Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 824 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sekrety przeszłości - Penny Jordan

Liz Danvers bliska śmierci? Niemożliwe! Do tej pory wydawała się wszystkim niezniszczalna, twarda jak głaz. Sage, córka Liz, długo nie może pogodzić się z nową sytuacją. Od kiedy matka trafiła do szpitala, to na nią spadła odpowiedzialność za całą rodzinę. Co za niesprawiedliwość, przecież nigdy nie były sobie bliskie. Dlaczego to ją matka prosi teraz o takie poświęcenie? Dlaczego to jej kazała przeczytać schowane w starym biurku pamiętniki? Jednak w miarę poznawania przeszłości Sage odzyskuje spokój, pozbywa się kompleksów i odnajduje miłość…

Opinie o ebooku Sekrety przeszłości - Penny Jordan

Fragment ebooka Sekrety przeszłości - Penny Jordan

Penny Jordan

Sekrety przeszłości

Tłumaczenie:

Kornelia Zygmunt

PROLOG

Logicznie rzecz biorąc, wypadek nie powinien był się w ogóle zdarzyć.

Boczna uliczka, spokojna jak na szalony ruch londyński; jasny, pogodny wiosenny ranek; taksówkarz chlubiący się, że nigdy nie miał wypadku; szczupła, elegancka kobieta, wyglądająca na dziesięć lat mniej, niż miała w rzeczywistości – żaden z tych elementów, rozpatrywany w kategoriach logicznych, nie zwiastował niebezpieczeństwa, a jednak, jakby los zdecydował, co ma się stać, i dopilnował, żeby się stało, mimo że kobieta przeszła przez jezdnię pewnie i spokojnie, mimo że taksówkarz ją widział i prawidłowo ocenił, iż wejdzie na chodnik przed nadjechaniem auta, mimo że ani jezdnia, ani chodnik nie były oblodzone ani zaśmiecone, z niewiadomego powodu kobieta, wkraczając na chodnik, zaczepiła obcasem o krawężnik, straciła równowagę i upadła, nie na względnie bezpieczny chodnik, lecz na jezdnię, tuż przed nadjeżdżającą taksówką, której kierowca, zgodnie z wymogami bezpieczeństwa, jechał przepisową stroną, a nie środkiem, w ryzykowny i niebezpieczny sposób charakterystyczny dla wielu taksówkarzy na całym świecie.

Widział, jak kobieta się przewraca, i odruchowo zaczął hamować, ale było już za późno. Do końca życia miał pamiętać odgłos uderzenia auta w miękkie, bezbronne ciało. Impet wyrzucił z siedzenia jego pasażera, pięćdziesięcioletniego biznesmena w sztuczkowym ubraniu. Z wykwintnych, świetnie utrzymanych rezydencji, którymi zabudowana była uliczka, zaczynali już wyglądać ludzie.

Ktoś musiał zadzwonić po pogotowie, bo wkrótce usłyszał przytłumiony dźwięk syreny, zawodzącej żałobnie jakby pieśń pogrzebową. Nie mógł patrzeć na kobietę, był przekonany, że nie żyje. Stał, bliski mdłości, z boku, kiedy nadjechała karetka i fachowy personel wziął sprawę w swoje ręce.

– Żyje jeszcze – usłyszał czyjś głos i przed oczami wyobraźni stanęli mu jacyś jej bliscy, nieświadomi tragedii, która położy się wkrótce cieniem na ich egzystencji.

Ta kobieta musi mieć gdzieś rodzinę, przyjaciół, może podopiecznych. Cechował ją ów spokojny, pewny siebie wygląd osoby, która panuje nad życiem swoim i ludzi, obracających się w jej orbicie. Ludzie ci krzątają się gdzieś wokół swoich codziennych spraw, niczego nieświadomi, w poczuciu bezpieczeństwa.

Mamusia ofiarą wypadku drogowego, w szpitalnym łóżku, bliska śmierci, to niemożliwe, myślała drętwo Sage. Mamusia jest nietykalna, niezniszczalna, zawsze niezmienna, tak się przynajmniej dotąd wydawało. W mózgu kołatały jej mętne, urywane, niejasne myśli – wspomnienia, wrażenia, obawy. Porsche, które kupiła sobie na trzydzieste urodziny, przemykało sprawnie w gęstym ruchu ulicznym. Aż dziw, że zamęt myśli nie odbijał się na jej sprawności w panowaniu nad kosztowną maszyną.

W dołku czuła ucisk, który tak dobrze pamiętała z dzieciństwa i lat młodzieńczych: nieprzyjemną mieszaninę lęku, bólu i gniewu. Jak mamusia mogła jej coś takiego zrobić? Jak mogła wtargnąć w jej życie, tak jak to czyniła tyle razy w przeszłości, znów narzucać jej swoją obecność, swoje roszczenia do jej niezależności?

Nie jest już dzieckiem, jest dorosłą, dojrzałą kobietą, więc czemu przepełniają ją znów te dawne, tak dobrze znane, uczucia buntu i winy, bólu i gniewu, a co najgorsze, strachu?

Szpital znajduje się nie tak daleko, zapewne dlatego zatelefonowali do niej, a nie do Faye. Nagle uświadomiła sobie, że jest przecież najbliższą krewną, i po ciele przebiegł jej kłujący dreszczyk zgrozy. Mamusia umiera… Od tak dawna mówiła sobie, iż nic nie czuje do kobiety, która jej dała życie, iż po jej zdradzieckim, podstępnym zachowaniu nie ma już między nimi miejsca na żadne uczucie prócz niechęci, od tak dawna, że ten niepokój, to przerażenie, które ją teraz nurtowały, stanowiły podwójny wstrząs.

Wjechała na parking przed szpitalem i wysiadła zdenerwowana. Ruchy jej smukłego, gibkiego ciała były szybkie i niecierpliwe. Ma osobowość typową dla osób urodzonych pod znakiem Lwa, jak kiedyś scharakteryzowała swoje drugie dziecko Liz Danvers; jest zapalczywa, porywcza, nieumiarkowana… I inteligentna. Było to prawie dwadzieścia lat temu. Od tej pory czas starł nieco kanciastość jej niespokojnej natury, doświadczenie złagodziło szorstkość zachowania, którą drażliwe osoby odczuwały często jako agresywność. Teraz, w wieku trzydziestu czterech lat, umiała rozładowywać te siły, które kazały niegdyś jej spokojniejszej i znacznie bardziej opanowanej matce otaczać się murem powściągliwości i rezerwy. Sage strawiła dużą część dzieciństwa, próbując na próżno przebić ten mur, by dotrzeć do jądra niezgłębionej osobowości mamusi, którą ta – jak uważała Sage – przed nią tai. Odkąd mogła zapamiętać, wiedziała, że z jakiegoś powodu nie jest tym dzieckiem, które mamusia chciałaby w niej widzieć. Cóż, nigdy nie była, nie mogła być, drugim Dawidem. Dawid, jej brat… Brakowało jej go do dziś. Brakowało jego dyskretnych, mądrych rad, jego miłości, jego zrozumienia. Dawid… Kochali go wszyscy, którzy go znali, kochali nie bez powodu. Opis cnót mógłby go przedstawić w ckliwym świetle, gdyby nie brać pod uwagę wrodzonej słodyczy zarówno Dawida-chłopca, jak Dawida-mężczyzny, zjednującej mu powszechną miłość. Jednakże Sage nigdy nie zazdrościła bratu, nigdy nie uważała, że gdyby nie on, mamusia by ją kochała bardziej czy inaczej. Rozdźwięk między matką a córką sięgał zbyt głęboko, by tłumaczyła ją matczyna preferencja syna. Kiedyś bolała ją świadomość, że nosi w sobie coś, co sprawiło, że tę miłość, którą mamusia zdawała się obsypywać wszystkich i wszystko dookoła, przemieniła wobec niej w niechęć i wrogość, lecz w miarę dojrzewania pogodziła się z tym i nabrała dystansu do zbyt bolesnych spraw minionych, spraw, których wspomnienia unikała, tak jak unikała kontaktów z mamusią, jeśli nie były bezwzględnie konieczne. Ostatnimi czasy rzadko zaglądała nawet do domu, do Cottingdean.

Cottingdean – dom, park, miasteczko – domena mamusi, stworzona i utrzymywana siłą jej woli. Jej królestwo.

Cottingdean. Jakże nienawidziła tego miejsca, jakże się przez całe dzieciństwo buntowała przeciwko jego władzy nad mamusią, przenosząc na nie zazdrość i niechęć, których nigdy nie odczuwała wobec Dawida. Zbyt mała, by analizować, dlaczego mamusia odnosi się do niej z rezerwą, prawie jakby jej nie lubiła, przypisywała winę Cottingdean, obowiązkom, jakie ono na mamusię nakłada. Uważała, że znaczy dla niej więcej, niż może kiedykolwiek znaczyć ona, Sage. Co do tego może się nie myliła. A właściwie, dlaczegóż by nie, myślała gorzko. Cottingdean odwdzięczyło się mamusi za czas i oddanie, które mu poświęcała, w sposób, w jaki ona, jej córka, nigdy nie mogła się odwdzięczyć.

Cottingdean, Dawid, tatuś – oto istotne, ważkie części składowe życia mamusi. Czuła, że ona, Sage, pozostaje z boku, jest osobą postronną, intruzem. Jak dotkliwie raniła ją ta świadomość, jak rozpaczliwie się przeciw niej buntowała!

Pchnęła szklane drzwi i weszła do holu szpitalnego. Młoda pielęgniarka w recepcji przebiegła nerwowo wzrokiem listę pacjentów i oznajmiła:

– Pani matka leży na oddziale intensywnej terapii. Proszę tu zaczekać. Chce z panią porozmawiać doktor Ferguson.

Panowanie nad sobą było sztuką, którą Sage posiadła już dawno, nie pozwoliła więc, by na jej twarzy malowały się uczucia, jakich doznaje. Podziękowała pielęgniarce i odeszła, żeby usiąść. Czyżby mamusia już nie żyła? Czy dlatego lekarz chce z nią rozmawiać? Przejął ją dreszcz niechcianej emocji, paniczny strach. Miała ochotę rozpłakać się jak dziecko. Nie, jeszcze nie! Zbyt wiele musi się dowiedzieć. Zbyt wiele mają sobie do powiedzenia, do wyjaśnienia.

Było to, oczywiście, śmieszne, biorąc pod uwagę fakt, że powiedziały sobie wszystko, co miały do powiedzenia, już wiele lat temu. Ona powiedziała może nawet za wiele, zdradziła za wiele. I została zraniona nad miarę.

