczuł przypływ adrenaliny na samą myśl o rozmowie, którą miał odbyć o ósmej rano. Wiedział, że gdyby przebywał teraz w domu, zdzierałby sobie podeszwy, krążąc wokół bezprzewodowego telefonu stojącego na biurku w salonie. Dzień wcześniej w ramach przygotowań na pustej ścianie za biurkiem nakleił dwa zdjęcia. Jedno przedstawiało dobrze zbudowanego, przystrzyżonego na jeża mężczyznę po trzydziestce, który uśmiechał się do obiektywu i był ubrany w klasyczny garnitur i krawat. Na drugim znajdowała się kobieta w średnim wieku; styl fotografii i nienaturalna poza zdradzały, że kadr zaczerpnięto z informatora akademickiego.

Rozwieszenie zdjęć było oczywiście przesadą, może nawet świadectwem lekkiej psychozy, ale Thad nie zamierzał ryzykować – czekała go naprawdę ciężka przeprawa. Bezcielesne głosy wprawiały go w zakłopotanie, więc jeśli miał odbyć rozmowę kwalifikacyjną przez telefon, musiał mieć przed oczami rozmówców, choćby w postaci dwuwymiarowej.

Trudno uwierzyć, że wywiad, który mógł zdecydować o jego dalszych losach, miał się odbyć już za kilka godzin, o ósmej rano. A przecież przygotowywał się do niego od dwóch lat.

Świadomość tego faktu ani trochę nie zmniejszała napięcia. Nie chodziło o byle jaką rozmowę kwalifikacyjną, bo i przyjęcie do programu praktyk w Johnson Space Center było nie lada gratką. Pozwalało uczynić pierwszy krok w realizacji celu, jaki sobie wyznaczył – zostania astronautą. Od lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku program praktyk zawodowych w JSC pozwalał NASA na wyszukiwanie zdolnych ludzi i w efekcie przekształcił się w niezwykle elitarną i prestiżową kuźnię kadr programu kosmicznego. Na każde pięćdziesiąt miejsc przypadało przeciętnie ośmiuset aplikantów, a większość z nich miała skończone studia inżynierskie na najlepszych uczelniach w kraju. Stażyści spędzali co najmniej trzy „cykle” w centrum kosmicznym w Houston, pracując przy projektach bezpośrednio związanych z aktualnym programem kosmicznym. Większość kandydatów dostawała później zatrudnienie w centrum kosmicznym, a garstka wyróżniających się trafiała na szkolenia dla astronautów. Pomijając służbę w lotnictwie, którą Thad wykluczył już wcześniej, program stażu w JSC był jego najlepszą – i w sumie jedyną – szansą na karierę astronauty.

Najpierw jednak musiał znakomicie wypaść w rozmowie kwalifikacyjnej. Poprzednie dwa lata poświęcił na uczynienie z siebie idealnego kandydata do pracy w JSC. Poza przyprawiającą o zawrót głowy liczbą kursów z fizyki, geologii i antropologii – kończył jednocześnie trzy kierunki – zapełnił swoje CV mnóstwem dodatkowych osiągnięć. Założył Towarzystwo Astronomiczne stanu Utah i samodzielnie przekształcił uniwersyteckie obserwatorium w jeden z najważniejszych klubów naukowych na kampusie. Regularnie pomagał w wykopaliskach paleontologom z Wydziału Geologii, szukającym szczątków dinozaurów. Zdobył licencję pilota i uzyskał certyfikat z nurkowania. Zaczął się uczyć rosyjskiego i japońskiego. Jakby tego było mało, razem z Sonią przejechali na rowerach spod bramy szpitala w Salt Lake City do San Francisco, zbierając fundusze na walkę z mukowiscydozą; zgromadzili niemal dziesięć tysięcy dolarów.

