Sekrety małżeństwa - Julia Quinn - ebook
Opis

Sir Richard Kenworthy musi w ciągu dwóch tygodni znaleźć w Londynie narzeczoną i wziąć z nią ślub. W tej sytuacji nie ma zbyt wysokich wymagań. Kiedy podczas wieczoru muzycznego w pewnym domu dostrzega Iris Smythe-Smith, jest przekonany, że spotkał właściwą pannę.

Iris jest wykształconą, ładną dziewczyną, ma poczucie humoru, a na dodatek gra na wiolonczeli. Należy do kobiet, których mężczyźni nie zauważają od razu. Pogodziła się z tym, więc kiedy Richard Kenworthy zaczyna o nią zabiegać z zastanawiającą energią, robi się podejrzliwa.

Gdy sir Richard wikła ją w szczególnie bolesny skandal, jest pewna, że on coś ukrywa. Nie potrafi wytłumaczyć sobie jego zachowania, a jest ono coraz bardziej intrygujące. Przeczuwa tajemnicę i nawet nie spodziewa się, jak jej przeczucie się spełni…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Halina Lisińska

Anna Raczyńska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Oliver Sved/iStock/Thinkstock

Tytuł oryginału

The Secrets Of Sir Richard Kenworthy

Copyright © 2015 by Julie Cotler Pottinger

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5679-5

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Dla Tillie, siostry mojego serca.

I

1

Pleinsworth House, Londyn, wiosna 1825

Było prawdą powszechnie znaną – by posłużyć się cytatem z książki, którą jego siostra przeczytała dwa tuziny razy – że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony[1].

Sir Richard Kenworthy nie posiadał wielkiego majątku, jednak był samotny. Zaś co do ożenku…

A to już bardziej skomplikowana sprawa.

W jego przypadku określenie „brak do szczęścia” nie wydawało się właściwe. Bo kto potrzebuje do szczęścia żony? Jak przypuszczał, człowiek zakochany. Jednak on zakochany nie był ani teraz, ani nigdy przedtem i nie spodziewał się, by coś podobnego miało wkrótce nastąpić.

Nie żeby z gruntu sprzeciwiał się tej idei. Po prostu brakowało mu na to czasu.

Z drugiej strony, żona…

Wiercąc się na krześle, zerknął do programu, który trzymał w ręku.

Serdecznie witamy

na XIX Dorocznym Wieczorze Muzycznym Rodziny Smythe-Smith

z udziałem świetnie przygotowanego kwartetu:

skrzypce, drugie skrzypce, wiolonczela i fortepian

Miał złe przeczucia.

– Jeszcze raz dziękuję, że zechciałeś mi towarzyszyć – powiedział Winston Bevelstoke.

Richard przyjrzał mu się sceptycznie.

– Częstotliwość twoich podziękowań – zauważył – nieco mnie niepokoi.

– Jestem znany z nienagannych manier – odparł Winston, wzruszając ramionami. Zawsze tak robił. Właściwie większość wspomnień Richarda o przyjacielu wiązała się z jakimś wymownym „cóż-mogę-rzec”.

– To naprawdę bez znaczenia, czy zdam egzamin z łaciny. Jestem drugim synem. – Wzruszenie ramion.

– Zanim znalazłem się na brzegu, łódź wywróciła się już do góry dnem. – Wzruszenie ramion.

– Jak to w życiu bywa, najlepszym rozwiązaniem jest obwinianie siostry. – Wzruszenie ramion. (A również złośliwy, szeroki uśmiech).

Dawniej Richard przejawiał taką samą beztroskę. I prawdę mówiąc, bardzo by chciał znowu móc nie traktować życia poważnie.

Ale – o czym już była mowa – brakowało mu czasu. Miał dwa tygodnie. No, powiedzmy, trzy. A cztery to już absolutnie ostateczny termin.

– Znasz którąś z nich? – zapytał.

– To znaczy?

Richard uniósł program.

– Którąś z muzykujących dam.

