Sekrety serca - Jessica Hart - ebook
Opis

Wynajęty narzeczony. Malowniczy krajobraz parku Yellowstone przynosi Gilly ukojenie, a nowa praca w tak pięknej okolicy pozwala zapomnieć o bolesnej przeszłości. Gdy poznaje Aleksa, przystojnego naukowca, jej spokój pryska. Gilly robi wszystko, by ich związek nie przekroczył ram przyjaźni. Jednak serce trudno oszukać. Gilly i Alex wyznają sobie miłość, nie przeczuwając, że ich decyzja o wspólnym życiu wywrze wielki wpływ na losy jeszcze jednej osoby…

Ogień i woda. Summer Curtis to idealna sekretarka: punktualna, pracowita, doskonale zorganizowana. Na skutek reorganizacji w firmie zostaje przeniesiona do biura jednego ze współwłaścicieli, Phina Gibsona, człowieka kochającego adrenalinę, przygodę, ryzyko.  Phin się spóźnia, niczego do końca nie załatwia, rzadko bywa w biurze. Summer nie spotkała bardziej irytującego szefa...

Słodkie życie. Tilly, zajmująca się zawodowo pieczeniem ciast, bierze udział w reality show, z którego dochód ma być przeznaczony na cele dobroczynne. Jej partnerem jest Campbell Sanderson, były żołnierz, a obecnie znany biznesmen. Początek ich znajomości nie jest zbyt fortunny. Campbella interesuje tylko wygrana. Zrobi wszystko, żeby zdopingować Tilly do wysiłku. Ona zaś obawia się, że będzie to dla niej ciężka próba, której być może nie podoła...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jessica Hart

Sekrety serca

Tłumaczenie:

Wynajęty narzeczony

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Na myśl o prześladującym go od samego rana pechu Alistair Brown głośno westchnął. Jego dzień zaczął się jeszcze przed świtem wezwaniem do ciężkiego porodu. Pojechał natychmiast, ale niestety nie uratował cielęcia. Potem było już tylko gorzej – żądląca osa, kopiący koń, drapiący królik, a po powrocie do domu bardzo irytująca wiadomość od byłej żony – Shelley zapowiedziała swój przyjazd.

Alistair niechętnym okiem spojrzał na pacjenta. Nie przepadał za rozpieszczonymi psami w fantazyjnych obrożach. A ściślej mówiąc, nie lubił kontaktów z neurotycznymi właścicielkami takich zwierząt. Chociaż… Hm… ta kobieta wcale nie wyglądała na neurasteniczkę. Wysoka, szczupła, o gęstych, ciemnych włosach i ostrych rysach, ubrana była z wielkomiejską elegancją – jedwabna bluzka, spodnie z miękkiego zamszu, pantofle z długim szpicem. Jej modny strój zdecydowanie raził w prowincjonalnej lecznicy dla zwierząt.

Tego typu kobiety rzadko miewają psy, a jeszcze rzadziej zakładają swoim pupilom różowe obroże ozdobione szkiełkami imitującymi brylanty. Ale Alistair już niczemu się nie dziwił. W trakcie wieloletniej praktyki przekonał się, że ludzie bywają nieprzewidywalni i naprawdę trudno cokolwiek wywnioskować z ich wyglądu.

Ponownie skupił uwagę na pacjencie, który nerwowo zerkał na niego spod kudłatej grzywki. Pies wabił się Tallulah. Co za pretensjonalne imię, irytował się Alistair w duchu.

– Właściwie nic mu nie jest – rzekł chłodno. – Ruch na świeżym powietrzu prędko uleczy drobne dolegliwości. Pies musi więcej spacerować, pani…

Zerknął na ekran monitora, by przypomnieć sobie nazwisko. Kobieta gniewnie zmarszczyła brwi. Zawsze irytowali ją ludzie obciążeni kiepską pamięcią do nazwisk.

– Morgan Steele – podpowiedziała lodowatym tonem.

Ale widocznie weterynarz nie słyszał o niej, bo wyraz jego szarych oczu nie uległ zmianie. Nie wiedziała, czy powinna czuć się zadowolona, czy urażona. W pewnych kręgach jej nazwisko było dobrze znane, a niedawno lokalna gazeta przeprowadziła z nią wywiad.

Ale czego się spodziewać po prowincjonalnym weterynarzu, pomyślała. On pewnie prenumeruje wyłącznie fachowe czasopisma.

Spodziewała się, że przyjmie ją uprzejmy człowiek, taki, jakich widywała w telewizji, ale ten osobnik bynajmniej nie był miły. W dodatku miał nieokreśloną twarz, którą przed zupełną przeciętnością ratowały jedynie przenikliwe szare oczy i ładne, choć surowe usta.

– A więc, pani Steele – kontynuował oschle – Tallulah jest stanowczo za gruby.

Morgan żachnęła się.

Alistair delikatnie otworzył psu pysk, obejrzał zęby i powtórnie przesunął dłonie po pękatym ciele zwierzęcia.

– Dopuszczenie do takiej nadwagi graniczy z okrucieństwem – rzekł ostro. – Człowiek, który nie umie odpowiednio traktować zwierząt, nie powinien fundować sobie psa.

Morgan zjeżyła się. Już dawno nikt nie ośmielił się mówić do niej takim tonem.

– To ulubieniec mojej matki – powiedziała zimno. – Posądzenie nawet o cień okrucieństwa oburzyłoby ją. Była bardzo przywiązana do Tallulaha.

– Widocznie nie na tyle, żeby wyprowadzać go na spacery.

– Mama chorowała przez ostatnie dwa lata… Sama ledwo chodziła… – Zaskoczyło ją, że się usprawiedliwia. – Tallulah był jej wiernym towarzyszem. Mama zmarła kilka miesięcy temu. Zabrałam psa po pogrzebie.

– Ale pani ma zdrowe nogi, prawda? – padło retoryczne pytanie i Alistair obrzucił wymownym spojrzeniem zgrabne długie nogi w spiczastych butach. Wyjął psu termometr, ku widocznej uldze pacjenta, i zerknął na Morgan. – Powinna pani wyprowadzać go na długie spacery – ciągnął. – Chyba to dla pani oczywiste, że tłuściochowi potrzeba ruchu.

– Tallulah nie lubi spacerów, szczególnie kiedy pada – oświadczyła Morgan. – Nie cierpi mokrych łap, bo nie jest wiejskim kundlem.

– Co widać gołym okiem.

Te słowa zostały wypowiedziane z tak wyraźną ironią, że Morgan zaczerwieniła się. Weterynarz obrzucił ją taksującym spojrzeniem.

– Właścicielka też nie ma nic wspólnego z wsią, prawda? No cóż…

– Nieprawda! – zawołała, dziwnie dotknięta szyderstwem malującym się w szarych oczach. – Tak się składa, że zamierzam osiąść w Ingleton na stałe. O ile mi wiadomo, nie ma przepisu, który nakazywałby noszenie kaloszy i skafandrów.

– Cóż, to prawda, ale ze względu na klimat skafander i kalosze byłyby praktyczniejsze niż pani strój.

Morgan zacisnęła zęby i policzyła do dziesięciu. Potrafiła stawić czoło niecierpliwym inwestorom lub wrogo nastawionym dziennikarzom, więc nie dopuści, by prowincjonalny weterynarz doprowadził ją do szewskiej pasji.

– Przykro mi, że mój strój nie zyskał pańskiej aprobaty – wycedziła zimno. – Ale nie przyszłam tutaj po poradę w zakresie mody. Od paru dni Tallulah sapie i charczy. Widocznie coś mu dolega. Niech pan daruje sobie krytykę mojej osoby, a zajmie się psem. Liczę na rzetelną diagnozę.

Zazwyczaj, gdy przemawiała takim tonem, większość rozmówców drżała ze strachu, ale ten weterynarz ani drgnął. Spokojnie patrzył ponad psem, który stał z podwiniętym ogonem i nerwowo dygotał.

– Już go zbadałem i zdiagnozowałem – oświadczył równie zimno. – Proszę zasięgnąć opinii innego lekarza. Wolna droga. Ale lojalnie uprzedzam, każdy uczciwy weterynarz powie to samo. Pani pupilek ma skandaliczną nadwagę i musi przejść na ścisłą dietę.

