Wydawca: Illuminatio Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli ebook

Nathanael Johnson  

3.5 (4)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 283 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli - Nathanael Johnson

Majestatyczny gołąb, uroczy ślimak, mistyczny miłorząb – każdy z nich ma do opowiedzenia ciekawą historię

Wszystko zaczęło się, kiedy Nathanael Johnson postanowił nauczyć córeczkę nazw wszystkich drzew, które mijali w drodze do przedszkola w San Francisco. Mały projekt zamienił się w wielką przygodę mającą na celu odkrycie sekretów i ciekawostek dotyczących fauny i flory w mieście.

Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli uchylają rąbka tajemnicy z życia zwierząt i roślin, które znajdziesz na pobliskim skwerze, w parku czy przy drodze do pracy. Lupa, lornetka i przewodnik - tylko tyle potrzeba, aby poznać fascynujący świat miejskiej przyrody. Każdy z bohaterów książki odkrywa nie tylko własną historię, ale ukazuje również prawdziwe oblicze świata natury – który bywa przewrotny, czasem irytuje, ale przede wszystkim jest przepiękny.

Zagłębiając się w miejską dżunglę, dowiesz się, że gołębie potrafią latać z prędkością 177 kilometrów na godzinę oraz dobierają się w pary na całe życie, a wrony nie tylko zapamiętują ludzkie twarze, ale potrafią robić na złość tym, którzy wchodzą im w drogę. Z kolei liście nasturcji idealnie nadają się na kanapkę, a składniki na najlepszą sałatkę znajdziesz w parku.

Opinie o ebooku Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli - Nathanael Johnson

Fragment ebooka Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli - Nathanael Johnson

WSTĘP

WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ OD TEGO, że moja roczna córeczka Josephine bez przerwy zasypywała mnie pytaniami dotyczącymi otaczającego nas świata. Książka, którą trzymasz w ręku, to nieplanowany efekt moich prób udzielania odpowiedzi na jej pytania.

Josephine miała wtedy ledwie widoczne, jasne brwi i włosy, które zwisały w stylowych strąkach. Kiedy się uśmiechała, jej oczy zmieniały wyraz z zamyślonego w psotny, w policzkach pojawiały się dołeczki i widać było cztery z jej sześciu górnych zębów. Była wystarczająco duża, by móc uderzyć się w głowę, gdy wstawała nagle pod stołem. Nie była jednak na tyle bystra, aby zrozumieć ten problem, więc podnosiła się energicznie, waląc głową prosto w płytę wiórową. Chwilę później siadała z szeroko otwartymi oczami, zachowując stoicki spokój, nieznacznie zmieniała pozycję i powtarzała cały manewr od nowa. Jej ciemiączko zdążyło już wtedy prawie zarosnąć. Co jakiś czas sprawdzałem jego stan, gdy opuszczaliśmy znajdujący się na wzgórzu żłobek, z Josephine w przednim nosidełku. Odmierzając dwoma palcami odległość od jej czoła poprzez pasma miękkich, prostych blond włosów, które pachniały jak piasek z piaskownicy, natrafiłem na twardą kość rozciągającą się daleko do tyłu. W tej chwili pomyślałem, że najwidoczniej ciemiączko musiało się już zrosnąć, gdy nagle pod opuszkiem palca wyczułem krawędź i wręcz przerażającą miękkość.

Każda komórka w moim ciele rozpaczliwie pragnęła chronić córkę, ale miała ona kilka niewybaczalnych wad. Po pierwsze, kazała mi nazywać wszystko, co widziała. Jak na razie jej ulubionym słowem było „to”, zwykle wymawiane tonem, który był jednocześnie i pytający, i rozkazujący.

– To? – pytała/domagała się Josephine, wyciągając palec wskazujący.

– To dom – odpowiadałem.

– To! – zażądała, tym razem odchylając się w nosidełku tak bardzo, że widziałem jedynie spód jej brody i wyciągniętą rękę.

– To niebo.

– To!

– Drzewo.

– To!

– Kolejne drzewo.

– To.

– Jeszcze jedno drzewo.

To była mordercza umowa – jedna z tych, które zawierasz jako rodzic: Jeśli obiecasz, że nie będziesz krzyczeć, pozwolę ci wyssać ze mnie chęć do życia za pomocą tej straszliwej iogłupiającej gry. A zatem, po upływie kilku tygodni, skomplikowałem grę, dodając do niej zasadę: nie podawałem po raz kolejny tej samej odpowiedzi podczas jednego spaceru. Gdy Josephine drugi raz zapytała o drzewo, musiałem być bardziej konkretny. „Pień”, odpowiadałem, lub: liście, konar, gałązka czy kwiat. I choć mijałem to drzewo setki razy, dopiero teraz zauważyłem, że miało malutkie, żółte kwiatki. Jego liście były długie i wąskie, ciemnozielone na wierzchu i niemal białe od spodu, nakrapiane czarnymi cętkami. Zerwałem kilka pęków (trudne zadanie, zważywszy na to, że złamanie miękkiej, zielonej gałęzi przypominało przerywanie liny z żelków z czerwonej lukrecji) i schowałem do kieszeni. Gdy przyjrzałem się im bliżej, zobaczyłem, że zabrałem ze sobą około piętnastu kwiatów, każdy na nieco innym etapie dojrzałości, które teraz na mojej dłoni demonstrowały poszczególne stadia rozwoju. Kwiaty z pęku były małymi, zielonymi kuleczkami, które pękały i otwierały się, a płatek każdego z nich odchylał się na zewnątrz i odwijał do tyłu. Na końcu znajdowało się pięć żółtych płatków poprzedzielanych idealnie pięcioma zielonymi działkami kielicha. W środkowej części widniała kępka włosków o pomarańczowym zabarwieniu, a dokładnie pośrodku – pojedynczy, przezroczysty słupek. W następnym stadium ów pręcik rósł, unosząc w górę pęczniejący, zielony owoc. Żółte płatki odpadały jeden po drugim, zostawiając na końcu kulkę rozmiarów ziarna grochu, zakończoną kolcem. Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziałem.