Winston odchrząknął. Jego spojrzenie z poczuciem winy ześlizgnęło się w bok.

– Wahałbym się przed nazwaniem tego muzyką…

Richard spojrzał w stronę sceny, przygotowanej w sali balowej Pleinsworth House.

– Znasz je? – powtórzył. – Zostałeś im przedstawiony? – Dobrze było przyjacielowi robić, jak zwykle, zagadkowe uwagi, ale on przyszedł tu w określonym celu.

– Dziewczęta Smythe-Smithów? – Winston wzruszył ramionami. – Większość znam. Pozwól, że zerknę, kto gra w tym roku? – Popatrzył na swój program. – Przy fortepianie lady Sarah Prentice… Dziwne, przecież ona jest mężatką.

Do diaska!

– Zwykle są tylko panny – wyjaśnił Bevelstoke. – Co roku gnane do występów. Kiedy już wyjdą za mąż, wycofują się.

Richard doskonale o tym wiedział. Prawdę mówiąc, głównie dlatego zgodził się uczestniczyć w familijnym wieczorze muzycznym. I bynajmniej nikogo nie mogło to dziwić. Kiedy nieżonaty dwudziestosiedmioletni dżentelmen po trzech latach nieobecności zjawia się ponownie w Londynie… Nie trzeba być swatającą matką, by pojąć, co to oznacza.

Tyle że nie przewidywał takiego pośpiechu.

Z pochmurną miną obrzucił spojrzeniem fortepian. Instrument wyglądał na solidnie wykonany. Kosztowny. Zdecydowanie porządniejszy niż ten, który on miał u siebie, w Maycliffe Park.

– Kto jeszcze? – mruknął Winston, czytając elegancko wydrukowane nazwiska. – Panna Daisy Smythe-Smith na skrzypcach. Uhm, poznałem ją. Okropna.

Po dwakroć do diaska!

– A czego jej brakuje? – spytał Richard.

– Poczucia humoru. Co nie byłoby jeszcze najgorsze, skoro i wszystkim pozostałym daleko do bycia duszami towarzystwa. Chodzi o to, że u niej to takie… mało subtelne.

– Jak można mieć mało subtelny brak poczucia humoru?

– Nie wiem – przyznał Winston. – Ale ona ma. Za to jest bardzo ładna. Jasne, sprężyste loki i tak dalej. – Gestem koło ucha przedstawił tę blond sprężystość, sprawiając, że Richard zaczął się zastanawiać, jakim cudem ruch dłoni przyjaciela tak wyraźnie nie dotyczył ciemnych włosów.

– Lady Harriet Pleinsworth, również na skrzypcach – ciągnął Winston. – Nie wydaje mi się, byśmy zostali sobie przedstawieni. To musi być młodsza siostra lady Sarah. Świeżo ze szkolnej ławy, jeśli pamięć mnie nie zawodzi. Nie może mieć wiele więcej niż szesnaście lat.

Po trzykroć do diaska! Czyżby należało w tej chwili po prostu wyjść?

– I na wiolonczeli… – Winston przesuwał palcem po obfitym tekście programu, dopóki nie znalazł właściwego miejsca. – Panna Iris Smythe-Smith.

– A jej czego brakuje? – zapytał Richard. Bo wydawało mu się mało prawdopodobne, by tym razem wszystko było w porządku.

Bevelstoke wzruszył ramionami.

– Niczego. O ile mi wiadomo.

Co zapewne oznaczało, że w wolnym czasie panna Iris lubi jodłować. Kiedy akurat nie ćwiczy się w sztuce wypychania zwierząt.

Na krokodylach.

Doprawdy, on zawsze miał szczęście.

– Jest bardzo blada – dodał Winston.

Richard obrzucił go czujnym spojrzeniem.

– A to coś złego?

– Oczywiście, że nie. Po prostu… – Winston przerwał, marszcząc w skupieniu brwi. – No cóż, prawdę powiedziawszy, mniej więcej tyle potrafię sobie o niej przypomnieć.

