Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 486 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sekrety mody - Yann Kerlau

Któż nie marzył o tym, by mieć w dłoniach klucze do sukcesu? Zwłaszcza dziś, kiedy od Paryża po Londyn, od Madrytu po Nowy Jork, od Tokio do Pekinu ledwie dwadziestka ludzi panuje nad światowym rynkiem mody. Jak to osiągnęli?

Balenciaga, Dior, Yves Saint Laurent, Ralph Lauren, Calvin Klein stworzyli imperia i zrewolucjonizowali modę. Czy pozostają ciągle nie do przeskoczenia? Dlaczego innym, mimo talentu, nie udaje się wyrobić sobie nazwiska? Czy projektanci są bóstwami, czy umierają wraz z markami, które stworzyli?

Zaczęło się od Francji, gdzie pracowali założyciele: Worth i Madeleine Vionnet oraz magicy: Paul Poiret i Elsa Schiaparelli. W Anglii trzy kobiety – Mary Quant, Vivienne Westwood, Stella McCartney  – dokonały przewrotu i w modzie, i w obyczajach. W Hiszpanii jeden człowiek zbudował królestwo prêt-à-porter o nazwie Zara i narzucił wszystkim modę globalną. Z Azji zaś przybyli trzej samuraje –  Miyake, Yamamoto i Rei Kawakubo, którzy rzucili się na podbój Zachodu i rozpłatali mieczem panujące tu przesądy. Jak im się to udało?

Kto wymyślił happeningi pokazów mody? Kto tak naprawdę wyzwolił damskie sylwetki? Jak powstał modowy marketing? Dlaczego torebka stała się wyznacznikiem pozycji społecznej? Od Wortha, który w XIX w. stworzył haute couture, po  nowe wyzwania XXI wieku. Trzy kontynenty. Osiemnaście niezwykłych ludzkich losów. Po raz pierwszy zdradzamy sekrety ich sukcesów.

Opinie o ebooku Sekrety mody - Yann Kerlau

Cytaty z ebooka Sekrety mody - Yann Kerlau

Dziś moda jest sztuką łączącą wrażliwość i architekturę, projektowanie i marketing, finanse i znajomość kroju. Dodać do tego trzeba tę szczyptę talentu, która stanowi różnicę między zwykłymi zdolnościami a geniuszem.
Człowiek poprzez modę przedstawia się i ujawnia tożsamość, jaką sobie wybrał: jest ona złożona ze wspomnień, pragnień, z jego pracy, ale i chęci afirmacji samego siebie oraz społeczności, której częścią się czuje.
W listopadzie 1864 roku Mallarmé, kryjąc się pod pseudonimem Marguerite de Monty, napisał: „Wielki Worth jest wodzirejem każdej uroczystości, tej nadzwyczajnej i tej codziennej w Paryżu, Wiedniu, Londynie i Sankt-Petersburgu”.
mdłości: „Czymże jest przyjemność dla Amerykanina? Wszystko jest użyteczne albo niezbędne! Nie potrafią wymyślić zbytku, takiego zbytku, który nam jest bardziej potrzebny niż wszelkie niezbędności świata […].
[…]. Sądzę, że Amerykanin nie ma czasu, by poświęcić się sztuce ani rzeczom przyjemnym, bo jego jedynym zajęciem jest robienie fortuny. Pieniądze. To jest dla niego siła napędowa i wszelki potencjał. Fikcja i konwencja dzieła sztuki
Nieutartą ścieżką w stronę bio Otwarcie pierwszego butiku w Paryżu przy Palais-Royal także nie jest dziełem przypadku. Zamiast, tak jak jej konkurenci, składać hołdy luksusowi na avenue Montaigne czy przy rue Faubourg-Saint-Honoré, Stella McCartney wybiera miejsce oddalone od świata mody i stereotypów. Po drugiej stronie
arkad Palais-Royal Marc Jacobs, dyrektor artystyczny u Louisa Vuittona, także idzie tą samą drogą i umieszcza tam swój butik. Sława dwojga czterdziestolatków zachęca fashionistas do zmiany utartego szlaku: teraz muszą dorzucić do trasy Palais-Royal! Wylansowanie przez McCartney w 2003 roku pierwszych perfum Stella , a potem, w 2007, linii kosmetyków Care opartych na całkowicie naturalnych produktach utrwala wizerunek kreatorki: wszystko jest spójne na tej bezbłędnej drodze, która zaczęła się od mody, ale doszła do niezwykle dopracowanych
W garderobie współczesnej kobiety torebka, bo o niej będzie mowa, została pierwszym wydatkiem, dla którego panie są skłonne stłuc swoją skarbonkę. W ciągu kilku dziesięcioleci stała się społecznym paszportem osoby, która ją nosi. Zwolenniczki torebek takich jak „Birkin” (Hermès), „Knot” (Bottega Veneta), „PS1” (Proenza Schuler), „Neverfull” (Louis Vuitton), „Ricky” (Ralph Lauren) czy „Muse” (Yves Saint Laurent), albo najbardziej klasycznej „2.55” (Chanel) wiedzą, że oczy przechodniów wyznaczają nam bardzo konkretne miejsce: in albo out . Ty wybierasz. Czy jesteś z tych, dla których moda ma sens, czy trzymasz się z dala od tego naturalnego i nieustannego ruchu. W jeansach i tenisówkach czy w sukni wieczorowej, na głębokiej wsi czy na ulicach Hongkongu – nikogo nie interesuje ani twój kolor skóry, ani rodzaj ubrań, jakie nosisz, ale ważny jest ten nowy rodzaj paszportu. Przewieszona przez pierś, postawiona na kawiarnianym krzesełku albo na podłodze, dyndająca na ramieniu czy przyciśnięta do biodra, twoja torebka przekazuje obraz, który cię identyfikuje. Czy ci się to podoba, czy nie, należysz do jednej z trzech kategorii: do pierwszej, w której bez palpitacji serca czy finansowej
jakie wzniecił. Warto zapamiętać trzy daty z jego drogi życia. 1975: otwarcie pierwszego butiku Zara w La Coruñii. 2001: wprowadzenie na giełdę spółki Inditex, która jest właścicielem Zary. 2012: Amancio Ortega staje się właścicielem trzeciej fortuny świata według klasyfikacji Forbesa, z trzydziestoma siedmioma i pół miliarda dolarów. Przed nim jest niezaprzeczalny lider luksusu, Francuz Bernard Arnault, szef eleganckiego konglomeratu LVMH. Jak w niespełna czterdzieści lat zbudować imperium,
W 1937 roku – nowe zwycięstwo Vionnet, Louise Weiss i ich współpracowniczek: kobiety wreszcie mogą uczyć łaciny, greki i filozofii. Do tej pory przedmioty te były uważane za zbyt poważne i zbyt złożone, by znaleźć się poza męskim zasięgiem.

Fragment ebooka Sekrety mody - Yann Kerlau

TYTUŁ ORYGINAŁU: Les secrets de la mode

Copyright © Editions Perrin, 2013 Published by arrangement with Literary Agency „Agence de l’Est”. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2014

ISBN 978-83-64481-16-1

PROJEKT OKŁADKI: Mariusz Banachowicz FOTOGRAFIA NA OKŁADCE: © Bestimage/BE&W REDAKCJA: Sztuka i Słowo: Anna Rojkowska KOREKTA: Elżbieta Kożuchowska REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01

Przedmowa

Któż nie marzył o tym, by mieć w dłoniach klucze do sukcesu? Wiedzieć, jak go osiągnąć pewnie i jak najszybciej? Finanse, przemysł, nauka mają na to swoje proste sposoby, ale jak to jest z modą? Dlaczego Balenciaga, Dior czy Yves Saint Laurent pozostają ciągle nie do przeskoczenia? Dlaczego innym, mimo talentu, nie udaje się im zagrozić, wyrobić sobie nazwiska?

Dziś moda jest sztuką łączącą wrażliwość i architekturę, projektowanie i marketing, finanse i znajomość kroju. Dodać do tego trzeba tę szczyptę talentu, która stanowi różnicę między zwykłymi zdolnościami a geniuszem. Bez względu na to, czy zyski przemysłu krawieckiego i prêt-à-porter budzą pożądanie, czy nie wzbudzają emocji, nikt nie zaprzeczy, że liczone są w miliardach. Czy projektanci są bóstwami, czy umierają wraz z markami, które stworzyli?

Od Paryża po Londyn, od Madrytu po Nowy Jork, od Tokio po Pekin, zaledwie dwadzieścioro ludzi panuje nad światowym rynkiem mody. Obrazy z pokazów mody haute couture i prêt-à-porter przelatują, sezon za sezonem, przez ekrany naszych telewizorów. Człowiek poprzez modę przedstawia się i ujawnia tożsamość, jaką sobie wybrał: jest ona złożona ze wspomnień, pragnień, z jego pracy, ale i chęci afirmacji samego siebie oraz społeczności, której częścią się czuje. Strój jest więc przepustką do oceny, jakiej oczekujemy od innych? Bez względu na to, czy się z tym zgadzamy, czy nie, wygląd określa naszą społeczną pozycję i wyznacza nam miejsce na scenie świata. Dowód? Od prawie dziesięciu lat blogerzy i blogerki, tacy jak Scott Schuman i Garance Doré[1], stali się prawdziwymi wyznacznikami trendów. Wielbiciele dobrych marek na swoim blogu The Sartorialist czynią ze zwykłych przechodniów anonimowych bohaterów ulicznej mody, uznanej za tak samo godną zainteresowania i uwagi, co ta z wybiegów u wielkich krawców.

Na długo przed nadejściem street fashion (mody ulicy), na przełomie XIX i XX wieku, Worth, Chanel[2] i Madeleine Vionnet stworzyli haute couture. Po nich pojawiło się dwoje magików: Paul Poiret i Elsa Schiaparelli, których wyobraźnia i nonkonformizm przegnały banał. Począwszy od lat 50. Francja uważała się za strażniczkę świątyni mody, ale jej dominacji dość szybko zagroziły trzy Angielki: Mary Quant, Vivienne Westwood i Stella McCartney.

W latach 70. z Ameryki na podbój wyruszają z kolei Diane von Furstenberg, Calvin Klein i Ralph Lauren. Co mieli, czego innym zabrakło? Jak udało im się wygrać? Czy można z tego wyciągnąć jakąś naukę?

Z Imperium Wschodzącego Słońca wkrótce staje do boju trójka samurajów: Issey Miyake, Yohji Yamamoto i Rei Kawakubo zelektryzują lata 80. Sztuka oparta na plisach, konstruowanie ubrań i desakralizacja norm dają solidnego kopniaka modzie, której korzenie tkwią w zachodniej części świata. Czy ta odnowa rodem z Japonii wieszczy kres Zachodu? I co jutro pokażą Chiny, gdzie nowe talenty, wykształcone w Paryżu czy Londynie, już walczą o miejsce na wybiegach? Czy to największe atelier świata zgniecie wszelką kreatywność i stanie się gigantem przyszłości? Już dziś Chiny to dwadzieścia procent światowej konsumpcji towarów luksusowych, a ekonomiści oceniają, że w 2020 roku sześćdziesiąt pięć milionów Chińczyków może osiągnąć roczne przychody powyżej stu tysięcy dolarów. Tylu więc będzie potencjalnych klientów domów mody chętnych do zakupu dodatków i szeroko pojętych towarów luksusowych.

