Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis ebook

Hanna Bakuła  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis - Hanna Bakuła

Satyryczne teksty mojej przyjaciółki Hanny Bakuły to rezultat obserwacji erotycznych obyczajów  nowobogackiej Polski. Jej pełen słodkiej trucizny język obnaża naszą żałosną dekadencję. ISTNY SATIRICON BAKULLINIEGO.
Kora

Głównym obiektem jadowitej napaści Hanny Bakuły jest typowy polski mężczyzna końca tysiąclecia: lekko spasiony, średnio rozgarnięty seksualny nieborak. Ponieważ jestem zapasionym, mało rozgarniętym seksualnym nieborakiem czytam (na domiar złego świetnie napisane) teksty Bakuły z wściekłością i życzę jej najgorzej. Życzę jej na przykład, żeby choć na krótko zakochała się zwierzęco w jakimś mało bystrym spaślaku, a potem, kiedy on odejdzie, żeby długo i boleśnie łkała na widok jego zostawionych na środku pokoju kapci w kratkę.
Jerzy Pilch


Bakuła powinna się rozmnażać. Bakuły są inteligentne, zadziorne i wesołe! Więcej Bakuły!
Wojtek Jagielski

Bezlitośnie ukazana fizyczność seksu śmieszy i przeraża. Rodzi się myśl o głębokiej, szlachetnej, bezcielesnej miłości. Ta idea przyświeca zapewne Bakule. Ale niewyraźnie.
Jerzy Bralczyk



Hanna Bakuła – malarka i pisarka, autorka kilkunastu książek. Pisała felietony do „Playboya” i „Urody”, obecnie pisze bloga publikulikuje teksty w miesięcznikach, m.in. w „Skarbie”. Jest absolwentką wydziału malarstwa warszawskiej ASP. Portretowała m.in.: Liv Ullmann, Yehudi Menuhina, Daniela Olbrychskiego, Agnieszkę Osiecką. Pracuje w technice pasteli. Całe lata 80. XX w. spędziła na Manhattanie. Projektowała tam m.in. kostiumy i scenografię do spektakli na Broadwayu, za które wyróżnił ją „New York Times”. Oprócz polskiego ma też obywatelstwo amerykańskie. Na wizytówce ma napisane „osoba kontrowersyjna”. Mówi o sobie, że jest soft-feministką. Prowadzi fundację propagującą kulturę polską za granicą, wspiera dwa domy dziecka, organizuje festiwale muzyki Franciszka Schuberta.

Opinie o ebooku Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis - Hanna Bakuła

Fragment ebooka Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis - Hanna Bakuła

Wy­da­nie pol­skie:

Bur­da Pu­bli­shing Pol­ska

Sp. z o.o. Spółka Ko­man­dy­to­wa ul. Ma­ry­nar­ska 15, 02-674 War­sza­wa

Dział han­dlo­wy: tel. 22 360 38 41-42

Sprze­daż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Tekst i ry­sun­ki: Han­na Bakuła

Re­dak­cja: Jo­an­na Grześko­wiak-Ste­po­wicz

Ko­rek­ta: erte

Okładka: Ma­ciej Szy­ma­no­wicz / www.ma­szy­no­wicz.com

Re­dak­tor pro­wadzący: Małgo­rza­ta Ze­msta

Re­dak­tor tech­nicz­ny: Ma­riusz Te­ler

Skład i łama­nie: Han­na Sze­li­ga-Czaj­kow­ska

Co­py­ri­ght for text and dra­wings © 2014 Han­na Bakuła

Co­py­ri­ght for Po­lish edi­tion © 2014 Bur­da Pu­bli­shing Pol­ska Sp. z o.o. Spółka Ko­man­dy­to­wa. All ri­ghts re­se­rved.

Ry­su­nek na okładce: Han­na Bakuła

Zdjęcie na okładce: Da­riusz Zie­liński

ISBN 978-83-7778-831-8

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urządze­niach do prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wystąpie­niach pu­blicz­nych – również częścio­we – tyl­ko za wyłącznym ze­zwo­le­niem właści­cie­la praw au­tor­skich.

www.bur­dak­siaz­ki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Po­god­nym mi­liar­de­rom

Obleśnik

W no­wo­cze­snej gwa­rze „obleśny” zna­czy za­nie­dba­ny, brud­ny, nie­atrak­cyj­ny, ale również to, co słowo to zna­czyło w daw­nych cza­sach – czy­li pod­sta­rzały via­gru­szek albo dzi­dzia-pier­nik, jego dam­ski od­po­wied­nik. Mają oni wie­le wspólne­go z ero­to­ma­na­mi teo­re­ty­ka­mi, którzy te­ma­ty związane z sek­sem uważają za prze­jaw jur­nej młodości. Ale są gor­si, bo ślinią się na wi­dok właści­wie każdej młod­szej oso­by płci prze­ciw­nej.

Zajmę się fa­ce­ta­mi, bo są bar­dziej gro­te­sko­wi. Głowa im się ury­wa na wi­dok długo­no­gich ano­rek­ty­czek na ob­ca­sach, zaglądają w każdy, na­wet ubo­gi de­kolt. Łypią z na­dzieją, bo a nuż la­secz­ka nie nosi maj­tek. Wte­dy sapią i plują jak lama, bo dla nie­wyżyte­go via­grusz­ka li­czy się data pro­duk­cji, nie mar­ka „au­tka” z pro­win­cji. Uwiel­biają ko­men­to­wać młode dziew­czy­ny, patrząc zwy­cięsko do­okoła, po­nie­waż wia­do­mo, co by z nimi zro­bi­li, gdy­by nie obec­ność żony, która ma w no­sie te mla­ska­nia półim­po­ten­ta, bo go zna jak zły szeląg. Zna­jo­mi zer­kają ze współczu­ciem, tym bar­dziej że obleśnik, wy­piw­szy swo­je, za­czy­na się za­le­cać do córek ko­legów, la­sek młod­szych o czter­dzieści lat, które przyszły ze swo­imi chłopa­ka­mi. Mój kum­pel na­wet oba­wiał się, że ślicz­na dwu­dzie­sto­lat­ka się w nim za­ko­cha, i pro­sił mnie o radę. Powtórzyłam mu, że za­py­tała mnie, co to za obleśny dzia­dzia, bo się kleił.

Obleśność jest sil­niej­sza niż po­zo­ry do­bre­go wy­cho­wa­nia i nor­my mo­ral­ne. Na­dzieją i ar­gu­men­tem ob­le­siów był słynny ak­tor, który ożenił się z młodszą o sześćdzie­siąt lat dzien­ni­karką. Hur­ra! Na­sza la­secz­ka jesz­cze się nie uro­dziła, ale od cze­go przed­szko­la, niech nam rosną na­rze­czo­ne, a na ra­zie zaj­mie­my się ich nie­let­ni­mi ma­mu­sia­mi i po­sa­pie­my trochę na ich wi­dok w mini, a nuż się coś odsłoni. Ko­men­to­wa­nie każdego, na­wet naj­mar­niej­sze­go obiek­tu sek­su­al­ne­go, i ogląda­nie się za każdą wy­soką laską to cho­ro­ba mo­ich ko­legów, którzy się po­pi­sują przed in­ny­mi via­grusz­ka­mi swoją jur­nością. Nie­ko­niecz­nie mają czym, bo przy­po­mi­nają mor­sy w okre­sie go­do­wym, a jak są szczu­pli – to sza­ka­le na ry­ko­wi­sku. Prze­bra­ni cu­dacz­nie w młodzieżowe stro­iki de­mon­strują nie­modną opa­le­niznę, bo jest dla nich sym­bo­lem atrak­cyj­ności z czasów pre­hi­sto­rycz­nych, gdy w ela­stycz­nych sli­pach ku­pio­nych w skle­pie z za­gra­nicz­ny­mi gadżeta­mi szli, wciągając brzuch, po­sma­ro­wa­ni ropą naf­tową przyśpie­szającą opa­la­nie. W tam­tych cza­sach również re­ago­wa­nie na ko­bie­ty było obo­wiązko­we. Miło było so­bie gwizdnąć, gdy prze­cho­dziły, albo głośno sko­men­to­wać ich „cyce jak do­ni­ce”. Nogi były ważne, ale cyce ważniej­sze. Wiem coś o tym, bo miałam i jako na­sto­lat­ka byłam w ku­ror­tach przed­mio­tem śli­nie­nia się ob­le­siów, ko­legów ro­dziców.