Jego przyjaciel powoli skinął głową i powędrował wzrokiem do wspartej na stojaku wiolonczeli. Również wydawała się kosztowna. Choć, rzecz jasna, Richard nic nie wiedział na temat produkcji wiolonczel.

– Skąd ta nagła ciekawość? – zagadnął Bevelstoke. – Wiem, że palisz się do ożenku, ale na pewno jesteś w stanie znaleźć lepszą partię niż jakaś panna Smythe-Smith.

Jeszcze dwa tygodnie temu mogło tak być w istocie.

– A poza tym chyba potrzebujesz kogoś z posagiem?

– Wszyscy potrzebujemy kogoś z posagiem – odparł Richard ponuro.

– Co prawda, to prawda. – Chociaż Winston Bevelstoke był synem hrabiego Rudland, ale drugim synem. I nic nie wskazywało, by miał odziedziczyć imponujący majątek. Zwłaszcza że jego starszy brat cieszył się dobrym zdrowiem, a w dodatku spłodził dwóch potomków. – Ta smarkata Pleinsworthówna pewnie dostanie z dziesięć tysięcy – dodał, znów obrzucając program pełnym namysłu spojrzeniem. – Ale jak już mówiłem, jest dość młoda.

Richard się skrzywił. Nawet on stawiał sobie jakieś granice.

– A kwieciste panienki…

– Kwieciste?

– Iris i Daisy – wyjaśnił Winston. – Ich siostry to Rose i Marigold[2]. I nie mogę sobie przypomnieć, co jeszcze. Tulipan? Dzwoneczek? Biedactwo, miejmy nadzieję, że nie Chryzantema.

– Moja siostra ma na imię Fleur[3] – nie omieszkał nadmienić Richard.

– I urocza z niej dziewczyna – gładko wybrnął Winston, chociaż w życiu panny Kenworthy nie widział.

– Zacząłeś mówić, że…

– Tak? Ach, faktycznie. Kwieciste panienki. Nie mam pewności, jak u nich z wianem, ale nie może być tego dużo. Zdaje się, że tam jest pięć córek. – Wargi Winstona ściągnęły się w bok, kiedy to rozważał. – A może nawet więcej.

Co niekoniecznie musi oznaczać skromny posag, pomyślał Richard, bardziej wiedziony nadzieją niż czymkolwiek innym. Ta gałąź rodziny Smythe-Smith była mu mało znana – prawdę mówiąc, wszystkie jej gałęzie były mu mało znane. Wiedział tylko, że Smythe-Smithowie skrzykują się co roku, wyłaniają ze swego grona cztery wykonawczynie i urządzają u siebie koncerty, w których większość jego znajomych uczestniczy bardzo niechętnie.

– Weź to – odezwał się nagle Winston, podając mu dwa zwitki waty. – Podziękujesz później.

Richard wpatrywał się w przyjaciela, jakby ten postradał rozum.

– Do uszu – dodał tytułem wyjaśnienia Bevelstoke. – Zaufaj mi.

– Zaufaj? Takie słowo z twoich ust przyprawia mnie o dreszcze.

– Tym razem – odparł Winston, napychając uszy watą – naprawdę nie przesadzam.

Richard dyskretnie rozejrzał się po sali. Winston nie czynił żadnych wysiłków, by ukryć swoje działania, chociaż z pewnością zatykanie uszu na koncercie musiało zostać uznane za grubiaństwo. Jednak chyba niewiele osób zwróciło na to uwagę, a na twarzach tych, którzy zwrócili, malowała się raczej zazdrość niż potępienie.

Zatem, wzruszywszy ramionami, sir Kenworthy poszedł w ślady swego sąsiada.

– Co za szczęście, że tu jesteś. – Bevelstoke przechylił się w jego stronę, żeby Richard mógł go dosłyszeć przez kłębki waty. – Nie wiem, czybym to zniósł bez wsparcia.

– Wsparcia?

– Towarzystwa nieszczęsnych kawalerów do wzięcia – zażartował Winston.

Towarzystwo nieszczęsnych kawalerów do wzięcia? Richard przewrócił oczami.