Wraz z nadejściem XXI wieku moda staje wobec nowego dylematu: czy wszyscy idziemy w kierunku światowej uniformizacji, o jakiej marzy hiszpański gigant Zara, czy może będzie wciąż miejsce dla skrajnej selektywności wybieranej przez mniejszość? W globalizacji mody ważny jest jeszcze inny czynnik, i to wielopostaciowy – sprzedaż internetowa. Pod nazwami „Yoox Group”, „Net-a Porter” czy „Gilt”, firmy oferujące w sieci kolekcje projektantów osiągają wysokie wyniki sprzedaży. Nowe podejście do mody powoduje, że kapitanowie tej branży muszą sprawnie żeglować pomiędzy hard discountem i cenami bardzo zbliżonymi do butikowych.

W Internecie są już reprezentowane wielkie marki: Armani, Diesel, Marni, Dolce Gabbana, Bottega Veneta, Sergio Rossi, Yves Saint Laurent, Balenciaga, Alexander McQueen, Jil Sander. Szef i założyciel „Yoox Group”, Włoch Federico Marchetti, był jednym z pierwszych, którzy postawili na siłę Internetu w dziedzinie mody. Oto, jak przedstawia swój punkt widzenia: „Moda kojarzyła się tylko ze słowem «ekskluzywność». Internet – ze słowem «demokracja». Ja chciałem je ze sobą pogodzić”[3]. Dla tych, których męczy chodzenie po sklepach, i tych, którzy mieszkają z dala od wielkich metropolii, handel internetowy jawi się jako zbawca. Osiem godzin po złożeniu zamówienia w sieci sukienki, buty, torebki czy kostiumy marzeń docierają do waszych domów. Jeśli wybrane ubrania się nie podobają, zwracacie je i dostajecie zwrot pieniędzy. Jest jakiś problem?

Bez względu na to, czy powstaje w Chinach, czy w krajach zaliczanych do rynków wschodzących, moda ciągle jest zwierciadłem społeczeństwa, jego cech oraz obyczajów. W tej książce poznamy życiorysy osiemnaściorga osób z trzech kontynentów, osiemnastu wielkich kreatorów dostarczy nam klucze do swojego sukcesu. Warto z tego wyciągnąć naukę. W każdej chwili człowiek ma szansę i dzierży cały świat w dłoniach. Dowodem tego są te entuzjastyczne słowa: „Trzeba było zaczekać na koniec tygodnia, żeby wreszcie pojawiło się to, od czego przyspiesza serce, to, co wbija cię w krzesło. Zadziwia i zaurocza jednocześnie. To zdarzyło się w ubiegłą środę, na pokazie Proenza Schouler […] nienaganne wykonanie stworzyło kolekcję techniczną, ale o wyraźnej linii. W tym arcydopracowanym i udanym show nie było ani jednej fałszywej nuty, ani jednego potknięcia, ani cienia folklorystycznych odlotów. Właśnie taki jest Proenza Schouler, świat przepuszczony przez filtr nowojorskiej kultury miejskiej, i właśnie to jest fantastyczne”[4].

I werdykt tego samego autorstwa, ale idący w drugą stronę, w sprawie innej kolekcji w tym samym sezonie: „Michael Kors się chwieje. Ten, który przyzwyczaił nas do przepastnych kaszmirów, nieskazitelnych flanelowych spodni, szykownych i seksownych mieszczańskich futer, teraz odebrał nam mowę. Rzecz jasna, dziewczyny nadal są powalające, ale czy ktoś naprawdę ma ochotę chodzić w grubym kocu w czerwono-czarną kratę (jak ten, który zwykle wozimy na tylnym siedzeniu w charakterze posłania dla labradora!)? Spódnica do pół łydki leży fatalnie i wygląda biednie. Koszula z fabrycznej koronki haftowanej cekinami jest kiepskiej jakości. Ciężkie buty to w efekcie ciężki look. Michael Kors, który tak obłędnie się sprzedaje i otwiera właśnie salon w Singapurze, ten poeta elegancji uptown, zmienił swój pokaz w parodię weekendu w górach. Z każdym przejściem płaszcze z pluszu czy koziego futra nabierają coraz bardziej groteskowych proporcji, muślin drukowany w zygzaki widzieliśmy już sto razy… Aby do lata!”.

Jak widać, nic nie jest dane na wieki. Z kruchości wyrasta wielkość mody. Z niej też wynika tajemniczość i zdolność fascynowania, która nie omija ani giełdowych brokerów, ani śmiałków spod znaku naparstka i nożyc.

1 W roku 2005 mieszkaniec Nowego Jorku Scott Schuman założył blog modowy The Sartorialist, w którym zamieszcza zdjęcia „stylowych” nieznajomych na ulicach światowych stolic. Ze 150 tysiącami wejść dziennie, ta strona jest uważana za jedną z najlepszych na świecie. Partnerka Schumana, Garance Doré, jest także blogerką modową. [Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od autora].

2 Gabrielle Chanel pojawia się w tej książce tylko anegdotycznie, gdyż jej życie i kariera zostały opisane w poprzednim dziele tego autora, Dynastie luksusu (wyd. Perrin, 2010). Natomiast stworzona przez nią marka jest tu szeroko opisana poprzez postać Karla Lagerfelda, dyrektora artystycznego Chanel od 1983 roku.

3 John Seabrook, The Geek of Chic, „The New Yorker”, 10 września 2012.

4 Virginie Mouzat, Et vous, „Le Figaro”, 17 lutego 2012.

CZĘŚĆ I

PIONIERZY

Rozdział 1

Dzień, w którym Worth wymyślił pokaz mody

Gdy wymieniamy nazwisko Charlesa-Frederica Wortha (1825–1895), reakcje są z grubsza podobne. W dwóch przypadkach na trzy usłyszycie: a o kim w ogóle mowa? To jakaś prehistoria, prawda? Krynoliny, te rzeczy, tak? W najlepszym wypadku wasz zakłopotany rozmówca mruknie pod nosem: tak, to nazwisko coś mi mówi…

Czyżby więc wielki Worth, który tak wiele zrobił dla haute couture, zalatywał już tylko naftaliną? Ekshumacja tego człowieka, zmarłego pod koniec XIX wieku, nie wynika z niezdrowej ciekawości, ale z wdzięczności. Jest bowiem słuszne i sprawiedliwe oddać Cezarowi francuskiej haute couture laury, które mu się należą. Anglik, którego początkowo nic nie skłaniało w stronę mody, przekracza kanał La Manche i oto zaczyna tworzyć nową aurę i nowy status krawiectwa. A nawet więcej, staje się wynalazcą pokazu mody. Jak do tego doszło?

Przypadki losu

Charles-Frederic Worth pojawił się na świecie 13 października 1825 roku w rodzinie ludzi wykształconych i oczytanych. Podobnie jak jego ojciec i inni przodkowie Charles-Frederic miał wybrać zawód adwokata. Jeśli było coś, w co nigdy nie wątpił, to była to wiara w przeznaczenie. Zawsze dawała mu absolutną pewność dobrze wytyczonej drogi na przyszłość. We właściwym momencie miał zająć swoje miejsce na odpowiedniej linii drzewa genealogicznego, którego silny fundament tworzyła w kolejnych generacjach inteligencja jego powinowatych.

Życie zdecydowało inaczej. Ojciec, pogrążając się w alkoholizmie i hazardzie, stał się ziarenkiem piasku, które zarysowało tę do tej pory całkiem gładką rodzinną historię. Z dnia na dzień nadzieje na społeczny awans rodziny legły w gruzach. Sąsiedzi odwrócili się od Worthów, zatrzasnęli im drzwi przed nosem, a za zamkniętymi okiennicami domów w miasteczku Bourne rzucano na ich temat cierpkie komentarze. Opuszczona przez męża matka Charlesa-Frederica zaczęła szukać pracy. Dama do towarzystwa? Urzędniczka w administracji? Musiała obniżyć oczekiwania. Nie, nic z tych rzeczy się dla niej nie znalazło. Dostała posadę służącej do wszystkiego, a jej jedenastoletni syn został uczniem w drukarni.

To był czas wstydu i ciszy. Niedawni przyjaciele odsunęli się od nich, pozwalając im spadać na łeb na szyję z drabiny społecznej. Charles-Frederic odkrywał biedę i brud związany z nowym zajęciem robotnika w drukarni. Czternaście godzin pracy dziennie w warsztacie, gdzie bez ustanku chodziły maszyny rotacyjne. Miejsce brudne, brutalne i hałaśliwe, w którym miał spędzić dwa lata. W wieku trzynastu lat, w początkach roku 1838, pożegnał się z matką i wyjechał do Londynu.

W londyńskiej mgle pierwszy szelest jedwabiu

Gdy przybył do brytyjskiej stolicy, olbrzymie miasto zmagało się właśnie z roszczeniami robotników, którzy wszczęli burdy. Transparenty w wyciągniętych w górę rękach, hasła pełne wściekłości wykrzykiwane przez zbity tłum idący ulicami. Przed Londynem Glasgow rozpoczęło protesty, jakich nigdy wcześniej nie widziano; robotnicy żądali prawa wyborczego, które do tej pory mieli tylko posiadacze. Po krótkim czasie, ku zdumieniu młodej królowej Wiktorii, czartyści, jak ich nazwano, zarzucili Anglię żądaniami sprawiedliwości społecznej. Zamknięci w swoich domach bogaci mieszczanie i arystokraci czekali, aż sytuacja się uspokoi. Przecież w końcu ci wszyscy ludzie muszą kiedyś wrócić do siebie! Charles-Frederic przyglądał się maszerującym tłumom z okien poddasza, gdzie zamieszkał. Żądania związkowców były jednak odległe od jego problemów.

Został subiektem w sklepie „Swann & Edgar” zajmującym się sprzedażą tkanin, a Londyn, co wkrótce odkrył, bardzo mu odpowiadał. Tu, z dala od robotniczych okrzyków, nieustannie kręciły się eleganckie kobiety. W kapeluszach, urękawiczonymi dłońmi dotykały kuponów jedwabiu, tafty, gazy i koronek. Grały kolory, materiały przechodziły z rąk do rąk. Zachwycano się, śmiano, przemyśliwano, obiecywano wrócić z przyjaciółkami… może jutro. Rej wiodły służalczość i profesjonalizm z jednej strony kontuaru, a z drugiej – fantazja i pieniądze.