Kiedy tak siedziała, czekając, z ciałem napiętym, lecz twarzą wypraną z wszelkiego wyrazu, nawet w spoczynku było w niej coś, co zdradzało nieopuszczającą jej wewnętrzną wibrację: kasztanowe włosy promieniały życiem i energią, twarz o zdecydowanych rysach zwiastowała spontaniczność, zielone oczy, które nie wiadomo po kim odziedziczyła, były zmienne jak toń północnego jeziora pod wiosennym niebem. Pielęgniarka co chwila zerkała na nią zazdrośnie. Ona sama była drobną, nieco pulchną dziewczyną, na swój sposób ładną, ale nie mogła się równać klasą z oszałamiającą kobietą, która siedziała naprzeciwko. W smukłości kostek i dłoni tamtej uderzała elegancja, w rysach twarzy uroda, nie wynikająca z młodości ani makijażu, w kolorycie włosów i oczu powab tajemnicy, w najdrobniejszym poruszeniu ciała coś przyciągającego oko jak magnes.

Choć wydaje się to niemożliwe, mówiła sobie Sage, gdzieś w tym wielkim, anonimowym gmachu leży mamusia. Sprawiała zawsze wrażenie niemalże nieśmiertelnej, była osią, wokół której obracało się tyle istnień ludzkich. Także jej, Sage, dopóki się w końcu nie zbuntowała i nie stała osobą samodzielną. Tak, mamusia zdawała się zawsze nietykalna, niezniszczalna, stanowiła niezmienną część otaczającego świata. Żona doskonała, matka doskonała, pracodawczyni doskonała – uosobienie wszystkiego, o co inne kobiety z jej sfery zabiegały tak rozpaczliwie. A osiągnęła to wszystko wbrew przeszkodom, jakich pokolenie Sage nie musiało nigdy pokonywać. Mamusia była zawsze kobietą, która wyprzedzała swoją epokę o trzydzieści lat. Kobietą, która męża kalekę, w pewnym okresie bliskiego śmierci, utrzymała przy życiu przez ponad ćwierć wieku. Zostawszy panią domu oraz zrujnowanego majątku, przemieniła jedno i drugie w pomniki tego, co można osiągnąć determinacją i koncentracją na wytyczonym celu, umiejętnością i wyobraźnią, a nade wszystko upartą siłą woli, potrzebną do dokonywania cudów.

Czy w tym właśnie tkwiły korzenie rozdźwięku między nimi? Nie w tym, że mamusia nie dość ją kochała, lecz w tym, że ona, Sage, sama o tym nie wiedząc, zazdrościła jej wszystkich talentów? Czyżby była zazdrosna o jej osiągnięcia? Czyżby maskowała zazdrość, wmawiając sobie, że ma prawo czuć to, co czuje? Wmawiając sobie, że wina, zdrada, odpowiedzialność leżą po stronie mamusi, a nie jej?

– Czy panna Danvers?

Poderwała głowę na dźwięk niecierpliwego męskiego głosu. Przywykła dawno do męskich spojrzeń, takich jak to, które przez chwilę wzięło górę nad profesjonalną powściągliwością stojącego przed nią lekarza. Wątpliwy był to dar, ten głęboki, mroczny nurt zmysłowości, który przyciągał do niej mężczyzn. Z żądzą, nie z miłością. Odżyło w niej na moment ostre, gorzkie uczucie, rana dawna, lecz nigdy niezagojona.

– Czy moja mamusia…? – zaczęła szybko.

– Jak dotąd żyje – odparł, uprzedzając jej pytanie.

Patrzył na nią teraz, jak przystało na lekarza, powściągnąwszy męski zachwyt dla jej urody. Wysoki, chudy mężczyzna, prawdopodobnie wszystkiego sześć, siedem lat od niej starszy, lecz przedwcześnie postarzały od brzemienia ciężkiego zawodu. Inteligentny, utalentowany, sprawiający jednak w tej chwili wrażenie zmordowanego i poirytowanego. Strach przytłumił w Sage odruch współczucia dla niego, gdy czekała na dalsze słowa.

– Pani matkę przywieziono do szpitala nieprzytomną. Nie wiemy jeszcze, jak rozległe są obrażenia wewnętrzne.

– Nie wiedzą państwo… – Sage nie zdołała ukryć wstrząsu. – Ależ…

– Zbyt wiele trudu wymagało utrzymanie jej przy życiu, byśmy mogli przeprowadzić cokolwiek poza powierzchownymi oględzinami. Jest silną kobietą, inaczej już by nie żyła. Odzyskała przytomność i chce się z panią widzieć. Dlatego musiałem z panią porozmawiać. Pacjenci, nawet tak ciężko poszkodowani jak pani mama, reagują bardzo silnie na najlżejsze oznaki strachu czy histerii u odwiedzających, szczególnie gdy jest to ktoś z najbliższej rodziny.

– Mamusia chce się widzieć ze mną? – zapytała zdumiona Sage.

– Tak. – Lekarz zmierzył ją podejrzliwym wzrokiem. – Mieliśmy mnóstwo kłopotu z odnalezieniem pani.

Mamusia chce się z nią widzieć. Sage nie rozumiała tego. Dlaczego z nią? Nie zdziwiłaby się, gdyby chciała się zobaczyć z Faye, żoną Dawida, a raczej wdową po nim, albo z Kamilą, córką Dawida i Faye, ale nigdy z nią.

– Moja bratowa… – zaczęła, dając wyraz swym wątpliwościom, ale lekarz przerwał jej szorstko:

– Zawiadomiliśmy pani bratową, ale przy obecnym stanie pacjentki musimy ograniczyć liczbę odwiedzających. Pani mamę wyraźnie coś nurtuje. U osoby tak chorej jak ona liczy się każda rzecz, choćby najmniejsza, która może zwiększyć szansę wyzdrowienia. Dlatego uważam za swój obowiązek podkreślić z całym naciskiem, że powinna pani zrobić wszystko dla uspokojenia jej, choćby to, co ma do powiedzenia, wydawało się niezrozumiałe czy bezsensowne. Musimy za wszelką cenę zapewnić jej spokój.

Spojrzenie, jakie jej posłał, mówiło, że ma poważne wątpliwości, czy Sage potrafi stanąć na wysokości zadania. Wątpliwości, które ja sama podzielam, pomyślała samokrytycznie Sage.

– Proszę ze mną – powiedział.

Poprowadził ją długim, pustym korytarzem. Sage ubawiła większa, niż była potrzebna, odległość, jaką między nimi utrzymywał. Czyżby się obawiał kontaktu fizycznego? Nie był pierwszym mężczyzną, który tak reagował na jej osobę. Wszyscy mili mężczyźni, ci, przy których mogłaby znaleźć coś zbliżonego do spokoju i zadowolenia, podzielali tę dwuznaczną ostrożność. Sprawiała to oczywiście jej uroda: nie umieli spojrzeć głębiej, poza niebezpieczne pożądanie, jakie w nich budziła, toteż widzieli w Sage kobietę, która nigdy nie będzie potrzebowała ich czułości ani nie będzie umiała uszanować ich wrażliwości. Jakże się mylili! Sage sama miała zbyt wiele wrażliwości, by lekceważyć wrażliwość innych. A co do czułości – uśmiechnęła się gorzko na tę myśl – ona jedna wie, jak często i jak bardzo łaknie jej kojącego balsamu.

– Tędy – powiedział lekarz.

Przed nimi były drzwi do sali intensywnej terapii. Sage ogarnięta instynktownym pragnieniem, żeby się odwrócić i uciec, zadrżała, kiedy lekarz sięgnął do klamki. Za tymi drzwiami leży mamusia. Czy naprawdę chce się z nią zobaczyć? Zdawało się to tak nielicujące z jej charakterem, że było prawie nie do wiary, i nieoczekiwane żądanie wytrąciło Sage z równowagi, naruszyło ochronny pancerz chłodu i obojętności, pod którym się kryła przez te wszystkie lata, odkąd ostateczna zdrada mamusi podważyła jej niechętną, bolesną miłość do niej.

Spróbowała sobie wyobrazić mamusię w nieprawdopodobnej sytuacji, jaką odmalował lekarz, i ponownie wstrząsnął nią dreszcz. W sytuacjach ostatecznych, takich jak mamusi teraz, ludzie chcą zwykle widzieć tych, których kochają najbardziej, a ona wiedziała, że mamusia przez całe życie odmawiała jej tej miłości, którą tak szczodrze, z takim zapamiętaniem, szafowała w stosunku do innych. Powinność, opieka, odpowiedzialność paradujące w masce miłości matczynej, tak, tego jej nie brakowało, ale Sage nauczyła się wcześnie odróżniać pozór od prawdy i dostrzegała, wyczuwała tę niewidzialną barierę, jaka je dzieliła.

Lekarz odwrócił się, zniecierpliwiony jej wahaniem.

– Pewien pan jest, że mamusia pytała o mnie? – spytała szeptem.

Mężczyzna przyglądał się jej chwilę. Ze zdziwieniem stwierdził, że ta oszałamiająca, pewna siebie kobieta przemieniła się nieoczekiwanie w przestraszone dziecko. Speszony siłą dziecinnej bezradności, kryjącej się w tym kobiecym ciele, powiedział bardziej szorstko, niż zamierzał:

– Nie ma się pani czego obawiać. Obrażenia pani mamy są prawie wyłącznie wewnętrzne. Zewnętrznie…

Sage zmierzyła go gniewnym spojrzeniem. Czyż on naprawdę sądzi, że jest taka słaba, taka zapatrzona w siebie, iż przy wejściu do pokoju szpitalnego paraliżuje ją obawa przed tym, co zobaczy? Ale jej gniew zgasł równie szybko, jak zapłonął. Trudno go winić, bo cóż on może wiedzieć o skomplikowanych stosunkach między nią a mamusią. Ona sama ich w pełni nie rozumie. Pchnęła drzwi i weszła do środka.

Salka była mała, zaledwie na czterech chorych, zastawiona aparaturą. Liz Danvers okazała się jedyną pacjentką. Leżała na jednym z wysokich, wąskich łóżek, podłączona do monitorów.

Jakżeż ona się skurczyła, pomyślała ze zdziwieniem Sage, spoglądając na matkę z góry. Jej włosy, kiedyś naturalnie złote, teraz farbowane na dyskretny odcień blond, były ukryte pod białym czepkiem, karnacja blada, lecz zdecydowanie różna w swym oliwkowym zabarwieniu od karnacji Sage, nadawała jej wygląd kobiety pod pięćdziesiątkę, nie po sześćdziesiątce.