Następnego dnia wsadziłem Josephine do nosidełka nieco wcześniej, tak że mogliśmy zmienić trasę i wstąpić do księgarni. Kupiłem tam używany egzemplarz The Trees of San Francisco. Jak się okazało, moje kwiaty pochodziły z drzewa Tristaniopsis laurina, jednego z najpospolitszych, jakimi obsadzano miejskie ulice, a autor zauważył (nieprzychylnie, jak pomyślałem po dokładnych oględzinach), że jego kwiaty były „średnio efektowne”. Nazwa drzewa była lekko rozczarowująca. Osobiście lubię takie, które opowiadają o miejscu danego drzewa w całym wszechświecie. Gdy idąc, mijamy drzewo i rejestrujemy jego obecność, uznając je wyłącznie za „drzewo”, w rzeczywistości wcale go nie widzimy – a już na pewno nigdy nie zauważamy jego kwiatów. Przejście tuż obok drzewa i zidentyfikowanie go jako Tristaniopsis laurina wcale nie jest lepsze – a nawet gorsze, jeśli zapamiętałem jego nazwę tylko po to, aby pochwalić się wiedzą przed znajomymi. Mimo to poznanie nazwy może być również pierwszym szczeblem w drabinie ważności. Jak się okazało, nazwa Tristaniopsis wskazuje, że gatunek przypomina (-opsis oznacza podobieństwo) krzew, który po raz pierwszy został zidentyfikowany przez francuskiego botanika Julesa M. C. Tristana. Laurina z kolei informuje, że wyglądał jak drzewo laurowe. Spodobało mi się to: kwiat był ulepszoną, australijską wersją greckiego wawrzynu, z tą różnicą, że zamiast ozdabiać wieńcem skronie uczonych i olimpijczyków, ozdabiał głowy rugbistów i łowców krokodyli.

Kwiaty pojawiają się zwykle między kwietniem a czerwcem, a mimo to wszystkie drzewa – od tego momentu zacząłem je dostrzegać dosłownie wszędzie – kwitły na początku listopada. Czyżby zdezorientował je ciepły klimat San Francisco? A może rodziły kwiaty dwa razy do roku: najpierw w kwietniowym cieple, a potem latem, które nadchodziło po fałszywych sierpniowych chłodach? Skoro kwitły dwa razy, to czy z perspektywy drzewa oznaczało to, że minęły dwa lata wegetacyjne, i z upływem każdego roku kalendarzowego na jego pniu przyrastały dwa słoje? Moja książka nie zawierała ani odpowiedzi na te pytania, ani żadnych opowieści, które chciałem poznać od razu, gdy tylko zacząłem badać kwiaty. W jakim celu wytwarzane są te owoce i na jakiej zasadzie działa ta relacja? Czy była to miłość, zniewolenie, oszustwo? Pełen determinacji, postanowiłem przyjrzeć się temu dokładniej.

Moja nagła fascynacja życiem drzew nie była przypadkowym rezultatem zabawy w ulubioną grę Josephine. Był powód, dla którego kupiłem książkę właśnie o drzewach, a nie o drzwiach garażowych czy słupach telefonicznych, o które moja córka wypytywała równie często. Jako dziecko, znałem wszystkie drzewa rosnące wokół domu na pogórzu Sierra Nevada, co zapewniło mi dostęp do świata, którego przedtem nie dostrzegałem. Gdy zobaczyłem szarą sosnę o cienkich gałęziach, zakrzywionym pniu i matowych, szarozielonych szyszkach, wiedziałem, że gleba pod moimi stopami składała się ze skał serpentynitu i niewielkiej ilości wody. Oznaczało to, że znajdowałem się na niższym, gorętszym skraju lasów Sierra Nevada. Wiedziałem też, że drzewa te nazywano również sosnami kopalniakami – od nazwy miejscowych tubylców, których biali poszukiwacze złota określali lekceważącym mianem „kopaczy” rozpaczliwie grzebiących w ziemi w celu zdobycia pożywienia. W opinii górników poskręcane pnie szarych sosen nie nadawały się na drewno w takim samym stopniu jak tubylcy nie nadawali się na służących, i takim oto sposobem nadano im tę samą nazwę. Biali górnicy nie wiedzieli jednak, że Indianie wcale nie kopali wokół drzew. Oni po prostu zajadali się dobrą przekąską. Nasiona w szyszkach sosen były bowiem tłuste i smaczne. (Podobno poszukiwacze złota – do których bardziej pasowało określenie „kopacze” – wyśmiewali kopanie jako oznakę niskiego pochodzenia).