To właśnie do tego, a nie do żadnego innego świata chciał przynależeć: do tej łatwości życia, do wymiany przyjemności, tych zmiennych humorów kobiet, dla których nic nie było zbyt piękne i zbyt drogie. Po kilku miesiącach w „Swann & Edgar” młody człowiek przestępował już z nogi na nogę z niecierpliwości. Przez przypadek podczas rozmowy usłyszał o istnieniu firmy „Lewis & Allenby”. W oczach klientek „Lewis & Allenby” był w Londynie miejscem najlepszym. Znajdujący się na Regent Street, w samym centrum dzielnicy Mayfair, sklep ze ścianami wyłożonymi drewnianą boazerią odwiedzała tylko towarzyska śmietanka stolicy. Charles-Frederic zatrudnił się tam w roku 1839 i pozostał przez sześć lat.

W owym czasie sklep z tkaninami był pierwszorzędnym miejscem do obserwacji społecznych. Spotykały się tu szwaczki, podręczne, kobiety niewielkich lub średnich cnót, zdeklarowane kurtyzany, mieszczki, arystokratki i damy dworu. Podejrzany tłumek, gdzie panie wykluczone z towarzystwa i te bogate, arywistki i dziedziczki starych fortun stykały się łokciami. Bariery języka, manier, akcentu, pieniędzy wyznaczały terytorium każdej z nich i jej przynależność społeczną. Charles-Frederic nauczył się tam rzeczy, których nie można znaleźć w żadnych szkolnym programie. Nieustannie powracające zdania: „Oto materiał, który podkreśli pani urodę”, „Ciężka tkanina nigdy nie kłamie”, „Ten jedwab będzie układał się na pani jak rękawiczka”… Czy tworzenie mody polega na tym, by zamieszkać we wnętrzu każdej kobiety?

W trakcie rozmowy panowie Lewis i Allenby współpracowali ze sobą znakomicie, doprowadzając klientki do upojnego zawrotu głowy: rozkładali im przed oczami jedwabie z Kaszmiru, koronki z Brabancji, gipiury z Wenecji, satyny o gwiezdnym połysku. Przed sklep przez cały dzień zajeżdżały kolasy, zaprzęgi, mahoniowe landa z herbami na drzwiczkach i fiakrzy. W drzwiach sklepu klientki witał subiekt, brał od nich najmniejsze nawet drobiazgi, które zajmowały ich ręce, i zwinnie otwierał bramy szyfonowego raju. Pani Allenby, siedząca za sklepową kasą, kierowała pracownikami spojrzeniem. Jednego wyznaczała do obłędnego biegania na zaplecze, drugiego – do trudnych klientek, trzeciego – do ostatecznego cięcia, które kończyło wątpliwości. Tu Charles-Frederic cierpliwie stawiał pierwsze kroki.

„Kobieta, która pyta o cenę albo, co gorsza, ją negocjuje, nie zasługuje na to, żeby tracić dla niej czas – mówiła pani Allenby, podzwaniając złotymi łańcuszkami, które wylewały się z jej dekoltu, i dodawała: – Uważaj, chłopcze, nie pomyl kobiety z towarzystwa z kurwą. Ta druga ci zapłaci, ta pierwsza każe ci czekać i będzie cię traktować z góry. Obie mają w głowie tylko jedno: zachwycać! Nasze tkaniny otulają ich kłamstwa. Jest więc sprawiedliwe, że zapłacą za to wysoką cenę”.

Pięć lat spędzonych w Londynie ukazało oczom Charlesa-Frederica więcej pieniędzy i biedy, niż widział do tej pory. Dwa światy spotykały się ze sobą tysiące razy dziennie, ale trzymały się na duży dystans. W brytyjskiej stolicy jedno słowo, czy raczej miejsce, było na ustach wszystkich jak obsesyjnie powracający refren… Paryż. Miasto, o którym marzyła cała planeta. A dla niego samego, czyż nie było symbolem czegoś najwspanialszego, co stworzyła cywilizacja? Apogeum wszelkich sztuk, historia, ale także najmniejszy, ale najbliższy Worthowi wymiar – moda, elegancja, rozkosze ciała i stołu. Ten styl życia, którego zazdrościły wszystkie sąsiednie nacje i który chciały naśladować.

Paryżu, spróbujmy się!

W 1845 roku skończył dwadzieścia lat. Nadszedł czas wielkich decyzji. Pożegnał się z matką i wyruszył do Francji. Kraj, jaki zobaczył, był niezwykły. Z jednej strony podbój Algierii, rozpoczęty pięć lat wcześniej, podniósł nastrój młodemu francuskiemu imperium kolonialnemu. Z drugiej – Paryż stroił się na przyjęcie królowej Wiktorii. A za kulisami Karol Marks, wygnany przez Guizota, już w oddaleniu od Francji wyśpiewywał swoje ody na cześć proletariackiej rewolucji. Francja Ludwika Filipa i Anglia królowej Wiktorii, obie w pełnym ekonomicznym rozkwicie, chętnie podzieliłyby między siebie cały ten świat. Azja dla jednej, Afryka dla drugiej, a może obie dla sprytniejszej?

Z dala od tych podbojowych wizji, Charles-Frederic Worth zaczynał pracę jako subiekt w sklepie Gagelina. Mieszczący się pod numerem 83 przy rue de Richelieu dom mody Gagelin kropka w kropkę przypominał znany mu z Londynu sklep „Lewis & Allenby”. Przybytek cały w ciemnych boazeriach, gdzie tysiące metrów płasko rozłożonych materiałów zajmowało ściany na dwóch piętrach. Żelazne schody, olejne kinkiety, woskowane parkiety, fotele pokryte skórą i długie dębowe stoły. Zwyczajowe wyposażenie miejsca, gdzie materiały oczekiwały na rozpoczęcie nowego życia.

Charles-Frederic odnalazł tu atmosferę, którą znał już z Wielkiej Brytanii, ale teraz po raz pierwszy dostrzegł, że kobiety zdają się być wrażliwe na jego wdzięk. Nie był piękny, ale jego sylwetce niczego nie brakowało. Nie lubił swego nieco słabego i cofniętego podbródka, więc odwrócił od niego uwagę gęstym wąsem, który otaczał jego mięsiste wargi. Jasne oczy, wysokie czoło, coraz większa swoboda bycia, której pikanterii dodawał brytyjski akcent, przydawały egzotyki nowej wersji Charlesa-Frederica. Sprzedawanie sprawiało mu przyjemność i traktował je jak zabawę. Zabawę bez reguł i bez konkretnego celu. W rozplotkowanym sklepowym światku subiekci i sprzedawczynie domu mody Gagelin potrafili przyczepić łatkę każdej klientce. Jedna kojarzyła im się z beczką, druga udawała kobietę światową, od trzeciej na odległość śmierdziało prowincją. Worth słuchał i uwodził wszystko, co nosiło spódnice. Kiedy w 1848 roku w sklepie Gagelina została zatrudniona Marie Vernet, ekipa młodych subiektów natychmiast zaczęła się kręcić wokół tej, którą Charles-Frederic nazwał „najpiękniejszą kobietą Paryża”. I na niej naprędce drapował jedwabie, brokaty i welury. Idealne proporcje Marie Vernet, jej wielkie oczy rozjaśniające twarz o wyraźnie zarysowanym owalu stały się dla niego nieustannym źródłem inspiracji. Na ciele Marie tkaniny… przemawiały!

Zafrapowany podobieństwem Marie Vernet do stałej klientki sklepu, Worth wpadł na pomysł. Pani de M. chodziła po sklepie, wahając się między dwiema tkaninami. Jedna była za ciężka, druga nie dość ciężka. Chcąc ocenić, jak haftowany srebrną nicią jedwab będzie na niej wyglądał, poprosiła Charlesa-Frederica, by pokazał zwój materiału w dziennym świetle. Charles-Frederic wziął go, lecz zamiast sam go potrzymać, o co prosiła, zarzucił materiał na ramiona Marie Vernet. Ze zdumioną miną pani de M. oznajmiła: „Zabawne, z daleka ta panna jest podobna do mnie. Miał pan świetny pomysł, otulając ją jedwabiem. Decyzja podjęta, biorę ten kupon”.

Wszyscy szybko polubili tę zabawę: zarówno klientki, jak i ich „sobowtóry”. Sprzedawczynie od Gagelina, które zmieniły się w żywe zwierciadła, spowodowały niemal podwojenie obrotów. Prawdziwy sukces, którego ojcem był Worth. Oto narodziły się modelki, jakie dziś znamy.

21 maja 1851 roku w Paryżu, w obecności całego domu mody Gagelin, Charles-Frederic Worth poślubił Marie Vernet. I choć Worth nie był jeszcze znany, jego talent i kreacje już przynosiły zyski pracodawcy, który otrzymał nagrodę na Wystawie Światowej w Londynie w 1851 roku. Pomysł z sobowtórami rozwijał się i zwiększał popularność młodego krawca. Nie było dnia, żeby ktoś nie przyszedł, aby mu narysował model sukni. Początkowo robił to tylko dla przyjemności, bawiąc się odrysowywaniem na kartce papieru tego, co jego ręce ułożyły na ramionach i figurze Marie. Ale te pośpieszne szkice były dość trudne do odwzorowania i krawcom klientek nie było łatwo według nich szyć. Szybko więc, wobec napotkanych trudności, klientki zaczęły żądać, by Charles-Frederic realizował kreacje od początku do końca. W jego dłoniach rodził się koncept haute couture. Tymczasem Gagelin nie miał ochoty popuszczać wodzy temu utalentowanemu i obiecującemu dwudziestosześciolatkowi. Mimo nacisków ze strony Charlesa-Frederica, który chciał zostać jego wspólnikiem w biznesie, sprzedawca towarów luksusowych był twardy jak kamień: nie było mowy o tym, żeby dać więcej władzy ambitnemu subiektowi.

Niekończące się pomysły Wortha, jego chęć utworzenia w sklepie działu modelek krawieckich napotkają wkrótce mur. Pierwsze maszyny do szycia, stworzone w Stanach Zjednoczonych w 1850 roku przez Isaaca Merrita Singera, miały wkrótce zrewolucjonizować techniki krawieckie. Trzeba było je kupić za wszelką cenę. Gdy tylko zostały zainstalowane, Worth zaczął napomykać o zatrudnieniu krawcowych i stworzeniu na zapleczu pracowni, gdzie będą szyte modele na zamówienie. Tak nowatorskich pomysłów potrafił mieć i dwadzieścia dziennie.