Uczynił wszystko, aby stać się idealnym kandydatem. Mimo to przez cały czas musiał odpędzać od siebie ponurą myśl, że niezależnie od wszystkich starań zostaje kilka kroków w tyle za innymi dzieciakami ubiegającymi się o pracę w NASA. Większość z nich prawdopodobnie studiowała na elitarnych uczelniach dzięki wsparciu finansowemu kochających rodziców. Większość z nich w wieku dwudziestu trzech lat nie miała żony albo męża. Do licha, większość nie miała jeszcze dwudziestu trzech lat; dopiero zaczynali studia, a ich rodzice należeli do klasy średniej. Thad był inny. Wiedział, że zawsze będzie outsiderem.

Aby zwrócić na siebie uwagę, będzie musiał pracować ciężej niż inni. O jego determinacji świadczyły już dotychczasowe osiągnięcia.

Wrócił myślami do zdjęć wiszących nad biurkiem w salonie. Bob Musgrove był kierownikiem stażu w JSC odpowiedzialnym za nabór nowych współpracowników, a kobieta jego sekretarką. Rozmawiał z nią wielokrotnie, z kolei Musgrove’a z jego automatycznej sekretarki wysłuchał więcej razy, niż potrafił zliczyć. Thad stracił rachubę po zostawieniu setnej wiadomości, której towarzyszyło sto e-maili, kilkadziesiąt listów, a nawet kilka faksów przesłanych na specjalny numer programu stażu w JSC. Na żadną z wiadomości głosowych ani na żaden z maili nie otrzymał odpowiedzi, ale niestrudzenie ponawiał próby, dzwoniąc niemal codziennie.

Najwyraźniej przyniosło to rezultat, ponieważ cztery dni wcześniej Thad otrzymał krótkiego maila od Musgrove’a – ignorującego wcześniejsze kilkumiesięczne próby nawiązania z nim kontaktu – z informacją, kiedy ma zadzwonić. Sekretarka wysłała osobną wiadomość z potwierdzeniem daty i godziny rozmowy kwalifikacyjnej. Teraz wszystko zależało od Thada.

Pozostała jedna prosta rozmowa.

Thad wziął głęboki oddech. Pełne kurzu, zatęchłe powietrze wypełniające muzealną piwnicę wyrwało go z zamyślenia. Serce nadal mocno mu biło, ale rozgorączkowanie odpłynęło. Chwilę później odzyskał czucie w rękach. Zanim ruszył na górę po dwie kolejne skrzynie, zajrzał do tej, którą właśnie postawił na półce. Na szczycie pokaźnego stosu kamieni leżał poszarpany kawałek skały, przekazany muzeum przez anonimowego darczyńcę. Na powierzchni znajdował się delikatny zarys skamieniałości – prehistorycznej rośliny albo czegoś ciekawszego, jak owad lub nawet odcisk stopy. Bóg raczy wiedzieć, co to było, ale tajemnica tylko dodawała kamieniowi niezwykłości. Thad miał przed sobą prawdziwy kawałek historii – ślad jednego z etapów ewolucji.

Nie mógł pozwolić, by taki widok namieszał mu w głowie. Thad przygotowywał się do rozmowy kwalifikacyjnej od dwóch lat. Jeżeli dobrze mu pójdzie, jeżeli zachowa spokój i powie to, co powinien, może dostać realną szansę na karierę astronauty.

Z drugiej strony ta skała od dwóch milionów lat opierała się procesom erozji, aż w końcu trafiła do pudła w ciemnej piwnicy muzeum.

Thad wziął kolejny oddech. Decyzję podjął błyskawicznie.

Zerknął przez ramię, upewniając się, że jest sam. Sięgnął do skrzyni, chwycił skamielinę i wsunął ją głęboko do kieszeni.