Umiejętność poznania drzew wzbogaciła moje życie. Pozwoliła mi ujrzeć świat w nieco wyraźniejszych barwach. Dała mi możliwość, by poczuć to, co działo się pod powierzchnią ziemi, i poznać skrawek historii. Sprawiła, że nabrałem trochę więcej pewności siebie. Dzięki niej poczułem się bardziej zespolony z moim otoczeniem. Chciałem, aby Josephine doświadczyła tego samego poczucia więzi. Dlatego gdy wskazywała na gałęzie, a ja oprócz stwierdzenia: „To drzewo”, nie miałem nic ciekawego do zaoferowania, czułem wielki smutek. Czyżbym faktycznie dołączył do szeregu nudnych dorosłych, którzy nie potrafili dostrzec czegoś więcej? Czy powtarzałbym to do czasu, aż Josephine poczułaby się równie znudzona? Dwa lata później, gdy na świecie pojawiła się młodsza siostra Josephine, podwoiłem wysiłki w celu „wyciśnięcia” znaczenia z każdego krzewu i drzewa.

Gdy podjąłem próbę poznania świata naturalnego wokół mnie, odkryłem, że trudno jest znaleźć dobrych przewodników, przybliżających historię miejskich środowisk. Do niedawna ludzie wcale nie interesowali się miejskimi ekosystemami. Typowa kombinacja miejskich drzew ze wszystkich zakątków świata sprawiała wrażenie chaotycznej i niewłaściwej. W rzeczywistości wcale nie była naturalnym wytworem środowiska. Jednakże w ostatnich latach naukowcy zaczęli dostrzegać romantyzm w tętniącym życiem bałaganie stworzonym przez ludzi. A ponieważ zieleń miejska nie jest obiektem zbyt wielu badań, stanowi doskonałe pole do odkryć. Gdy Kevin Matteson, ekolog z Uniwersytetu Fordham na Bronxie, zwyczajnie przystawał na chwilę przy każdym z kwiatów podczas spaceru po Nowym Jorku, zidentyfikował 227 gatunków pszczół. Z kolei gdy Rob Dunn, biolog z Uniwersytetu Północnej Karoliny, poprosił jednego ze swoich podopiecznych ze studiów magisterskich, aby rozejrzał się nieco w trakcie wizyty na Manhattanie, ten odkrył nieznany dotąd naukowcom rodzaj mrówki. A gdy Emily Hartop, entomolog z Muzeum Historii Naturalnej w Los Angeles, przejrzała kartoteki własnego miasta, odkryła trzydzieści nowych gatunków. I choć znalazłem wiele znakomitych przewodników opisujących przyrodę Sierra Nevady, tematyka książek dotycząca San Francisco skłaniała się ku wielkiemu uproszczeniu: ukazane w nich korzenie i owoce drzew przedstawiono wyłącznie jako bezużyteczne i niechlujne. Uświadomiłem sobie, że jeśli naprawdę chcę nauczyć Josephine czegoś więcej niż tylko nazw, muszę spędzić nieco czasu na zgłębianiu tych mniej popularnych książek ze zbiorów bibliotek naukowych.

Zacząłem od podstaw, powoli badając grunt i starając się ustalić, skąd wziąć potrzebne informacje. Krok po kroku odkrywałem drzewa całego regionu. Tam, gdzie wcześniej widziałem tylko eukaliptus, zacząłem dostrzegać eukaliptus wierzbowaty, gumowe drzewo i Eucalyptus nicholii. Zauważyłem, że gdy Josephine usłyszała śpiew jakiegoś ptaka, miała w zwyczaju odwracać głowę, więc zacząłem się zatrzymywać i nasłuchiwać razem z nią. Na rogu ulicy usłyszeliśmy ptaka śpiewającego ze szczególną wirtuozerią, ale zobaczyliśmy go dopiero wtedy, gdy jakiś starszy pan wyszedł ze swojego garażu i wskazał na czubek słupa elektrycznego. Ptak miał kremowo-szare pióra – był ledwie widoczny na tle porannej mgiełki – z białymi i czarnymi paskami na skrzydłach i ogonie.

– To drozd – wyjaśnił starszy pan. – Zjawia się tu co roku i śpiewa przez kilka tygodni.

Im baczniej się przyglądaliśmy, tym szerzej otwierał się dla nas świat, zupełnie jakby chciał nagrodzić naszą uwagę.

Tydzień później, gdy Josephine spytała: „To?” i wskazała palcem na Tristaniopsis laurina, mogłem przynajmniej powiedzieć jego nazwę.

Podszedłem bliżej gałęzi. Liście były na wyciągnięcie ręki Jo. Przysunąłem jedną z nich, aby móc się lepiej przyjrzeć. Nie znalazłem żółtych kwiatków, które rosły tu wcześniej. W ich miejscu pojawiły się grube kiście sporych, zielonych owoców.

– Josephine, spójrz – powiedziałem. Tym razem moja córka nie ograniczyła się do swojego zwykłego: „To!”, ale chwyciła gałąź, dotknęła małych, zielonych strąków i wymamrotała: „Ojej!”.