Jego ciekawość, pragnienie bycia na fali nowoczesności nie miały granic. Chciał znać architektów, malarzy, rzeźbiarzy, tych tradycyjnych i nowoczesnych, poznać całą tę stolicę oddaną szaleństwu nowych budowniczych. Znakomicie zilustrował to Zola w swojej skandalizującej powieści Zdobycz, której jedną z postaci był Worth we własnej osobie. „Paryż pocięty jak szablą, z pootwieranymi żyłami, żywiący setki tysięcy robotników ziemnych i murarzy, udostępniony wspaniałym drogom strategicznym, które w samym sercu starych dzielnic umieszczą forty. […] Od pierwszych dni pobytu w Paryżu Arystydes Saccard wyczuł, jak wzbiera fala spekulacji mająca zalać wkrótce całe miasto […]. Znajdował się w samym środku owego deszczu złota, jaki bębnił o dachy cité. Krążąc bezustannie po Ratuszu wywąchał rozległy plan przebudowy Paryża, plan burzenia pewnych jego partii, wytyczania nowych arterii i wznoszenia nowych dzielnic – zalążek fantastycznego ażiotażu na sprzedaży terenów i nieruchomości, obejmującego wszystkie cztery krańce miasta płomieniem walk finansowych i rozwydrzeniem zbytku”[5].

Śladami bohaterów Zoli Charles-Frederic Worth i jego szwedzki przyjaciel Bobergh przemierzali olbrzymie pole budowy hal oddane Baltardowi. Żelazo, stalowe belki, szkło całkowicie zmieniły stary Paryż. Dlaczegóż więc nie miałoby się tam znaleźć miejsce dla nich dwóch?

W 1855 roku stolica odkryła najnowsze dzieło malarza Franza Xavera Winterhaltera. Na tle idyllicznego pejzażu przypominającego dzieła XVIII-wiecznych malarzy pozowała młoda cesarzowa Eugenia otoczona damami dworu. Patrząc na obraz, Worth przeżył wstrząs i estetyczną przyjemność, jak nigdy do tej pory. Nową cesarzową Francuzów otaczało osiem kobiet ubranych w tiule, muśliny, tafty, wstążki i krynoliny. W szkicowniku, który miał zawsze ze sobą, Worth zanotował kolory, materie i umiejętne zestawienia tworzące ten oktet – apogeum ówczesnego stylu życia.

Elegijny fresk pobudził jego wyobraźnię: stanął przed nim świat, o jakim marzył. Nie był to już nieosiągalny mit, ale rzeczywistość na wyciągnięcie ręki. Poprzez strój każdy członek społeczeństwa zajmował miejsce, na jakie pozwalał mu jego talent.

Rue de la Paix 7: kolebka haute couture

Choć dziś nie ma już adresu rue de la Paix 7, który Charles-Frederic Worth i jego wspólnik Bobergh wybrali na swoją siedzibę, nietrudno jest wyobrazić sobie zapał, entuzjazm i obawy obu młodych, trzydziestoletnich śmiałków. Niewielkie oszczędności Charlesa-Frederica i jego wspólnika topniały jak śnieg w słońcu. W jaki więc sposób i skąd wziąć pieniądze na urządzenie butiku? Worth marzył o boazeriach, perskich dywanach, salonach oświetlonych nowoczesnymi lampami naftowymi dającymi dziesięciokrotnie silniejsze światło od dawnych kinkietów.

Aby odgonić materialne lęki, Worth spędzał długie godziny w ogrodach Tuileries. Antyczne posągi, Psyche, łowczyni Diana o nienagannie drapowanych strojach, znużone westalki u stóp Ulissesa wkradały się cicho w myśli krawca. Kamień i marmur wskazywały mu drogę, którą należy podążać, drogę odwiecznej elegancji idealizującej kobietę tak, by mogła przekraczać czas.

Podczas otwarcia butiku Worth & Bobergh byłe klientki Gagelina przeżyły zaskoczenie. Wystrój, w jakim przyjął je Worth, nie miał w sobie nic ze zwykłego sklepu z modnymi akcesoriami. W trzech salonach na parterze rozmieszczono szezlongi, kozetki, głębokie kanapy i fotele. Niezwykłe przedmioty z Azji, tu i ówdzie różnobarwne dywany, mnóstwo świeżych kwiatów, a wszystko to stanowiło tło, na którym swoje uroki roztaczały tkaniny. Dla podkreślenia efektu proponowano klientkom łakocie, czekoladki i różne rodzaje herbaty w ślicznej angielskiej porcelanie. W ciągu kilku tygodni szeptana propaganda zrobiła swoje. Tłum nowych twarzy i potencjalnych klientów rozniósł nowinę po całym Paryżu: Worth & Bobergh to miejsce spotkania z modą. A przecież to były dopiero początki sklepu. Po pierwszych sukcesach obaj wspólnicy powrócili do koncepcji sobowtórów, która tak dobrze sprawdziła się u Gagelina. Dwa razy w tygodniu, we wtorki i piątki, dziewczęta prezentowały modele domu mody. Aby nadać wydarzeniu tajemniczości i tej odrobiny odświętności, która miała być jak szczypta soli, na tę okoliczność specjalnie urządzono dwa salony. Ustawiono tam krzesła pokryte ciemnoczerwonym welurem, które pozwalały klientkom oglądać modele ze wszystkich stron. Tak narodził się pokaz mody.

Wielkie bale na cesarskim dworze

W tej samej chwili, kiedy Worth i Bobergh otwierali swój dom mody, pięć minut drogi od rue de la Paix, w pałacu Tuileries, cesarz Napoleon III rozmawiał z cesarzową. Tuileries, Compiègne, Fontainebleau miały przestać być lodowatymi gmaszyskami i zmienić się w miejsca zabaw, balów maskowych i nieustających imprez. Dzięki temu lud miał znów pokochać swoich władców. To tam miał się spotykać dwór, by świętować na cześć nowego reżimu. Można było liczyć na to, że najpiękniejsze damy dworu zawrócą wszystkim w głowach: hrabina de Castiglione, księżniczki Murat, hrabina de Pourtalès, cudowna pani de Gallifet, księżna Alby, siostra cesarzowej – wszystkie one wiedziały, jak zdobyć serca Francuzów.

Powierniczką cesarzowej Eugenii była żona ambasadora Austrii w Paryżu, księżna Pauline de Metternich. Niedługo później napisała w swoim pamiętniku:

„W Tuileries w karnawale odbywały się regularnie dwa, czasami trzy bale dworskie. Na jednym z nich pani de Castiglione pojawiła się jako Salambo – w stroju zaprojektowanym przez siebie samą na podstawie opisu postaci z powieści Flauberta, która budziła wówczas sensację. Można sobie wyobrazić nasze zdumienie, kiedy odkryliśmy, że owa dama miała bose nogi, choć może przykryte siateczką jedwabną tak cienką, że wyglądały, jakby były bose! Ale to, co było jeszcze bardziej zadziwiające, to fakt, że tunika z czarnego weluru, którą miała na sobie, była rozcięta aż do talii i że w niektórych momentach rozchylała się tak, że można było zobaczyć całą jej nogę, od góry do dołu! – Ale cóż! Mimo naszego wzburzenia muszę przyznać, że posągowa uroda tej, która tak się nam ukazała, była tak wspaniała, że ten strój nie miał w sobie nic nieprzyzwoitego! Można by rzec, ożywiony posąg! Jej wspaniałe włosy spływały na ramiona i spadały aż do kolan. Jej ręce, ozdobione bransoletami w kształcie złotych węży, były nagie aż do ramion, a palce stóp przystrojone pierścionkami! Nigdy dotąd nie było tu ciekawszego, bardziej fantastycznego ani zadziwiającego wystąpienia! I cóż za niewiarygodne piękno!…

Najpiękniejsze bale kostiumowe i maskowe odbywały się w Ministerstwie Spraw Zagranicznych u hrabiego Walewskiego, w Ministerstwie Marynarki u markiza de Chasseloup-Laubat, w siedzibie Korpusu Legislacyjnego u księcia de Morny… i wreszcie u nas, w ambasadzie […] Markiza de Chasseloup-Laubat, która była nadzwyczaj piękna, wywołała zachwyt kostiumem hinduskim. Niesiono ją w lektyce zwieńczonej gigantycznymi pawimi piórami, a wszyscy, którzy ją otaczali, mieli na sobie wspaniałe stroje […]. Wydano dwa tysiące zaproszeń i nie sposób sobie wyobrazić tej niesłychanej różnorodności przebrań. Wybrałam strój domino i bawiłam się świetnie, od północy do szóstej rano prowadząc intrygi… Sensację wieczoru wywołało wejście pięknej pani Ernestowej Feydeau, żony sławnego pisarza, przebranej za Ludwika XIV w dzieciństwie. To było cudo. W stroju z białej satyny pokrytej złotymi haftami i wielkim białym kapeluszu przybranym białymi piórami, pozostawiła we mnie wspomnienie olśniewającej urody”[6].

To wszystko, o czym się mówiło, co się robiło i co się nosiło na dworze, fascynowało paryżan i obcokrajowców, którzy mieli szczęście zostać tam przyjęci. Charles-Frederic i jego małżonka ze wszystkich sił starali się dostać do tego środowiska, gdzie elegancja i fortuny nie miały granic. Ich plan był równie prosty, co ambitny: uczynić z adresu rue de la Paix 7 przedpokój Tulieries.

Młoda księżna de Morny była jedną z pierwszych dam dworu, która udała się do Worth & Bobergh z baronową Alphonse’ową de Rothschild. Wkrótce po ich wyjściu Worth wyjawił swojej żonie plan: żeby osiągnąć sukces, musieli zostać oficjalnymi dostawcami cesarskiego dworu.

Dostawca stuka do drzwi

Na samą myśl o rozmowie z jedną z kobiet najbliższych cesarzowej Eugenii Marie Worth od dawna nie mogła spać. Razem z mężem już sto razy zdążyli przygotować się do spotkania z Jej Wysokością księżną de Metternich. Rozmowa w końcu miała miejsce wiosną 1860 roku w prywatnych apartamentach austriackiej ambasadorowej. Przybywszy z najlepszymi szkicami swojego męża, Marie Worth zaprezentowała je swojej gospodyni. Worth nie omieszkał przyszpilić do każdego rysunku próbek tkanin i materiałów, których można by użyć do realizacji projektu. Oto sprawozdanie księżnej: „Nieśmiała i rumieniąca się pani Worth powiedziała mi, że jej mąż, który był pierwszym subiektem u Gagelina – znanej firmy w owych czasach – otworzył właśnie sklep z pewnym Szwedem, niejakim Boberghem, pod numerem 7 przy rue de la Paix; że ci panowie, bardzo chcąc zaprosić mnie do grona swoich klientek, proszą, bym zechciała uszyć sobie u nich suknię i mam tylko powiedzieć, jaką kwotę chciałabym na to przeznaczyć. Odpowiedziałam, że zamówię dwie, jedną dzienną i jedną wieczorową […]. Pani Worth nie posiadała się z radości. Suknia wieczorowa miała mieć swoją inaugurację na najbliższym balu w Tuileries. Pod koniec tygodnia, po jednej przymiarce – kładę nacisk na jedną, bo dziś robi się nawet pięć czy sześć przymiarek – przyniesiono mi dwa arcydzieła! […] Nie sposób tego nazwać inaczej, były idealne w każdym calu i skomplementowałam autora, którego osobiście nie znałam, gdyż przymiarki odbywały się u mnie w domu. Pokazałam więc w następną środę – wielki bal odbywał się w sali marszałkowskiej – ową suknię, i muszę przyznać, że rzadko widziałam piękniejszą i lepiej uszytą. Była z białego tiulu i ze srebrnymi lamówkami (co było całkowitą nowością) i przybrana stokrotkami z różowymi środkami umieszczonymi w kępkach traw. Kwiaty były osłonięte białym tiulem. Szeroki pas z białej satyny otaczał moją talię; wszędzie poprzyczepiałam diamenty… i Worth osiągnął swój pierwszy sukces! Cesarzowa, wchodząc do sali tronowej, gdzie w kręgu zawsze zebrany był korpus dyplomatyczny, spostrzegła arcydzieło kątem oka! Kiedy podeszła do mnie, natychmiast zapytała, kto szył tę suknię tak cudownie piękną w swojej prostocie i elegancji.