Sage rozmyślnie skoncentrowała się na tych dobrze znanych cechach leżącej postaci, starając się nie zwracać uwagi na przewody podłączone do jej ciała. Mamusia oddychała z wysiłkiem, ale jej oczy, kiedy je zwróciła na Sage, były niezmienione – chłodne, przenikliwe, wszechwidzące, wszechwiedzące, szarego koloru, który zależnie od nastroju rozjaśniał się do odcienia błękitnawego lub ciemniał do łupkowego. Zmierzyła córkę krytycznym wzrokiem, lecz nie było to owo szybkie, przelotne spojrzenie, tak dobrze znane Sage, mówiące, iż osoba, w którą jest wymierzone, zawiodła, rozczarowała mamusię. Ileż razy to spojrzenie kładło się cieniem na jej życiu, raniło dumę, obracało serce w kamień, przyprawiało ją o buntowniczą, bezradną furię? Nie, to dzisiejsze spojrzenie było inne, głębsze, mroczniejsze; w oczach, które ją mierzyły, kryły się nieznajome cienie.

– Sage…

Czy to wyłącznie instynkt kazał jej położyć rękę na dłoni mamusi, usiąść przy niej i powiedzieć najnormalniejszym, jakim umiała, głosem:

– Jestem, mamusiu.

Mamusiu! Jak zimno i bezosobowo zabrzmiało to słowo, jak było wyprane z ciepła i uczucia. Jako mała dziewczynka mówiła „mamuś”. Dawid, o dziesięć lat od niej starszy, wolał kpiąco-czułe „ma”, lecz w końcu Dawid cieszył się o tyle większą swobodą, o tyle większą miłością… Dość tego, pohamowała się. Nie przyszła tu, by wracać do przeszłości. Przeszłość pozostała poza nią.

– Nie martw się, mamusiu – szepnęła. – Wszystko będzie dobrze. Wyzdrowiejesz…

Szare oczy zabłysły na moment drwiną, zdając się mówić, że przejrzały te puste słowa, i Sage jeszcze raz poczuła się jak dziecko w obliczu dorosłego.

– Sage, chcę, żebyś coś zrobiła…

Mamusia mówiła z wysiłkiem, jej słowa były ledwo słyszalne. Sage musiała się pochylić nad łóżkiem, żeby je rozumieć.

– Moje pamiętniki, w biurku w Cottingdean… Musisz je przeczytać… Musicie wszystkie przeczytać…

Zamilkła i zamknęła oczy. Sage patrzyła na nią, nie rozumiejąc. O czym ona, na miłość boską, mówi? Jakie pamiętniki? Czyżby wypadek pomieszał jej zmysły? Wpatrywała się niepewnie w leżącą, kiedy ta otworzyła ponownie oczy i zażądała kategorycznie:

– Przyrzeknij mi, Sage… Przyrzeknij, że zrobisz, o co cię proszę… Przyrzeknij…

Posłusznie, niemal potulnie, Sage przełknęła ślinę i szepnęła:

– Przyrzekam. – Po czym, nie mogąc się pohamować, wybuchnęła: – Ale dlaczego ja? Dlaczego mnie o to prosisz? Dlaczego nie Faye? Jest ci o tyle bliższa…

Szare oczy znowu zdawały się z niej drwić. Odruchowo Sage zacisnęła silniej palce na dłoni, którą wciąż trzymała.

– Faye nie ma twego hartu, twojej dyscypliny… Ani twojej odporności…

Głos rozpłynął się w cichym westchnieniu.

Sage poczuła, jak nitkowaty puls trzepocze i zamiera jej pod palcami, i przetoczyła się przez nią fala strachu, jakiego jeszcze nigdy nie doznała, strachu większego niż jej gniew, uraza, ból, nawet miłość. Nie wiedząc, co i dlaczego woła, wydała zdławiony okrzyk:

– Mamusiu, nie!

I zaraz usłyszała cichy, uspokajający głos:

– Jestem, Sage… Kiedy przeczytasz pamiętniki, zrozumiesz, dlaczego ty…

Mamusia zamknęła oczy, tak widomie wyczerpana, że przez moment Sage myślała, iż naprawdę umiera.

Powściągnął jej panikę stanowczy uścisk lekarza na ramieniu i jego ciche słowa otuchy.

– Chce, żebym przeczytała jej pamiętniki – poinformowała go, zbyt oszołomiona, by powściągnąć potrzebę podzielenia się tą wiadomością.

– Ludzie bliscy śmierci czują czasem, co się z nimi dzieje, i zatrzymują się na pewnych aspektach życia własnego i bliskich.

– Nie wiedziałam nawet, że pisze pamiętniki – mówiła Sage bardziej do siebie niż do niego. – Nie miałam najmniejszego pojęcia… Kazała mi przyrzec… – urwała.

Wiedziała już, że musi przyrzeczenia dotrzymać. Wiedziała to i już się bała, bała się tego, co może w pamiętnikach wyczytać, bała się, że będzie zmuszona spojrzeć w oczy prawdzie, narazić się znowu na ból, który, jak myślała, dawno za sobą pozostawiła.

Nim lekarz wyprowadził ją z sali, rzuciła ostatnie, ociągające się spojrzenie na matkę.

– Czy ona?

Chciała zapytać, czy umrze, lecz już wiedziała, że nie chce znać odpowiedzi, że chce zachować nadzieję, chce wierzyć, że skoro przeżyła wypadek, będzie żyła.

Jako nastolatka często słyszała, że nie ma większego bólu, gorszego poczucia winy, dotkliwszego uświadomienia sobie, że życie przemija zbyt szybko, jak patrzenie w wieku dojrzałym na śmierć któregoś z rodziców.

Jej ojciec umarł, kiedy była nastolatką. Dla niego śmierć stanowiła wyzwolenie, a jej prawie nie dotknęła. Mieszkała wówczas w Cottingdean, ale tatuś z powodu swego kalectwa nie odgrywał nigdy większej roli w jej życiu. Był daleką, rozpieszczaną osobą, obcą dla niej, chociaż wokół niego obracała się cała egzystencja mamusi.

Do dzisiaj sądziła, że przestała ją kochać piętnaście lat temu, że jej miłość umarła wskutek nadmiernego bólu, nadmiernej krzywdy. Wówczas to uznała, że jedynym sposobem otrząśnięcia się z kataklizmu zdrady będzie stworzenie sobie własnego, niezależnego życia.

I dopięła tego.

Miała teraz swój własny zawód, swój własny świat. Zawód, który prowadził ją z Londynu do Nowego Jorku, z Nowego Jorku do Los Angeles, do Rzymu, do Paryża, do wszystkich tych miejsc na ziemi, do których dotarła jej sława malarki fresków.

Na całym globie znajdowały się domy, w których jej freski stanowiły cenioną część wystroju, ekskluzywne rezydencje, których właściciele nie pozwoliliby wystawić ich wnętrz na łup ciekawych oczu nawet w najbardziej luksusowych z luksusowych magazynów. Stała się poszukiwaną i wysoko płatną malarką, starannie selekcjonującą zamówienia. Życie należało do niej… Tak jej się przynajmniej wydawało. „Dlaczego ja?” – spytała, a mamusia, nawet w tej sytuacji, być może ostatecznej, nie oszczędziła jej. Oczywiście, delikatna, wrażliwa Faye nie zdobyłaby się na czytanie cudzych pamiętników, na grzebanie w czyichś intymnych sprawach. Dlaczego więc to takie ważne, żeby przeczytała je ona, Sage? Żeby je przeczytały wszystkie trzy? Takie ważne, że mamusia, kto wie, czy nie ostatnim tchem, kazała jej to przyrzec.

Był tylko jeden sposób, by się dowiedzieć.

Zwlekanie nic nie da, zdecydowała Sage, wychodząc ze szpitala. Przypadek sprawił, że się znajdowała między jednym a drugim zleceniem i w jej życiu nie było nic na tyle naglącego, by ją usprawiedliwić z powodu niespełnienia od razu przyrzeczenia danego mamusi, uwolnić od pojechania bezpośrednio do Cottingdean, chociaż nie miała na to najmniejszej ochoty.

Dom rodzinny, Cottingdean, leżał na skraju sielankowego angielskiego miasteczka pośród wzgórz, na południowy wschód od Bath. Miasteczko stanowiło małą wiejską społeczność, której kochającą i kochaną patronką była Liz Danvers. Sage nigdy nie podzielała tej miłości do Cottingdean. Dusiła się tu, czuła jak więzień, jako dorastająca dziewczyna tęskniła do szerszych horyzontów, do rozleglejszego nieba.

Cottingdean. Czekają tam na nią Faye i Kamila, czekają, żeby ją zarzucić niespokojnymi pytaniami o mamusię, uświadomiła sobie, kierując się na zachód, ku autostradzie numer cztery. Zakrawało na ironię, że Faye, jej bratowa, potrafiła jakimś cudem zapewnić sobie miłość mamusi, tę miłość, której ona sama czuła się zawsze pozbawiona. A jednak nie mogła mieć o to żalu do Faye.

Sage westchnęła lekko. Biedna Faye, życie nie było dla niej łaskawe, a jest nadto wrażliwa, nadto bezbronna, by znieść zbyt wiele ciosów.

Sage pamiętała, jak Faye wyglądała w dniu ślubu z Dawidem. Blada, krucha róża herbaciana, nie kryjąca swego uwielbienia dla mężczyzny, za którego wychodzi. Nie dane jej było cieszyć się długo szczęściem. Dawid zginął w tragicznym, bezsensownym wypadku drogowym, zostawiając ją, by sama wychowywała Kamilę.

Nie zaskoczyło Sage, kiedy mamusia zaproponowała Faye, by zamieszkała w Cottingdean. W końcu, naturalnym biegiem rzeczy, to Dawid odziedziczyłby majątek. Faye przyjęła propozycję. Urocza dawna proboszczówka w miasteczku, którą Dawid kupił dla młodej żony, została sprzedana i Faye z roczną córeczką przeniosła się do Cottingdean. Mieszkały tam do dziś, Kamila nigdy nie poznała innego domu, innego życia.

Uśmiech rozjaśnił twarz Sage na myśl o bratanicy, teraz prawie osiemnastoletniej i w oczach świata rozpieszczonej zapewne do niemożliwości. Wszystkie trzy przeżyły oczywiście głęboko śmierć Dawida, lecz ból osłodziło im nieco to dziecko, dar, jaki po sobie pozostawił. Wiadomo było, że pewnego dnia Cottingdean ze wszystkimi swymi tradycjami przejdzie na Kamilę i Sage widziała, że mamusia już teraz przygotowuje dyskretnie jedyną wnuczkę do obowiązków, jakie spadną na jej barki.