– Niech Bóg cię ma w swojej opiece, jeśli podchmielony próbujesz wydawać osądy.

– Och, i ty wkrótce będziesz miał tę przyjemność – odciął się Winston i palcem wskazującym uchylił kieszeń fraka dość szeroko, by ukazać małą metalową flaszkę.

Kenworthy wytrzeszczył oczy. Nie był świętoszkiem, lecz nawet on wiedział, że nie należy jawnie popijać podczas muzycznych popisów młodych dziewcząt.

A potem się zaczęło.

Po minucie Richard uświadomił sobie, że dopycha watę w uszach. Nim pierwsza część utworu dobiegła końca, poczuł bolesne pulsowanie żyły na skroni. Jednak dopiero przy długiej solowej partii skrzypiec dotarła do niego cała powaga sytuacji.

– Piersiówka – niemal wydyszał.

Musiał Winstonowi przyznać, że ten nawet nie uśmiechnął się z przekąsem.

Pociągnął długi łyk. Zawartość flaszki okazała się grzanym winem, jednak odrobinę uśmierzyła ból.

– Możemy wymknąć się podczas przerwy? – szepnął.

– Nie ma przerw.

Richard ze zgrozą wlepił wzrok w program. Nie był muzykiem, ale one niewątpliwie musiały wiedzieć, że to, co robią… że ten tak zwany koncert…

To był po prostu zamach na ludzką godność.

Według programu cztery damy na prowizorycznej scenie wykonywały właśnie koncert fortepianowy Wolfganga Amadeusza Mozarta. Jednak zdaniem Richarda określenie „fortepianowy” powinno oznaczać prawdziwą grę na fortepianie. Tymczasem siedząca przy tym instrumencie młoda kobieta wydobywała zeń zaledwie połowę wymaganych tonów, a może i to nie. Nie widział jej twarzy, ale ze sposobu, w jaki pochylała się nad klawiaturą, można było wnosić, że jest pianistką bardzo skupioną.

Aczkolwiek niezbyt wprawną.

– To ta bez poczucia humoru – szepnął Winston, wskazując głową jedną ze skrzypaczek.

Aha, panna Daisy. Dziewczyna z podrygującymi blond lokami. Spośród czterech wykonawczyń wyraźnie najbardziej pewna swego talentu. Kiedy smyczek sunął po strunach, jej ciało nachylało się i kołysało jak u wytrawnego wirtuoza. Te ruchy wydawały się nieomal hipnotyzujące. Osoba głucha, jak przypuszczał Richard, mogłaby uznać, że Daisy jest całkowicie zjednoczona z muzyką.

Podczas gdy była zjednoczona wyłącznie z hałaśliwymi dźwiękami.

Co do drugiej skrzypaczki… Czy tylko on dostrzegł, że nie umiała czytać nut? Patrzyła wszędzie, tylko nie na swój pulpit; od początku koncertu nie przełożyła nawet jednej strony. Przygryzając przez cały czas wargę, rzucała gorączkowe spojrzenia na pannę Daisy i próbowała naśladować jej ruchy.

Została mu tylko wiolonczelistka. Oczy Richarda spoczęły na niej, kiedy przeciągała smyczkiem po długich strunach swego instrumentu. Niezwykle trudno było dosłyszeć jej grę wśród zgiełku, który robiły obie skrzypaczki, ale czasami niski, żałobny ton wymykał się temu szaleństwu i Richard, chcąc nie chcąc, pomyślał:

Jest całkiem niezła.

W pewnej chwili zdał sobie sprawę, że ona go fascynuje – ta starająca się ukryć za pudłem wiolonczeli drobna kobieta. Przynajmniej wiedziała, jakie są beznadziejne. Jej męki były dotkliwe i wyraźne. Za każdym razem, gdy docierała do pauz w partyturze, zdawała się wewnętrznie kulić, jak gdyby mogła zmniejszyć się do zera i pstryk! zniknąć.