Minęły lata, nikt nie eks­po­nu­je ge­ni­ta­liów za po­mocą ela­stycz­nych maj­tasów, choć niektórzy ob­le­sie próbują za­lot­nie opa­lać się w strin­gach. Oso­by z to­wa­rzy­stwa siedzą na plaży pod pa­ra­so­lem i sma­rują się lek­ko samoopa­laczem. Dziw­nie wyglądają białe nie­opa­lo­ne majt­ki, które kie­dyś były sexy, a jesz­cze głupiej cały opa­lo­ny dzia­dzia-dzi­dzia, bo zna­czy, że cha­dza jak przed sta­nem wo­jen­nym na plażę nu­dystów. Ja też cha­dzałam jako dwu­dzie­sto­lat­ka nad Wisłę w oko­li­cach uli­cy Ro­man­tycz­nej. Wte­dy nie było so­la­riów i do­brych samoopa­laczy oraz twier­dzo­no, że słońce jest zdro­we. Minęło sto lat, a tu obleśnik de­mon­stru­je siwy, wy­de­pi­lo­wa­ny ma­te­rac, czy­li lek­ko ob­wisłą pierś, zwaną kurzą. Jest strza­ska­ny na he­ban, szy­ja gada dyn­da, zmarszcz­ki jak u wo­dza Apaczów, a on mla­ska na wi­dok czter­na­sto­la­tek i szcze­rzy sztucz­ne ząbki w obleśnym uśmie­chu. Oj, by la­leczkę na­uczył, oj, by wy­obra­cał!

Tak się trochę cze­piam, ale wszy­scy moi ko­le­dzy po pięćdzie­siątce z plu­sem są ob­le­sia­mi. Smut­ny to wi­dok. Tym bar­dziej że każdy uważa, iż wygląda le­piej od in­nych, a prze­ważnie go­rzej. Na ko­niec cie­ka­wost­ka. Gra­su­je po War­sza­wie sta­ru­szek, który już trzy razy chciał mnie zaciągnąć do sie­bie, ale za ko­lej­ny­mi ra­za­mi nie po­zna­wał. Za­wsze było to na Kre­dy­to­wej, za­wsze w dzień, a tekst był taki: „Chętnie się z panią przejdę, a po­tem za­pra­szam do Eu­ro­pej­skie­go na kawkę”. Pierw­szy raz miałam piętnaście lat, dru­gi trzy­dzieści, a ostat­nio pięćdzie­siąt. Dzia­dek jesz­cze gra­su­je, choć wygląda na sto lat i pew­nie nosi pie­luchę, na­to­miast spoj­rze­nie ma obleśne, choć nie­do­wi­dzi.

Mężczy­zna cze­ko­la­do­po­dob­ny

Stan wo­jen­ny przeżyłam w No­wym Jor­ku, więc ominęły mnie kart­ki na słody­cze, ale po po­wro­cie ktoś mi dał wyrób cze­ko­la­do­po­dob­ny, który miał smak kle­ju sto­lar­skie­go z sa­cha­ryną, a wyglądał jak ja­sna psia kupa w kształcie ba­to­ni­ka. Widzę różnicę między mar­ko­wy­mi wy­ro­ba­mi, nie tyl­ko cze­ko­la­do­wy­mi, a podróbami, włącznie z ludz­ki­mi. Każdy trochę uda­je i kłamie, bo chciałby być sam­cem lub sa­micą alfa z praw­dzi­wej cze­ko­la­dy.

Według badań mężczyźni najczęściej ści­gają się o długość pe­ni­sa, po­tencję, siłę fi­zyczną, po­wo­dze­nie u ko­biet, po­zycję w społecz­ności i pie­niądze.

In­te­lekt na ostat­nim miej­scu, na­wet u panów z wyższym wy­kształce­niem, bo mało się przy­da­je na współcze­snym bo­isku sek­su­al­nym. Ta­blicz­ka mnożenia i kal­ku­la­tor w te­le­fo­nie, drogę znaj­dzie GPS, ga­ze­ta na iPa­dzie, mu­zy­ka na iPho­nie, w kom­pu­te­rze obsługa kon­ta, go­spo­sia wie, gdzie majt­ki, więc ro­zum nie­po­trzeb­ny, bo co tu gadać, kie­dy można podać la­secz­kom wyjętym z BUT-Hali wino za 1000 euro, z pa­ra­go­nem. Pro­kre­acja mu­ro­wa­na, usta­wi się ko­lej­ka, bu­telkę można wy­ko­rzy­stać wie­le razy.

Nie ma naj­now­szych badań do­tyczących tego, co ważne dla ko­biet, ale z mo­ich ob­ser­wa­cji wy­ni­ka, że młode la­ski uważają za istot­ne: miłość, pie­niądze, dzie­ci, pie­niądze, urodę, pie­niądze, fi­gurę, pie­niądze, włosy, pie­niądze, młody wygląd, pie­niądze, po­wo­dze­nie u mężczyzn, pie­niądze, wy­po­sażenie domu, pie­niądze i by­cie naj­bo­gatszą sa­micą alfa w lo­kal­nym sta­dzie. Myślę, że ra­czej nie cho­dzi nam o liczbę prze­czy­ta­nych książek ani o by­cie Mi­strzy­nia­mi Mowy Pol­skiej, bo już każda wie, że nikt tak nie od­stra­sza fa­cetów jak in­te­li­gent­na ko­bieta, i nikt tak nie nu­dzi ko­biet jak in­te­li­gent­ny mężczy­zna. Wo­li­my podróby in­te­lek­tu­al­no­po­dob­ne. Coś jest w zamiłowa­niu mężczyzn do ki­czu i tan­de­ty i w zamiłowa­niu ko­biet do złudzeń. To taki te­atrzyk, w którym ak­tor­ki mają wszyst­ko do­sztu­ko­wa­ne, po­do­le­pia­ne, po­na­ciągane i chodzą na szczudłach, więc wyglądają jak praw­dzi­wa cze­ko­la­da, a ak­to­rzy są ich prze­ci­wieństwem, czy­li wyglądają jak ba­to­ny cze­ko­la­do­po­dob­ne – łysi, z nad­wagą, nie­kom­plet­nie uzębie­ni, czer­wo­ni od nad­ciśnie­nia, ni­scy, du­piaści i za­do­wo­le­ni z sie­bie jak wio­sko­we głupki.

Ja­kie są po­wo­dy na­sze­go sta­ra­nia się o podróby? O fa­cetów żona­tych z bo­gatszą, a le­piej chorą, żoną? Fa­cetów, którzy płacą ali­men­ty na piątkę dzie­ci z trze­ma żona­mi, mają żyla­ki, w tym od­by­tu od siedzącej pra­cy, chorą pro­statę i gazy, co bez­li­tośnie po­ka­zują re­kla­my w TV. Z bra­ku praw­dzi­we­go ba­to­na ko­bie­ty co­raz częściej zja­dają pseu­do­cze­ko­ladę, oszu­kując się, że mają megafa­ceta, bo z kimś trze­ba cho­dzić do pa­rzy­stych zna­jo­mych. W Pol­sce, kra­inie szczęścia małżeńskie­go, nie ma miej­sca dla sin­gie­lek, a dla sin­gli jest, bo o tym, kogo się za­pra­sza, de­cy­dują żony. Dla­te­go przy­stoj­ny roz­wod­nik lub wdo­wiec, a na­wet gej jest za­wsze ad­o­ro­wa­ny przez pa­nie mające mdłości od za­ja­da­nia się podróbką, w którą zmie­nił się ich nie­gdyś pysz­ny ba­ton cze­ko­la­do­wy. Z ko­lei męscy zja­da­cze byle cze­go też nie wia­do­mo, czym się kie­rują, a ra­czej wia­do­mo, tyl­ko nie wy­pa­da sta­ruszków de­ma­sko­wać. Dlacze­go pro­wa­dzają się ze szkie­le­ta­mi w ta­niej bie­liźnie, cze­mu wysłuchują my­sich pisków, przy­po­mi­nających dźwięk za­baw­ki dla psa? Cze­mu obi­jają się o kości­ste za­dki ko­biet młod­szych od nich o czter­dzieści lat i wyższych o głowę? Cze­mu de­cy­dują się na dziec­ko po sześćdzie­siątce, będąc po baj­pa­sach, i to z anal­fa­betką go­spo­sią cze­ko­la­do­po­dobną? Strach po­wie­dzieć, ale chcą się bie­da­cy po­pi­sać i po­grzać przy ogni­sku z pa­tyczków, udając, że to wa­tra. Łatwo jest oszu­kać ko­bietę cze­ko­la­do­po­dobnemu agen­to­wi Tom­ko­wi, tak samo łatwo jest zro­bić ba­lo­na z dzia­dzi, bo trud­ność w rozróżnia­niu jakości sma­ku cze­ko­lad, które nam się tra­fiają, po­le­ga na zamiłowa­niu do ilu­zji. Ważne jest opa­ko­wa­nie, na­wet opa­ko­wa­nio­po­dob­ne.