PRZEDMOWAJAKI CEL MI PRZYŚWIECA

IDĄC PRZEZ MIASTO, możesz nie mieć wrażenia, że obcujesz z naturą, ale tak właśnie jest: otacza cię gęsta sieć połączeń, do których zaliczają się wymiana składników odżywczych, sprzeczne interesy i komunikacja międzygatunkowa. Mamy przed sobą niewidzialny świat, który aż prosi się, żeby go poznać. Ta książka ma na celu podarowanie czytelnikom oczu, które ten świat pomogą im ujrzeć. Parafrazując Marcela Prousta, jedyny prawdziwy akt odkrycia nie polega na odnajdywaniu nowych lądów, lecz na patrzeniu na stare w nowy sposób.

Gdy zacząłem pisać o stworzeniach zamieszkujących moją okolicę, szybko odkryłem, że jest ich zbyt dużo, aby zmieściły się w jednej książce. Gdybym próbował skatalogować każdy gatunek z osobna, powstałby przewodnik – opasła kompilacja opisów i wypunktowanych faktów. I choć uwielbiam przewodniki, nie są one dobre dla początkujących, ponieważ podają informacje pozbawione kontekstu. Ptaki, drzewa i grzyby są opisane na oddzielnych stronach, zamiast połączone w jedną, spójną całość. Nie chciałem zostać chodzącą encyklopedią, ale pragnąłem odnaleźć głębię i złożoność w tym, co poprzednio uznawałem za nijakie, miejskie przecznice. Nie interesowały mnie suche fakty. Chciałem prowadzić takie życie, które miałoby większy sens. Jak zauważył żyjący w XIX wieku naturalista Louis Agassiz, fakty nic nie znaczą, dopóki nie zastosuje się ich w odniesieniu do jakiegoś prawa.

Gdy czytam przewodnik, praktycznie od razu zaczynam wszystko zapominać. Zawarte w nim dane nie pozostawiają po sobie żadnego śladu. Podejrzewam, że większość ludzi nie potrafi uczyć się poprzez zapamiętywanie wyrwanych z kontekstu informacji. W rzeczywistości jest odwrotnie. Najefektywniej uczymy się dzięki rozwiązywaniu problemów lub rozpracowywaniu zagadek. Dopiero potem szukamy potrzebnych informacji. Gdy już mamy pierwszą wskazówkę, tajemnica ożywa, a fakty zaczynają do siebie pasować. Toczą się jak koraliki rozsypane po podłodze – problem dostarcza nici, która łączy je w uporządkowaną całość.

A więc zamiast zaczynać od tego co znane i gromadzić kolejne fakty, zabrałem się za opisywanie nieznanego. Zacząłem od elementów układanki, które wprawiły mnie w konsternację, a następnie starałem się znaleźć wyjaśnienie, aby móc je rozszyfrować. Ponieważ wszystko łączy się ze sobą, jeden element otwierał dostęp do kolejnych. Dlaczego moje róże więdną? Owszem, zostały zaatakowane przez mszyce, ale możliwe, że prawdziwy problem stanowi szybko rozprzestrzeniający się w ostatnim czasie gatunek mrówek żerujących na mszycach. Co to za ptak śpiewa na tyłach mojego domu? Zidentyfikowanie nowego gatunku przynosi wiele radości, ale o wiele bardziej interesujące jest poznanie jego ptasiego trelu w takim stopniu, by wiedzieć, że ptak właśnie martwi się szopem wspinającym się po jego drzewie.

Bardziej interesowało mnie pogłębienie swojej wiedzy niż poszerzenie jej zakresu. A zatem żeby ograniczyć tematykę tej książki, skupiłem się na wąskiej grupie roślin i zwierząt: gatunkach synantropijnych, czyli organizmach bytujących w środowisku silnie przekształconym przez człowieka. Następnie zawęziłem temat do garstki synantropów, które są tak wszechobecne, że stały się widoczne. Chciałem podzielić się doświadczeniem, które przeżyłem z Josephine: przemianą zwyczajnego, nudnego „drzewa” w coś pięknego i fascynującego. Pominąłem charyzmatyczne gatunki zwierząt, które wkroczyły do miast: jastrzębie, kojoty, indyki, jelenie i pumy. Są już wystarczająco dobrze widoczne. Unikałem również pisania o stworzeniach przykuwających naszą uwagę z powodów, dla których nas przerażają – a więc o szczurach, pluskwach, karaluchach i tym podobnych. Pragnąłem skupić się na odkrywaniu osobliwych cech stworzeń tak pospolitych i tak przewidywalnych, że już dawno wtopiły się w tło.

Chciałbym, aby czytelnicy mijający po drodze miłorząb doświadczyli takiej samej fascynacji, jaką mogliby poczuć, stojąc w kępie sekwoi wieczniezielonych porastających wybrzeże. Chciałbym, by z uwagą przyglądali się brzydkim chwastom rosnącym w szczelinach chodnika. Żeby spojrzeli z podziwem na majestatycznego, ulicznego gołębia. No dobrze, może nie z podziwem, ale przynajmniej z częściowym szacunkiem połączonym z odrobiną obrzydzenia i uznaniem dla tego absurdu. Gdy codziennie masz styczność z naturą, widzisz ją w zwyczajnej, mało dostojnej formie. To dobry, a nawet potrzebny sposób patrzenia na przyrodę, ponieważ jest on szczery. Natura nie zawsze jest piękna. Może być groteskowa, okrutna, a nawet komiczna. Jeśli ludzie pragną nawiązać bardziej harmonijną relację z przyrodą, muszą spojrzeć na nią jak na całość: zapierającą dech w piersiach, odrażającą, inspirującą i denerwującą jednocześnie. Nazbyt łatwo dostrzegamy w czymś tylko dobrą lub złą stronę. Jeśli będziemy umieli kochać naturę za to, jaka ona jest – a więc nie tylko wyidealizowana i perfekcyjna – otrzymamy prawdziwą szansę na zakończenie konfliktu między cywilizacją a dziczą i zastąpienie go bliską zażyłością.