– Anglik, Pani, wschodząca gwiazda na firmamencie mody!

– A jakże się nazywa?

– Worth.

– Ach tak! – powiedziała cesarzowa. – Aby gwiazda miała satelitów, proszę mu powiedzieć, żeby przyszedł do mnie jutro o dziesiątej rano!

Worth zaczął być znany”[7].

Ze świadomością mistrzostwa łącząc komplementy, rezerwę i talent, Worth rozpoczął podbój cesarskiego dworu. Księżna de Bassano, hrabina de Montebello, baronowa de Malaret, wszystkie trzy zaprzyjaźnione z cesarzową, szybko zaczęły wynosić go pod niebiosa. Cztery lata po pierwszym spotkaniu z cesarzową Eugenią jego sława rozciągała się już na całą Europę. W Londynie, Wiedniu, Madrycie wyrywano sobie jego toalety. Po księżnej de Metternich talentem Wortha zachwyciła się hrabina Edmondowa de Pourtalès, której portret właśnie skończył malować Winterhalter. Jedna z najpiękniejszych ozdób cesarskiego dworu, otaczana i uwielbiana przez najznakomitszych mężczyzn swojego czasu, zostawiła u niego fortunę.

I rzeczywiście, Worth otrzymał status nieporównywalny z rzeszą krawcowych i domorosłych modystek, których wiele było we wszystkich miastach Francji. Zmieniło się także to, jak on i jego kreacje byli postrzegani przez społeczeństwo. Wzorem malarzy i rzeźbiarzy, stał się uznanym artystą, człowiekiem, który potrafi modelować kobiece ciało, poprawia sylwetki dam, czyniąc z nich muzy, których względów pragnęli pisarze i ludzie u władzy. Jego talent i kreatywność były traktowane jak sztuka, w której nożyczki, naparstek i igły biorą udział w narodzinach dzieła.

To był ten cudowny czas, gdy dwaj wpływowi pisarze: Brytyjczyk Oscar Wilde i Francuz Stéphane Mallarmé, zostali mianowani redaktorami naczelnymi dwóch pierwszych europejskich czasopism piszących o modzie: z jednej strony kanału La Manche ukazywał się „The Woman’s Word”, z drugiej zaś – „La Dernière Mode”. W listopadzie 1864 roku Mallarmé, kryjąc się pod pseudonimem Marguerite de Monty, napisał: „Wielki Worth jest wodzirejem każdej uroczystości, tej nadzwyczajnej i tej codziennej w Paryżu, Wiedniu, Londynie i Sankt-Petersburgu”.

Pod literackim patronatem dwóch znanych pisarzy moda zyskiwała szlachectwo z nadania. Porwani tematem obaj literaci dostrzegli w niej symbolikę, w której pojawiały się na przemian mity i rzeczywistość. Ubranie przestawało pełnić rolę użytkową, by zmienić się w maskę, przebranie, pod którym rozwijały się wszelkie strony ludzkiej duszy. Worth był zachwycony! Przeszłe upokorzenia, ucieczka do Londynu, by skryć się w tłumie robotników, którzy błagali o pracę, szlifując bruki, przyjazd do Francji, wszystko to odeszło w przeszłość. Jutro przejdzie do legendy.

Na razie, stając się ulubionym krawcem tej, którą krytycy nazywali cesarzową falban, Worth spędzał tyle samo czasu w Tuileries, co w swoim sklepie na rue de Paix. Młoda i ambitna cesarzowa Eugenia chciała być jednocześnie najbardziej szanowaną kobietą Francji i najlepszym odzwierciedleniem odzyskanej wielkości imperium.

W tej pogoni za perfekcją Worth był dla niej tym, kim niegdyś była Rose Bertin dla królowej Marii Antoniny. Jedne po drugich powstawały stroje poranne, stroje południowe, stroje na polowanie, suknie do opery czy na wielkie bale na dworze. Do tego wkrótce trzeba było dodać stroje podróżne i te, które cesarzowa chciała nosić w Biarritz lub podczas zagranicznych wojaży. Pod magiczną pałeczką Wortha krynoliny nabrały lekkości i zastąpiły wielowarstwowe halki, przez które sylwetka wyglądała ciężko. Obserwacja świata dała mu do ręki klucz, dzięki któremu nigdy nie zapomniał zasady: skoro pieniądz rządzi światem, jego kreacje musiały być zatem… rujnujące! Jakie znaczenie miała cena sukni czy płaszcza, skoro były cudownym tłem, na którym rozkwitały kobiety? Swoje piękno ofiarowały mężczyznom, którzy mieli władzę i fortuny. Wczoraj były jeszcze klientkami Wortha, jutro miały być jego dłużniczkami. Od niego będzie zależeć ich sukces i miejsce w świecie.

Finansowy sukces Wortha wiązał się ze specyfiką czasów. Paryż tracił głowę i co dzień bardziej szalał. Nuworysze z prowincji kolonizowali XVII i VIII Dzielnicę Paryża: wkrótce ich rezydencje przewyższyły kamienice przy faubourg Saint-Germain. Podczas gdy bracia Pereire[8] podzielili między siebie zachodnią część Paryża, arystokracja z Jockey Clubu wygwizdywała Wagnera, którego Tannhäuser, wystawiony 13 marca 1861 roku w paryskiej operze, został zdjęty z afisza po trzech przedstawieniach zakończonych bójką. W tych mało istotnych konfliktach Worth przyłączył się do klanu, który uznał za swój, zbliżonego do księżnej Pauline de Metternich, wielbicielki niemieckiego kompozytora.

Ale zamiast uczestniczyć w utarczkach literackich, politycznych czy muzycznych, Worth koncentrował się na tym, co umiał robić najlepiej: na tworzeniu i sprzedawaniu. Subiekt ze sklepu Gagelin umarł już dawno. Niech żyje król mody, którego kreacje sprzedają się za cenę złota.

Metki do środka

Rok 1864 miał stać się rokiem ukoronowania Charlesa-Frederica Wortha; wtedy został oficjalnym dostawcą dworu cesarskiego. Jednak nie wystarczały mu nadzwyczajne względy, jakie dzięki temu tytułowi miał w całej Europie; Worth uznał, że przyszedł czas, by zacząć chronić swoje kreacje. Skoro malarze czy rzeźbiarze podpisują swoje dzieła, dlaczego nie mieliby tego robić krawcy? Wizyta przy rue de la Paix wspaniałej pani Rimski-Korsakow, która przybyła, by wybrać suknię, w jakiej miał ją malować Winterhalter, przyniosła poważne konsekwencje dla dalszej drogi Wortha. Zachęcony sukcesem obrazu oficjalnego malarza wyższych sfer, Worth postanowił działać.

Po wewnętrznej stronie swoich nowych modeli kazał wyszyć na jedwabnym prostokącie nazwiska swoje i swojego wspólnika. Metka marki Worth & Bobergh stała się od tej pory integralną częścią każdego stroju, jaki wychodził z jego pracowni. I jeśli w naszych czasach fakt, że ubrania mają swoje marki, wydaje się czymś najnormalniejszym w świecie, to w epoce Wortha sygnowanie kreacji albo, gorzej jeszcze, przyszywanie etykietki z własnym nazwiskiem do sprzedawanych ubrań wywołało szok. Jego klientki podzieliły się na trzy obozy. W pierwszym były kobiety, które, gdy tylko wracały do domu, natychmiast odpruwały bezczelną metkę przyszytą przez Wortha. Pojawiły się komentarze: jak zwykły krawiec śmiał „przywłaszczać sobie” ubranie, które już sprzedał? W drugim były te, które jakoś godziły się na dziwactwo tego władcy mody. Wreszcie na końcu znalazły się klientki niemogące poszczycić się urodzeniem ani pozycją społeczną. Te obnosiły z dumą kosztowne ubrania, które były dowodem życiowego sukcesu.

Worth wygrał tę partię. Marka, jak ją później nazwano, uczyniła z zawodu krawca sztukę w pełnym tego słowa znaczeniu. Podbita w następnej kolejności cudzoziemska władczyni dodała mu jeszcze międzynarodowej renomy. Austriacka cesarzowa Elżbieta zamówiła u niego w 1865 roku okazałą suknię balową z satyny i białego tiulu haftowanego złotem. W tym baśniowym stroju Sissi została uwieczniona dla potomności przez Winterhaltera. Malarz ukazał sylwetkę Sissi w trzech czwartych, z włosami przybranymi sześcioma dwunastoramiennymi diamentowymi gwiazdami. Dwa lata później, przed koronacją na królową Węgier 8 czerwca 1867 roku, ponownie wezwała francuskiego krawca, aby stworzył kreację na tę uroczystość. Sylwetka Sissi, jej przywiązanie do wyglądu zewnętrznego i chęć zachowania wiecznej młodości szły w parze z potrzebą zaskakiwania. Miała awangardową sylwetkę, którą sport uprawiany aż do przesady utrzymywał w świetnej kondycji. Hantle, ćwiczenia na poręczach, wyższa szkoła jazdy konnej, biegi, nic nie mogło zniechęcić cesarzowej Austrii w dążeniu do zachowania szczupłej sylwetki. Worth, zafascynowany jej ponadczasową urodą, przeszedł sam siebie. Stworzył dla niej najpiękniejsze stroje, jakich nie miała żadna kobieta w Europie.

A w Tuileries cesarzowa Francuzów nie chciała zostać w tyle. Każde jej publiczne wystąpienie było chwilą, na którą faworyci i bywalcy dworu czekali jak na cud. Przystrojona biżuterią od Mellerio, którą uwielbiała, ubrana w stroje od Wortha, Eugenia wystawiała się na spojrzenia z bardziej może hiszpańską niż francuską dumą. Tej, która marzyła, by życie było nieprzerwanym świętem, Paryż ofiarował scenę, a Worth na każdy dzień tworzył najwspanialsze kostiumy.