– Na ścisłą dietę? – powtórzyła Morgan głucho.

Miała ochotę zatkać psu uszy. Matka często podsuwała ulubieńcowi różne smakołyki, a na podwieczorek zawsze dostawał lukrowany piernik.

– Zapiszę specjalną suchą karmę – ciągnął Alistair. – Proszę codziennie dawać mu wyłącznie to oraz dużo wody do picia.

Morgan zmartwiła się.

– Tallulah tego nie zniesie, nie tknie…

– Jak porządnie zgłodnieje, na pewno zje – orzekł bez współczucia weterynarz i lekko pogłaskał psa. – Naprawdę nic ci nie jest, grubasie – powiedział. – Tylko masz okropną nadwagę.

Popatrzył na Morgan, a ona pod wpływem jego przenikliwego wzroku poczuła niemądre trzepotanie serca.

– Proszę ściśle stosować przepisaną dietę. Żadnych przysmaków! I dobrze byłoby wyprowadzać psa przynajmniej na jeden solidny spacer dziennie, wtedy prędzej schudnie. Żadne tam spacerki dziesięć metrów w tę i z powrotem – dodał, jakby czytał w jej myślach. – I radzę przygotować się na błoto.

Serce Morgan biło jakoś nierówno; to radośnie podskakiwało do góry, to niebezpiecznie opadało w dół. Bardzo dziwne!

– Porządny spacer zajmuje około godziny.

– To dużo – mruknęła.

– Naprawdę nie wygospodaruje pani sześćdziesięciu minut w ciągu dnia? – spytał wyraźnie zniecierpliwiony Alistair. – Zakładam, że ma pani trochę uczuć dla tego tłuściocha, bo w przeciwnym razie nie zgłosiłaby się pani do mnie.

Morgan popatrzyła na dygocącego Tallulaha. Nie poświęcała mu zbyt wiele uwagi i często krytykowała matkę, że traktuje psa jak dziecko.

– Czuję się odpowiedzialna za to stworzenie, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że bardzo je lubię. Obiecałam mamie, że zaopiekuję się jej pieszczoszkiem i dotrzymuję słowa.

– Więc niech będzie pani rozsądnie odpowiedzialna – podchwycił Alistair. – Gdyby odpowiednio go traktować, byłby wcale zgrabny. – Chłodne szare oczy prześliznęły się po eleganckiej sylwetce Morgan, zarejestrowały delikatny makijaż i pomalowane paznokcie. – Proszę poświęcić Tallulahowi jedną dziesiątą czasu, jaki poświęca pani sobie, i przyjść za miesiąc. Ciekaw jestem, czy nadal będzie pani nosić niewygodne pantofle.

Morgan pożegnała się oschle, tłumiąc złość. Ten wiejski weterynarz obraził ją, a w dodatku za ów wątpliwy przywilej musiała słono zapłacić.

Nie ma to jak wiejska sielanka!

Wprawdzie w Londynie nigdy nie zdarzyło się jej odwiedzić lecznicy dla zwierząt, była jednak przekonana, że tamtejsi lekarze są czarujący. W przeciwieństwie do Alistaira Browna, który chyba z wyróżnieniem ukończył kurs opryskliwości.

Wsadziła Tallulaha do samochodu i głośno zatrzasnęła drzwi.

– Pokażemy temu panu, na co nas stać. Jeszcze zobaczy! – prychnęła. – Za miesiąc przyjdziemy się pokazać. Ty będziesz szczupły i żwawy, więc złośliwiec cię nie pozna, a ja włożę takie buty, jakie mi się spodoba.

Nie mogła darować weterynarzowi posądzenia o brak odpowiedzialności. Jak on śmiał! Zawsze była za kogoś odpowiedzialna i miała już tego po dziurki w nosie.

Ciągle kimś się opiekowała – matką, siostrą, znajomymi, pracownikami, a od niedawna tym psem. I teraz, kiedy dla odmiany mogłaby zająć się sobą, prowincjonalny krytykant śmie jej zarzucać nieodpowiedzialność.

Włóczenie się z psem po okolicy wcale jej się nie uśmiechało. Nie miała ochoty moknąć, męczyć się, brudzić, a jeszcze mniej głodzić psa i słuchać żałosnego skowyczenia. Lecz skoro według miejscowej wyroczni inne postępowanie byłoby nieodpowiedzialne, zastosuje się do tych zaleceń.

Siostra często jej radziła, by mniej się denerwowała i nie przejmowała tyloma sprawami.

– Uspokój się – mawiała. – Cały kłopot z tobą wynika z twojego przekonania, że tylko ty potrafisz coś zdziałać, załatwić. Przestań tak się zapalać, pozwól innym samodzielnie rozwiązywać problemy.

Po śmierci matki Minty radziła oddać Tallulaha do schroniska, ale Morgan nie posłuchała.

– Pies stanie się dla ciebie substytutem dziecka – przepowiadała Minty. – Skończysz jako stara panna. Zaczniesz nosić męskie kapelusze i wielkie buciory i chętniej będziesz rozmawiać z psami niż z ludźmi. Pilnuj się! Wiesz, co ci grozi?

– Nie.

– Zaczniesz nazywać siebie mamusią Tallulaha.

– Jesteś niesprawiedliwa – broniła się Morgan. – Często prosiłam mamę, żeby traktowała psa jak zwierzę, a nie jak dziecko. Jestem twarda i mało prawdopodobne, żebym nagle zaczęła roztkliwiać się nad nim.

– Kto wie, jak się zmienisz, kiedy przeprowadzisz się na wieś – odparła Minty. – Zresztą wcale nie jesteś taka twarda. Gdybyś była bez serca, znalazłabyś dla Tallulaha jakieś schronisko albo byś go uśpiła.

– Nigdy tego nie zrobię! – krzyknęła zgorszona Morgan. – Obiecałam mamie, że zaopiekuję się jej pupilkiem.

– No widzisz? Najlepszy dowód, że nie jesteś twarda.

– Wiesz co? Weź Tallulaha do siebie – rzuciła gniewnie.

– Nie mogę. Moje dzieci są alergikami.

– W takim razie ja muszę go zatrzymać, prawda?

Zawsze tak jakoś wychodziło, że wszystko spadało na barki Morgan.

Zerknęła na osowiałego Tallulaha. Wizyta u weterynarza nie była dla niego miła. Krytyczne uwagi, mierzenie temperatury i obmacywanie twardymi dłońmi to żadna przyjemność. Chociaż… Na wspomnienie tych rąk Morgan doszła do wniosku, że obmacywanie chyba nie sprawiło psu większej przykrości. Ale krytyka i mierzenie temperatury na pewno.

Minty twierdziła, że trzeba wszystkich zostawić w spokoju, niech każdy sam sobie radzi. Ale jak zostawić rozpieszczonego psa bez opieki? Morgan znów spojrzała na grubasa.

– Zamierzasz przejść na ścisłą dietę i codziennie ganiać po polach? Będziesz to robić?

Tallulah przekrzywił łeb i nadstawił uszu.

Morgan wzdrygnęła się. No proszę, już zaczynała rozmawiać z psem! Widocznie Minty ma rację. Jeszcze trochę, a sprawi sobie tweedowy kostium, okropny kapelusz i solidne buciory.

Czyżby naprawdę czekał ją los starej panny?

Wsłuchała się w szum silnika, co zawsze sprawiało jej przyjemność. Podobał się jej opływowy kształt dużego samochodu i skórzane obicia foteli.

Zgryźliwy weterynarz na pewno powiedziałby, że na wsi taki wóz jest niepraktyczny, ale Morgan nie zamierzała rezygnować z luksusu. Może spuści z tonu i sprawi sobie kalosze, ale nigdy nie kupi mniejszego auta. Zmieni tryb życia tylko w rozsądnych granicach.