Sage nie zazdrościła jej tego dziedzictwa, zazdrościła natomiast czasem równego, pogodnego usposobienia i ciepła, które przyciągało do niej ludzi. Jak na razie jednak Kamila była jeszcze w znacznej mierze dzieckiem nieświadomym własnej siły. Sage westchnęła. Kamila przeżyje to najbardziej z nich trzech, jeśli… Ścisnęła kierownicę porsche, aż pobielały jej kostki dłoni. Wciąż nie mogła sformułować nawet w myśli słowa „umrze”, nie mogła dopuścić do siebie możliwości… prawdopodobieństwa śmierci mamusi. Nie zracjonalizowana, lecz ukryta głęboko w najbardziej sekretnym, najświętszym wnętrzu jej osoby, w tej atawistycznej, instynktownej jej cząstce, która tak często nią powodowała, tkwiła świadomość, że odmowa przyrzeczenia, którego mamusia od niej zażądała, a nawet zgoda, a potem niedotrzymanie obietnicy przyczyniłoby się do zdławienia siły napędowej jej życia. Sage miała uczucie, że między przyrzeczeniem wymuszonym przez mamusię a jej wolą walki ze śmiercią istnieje jakaś pierwotna więź i gdyby ona, Sage, złamała to przyrzeczenie, to tak jakby rozmyślnie przerwała symboliczną srebrną nić jej życia.

Z zimnym dreszczem uświadomiła sobie, jak już nieraz w różnych okolicznościach życia, swoją głęboko zakorzenioną i często niepokojącą podatność na kierowanie się emocjami, przeczuciami, nie mającymi logicznego uzasadnienia. Silniej zacisnęła smukłe palce na kierownicy. Nie odziedziczyła nic z wewnętrznego ładu Liz Danvers, ten ją ominął, przechodząc na Kamilę. Na dobrą sprawę nie ma w sobie nic z mamusi, a jednak w tej krótkiej chwili bliskości, siedząc przy jej łóżku, miała przez przerażający ułamek sekundy wrażenie, że ich dusze stanowią jedność, tak jakby strach i ból, rozpacz i determinacja mamusi były im wspólne. Pojęła w owej chwili, jaką kolosalną wagę ma dla mamusi, by jej córka dotrzymała przyrzeczenia. Czy dlatego, że wiedziała, iż umiera? Skurcz rozpaczy przeszył serce Sage. Nie powinna tak reagować. Odcięła się od mamusi wiele lat temu. Och, oczywiście, zachowywała pozory, przestrzegała zwyczajowych wizyt na urodziny w czerwcu i na Boże Narodzenie, chociaż ostatniej Gwiazdki nie spędziła w Cottingdean. Malowała freski w willi bogatej Francuzki na Karaibach, więc miała świetną wymówkę, żeby nie przyjeżdżać do domu, co mamusia przyjęła spokojnie i bez komentarzy.

Skręciła z autostrady przy dobrze znanym drogowskazie. Zirytował ją dwustronny ruch, szczególnie gdy się znalazła za olbrzymim ośmiokołowym kontenerowcem tarasującym wąską boczną szosę. Wyprzedziła go na krótkim odcinku szerszego rozjazdu parę mil przed miasteczkiem, rada, że się uwolniła od duszących dieslowskich spalin. Zima była tego roku ciężka, tym milszym czyniąc widok zieleniących się wiosennie żywopłotów, które mijała. Miasteczko wydało jej się niezmienione i Sage stwierdziła ze zdziwieniem, że napełnia ją to otuchą. Zastanowiło ją, dlaczego jechała z obawą, że je zastanie w jakiś sposób odmienione, skoro kiedyś tak rozpaczliwie chciała uciec od jego niemal za doskonałej urody.

Ze szpitala dzwoniła, żeby uprzedzić Faye, że jedzie do Cottingdean, ale nie powiedziała jej, dlaczego.

Ten, kto wybierał miejsce na budowę Cottingdean, wybrał dobrze. Dom stał zwrócony tyłem do wzgórz, fasadą na południe, chroniony od wschodnich wiatrów przez wiekowe dęby na obrzeżu parku.

Pierwotny dom został wzniesiony przez elżbietańskiego przedsiębiorcę, kupca, który przeniósł rodzinę z Bristolu w spokojną i zdrową samotnię wsi. Była to solidna, sensowna budowla w tradycyjnym stylu, zaprojektowana w kształcie litery E. Późniejsze generacje dodały z tyłu splot przybudówek, jednakże szczęściem, z braku funduszów czy potrzeb, nikt nie wpadł na pomysł przerabiania kamiennego frontonu ze starodawnymi dzielonymi oknami i ciężkimi dębowymi drzwiami.

Podjazd nadal prowadził na tyły domu, z dziedzińcem, wokół którego stały stajnie i inne zabudowania gospodarcze, pozostawiając niczym niezakłócony widok na front domu.

Matka Sage zawsze powtarzała, że najlepiej pierwszy raz oglądać Cottingdean, podchodząc pieszo przez most na rzece i przez drewnianą bramę w murze otaczającego parku, tak by mieć widok na dom przez przycinane cisy, strzegące ścieżki do tarasu i wejścia frontowego

Kiedy mamusia przyjechała do Cottingdean jako młoda żona, park, teraz tak sławny i podziwiany, był plątaniną chwastów i chaszczy, przetykaną tu i ówdzie zaniedbanymi grządkami warzywnymi. Trudno było to sobie teraz wyobrazić, patrząc na gładkie przestrzenie soczystej zielonej murawy, klomby na pozór niedbale rozrzuconych bylin, kępy drzew i cisowe żywopłoty, przydające parkowi uroku i tajemniczości. Wszystko to było dziełem mamusi, i to nie, jak wielu sobie wyobrażało, osiągniętym za pomocą pieniędzy i najemnej pracy, lecz w większej części trudem jej własnych rąk. Wjechawszy na dziedziniec, Sage stwierdziła, że Faye i Kamila czekają na nią. Podbiegły, gdy tylko zatrzymała auto, pytając równocześnie:

– Jak tam mamusia?

– Jak babcia?

– Trzyma się – odparła, wysiadając. – Nie znają jeszcze rozmiarów obrażeń wewnętrznych. Rozmawiałam z lekarzem. Powiedział, że możemy zadzwonić wieczorem.

– Ale kiedy będziemy mogły ją odwiedzić? – spytała niecierpliwie Kamila.

– Lekarz chce, żeby jej stan się przedtem ustabilizował – poinformowała Sage. – Za jakieś dwa, trzy dni będzie mogła przyjmować wizyty.

– Ale ty się z nią widziałaś – stwierdziła Kamila.

Sage objęła ją ramieniem. Jakże cenna jest dla nich wszystkich ta córka Dawida!

– Bo ona chciała się ze mną widzieć, Kamilo. Lekarz uważał, że coś ją nurtuje i źle wpływa na jej stan.

– Coś ją nurtuje?

– Kamilo – wtrąciła się Faye z lekką naganą w głosie. – Pozwól cioci wejść do domu i ochłonąć, zanim ją zaczniesz wypytywać. Jazda z Londynu nie jest zabawą przy obecnym ruchu. Nie wiem, Sage, jakie masz plany, ale na wszelki wypadek kazałam Jenny przygotować twój pokój.

– Sama nie jestem pewna – odparła Sage.

Weszła za bratową do domu i zatrzymała się na moment, by pozwolić oczom przystosować się do półmroku długiego, wyłożonego boazerią korytarza, prowadzącego do frontowego holu.

Kiedy mamusia przyjechała po raz pierwszy do Cottingdean, boazeria była pokryta tak grubą warstwą farby, że usunięcie jej zabrało prawie rok. Teraz drewno połyskiwało soczyście, tak że ręka sama się wyciągała, żeby go dotknąć.

– Kazałam Jenny podać herbatę do salonu – powiedziała Faye, otwierając ciężkie drzwi. – Nie byłam pewna, czy miałaś czas zjeść lunch…

Sage potrząsnęła głową – jedzenie było ostatnią rzeczą, o jakiej chciała myśleć.

Salon, mieszczący się z boku domu, miał okna wychodzące na zachód. Utrzymany w różnych odcieniach żółci, był złocistym, pogodnym pokojem, urządzonym eklektyczną zbieraniną mebli, które jakimś cudem robiły wrażenie kompletu. Jeszcze jeden z talentów mamusi.

Było tu przytulnie, pachniało kwitnącymi hiacyntami w identycznym lawendowym odcieniu co dywan pokrywający podłogę. W kominku palił się ogień, dodając ciepła pokojowi ogrzewanemu kaloryferami, ukrytymi dyskretnie za okratowaniem.

– Powiedz nam wszystko o babci – zażądała Kamila, klękając na obitym adamaszkiem podnóżku u stóp Sage. – Jak się czuje?

Była ładną dziewczyną o blond włosach jak jej matka, jednakże w przeciwieństwie do tej ostatniej, której karnacja miała w sobie coś chorobliwego, Kamila tryskała życiem i zdrowiem. Natomiast jej delikatne, rasowe rysy i oczy o błękitnawoszarym odcieniu upodabniały ją raczej do babci.

– Czy wyzdrowieje?

Sage nie odpowiedziała od razu. Poszukała nad głową Kamili wzroku Faye.

– Mam nadzieję – odparła w końcu cicho i zaraz dodała na pocieszenie: – Jest silną kobietą, Kamilo. Jeśli ktoś ma wolę walki, trzymania się przy życiu…

– Zamierzałyśmy jechać, żeby ją zobaczyć, ale w szpitalu powiedzieli, że chce się widzieć z tobą.

– Tak, miała dla mnie polecenie.

Obie, Faye i Kamila, wpatrywały się w nią z oczekiwaniem.

– Chce, żebyśmy wszystkie… wszystkie trzy przeczytały jej pamiętniki. Kazała mi to przyrzec. – Sage zrobiła lekki grymas. – Nie wiedziałam, że w ogóle prowadzi pamiętnik.

– Ja wiedziałam – oświadczyła Kamila. – Nie mogłam kiedyś spać w nocy i zeszłam na dół. Zastałam babcię piszącą w bibliotece. Powiedziała mi, że zawsze prowadziła pamiętnik. Od czternastego roku życia, tylko że tych najwcześniejszych nie zachowała.

Śmieszne, żeby coś takiego budziło we mnie ból i zazdrość, zganiła się Sage.

– Babcia trzyma pamiętniki w tym wielkim biurku, które należało do dziadka – poinformowała Kamila. – Tylko ona ma klucz.

– Przywiozłam go – wyjaśniła Sage zdławionym głosem. Przekazali jej klucz w szpitalu, wraz ze wszystkimi rzeczami znalezionymi w torebce mamusi. Z najwyższą niechęcią przyjmowała pedantycznie zapakowane rzeczy osobiste.

Miała świadomość, dlaczego je przekazują.

– Nie rozumiem, dlaczego chce, żebyśmy to przeczytały – wyszeptała Faye. Miała napięty wyraz twarzy, w oczach czaił się strach. Sage przyjrzała jej się uważniej. Tak przywykła do jej obecności w cieniu życia mamusi, że nigdy nie zadała sobie pytania, dlaczego ta kobieta, wciąż bardzo atrakcyjna i w wieku czterdziestu jeden lat wyglądająca jeszcze stosunkowo młodo, wybrała taką egzystencję.