Skupiając się na miejskiej – i podmiejskiej – florze i faunie, zrywam z tradycją pisania o naturze. Według niej człowiek (prawie zawsze jest to człowiek) udaje się w samotności do dziczy. Wchodzi w kontakt z bardziej autentyczną formą przyrody, doznaje oświecenia i rozpływa się nad nią. Ja pragnę połączyć ludzi i przyrodę w jedno, żeby sprawdzić, czy uda mi się doświadczyć cudów natury bez konieczności opuszczenia cywilizacji. Według mnie to podejście jest uczciwsze, bardziej pragmatyczne i użyteczne.

Okazuje się, że wiele popularnych utworów z nurtu naturalistycznego opisuje więź człowieka z przyrodą, z tym że fragmenty o ludziach są bagatelizowane. Henry David Thoreau w swoim dziele Walden (seria: Mistrzowie Literatury, tłum. Halina Cieplińska, Rebis, 2010) pominął szczegóły związane z zagadnieniem wyjaśniającym, jak pozyskiwał jedzenie i w jaki sposób prał ubrania, a zdjęcia i filmy dokumentalne ukazujące naturę wymazują ślady ludzkości w celu zachowania iluzji jej odosobnienia i surowości. Ta tradycja jest tak silna, że gdy Annie Dillard napisała swoją słynną książkę Pielgrzym nad Tinker Creek (tłum. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, 2010), uznała, że lepiej będzie, jeśli nie wspomni ani słowem o okolicznych drogach i domach. Martwiła się, że sam fakt bycia kobietą był już dla niej wystarczającym ciosem, więc uznała, że musi zrobić wszystko, aby dopasować utwór do oczekiwań wyznaczonych przez gatunek. W rzeczywistości przechadzała się po swoim mieście z szeroko otwartymi oczami. Wiele lat później w jednym z wywiadów powiedziała: „Fascynowało mnie to, ponieważ to była tylko mała, nic nieznacząca, podmiejska dzielnica, ale zwierzęta nie dbają o to. Nic je to nie obchodzi. A ja zawsze dostrzegałam wokół interesujące zwierzęta”.

Chyba możemy już przestać udawać. Najwyższy czas odrzucić myślenie, że aby doświadczyć prawdziwej natury, należy opuścić dom, i że możemy ją odnaleźć wyłącznie w miejscach nietkniętych przez cywilizację, gdzie nie spotkamy żywej duszy.

Ta książka to opis natury udomowionej. Jej ostatecznym celem jest rozbudzenie w czytelnikach poczucia przynależności do sąsiadujących z nimi stworzeń. Ten rodzaj przynależności mógłby pomóc w zbudowaniu więzi ze światem zewnętrznym. Współczesny tryb życia wiąże się z pozbawieniem korzeni. Nieustannie się przemieszczamy, co znaczy, że mamy mniej czasu na poznanie lokalnej historii i poruszamy się w środowisku, z którym nie wiążą nas żadne wspomnienia. Wymieniamy znajomość lokalnej kultury na mobilność. Brak tej wiedzy skutkuje obracaniem się w świecie, którego znaczenie jest umniejszone – jest on dosłownie pozbawiony sensu – co z kolei przekłada się na duchowe rozdarcie. Jak ujął to Wendell Berry, jeśli nie wiesz, gdzie jesteś, nie wiesz, kim jesteś. Sens można znaleźć wszędzie, także w miejskiej przyrodzie, i on tylko czeka na tych, którzy potrafią go dostrzec.

Myślę, że gdy ludzie zaczną zwracać uwagę na stworzenia, które żyją pośród nas niezauważenie, dzięki temu zmienią się na lepsze. W skali politycznej mielibyśmy bardziej realne podejście i bylibyśmy bardziej skuteczni w wysiłkach mających na celu ochronę środowiska. Natomiast na płaszczyźnie osobistej bylibyśmy bardziej szczęśliwi i pełni ciekawości.

Miasta są zaprojektowane tak, aby możliwie najlepiej służyć ludziom, i zwykle nie poświęcają zbyt wiele uwagi potrzebom innych zamieszkujących je gatunków. Właśnie dlatego pokładam dużą nadzieję w ich różnorodności, w tej drugiej fali tętniącego życia, którą można odnaleźć w miejscach, które pragniemy dostosować wyłącznie na użytek ludzkości. Przyroda zdążyła się już do nas zaadaptować. Nadszedł czas, abyśmy i my dostosowali się do niej, a przynajmniej zwrócili na to szczególną uwagę. Stworzenia zamieszkujące ukryte miasto mogą być naszym ratunkiem, a nawet wybawieniem.