Osiem godzin później Thadowi zakręciło się w głowie, kiedy oparł się o swoje biurko. Na jego twarzy malowało się oszołomienie. Słowa Boba Musgrove’a wciąż dźwięczały mu w uszach. Wydawały się równie zaskakujące teraz, jak wtedy, gdy rozbrzmiały w słuchawce telefonu bezprzewodowego: „Thad, uważam, że będziesz cennym nabytkiem dla naszego programu dla stażystów”.

Tak po prostu – po króciutkiej rozmowie. Musgrove nie zapytał Thada o kwalifikacje naukowe, jak zamierza zrekompensować brak kwalifikacji inżynierskich, o relatywnie zaawansowany wiek – interesował go wyłącznie charytatywny przejazd na rowerze: w jaki sposób on i Sonia zbierali pieniądze na walkę z mukowiscydozą, spędzając noce w namiocie i powiększając kolekcję odcisków podczas przejazdu bocznymi drogami do San Francisco.

Następnie Musgrove zaskoczył go jeszcze bardziej.

„Masz znakomite CV – powiedział. – Twoje stopnie znacząco się poprawiły, odkąd zacząłeś chodzić na kursy, które cię naprawdę interesują. Poza tym wyraźnie widać, że wiesz, co to ciężka praca. Decyzję podjąłem jeszcze przed rozmową. Potrzebujemy właśnie takich ludzi jak ty”.

Thad nie wierzył własnym uszom. Cała niepewność, adrenalina – wszystko niepotrzebne. Jego marzenia miały się spełnić.

„W NASA pracują dwa typy ludzi – ciągnął Musgrove. – Ci, którzy mają obsesję na punkcie kosmosu. I ci, którzy będą mieli obsesję na punkcie kosmosu”, oświadczył wesoło, po czym się rozłączył. W słuchawce zaległa cisza.

A więc stało się – Thad rozpoczynał swoją podróż. Opadł na krzesło, uśmiechnięty od ucha do ucha. Miał zostać stażystą w Johnson Space Center.

Houston, wystartowaliśmy…

4

Dwunastoletnie dzieci w kostiumach ze Star Treka powinny wystarczyć za ostrzeżenie. Thad powinien był również wyciągnąć wniosek z tego, że przez bramkę na końcu kolejki, w której stanął, przepuszczał ludzi mężczyzna w jasnopomarańczowym skafandrze astronauty. Ale Thada przepełniał tak wielki lęk, tak bardzo kręciło mu się w głowie, że nie nabrał dotąd żadnych podejrzeń. Do rzeczywistości przywrócił go dopiero widok dzieciaków, które zniknęły we wnętrzu budynku przypominającego raczej technologiczny park Disneya niż obiekt administracji publicznej. Z sufitu zwisała makieta lądownika Apollo, a ze znajdującej się w oddali ściany wystawało coś, co przypominało wnętrze wahadłowca – zupełnie jakby wbił się w mur z przeciwnej strony i tkwił tam ku uciesze dzieciarni gramolącej się na jego kadłub. Jeszcze dziwniejszy był widok automatów oferujących różności – od kolorowych kosmicznych lodów do czapeczek bejsbolowych – wszystko z logo NASA. Najwyraźniej albo pomylił drogę jeszcze na parkingu, albo NASA nie była tak poważną instytucją, jak to sobie wyobrażał.

– Chyba trafiłem w niewłaściwe miejsce – zwrócił się do strażnika w pomarańczowym skafandrze. Dopiero teraz zauważył, że jest to najwyżej dziewiętnastoletni chłopak.

– Zależy, gdzie chciałeś trafić – odparł ten, niemal na niego nie patrząc. – Przyszedłeś na pokaz stanu nieważkości? Bilety kosztują dwadzieścia dolców, sprzedaż prowadzi tylko kasa.

Thad potrząsnął głową.

– Nie przyszedłem na pokaz. Mam tu pracować. Dziś zaczynam. Należę do programu stażystów.

Chłopak w skafandrze kosmicznym przewrócił oczami.