Odchudzenie psa to pierwsze zadanie. Trzeba zrobić z Tallulaha wiejskie zwierzę. Trudne, ale Morgan lubiła wyłącznie trudne zadania. Najpierw jasno określała cel, a potem zawsze go osiągała. Na tym polegała tajemnica jej sukcesów. A teraz, po zakończeniu generalnego remontu w Ingleton Hall, nie miała żadnego konkretnego celu.

A może przenosząc się do Yorkshire, popełniła błąd? Jeszcze niedawno ten pomysł wydawał się jej genialny. Matka umarła, Paul odszedł… Odpowiedni moment na zmianę trybu życia i otoczenia.

Miała absolutnie dość Londynu, nieprzekraczalnych terminów, napięcia, obłędnego tempa. Po wielu latach spędzonych w kieracie rozległe przestrzenie i prostota wiejskiego życia miały dla niej nieodparty urok. Morgan pragnęła robić wyłącznie to, na co zawsze brakowało jej czasu. Będzie codziennie gotować, dużo czytać, pracować w ogrodzie. A przede wszystkim wtopi się w lokalną społeczność.

Tylko czy warto? Jeśli owa społeczność składa się z ludzi pokroju Alistaira Browna, to członkostwo zapowiada się niezbyt przyjemnie. Miała jednak cichą nadzieję, że inni mieszkańcy Ingleton będą przyjaźniej nastawieni. Akurat dziś życzliwy uśmiech albo miłe słowo dobrze by jej zrobiły. Rozwiałyby depresyjny nastrój.

Wjechała na drogę prowadzącą do Ingleton Hall. Auto sunęło gładko i cicho pod rozłożystymi lipami. Broniąc się przed falą przygnębienia, Morgan zaczęła mówić na głos:

– Mogło być gorzej. Mam dużo szczęścia. Mam piękny dworek i fantastyczny samochód.

Jak zawsze, kiedy myślała o nowym domu, jej nastrój się poprawił. Siedziba Ingleton Hall od dawna była opuszczona i stopniowo popadała w ruinę. W dodatku kilka lat temu z niewyjaśnionych przyczyn wybuchł tu pożar. Dach się zapadł, a pokoje poczerniały od sadzy. Usunięcie szkód było bardzo kosztowne, więc dworek długo stał pusty. Przed rokiem Morgan przejeżdżała tędy przypadkowo. Zobaczyła ruinę z daleka, obejrzała z bliska i… postanowiła doprowadzić Ingleton Hall do dawnej świetności.

Nagle z zamyślenia wyrwał ją widok dwóch małych rowerzystek z trudem pedałujących pod górę. Niewiele brakowało, a by je potrąciła. Zmarszczyła brwi, zahamowała i otworzyła okno.

Zaczerwienione i zasapane dziewczynki miały po jakieś dziesięć, najdalej jedenaście lat i były bliźniaczkami.

– Zgubiłyście się? – spytała Morgan.

Rowerzystki patrzyły na nią z jawną ciekawością.

– Nie. Jedziemy do Ingleton Hall, bo chcemy poznać panią Morgan Steele – odparła jedna z nich. – Czy to pani?

– Tak. Nazywam się Steele.

– Na fotografii wygląda pani inaczej – stwierdziła druga.

Wyraźnie rozczarowana pogrzebała w koszyku i wyciągnęła kawałek gazety. Morgan domyśliła się, że to wycinek z „The Askerby and District Gazette”.

Dziewczynka uważnie obejrzała fotografię i przeniosła wzrok na kobietę za kierownicą.

– Tak, to ona – powiedziała do siostry.

– Już wiecie, kim jestem, więc teraz wy się przedstawcie – zaproponowała.

– Ja mam na imię Polly, a ona Phoebe – powiedziała jedna z dziewczynek. – Jesteśmy bliźniaczkami – dorzuciła zbędne wyjaśnienie.

– Widzę.

Były bardzo podobne, ale jednak niezupełnie jak dwie krople wody. Miały jasne, krótko obcięte włosy, bystre niebieskie oczy i nosiły okulary. Wyglądają jak małe mądrale, pomyślała Morgan.

– Mieszkacie w Ingleton?

– Tak – odparła Phoebe. – Chciałyśmy panią zapytać, czy możemy przeprowadzić z panią wywiad.

Zaskoczona Morgan wyłączyła silnik.

– Wywiad? – powtórzyła.

– Do szkolnej gazetki – wyjaśniła Polly.

– Hm, to bardzo ciekawe… miłe… Ale dlaczego akurat ze mną?

– Bo przeczytałyśmy artykuł o pani – odparła Phoebe. – I dowiedziałyśmy się, że pani jest sławna.

– I bogata.

– Dlatego chciałybyśmy napisać o pani.

Patrzyły na nią wzrokiem pełnym nadziei.

– Moje życie nie jest ciekawe – uprzedziła Morgan. – Nie robię nic fascynującego, nie znam sławnych ludzi.

Dziewczynkom trochę zrzedły miny.

– W artykule piszą, że pani ma pływalnię… i wszystko.

Dziewczynkom najwyraźniej to imponowało. Morgan wzruszyła się. Dzieci jej londyńskich znajomych były bardzo zblazowane. Może mogłaby im zaimponować prywatnym samolotem odrzutowym, ewentualnie przyjaźnią z aktorami występującymi w popularnych serialach.

– Rzeczywiście mam basen. Chcecie zobaczyć?

– Tak – odparły bliźniaczki chórem.

– A zgodzi się pani na wywiad? – dorzuciła Phoebe.

Morgan prędko zorientowała się, że Phoebe jest bardzo rzeczową osóbką. Spodobało jej się, że dziewczynka upewnia się, czy osiągnie zamierzony cel. Zresztą obie bliźniaczki miały upór wymalowany na twarzy. Na pewno zawsze stawiają na swoim.

Hm… wywiad do gazetki szkolnej z pewnością nie zaszkodzi, a może nawet pomóc. Morgan szukała przecież sposobu, by włączyć się w życie lokalnej społeczności. No to właśnie nadarzała się okazja.

Może jacyś rodzice przeczytają artykuł dziewczynek i zechcą poznać nową mieszkankę? A może gazetka wpadnie w ręce zgryźliwemu weterynarzowi, a on pożałuje, że był taki nieuprzejmy? Kto wie?

– Dobrze. Zgadzam się.

Zaproponowała dziewczynkom, że je podwiezie, ale one wolały jechać na rowerach. Morgan cały czas zastanawiała się, czy jej dom zrobi na nich odpowiednio duże wrażenie. Sama pokochała Ingleton Hall i pragnęła, by każdy się nim zachwycał, ale dzieci nie interesują się przecież architekturą.

Jak się okazało na miejscu, niepotrzebnie martwiła się o reakcję dziewczynek. Na ich twarzach malował się szczery zachwyt, a ochy i achy wybuchały w odpowiednich momentach. Największe wrażenie zrobił oczywiście basen i sala gimnastyczna.

Oczy Phoebe rozbłysły też na widok świetnie wyposażonego gabinetu, Polly natomiast bardziej zainteresował ogród. Kiedy wyszły na taras, dziewczynka objęła spojrzeniem ogród kwiatowy, po czym utkwiła wzrok w ciągnących się za nim malowniczych łąkach i szepnęła rozmarzona:

– Piękny teren. Powinna pani hodować konie.

– Niestety nie umiem jeździć.

– Tatuś mógłby panią nauczyć.

Morgan mruknęła coś niezobowiązującego, bo wolała nie przyznawać się, że panicznie boi się dużych zwierząt, takich jak konie i krowy. Zgryźliwy weterynarz zapewne powiedziałby, że w takim razie nie ma czego szukać na wsi.

Wywiad został przeprowadzony w kuchni. Młodociane dziennikarki popijały sok owocowy, a pani domu mocną herbatę. Okazało się, że mimo ogólnego zachwytu właścicielka Ingleton Hall sprawiła jednak dziewczynkom drobny zawód.

– Myślałyśmy, że ma pani służbę – wyznała rozczarowana Polly. – A przynajmniej kucharkę.

– Och, to byłaby rozrzutność. Wystarczy mi jedna osoba do pomocy w ogrodzie i druga, która raz w tygodniu posprząta dom.