PRAKTYCZNE WSKAZÓWKI DLA PRZYRODNIKÓW AMATORÓW

MOIM – PONIEKĄD DAREMNYM – zamiarem związanym z tą książką było zainspirowanie czytelników do rzucenia wszystkiego i wędrowania po ogródkach na tyłach domów i okolicy w poszukiwaniu zjawisk, które opisuję. Przyroda to – w moim pojęciu – najlepsza książka. Trudno ją jednak czytać, a nawet dostrzec, bez jakichkolwiek instrukcji. Chcę dostarczyć ich wystarczająco dużo, aby można było zacząć. Mam nadzieję, że okaże się na tyle fascynująca dla czytelników, że skłoni ich do wyjścia na zewnątrz i sprawi, że zrobią to ponownie.

Na początek chciałbym zaproponować kilka prostych sugestii i praktycznych porad, które pomogły mi nabrać rozpędu, gdy sam zacząłem poznawać swoje środowisko.

SPRZĘT

Tak naprawdę nie musisz niczego kupować. Na świecie jest mnóstwo specjalistów od marketingu, którzy z miłą chęcią wykorzystaliby twoje zamiłowanie do natury w celu pozbawienia cię pieniędzy. Nie potrzebujesz większości sprzedawanych przez nich rzeczy, a resztę możesz pożyczyć. Podsumowując, jestem zdania, że warto kupić wymienione niżej narzędzia, które naprawdę pomogą nam w uzyskaniu dostępu do niewidocznego miasta wokół nas.

Lupa – uwielbiam lupy (zwane również szkłem powiększającym), które są na tyle małe, że można je doczepić do kluczy, i na tyle mocne, że można przez nie swobodnie oglądać mikroskopijny świat. Lupa z dziesięciokrotnym powiększeniem jest idealna, ale gdy jest ono większe, jest już trudna w użyciu. Te dobre są wyposażone w trzy sklejone ze sobą soczewki korygujące zniekształcenia. Moja to solidna, niklowana lupa precyzyjna z uchwytem firmy Bausch & Lomb. Kosztuje 35 dolarów. Jest znakomita. Nawet trzylatek może przyswoić sobie posługiwanie się małą lupą, ale duże, tradycyjne szkło powiększające w stylu Sherlocka Holmesa z większą soczewką może być dla dzieci znacznie bardziej ekscytującą zabawką.

Lornetka – jeśli chcesz przyjrzeć się bliżej ptakom i potrafić je identyfikować, będzie ci potrzebna lornetka. Nie ma górnej granicy co do ilości wydanych na nią pieniędzy, a jeśli chodzi o lunety, sprawa wygląda jeszcze gorzej. Można zaopatrzyć się w lornetkę z potężnymi soczewkami, wbudowaną kamerą i innymi niepotrzebnymi gadżetami. Nie kupuj takiego sprzętu, a przynajmniej na początku. W rzeczywistości nie kupuj niczego, jeśli tylko możesz tego uniknąć. Na całym świecie jest mnóstwo lornetek zbierających kurz na strychach, pragnących, aby ktoś zaczął ich używać. Gdybym miał szansę zrobić to powtórnie, zacząłbym od wypytywania rodziny i przyjaciół, czy nie mają przypadkiem lornetki, którą mógłbym pożyczyć. Na każdej z nich znajdziecie oznaczenie, na przykład „6 x 32”. Pierwsza cyfra odnosi się do stopnia powiększenia, druga – wskazuje na średnicę soczewki. Nie kupiłbym niczego z ponad ośmiokrotnym powiększeniem, ponieważ nie mam zbyt stabilnej ręki, a zakres pola widzenia kurczy się i ulega zmianom pod wpływem drgania, w miarę jak wzrasta powiększenie. Z kolei jeśli chodzi o średnicę, to im większa jest druga liczba, tym lepiej. Nie zawracaj sobie jednak głowy oznaczeniami. Potrzebujesz czegoś, co będzie spełniało swoją rolę. Jeśli zauważysz, że używasz konkretnego oprzyrządowania codziennie, zawsze możesz wrócić do sklepu i kupić sprzęt za 2 tysiące dolarów.

Przewodniki – jeśli chcesz nauczyć się rozpoznawać gatunki występujące w twojej okolicy, warto zaopatrzyć się w przewodnik opisujący drzewa, ptaki i owady – albo wszystko jednocześnie – z twojego regionu, a także podający informacje na temat rosnących lokalnie mchów, porostów i grzybów. Jeszcze nigdy nie pożałowałem zakupu przewodnika. Często łapię się na tym, że używam ich częściej niż pozostałych książek z domowej biblioteki. W dzisiejszych czasach wszystko, co zawierają przewodniki, można znaleźć również w sieci. Jednak tam można się łatwo pogubić. W odróżnieniu od przepastnego, pozbawionego granic Internetu, zawartość książki ogranicza się zwykle do konkretnego rejonu geograficznego, co jest niezwykle pomocne w przypadku identyfikacji gatunków. Jeśli znajdę się w jednym pomieszczeniu z ciekawie prezentującym się przewodnikiem opisującym mój region, zrobię wszystko, co w mojej mocy – oczywiście w granicach przyzwoitości – aby zabrać go ze sobą do domu. Biblioteki często oferują znakomite zbiory przewodników opisujących lokalną okolicę.