Była to panna Iris Smythe-Smith, jedna z kwiecistych panienek. Wydawało się wprost niewiarygodne, że istniało bliskie pokrewieństwo między nią a rozkosznie niczego nieświadomą złotowłosą Daisy, która ze skrzypcami w ręku nadal wyginała się na wszystkie strony.

Iris. Dziwne imię dla równie niepozornej osóbki. Zawsze uważał irysy za najbardziej olśniewające kwiaty, z tymi ich głębokimi fioletami i błękitami. A tymczasem ta dziewczyna była tak blada, że niemal bezbarwna. Włosy miała o odcień zbyt rude, by pełnoprawnie nazwać ją blondynką, a jednak określenie „rudoblond” też nie pasowało. Ze swego miejsca w połowie salonu nie widział jej oczu, jednak przy tej kolorystyce również musiały być jasne.

Była dziewczyną z rodzaju tych, których można nie zauważyć.

A jednak Richard nie potrafił oderwać od niej wzroku.

W końcu to koncert, powiedział sobie. Więc gdzie niby miał patrzeć?

Poza tym skupienie się na jedynej nieruchomej sylwetce w jakiś sposób działało kojąco. Muzyka tak bardzo drażniła mu nerwy, że czuł zawroty głowy za każdym razem, kiedy tylko spojrzał w inną stronę.

O mało nie zachichotał. Iris Smythe-Smith z połyskującymi, jaśniutkimi włosami i zbyt wielką dla tak drobnej osóbki wiolonczelą stała się jego wybawicielką.

Sir Richard Kenworthy nie wierzył w znaki, ale ten przyjął za dobrą wróżbę.

Dlaczego on tak się gapi?

Wieczór muzyczny był wystarczającą udręką – co Iris mogła przewidzieć, jako że już po raz trzeci została wypchnięta na scenę i zmuszona do ośmieszania się przed starannie dobranym londyńskim towarzystwem. Publiczność na koncertach Smythe-Smithów zawsze stanowiła interesującą mieszankę. A więc po pierwsze rodzina; chociaż w pełnej okazałości, ale podzielona na dwie odrębne grupy: matki i całą resztę.

Matki wpatrywały się w scenę z rozanielonymi uśmiechami, głęboko przeświadczone, że ich córki, dzięki prezentacji wybornych muzycznych talentów, wzbudzają zazdrość wszystkich panien ze swojej sfery.

– Jakie znakomite – zachłystywała się rok w rok Maria Smythe-Smith. – Jakie dystyngowane.

Jakie ślepe, odpowiadała jej w duchu Iris. Jakie głuche.

Gdy zaś szło o pozostałych Smythe-Smithów – mężczyzn, ale też większość kobiet, które już złożyły ofiarę na ołtarzu muzycznej niekompetencji – zaciskali oni zęby i starali się zapełniać widownię, by tym sposobem ograniczyć zasięg upokorzenia.

Ich rodzina była cudownie płodna, więc pewnego dnia, zgodnie z modłami Iris, miała szansę osiągnąć rozmiary wykluczające zapraszanie kogokolwiek spoza grona krewnych. Iris już słyszała samą siebie, jak mówi: „Mamo, po prostu nie ma aż tylu miejsc”.

Niestety, potrafiła również usłyszeć, jak matka poleca sekretarzowi ojca, by wynajął salę koncertową.

Co do reszty audytorium, wiele osób przychodziło każdego roku. Kilka z nich, zdaniem Iris, by okazać gospodarzom życzliwość. Niektórzy zjawiali się tylko dla śmiechu. No i były jeszcze te Bogu ducha winne ofiary, najwyraźniej żyjące w głębokiej nieświadomości. Na dnie oceanu.

Albo na innej planecie.

Iris nie umiała sobie wyobrazić, jakim cudem dotychczas nie słyszeli o muzycznych wieczorach u Smythe-Smithów albo – bardziej konkretnie – nie zostali przed nimi ostrzeżeni. A jednak co roku pojawiało się parę nowych zbolałych twarzy.