Oczywiście, Faye kochała Dawida, uwielbiała go, niemal ubóstwiała, ale przecież Dawid od dawna nie żyje, a przez cały ten czas, o ile Sage wiedziała, nie było w życiu Faye żadnego innego mężczyzny.

Dlaczego zdecydowała się na taką egzystencję? U innej kobiety Sage mogłaby to uznać za oznakę, iż małżeństwo pozostawiło jej tak złe wspomnienia, że wstrętna jest jej myśl o jakimkolwiek innym intymnym związku, ale wiedziała, jak szczęśliwa była Faye z Dawidem. Więc dlaczego zdecydowała się zamknąć w czterech ścianach tego prowincjonalnego domu, z teściową i córką jako jedynym towarzystwem? Sage przyglądała się ukradkiem bratowej. Zewnętrznie Faye zdawała się zawsze spokojna i opanowana, choć Sage dostrzegała, że nie jest to niewzruszone opanowanie mamusi. Opanowanie Faye przypominało raczej tarczę, za którą kryje się przed światem. Jej łagodne niebieskie oczy zerkały teraz nerwowo, blond włosy, które za czasów małżeńskich nosiła rozpuszczone, ściągnięte były w klasyczny koczek, twarz zdradzała zaledwie lekki ślad makijażu. Faye jest piękną kobietą, która robi wszystko, żeby wyglądać nieatrakcyjnie, uświadomiła sobie teraz Sage i zastanawiała się, dlaczego. Nagle przyszło jej do głowy, czy te jej rozmyślania nad Faye nie są z jej strony sposobem odwlekania tego, co ją nieuchronnie czeka. Pod trwożnym spojrzeniem bratowej i bratanicy poczuła się w obowiązku uspokojenia ich.

– Znając mamusię – powiedziała z przekonaniem – domyślam się, dlaczego chce, żebyśmy przeczytały te pamiętniki. Uważa, że pomogą nam prowadzić jej sprawy, zanim wyzdrowieje.

Faye rzuciła jej szybkie spojrzenie.

– Przecież Henry zarządza fabryką, a Harry nadal dogląda owiec, chociaż nominalnie przejął nad nimi opiekę jego wnuk.

– Kto poprowadzi zebranie komitetu protestacyjnego przeciwko budowie autostrady, jeśli babcia nie wyzdrowieje szybko? – wtrąciła Kamila.

– Jakiej autostrady? – spytała Sage, marszcząc czoło.

– Chcą wybudować autostradę tuż na zachód od miasteczka – wyjaśniła Faye. – Miałaby przebiegać przez sam środek terenów uprawnych i o kilkanaście jardów od ostatnich domów, więc mamusia zorganizowała komitet protestacyjny. Próbuje wytyczyć sensowną trasę alternatywną. Zebranie wstępne odbyło się dwa tygodnie temu i oczywiście wybrano ją na przewodniczącą.

Gniew i oburzenie, jakie ją ogarnęły, są zupełnie niewspółmierne do jej uczuć wobec Cottingdean, uświadomiła sobie Sage. Robiła przecież wszystko, żeby się stąd wyrwać, wiec skąd teraz ten przypływ gniewu, że ktoś chce je oszpecić dla wybudowania autostrady?

– Cóż my biedne poczniemy bez mamusi? – zapytała Faye z rozpaczą w głosie.

Przez moment wyglądało, że się rozpłacze, więc Sage poczuła ulgę, gdy drzwi się otworzyły i gospodyni mamusi ustawiła w salonie ruchomy stoliczek.

Popołudniowa herbata stanowiła w Cottingdean uświęconą tradycję, odkąd rodzice Sage wprowadzili się tutaj po wojnie. Tatuś był inwalidą i nigdy nie miał apetytu, więc mamusia zapoczątkowała ten zwyczaj, żeby go skłonić do częstszego jedzenia.

Jenny i Charles Openshawowie, miła para małżeńska z północy, oboje po pięćdziesiątce, pracowali u mamusi od ponad pięciu lat, ona jako gospodyni, on jako ogrodnik i szofer. Do przyjęcia tej posady zmusiła ich niespodziewana utrata pracy przez Charlesa.

Za odprawę, jaką otrzymał, kupili niewielką willę na Wyspach Kanaryjskich, w małym, ściśle kontrolowanym osiedlu. Inwestycja okazała się udana. Za pośrednictwem miejscowej agencji postanowili wynajmować willę, dopóki nie przejdą na emeryturę, i przynosiło im to niewielki dodatkowy dochód.

Sage bardzo ich oboje lubiła. Energiczni i zdecydowani, nie mieli w sobie nic z uniżoności ani służalczości. Do swojej pracy podchodzili rzeczowo i szybko stali się cenionymi domownikami, traktowanymi przez mamusię z takim samym szacunkiem z powodu ich umiejętności, jak wszyscy, którzy u niej pracowali.

Poinformowawszy teraz Sage, że przygotowała jej pokój, Jenny zapytała, jak się ma pani. Sage wiedziała, że domyśli się z jej słów, znacznie trafniej niż Faye i Kamila, jak nikłe są szansę na pełne wyzdrowienie mamusi.

– Och, byłabym zapomniała – dorzuciła Jenny. – Tuż przed pani przyjazdem dzwonił pan Dimitrios.

– Alexi – westchnęła Sage.

Domyślała się, że jest na nią wściekły. Byli umówieni na kolację. Zadzwoniła do niego ze szpitala i zostawiła krótką informację o tym, co się stało, wraz z obietnicą, że później zadzwoni powtórnie.

Alexi uwodził ją od prawie dwóch miesięcy i na ostatniej randce powiedział, że nie zdarzyło mu się jeszcze uganiać za kobietą tak długo i nie pójść z nią do łóżka.

Nie było właściwie powodu, dlaczego nie mieliby zostać kochankami. Alexi był wysokim, wysportowanym mężczyzną o proporcjonalnej budowie i regularnych rysach. Sage poznała go w Sydney, gdy malowała tam zamówiony fresk. Należał do młodego pokolenia Australijczyków greckiego pochodzenia. Był bogaty, pewny siebie, samczo zaborczy w sposób, który bawił Sage.

Zapomniała już, kto ją poprzednio tak wytrwale adorował. Minęły prawie dwa lata, odkąd miała ostatniego kochanka. Szmat czasu, szczególnie że, jak sama to przyznawała, uważała udane życie seksualne za jedną z większych przyjemności życiowych.

W tym tkwił właśnie sęk: o dobrego partnera nie było wcale tak łatwo. Czy też może w miarę upływu lat stała się po prostu bardziej wybredna, bardziej wymagająca, mniej skłonna do ulegania atrakcyjnym mężczyznom i własnym chwilowym impulsom do zaspokajania żądzy?

Oczywiście, absorbowała ją praca, pozostawiając mało czasu na życie towarzyskie i rozczulanie się nad sobą. Tego właśnie chciała. Strawiła zbyt wiele rozstrajających i nieproduktywnych godzin na pogoni za nieosiągalnym, na tęsknotach za niemożliwym. Szamotała się beznadziejnie i bezradnie, dopóki nie postanowiła odciąć się od przeszłości, rozpocząć nowe życie i brać, co los przyniesie. Nauczyć się żyć teraźniejszością, powoli i mozolnie, jak osoba ucząca się na nowo chodzić po długim paraliżu.

Uświadomiła sobie teraz, że beztroska, z jaką przyjęła potencjalny gniew Alexiego o niedotrzymanie umówionego spotkania, świadczy, że jej sympatia do niego jest w najlepszym razie letnia. Uśmiechnęła się swobodnie do Jenny i oznajmiła, że jeszcze nie wie, jak długo tu zostanie.

Jutro musi pojechać do Londynu i wziąć trochę najpotrzebniejszych rzeczy z mieszkania. Powinna była to zrobić przed przyjazdem tutaj, ale kiedy wyszła ze szpitala, nie w głowie jej były takie względy praktyczne. Myślała jedynie o mamusi i o spełnieniu danego przyrzeczenia. Mamusia zawsze jej powtarzała, że jest zbyt impulsywna i robi różne rzeczy bez zastanowienia.

Kiedy Jenny wyszła, Sage dopiła niecierpliwie herbatę. Nie spróbowała przygotowanych przez gospodynię smakołyków. Zdawała sobie sprawę, że powinna coś zjeść, ale myśl o jedzeniu przyprawiała ją o mdłości. Przestraszyła się na moment, że to zapewne wynik wstrząsu, lecz była tak przyzwyczajona do swojej odporności fizycznej, że nie zastanawiała się nad tym dłużej.

Widząc jej niepokój, Faye również odstawiła filiżankę.

– Wracając do sprawy pamiętników – zaczęła niepewnie. – Czy uważasz, że mamusia naprawdę chce, żebyśmy je wszystkie przeczytały?

– Obawiam się, że tak. Zabiorę się do ich czytania z równą niechęcią jak ty, Faye. Znając jej systematyczność, jestem przekonana, że nie zawierają nic poza szczegółowymi opisami tego, co robiła w domu, w majątku, w fabryce. Ale rasa ludzka dzieli się na dwie kategorie: ludzi takich jak ty i ja, którzy czują wstręt do grzebania się w czymś tak intymnym jak cudze pamiętniki, i takich, którzy, wprost przeciwnie, robią to z lubością. Nie mam pojęcia, dlaczego mamusia chce, żebyśmy je przeczytały. Nie uśmiecha mi się to bardziej niż tobie, ale muszę dotrzymać przyrzeczenia…

Urwała, wahając się, czy nie zwierzyć się Faye z niedorzecznego uczucia, że jeśli tego nie zrobi, jeśli złamie przyrzeczenie, to w jakiś sposób zmniejszy szansę wyzdrowienia mamusi. Ostatecznie zdecydowała nic więcej nie mówić, gdyż równałoby się to próbie przerzucenia części brzemienia na wątlejsze barki Faye.

– No, nie ma co dłużej zwlekać. Im szybciej się do tego zabiorę, tym szybciej się z tym uporam. O ósmej zadzwonimy do szpitala i może nam pozwolą jutro ją odwiedzić. Myślę, że będę ci przekazywała każdy pamiętnik, który przeczytam, a ty mogłabyś go po przeczytaniu przekazywać Kamili.

– Gdzie chcesz czytać? – spytała nerwowo Faye. – Tutaj czy…?

– Zainstaluję się może w bibliotece – odparła Sage. – Poproszę Charlesa, żeby napalił w kominku.

Jeszcze teraz, wiedząc, że odkładanie nic nie da, próbowała podświadomie odwlec to, co musi zrobić. Czy naprawdę potrzebny jej ogień na kominku w bibliotece? Przecież działa centralne ogrzewanie. Czego się właściwie boi? Potwierdzenia, że mamusia jej nie kocha? Czyż nie pogodziła się przed laty z brakiem jej miłości? Czy też może boi się otwarcia na nowo tej innej, głębszej, jakże ciągle dotkliwej rany? Czy to obawa przed przeczytaniem o tamtych chwilach, tak wciąż dla niej bolesnych, że wymazała je na dobrą sprawę z pamięci?