– Stary, to przecież nie jest Johnson Space Center, tylko Space Center Houston. JSC znajduje się obok. Będziesz potrzebować przepustki, żeby się tam dostać.

– O cholera. Dzięki.

Szybko wyszedł z kolejki i ruszył pędem w stronę parkingu. Teraz już na pewno się spóźni. I to w pierwszym dniu, na litość boską! Otworzył podwójne szklane drzwi i skrzywił się, gdy w twarz uderzyła go fala porannego ciepła. Choć był to pierwszy tydzień września, na dworze wciąż panował upał jak w piecu. Niebo było oślepiająco jasne, a temperatura zapewne przekraczała trzydzieści stopni. Thad wyjął z kieszeni okulary przeciwsłoneczne. Miał na sobie białą koszulę z krótkimi rękawami i nieco przydługie spodnie khaki, których nogawki opadały na czarne skórzane półbuty. Zdawał sobie sprawę, że buty zupełnie nie pasowały do reszty stroju, ale była to jedyna para nieoblepiona zaschniętym błotem pochodzącym z licznych wykopalisk archeologicznych i terenowych prac geologicznych. Musiały wystarczyć.

Szybko znalazł swój samochód – jasnozieloną toyotę tercel, rocznik 1996, z tablicami rejestracyjnymi stanu Utah – po czym zaczął przeciskać się między autobusami wycieczkowymi, tarasującymi przestronny parking przed centrum. Powinien był się zorientować, że pomylił adresy, kiedy tylko zdołał bez przeszkód podjechać pod przysadzisty, prostokątny budynek. Chodziło przecież o NASA – jeden z najlepiej strzeżonych kompleksów w Stanach Zjednoczonych. Ale Thad był dziś kompletnie nieprzytomny, ponieważ pół nocy poświęcił na pokonanie ostatniego odcinka liczącej dwa i pół tysiąca kilometrów trasy z Salt Lake City do Houston. Następnie aż do rana zajęty był przeprowadzką do nowego mieszkania przy ośrodku. Ogłoszenie o wynajmie, skierowane wyłącznie do pracowników NASA, znalazł zaledwie tydzień wcześniej.

Niecałe dziesięć minut później Thad opuścił parking dla turystów i odnalazł drogę dojazdową do kompleksu JSC, który, zgodnie z zapewnieniami chłopaka w skafandrze kosmicznym, znajdował się tuż obok. Kiedy wjazd zagrodziła mu olbrzymia brama, Thad miał pewność, że trafił we właściwe miejsce. Obok znajdowała się prostokątna budka z oknami z pleksiglasu i reflektorami umocowanymi na każdym narożniku. Za bramą Thad dostrzegł siatkę asfaltowych dróg przecinających ładny, pofałdowany teren z płatami zieleni, niskimi żywopłotami i pudełkowatymi budynkami. W oddali znajdowały się obiekty przypominające olbrzymie anteny radarów, a nawet kilka gmachów o kształcie przywodzącym na myśl silosy na zboże. Niektóre budynki wyglądały nowocześnie mimo brył charakterystycznych dla lat pięćdziesiątych, ale niewiele z nich pochodziło sprzed pierwszego lądowania na Księżycu.

Z kolei trzech wielkich mężczyzn w budce strażników sprawiało wrażenie żywcem przeniesionych z połowy XX wieku. Mieli kwadratowe szczęki, byli ostrzyżeni na jeża i ubrani w szare mundury z emblematem NASA na klapie i ramieniu. Kiedy Thad zatrzymał się przy budce, jeden z nich wychylił się na zewnątrz i wyciągnął wielką dłoń przypominającą niedźwiedzią łapę.

Thad opuścił szybę i podał mu prawo jazdy oraz wydrukowane zaświadczenie o przyjęciu na staż, które kilka dni wcześniej Bob Musgrove przysłał mu mailem. Strażnik wziął oba dokumenty i porównał je z listą przyklejoną na wewnętrznej stronie drzwi.