Mi­zo­an­dryzm

To dam­ski od­po­wied­nik mi­zo­gi­ni­zmu, określe­nie ofi­cjal­ne no­we­go zja­wi­ska społecz­ne­go. Wraz z fe­mi­ni­zmem, którym po­gar­dzają obie płcie, nieświa­do­me, że zna­czy to po pro­stu uzna­nie równych praw ko­biet i mężczyzn pod każdym względem, po­ja­wiły się próby twier­dze­nia, że ko­biety są lep­sze, też pod każdym względem. Trochę to nie­bez­piecz­ne, bo fa­ce­ci za­czną się na se­rio bać ko­biet i będzie­my mu­siały li­czyć na in vi­tro.

Ja po prze­czy­ta­niu tego, co piszę o różnych od­mia­nach mężczyzn, mogę być uzna­na za mi­zo­an­drystkę, którą ab­so­lut­nie nie je­stem. Mam męskich przy­ja­ciół, lubię in­te­li­gent­nych miłych i za­dba­nych samców, na­wet alfa, bo mnie wzru­szają ich sta­ra­nia, żeby ob­si­kać jak naj­większy ob­szar podwórka. Mam cu­dow­nych ko­legów, których cza­sa­mi wolę od koleżanek. O ile się za­ko­chuję, szyb­ko mi prze­cho­dzi i to nie z mo­jej winy. Jako por­tre­cist­ka mam nad­wzrocz­ność, jako ma­lar­ka je­stem wrażliw­sza od prze­ciętnych la­sek, jako dzien­ni­kar­ka mam ana­li­tycz­ny zmysł ob­ser­wa­cji. Tego nikt nie wy­trzy­ma. W tym, że mój kry­ty­cyzm jest słuszny, utwier­dza mnie brak mo­je­go męskie­go od­po­wied­ni­ka, który zająłby się tępie­niem dam­skich wad, bo mamy ich spo­ro. Spo­ro, ale nie tak wi­docz­nych jak wady fa­cetów.

Przez sie­dem­naście lat byłam stałą fe­lie­to­nistką „Play­boya” i cały czas szu­ka­no dla mnie part­ne­ra, który pisałby z męskie­go punk­tu wi­dze­nia o tym, o czym pisałam ja. Nici. Było paru, ale nie mie­li mo­jej de­tek­ty­wi­stycz­nej pa­sji i umiejętności tra­fia­nia w sed­no. Ra­czej ma­ru­dzi­li. Re­dak­cja zmie­niała ich jak ręka­wicz­ki, w końcu dała spokój i pisałam solo, bez prze­ciw­wa­gi, choć w ory­gi­nal­nym „Play­boyu” były ru­bry­ki Ona i On. Te­raz piszę książki na własny ra­chu­nek, licząc na ja­kieś po­le­mi­ki z praw­dzi­wy­mi mężczy­zna­mi. Cie­ka­we, że na mo­ich wie­czo­rach au­tor­skich jest ich co­raz więcej, w różnym wie­ku, choć zda­rza się, że w połowie im­pre­zy naj­star­si wy­chodzą obu­rze­ni. Również tym, że ko­bie­ty tak świet­nie się bawią. Na uli­cy pod­chodzą do mnie mężczyźni i gra­tu­lują, często py­tają, dla­cze­go ich nie lubię. Lubię, ko­cham, ale po­tra­fię przej­rzeć na wy­lot. Widzę też wady ko­biet, ale przede wszyst­kim za­le­ty, dla­te­go szko­da mi ich dla dzia­dzio-dzidź, via­gruszków, gru­bo­szyjców, agentów Tomków, kłam­czuchów, łowców po­sagów i leni, typu mężczy­zna bluszcz. Szko­da mi ich dla wnuczków ba­bu­ni, sy­neczków ma­mu­si i pi­jaków, bo tak na­zy­wa się u nas al­ko­ho­lików i za­nie­dba­ne wra­ki bez po­mysłu na życie.

Zno­wu mnie mi­zo­an­drycz­nie po­niosło, ale wszyst­ko to praw­da. Po co mam pisać o dzi­dzi-pier­nik, sko­ro jest dużo sym­pa­tycz­niej­sza niż jej męski od­po­wied­nik prze­bra­ny za te­le­tu­bi­sia w kap­tur­ku, który z tru­dem roz­pro­sto­wu­je sta­re nożyny. Owszem, udająca młodą laskę sta­ra la­ska wygląda cza­sem jak z hor­ro­ru, ale nie wy­sta­je przed szkołami śred­ni­mi i nie włóczy się po dys­ko­te­kach dla dzie­ci, by upro­wa­dzić pi­ja­ne­go, za­miej­sco­we­go chłopczy­ka w ce­lach ero­tycz­nych. Nie chwa­li się przed koleżan­ka­mi liczbą dy­ma­nek, bo wie, że one wiedzą swo­je. Same też po­lują.

Nie będę wy­mie­niała na­szych wad, choć wszyst­kie znam do­sko­na­le, bo nie je­stem stron­ni­cza. Nad­szedł czas wzięcia od­we­tu za tysiące lat by­cia szyją byle ja­kiej głowy. Za uda­wa­nie w łóżku, za sce­ny za­zdrości, które robią albo im­po­ten­ci, albo zdra­dzający nas fa­ce­ci, którym ich zdra­dy wy­dają się nie­istot­ne, bo popełnia­ne po­nad sto ki­lo­metrów od domu. Se­rio, jest taka teo­ria nie­li­cze­nia tego, co się zda­rza na wy­jaz­dach in­te­gra­cyj­nych. Na­to­miast na­sze za­ko­cha­nia się ze zwykłej po­trze­by czułości są po­wo­dem do roz­wo­du.

„Co wol­no wo­je­wo­dzie, to nie to­bie, smro­dzie” – mówi lu­do­we przysłowie, ale my już nie chce­my być smro­da­mi, chce­my być wo­je­wo­da­mi, którym wol­no tyle samo, a chętnie więcej. Każda ko­bie­ta po czter­dzie­st­ce sta­je przed lu­strem i wi­dzi tyl­ko zmarszcz­ki i fałdki. Ma albo za duży, albo za mały biust. Nogi nie­zgrab­ne i krótkie, bio­dra za sze­ro­kie, no jest kar­liczką. Kto nas we­pchnął w kanał kom­pleksów? Nasi sfla­cza­li fa­ce­ci z nad­ciśnie­niem, którzy chcąc się po­czuć pa­na­mi stwo­rze­nia, przy nas oglądają się za dwa razy młod­szy­mi, dwu­me­tro­wy­mi ano­rek­tycz­ka­mi, bo one po­do­bają się ko­le­gom. Co by zro­bił dzia­dzia-dzi­dzia, gdy­by jego żona, rówieśnicz­ka, w to­wa­rzy­stwie śliniła się na wi­dok młodych kel­nerów, synów koleżanek i tre­nerów te­ni­sa? Cie­ka­we.