– Wiemy. To pani Bolton – powiedziała Phoebe. – Czasami pilnuje nas wieczorem. Opowiadała nam, jak pięknie jest teraz w Ingleton Hall. Dlatego chciałyśmy tu przyjść.

– I jak wam się podoba?

– Och, bardzo, bardzo – gorąco zapewniła Phoebe. – Chciałybyśmy mieszkać w takim domu. Prawda, Polly?

Siostra entuzjastycznie skinęła głową i dodała:

– Ale tu po nocach chodzą duchy.

– Jakie duchy? – Phoebe pogardliwie wydęła wargi. Odwróciła się do Morgan. – Duchy nie istnieją, prawda?

– Ja osobiście nie wierzę – przyznała się Morgan.

Jedynym duchem z przeszłości, jaki ją dręczył, był Paul, ale bliźniaczkom nie o takie strachy chodziło.

– Ja bym się bała sama tu mieszkać – wyznała Polly. – Czy pani nie jest smutno?

Strzał w dziesiątkę!

Tylko że dziewczynki z pewnością nie zrozumiałyby opowieści o wielkiej pustce po odejściu Paula, o dotkliwym bólu i okropnym poczuciu samotności, więc Morgan odrzekła lekkim tonem:

– Tallulah dotrzymuje mi towarzystwa. On mnie obroni przed każdym duchem.

Bliźniaczki popatrzyły na psa ze źle skrywanym niesmakiem.

– Jest okropnie gruby.

– Wiem. – Morgan westchnęła. – Musi być na diecie. Nie dawajcie mu ani okruszka.

Zakaz był zbędny, bo dziewczynki pozostały nieczułe na wszelkie zabiegi tłuściocha. Tallulah próbował wszystkiego: patrzył tęsknym wzrokiem, siadał na zadzie, opierał przednie łapy na krzesłach, skomlił, wzdychał. Bliźniaczki pozostały niewzruszone.

– Tatuś zaraz zrobiłby z nim porządek – oświadczyła Polly. – Jest bardzo wymagający i stanowczy.

– Wobec was też?

– Jeszcze jak!

Dziewczynki jednocześnie skinęły głowami, ale nie sprawiały wrażenia zastraszonych dzieci.

– Możemy zacząć wywiad?

– Tak.

Przed przyjazdem ustaliły, że Phoebe będzie zadawać pytania, a Polly zapisywać odpowiedzi. Phoebe chrząknęła, zrobiła ważną minę i wygładziła kartkę z pytaniami.

– Ile pani ma lat?

Choć Morgan spodziewała się niemal wszystkiego, to pytanie trochę ją zaskoczyło. W końcu wzruszyła ramionami. To przecież bez znaczenia, wywiad w szkolnej gazetce nie zostanie zauważony przez stołeczne dzienniki i przejdzie bez echa.

Poza tym to nie takie znowu straszne mieć czterdzieści lat.

Prawie czterdzieści.

– Mam trzydzieści dziewięć lat – odpowiedziała.

Dziewczynki spojrzały na siebie wymownie.

– Nasz tatuś też – poinformowała Polly. – Kiedy ma pani urodziny?

– Ja zadaję pytania, nie ty – skarciła ją ostro siostra i powtórzyła: – Kiedy ma pani urodziny?

– Trzeciego września – posłusznie odparła Morgan.

Polly zapisała odpowiedź, a Phoebe zerknęła na listę.

– Chciałaby pani wyjść za mąż?

Pytania stawały się coraz bardziej dociekliwe, ale wrodzona uprzejmość nie pozwalała Morgan uchylać się od odpowiedzi.

– Skąd wiesz, że nie jestem mężatką? – spytała Morgan, by zyskać na czasie.

Bliźniaczki zmieszały się.

– Przeczytałyśmy w „Gazette”, że jest pani samotną kobietą.

– Nie należy wierzyć wszystkiemu, co piszą w gazetach.

– Pani Bolton mówiła, że pani nie ma męża – przypomniało się Polly.

Morgan już zamierzała odpowiedzieć, że zaledwie dwukrotnie rozmawiała z panią Bolton, wobec czego ta dama nie może być wiarygodnym źródłem informacji w tej materii, ale ugryzła się w język. W porę przypomniała sobie, jak to było, kiedy już raz minęła się z prawdą… no, po prostu skłamała na temat swojego stanu cywilnego.

W czasie szkolnego zjazdu popełniła okropne głupstwo. Wymyśliła narzeczonego wyłącznie po to, by zgasić uśmiech politowania na twarzy nielubianej koleżanki. Gdyby Bethany głębiej drążyła, dokopałaby się do prawdy i szydło wyszłoby z worka. Morgan okazałaby się żałośnie smutną, sfrustrowaną starą panną, która z braku prawdziwego mężczyzny opowiada bajki o nieistniejącym narzeczonym. Na szczęście Bethany nie zdążyła zadać więcej pytań.

– Nie jestem mężatką – przyznała się pokornie.

Bliźniaczki odetchnęły z ulgą.

– „Nie jestem mężatką” – napisała Polly i podkreśliła słowo „nie”.

– Dlaczego? – zapytała Phoebe.

Morgan westchnęła. Gdyby znała odpowiedź, życie z pewnością byłoby łatwiejsze. Według Minty onieśmielała ludzi i to była główna przyczyna jej niepowodzeń w życiu osobistym. Ona sama uważała, że jeżeli spotykani mężczyźni są słabeuszami, których onieśmiela, to nie warto nimi się interesować.

Paula nie onieśmielała, ale on po prostu nie chciał się z nią ożenić.

– Jakoś tak się złożyło – odpowiedziała. – Nigdy nie byłam w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie z odpowiednim mężczyzną.

– Może tutaj kogoś pani znajdzie – podsunęła Phoebe.

Morgan uśmiechnęła się.

– A nie jestem za stara do małżeństwa?

– Trzydzieści dziewięć lat to dużo, ale czasami bardzo starzy ludzie biorą ślub. Nasza pani wyszła za mąż rok temu, a miała czterdzieści siedem lat.

Dziewczynki oczywiście nie wyobrażały sobie, że dożyją tak podeszłego wieku.

– Hm, więc może i dla mnie jest jeszcze iskierka nadziei – rzekła Morgan.

Polly szturchnęła siostrę, żeby zadała kolejne pytanie. Phoebe zerknęła na kartkę.

– A jakiego męża chciałaby pani mieć?

Morgan natychmiast pomyślała o Paulu i posmutniała. Czas przestać o nim myśleć. Nie warto się zadręczać. Piękny romans się skończył. Znów jest sama, tak jak prawie przez całe dorosłe życie.

– Niech się zastanowię. – Uśmiechnęła się, bo nie chciała, by dziewczynki zauważyły jej smutek. – Powinien być delikatny, serdeczny, lojalny… To musi być człowiek, z którym mogłabym o wszystkim szczerze porozmawiać, w którego towarzystwie dobrze bym się czuła. Jednym słowem: przyjaciel.

Czy żądam za wiele? – zastanowiła się w duchu. Najwyraźniej tak.

– A jak powinien wyglądać? – spytała lekko zniecierpliwiona Phoebe. – Musi być przystojny?

Paul był szalenie przystojny. Morgan aż trudno było uwierzyć, że taki mężczyzna szczerze się nią zainteresował. To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.

No i miała rację.

– Dobry charakter… miłe usposobienie jest ważniejsze od wyglądu zewnętrznego.

– „Wygląd jest nieważny” – zapisała Polly.

– Czy wyszłaby pani za mężczyznę z dziećmi? – kontynuowała Phoebe.

Morgan przez dłuższą chwilę milczała. Młode dziennikarki zadawały bardziej osobiste pytania niż profesjonalni żurnaliści, skoro jednak zgodziła się na ten wywiad, musi dotrwać do końca.

– Mało wiem o dzieciach – przyznała się. – Ale chyba nie miałabym nic przeciwko pasierbom czy pasierbicom.

– To dobrze – ucieszyła się Phoebe.

Bliźniaczki popatrzyły na nią rozpromienione.

– Na tym możemy skończyć.

– To wszystko? – zdziwiła się Morgan. – Więcej informacji nie potrzebujecie?