Czego się tak panicznie boi?

Niczego, powiedziała sobie twardo. Czegóż miałaby się bać? Nie ma absolutnie powodu do obaw.

Podniosła z fotela kawowy żakiet, w którym chodziła tego dnia, i wymacała w kieszeni klucze mamusi. Bez trudu zidentyfikowała klucz do staroświeckiego biurka w bibliotece, chociaż przedtem go nie znała.

– Pamiętniki są w szufladach po lewej stronie – poinformowała ją Kamila, po czym, jakby wyczuwając ociąganie Sage, zapytała niepewnie: – Może byś chciała… żebyśmy z tobą poszły?

Sage spojrzała czule na bratanicę. Powiedziała jednak kpiąco:

– Będę czytać pamiętniki, Kamilo, a nie średniowieczny manuskrypt o czarach. Wątpię, żeby zawierały cokolwiek oprócz planów babci zagospodarowania parku i sprawozdań z hodowli owiec.

Wstała i podeszła energicznie do drzwi.

– Czy ciągle jadacie kolację o wpół do dziewiątej?

– Tak, ale możemy przesunąć godzinę, jeśli sobie życzysz – odrzekła Faye.

Sage potrząsnęła głową.

– Nie. Poczytam do ósmej, a potem zadzwonimy do szpitala. – Zamknąwszy za sobą drzwi, zatrzymała się na minutę w holu.

Zachodzące wiosenne słońce nadawało boazeriom ciemnomiodowy kolor, oświetlało olbrzymie cynowe dzbany z kwiatami i przepastną kamienną pieczarę dawnego kominka.

Parkiet podłogi był stary i nierówny, leżące na nim dywany stanowiły nasycone barwne plamy. Biblioteka znajdowała się po przeciwnej stronie holu niż salon. Sage spojrzała w jego kierunku, po czym zawróciła spiesznie ku kuchni, żeby odnaleźć Charlesa i poprosić go o napalenie w kominku. Potem poszła na górę. Jej pokój otrzymał nowy wystrój, kiedy ukończyła osiemnaście lat. Meble i obicia wybrała mamusia jako niespodziankę na jej urodziny i Sage musiała przyznać, że wybrała dobrze.

W miejsce miękkiego pastelowego kolorytu, który stał się zbyt mdły, urządziła pokój w nasyconych barwach: niebieskościach, czerwieniach, zieleniach, które Sage tak lubiła i które wydobywały całe piękno boazerii pokrywającej ściany. Wielkie łóżko z baldachimem, wykonane w majątku z własnego drewna, miało na froncie jej imię i datę urodzenia oraz wyrzeźbione pyszczki zwierzęcych przyjaciół jej dzieciństwa. W jego projekt i wykonanie włożono mnóstwo trudu i każdy postronny obserwator uznałby je za dowód wielkiej miłości, ale dla Sage stanowiło jedynie przejaw tego, co mamusia uznała za swój obowiązek. Jej córka ukończyła osiemnaście lat, więc należy jej się prezent stosowny do okoliczności.

Sage weszła do przyległej łazienki o prostym białym wyposażeniu i dystyngowanym edwardiańskim wyglądzie, żeby umyć ręce i poprawić makijaż. Jej wargi wymagały podmalowania, włosy podczesania.

Robiąc to, uśmiechnęła się do siebie niewesoło. Ciągle odwleka decydującą chwilę. Dlaczego? Czego może się obawiać? Co takiego może wyjść na światło dzienne? Zna przecież historię życia mamusi, tak jak znają ją tutaj wszyscy. Jej żywot jest tak nieposzlakowany i godny pochwały jak żywoty świętych. Przyjechała do tego domu jako młoda żona, z mężem okaleczonym przez wojnę i już ciężko schorowanym. Poznali się, kiedy mamusia pracowała jako pomoc w szpitalu, pokochali się, pobrali i przyjechali zamieszkać w majątku, który tatuś odziedziczył po bracie stryjecznym.

Wszyscy wiedzą, że przyjechawszy tu jako osiemnastoletnia dziewczyna, stwierdziła, iż majątek, który mąż jej przedstawiał w promiennych barwach swego dzieciństwa, znajduje się w pożałowania godnym stanie.

I wszyscy wiedzą, jak ciężko pracowała, żeby go przywrócić do dawnej świetności. Miała intuicję i wytrwałość, żeby przestawić niewielką miejscową owczarnię na selektywny program rozpłodowy, który doprowadził do wyhodowania specjalnego, wysoko cenionego runa. Ale jak przewidziała, że nadejdzie czas, gdy na takie runo zrobi się wielki popyt, jak przekonała męża, żeby jej pozwolił na eksperymenty hodowlane, a następnie na rozbudowę podupadłej fabryczki włókienniczej? Sage uświadomiła sobie, że nie ma o tym pojęcia, i obudził się w niej pierwszy odruch zainteresowania.

Wszyscy wiedzą o dobrobycie, jaki dzięki mamusi spłynął na miasteczko, o nowym życiu, jakie tchnęła w Cottingdean. Wszyscy znają jej radości i smutki, wiedzą, jak walczyła o utrzymanie przy życiu męża, jak utraciła ukochanego syna, jak się od niej odwróciła ona, Sage, krnąbrna i niesforna córka. Nie, w przeszłości mamusi nie ma prawdziwych tajemnic. Więc skąd ta trema, obawa, prawie strach, które jej każą odwlekać moment zejścia do biblioteki i otworzenia biurka?

Musi to w końcu zrobić. Dała słowo, przyrzekła. Z lekkim westchnieniem wyszła z pokoju. Przy drzwiach biblioteki zawahała się chwilę, nim nacisnęła klamkę.

Na kominku płonął wesoło ogień, na stole ktoś, z pewnością Jenny, postawił dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą. Zamykając za sobą drzwi, Sage przypomniała sobie dziecinne lata, kiedy nie wolno jej było wchodzić do tego pokoju. Stanowił sanktuarium tatusia, który siedząc na swoim wózku inwalidzkim, mógł stąd patrzeć na park. Mamusia przychodziła tu spędzać z nim wieczory.

Dosyć tego, powiedziała sobie Sage. Nie przyszła tutaj rozpamiętywać przeszłości, przyszła o niej czytać.

Zaskoczył ją przelotny przypływ nadziei, że klucz nie otworzy szuflad, ale oczywiście otworzył. Szuflady były ciężkie i stare, wysuwały się jednak nadspodziewanie łatwo na swoich drewnianych podporach. Z wnętrza uniosła się ku niej delikatna woń ziół i perfum mamusi.

Zobaczyła teraz pamiętniki. Było ich znacznie więcej, niż się spodziewała, i wszystkie miały systematycznie wypisane numery i daty. Zupełnie jakby mamusia przewidywała, że nadejdzie dzień… zupełnie jakby to świadomie planowała… Ale dlaczego, zastanowiła się Sage, sięgając z napięciem po pierwszy pamiętnik.

Stwierdziła, że ręce jej drżały, kiedy go otwierała, a słowa rozmazały jej się przed oczyma, kiedy skierowała wzrok na pierwszą linijkę. Nie chce tego czytać, nie może… Lecz nawet przez ten wewnętrzny opór, czuła nacisk woli mamusi, prawie jakby słyszała jej szept: „Przyrzekłaś”.

Zamrugała szybko, żeby rozproszyć mgłę przed oczami, i przeczytała pierwsze zdanie:

„Dzisiaj poznałam Kita”.

Kita? Sage zmarszczyła brwi i odwróciła kartkę, żeby sprawdzić datę. Pamiętnik rozpoczynał się, kiedy mamusia miała siedemnaście lat. Wkrótce po osiemnastych urodzinach wyszła za mąż. Więc kimże był ów Kit?

Mgliste, niejasne przeczucie obudziło się w piersi Sage. kiedy patrzyła niechętnie na równe, wyraźne rządki pisma. Miała wrażenie, jakby stanęła przed mrocznym korytarzem, w który musi się zagłębić, i paraliżował ją strach. Ale czego się właściwie boi?

Mówiąc sobie, że jest niemądra, uniosła powtórnie pamiętnik i zaczęła czytać:

„Dzisiaj poznałam Kita”.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wiosna 1945

„Dzisiaj poznałam Kita”.

Od samego widoku tych słów zakręciło się Lizzie w głowie ze szczęścia. Patrząc na nie, uświadomiła sobie, że niepodobieństwem jest przelać na zimny, martwy papier cały nowy świat uczuć i doznań, jaki się przed nią otworzył.

Wczoraj jej życie zamykało się w niewdzięcznej codziennej pracy pomocy pielęgniarskiej: długie godziny, niska płaca i ciąg odrażających, brudnych czynności, do których wykonania zbyt cenny był czas kwalifikowanych pielęgniarek. Wolałaby nadal chodzić do szkoły, ale jej rodzice zginęli podczas bombardowania Londynu, a ona została zdana na łaskę i niełaskę ciotecznej babki, zwanej ciocią Vi, która zdecydowała, że Lizzie ma porzucić szkołę i zacząć zarabiać na życie.

Ciocia Vi nie miała złych intencji, była jednak niezamężną starą panną, która nie zwykła się bawić w sentymenty. Nie miała własnych dzieci i, jak często podkreślała w rozmowach z Lizzie, zgodziła się przyjąć cioteczną wnuczkę jedynie z poczucia obowiązku rodzinnego. Ją samą w wieku trzynastu lat oddano na służbę do arystokratycznego domu, gdzie pomagała przy kuchni. Pracowała ciężko przez całe życie, awansując stopniowo do stanowiska gospodyni u lordostwa Jevesonów.

Lizzie, przeniesiona z ruchliwych, pełnych kurzu ulic w to miejsce zwane wsią, długo nie mogła się otrząsnąć z oszołomienia. Po niewyszukanej, ale swojskiej atmosferze ciasnego domku szeregowego, w którym mieszkała z rodzicami i dziadkami, wszystko tutaj wydawało jej się dziwne. Tęskniła za rodziną, co noc budziła się z płaczem, wyobrażała sobie, że jest z powrotem w Londynie.

Ciocia Vi w niczym nie przypominała mamusi. Przede wszystkim nie mówiła tak jak mamusia. Ciocia Vi wysławiała się wytwornie, a jej głos brzmiał, jakby miała usta pełne ostrych, uwierających kamieni. Kazała Lizzie mówić tak jak ona, krytykując i poprawiając ją bezustannie, tak że biedna dziewczynka bała się czasami otworzyć usta.

Działo się to cztery lata temu, kiedy świeżo przyjechała na wieś. Obecnie ledwie pamiętała, jak wyglądali rodzice, wspomnienie ich małego domku na zakurzonej ulicy zdawało się należeć do innego życia, do innej Lizzie. Przywykła do pedanterii cioci Vi i do jej szorstkiego sposobu bycia.