Może by tak w ra­mach mi­zo­an­dry­zmu zacząć się oglądać za szczupłymi, wy­so­ki­mi stu­den­ta­mi, którzy za­miast piłki le­kar­skiej mają z przo­du ka­lo­ry­fer, a z tyłu pupę jak dwa glo­bu­si­ki? Oni z pew­nością spodo­bają się na­szym koleżan­kom.

Pan­to­flarz

Słowo to po­cho­dzi od do­mo­wych pan­to­fli, czy­li kap­ci. Jest sym­bo­lem zdo­mi­no­wa­ne­go przez żonę fa­ce­ta, który łazi po domu w dre­sie i pa­pu­ciach, tracąc reszt­ki męskości. Jest ofiarą spryt­nej la­ski, która od pierw­szej chwi­li kon­tro­lu­je go i ubezwłasno­wol­nia. Mówi mu, co ma robić, gdzie sie­dzieć, co za­ma­wiać w re­stau­ra­cji i jak się ubie­rać. Jest to zja­wi­sko u nas częste, na­to­miast nie­do­pusz­czal­ne w cy­wi­li­zo­wa­nej Eu­ro­pie. Moja fran­cu­ska koleżanka twier­dzi, że gdy­by kazała mężowi coś zro­bić „pol­skim to­nem”, wy­szedłby na za­wsze. Za­ko­cha­ny w ślicz­nej szkol­nej koleżance, która uda­je lalkę Bar­bie, chłopczy­na żeni się na ko­mendę i bez py­ta­nia o zgodę zo­sta­je oj­cem. Ma­sze­ru­je na obia­dy do teścio­wej, robi za­ku­py, za co bywa chwa­lo­ny. Współżyje tyl­ko za łaska­wym przy­zwo­le­niem i za­cho­wu­je się jak sta­ry sługa z Pana Ta­de­usza albo jak ciot­ka re­zy­dent­ka. Żyje pod presją kar i nagród, w tym tej najsłod­szej – pod­kołder­ne­go zbliżenia, które wygląda tak, jak­by ptac­two wod­ne wpadło w roz­wie­szo­ne pra­nie. Rano wyprężony z dumy pa­ra­du­je na go­la­sa, bo się na­oglądał szwedz­kich „świersz­czyków”, i robi kawę, która oka­zu­je się za moc­na, za zim­na, za ciepła, a w ogóle miał zro­bić her­batę. Fa­cet za­miast wylać kawę na głowę jędzy i wyjść do za­ko­cha­nej w nim la­ski z działu trans­por­tu, prze­pra­sza. A nig­dy nie należy prze­pra­szać, bo to stra­ta punktów. Tak mnie uczyła mądra hra­bi­na.

Po zakończe­niu wcze­sne­go eta­pu związku pan­to­flarz jest go­to­wy do dal­szych ustępstw. Jego hi­sto­ryj­ki są po­pra­wia­ne przy gościach, żona po­su­wa się na­wet do opo­wia­da­nia o jego wpad­kach i kłopo­tach fi­zjo­lo­gicz­nych, okra­sza­nych od­po­wied­ni­mi odgłosa­mi, a on z miną psa prze­wod­ni­ka spo­koj­nie słucha w po­zy­cji „siad”. Na bale chodzą we dwo­je, bo ona lubi ro­man­tycz­ne sy­tu­acje i po­zna­wa­nie no­wych lu­dzi.

Pan­to­flarz rwie się do tańca w ra­mach przebłaga­nia bóstwa. Bóstwo nie ma ocho­ty do cza­su po­ja­wie­nia się pierw­sze­go za­miej­sco­we­go tan­ce­rza. Mąż do­ja­da sałatkę, gla­miąc nie­atrak­cyj­nie, a tu na­gle pro­si go do tańca ślicz­na dziew­czy­na z fir­my, zna­na z wi­dze­nia. Oka­zu­je się, że on fan­ta­stycz­nie tańczy, bo umie, i opo­wia­da świet­ne hi­sto­ryj­ki. Pan­to­fel za­kwi­ta jak la­ska Mojżesza. Trwaj chwi­lo! Zona wy­wi­jająca lo­ka­mi, rzu­cająca głową jak koń w cyr­ku i ob­li­zująca war­gi jak lama (zwierzę), na­gle za­uważa, że uciekła jej fi­gu­ra wo­sko­wa, i po­sta­na­wia działać, sto­sując tak zwa­ne­go od­bi­ja­ne­go. Upro­wa­dza pan­to­fla do stołu i robi awan­turę, w domu drugą, okra­szoną czkawką, bo się upi­ja. Prze­rażony wi­no­waj­ca ląduje na ka­na­pie i za­czy­nają się ci­che dni.

Jest to czas na zro­bie­nie potężnej awan­tu­ry, obcięcie fun­du­szy na ko­sme­ty­ki i nieźle jest się na­bz­dy­czyć jak sta­ra sługa oraz odmówić pójścia po za­ku­py. Każda ko­bie­ta by tak zro­biła, gdy­by jej ktoś ze­psuł wieczór i życie. Tym­cza­sem ubezwłasno­wol­nio­ny przez tyjącą w postępie geo­me­trycz­nym żonę pan­to­flarz sta­je się jesz­cze bar­dziej spo­le­gli­wy i po­sta­na­wia ra­to­wać uczu­cie, na­wet za cenę nałogu. Tu nad­mie­niam, że hi­sto­ria jest praw­dzi­wa i do­ty­czy VIP-ów.

Fa­cet za­ko­cha­ny bez po­wo­du w brzydnącej struc­li za­uważa, że jego dręczy­ciel­ka lubi się napić do ko­la­cji i w ogóle. Po­sta­na­wia to wy­ko­rzy­stać. Za­czy­na się od jed­nej bu­tel­ki na wieczór, po­tem po jed­nej na głowę, po mie­siącu po półto­rej do ugo­to­wa­ne­go przez pan­to­fla­rza ma­ka­ro­nu z ba­zy­lią, a za­wsze kończy się cha­otycz­nym ak­tem na mi­sjo­na­rza lub przy pa­ra­pe­cie z trzy­manką za włosy. Raz się żyje!

Pan­to­flarz do­no­si wina i zakąski z Almy, ulu­la­na prześla­dow­czy­ni tra­ci wi­gor na sku­tek roz­pi­cia i sto­sun­ki się nor­mują. Po­ja­wiają się za­nie­po­ko­je­ni zna­jo­mi i są zdu­mie­ni nagłym równo­upraw­nie­niem, a na­wet ro­dza­jem ciepła wy­dzie­la­ne­go przez małżonków na sku­tek fer­men­ta­cji. Po­zor­nie nadal rządzi ona, ale wy­dając ko­men­dy, robi ry­jek lub posyła całusa. Pan­to­flarzowi zda­rza się sko­men­to­wać roz­kaz, co ją rozśmie­sza. Przy­cho­dzi po­czu­cie więzi. Ra­zem cho­wają bu­tel­ki przed dziećmi wpa­dającymi na do­mo­we obia­dy, ra­zem pożerają zimną pizzę. Z nie­cier­pli­wością pędzą do domu z pra­cy, a w nie­dzielę idą na piwo. Bawią się świet­nie, bo są prze­ważnie na bani. Po­wo­li wokół nich robi się pust­ka, ale oni – jak to za­ko­cha­ni – nie za­uważają tego. Miała rację Agniesz­ka Osiec­ka, pisząc wie­ko­pom­ne słowa: „Al­ko­hol szko­dzi zdro­wiu, ale po­ma­ga życiu”.