Sułtan w pałacu

Podziwianemu, zamożnemu, komplementowanemu przez prasę i społeczeństwo Drugiego Cesarstwa Worthowi brakowało tylko miejsca, które mogło dać mu wizerunek, jakiego nie miał do tej pory: właściciela posiadłości, która stałaby się zwierciadłem jego sukcesu. Od czasu, gdy para cesarska wprowadziła modę na wyjazdy weekendowe, społeczeństwo zapragnęło tego samego, i Worth także poszedł za tą modą… Ponieważ władcy mieli siedzibę w Saint-Cloud, on, w 1864 roku, wybrał na drugi dom położone w pobliżu Suresnes.

Sklep przy rue de Paix był witryną jego talentu, Suresnes wkrótce stanie się schronieniem, które artysta będzie otwierał tylko przed nielicznymi uprzywilejowanymi. Na plac budowy wezwano architektów, murarzy i kamieniarzy, by przekształcili skromną rezydencję w barokowy zamek. Do całości, dość już niejednolitej, dodano wieżyczki, machikuły, pawilony orientalne, otwory strzelnicze i ostrołuki. Kilka płócien Alexandre’a Cabanela, ulubionego malarza Napoleona III, wniosło do tego nowego karawanseraju odrobinę akademickiego orientalizmu. Dwie osoby wyraziły na temat zamku krawca bardzo odmienne opinie. 3 czerwca 1877 roku urocza Maria Baszkircewa przeżyła w Suresnes wstrząs, o którym opowiada w swoich wspomnieniach: „Zamek, począwszy od loży konsjerża aż po gołębnik, jest cudem. Są tu liczne pawilony, szklarnie, ogrody. Żadna rezydencja nie jest do tej podobna. Ściany zewnętrzne budynków są tak zdobne, tak ubarwione, tak upiększone wszystkim, co można sobie wyobrazić, że nie widać samego domu. Jest tu obłędna ilość detali, rokokowych, nie wiadomo jakich jeszcze […]. Porcelana [jest tu] nawet na trawniku, cudownie rozmieszczona wśród roślin i kwiatów”[9]. Dla innego gościa, księżnej Pauline de Metternich, wrażenie pozostawione przez nową siedzibę świeżego kasztelana jest mniej pozytywne: „Choć Worth ma znakomity gust, gdy chodzi o wszystko, co dotyczy strojów, to, moim zdaniem, brak mu go we wszystkich pozostałych kwestiach. Willa w Suresnes, którą powiększył i rozbudował, to tu, to tam dodając skrzydła, pawilony i domki, robi wrażenie mnóstwa chaotycznych budowli, które znalazłszy się na zdecydowanie zbyt małej powierzchni, przeszkadzają sobie wzajemnie. Wśród tej masy budynków właściciel postawił, używając kamieni i rzeźb zdobytych na gruzach pałacu Tuileries, coś w rodzaju ruiny, która wywołuje straszliwy efekt, gdyż przygniata całą resztę. Apartamenty są umeblowane bardzo bogato, lecz przyznam, że wolałabym mieszkać w pokoiku pobielonym wapnem niż w niektórych salonach, z których biedny Worth jest bardzo dumny, a które ociekają złotem, satyną, pluszem, haftami, meblami pozłoconymi na wszystkich krawędziach oraz bibelotami. Na wzór Gambetty, w toalecie znalazło się miejsce dla wielkiej srebrnej wanny, a w pewnym bardziej jeszcze sekretnym pomieszczeniu jest fontanna stale tryskająca wodą kolońską!… Serwis do herbaty jest z pozłacanego srebra; służba w krótkich spodenkach i jedwabnych pończochach robiła wrażenie, że jest z wielkiego domu; jednym słowem całość była nader porządnie wykończona. Pan domu czynił honory zwyczajnie i bez pozy, jego żona natomiast mizdrzyła się i grała wielką damę”[10].

W tym, że Worth uwielbiał złoto w dużej obfitości, nie było nic dziwnego. Pieniądze, których tak bardzo mu początkowo brakowało, zaczęły spadać na niego jak deszcz, a on łapczywie i z rozkoszą je przyjmował. Teraz nic już nie było zbyt drogie, ani modele, jakie tworzył, ani meble czy dzieła sztuki kupowane u największych antykwariuszy Paryża. Chciał mieć swój udział w tym bogactwie, które wielką falą płynęło do pełnego spekulantów Paryża. Miasto doprowadzało do obłędu i tych, którym brakowało wszystkiego, i tych, którzy opływali w luksusy. Skoro miał już wreszcie swój pałac, chciał jeszcze zbudować swoją legendę. Talmie[11] zawdzięczał miłość do teatru, a także do przesady. W Suresnes Worth chciał być szyfonowym Sardanapalem leżącym na stercie poduszek haftowanych złotą nicią. Z Drugiego Cesarstwa czerpał to, co kochał ponad wszystko: święta, bale, wyścigi. Uwielbiał wszystkie te miejsca, gdzie kobiety nosiły jego kreacje i sławiły jego geniusz. Krawiectwo stało się spektaklem, w którym sukces społeczny jego klientek rodził się w jego atelier. Za ich spódnicami z tiurniurami, krynolinami i dekoltami ciągnął się cień dostarczycieli stylu życia gotowych zachwycać się nimi przy najmniejszej okazji. On należał właśnie do tej kategorii i nie wstydził się tego. Bo czy jego najznamienitsze klientki nie były jego przyjaciółkami? Na niego spływało uznanie wszystkich. Jego legendę tworzyły, nie szkodząc mu wcale, jego ostentacje, migreny, humory. Na herbatkach w Suresnes bywali hrabina de Pourtalès, markiza de Jaucourt, markiza de Manzanedo, bracia Goncourtowie i księżna Matylda.

Krawiec, słynący ze swoich ekstrawagancji, póz i wystawnego przepychu kolekcji, był pierwszym, który żył w stylu, jaki później nazwano rotszyldowskim: eklektycznej mieszaninie, w której kolekcjoner, nie troszcząc się o chronologię i umiar, gromadził wszystko, co mu się spodobało. Ale czy ktoś mógł sobie wyobrazić, że biedne dziecko z Bourne pewnego dnia stanie się ulubieńcem całego Paryża?

W 1871 roku Worth znalazł nieoczekiwanego sprzymierzeńca w Emilu Zoli. Powieściopisarz zapewnił mu literacką nieśmiertelność w sadze o Rougon-Macquartach. Między wątpliwej konduity finansistami, rodzącą się klasą mieszczan i arystokratami krawiec mógł zadzierać nosa. Miewał migreny i napady furii, kaprysy i długie tyrady. Ten nowy bóg naparstka – przechrzczony przez Zolę na Wormsa – dyktował prawa swoim prześwietnym klientkom: jego fantazje były zgoła cesarskie, a wszelkie życzenia – spełniane! W brokatowym płaszczu, z czarnym beretem à la Rembrandt na głowie, cesarz mody szedł ku sławie. Pozwólmy Zoli zaprezentować nam atmosferę rue de la Paix 7: „Słynny Worms, genialny krawiec, przed którym królowe Drugiego Cesarstwa padały na kolana. Salon tego wielkiego człowieka był obszerny, kwadratowy, pod ścianami stały szerokie kanapy. Maksym wchodził tam z nabożnym wzruszeniem […], jedwab, aksamit, atłas, koronki łączyły swe delikatne wonie z wonią koafiur i tchnących ambrą ramion. Powietrze salonu, przesycone tym pachnącym ciepłem, tym kadzidłem ciała i zbytku, upodabniało to miejsce do kaplicy poświęconej jakiemuś tajemniczemu bóstwu […] petentek było więcej – pożywiały się przy okrągłym stole, pośrodku, gdzie stały butelki i talerzyki z ptifurkami, zanurzały biszkopciki w kieliszkach z maderą. Czuły się tu jak u siebie, rozmawiały swobodnie, a kiedy tak gawędziły skupione gromadkami wokół pokoju, rzekłbyś – białe stadko lesbijek, co sfrunęło na kanapki paryskiego salonu […] mistrz zatopiony był w kontemplacji swojej klientki, tak jak to – zdaniem kapłanów sztuki – czynił Leonardo da Vinci przed Giocondą […]. Po upływie kilku minut, jakby w nagłym dreszczu natchnienia, mistrz kreślił urywanymi pociągnięciami arcydzieło; co zrodziło się w jego głowie, rzucał suche strzępy zdań: – Suknia à la Montespan, z siwej tafty… tren przechodzący z przodu w półokrągłą falbanę… na biodrach, aby ją podtrzymać, wielkie kokardy z szarego atłasu… wreszcie fartuszek z perłowego tiulu, suto marszczony, a między marszczeniami podłużne smugi szarego atłasu. I znów zatapiał się w sobie, zdawał się sondować najgłębsze tajnie swego geniuszu i wreszcie, z grymasem Pytii na trójnogu, kończył: A we włosach, na tej roześmianej głowie, posadzimy zadumanego motyla Psyche, o skrzydłach mieniących się wszystkimi odcieniami lazuru”[12].

Sprzedawcy na skinienie palcem

Zanim pojawił się Worth, kobiety przynosiły obmyślony w głowie koncept, model, by zaproponować go swojej krawcowej. Sprzedawców tkanin było wielu i dostarczali kolejnym pokoleniom kobiet tego, czego oczekiwały. Ubierano się na okazje: na bal, ślub, mszę, spotkanie, żałobę. Worth miał znakomity pomysł, by zmienić to podejście. Wielkie okazje nie wystarczały. Każda godzina dnia mogła być sezonem. Poranek, śniadanie, przechadzka po lesie, podwieczorek, bal i kolacja. Tyleż okazji, by kobieta mogła zadziwiać, uwodzić, zachwycać, jednym słowem – rządzić. W przeciwieństwie do Emmy Bovary, paryżanka zaczyna być pępkiem świata. Narzuca swój gust, swoją modę, swój styl bycia, który fascynuje Europę i Amerykę.

Z zadziwiającą umiejętnością przewidywania Worth wymyślił sobie wyłączność. Do ekskluzywności sygnowanych modeli wkrótce potem dorzuci wyłączność na tkaniny. Nie wystarczały mu sygnowane suknie. Chciał więcej i dostawał więcej. Fabrykanci jedwabiu z Lyonu i ze Szwajcarii, koronkarze z Flandrii, wszyscy musieli się podporządkować nowym, narzuconym przez niego regułom. Tkanina, jaką on wybrał, nie mogła od tej pory być sprzedawana żadnemu z jego konkurentów pod rygorem zerwania umów pomiędzy znanym sklepem przy rue de la Paix i jego stałymi dostawcami.