– Witamy w NASA – powiedział, zwracając mu prawo jazdy. – Na terenie całego kompleksu obowiązuje ograniczenie prędkości do dziesięciu kilometrów na godzinę. Przekroczysz limit choćby odrobinę, wyślemy za tobą samochód. Nie masz jeszcze identyfikatora, musisz zostawić autko na parkingu satelitarnym. Jakieś sto metrów za bramą skręć w prawo przy rakiecie.

Thad spojrzał na niego pytająco. Strażnik odpowiedział szerokim uśmiechem.

– Stażysta, zgadza się? Musisz być jakimś geniuszem, więc znajdziesz drogę.

Mężczyzna wsunął się z powrotem do chłodnego wnętrza budki, zamknął za sobą drzwi i wdusił przycisk na panelu kontrolnym. Szlaban się uniósł. Thad nacisnął delikatnie pedał gazu i toyota potoczyła się z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę.

Bezpośrednio za bramą JSC znajdowała się najzwyklejsza jezdnia, wzdłuż której ciągnęły się zielone trawniki, podmokłe przydrożne rowy i przerośnięty żywopłot. Kiedy jednak Thad wykonał pierwszy skręt, za przednią szybą rozpostarł się widok tak niezwykły, że chłopak o mało nie zatrzymał samochodu. Po prawej stronie drogi leżała wielka, cylindryczna rakieta. Był to prawdziwy kolos mierzący ponad sto metrów od zaokrąglonego modułu dowodzenia umieszczonego na czubku do wielkich, sterczących dysz pierwszego z trzech stopni tworzących kadłub. Skąpana w oślepiającym teksańskim słońcu rakieta była po prostu piękna.

Thad czytał o rakiecie Saturn V, ale widziana z bliska, leżąca ot tak na trawniku przy wjeździe do kompleksu JSC, wzbudzała niekłamany podziw. Pamiętał z lektur, że akurat ten konkretny model nie poleciał w kosmos – został skonstruowany na potrzeby dwóch misji Apollo, które odwołano pod koniec wyścigu kosmicznego. Jej siostry wyniosły na orbitę wszystkie lądowniki księżycowe oraz ich załogi, ale i ta ślicznotka, choć drzemała sobie na ziemi i zaczynała porastać mchem, w przeszłości była w pełni sprawna. Same rozmiary rakiety uświadomiły Thadowi, gdzie się znalazł: to nie było muzeum ani wesołe miasteczko, ale miejsce, gdzie ludzie z krwi i kości przygotowywali się do lotu w kosmos w rakietach takich jak Saturn V. Mój Boże, jakie to uczucie siedzieć w takiej bestii, mknącej z prędkością, która wprasowuje skórę w kości? Thad nie potrafił sobie tego nawet wyobrazić. Miał przed sobą prawdziwą rakietę, a nie model. To uczyniło pierwsze chwile w JSC jeszcze bardziej podniecającymi.

Kiedy dojechał do końca rakiety, zobaczył niewielką grupkę ludzi prowadzoną wokół silników przez młodą kobietę w uniformie NASA. Zapewne jakaś wycieczka, pomyślał. Wszyscy zwiedzający mieli zawieszone na szyi identyfikatory. Thad dostrzegł również zamontowane wzdłuż drogi kamery. Kilka z nich było skierowanych w stronę rakiety i wycieczki, a pozostałe wydawały się obejmować swoim zasięgiem każdy centymetr drogi prowadzącej do kompleksu JSC. Kamery i identyfikatory, podobnie jak sama rakieta, uświadomiły mu doniosłość chwili i wyjątkowość miejsca – rozpoczynał przygodę, która bez wątpienia odmieni jego życie. Zastanawiał się, jak wielu ludzi śledzi teraz jego podróż przez ośrodek. Nawet z tego miejsca było widać, że kompleks JSC zajmuje gigantyczny teren. Wiedział, że na tysiącu sześciuset akrach znajduje się ponad sto budynków, ale liczby nie oddawały ogromu całego kompleksu, jego faktycznej rozległości. A to przecież zaledwie jeden z ośrodków należących do NASA. Dookoła Clear Lake – części Houston, gdzie leżało JSC – mieściło się wiele punktów treningowych dla astronautów i naukowców przygotowujących się do misji. Teraz do tej instytucji wkraczał Thad; miał w niej pozostać przez kilka kolejnych lat. Wyrobi sobie markę, zdobędzie uznanie ludzi podejmujących decyzje – wszystko po to, by pewnego dnia zostać astronautą. Być może nawet pierwszym człowiekiem, który postawi nogę na Marsie.