Czu­bek

Są ko­bie­ty, sama do nich należę, którymi w ogóle nie in­te­re­sują się nor­mal­ni fa­ce­ci, tyl­ko świry. Ja wolę półświry i tak star­czy. Nor­mal­ny fa­cet jest zrówno­ważony psy­chicz­nie. Jego sa­dyzm i ma­so­chizm są zba­lan­so­wa­ne. Nie jest hi­ste­rycz­nym opo­wia­da­czem dow­cipów ani nud­nym miłośni­kiem hi­sto­ry­jek ze świa­ta zwierząt. Nie ćwi­czy za dużo, nie upra­wia me­dy­ta­cji, żeby móc wy­trzy­mać na świe­cie, chętnie się śmie­je, chętnie pra­cu­je, lubi się bawić i nie dzwo­ni co dzień do ma­mu­si. Nie śpi z psa­mi, nie całuje ich w brzu­szek, nie jest ego­cen­try­kiem, nie jest nar­cy­zem i nie jest pra­co­ho­li­kiem ani al­ko­ho­li­kiem. Naj­ważniej­sze jed­nak, że nie jest Otel­lem. Otel­lo, wiel­ki, czar­ny Maur (spraw­dzić w ne­cie) wymyślony przez Szek­spi­ra, udu­sił swoją uko­chaną blond Des­de­monę z niesłusznej za­zdrości. Jest sym­bo­lem po­dejrz­li­we­go idio­ty, który po­tra­fi ze­psuć życie swo­je i każdej ko­bie­ty, choć zda­rzają się i cho­ro­bli­wie za­zdrosne la­ski. Jest na to rada – ucie­kać i nie dać się wciągnąć w czyjąś pa­ra­noję.

Do za­zdrośników mam wiel­kie szczęście od czasów pre­hi­sto­rycz­nych. Mój pierw­szy chłopak żegnał się ze mną i zo­sta­wał na podwórku, myśląc, że za­raz sfrunę w ra­mio­na kon­ku­ren­cji. W końcu się do­cze­kał. Moi na­rze­cze­ni śle­dzi­li mnie do tego stop­nia, że wsia­da­li do pociągu, którym je­chałam do So­po­tu, żeby zo­ba­czyć, kto tam na mnie cze­ka. Cze­kała koleżanka, też do cza­su. Sta­li scho­wa­ni pod moim do­mem, żeby zo­ba­czyć, kto i o której wy­cho­dzi, spraw­dza­li moje SMS-y i ma­ile. Po­ja­wia­li się na­gle w wiej­skim domu mamy pod War­szawą, dzwo­niąc mo­ment wcześniej, że są w Ber­li­nie. Myśleli, że wy­grze­wam się tam w to­wa­rzy­stwie występne­go, młode­go kul­tu­ry­sty. Za­cza­ja­li się na klat­kach scho­do­wych, zaglądali do to­reb­ki, spraw­dza­li kie­sze­nie, cho­wa­li się w zsy­pie, żeby na­gle wy­sko­czyć. W nocy, gdy nie chciałam otwo­rzyć, wyważali łomem moje drzwi. Wie­dzie­li, że jak zwy­kle od­daję się or­giom z ko­le­ga­mi z kla­sy. Nie po­ma­gała wzy­wa­na mi­li­cja, a na­wet rącza po­li­cja no­wej ge­ne­ra­cji. Sąsie­dzi dzwo­nili na komórkę, że dręczy­ciel krąży koło domu i żebym nie wra­cała, bo wszy­scy zna­li moją hi­sto­rię, którą zakończyłam zupełnie nie­daw­no. Do te­raz się rozglądam, wra­cając do domu.

W No­wym Jor­ku mój za­zdro­sny ko­cha­nek za­my­kał mnie na klucz w domu, w okra­to­wa­nym miesz­ka­niu na dru­gim piętrze, i za­bie­rał te­le­fon. Poza tym był do rany przyłóż, tyle że nie mogłam się z ni­kim kon­tak­to­wać, na­wet koleżanki były po­dej­rza­ne. Cu­dem uciekłam od­bi­ta przez przy­ja­ciół i wy­je­chałam do in­ne­go mia­sta. Brzmi to jak hor­ror i już myślałam, że może ze mną coś jest nie tak, ale tyl­ko do cza­su, kie­dy moja przy­ja­ciółka opo­wie­działa mi swo­je hi­sto­ryj­ki, a szczególnie naj­nowszą. Ona też przy­ciąga Otellów. Cza­sem w nocy od­wo­ziłam ją pod klatkę scho­dową, bo się bała, że ją udu­si eksko­cha­nek. Fak­tycz­nie stał za śmiet­ni­kiem i ucie­kał na mój wi­dok. Było to daw­no. Po­tem ona mnie prze­cho­wy­wała, gdy mój prześla­dow­ca krążył no­ca­mi w po­bliżu mo­je­go domu. Ostat­nio po krótkiej zna­jo­mości wyszła po kry­jo­mu za mąż za świra pa­ra­no­ika, który zmie­nił jej życie w piekło. Nie chciał jej wy­pusz­czać do pra­cy, stał pod biu­rem, śledząc, z kim wyj­dzie. Wrzesz­czał na sta­rusz­ka ta­pi­ce­ra, który dzwo­nił, że ka­na­pa go­to­wa. Nie po­zwa­lał no­co­wać u koleżanki, bo wie­dział, co będą wy­pra­wiały, choć była ze swo­im małym dziec­kiem. Ko­pio­wał jej ma­ile i prze­kie­ro­wy­wał SMS-y. Na ko­niec ukradł jej majt­ki i wysłał do eks­per­ty­zy, czy nie ma na nich cu­dzej sper­my, bo chciał, żeby to było do­wo­dem na spra­wie roz­wo­do­wej. Pierw­sza już się odbyła. Sąd, niewątpli­wie słusznie, uznał, że trwające dwa mie­siące małżeństwo z wa­ria­tem to za krótko, i sprawę przełożył na później. Może jak świr za­bi­je moją przy­ja­ciółkę, pani sędzia, która de­cy­du­je o życiu oso­bi­stym czter­dzie­sto­let­niej ko­bie­ty, da jej rozwód pośmiert­nie. Co to za pra­wo, które nie po­zwa­la się roz­stać do­rosłym lu­dziom, którzy nie mają dzie­ci i wspólne­go majątku? Oczy­wiście le­piej się za­sta­no­wić przed ślu­bem, ale artyści są ro­man­tycz­ni.

Moja bab­cia twier­dziła, że wie­my, za kogo wyszłyśmy, do­pie­ro na spra­wie roz­wo­do­wej. Nie wy­chodźmy za mąż za ner­wusów, hi­ste­ryków i za­zdrośników, choć to na początku miłe. Za­zdro­sne­go świra po­znać od razu, bo za­da­je mnóstwo pytań. Chce wie­dzieć, kto dzwo­nił i kim jest, de­ner­wu­je go na­wet na­sza roz­mo­wa te­le­fo­nicz­na z matką, spraw­dza, gdzie je­steśmy, nie to­le­ru­je męskich przy­ja­ciół, na­wet gejów, bo wia­do­mo, że każdy da się nawrócić. Obraża się, gdy wpa­dają przy­ja­ciele, bo twier­dzi, że to ukar­to­wa­ne. Bawi się na­szym te­le­fo­nem, gdy idzie­my do łazien­ki, spraw­dza ma­ile, wymyślając kre­tyńskie uspra­wiedliwienia. Grze­bie w kie­sze­niach i ogląda kwi­ty par­kin­go­we.

O ile lek­ko­myślnie zo­sta­nie­my jego żoną, będzie to ar­gu­ment dla nie­go, bo nie ura­tu­je nas po­li­cja, która z za­sa­dy nie wtrąca się w ro­dzin­ne awan­tu­ry, chy­ba że Otel­lo udu­si Des­de­monę. Za­zdrość jest nie­ule­czalną cho­robą. Nie po­mogą te­ra­pie i pro­chy, trze­ba ucie­kać, za­cie­rając ślady.