– Czy pani… jak się pani mieszka w naszej wsi? – spytała Polly, jakby doznała olśnienia.

– Jestem tu zaledwie od tygodnia, jeszcze nikogo nie znam. Mam nadzieję, że będzie mi dobrze. Zacznę od zwiedzania okolicy. Muszę znaleźć odpowiednie miejsca do spacerów z Tallulahem.

– Pokażemy pani różne ścieżki – ochoczo zaproponowała Phoebe. – Znamy tu każdy zakątek.

– Jesteście bardzo miłe, ale… – Morgan zawahała się. – Rodzice z reguły nie są zachwyceni, kiedy ich dzieci wałęsają się z obcymi osobami. Najpierw zapytajcie rodziców, czy wam pozwolą.

– To niech pani przyjdzie do nas na podwieczorek – podsunęła Polly. – Wtedy już nie będzie pani obcą osobą.

Morgan uśmiechnęła się mimo woli.

– Byłoby mi miło, ale musicie zapytać mamusię.

– Mama jest w Hiszpanii. Mieszkamy tylko z tatą.

Czyżby to był powód tych osobistych pytań? Czyżby dziewczynki zabawiały się w swatki? Nie, to niemożliwe. Morgan speszyła się. Chyba nie widzą w niej ewentualnej macochy? Nie wyobrażała sobie siebie w roli żony rozwodnika i matki dwóch podlotków. Teoretycznie nie miała nic przeciwko pasierbom, ale perspektywa małżeństwa z mężczyzną obarczonym dziećmi była mało pociągająca.

Bliźniaczki zapraszały ją z takim entuzjazmem, że nie miała serca im odmówić. W końcu jeśli spotkanie z ich ojcem okaże się niewypałem, znajdzie powód, żeby prędko się pożegnać.

– Niech pani przyjdzie do nas w sobotę. Proszę – nalegała Phoebe. – Tatuś się cieszy, kiedy zapraszamy przyjaciół.

Morgan natychmiast zapomniała o swoich obawach. Wzruszyło ją, że dziewczynki zaliczyły ją do grona przyjaciół. Może ich ojciec też potraktuje ją jak dobrą znajomą. Zapewne nie wszyscy mieszkańcy tych okolic są równie antypatyczni jak Alistair Brown.

– Dziękuję. Przyjmuję zaproszenie, ale pod warunkiem, że wasz tatuś naprawdę nie będzie miał obiekcji.

ROZDZIAŁ DRUGI

Morgan patrzyła za dziewczynkami, aż znikły jej z pola widzenia, po czym wróciła do pustego domu, ze smutkiem kiwając głową. Bez zwykłej przyjemności obeszła piękne pokoje, odrestaurowane tak dużym nakładem czasu i pieniędzy.

Po raz pierwszy niezmącona cisza nie działała na nią kojąco. Pani uroczego dworku była niespokojna, przybita, a jednocześnie gryzło ją sumienie, że tak się czuje, chociaż bilans wychodził jej na plus. Dużo w życiu osiągnęła. Ciężko pracując, stworzyła firmę, która z czasem stała się znaną, wielokrotnie nagradzaną spółką. Niedawno sprzedała ją za wprost zawrotną sumę i już nigdy w życiu nie musi pracować, jeśli taką będzie miała fantazję. Zapewniła sobie finansowe bezpieczeństwo, którego tak jej brakowało w dzieciństwie. Nigdy nie zapomni, jak męczyła się jej matka, samotnie wychowując dwie córki. Tak, osiągnęła cel, marzenie się spełniło. Nie przewidziała tylko jednego – dokuczliwej pustki. Tak naprawdę nie miała nic, do czego warto by było dążyć.

Rozmawiała na ten temat z siostrą.

– Taki kryzys to nic dziwnego. Właśnie przekroczyłaś smugę cienia, masz za sobą połowę życia – podsumowała Minty. – Klasyka. Doszłaś do punktu, w którym trzeba się zatrzymać, zrobić bilans z całego życia.

– Nie zauważyłam, żebyś ty robiła jakiś bilans – rzuciła Morgan z ironią. – A przecież też zbliżasz się do czterdziestki.

– Ale ja jestem matką. Kobieta samotnie wychowująca trójkę dzieci nie ma czasu na myślenie o sobie i rozdzieranie szat – spokojnie zareagowała Minty. – Zresztą ja przeżyłam podobny kryzys, kiedy Rick odszedł w siną dal. Już wtedy musiałam zrewidować swoje poglądy, dokonać pewnych przewartościowań. Tobie los tego oszczędził. Dopiero teraz musisz zastanowić się nad tym, czego jeszcze oczekujesz od życia.

– Przecież mam to, czego chciałam. Osiągnęłam wszystko.

Minty uniosła brwi.

– Naprawdę mam wszystko – upierała się Morgan. – Chciałam zrobić karierę zawodową i duże pieniądze. Udało mi się jedno i drugie.

– Och, pieniądze. – Minty lekceważąco machnęła ręką. – A przyjaźń, miłość, pełnia uczuć?

Morgan smutno westchnęła.

– W tej dziedzinie przegrałam z kretesem.

– Przesada. Wiesz, na czym polega twój kłopot?

– No?

– Bardzo źle reagujesz na niepowodzenia. Cokolwiek robiłaś, zawsze wszystko ci się udawało. Za dużo sukcesów. Nigdy nie byłaś nieprzytomnie zakochana, prawda? Dla ciebie romans to cel, który trzeba osiągnąć. Jak w interesach. A osobiste związki między ludźmi funkcjonują na innej zasadzie. Nie można traktować miłości, jakby to był plan inwestycyjny, który w dodatku sama sporządziłaś i wykonujesz.

– Ciekawe, skąd się bierze twoja głęboka mądrość? – sarkastycznie zapytała Morgan.

Minty nie dała się sprowokować i kontynuowała:

– W miłości zawsze są dwie strony, a ty uważasz, że jesteś jedyną, która wszystko załatwi, zapnie na ostatni guzik. Zakasujesz rękawy, energicznie bierzesz się do dzieła i rozwiązujesz problemy, zanim druga strona pomyśli, co może zrobić. Z uczuciami nie wolno tak postępować. Trzeba nauczyć się cierpliwie czekać na rozwój wypadków.

– Postępowałam tak z Paulem i co mi z tego przyszło?

– Paul nie jest jedynym mężczyzną na świecie. Jeszcze paru by się dla ciebie znalazło, ale musisz przejawić więcej inicjatywy, rozejrzeć się. A gdy już spotkasz właściwego człowieka, nie traktuj ewentualnego romansu, jakby to było zadanie, które musi zostać wykonane sprawnie, w terminie. Nie spinaj się, tylko się ciesz, że jesteś zakochana.

Morgan często wspominała tę rozmowę. Łatwo radzić, by rozejrzała się za odpowiednim mężczyzną. Niby gdzie i jak ma go szukać? Zmieniła tryb życia, przeniosła się na wieś, a jedyny mężczyzna, jakiego tu poznała, to pozbawiony wdzięku, niesympatyczny i gburowaty weterynarz.

Może nawet jest przystojny, ale z pewnością nie jest typem faceta, który wzbudziłby w niej namiętne uczucia.

Morgan poszła spać przygnębiona, ale rano obudziła się w dobrym nastroju. Pokój był zalany słońcem, więc natychmiast poczuła przypływ energii.

– Kobieto, bierz się w garść i do roboty – zarządziła.

Nigdy nie miała dobrego zdania o ludziach, którzy wpadają w depresję i w efekcie staczają się po równi pochyłej. Sama zawsze błyskawicznie rozwiązywała problemy, więc nie widziała powodu, by teraz miało być inaczej.

Włączyła ekspres do kawy.

– Jaki jest mój główny kłopot? – zapytała samą siebie.

Odpowiedź była prosta. Czuła się samotna, wyobcowana, niezdolna do przyjaźni i miłości.

Jaka jest na to rada?

Udany romans.

Jak to osiągnąć?