Jak ten mężczyzna w piątym rzędzie. Dlaczego on tak się gapi?

Była absolutnie pewna, że nigdy przedtem go nie widziała. Miał ciemne włosy z rodzaju tych, które kręcą się, kiedy pogoda jest bardzo mglista, a jego rysy odznaczały się subtelną elegancją, całkiem przyjemną dla oka.

Jest przystojny, uznała Iris, chociaż nie powalająco przystojny.

Zapewne nie był wysoko utytułowany. Jej matka bardzo skrupulatnie podchodziła do towarzyskiej edukacji córek. Niewiarygodne, by istniał nieżonaty arystokrata poniżej trzydziestki, którego Iris i jej siostry nie znałyby chociaż z widzenia.

Może to baronet? Albo jakiś właściciel ziemski? Musiał mieć niezłe koneksje, bo w jego towarzyszu rozpoznała młodszego syna hrabiego Rudland. Byli sobie kilkakrotnie przedstawiani, co oznaczało jedynie, że jaśnie wielmożny pan Bevelstoke mógł ją poprosić do tańca, gdyby miał taką ochotę.

Ale jak dotąd nigdy nie miał.

Iris nie żywiła o to do niego urazy, a jeśli nawet, to niewielką. Rzadko się zdarzało, by podczas balu miała zajętych więcej niż połowę tańców. Jednak lubiła obserwować wir zabawy. Niejednokrotnie zastanawiała się, czy największe gwiazdy w ogóle zauważają, co się wokół nich dzieje. Czy ktoś, kto jest zawsze w oku przysłowiowego cyklonu, potrafi dostrzec ukośne linie zacinającego deszczu albo poczuć przenikliwy chłód wiatru?

Może i podpierała ściany. To żaden wstyd. Zwłaszcza jeśli lubiła je podpierać. Otóż właśnie, niektóre…

– Iris – usłyszała syknięcie. Jej kuzynka, Sarah, nagląco zerkała na nią znad klawiatury fortepianu.

O, do diabła, przegapiła swoje wejście!

– Przepraszam – mruknęła, chociaż zapewne nikt tego nie dosłyszał.

Nigdy się nie spóźniała. Nawet jeśli pozostałe wykonawczynie były tak porażające, że w zasadzie nie miało żadnego znaczenia, czy włączyła się we właściwym momencie, czy też nie. Dla niej była to zasadnicza kwestia.

Bo ktoś musiał zagrać, jak należy.

Przez następnych kilka stron partytury pilnie zajmowała się swoim instrumentem, usiłując nie zwracać uwagi na Daisy, która nadal krążyła po całej scenie. Jednak gdy dla wiolonczeli nastała kolejna dość długa przerwa, Iris znowu uległa pokusie, by podnieść oczy.

On nadal ją obserwował.

Miała coś na sukience? We włosach? Dotknęła ich bezwiednie, niemal się spodziewając, że trafi palcami na jakąś gałązkę.

I nic.

Teraz była już po prostu zła. Nieznajomy próbował się z nią drażnić. To jedyne wytłumaczenie. Co za niewychowany prostak. I idiota. Naprawdę sądził, że jest w stanie zirytować ją bardziej niż jej własna siostra? Żeby przebić Daisy w skali uciążliwości na miarę siódmego kręgu piekieł, potrzeba by chyba Minotaura grającego na akordeonie.

– Iris!

– Och! – mruknęła ze złością. Znów nie zauważyła swego wejścia. Chociaż, doprawdy, kim była Sarah, żeby się uskarżać? W drugiej części przeskoczyła całe dwie strony.

Odnalazłszy w partyturze właściwe miejsce, Iris włączyła się do gry, stwierdzając z ulgą, że koniec koncertu już blisko. Pozostało jej jeszcze tylko wydobyć z wiolonczeli ostatnie tony, dygnąć, jak gdyby wszystko to czyniła z własnej woli, i zdobyć się na uśmiech podczas wymuszonych oklasków.