Ka­czor Do­nald albo wściekły kra­snal

To nie będzie o mężczy­znach dzio­ba­tych, ni­skich i krótko­no­gich, tyl­ko o fa­ce­tach ob­da­rzo­nych na sku­tek an­dro­pau­zy agresją ko­bry, dzi­ka, częściej rozwście­czo­nej pa­pu­gi, a najczęściej Ka­czo­ra Do­nal­da wku­rzo­ne­go na swo­ich sio­strzeńców. Ten to się wście­kał! Tupał, wrzesz­czał, pod­ska­ki­wał, kręcił ku­prem, skręcał się w śrubę i był nie­skończe­nie za­baw­ny. Nie­ste­ty fa­cet za­cho­wujący się po­dob­nie śmie­szy mało. A naj­gor­sze przy­cho­dzi po sześćdzie­siątce. Ata­ki agre­sji kwa­li­fi­kują ta­tu­siów do le­cze­nia psy­chia­trycz­ne­go, ale de­pri­mu nie wezmą, bo to Po­la­cy – złote pta­cy. Na Za­cho­dzie an­dro­pau­zia­cy chodzą do psy­cho­lo­ga albo leczą się hor­mo­nal­nie, tak jak u nas ko­bie­ty. Zły hu­mor jest nie­do­pusz­czal­ny, a agre­sja dyskwa­li­fi­kuje.

Dzie­ci są zwy­kle uśmiech­nięte, a jak ryczą, to wina ro­dziców. Na­sto­lat­ki bry­kają jak źre­ba­ki, dwu­dzie­sto­lat­ki po­god­nie zaj­mują się sek­sem i spor­tem, trzy­dzie­sto­lat­ki robią kasę, ale lubią się napić i po­podróżować, a na ho­ry­zon­cie, uwa­ga! – czter­dziest­ka. Każdy w tym wie­ku uważa się za osobę pierw­szej młodości, a tak nie jest, bo to już nie młodość, tyl­ko wiek śred­ni. Ko­le­dzy pa­dają od zawałów, koleżanki – zwa­ne od siły wia­tru ryczącą czter­dziestką – za­czy­nają tyć, a wszy­scy uważają, że nic się nie zmie­ni­li. I oby tak zo­stało, ale koło pięćdzie­siątki przy­cho­dzi na ko­bie­ty me­no­pau­za, a na eks­dzi­dziu­siów an­dro­pau­za i pożegna­nie z do­brym hu­mo­rem, grzywką i ka­lo­ry­fe­rem. Z przo­du po­ja­wia się jesz­cze wzru­szająca piłecz­ka brzusz­ka, oczy i brwi blakną, za­czy­nają się kłopo­ty ze wzwo­dem. Pe­nis, świ­nia, prze­sta­je słuchać swe­go pana. Jak w ta­kiej sy­tu­acji mieć do­bry hu­mor? Mowy nie ma. Fa­ce­ci nie uznają sta­rości, a naj­bar­dziej swo­jej, więc są wście­kli na cały świat. Niesłycha­ne, jak żywo re­agują na naj­mniej­sze uwa­gi czy nie­po­wo­dze­nia. Wszyst­ko ich uwie­ra, nic się nie po­do­ba, wszyst­ko wku­rza, a naj­bar­dziej sta­ra, młod­sza o pięć lat, żona, która zmar­no­wała ogier­ko­wi dwa­dzieścia lat życia. Chwała Bogu, on jej nie zmar­no­wał. Je­den z mo­ich pod­sta­rzałych ko­legów zro­bił mi awan­turę o to, że nie uprze­dziłam go, iż po­dam na ciepło, bo miało być na zim­no i miało nie być wina, a on nie­uprze­dzo­ny nie będzie pił, bo się na­sta­wił na her­batę. Zba­ra­niałam, bo jesz­cze dwa lata temu był nor­mal­ny. Następnie Ka­czor Do­nald wypił bu­telkę wina i zjadł wielką porcję ryby. Co za prze­wrot­na be­styj­ka. Jak­by się człowiek przej­mo­wał, to by do­stał de­pre­sji. Dla­te­go radzę nie zwra­cać uwa­gi na ja­kie­kol­wiek hu­mory bied­nych via­gruszków po pięćdzie­siątce, bo to początki zdzie­cin­nie­nia. W li­te­ra­tu­rze od lat występowała an­der­se­now­ska bzo­wa ba­bu­leńka, si­wiut­ka po­god­na sta­rusz­ka, pla­ster na rany, i strasz­ny dzia­du­nio z ko­stu­rem, goniący dzie­ci w miarę fi­zycz­nych możności. Dzia­du­nio, kie­dy nie spał, to się darł na wszyst­kich. Ba­bu­nia, jak nie drze­mała słodko w fo­te­lu, piekła ciastecz­ka, układała kwiat­ki w wa­zo­nie i znała się na ziołach. Te­raz i ba­bu­nie są wściekłe, i dzia­du­niowie.

Ba­bu­nie uspo­ka­ja wi­zy­ta wnuczków, dzia­du­nia wi­zy­ta w agen­cji to­wa­rzy­skiej. Tam nie musi uda­wać, że może, i może uda­wać, że jest bo­ga­ty i młod­szy o dwa­dzieścia lat. Po­god­nie od­bie­ra hołdy la­se­czek ze Wscho­du i prze­sta­je być Ka­czo­rem Do­nal­dem. Do cza­su prze­je­cha­nia się au­tem po uli­cach pełnych de­bi­li, kre­tynów, głupich cip i gnoi. Z tego wszyst­kie­go wjeżdża w tył wy­pa­sio­nej bry­ki, którą pro­wa­dzi dziw­ka, ha­mująca bez ostrzeżenia.

Sy­tu­acja niby pro­sta: piękna la­ska i wku­rzo­ny kra­snal, który po­wi­nien stać się za­lot­nym, opie­kuńczym su­per­ma­nem i prze­pro­sić. Nic z tego. Fe­ro­mo­ny wy­wie­trzały i win­ny potwór nadal ry­czy, bo go roz­no­si złość na to pie­przo­ne życie, mar­ne auto, głupią żonę, syna nar­ko­ma­na, sta­re­go psa, chorą matkę i brak kasy. Żeby było spra­wie­dli­wie, do­dam, że za­pa­sio­ne ba­bu­nie wrzeszczą w ko­lej­kach i łypią strasz­nym wzro­kiem ba­zy­lisz­ka na wszyst­ko oprócz księdza.

Dla­cze­go za­miast re­kla­mo­wać trujące zup­ki z pa­pier­ka i le­kar­stwa na wzdęcia, nie robi się re­klam an­ty­de­pre­santów? A bez tych ostat­nich na­sza Arka wypełnio­na sta­ry­mi pa­ra­mi za­to­nie, bo chy­ba żyje­my za długo i nie ma jesz­cze spo­sobów na prze­trwa­nie w do­brym na­stro­ju.