Wystarczy opracować szczegółowy plan. Może zamieścić ogłoszenie matrymonialne w lokalnym dzienniku? Tylko co napisać? Atrakcyjna, energiczna milionerka poszukuje… Potrzebny mężczyzna do zwalczenia poczucia przegranej… Słabeusze (oraz weterynarze) odpadają…

Nie, nie tędy droga. Lepiej zacząć bywać, nawiązać znajomości, szczególnie z mężczyznami. Trzeba też trochę się zmienić, zachowywać się nieśmiało i łagodnie, by nie odstraszać płci brzydkiej. Skoro inne kobiety potrafią tak postępować, to nie może być zbyt trudne.

Pierwszym krokiem prowadzącym do osiągnięcia nowego celu jest wyruszenie w świat i spotykanie ludzi. Morgan przyjęła już dwa zaproszenia. Jedno na zebranie zarządu miejscowej szkoły podstawowej, drugie na podwieczorek z bliźniaczkami i ich ojcem. Widocznie ojciec dziewczynek jest niezbyt ciekawym mężczyzną, skoro żona zostawiła go i wyjechała aż do Hiszpanii. A może on ma samotnego brata, przyjaciela, kolegę…

No dobrze, te spotkania odbędą się za kilka dni, a tymczasem należy zająć się drugą sprawą, czyli odchudzeniem psa. Ciekawe, jaki efekt przyniosą obowiązkowe długie spacery i dieta. Wieczorem grubas kręcił nosem na dietetyczne jedzenie, ale Morgan pozostała nieugięta. Nie podda się za żadne skarby.

Ponieważ nie miała kaloszy, włożyła solidne sznurowane buty, najpraktyczniejsze z bogatej kolekcji, narzuciła kaszmirowy płaszcz i wyprowadziła Tallulaha na spacer. Tymczasem poranne słońce znikło za chmurami i zrobiło się ponuro. Wprawdzie według kalendarza była już wiosna, ale widocznie miała trudności z dotarciem do tego hrabstwa.

Tallulah nic sobie nie robił z krytycznej opinii weterynarza i wcale nie zamierzał się wysilać. Trzeba było go ciągnąć na smyczy, często przysiadał albo przystawał i coś obwąchiwał.

Po przejściu sporego odcinka mokrej drogi Morgan miała buty oblepione błotem, a eleganckie i drogie spodnie ochlapane po kolana. Zatrzymała się na skraju pola, które według jej oceny przylegało do wąskiej dróżki kończącej się przy Ingleton Hall. Zniecierpliwiona człapaniem Tallulaha spuściła go ze smyczy i wolnym krokiem ruszyła przez pole w kierunku, gdzie według niej powinna być ścieżka.

Na środku pola odwróciła się, by zawołać Tallulaha, ale słowa zamarły jej na ustach. Ze szczytu wzgórza w stronę nic nieprzeczuwającego psa, który wsadził nos w kępę trawy i zapewne obwąchiwał krowi placek, pędziło stado krów.

– Tallulah! – krzyknęła Morgan.

Zwierzę zignorowało wołanie i dalej wąchało ciekawy obiekt. Tymczasem krowy były coraz bliżej.

– Tallulah! Do nogi! – krzyknęła Morgan głośniej, a cicho dodała: – Co za głupek.

Nieświadomy grożącego niebezpieczeństwa za późno zorientuje się, że krowy pędzą w jego stronę. Nie zdąży uciec.

Wprawdzie Morgan nie przepadała za grubasem, ale nie życzyła mu tak tragicznego końca. Rzuciła się na ratunek, chociaż ze strachu serce uciekło jej w pięty. Stado było niebezpiecznie blisko, a ona śmiertelnie przerażona. W duchu przeklinała decyzję o przeprowadzce na wieś. Co prawda Londyn ma dużo minusów, ale przynajmniej w czasie porannego spaceru człowiekowi nie grozi stratowanie przez rozjuszone bestie.

Morgan miała wątpliwości, czy dobiegnie do Tallulaha przed krowami. A jeśli nawet będzie pierwsza, co potem?

Zerknęła przez ramię i kątem oka dostrzegła dwóch mężczyzn niedbale opartych o bramę.

– Ratunku! – zawołała.

Ale mężczyźni albo byli głusi, albo nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia. Nie miała wyjścia. Trzeba ratować psa. Schwyciła go i podniosła. Tallulah zaskomlił.

Krowy przystanęły w odległości dwóch metrów. Robiły bokami, a z ich nozdrzy unosiła się para. Były olbrzymie i przerażające.

– Zawracajcie – rozkazała Morgan, trzęsąc się ze strachu. Machnęła ręką. – Precz stąd!

Zwierzęta pozostały niewzruszone.

– I co teraz? – szepnęła zbielałymi wargami Morgan.

Tallulah był ciężki, ale bała się postawić go na ziemi. Szła powolutku, by gwałtownymi ruchami nie niepokoić krów. Niestety, stado ruszyło za nią. Przyspieszyła kroku. Stado wciąż podążało za nią. W końcu strach okazał się silniejszy. Morgan wzięła nogi za pas i pognała w stronę bramy.

– Ratunku! – zawołała znowu.

Tym razem mężczyźni usłyszeli krzyk. Powoli zamknęli bramę i jeszcze wolniej ruszyli w stronę rozpędzonego stada. Krowy zatrzymały się, ale wciąż gniewnie porykiwały i biły kopytami.

– Dziękuję, bardzo dziękuję – wysapała Morgan, nie zatrzymując się.

Ledwo żywa pognała dalej, w stronę drogi. Z rozpędu wpadła w straszne błoto. Brnęła po kostki w czarnej mazi, z trudem utrzymując równowagę. Nagle pośliznęła się. Na szczęście miała na tyle przytomności umysłu, by puścić psa i wyciągnąć ręce, dzięki czemu nie wylądowała twarzą w błocie. Jednak już po chwili ręce rozjechały się i…

Leżała w kleistej brei, zastanawiając się, gdzie się podziała jej zdolność przewidywania biegu wydarzeń.

Z trudem uniosła się na rękach, przyklękła i… usłyszała gromki śmiech!

Jakaś silna dłoń schwyciła ją, podniosła i postawiła na nogi. Morgan wypluła błoto i obejrzała się na swego wybawcę.

Alistair Brown we własnej osobie!

– Mówiłem o wyprowadzaniu psa na długie spacery, a nie o biegach przełajowych – powiedział, nie kryjąc rozbawienia.

Morgan zauważyła, że szeroki uśmiech wpłynął dodatnio na wygląd surowego weterynarza. Jak urzeczona wpatrywała się w olśniewająco białe zęby i kurze łapki w kącikach oczu. Antypatyczny typ przeistoczył się w niebezpiecznie atrakcyjnego mężczyznę.

Co do jej wyglądu… hm… był jeden ogromny plus: pod warstwą czarnej mazi nie było widać, że właścicielka Ingleton Hall jest czerwona z wysiłku i ze wstydu.

Tymczasem drugi mężczyzna odpędził krowy i podszedł do nich, wierzchem dłoni ocierając załzawione oczy.

– Przepraszam panią, ale dawno nie oglądałem tak zabawnego widowiska. Człowiek zawsze powinien nosić przy sobie aparat. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda.

Alistair przedstawił Morgan mężczyznę.

– Derek Iverson. Przystanęliśmy na chwilę rozmowy, kiedy zobaczyliśmy, jak pani biegnie z psem pod pachą. Nie liczyliśmy na darmową rozrywkę.

– Szalenie ciekawy widok. – Derek Iverson znowu się zaśmiał. – Pędziła pani jak strzała.

Morgan najchętniej zapadłaby się pod ziemię albo rozpłynęła w powietrzu. Niestety, jedno i drugie było niemożliwe. Brudną ręką otarła brudne usta, co jedynie pogorszyło sytuację. Wobec tego wywinęła rękaw, znalazła względnie czysty kawałek i wytarła usta.

– Cieszy mnie, że panów rozbawiłam – rzekła rozgoryczona.

Wyszła z domu czysta i elegancka. W świetnie skrojonych spodniach i kaszmirowym płaszczu mogłaby się podobać. Teraz, zasapana i umorusana jak nieboskie stworzenie, na pewno wyglądała okropnie. W dodatku wciąż czuła na sobie rozbawione spojrzenie Alistaira.