Uśmiechnięty od ucha do ucha wjechał na parking satelitarny i znalazł wolne miejsce w szeregu samochodów połyskujących w coraz silniejszym słońcu. Wysiadł i ponownie sięgnął po okulary przeciwsłoneczne. Był lekko oszołomiony od krążącej w żyłach adrenaliny. Mrużąc oczy, odszukał najbliższy, przesłonięty poranną mgiełką budynek, w którym mógłby dowiedzieć się, gdzie rozpoczyna się kurs dla praktykantów. Czekał go długi spacer w narastającym upale, ale miał to gdzieś. Już wiedział, że pokocha to miejsce.

Kilka dni wcześniej siedział nad książkami i pomagał Soni składać ubrania w pralni samoobsługowej w Salt Lake City.

Teraz stał trzydzieści metrów od niesamowitego statku kosmicznego.

Mało brakowało, a wkraczając do kampusu JSC, wybuchnąłby niepohamowanym śmiechem.

5

Klimatyzacja pracowała na tak wysokich obrotach, że Thad niemalże czuł smak freonu na języku. Mimo to strumyczki potu spływały mu po plecach, kiedy stanął na końcu kolejki złożonej z młodych, przystojnych ludzi, ciągnącej się przez rozległy hol industrialnego wnętrza. Thad słaniał się na nogach, ale mimo zmęczenia i przegrzania wciąż rozmyślał o rakietach, czekając wraz z pozostałymi stażystami na wejście do Audytorium Teague. Mieli tam wysłuchać wykładu inaugurującego.

Znalezienie Budynku 2 Johnson Space Centre okazało się łatwiejsze, niż sądził; nawet bez planu. Trudno było przeoczyć chmarę uśmiechniętych, podrajcowanych młodych ludzi zgromadzonych przed wejściem. Kiedy znalazł się wśród nich, zrozumiał, że pochodzili z całkowicie obcego świata. Dzięki Soni, a później podczas studiów, Thad pozbył się nieśmiałości, mimo to prawdziwych przyjaciół wciąż mógł policzyć na palcach jednej ręki. Piątkowe noce spędzał, w najlepszym razie, na małej imprezie albo w kinie. On i Sonia tworzyli raczej wyizolowaną komórkę niż element realnej sieci społecznej.

Tymczasem tutaj – wepchnięty do schłodzonego holu z grupą młodych, podekscytowanych i rozentuzjazmowanych dzieciaków – zaczynał od zera. Mógł stworzyć się na nowo. Do licha, z wyjątkiem jednej osoby nikt nie wiedział nawet, jak się nazywa. Stojący tuż za drzwiami audytorium Bob Musgrove wyglądał identycznie jak na zdjęciu, które Thad przykleił na ścianie w salonie. Ubrany w białą koszulę, z figlarnym uśmiechem na twarzy, prowadził sympatyczną wymianę zdań ze stojącymi w pobliżu stażystami. Osobiście witał wszystkich, kiedy kolejno wchodzili do audytorium. Pomijając Musgrove’a, Thad był zupełnie anonimowy – z różnych powodów wzbudziło w nim to jeszcze większe emocje niż widok rakiety Saturn V.