Roz­wo­dy

Je­stem zwo­len­niczką za­wie­ra­nia małżeństw, ale z oso­ba­mi zdro­wy­mi psy­chicz­nie. Wy­klu­czam synków ma­mu­si, właści­cie­li ali­ga­torów, zwo­len­ników sportów eks­tre­mal­nych, bo wdo­wieństwo mu­ro­wa­ne, gro­te­sko­wych hob­bystów ko­lek­cjo­nujących lewe buty gwiazd, neu­ra­ste­ników, pra­co­ho­lików, al­ko­ho­lików, de­wiantów sek­su­al­nych, po­li­tyków, in­nych smu­tasów i za­zdrośników. Li­sta spo­ra, ale gdy spoj­rzeć uważnie, widać trud­ności w uzy­ska­niu roz­wo­du. Żaden z tych typów, skon­cen­tro­wa­nych wyłącznie na so­bie i swo­ich pa­sjach, nie poświęci nam wyłącznej uwa­gi, a o to przy­najm­niej na początku cho­dzi. Rozwód mu­ro­wa­ny. Nie chciałabym sy­piać z wi­do­kiem na ali­ga­tora pożerającego królika ani z wi­do­kiem na królika pusz­czającego bob­ki. Nie chciałabym, żeby mój uko­cha­ny neu­ra­ste­nicz­nie kle­pał w iPo­da albo wra­cał z pra­cy o północy po kle­paniu w tyłek se­kre­tar­ki. Tu cie­ka­wost­ka – ko­niec z biu­ro­wy­mi ro­man­sa­mi, bo można pra­co­wać w domu i mieć kom­pu­te­ro­we kon­fe­ren­cje. Po co w ogóle cho­dzić do biu­ra, sko­ro dru­gie każdy ma w domu? Rozwód jest kon­se­kwencją ślubu i należy pa­trzeć uważnie, co się dzie­je od początku. Zbyt­nia ufność utrud­nia szyb­kie, for­mal­ne roz­sta­nie. Wca­le nie je­stem cy­nicz­na, tyl­ko dość długo ob­ser­wuję śmier­tel­nie za­ko­cha­ne pary, które po ślu­bie sta­wały się plującymi la­ma­mi. Trze­ba uważać, za kogo się wycho­dzi, bo z tą samą osobą będzie­my się roz­wo­dzi­li. Ku­twa osku­bie nas z kasy, cwa­niak udo­wod­ni, że je­steśmy świ­ra­mi, dam­ski bok­ser na ko­niec przyłoży, że hej, hi­ste­ryk będzie usiłował popełnić sa­mobójstwo, skacząc w zaspę z dru­giego piętra, za­zdrośnik za­bi­je lub po­bi­je nasz obiekt uczuć, a w każdym uru­cho­mi się podstępny, gar­ba­ty gnom, który za­tru­je nam kil­ka lat roz­wo­du. Wy­krad­nie sa­mochód, zmie­ni zam­ki, po­rwie dzie­ci, wy­wie­zie psa, sprze­da naszą biżute­rię i będzie oplu­wał, „dopóki nas śmierć nie rozłączy”. Na­sze sądy usiłują in­ge­ro­wać w życie do­rosłych lu­dzi, którzy prze­sta­li się ko­chać, i ściem­niają im w spra­wie re­kon­struk­cji związków. To tak, jak­by się re­mon­to­wało za­pad­niętą ru­derę, bo kie­dyś do­mek był ładny. Był, ale się zmył! Trze­ba zmie­nić pra­wo i mieć zgodę sądu na ślub, a o rozwód występować pocztą. Jak są pro­ble­my, to można wziąć ad­wo­ka­ta i założyć sprawę. Ja­kim pra­wem jakaś ko­bie­ta (sąd cy­wil­ny za­wsze jest sa­miczką) uważa się za wy­rocz­nię w mo­ich spra­wach oso­bi­stych i nie po­zwa­la mi opuścić meganieko­chanego fa­ce­ta?

Miałam czte­rech for­mal­nych mężów i kil­ka efek­tow­nych kon­ku­bi­natów, a zda­nie o mężczy­znach mam w su­mie do­bre. Bywałam z za­zdro­sny­mi psy­cho­pa­ta­mi i ucie­kałam od pi­jaków, ale nie spo­tkałam żad­ne­go dam­skie­go bok­se­ra ani sa­mobójcy. Moi part­ne­rzy byli za­wsze przy­stoj­ni, po­god­ni, uta­len­to­wa­ni i mnie ko­cha­li. Ja ich też, krócej lub dłużej. Za­wsze uda­wało mi się zwiać, za­nim był poważny kon­flikt, dla­te­go roz­wo­dy wspo­mi­nam miło. A to dla­te­go że mam nosa w spra­wie wy­bo­ru part­nerów i mężów, więc roz­wodzę się z su­per­fa­ce­ta­mi.

Jak tacy faj­ni, to dla­cze­go się roz­wodzę? Mam na­tu­ralną po­trzebę by­cia za­ko­chaną.

Po kil­ku la­tach o to ra­czej trud­no. A mnie nie cho­dzi o po­czu­cie bez­pie­czeństwa, tyl­ko o emo­cje. Na roz­sta­nia mogę so­bie po­zwo­lić, bo nie mam dzie­ci, psów, kotów i in­nych emo­cjo­nal­nych wa­liz. Nig­dy nie miałam i każdemu tego życzę.

Na­sza szka­pa

Całe życie wal­czyłam o nie­by­cie szyją, która kręci głową ja­kie­goś fa­ce­ta. I wszyst­kim to radzę. Czyż nie mi­lej być sa­mo­dzielną głową bez szyi, która nami kręci i to prze­ważnie w złą stronę? Na­wet jeśli się jest na­rze­czoną żyra­fy i szy­ja jest bar­dzo potężna, le­piej sta­now­czo być foką na własny ra­chu­nek. Za­brzmiałam jak pi­smo przy­rod­ni­cze, ale zja­wi­sko kręce­nia głową fa­ce­ta i by­cia dum­nym z tego po­wo­du wy­da­je mi się idio­tycz­ne. Te kłam­stew­ka, ukry­wa­nie cen ku­pio­nych ciuchów, nar­ko­ma­nii dziec­ka, wstrzyk­nięcia bo­tok­su, po­sia­da­nia ko­chan­ka, spra­wiają, że je­steśmy szyją kłam­czuchą, za­miast so­bie za­ro­bić pie­niądze, o synu po pro­stu po­ga­dać, a ko­chan­ka nie po­ka­zy­wać koleżan­kom, bo wy­pa­plają ko­chan­ce męża.

Rola szyi jest wiel­ka, ale zależy, jaka ją wieńczy głowa. Prze­ważnie pu­sta, więc kręcić łatwo. To są teo­rie z czasów, gdy ko­bie­ta bez mężczy­zny nie mogła ist­nieć, miała jego na­zwi­sko, on dys­po­no­wał kasą i de­cy­do­wał o wszyst­kim. Al­ter­na­tywą było pójście do za­ko­nu albo by­cie ciotką re­zy­dentką, sa­dzaną na końcu stołu. Obie możliwości są strasz­li­we, dla­te­go bar­dzo młode la­secz­ki jak naj­szyb­ciej szły w nie­wolę sta­re­go hra­bie­go – im­po­ten­ta i sa­dy­sty – i kręciły jego wąsa­tym łbem i nie tyl­ko. Cza­sa­mi były z tego dzie­ci, ale prze­ważnie po­ma­gał ktoś z per­so­ne­lu pałaco­we­go. Nie było wyjścia, ko­bie­ta mu­siała uda­wać, ale te­raz chwa­lić się by­ciem szyją?

Ostat­nio na ele­ganc­kim bab­skim przyjęciu spo­tkałam się z teo­rią, że mężczy­zna jest ko­niem, a ko­bie­ta dżoke­jem, czy­li współcześnie mówiąc, dżokejką. To miła kon­cep­cja, o ile koń jest wyści­go­wy, mniej miła, gdy pociągowy, a naj­mniej miła, gdy jest starą szkapą. Nie­ste­ty do­rosłe dżokej­ki po przejściach nie mają szan­sy na nic lep­sze­go, a co to za przy­jem­ność kiwać się na po­wol­nej, zreu­ma­ty­zo­wa­nej cha­be­cie, która nas nie słucha i wierz­ga bez po­wo­du. Chy­ba le­piej się przejść. Swoją drogą, zależy za ile. Myśląc o la­sce dżokej­ce, widzę piękną ko­bietę z roz­wia­nym włosem, ga­lo­pującą na ogie­rze po cham­pio­nach przez piękne łąki porośnięte dzięcie­liną, która pała pa­nieńskim ru­mieńcem. Tak na­pi­sał Mic­kie­wicz i do te­raz nikt nie wie, o co cho­dzi. Ta luk­su­so­wa wer­sja jest rzad­ka ze względów eko­no­micz­nych. Piękne la­ski wloką się na eks­o­gie­rach po cen­trach han­dlo­wych, a star­sze dżokej­ki do­sia­dają młode kuce z przy­pad­ko­wych ho­dow­li i udają Szał Pod­ko­wińskie­go. Moje koleżanki, au­tor­ki dżokej­skiej teo­rii względności, upa­jały się władzą ama­zon­ki nad po­pru­kującym ko­ni­skiem i chi­cho­tały radośnie na myśl o krótkich lej­cach i da­niu ostro­gi ce­lem zachęty swe­go ko­ni­ska do przejścia w kłus.

Z pu­ste­go i Sa­lo­mon nie na­le­je, jak ma­wia przysłowie i ma rację. Jako tra­dy­cjo­na­list­ka, za­miast do­sia­dać „naszą szkapę”, wolę, żeby mnie do­siadł jakiś miły zwy­cięzca Wiel­kiej Par­du­bic­kiej.