Świadomy znaczenia, jakie miał jego sklep sprzedający siedem tysięcy sukien rocznie, Worth triumfował nad bardziej powściągliwymi. Wkrótce pomiędzy nim a fabrykantami materiałów narodziły się nowe stosunki. Trzy razy do roku najzdolniejsi z nich przybywali do Suresnes, aby zaprezentować mu swoje dzieła i aby mógł wybrać te, których wykorzystanie i sprzedaż zarezerwuje dla siebie. To zawłaszczenie części handlu tkaninami jeszcze bardziej wzmocniło jego pozycję zarówno u klientek, jak i u europejskich fabrykantów tkanin. W Lyonie, który stał się największym robotniczym miastem we Francji, osiem tysięcy mistrzów tkackich i trzydzieści tysięcy czeladników oczekiwało na zamówienia z Suresnes. Brosset, Cottin, Falsan, Arlès-Dufour, Aynard, wszyscy fabrykanci jedwabiu z nowej dzielnicy Croix-Rousse na wspomnienie nazwiska Wortha nabierali sił. „Jak pan Worth zdecyduje…, jeśli panu Worthowi się nie spodoba…”, takie słowa padały nieustannie na uliczkach Lyonu i uliczkach Saint-Etienne, gdzie czterdzieści tysięcy robotników pracowało przy wytwarzaniu wstążek i pasmanterii. Niciarze, satyniarze, gręplarze, prząśnicy, plisowacze, tafciarze, koronczarze, tkacze – przedstawiciele wszystkich tych zawodów, dziś już praktycznie zanikłych – walczyli o względy Paryża, który dawał im żyć.

1868 – strażnik seraju

Na szczycie krawieckiej piramidy Worth odgrywał rolę Napoleona. Chciał, by jego sztuka miała status i reguły zapewniające Francji pierwsze miejsce w świecie mody. W 1868 roku wraz z utworzeniem krawieckiej izby związkowej pojawiła się na to szansa. Nikt wówczas nie zdawał sobie sprawy z wagi tej nowej instytucji. Prawdę powiedziawszy, ten okręt nie miał jeszcze ani załogi, ani armat, ale dla Wortha było to bez żadnego znaczenia! Ogłosił się jego kapitanem i puścił go na wody grzecznej obojętności. Jego zamysł był jednak tyleż ambitny, co nowatorski. Za pośrednictwem nowej instytucji będzie miał kontrolę nad wszystkimi, którzy ośmielą się zanadto zbliżyć do krawiectwa, a nie będą tego godni. Kopiści i słabeusze, idźcie precz! Pod jego przewodem izba związkowa haute couture została sejfem, do którego on tylko miał klucze i którego mechanizm tylko on znał. Przez półtora wieku był to najlepszy mur obronny wzniesiony przeciw zagranicznej konkurencji. Francja oznajmiła tym sposobem swoją przewagę w świecie, w którym nie istniały jeszcze podobne reguły czy instytucje. Worth był ojcem założycielem, a jego dzieci miały, przed pierwszą wojną światową, umocnić skonstruowany przez niego system.

Gdy kończył to dzieło, będące krawieckim Kodeksem Napoleona, Worth dał się sportretować najzdolniejszemu uczniowi Alexandre’a Cabanela, Charlesowi Gironowi. W szerokim krawacie i kapeluszu à la Rembrandt, w charakterystycznej dla siebie pozie umiejętnego luzu i zamierzonego dystansu był ucieleśnieniem sukcesu, niezaprzeczalnego i zaplanowanego na wieki. W roku 1869 wybiera sobie znak firmowy – ślimaka. Jak to powie swoim krytykom: „Noszę mój dom na grzbiecie i nie mam w życiu innych dóbr niż mój talent”.

Kres cesarskiego balu

Nikt nie miał wątpliwości, że Worth był lojalny wobec cesarskiego reżimu i byłby niewdzięcznikiem, gdyby sprzeciwiał się władzy, której zawdzięczał całą swoją renomę. Kiedy w lipcu 1870 roku Napoleon III wciągnął Francję w wojnę błyskawiczną z Prusami, Worth w naturalny sposób opowiedział się po stronie tych, którzy jeszcze przed walką ogłosili zwycięstwo.

Dwa miesiące później, 2 września 1870 roku, aresztowanie cesarza pod Sedanem, jego kapitulacja i podpisanie zawieszenia broni 29 stycznia 1871 roku położyło kres równie nieprzemyślanej, co rujnującej wojnie. Sto trzydzieści tysięcy zabitych w ciągu sześciu miesięcy, pięć miliardów franków reparacji wojennych, oddanie Niemcom Alzacji-Lotaryngii i wreszcie wygnanie cesarza i cesarzowej do Londynu wywołały we Francji traumę. Z Suresnes i z rue de la Paix nagle znikły klientki, jakby spłynęły z potokiem ludzkich nieszczęść i trudności gospodarczych, które zapoczątkowały narodziny Trzeciej Republiki. Firma Worth & Bobergh została zamknięta na kilka miesięcy, a kiedy w 1871 roku ponownie otworzyła podwoje, Bobergh wyjechał do Szwecji. Charles-Frederic sam musiał kontynuować tę przygodę. Wraz z upadkiem cesarstwa wczorajsi idole zostali bezwzględnie spisani na straty. Maxime Du Camp w swoich wspomnieniach kpił sobie z cesarzowej, którą jeszcze przed chwilą wielbiła cała Francja, z tej, o której Napoleon III powiedział: „Będzie najpiękniejszą ozdobą tronu”. „Najchętniej powiedziałbym o niej, że była woltyżerką. Unosił się wokół niej obłok zapachu cold cream i paczuli; była przesądna i płytka, nie wadziła jej rubaszność; zawsze zajęta wrażeniem, jakie wywoływała, epatująca ramionami i biustem, z farbowanymi włosami, wymalowaną twarzą, oczami podkreślonymi czernią, ustami pociągniętymi czerwienią. Do kompletu brakowało jej tylko cyrkowej muzyki, konia galopującego w uprzęży, kółka do rzucania i całusa posyłanego widzom z czubka szpicruty”[13].

Dla Francji był to szczególny okres. Wraz z republiką pojawiły się takie postacie, jak Jules Favre, Jules Ferry i Gambetta. Ale mimo to kraj pozostał w dużym stopniu monarchistyczny, co potwierdziły wybory w lutym 1871 roku. „Republika książąt”, jak nazwał ją w 1937 roku Daniel Halévy, upewniła Wortha i jego zwolenników co do powrotu wartości bliskich monarchii, jedynej osłony przed wzrostem nastrojów socjalistycznych. Po wyborze marszałka Mac-Mahona na prezydenta republiki Worth odzyskał siły. Tym razem „czerwoni” – jak ich nazywał – zostali odepchnięci… Wróciły bale w salonach przy faubourg Saint-Germain, a pod numerem 7 rue de la Paix znów zaczęła się zapełniać księga zamówień. W salonach Wortha robiono zakłady: kiedy i w jaki sposób książęta przywrócą na tron cesarza i cesarzową Eugenię?

Czterdziestoośmioletni Worth był niezaprzeczalnym i nieusuwalnym władcą Paryża. Pod jego dyrygencką pałeczką maszerowali miarowo sprzedawcy świecidełek, sukiennicy, handlarze, jedwabnicy i krawcy. Prowadzącego ekipę dostawców Wortha klientki wychwalały pod niebiosa. Jak napisze Madeleine Chapsal: „Paryż to jedno wielkie spojrzenie. Gdy Paryż cię uznaje, wszystko jest w porządku. Jeśli idzie w ślad za tobą, to już jest sława”[14].

Ameryka wzywa

Worth, sprzedający siedem tysięcy modeli rocznie tylko w samej Francji, nie traktował poważnie konkurencji. I prawdę powiedziawszy, nikt nie śmiał się przyrównywać do bóstwa z rue de la Paix. Jednak w obawie przed wszystkim nowym, co mogło się pojawić, co mogło powstać, Worth przez całe życie poszukiwał lepszych rozwiązań. Nigdy nie zaprzestał starań, by krynoliny stały się lżejsze. Chciał odmienić tę żelazną klatkę, która więziła kobiece ciało. W jego pracowniach robiono dziesiątki i setki prób, by obręcze, które zaczynały się w talii i sięgały do kolan, mogły nie tylko wpasowywać się jedne w drugie, ale także, by przestały obciążać talię i sylwetkę. Podtrzymywane tasiemkami, wkrótce zaczęły sięgać tylko połowy uda, a Worth jako pierwszy przerzucił całą obszerność do tyłu. Mur obronny, którym do tej pory z przodu i z tyłu była krynolina, malał. Przy tych pozornie błahych działaniach niepostrzeżenie odwróciła się karta historii. Spiżowa tiurniura krynoliny zaczęła zanikać. Nadeszła pora piewców równości płci.

Znany w Londynie, Madrycie i Rzymie, słynny w Paryżu i Wiedniu, czczony w Wenecji i Budapeszcie, kopiowany w Sankt-Petersburgu Worth zaczął marzyć o Ameryce. Jej uroki odkrył przed nim młody, dwudziestodziewięcioletni pisarz. Henry James nie był jeszcze wówczas tak wielkim autorem, jakim miał się niedługo stać, ale jego pierwsza powieść Watch and Ward, opublikowana w 1871 roku i wydana we Francji pod tytułem Le regard aux aguets, zapewniła mu sławę. Wciągnęła też Charlesa-Frederica, który zauważył fascynację, jaką Europa wywoływała w Nowym Świecie. Astor, Vanderbildt, Whitney, Carnegie, Rockefeller przybywali do Europy w poszukiwaniu stylu życia, do którego klucza jeszcze nie znali. Stalowi, kolejowi i naftowi magnaci wysyłali swoje żony i córki, by wydawały fortuny w Paryżu. Kiedy wracały z Europy do Bostonu czy Nowego Jorku, Filadelfii czy Chicago, miały już gładsze sylwetki oraz maniery. I wkrótce były uwieczniane pod postaciami bohaterek Henry’ego Jamesa czy Edith Wharton.

Ten najbardziej francuski z brytyjskich krawców miał wszystko, co potrzeba, by się spodobać po drugiej stronie Atlantyku: odwagę, renomę, talent i fortunę. Ubierał dwie cesarzowe i prowadził bale Drugiego Cesarstwa. Bogate Amerykanki zgotowały mu owacyjne przyjęcie, a jego nazwisko szybko stało się w Stanach Zjednoczonych równie sławne, co w Europie. Krawiectwo, wyniesione do rangi stylu życia, zawsze miało sprzymierzeńców wśród malarzy i ludzi wpływowych; ubieranie i rozbieranie, zdobienie, przystrajanie, zmienianie – we wszystkim tym Worth był znakomity. Od Vélasqueza, van Dycka i kilku innych zapożyczył pomysły na stroje dworskie i wiejskie. Z historii Europy chciał zrobić dla Ameryki zwierciadło próżności, w którym swój wizerunek mieli podziwiać nuworysze i dziedzice rodowych fortun, wczorajsi i jutrzejsi narcyzi. Od tej pory elegancja nie była już kaprysem, ale wartością tej samej wagi, co moralność czy obowiązek. Prasa, kobiety, ceny jego kreacji, sama marka Wortha, wszystko pracowało nad tym, by pragnienie zakupu ekskluzywnych modeli krawca było równie silne w Nowym Jorku, jak w Paryżu.