ĆWICZENIA ZWIĘKSZAJĄCE ŚWIADOMOŚĆ

Zacznij prowadzić dziennik – nie musi być wyszukany; odpowiednie będzie wszystko, co ma choć trochę pustych stron. Jeśli jednak twoje upodobania są takie jak moje i chciałbyś nadać swoim przyrządom pisarskim „nutkę dramatyzmu”, wybierz jeden z tych czarno-białych notesów laboratoryjnych lub jakiś piękny notatnik z miejscowej księgarni. Mój ma czarną okładkę i kremowe stronice. Używam go do zapisywania nazw gatunków, które w przeciwnym razie bym zapomniał, oraz innych faktów wplatających je – i mnie samego – w moje rozumienie ekosystemu. Przyklejam do kartek zabawnie ukształtowane nasiona i suszone kwiaty. Rysuję niewielkie mapki terytoriów, które zawłaszczyły sobie w moim przydomowym ogrodzie ptaki śpiewające. Zapisuję dokładne daty, kiedy okoliczne kwiaty kwitną, więdną, dają nasiona i kiedy są one zjadane przez migrujące ptactwo. Budując tego rodzaju archiwum, zacząłem zauważać zmiany w układzie pór roku i rozróżniać pozornie niedostrzegalne zależności między gatunkami. Oprócz wklejania nasion do dziennika, zapisuję również zalążki pomysłów i ciekawostki. Czym są te malutkie dziurki w żołędziach? Dlaczego wiewiórka z mojego ogrodu z tyłu domu jest w tym roku wyjątkowo tłusta? Jakim sposobem dostała się tu ta muszelka i dlaczego muszle są zazwyczaj różowe od środka? Gdy pozornie pozbawione sensu pytania znajdują podatny grunt i kiełkują, mogą przeistoczyć się w niezwykłe tajemnice.

Znajdź jeden bujny chwast (do jedzenia), który kochasz – jest coś wyjątkowego w udekorowaniu dania kilkoma listkami lub żuciu ich podczas spaceru, co zmieniło moje poczucie własnego miejsca w sieci zależności międzygatunkowych. Żadna inna forma percepcji nie pomaga nam zrozumieć i doświadczać natury lepiej niż zmysł smaku, a ja sam uważam, że smakowanie otoczenia pobudza moje pozostałe zmysły. Zapach drzewa pieprzowego jest całkiem inny, gdy miażdżę jego ziarenko zębami trzonowymi, a jego złożona woń unosi się z końca podniebienia do nosa. Gdy mam zamiar coś zjeść, mój wzrok wyostrza się w poszukiwaniu wszelkich oznak niebezpieczeństwa. Rozpoznaję zniszczenia dokonane przez insekty i oznaki chorób: potencjalne nośniki toksyn, które mogłyby zaszkodzić jedzącemu lub uczynić posiłek mało przyjemnym.

Na swoją ulubioną roślinę wybierz tę, która występuje obficie (a mianowicie – chwast), a nie gatunek, który może ucierpieć na skutek twojego drapieżnictwa. Mogą to być gorzkie warzywa liściaste takie jak szczaw, nasturcja i endywia, które możesz dodawać do kanapek lub dekorować nimi dania mięsne. Może to być coś słodkiego, na przykład fenkuł. Albo popularny dodatek smakowy w postaci czosnku zwisłego. Albo śliwa, której owoce każdego roku spadały niezauważone na chodnik, a teraz zacząłeś je zbierać i robić z nich konfitury.

Komunikuj się z ludźmi – poznawanie własnego otoczenia staje się łatwiejsze, gdy mamy wokół siebie zaznajomionych z tym tematem ludzi, którzy pomogą znaleźć odpowiedzi na pytania. W sąsiedztwie na pewno działa jakaś organizacja przyrodników. Każde miasto ma swoją grupę obserwatorów ptaków. Trochę trudniej jest znaleźć entuzjastów szlamu i pleśni albo klub miłośników ślimaków, ale istnieją stowarzyszenia skupiające ludzi przejawiających ogólne zainteresowanie naturą. Na terenie zatoki San Francisco działa niezwykła grupa Nerds for Nature, która zajmuje się między innymi organizowaniem wycieczek terenowych w celu identyfikacji gatunków.

Możesz również zgłosić się na ochotnika w swoim lokalnym muzeum historii naturalnej. Takie instytucje często korzystają z pomocy wolontariuszy jako docentów lub dodatkowych pracowników. Możesz także zająć się sortowaniem skamielin dinozaurów w waszyngtońskim Muzeum Historii Naturalnej albo katalogować motyle w Muzeum Historii Naturalnej w Chicago, a nawet założyć skafander nurka i czyścić akwaria w Kalifornijskiej Akademii Nauk w San Francisco. W Muzeum Zoologii Kręgowców na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley korzysta się z pomocy ochotników do przygotowywania próbek trafiających do muzealnych zbiorów, co zasadniczo oznacza zdejmowanie skóry z potrąconych na drodze zwierząt. To dość makabryczne zajęcie nie jest oczywiście odpowiednie dla wszystkich, ale pozwala na przebywanie w towarzystwie niewiarygodnie mądrych ludzi i prowadzenie z nimi rozmów w trakcie zgłębiania anatomii zwierząt.

Wreszcie przechodzimy do coraz bardziej popularnych obywatelskich projektów naukowych, które może nie do końca pozwalają na spotykanie nowych ludzi, ale umożliwią ci uczestniczenie w prawdziwych doświadczeniach naukowych na odległość. Osobiście lubię stronę YourWildLife.org. Często wpisuję też w wyszukiwarkę hasło „nauka obywatelska”.