Nie dalej jak wczoraj jedna z dziewcząt w szpitalu, nowo przybyła z innej miejscowości, zwróciła uwagę na jej brak lokalnego akcentu. Drwiny z jej „wytwornego” sposobu wyrażania się uświadomiły Lizzie, jak bardzo się zmieniła od czasu, gdy jako zbuntowana trzynastoletnia dziewczynka stanęła na progu domu cioci Vi.

Ciocia Vi wiedziała, czego chce. Nie pozwoli, by jej cioteczna wnuczka miała maniery i język podkuchennej, powtarzała tak często, że te słowa wryły się Lizzie na zawsze w pamięć.

Opierała się z początku, kiedy ciocia Vi znalazła jej tę pracę w szpitalu, błagając, by jej pozwoliła nadal chodzić do szkoły, ale ciotka, zacisnąwszy usta i patrząc na nią z chłodną determinacją, oświadczyła ostro, że nie może dopuścić, żeby taka duża, leniwa dziewczyna jak ona objadała ją i doprowadzała do ruiny, nie przynosząc do domu ani pensa. Poza tym, dodała lodowato, może Lizzie o tym nie pamięta, ale toczy się wojna i jej obowiązkiem jest pomagać krajowi. Co do niej, to podjęła już decyzję.

Siostra przełożona szpitala była znajomą cioci Vi, tak że nim Lizzie się obejrzała, została zainstalowana w pobliskiej bursie, w jednej sali z tuzinem innych dziewcząt. Wszystkie one, podobnie jak Lizzie, harowały przez długie, męczące godziny przy chorych, w przeciwieństwie do niej jednak spędzały wolny czas nie samotnie, lecz chichocząc w podnieconych grupkach i prześcigając się w strojeniu na cotygodniowe sobotnie tańce w miejscowym kasynie.

Naśmiewały się z Lizzie i dokuczały jej nie tylko z powodu tego, jak mówi, lecz przede wszystkim dlatego, że trzyma się od nich z daleka, że jest inna. Wychowanie cioci Vi było bardzo rygorystyczne i chociaż Lizzie została teraz wyjęta spod jej kurateli, nauki, które ciotka jej wpoiła, nie pozwalały zapomnieć o ostrzeżeniach, co czeka dziewczęta na tyle niemądre, że dają posłuch bezwstydnym pochlebstwom mężczyzn, którzy „chcą tylko jednego”, tak że „ani się spostrzeżesz, jak cię wpędzą w biedę”.

Ciocia Vi nie miała zbyt wysokiego mniemania o rodzaju męskim, który, jej zdaniem, każda szanująca się kobieta powinna trzymać na dystans. W surowym świecie, w którym wyrosła, samotna kobieta, która osiągnęła pozycję gospodyni w wielkopańskim domu, żyła o niebo lepiej niż jej zamężne siostry, mające często gęsto na karku pół tuzina bachorów i męża skłonnego, albo i nie, do pracy na ich utrzymanie.

Mężczyznom nie można było, jej zdaniem, ufać, a Lizzie, którą cechowała wrodzona wrażliwość, także odstręczały od nielicznych młodych ludzi, z jakimi się stykała, ich zawsze niedelikatne i niedwuznaczne propozycje.

Była wojna i młodzi mężczyźni nie mieli czasu, ani zresztą potrzeby, trawienia energii i cennych godzin kto wie jak długiego życia na zalecanie się do opornej dziewczyny, kiedy nie brakło innych, gotowych iść z nimi bez żadnych ceregieli.

Jedynymi poza tym mężczyznami, z jakimi Lizzie miała do czynienia, byli pacjenci szpitala, mężczyźni tak ciężko ranni, że wszyscy po cichu wiedzieli, iż niewiele im już można pomóc. Leżeli w olbrzymim, zaniedbanym budynku, sprawnie obsługiwani przez młode kobiety, które się z konieczności wyzbyły ludzkich odruchów współczucia i litości, które widziały tyle okaleczonych młodych ciał, tyle unieszczęśliwionych istnień ludzkich, tyle udręczonych męskich umysłów, że nie mogły się długo rozczulać nad wszystkimi.

Dla Lizzie sprawa przedstawiała się inaczej. Przyszedłszy do szpitala, myślała początkowo, że spróbuje po jakimś czasie zdać egzamin na pielęgniarkę, ale po roku pracy tutaj, w ciągu którego przez sale przewijał się niekończący się korowód młodych mężczyzn o ciałach i umysłach okaleczonych przez to coś zwane wojną, w ciągu którego ustawicznie patrzyła na beznadzieję w ich oczach, na ból i gniew, rozgoryczenie utratą widoków na przyszłość, po tym roku stwierdziła, że nie ma odporności psychicznej, potrzebnej, żeby być pielęgniarką.

Serce jej krwawiło za każdym razem, kiedy znanego już pacjenta zabierała rodzina, niezdolna zaspokoić fizyczne i duchowe potrzeby swego syna czy męża, i za każdym razem, kiedy przywożono nowego rannego. Rozumiała, dlaczego inne dziewczęta, w poszukiwaniu ucieczki od koszmaru pracy przy chorych, tak się wyrywają do towarzystwa całych, zdrowych, hałaśliwych przedstawicieli rodzaju męskiego, których spotykają w wolne soboty na tańcach.

Jej koleżanki zgadzały się co do tego, że najlepsi są Amerykanie, zawsze hojni i weseli. Stacjonowali na drugim końcu miasteczka i dwa czy trzy razy któryś z nich próbował zagadywać Lizzie, kiedy szła na pocztę, nadać obowiązkowy cotygodniowy list do cioci Vi.

Z determinacją ignorowała ich przymilne uśmiechy i skandaliczne zaczepki, ale miała zaledwie siedemnaście lat i nieraz, znalazłszy się w bezpiecznej odległości, pozwalała sobie na melancholijne rojenia o tym, jak by to było cudownie stać się szczęśliwą połową doskonałej całości, jaką tworzy dwoje ludzi, kochających się z intensywnością znaną jej z lektur.

Bo Lizzie była namiętną czytelniczką, jak również marzycielką. Kiedy przyjechała zamieszkać z ciocią Vi, nie pamiętała, by kiedykolwiek w życiu choćby otworzyła książkę, lecz ciotka poza ustawicznym korygowaniem jej języka i manier pilnowała, by cioteczna wnuczka czytała „budujące książki”, jak to określała.

Przypadkowe dobrodziejstwo wielkiej skrzyni książek, odziedziczonej po dorosłych już dzieciach pastorowej, stworzyło Lizzie możliwość chronienia się przed rygorystyczną i często kostyczną dominacją cioci Vi w świecie, o którego istnieniu do niedawna jej się nie śniło.

Poznawszy historię tragicznej miłości Tristana i Izoldy, zaczęła roić o uczuciach niemających nic wspólnego z bezczelnymi zaczepkami nieokrzesanych młodych ludzi, którzy stawali na jej drodze. To nieokrzesanie, fakt, że jej subtelna dusza wzdrygała się na ich brak delikatności, tak samo jak na niepożądane rozmowy i rewelacje koleżanek w bursie, ułatwiały Lizzie pamiętanie o przestrogach cioci Vi, żeby się pilnowała i nie pozwalała chłopcom na żadne „figle-migle”.

Przez figle-migle ciocia Vi rozumiała stosunki płciowe, temat nigdy otwarcie nieporuszany w jej domu. Jeśli o nią chodziło, to sprawy płci należało ignorować, tak jakby w ogóle nie istniały. Lizzie naiwnie uważała, że wszystkie kobiety podzielają zdanie ciotki, dopóki nie zaczęła pracować w szpitalu. Z rozmów koleżanek dowiedziała się czegoś przeciwnego, ale do tej chwili miewała jedynie mętne przeczucia, że jej życie jest w jakiś sposób niepełne, że brakuje mu pewnej istotnej strony. I oczywiście nie dopuszczała nigdy myśli o pozwoleniu mężczyznom, których znała, na intymności, o jakich jej koleżanki opowiadały z taką gorszącą szczerością. Do tej chwili…

Teraz rozmarzona wpatrywała się w kartkę swego pamiętnika. Zaczęła go prowadzić za namową cioci Vi nie po to, by w nim zapisywać najbardziej skryte myśli, lecz by mieć rzeczową kronikę rzeczy dokonanych każdego dnia.

Dopiero pracując w szpitalu, stwierdziła, że zaczęła zawierzać jego kartkom sprawy, które są niczym innym jak mglistymi myślami i rojeniami.

Kit… Do tej chwili była oszołomiona cudem poznania go, tym, że może szeptać jego imię w tajemnym, nikomu niedostępnym zakątku swego mózgu, a jej ciałem wstrząsa przy tym dreszcz radości.

Kit… Jest taki inny, taki niezwykły, tak zapierająco dech cudowny.

Wiedziała to od momentu, gdy go ujrzała. Obrócił głowę, uśmiechnął się do niej – i świat, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przepełniło nagle ciepło.

I pomyśleć, że nie poznałaby nigdy Kita, gdyby nie postanowiła odwiedzić tego dnia biednego Edwarda. Pokręciła głową nad potwornością katastrofy, jaka o mały włos jej nie spotkała.

Edward Danvers przebywał w szpitalu już od wielu miesięcy. Był majorem piechoty, ciężko ranionym w Normandii. Doznał uszkodzenia kręgosłupa i zmiażdżenia obu nóg, które musiano mu ostatecznie amputować.

Do ich szpitala przywieziono go rzekomo na rekonwalescencję po drugiej operacji, ale Lizzie wiedziała, jak wszyscy, że naprawdę przebywa u nich, bo nie ma dokąd pójść. Jego rodzice nie żyli, żony nie miał, a Lizzie w duszy podejrzewała, że również utracił chęć do życia. Nie przypominał innych mężczyzn, których tu przywożono, nie buntował się i nie szalał, był na pozór opanowany i spokojny, pogodzony ze swoim losem, lecz Lizzie czuła, że jest zapatrzony w głąb siebie, zamiast na otaczający świat, i widziała, że ma przed sobą człowieka stopniowo oddalającego się od rzeczywistości. Prawie jakby próbował umrzeć.

Nigdy się nie uskarżał na swoje kalectwo, nigdy nie fantazjował, jak niektórzy, o kończynach, które jakoby jeszcze ma. Zewnętrznie zdawał się dobrze przystosowywać do dokonanych amputacji, bez protestu pozwalał się siostrom przenosić na wózek, w którym Lizzie albo któraś z pozostałych pomocnic woziła go do parku.

Lizzie go lubiła, chociaż wiedziała, że inne dziewczęta unikają jego towarzystwa, narzekając, że nigdy nie pożartuje ani się nie uśmiechnie, że jest naprawdę nieszczęśliwy.