Worth coraz bardziej szczegółowo i profesjonalnie dopracowywał cesję praw na odwzorowywanie modeli sprzedawanych za granicą, żadnego szczegółu nie pozostawiając przypadkowi. Dostarczanie szablonów, które będą mogli kopiować miejscowi krawcy, dostawy ekskluzywnych tkanin, wysyłka katalogów ukazujących tendencje w nowym sezonie, wszystko zostało zapisane i zagwarantowane. Ameryka była skłonna płacić wysoką cenę, ale chciała być najlepsza i Worth pojął to od razu. Korzystając z doradztwa kancelarii adwokackiej i zastępu młodych finansistów, przystąpił do batalii z odpowiednim uzbrojeniem, żeby nie dać się rekinom Nowego Kontynentu. To właśnie w Stanach Zjednoczonych, pod presją klienteli, Worth rozwinął na wielką skalę system sprawdzony już wcześniej w Paryżu. Zmęczone nieustannymi zmianami w modzie i zawrotnymi kosztami nowych toalet krawca liczne klientki ostatecznie postanawiały donaszać swoje balowe suknie z ubiegłego roku.

Ale co zrobić, by nie stracić reputacji i nie przekazywać otoczeniu sygnału, że rodzinna fortuna błaga o litość? Worth wpadł na pomysł stworzenia wymiennych rękawów, koronek doczepianych do dekoltów, gazy i wstążek doszywanych przy łokciach lub przy nadgarstkach, przy kołnierzyku czy na ramionach. Dzięki temu można było niewielkim kosztem zmodyfikować wygląd ubrań. Nowe amerykańskie maszyny do szycia ułatwiły to zadanie, stając się sprzymierzeńcami mniej zamożnych klientek. Wynalazek zachwycił Amerykanki i zamknął usta ich mężom. Idąc tym tropem, Worth postanowił zmienić to, co utrudniało poruszanie się mieszkankom stolic. Skrócił długość sukni, aby ich właścicielki nie brudziły się błotem i ulicznym kurzem. Rezultat nie kazał na siebie długo czekać: na Fifth Avenue, w Central Parku, na wielkich alejach Bostonu i Waszyngtonu wkrótce pojawiły się stroje, których wyrafinowanie nie ustępowało paryskiemu. Łączyły praktyczność z elegancją wprost z Europy.

Kiedy w 1879 roku Henry James opublikował nowelę Daisy Miller, przygody młodej, niewinnej bohaterki rozdartej między amerykańskimi wartościami a europejskim wyrafinowaniem pokazały nad Atlantykiem, że mariaż obu światów jest trudny. Worth postanowił zostać między nimi łącznikiem i to mu się udało. Mimo iż znał Amerykę tylko za pośrednictwem swoim nowych klientek i lektur, podobała mu się zwycięska gorączka, apetyt na sukces bez miary i owijania w bawełnę. Czy ta Ameryka nie była podobna do jego niesamowitego i wystawnego zamku w Suresnes? Tam architektura mogła się zmienić z godziny na godzinę. Wiercono, powiększano, burzono, drążono, kupowano bez wahania obrazy, budynki i wielkie tereny. Życie, jakie zbudował sobie z takim wysiłkiem we Francji, widział tu, na olbrzymim ekranie Nowego Świata, gdzie wszystko, co wielkie, było normalne.

Dynastyczne pokusy

Gdy wielki Worth – jak go nazywano – stał się już bogaty i sławny, postanowił zostać założycielem dynastii. Ta jego dynastia, owoc pracy i talentu, nie miała czego zazdrościć dynastiom, które w całej monarchistycznej Europie łączyły się, by się wzbogacić lub umocnić własną wielkość. Jego sąsiedzi i przyjaciele: Cartier, Guerlain, Goyard i Hermès, cały wielki francuski biznes przejęty przez rodziny protestanckie miał ten sam zamysł: zapewnić przyszłość potomnym.

W 1875 roku Gaston Worth, najstarszy syn krawca, skończył dwadzieścia lat. Ukształtowany przez rodziców Gaston i jego brat Jean-Philippe weszli do rodzinnego biznesu. Ich pojawienie się nadało firmie Wortha wzbudzający zaufanie wizerunek rodzącej się dynastii. Marzenie Wortha się spełniło. Pogrzeb Charlesa-Frederica Wortha nie był końcem jego popularności, lecz wręcz przeciwnie. 10 marca 1895 roku dwa tysiące osób przybyło oddać hołd zmarłemu krawcowi, a wśród nich był najważniejszy Francuz tego czasu, prezydent republiki Félix Faure.

Po śmierci ojca Gaston Worth został przewodniczącym krawieckiej izby związkowej i wykazał się wystarczającym rozsądkiem, by skorzystać z umiejętności Paula Poireta dla unowocześnienia firmowych kreacji. Ogień, który swego czasu rozpalił Worth, szybko się rozprzestrzenił, gdy trzy lata po śmierci Charlesa-Frederica, w 1898 roku, Louis Cartier poślubił w Paryżu córkę Jeana-Philippe’a Wortha, Andréę. Związek pomiędzy krawiectwem a jubilerstwem został zawarty. Cartierowie mieli imperium jubilerskie, Worthowie – krawiectwo i jego sekrety.

Francja sprzed 1914 roku, będąca u szczytu potęgi, sprawowała niepodzielne rządy. Jej imperium rozciągało się na połowę Afryki, Indochiny i Polinezję. Z Paryża, który stał się miastem takim, jakie dziś znamy, wychodziła najwspanialsza sieć kolejowa w Europie. Odległości znikły, objawiał się nowoczesny świat.

Kobiety wciągnięte w wir nieustających imprez, jakich kulminacja nastąpiła między rokiem 1890 a 1910, przyklaskiwały już nowym postaciom: Gabrielle Chanel, Jacques’owi Doucetowi, Paulowi Poiretowi, Lucienowi Lelongowi, siostrom Callot i kilku innym, którzy byli, choć w różnym stopniu, dłużnikami Charlesa-Frederica Wortha. Bez niego haute couture nie miałaby tej aury, jaka się nad nią po dziś dzień roztacza.

W latach 80. XX w. Marguerite Carré, kobieta, która przeżyła ten czas rewolucji, opowiadała o nim Madeleine Chapsal. Była prawą ręką Christiana Diora, gdy otwierał swoją firmę, a wcześniej jeszcze pracowała u Wortha. Oto wspomnienie, jakie zachowała z owego najstarszego domu mody:

„Nikt nie może sobie wyobrazić luksusu i wyrafinowania firmy takiej jak Worth, przed i po pierwszej wojnie światowej […]. Siedziba znajdowała się przy rue de la Paix, a klientki zajeżdżały konnymi powozami. Większość odziana była w sobolowe futra, z bukiecikiem fiołków przypiętym do kołnierza, ot co! Były nieopisanie eleganckie w swoich sukniach ze srebrnych koronek podkreślonych koralami, noszonymi z diamentami… Cóż to było za piękno! A jaką prezencję miał sam krawiec, pan Jean-Philippe Worth, ze swoją piękną czarną brodą! Przyjmował je tak, jakby każda z nich była królową”[15].

I któż uwierzy, czytając te entuzjastyczne słowa, że od śmierci Wortha, w 1895 roku, minęło sto siedemnaście lat? Po drugiej wojnie światowej przepaść oddzielająca dom mody Wortha od nowych: Cardina, Diora, Balenciagi, zdawała się olbrzymia. Jego suknie wieczorowe wyprzedziły późniejsze geometryczne formy, New Look, nowe wykroje. Tylko Gabrielle Chanel oparła się falom, które kolejno zmiatały jednych krawców i wynosiły w górę innych, którzy następnie ginęli. Gdy w 1956 roku przyszedł czas, że dom mody Wortha zamknął swoje podwoje, cała Europa drżała. Na wschodzie czołgami krwawo zduszono węgierską rewoltę. Armia Czerwona zgniotła nadzieje, wieszając, deportując i masakrując naród.

We Francji najczęściej kupowano odbiorniki telewizyjne. Media zajęły się przygotowaniami do ślubu prześlicznej Amerykanki Grace Kelly z księciem Monako Rainerem III. Zaprojektowaną przez amerykańską krawcową Helen Rose suknię przyszłej księżnej Monako wkrótce miały ujrzeć miliony telewidzów. Zamiłowanie do przyjemności jak zawsze zwyciężyło nad poważnymi sprawami. Ze ściany w wielkim biurze, które właśnie zamknął Gaston Worth, spoglądał na niego z portretu ojciec. Francuska haute couture winna mu była wielki szacunek. Bez niego po prostu by nie istniała.

Talent nie ma ani wieku, ani swego czasu. I to odróżnia go od mody.

5 Emil Zola, Zdobycz, tłum. Krystyna Dolatowska, Warszawa, PIW, 1956.

6 Pauline de Metternich, Je ne suis pas jolie, je suis pire, Paris, Le Livre de Poche, coll. „La lettre et la plume”, 2010.

7 Ibid.

8 Émile i Isaac Pereire byli bankierami, którzy przyczynili się do modernizacji Paryża kierowanej przez Hausmanna [przyp. tłum.].

9 Marie Bashkirtseff, Journal 1877–1879, Paris, L’Age d’homme, 1999.

10 Pauline de Metternich, op. cit.

11 François Joseph Talma (1763–1826) – francuski aktor, który grał w największych sztukach „Comédie-Française”. Był pierwszym, który pojawił się na scenie bez peruki.

12 Emil Zola, op. cit.

13 Maxime Du Camp, Souvenir d’un demi-siècle, Paris, Hachette, 1949.

14 Madeleine Chapsal, La chair de la robe, Paris, Fayard, 1989.

15 Madeleine Chapsal, op. cit.

Rozdział 2

Tajna broń Madeleine Vionnet

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ II

Rozdział 3

Szczęścia i nieszczęścia magika nazwiskiem Poiret

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 4

Wynalezienie reklamy: Elsa Schiaparelli

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ III

Rozdział 5

Od Balenciagi do Zary: Hiszpania z alkowy wychodzi na ulicę

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 6

Od Christiana Diora do Johna Galliana: i Dior stworzył kobietę

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 7

Yves Saint Laurent, czyli powstanie mitu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zdjęcia dostępne w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ IV

Rozdział 8

Jak Anglia przeszła od mężczyzn do kobiet: rewolucja Mary Quant, Vivienne Westwood i Stelli McCartney

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 9

Prestiż w torebce: przepustka do mody

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ V

AMERYKAŃSKI SEN

Rozdział 10

Nowy WASP: Ralph Lauren

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 11

I Ameryka odkryła... seks: Calvin Klein

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 12

Diane von Furstenberg: Feniks w portfelowej sukience

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ VI

Rozdział 13

Sztuka wojownika: Issey Miyake

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 14

Yohji Yamamoto: nożyce, które pozbawiły kompleksów haute couture

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 15

Czarna burza: Rei Kawakubo

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Bibliografia