Identyfikuj jeden gatunek miesięcznie – wyjdź na zewnątrz, a przekonasz się – o ile nie jesteś doświadczonym przyrodnikiem – że wokół można dostrzec ogromną liczbę gatunków, których nie znasz. Do jakiego gatunku należą trawy z pasa zieleni rozdzielającego jezdnię albo kwiaty w sąsiednim ogródku czy fruwające w powietrzu muchy? Nie próbuj robić wszystkiego na raz. Wybierz jedną rzecz, która się wyróżnia, i dowiedz się wszystkiego na jej temat. Może to być kwiat, który ci się podoba, albo pająki, które nagle dostrzegasz w każdym miejscu, albo ptak, który budzi cię co rano. Chodzi o to, aby przejść od percepcji, po której następuje lekceważenie, do percepcji, po której rodzi się zaciekawienie. Według mnie już sam fakt spostrzeżenia tego, że coś zauważyłem (Hej, słyszałem wczoraj tego samego ptaka), sprawia, że czuję się lepiej. A odnajdywanie wskazówek, które wciągają mnie coraz bardziej w poznawanie tajemnic (Oho, znowuten sam ptak – to dziwuszka ogrodowa! Ciekawe, o czym śpiewa?), sprawia jeszcze większą satysfakcję.

Lubię wyznaczać sobie cel w postaci identyfikacji jednego gatunku miesięcznie, ponieważ skłania mnie to do podjęcia wysiłku, ale w nieśpiesznym tempie. Mam czas na dokładne szperanie. Główny zamysł – w moim odczuciu – nie polega na staniu się ekspertem od nazw gatunków, lecz na pielęgnowaniu nawyku dostrzegania.

WSKAZÓWKI POMAGAJĄCE W IDENTYFIKACJI GATUNKÓW

Gdy nie mam na dany temat żadnej wiedzy, pierwszą rzeczą, jaką robię, jest wpisanie w wyszukiwarkę hasła, na przykład: „zidentyfikuj X”, gdzie X to „drzewa”, „ślimaki” lub „pająki”. Postaraj się być tak konkretnym, jak to tylko możliwe. „Identyfikacja świerszczy” pomaga ci zawęzić pole poszukiwań lepiej niż „identyfikacja insektów”. Szukam stron internetowych prowadzonych przez instytucje badawcze, takie jak uniwersytety albo muzea. Czasami dobrze jest szukać czegoś, posługując się naukowym określeniem, aby wyeliminować bezużyteczne strony. Przykładowo, wpisuję w wyszukiwarkę hasło „chrząszcze” i dowiaduję się, że w systematyce stanowią rząd Coleoptera, po czym szukam pod hasłem „identyfikacja Coleoptera”. Aby zawęzić pole poszukiwań, mogę dodać kilka danych o swym położeniu (Ameryka Północna, Kalifornia, San Francisco). Nie spodziewaj się, że od razu uda ci się wszystko rozpracować – podróż do celu jest znacznie ważniejsza niż cel sam w sobie. Zagłębiając się dalej w hipotetycznych poszukiwaniach informacji na temat chrząszczy, uczę się nowych rzeczy: poznaję nazwy łacińskie i zaczynam rozumieć ich rodowód. Po wpisaniu do wyszukiwarki obok nich nazwy mojego miasta ukazują się strony internetowe miłośników chrząszczy zamieszkujących blisko mnie. Ci miejscowi eksperci mogą okazać się moją szansą. Jestem w stanie nauczyć się o wiele więcej, gdy mam przy sobie mentora, który powie mi, że zbaczam na fałszywą drogę. Można to zrobić również online. iNaturalist to aplikacja umożliwiająca wysyłanie zdjęć do grupy zapalonych entuzjastów (z których wielu jest prawdziwymi ekspertami) w celu identyfikacji danego gatunku.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

GOŁĄB

Dostępne w wersji pełnej

CHWASTY

Dostępne w wersji pełnej

WIEWIÓRKA

Dostępne w wersji pełnej

JĘZYK PTAKÓW

Dostępne w wersji pełnej

MIŁORZĄB JAPOŃSKI

Dostępne w wersji pełnej

SĘPNIK RÓŻOWOGŁOWY

Dostępne w wersji pełnej

MRÓWKA

Dostępne w wersji pełnej

WRONA

Dostępne w wersji pełnej

ŚLIMAK

Dostępne w wersji pełnej

WNIOSEK KOŃCOWY

Dostępne w wersji pełnej

PRZYPIS KOŃCOWY

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

BIBLIOGRAFIA

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Unseen City: The Majesty of Pigeons, The Discreet Charm of Snails, and Other Wonders of the Urban Wilderness

Redaktor prowadząca: Aneta Bujno

Redakcja: Aleksandra Marczuk

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk

Projekt okładki: designpartners.pl

Zdjęcia na okładce: © rabbit75_dep, © Sheval, © khuang, © kvkirillov (depositphotos.com)

Copyright © 2016 by Nathanael Johnson

Copyright © 2017 for Polish edition by ILLUMINATIO Łukasz Kierus

Copyright © for Polish translation by Kinga Markiewicz

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2017

ISBN 978-83-65442-77-2

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/vivantepl

www.vivante.pl

Wydawnictwo Vivante

E-mail: wydawnictwo@vivante.pl

Dział handlowy: zamowienia@vivante.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com