– Jak się pani czuje? – zainteresował się nieco za późno.

– Jak nagi w pokrzywach.

Rozejrzała się w poszukiwaniu psa. Tallulah siedział skulony koło bramy i wyglądał jak przysłowiowy zbity pies.

– Dobrze, że te bydlęta nie zadeptały nas na śmierć. Przecież to dzikie bestie.

– Nauczka na przyszłość, żeby nie chodzić po polach. Nie wiedziała pani, że to ryzykowne?

– W Londynie nie prowadzą kursów uciekania przed szarżującymi potworami.

– Tak, to nie stolica – przytaknął Alistair. – Ale na przyszłość radzę trzymać się drogi. Tak jest bezpieczniej, no i nie niszczy się zasiewów.

Morgan zaperzyła się.

– Nie będzie żadnego „na przyszłość”. Odtąd będę trzymać się asfaltu.

– Średnia przyjemność dla psa – rzekł Alistair.

– Lepsze to niż dzisiejsza przygoda. Proszę na niego spojrzeć! – Wskazała oblepionego grubą warstwą błota Tallulaha. – Jest przerażony.

– Ja też byłbym przerażony, gdybym spokojnie obwąchiwał krowią wizytówkę i nagle ktoś złapał mnie za kark, przydusił pod pachą, a potem cisnął w paskudne błocko. – Kąciki ust Alistaira lekko drgnęły. – Trzeba było go zostawić. Poradziłby sobie, no i miałby świetną gimnastykę.

– Na dziś oboje mamy dość gimnastyki – wycedziła Morgan ze złością. Wyprostowała się dumnie i spojrzała na właściciela pola. – Przepraszam, że bez pozwolenia chodziłam po pańskich włościach.

– Nie szkodzi. Dzięki pani uśmiałem się, a śmiech to zdrowie. A skoro zawarliśmy już znajomość, może pani do woli wędrować po moich zagonach.

– Dziękuję.

Morgan przysięgła sobie w duchu, że jej stopa już nigdy nie postanie na żadnym polu. Wyciągnęła z kieszeni smycz i człapiąc niezdarnie, podeszła do psa.

– Podwiozę panią – zaproponował Alistair.

Miał solidne, sięgające do kolan kalosze, więc swobodnie maszerował po błocie.

– To niepotrzebne – wycedziła Morgan przez zaciśnięte zęby.

– Radzę skorzystać. Nie ma sensu iść pieszo. Chętnie podrzucę panią do domu.

Aby zapobiec dalszej dyskusji wziął ją pod rękę i poprowadził w stronę podniszczonego samochodu. Morgan wciąż się boczyła.

– Proszę wsiadać. – Otworzył drzwi i popatrzył na Tallulaha. – Chyba nie ma co liczyć, że sam wskoczysz, co? – Złapał psa, wpakował do auta i odwrócił się do Morgan. – Niech się pani nie upiera – rzekł łagodniej.

Morgan była bliska płaczu. Chętnie powiedziałaby temu bezdusznemu konowałowi, żeby wypchał się swoim samochodem, i odeszłaby z podniesioną głową. Bała się jednak, bo drżące nogi nie gwarantowały bezpieczeństwa na błotnistej drodze. Biedny Tallulah był w podobnym stanie. Podwinął pod siebie ogon i wyglądał jak siedem nieszczęść. Doprawdy, tworzyli żałosną parę.

– Dziękuję za życzliwość – powiedziała wyniośle.

Alistair pożegnał się z Iversonem, wsiadł do samochodu, po czym podał Morgan butelkę wody i białą batystową chusteczkę do nosa.

– Niech pani obmyje trochę twarz. Zaraz poczuje się pani lepiej. Chusteczka jest czysta, tylko raz wytarłem nos. – Zauważył grymas zgorszenia na twarzy Morgan i roześmiał się. – Oczywiście żartuję. Chusteczka jest nowa, jeszcze jej nie używałem. Przysięgam.

– Dziękuję.

Morgan zmoczyła chusteczkę i starła warstwę brudu z twarzy. Wewnętrznie skręcała się z obrzydzenia, ale siedziała wyprostowana z uniesioną wysoko głową. Jak podczas wizyty w lecznicy.

– Przepraszam za ten wybuch śmiechu – rzekł Alistair.

Zaskoczona Morgan spojrzała na niego. Miał naprawdę piękne oczy.

– Wcale się nie dziwię. Na pewno wyglądaliśmy komicznie, głupio. Ostatnio stale mam wrażenie, że głupio wyglądam i niemądrze postępuję – wyznała zrezygnowana. – Właściwie powinnam się do tego przyzwyczaić.

– Dlaczego? Wcale nie sprawia pani wrażenia niemądrej osoby.

– Pan mnie nie zna.

Przypomniała sobie kłamstwo wymyślone podczas zjazdu absolwentów. Dopuściła, by wypytywano ją o najbardziej osobiste sprawy, a potem wymyśliła sobie narzeczonego. Szczyt głupoty! Na szczęście zdążyła uciec, zanim padło pytanie o datę ślubu. Kompromitacja byłaby większa niż dzisiejsza kąpiel w błocie.

– Pozory mylą – powiedziała oschle.

Alistair spojrzał na nią z uśmiechem.

– Racja.

Osobliwy błysk w szarych oczach sprawił, że Morgan zrobiło się gorąco. Czym prędzej odwróciła głowę i spojrzała za okno.

W samochodzie zapadła cisza. Morgan wyczuła zmianę atmosfery. Wyraźnie uświadomiła sobie bliskość mężczyzny.

Niestety, kierowca nie przypominał amanta filmowego i bardzo się różnił od Paula. Miał przeciętne rysy, jak na mężczyznę był dość szczupły i niewysoki, zaledwie dwa, trzy centymetry wyższy od niej. Nie miał szerokiej klatki piersiowej ani potężnych bicepsów. Ale emanował spokojną pewnością siebie.

Morgan uchodziła za osobę z tupetem. Słynęła z opanowania, ale po pracy wracała do swego prawdziwego ja – w istocie była chodzącą niepewnością. Zawsze zdumiewało ją twierdzenie, że onieśmiela ludzi. Czyżby nikt nie zauważył, jak bardzo czuła się zagubiona?

Z zamyślenia wyrwało ją pytanie:

– Dokąd jedziemy?

– Słucham?

– Zawiozę panią do domu, ale muszę wiedzieć gdzie.

– Ingleton Hall.

– Ingleton Hall? – powtórzył z niedowierzaniem Alistair. – Naprawdę?

– Zna pan to miejsce?

– Oczywiście. – Rzucił jej przelotne spojrzenie. – Wszyscy je znają.

Ledwo uchwytna podejrzana nuta w jego głosie rozdrażniła Morgan.

– Czemu pan się dziwi? Wierzy pan w duchy?

– Nie. – Zwolnił i skręcił w prawo. – Pomyślałem o komentarzach na temat kosztownego remontu. Plotkowano, że jakiś londyński krezus wyrzuca tam pieniądze.

– Odrestaurowanie spalonego budynku dużo kosztuje – rzekła Morgan oschle.

Alistair wbił w nią zdumiony wzrok. Nagle doznał olśnienia.

– Pani jest tym krezusem?

– Tak, to ja kupiłam Ingleton Hall. Dlaczego pana to dziwi? – zapytała ostro, widząc jego zaskoczoną minę. – Czy kobietom nie wolno dorobić się majątku i wydawać pieniędzy, jak im się podoba? Czyżby na prowincji takie postępowanie nie uchodziło?

Jej sarkazm rozbawił Alistaira, co jeszcze bardziej ją zirytowało.

– Teraz rozumiem, dlaczego wtedy miała pani te niewygodne pantofle. – Uśmiechnął się lekko. – Ale cieszy mnie, że dziś włożyła pani solidne obuwie.

Morgan chciała dać ostrą ripostę, ale ugryzła się w język. Utytłana w błocie czuła się bardzo głupio.

– Owszem, posiadam kilka par butów – mruknęła i rzuciła Alistairowi miażdżące spojrzenie.