A potem mogła już wyłgać się bólem głowy, wrócić do domu, zamknąć za sobą drzwi, usiąść z książką i ignorując zachowanie siostry, udawać, że za rok nie będzie tak samo.

Chyba że do tego czasu zostałaby czyjąś żoną.

To była jedyna droga ucieczki. W rodzinie Smythe-Smithów każda osoba stanu wolnego (oraz płci żeńskiej, oczywiście) musiała dołączyć do kwartetu, kiedy powstawał wakat związany z instrumentem, który sobie wybrała. I musiała grać, dopóki nie stanęła na ślubnym kobiercu.

Tylko jednej z kuzynek udało się wyjść za mąż, zanim wypchnięto ją na scenę, a to dzięki spektakularnemu połączeniu szczęścia i sprytu. Otóż Frederica Smythe-Smith, obecnie pani Frederica Plum, uczyła się gry na skrzypcach, dokładnie tak samo jak jej starsza siostra Eleanor. Jednak Eleanor, by użyć słów matki Iris, „nie miała wzięcia”. Prawdę mówiąc, grała w kwartecie przez rekordowe siedem lat, zanim szczerze pokochała pewnego poczciwego wikarego, który miał na tyle rozsądku, by odpowiedzieć jej tym samym. Iris dosyć lubiła Eleanor, nawet mimo że kuzynka uważała się za znakomitą artystkę. (Którą nie była).

Natomiast Frederica… Opóźniony sukces siostry na małżeńskim targowisku oznaczał, że kiedy ona debiutowała, krzesło skrzypaczki było wciąż jeszcze zajęte. A że zrobiła wszystko, by możliwie najszybciej znaleźć męża…

To już należało między bajki włożyć, przynajmniej zdaniem Iris.

Obecnie kuzynka mieszkała na południu Indii, co niewykluczone, że miało jakiś związek z tamtym koncertowym unikiem. Od lat nikt z rodziny jej nie widział, chociaż czasami docierał do Londynu list przynoszący wieści o upałach i korzennych przyprawach, a zdarzało się, że i o słoniach.

Iris nienawidziła gorąca i niespecjalnie lubiła pikantne dania, ale kiedy siedziała w sali balowej Pleinsworth House i próbowała udawać, że tych pięćdziesiąt osób nie widzi, jak ona robi z siebie pośmiewisko, uparcie nachodziła ją myśl, że Indie mogą być całkiem przyjemnym miejscem.

W sprawie słoni nie wyrobiła sobie jeszcze opinii.

Może w tym roku zdołałaby znaleźć męża? Prawdę mówiąc, przez ostatnie dwa lata, czyli odkąd zaczęła bywać, nie starała się za bardzo. Jednak jak miała się starać, skoro nikt – czemu trudno było zaprzeczyć – nie zwracał na nią uwagi.

Z wyjątkiem (tu podniosła wzrok i natychmiast opuściła) tego obcego mężczyzny w piątym rzędzie. Dlaczego on tak jej się przyglądał?

To nie miało sensu. A Iris – nawet bardziej niż ośmieszenia – nie cierpiała rzeczy, które nie miały sensu.

2

Dla Richarda było absolutnie jasne, że panna Iris Smythe-Smith planuje czmychnąć przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie rzucało się to w oczy, ale obserwował niechętną wiolonczelistkę już tak długo, że praktycznie stał się ekspertem od jej min i gestów.

Należało szybko działać.

– Przedstaw nas sobie – zwrócił się do Winstona, wskazując mu ją dyskretnie.

– Naprawdę?

Richard szorstko skinął głową.

W odpowiedzi Winston wzruszył ramionami, wyraźnie zaskoczony, że przyjaciela zainteresowała akurat bezbarwna panna Smythe-Smith. Lecz jeśli nawet był ciekaw powodów, to poza tym początkowym zdziwieniem nie pokazał już nic po sobie. Natomiast zaczął przepychać się przez tłum, manewrując na swój zwykły zręczny sposób. Kobieta, o którą im chodziło, stała w pobliżu drzwi. Może i czuła się zakłopotana, ale bystrym wzrokiem obserwowała salę, gości i ich wzajemne relacje.