Lizzie nie przeszkadzało jego milczenie. Wiedziała, że szczególną przyjemność sprawia mu, gdy go wozi po parku. Powiedział jej kiedyś, że przypomina mu on park w majątku dziadków.

Majątek nazywał się Cottingdean i ze sposobu, w jaki Edward o nim mówił, zorientowała się, że kocha to miejsce i wspomnienie o nim sprawia mu zarazem ból i radość. Czasami jego oczy zasnuwała wówczas błyszcząca mgiełka łez, więc Lizzie się dziwiła, dlaczego nie jedzie tam, skoro tak bardzo kocha to swoje Cottingdean. Miała jednak zbyt wiele delikatności, by go o to zapytać, wyczuwając głęboki, jątrzący ból, który ukrywa przed wszystkimi.

Polubiła go i w miarę upływu miesięcy stwierdziła, że się cieszy na spotkania z nim, a nie posiada z radości, gdy go pobudzi choćby do wstrzemięźliwego, przelotnego uśmiechu.

Lubił jak ona czytać, a dowiedziawszy się, że przeczytała i teraz czyta ponownie wszystko, co kryła skrzynia pastorowej, zaproponował jej pożyczanie własnych książek. Odmówiła, bojąc się zabierać je ze sobą do bursy. Nie przypuszczała wprawdzie, by koleżanki mogły je rozmyślnie uszkodzić, ale wiedziała, że nie zawsze obchodzą się oględnie z cudzą własnością.

Stopniowo zawiązała się między nimi ostrożna przyjaźń i w swoje wolne dni Lizzie poświęcała część czasu na wożenie go po parku, gdy była pogoda, lub na głośne czytanie, gdy padało, świadoma, jakiego wysiłku wymaga od niego samo trzymanie książki.

W listach do domu nie wspominała o Edwardzie, wiedząc, że ciocia Vi nie zaaprobowałaby tej znajomości. Danvers wywodził się z innej klasy społecznej niż Lizzie, a ciocia nie uznawała spoufalania się ludzi z różnych klas. Prowadzi to zawsze do kłopotliwych sytuacji, ostrzegała często.

Przejął ją teraz zimny dreszcz na przypomnienie, że właśnie tego dnia była już prawie zdecydowana nie poświęcać wolnego czasu Edwardowi. Obudziła się w nastroju dziwnego niepokoju, ciało i myśli przepełniały nieokreślone, nieznajome tęsknoty. Powiedziała sobie jednak, że nie może zawieść przyjaciela, który na nią czeka. Rododendrony w parku są w pełni rozkwitu, Edward cieszy się od paru dni, że je zobaczy. Świeci słońce, niebo jest błękitne… Nie, okrucieństwem byłoby sprawić mu zawód.

Tak więc, tłumiąc buntownicze tęsknoty, umyła się zimną wodą w obskurnej wspólnej łazience, pozwalając sobie na luksus umycia włosów i zastanawiając się przy tym, czy odważy się je obciąć. Była jedyną dziewczyną w bursie noszącą długie warkocze, upięte po staroświecku dokoła głowy według zaleceń cioci Vi. Zastanawiała się przez chwilę leniwie, jak by wyglądała z włosami obciętymi i opadającymi luźno na ramiona, tak jak czesały się z prowokacyjną niedbałością niektóre dziewczęta. Westchnęła, przyglądając się odbiciu swojej nieumalowanej twarzy w popękanym lustrze.

Jej koleżanki pudrowały się i malowały usta, perfumowały się tanimi wodami, otrzymywanymi od amerykańskich adoratorów. Przyciemniały brwi czarną pastą do butów i fryzowały włosy, a jeśli były szczęśliwymi posiadaczkami pary nylonów, nosiły bardzo krótkie spódniczki, żeby pokazać nogi.

Naciągając praktyczną bawełnianą bieliznę, którą surowe nauki cioci Vi kazały jej szorować do białości przydzielanym skąpo mydłem, tak że miała dłonie poobcierane do krwi, zdecydowała, że szminka i krótkie włosy są nie dla niej. Wiedziała, że dziewczęta w bursie naśmiewają się z niej za plecami, przedrzeźniając akcent i drwiąc z jej garderoby. W miarę jak Lizzie wyrastała z ubrań przywiezionych z Londynu, ciocia Vi, którą życie przyzwyczaiło do oszczędności, wyciągała z pełnych skrzyń i przerabiała na nią odzież odziedziczoną po pracodawczyniach, ucząc przy okazji cioteczną wnuczkę podstaw szycia.

Fakt, że spódnica, którą nosi Lizzie, należała kiedyś do lady Jeveson, imponowałby dziewczętom w bursie równie mało jak jej samej, chociaż z innych powodów. Tamte powitałyby niewątpliwie wybuchem drwin i śmiechu wieść, że Lizzie ubiera się w rzeczy odziedziczone po osobie, która jest teraz babcią.

Dotykając grubego plisowanego tweedu, Lizzie musiała cierpko przyznać, że materiał jest nie do zdarcia, jak z naciskiem podkreślała ciocia Vi. Żałowała jednak, że zamiast burych derkowatych tweedów, lady Jeveson nie lubowała się w miękkich pastelowych materiałach, które by bardziej pasowały do jasnej karnacji Lizzie. Cóż z tego, że bluzka, którą odziedziczyła, jest jedwabna, jeśli ma wyblakły beżowy kolor, niepodkreślający odcienia jej skóry. Tak samo jak brązowy kaszmirowy sweter, który włożyła na bluzkę.

Widziała, jak inne dziewczęta, wychodząc w wolne dni, ubierają się w kolorowe letnie sukienki z cienkich powiewnych materiałów, z głębokimi dekoltami, które by przyprawiły ciocię Vi o palpitacje. Rozumiała, że ona sama nie mogłaby nigdy włożyć czegoś tak wyzywającego, jednakże tego ranka zrobiło jej się przykro, że jej bluzka nie ma błękitnoszarej barwy jej oczu, a spódnica nie jest uszyta z miękkiej, cienkiej wełenki zamiast tego grubego, drapiącego sukna, które ciążyło jej na szczupłych biodrach.

Oczywiście, nie miała również nylonów. Musiała paradować albo z gołymi nogami, które szorstka wełna dotkliwie obcierała, albo w grubych szydełkowych pończochach, które ciocia Vi przysłała jej na Gwiazdkę.

Nie potrafiłaby powiedzieć, co kazało jej się zdecydować tego dnia na gołe nogi, jaka próżność skłoniła ją do odrzucenia wbrew rozsądkowi znienawidzonych pończoch, które są wprawdzie praktyczne i ciepłe, ale tak okropnie pogrubiają jej szczupłe łydki.

Bursa leżała na przeciwnym kraju miasteczka, więc Lizzie jeździła do szpitala na staromodnym rowerze. Podczas dyżurów dziewczęta jadały w szpitalu, ale nie to samo co pacjenci. Jej koleżanki często narzekały na podawane im posiłki jako „niezdatne dla świń”.

Posiłki były faktycznie klajstrowate i nieapetyczne, ani się umywały do kuchni cioci Vi. Ciocia może i była skąpa, liczyła każdego wydawanego pensa, ale umiała gotować, więc Lizzie tęskniła do jej smakowitych potraw, do świeżych warzyw i owoców, które ciocia umiała zawsze zdobywać jakimiś wiejskimi sposobami handlu wymiennego.

Tego rana Lizzie nie miała dyżuru, więc nie czekało na nią w szpitalu śniadanie, a że dziewczętom nie wolno było gotować w bursie, miała do wyboru albo zadowolić się tym, co kupi i zje po drodze, albo wstąpić na kosztowną i niesmaczną kanapkę do jedynej miejscowej kawiarni.

Starając się nie myśleć o owsiance cioci Vi, okraszonej śmietanką z tłustego mleka od farmera Hobsona, Lizzie powiedziała sobie stoicko, że może się obejść bez śniadania.

Dziewczęta chodziły stale głodne. Pracę miały ciężką i mimo że posiłki, które im podawano, były tak niesmaczne, zmiatały zawsze wszystko do czysta.

Wszystkie były mniej czy bardziej szczupłe, a Lizzie, ze względu na swój delikatny kościec, najszczuplejsza. Wydawało się czasami, że wiotkie, cienkie kostki jej rąk i nóg grożą lada chwila pęknięciem.

Jadąc na rowerze w kierunku miasteczka, czuła na głowie i karku ciepłe promienie słońca, a w nozdrzach świeżą woń późnej wiosny, niosącą już nęcącą zapowiedź lata.

Pęd powietrza rozburzył nieco koronę jej warkoczy, tak że koło twarzy powiewały kosmyki blond włosów. Koleżanki nie wierzyły jej z początku, że ma włosy tak naturalnie jasne, podejrzewając, że je tleni.

Wybrała nie prostą drogę przez miasteczko, lecz wąską boczną drogę, która je okrążała, prowadząc meandrami do tylnego wejścia szpitala. Przed wojną szpital był pańską rezydencją, a drogi tej używali dostawcy i służba.

Pedałowała beztrosko środkiem drogi, gdy usłyszała warkot samochodu, odgłos tutaj tak nieoczekiwany, że w pierwszej chwili nie próbowała zjechać na bok. W miasteczku był wprawdzie spory wojenny ruch samochodowy, nie spodziewała się jednak auta na tej drodze, prowadzącej wyłącznie do szpitala i, pedałując pogrążona w rojeniach, zareagowała na odgłos samochodu, dopiero gdy było prawie za późno. Kiedy sobie uświadomiła, że ktoś za nią jedzie i, spojrzawszy przez ramię, zobaczyła błyszczącą ciemnozieloną maskę luksusowego sportowego kabrioletu, prowadzonego przez młodego mężczyznę o powiewającej na wietrze czarnej czuprynie i ogorzałej twarzy, ubranego w elegancki mundur pilota wojskowego, spróbowała desperacko zjechać z wąskiej drogi, nie tracąc przy tym równowagi. Młody człowiek zatrzymał wóz pośród kakofonii piszczących opon, protestującego motoru i gniewnego okrzyku podającego w wątpliwość jej rozsądek.

Leżąc na brudnej ziemi, z poobcieranymi, bolącymi kolanami i oczami piekącymi od łez, Lizzie zapragnęła, żeby otwarła się pod nią wielka czeluść, w którą mogłaby się szczęśliwie zapaść.

Z twarzą purpurową z zakłopotania i wstydu próbowała się pozbierać, gdy usłyszała za plecami odgłos zatrzaskiwanych drzwiczek.

– Nic pani nie jest? Paskudnie się pani wykopyrtnęła. Myślałem, że pani słyszy mój wóz…

– Słyszałam, ale nie zorientowałam się w porę. Nikt tędy nie jeździ…