Kąciki jego ust uniosły się, a na twarzy pojawiły się intrygujące zmarszczki. Morgan przypomniała sobie wrażenie, jakie zrobił na niej, gdy wyciągnął ją z błota. Kiedy się uśmiechał, był zupełnie innym facetem. Tylko nie wiadomo dlaczego, wtedy i teraz jej serce zachowywało się tak dziwnie.

Spuściła oczy i utkwiła wzrok w trzymających kierownicę dłoniach. Nie były zbyt czyste, ale na pewno były dobre i sprawne. Duże i mocne, a jednocześnie delikatne, co zaobserwowała już podczas badania Tallulaha.

Przeszył ją dreszcz, więc odwróciła głowę i popatrzyła przez okno. Widok szarych kamiennych murków granicznych oraz zielonych pól działał kojąco.

– A więc to pani jest nową właścicielką Ingleton Hall – odezwał się Alistair. – Podoba się pani życie na wsi?

– Mogę być szczera?

– Oczywiście.

– Teraz budzi tylko wstręt – wyznała, biorąc w dwa palce ubłoconą nogawkę.

– Po kąpieli poczuje się pani lepiej.

– Marzę o wodzie i mydle. Czuję do siebie obrzydzenie.

– Skoro nie lubi pani mokrej ziemi, czemu przeniosła się pani na wieś?

– Sama nie wiem. A rdzenni mieszkańcy wsi zawsze są zachwyceni, kiedy wpadają w krowieńce?

Gryząca ironia znowu przeszła bez echa.

– Jeśli zamierza pani omijać błoto z daleka, to umrze pani z nudów. Można wiedzieć, jak wyobrażała sobie pani swoją egzystencję tutaj?

– Zabrakło mi czasu na zastanawianie się.

Minty zapewne powiedziałaby, że to dla niej typowe. Siostra zawsze zarzucała jej, że skupia się jedynie na sprawie jako takiej, zamiast pomyśleć, co zrobi po dotarciu do mety. Kiedy Morgan osiągnęła już jakiś cel, natychmiast o nim zapominała i szukała następnego.

Tak właśnie było z Ingleton Hall. Absorbujący projekt uratował ją po odejściu Paula. Myślała jedynie o tym, by doprowadzić remont do końca i przeprowadzić się na wieś.

– Sprzedałam świetnie prosperującą firmę, którą przed laty sama założyłam – powiedziała. – Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą począć, kiedy odpadną mi obowiązki. Chciałam zmienić styl życia – zakończyła cichym głosem.

Alistair zerknął na nią przelotnie.

– No i udało się pani.

Morgan zatęskniła nagle za zawsze czystym i eleganckim gabinetem w firmie. Teraz ktoś inny urzęduje przy jej biurku i podczas krótkich przerw w pracy spogląda przez okno na Londyn. W głowie tamtego człowieka rodzą się nowe projekty, zadania, umowy, a ona, oblepiona błotem, siedzi w cudzym, rozklekotanym samochodzie.

– Rzeczywiście – przyznała głucho. – Radykalna zmiana.

Była wyraźnie przybita i Alistaira ogarnęło współczucie.

– Co pani zamierza tu robić?

Ciekawe, jak zareagowałby, gdyby powiedziała mu o planie, którego zarys opracowała dziś rano. Warto byłoby zobaczyć jego minę. Oczywiście zapewniłaby go, że on nie dostąpi tego zaszczytu i nie zostanie umieszczony na liście kandydatów. Nie chciała mieć nic wspólnego z człowiekiem, którego śmieszy widok bliźniego leżącego w błocie. Takie zachowanie świadczy o braku serca. I nawet spóźnione przeprosiny nic tu nie pomogą.

Poza tym ten opryskliwiec nie był w jej guście. Ona potrzebowała mężczyzny, przy którym czułaby się kobietą atrakcyjną i pożądaną, a nie niezdarną idiotką. Pragnęła pochwał i miłości, a nie krytyki i szyderstwa.

Stawiała mężczyznom wysokie wymagania i nie zamierzała obniżać poprzeczki. Zadowoli się wyłącznie ideałem.

Alistair spojrzał na nią znacząco. Szybko się zreflektowała i powiedziała:

– Muszę dobrze się zastanowić. Zaproponowano mi członkostwo w zarządzie tutejszej szkoły. Może to dobry początek.

– Nie wiedziałem.

– A czemu miałby pan wiedzieć?

– Bo jestem w zarządzie. Widocznie opuściłem zebranie, na którym omawiano pani kandydaturę. Przewodniczący ma zwyczaj jednoosobowo podejmować decyzje, o których raczy nas informować po fakcie.

– Aha.

– Trzeba przyznać, że zadziałał błyskawicznie, bo pani chyba niedawno się sprowadziła?

– Tydzień temu. A przedwczoraj otrzymałam list od przewodniczącego. Napisał, że słyszał o moich osiągnięciach, a jego zdaniem zarząd potrzebuje kogoś z głową na karku.

Alistair wybuchnął śmiechem.

– Cały George!

Morgan poczuła się dotknięta. To zaproszenie jej pochlebiało.

– A jak pan się znalazł w zarządzie?

– Moje dzieci chodzą do tej szkoły.

– Aha.

Nie przewidziała takiego obrotu sprawy. Trudno jej było wyobrazić sobie tego oschłego osobnika, jak tuli niemowlę albo bawi się z dzieckiem, a jeszcze trudniej, jak stoi na ślubnym kobiercu. To nie jest typ człowieka rodzinnego.

Ciekawe, jaka jest jego żona. Ładna, smukła, eteryczna czy krępa, przeciętna, przyziemna? Prawdopodobnie jej zdaniem Alistair nie jest zimny ani szorstki, lecz kochający i delikatny.

Morgan poczuła się rozczarowana i to ją zdziwiło. Wstyd się przyznać do czegoś takiego! A może to nie rozczarowanie, lecz zazdrość? Jeszcze gorzej!

Uczepiła się myśli, że jest zaskoczona. Po prostu zdumiało ją, że ten dość antypatyczny typ znalazł żonę.

Przed Ingleton Hall podziękowała mu za uprzejmość, pożegnała się i wysiadła z samochodu. W domu poszła prosto do łazienki.

Zbliżał się czwartek. Morgan nie mogła doczekać się zebrania zarządu. Wmawiała sobie, że jedynym powodem niecierpliwości jest okazja poznania nowych ludzi, więc tym bardziej przeraziła się, że jest mocno rozczarowana nieobecnością Alistaira.

Przewodniczący przedstawił ją zebranym i poprosił, aby podzieliła się swym doświadczeniem. Niestety, ona wpadła w stan dziwnego roztargnienia. Zapomniała to, co starannie przygotowała. Krótkie wystąpienie całkiem wyleciało jej z głowy.

Dopiero po kilku minutach opanowała się i zaczęła dość składnie mówić. Wtedy właśnie otworzyły się drzwi i do sali wszedł Alistair. Przeprosił za spóźnienie, a ładna blondynka zrobiła mu miejsce koło siebie i szepnęła mu coś do ucha. Alistair uśmiechnął się do niej, a na prelegentkę nawet nie spojrzał.

Jego wejście wytrąciło Morgan z równowagi. Zaczęła się jąkać i tracić wątek. Straszne!

– Mam nadzieję, że zrobię coś dla dobra szkoły – zakończyła zrezygnowana.

Tak jej zależało, żeby zaimponować mieszkańcom Ingleton. Niech się cieszą, że osoba jej pokroju postanowiła osiedlić się w ich wiosce. A tu klapa. Ludzie na pewno będą pytać przewodniczącego, o co było tyle krzyku.

Tytuł oryginału:

Her Ready-Made Family

Oh-So-Sensible Secretary

Last-Minute Proposal

Pierwsze wydanie:

Harlequin Mills & Boon Limited, 2006

Harlequin Romance, 2010

Harlequin Romance, 2008

Opracowanie graficzne okładki:

Kuba Magierowski

Redaktor prowadzący:

Małgorzata Pogoda

Korekta:

Jolanta Nowak

© 2006, 2010, 2008 by Jessica Hart

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2008, 2010, 2012, 2015

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Staroscinska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-0159-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com