Świr ame­ry­kański

Je­dy­nie wyglądam na ko­bietę wy­zwo­loną, bo na tle tego, co się dzie­je w fe­mi­ni­zmie, je­stem pro­win­cjo­nalną, wsty­dliwą gęsią. Ostat­nio oglądałam z przy­ja­ciółkami mecz piłkar­ski, roz­mo­wa zeszła na ko­sme­tykę ko­bie­cych narządów. Chwała Bogu, nasi pa­no­wie byli na Sta­dio­nie Na­ro­do­wym, a my na ka­na­pach w domu. Za­bieg na­zy­wa się Mona Lisa i służy upiększe­niu po­chwy i spra­wie­niu, żeby uśmie­chała się jak najsłyn­niej­sza mo­del­ka Le­onar­da da Vin­ci. Niezły dow­cip, bo był on sztan­da­ro­wym flo­renc­kim re­ne­san­so­wym ge­jem i nie o uśmiech wa­gi­ny mu cho­dziło.

Kosz­tow­na ta ope­ra­cja spra­wia, że sie­dem-dzie­sięcio­lat­ka ma wszyst­ko jak dwu­dzie­sto­lat­ka, oczy­wiście od bio­der w dół. Szy­ja i dłonie wyglądają jak do­cze­pio­ne do wio­sen­nej wa­gin­ki. Swoją drogą, co my wy­ra­bia­my? Świr kom­plet­ny, cie­ka­we, czy jakiś dzia­dzia-dzi­dzia by so­bie zo­pe­ro­wał pe­ni­sa na wzór ob­ra­zu Słoń Trąbal­ski z Tate Gal­le­ry, tytułu nie je­stem pew­na, ale co za trąba! Zgłupiałyśmy doszczętnie. Wszyst­ko na­strzyk­nięte, do­le­pio­ne, do­cze­pio­ne, a na zakończe­nie pro­gra­mu – uśmiech Mony Lisy. Dla kogo ten wyścig? Po­win­nyśmy to prze­myśleć.

Ale zda­rzają się jesz­cze lep­sze po­mysły. W Sta­nach są punk­ty, w których wy­kwa­li­fi­ko­wa­ni do­ty­ka­cze i do­ty­kacz­ki pra­cują nad zna­le­zie­niem na łech­tacz­ce ośmiu punktów ero­gen­nych.

Mają gu­mo­we ręka­wicz­ki, są po spe­cjal­nym kur­sie, tyl­ko szu­kają na­uko­wo i na­aagle, dzyń, dzyń, a pa­cjent­ka pod su­fi­tem z radości. Każdy by chciał!

Jako wsio­wa gęś ogrom­nie się za­in­te­re­so­wałam tą ni­szową po­trzebą swo­iste­go grzy­bo­bra­nia, bo nie wie­działam, że mam aż osiem me­ga­punktów. Za­wsze myślałam, że je­den, i byłam za­do­wo­lo­na, jak ktoś go zna­lazł, ale co wte­dy robiło sie­dem po­zo­stałych? To nie ście­ma, córka przy­ja­ciółki uczest­ni­czyła w ta­kim kur­sie, a ścia­ny przy­byt­ku roz­ko­szy wy­le­pio­ne były zdjęcia­mi tysięcy wa­gin z całego glo­bu. Je­stem cie­ka­wa świa­ta, ale nie do tego stop­nia, żeby chcieć oglądać po koleżeńsku cu­dze wa­giny, sko­ro mam własną. Cie­ka­we, czy już jest szkoła znaj­do­wa­nia punktów na pe­ni­sach, w której kon­sul­tan­ci obu płci w ręka­wi­cach sty­mu­lują nie­roz­bu­dzo­nych Ta­tu­siów Mu­min­ka. Ścia­ny oczy­wiście wy­le­pio­ne fo­to­gra­fia­mi pe­nisów różnych na­rodów.

Świra ame­ry­kańskie­go wieńczą występy Mamy Giny, która twier­dzi, że z łech­tacz­ki ema­nu­je ener­gia ko­smicz­na i to w każdym wie­ku i ko­bie­ty po­win­ny ją uwal­niać, naj­le­piej fa­chową ma­stur­bacją ze zwy­cięskim okrzy­kiem. Na sali tysiące po­ry­kujących ko­biet, a Mama Gina uwal­nia. Nie wiem, ile kosz­tu­je bi­let, ale może war­to so­bie pouwal­niać po uprzed­nim zna­le­zie­niu ośmiu punktów przez przy­stoj­ne­go Mu­la­ta fa­chowca. Po ta­kich re­we­la­cjach cieszę się, że uwal­niam swoją ko­smiczną ener­gię w sposób tra­dy­cyj­ny i nie muszę wysyłać ko­legów na kur­sy.

Ogon w du­pie

Czas pędzi i co­raz więcej po­mysłów na uroz­ma­ice­nie so­bie życia sek­su­al­ne­go. O jed­nym z nich do­wie­działam się od mo­jej przy­ja­ciółki, na­czel­nej pi­sma dla na­sto­la­tek i młodych la­se­czek, będących w sta­dium po­lo­wa­nia na gru­be­go zwie­rza. W tym wy­pad­ku dosłownie i prze­nośnie.

Oprzyrządo­wa­nie mod­nej ano­rek­tycz­ki jest bar­dzo kosz­tow­ne. W skład wchodzą mar­ko­we szczudła, strin­gi z dziurą i bez dziu­ry na wy­ciecz­ki ka­brio­le­tem, sta­ni­ki pod­noszące biust, o ile któraś ma, lub wkładki pla­sti­ko­we do­wol­nej wiel­kości, które czuć, bo macałam koleżankę, za to kosz­tują majątek, no i są bli­zny. Wkładki widać z ki­lo­me­tra, ale za­uważa je tyl­ko kon­ku­ren­cja, bo dzia­dzia-dzi­dzia nie­do­wi­dzia. Wszyst­ko po to, żeby wy­ko­nać wia­do­mo co znu­dzo­ne­mu mi­lio­ne­ro­wi, który w tym cza­sie sączy sin­gle mal­ta, czy­li whi­sky w ce­nie mie­sięczne­go utrzy­ma­nia ro­bot­ni­czej sied­mio­oso­bo­wej ro­dzi­ny. O ile la­ska po za­pre­zen­to­wa­niu się w szor­tach do pa­chwi­ny i trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wych ob­ca­sach spodo­ba się ni­ziołkom z kor­po­ra­cji, może czuć się bez­piecz­nie na mi­ni­mum ty­dzień, bo kon­ku­ren­cja czy­ha i wi­ru­je do­okoła z szyb­kością pro­por­cjo­nalną do kasy, którą będzie można skubnąć na wa­ci­ki.

Opi­sałam tu me­to­dy tra­dy­cyj­ne, które znu­dziłyby na­wet de­wotkę. Oto ko­niec z ru­tyną! Po­ja­wiły się lśniące ogo­ny przy­cze­pio­ne do kosz­tow­nej jak­by brosz­ki, we wszyst­kich ko­lo­rach, ze spe­cjal­ny­mi zakończe­nia­mi do wty­ka­nia. Uwa­ga! W wa­ginkę lub du­pinkę. Ogrom­nie za­in­te­re­so­wał mnie tech­nicz­ny, ale i es­te­tycz­ny aspekt tej no­win­ki. Oka­zało się, że nie ma ogonów do nosa, a to też otwo­ry, za to są wkładki do­pe­ni­so­we, ta­kie jak za­tycz­ki do uszu, tyle że ogon dyn­da albo wisi przy ko­la­nach. Na­tych­miast przej­rzałyśmy ofer­ty in­ter­ne­to­we. Spo­ro tego. Najład­niej­sze do­wa­gi­nal­ne, z zakończe­niem jak za­ty­kacz bu­tel­ki, ale uro­kli­we by­wają i anal­ne, z większym kor­kiem. Te są w ko­lo­rach sto­no­wa­nych, acz jest i ofer­ta tęczo­wa.

Koleżanka do­wie­działa się o tym wy­na­laz­ku na