Wybierała moment ucieczki. Richard był tego pewien.

Jednak jej plany zostały pokrzyżowane. Zanim zdążyła ruszyć do wyjścia, stanął przed nią Winston Bevelstoke.

– Panno Smythe-Smith – zagadnął zarazem wesoło i uprzejmie. – Co za przyjemność znowu panią widzieć.

Iris nieufnie dygnęła. Najwyraźniej jej znajomość z Winstonem nie była tego rodzaju, by uprawniać do równie ciepłych powitań.

– Panie Bevelstoke – wymamrotała.

– Pozwoli pani, że przedstawię mego dobrego przyjaciela. Sir Richard Kenworthy.

Richard się ukłonił.

– Bardzo mi miło panią poznać – powiedział.

– Mnie także.

Oczy, jak już wcześniej zdążył się domyślić, miała jasne. Jednak widząc jej twarz wyłącznie w blasku świec, nie potrafił rozeznać koloru. Szare albo może niebieskie, otoczone rzęsami tak bladymi, że byłyby niewidoczne, gdyby nie ich nadzwyczajna długość.

– Moja siostra przesyła pozdrowienia – odezwał się znowu Winston.

– Tak, ona zwykle bywa – szepnęła panna Smythe-Smith z ledwie zauważalnym uśmiechem. – To bardzo uprzejmie z jej strony.

– Och, nie sądzę, żeby uprzejmość miała tu coś do rzeczy – odparł miło.

Panna Smythe-Smith uniosła jaśniutkie brwi i utkwiła w nim wzrok.

– A ja sądzę, że uprzejmość ma tu do rzeczy bardzo wiele.

Richard był skłonny przyznać jej rację. Nie potrafił sobie wyobrazić innego powodu, by siostra Winstona naraziła się na udział w takim wydarzeniu więcej niż raz w życiu. Jednak podziwiał przenikliwość, jaką objawiła w tej kwestii Iris.

– Przysłała mnie w swoim zastępstwie – ciągnął niezrażony Winston. – Powiedziała, że byłoby nie do pomyślenia, aby naszej rodziny w tym roku nikt nie reprezentował. – Zerknął na przyjaciela. – Stanowczo przy tym obstawała.

– Proszę przekazać siostrze moje wyrazy wdzięczności. A teraz panowie wybaczą, ale muszę…

– Czy mogę zadać jedno pytanie? – wpadł jej w słowo Richard.

Iris, która odwracała się już w stronę drzwi, zastygła w pół ruchu i ze zdumieniem popatrzyła na sir Kenworthy’ego. To samo uczynił Winston.

– Oczywiście – odparła cicho, ale jej oczy nie wydawały się aż tak łagodne, jak ton głosu. Była dobrze wychowaną młodą damą, a nowy znajomy baronetem. Nie mogła odpowiedzieć mu inaczej i obydwoje świetnie zdawali sobie z tego sprawę.

– Od jak dawna gra pani na wiolonczeli? – Richard rzucił bez zastanowienia pierwsze pytanie, które przyszło mu do głowy i dopiero, gdy padło, uświadomił sobie, jak bardzo jest niegrzeczne. Przecież Iris wiedziała, że grały okropnie i że on musi myśleć to samo. Drążenie kwestii jej muzycznego wykształcenia było po prostu okrucieństwem.

Ale działał pod presją. Nie mógł pozwolić, by panna Smythe-Smith odeszła. A przynajmniej, by odeszła bez chwili rozmowy.

– Ja… – zająknęła się Iris i Richard poczuł, że się zaplątał. Przecież nie miał zamiaru… Och, diabli nadali!

– Występ był czarujący – wtrącił Winston z taką miną, jakby chciał przyjaciela kopnąć.

Richard szybko zareagował, pragnąc zrehabilitować się w jej oczach.

– Chodziło mi o to, że grała pani z nieco większą wprawą niż kuzynki.

Iris zamrugała kilka razy. Psiakrew, teraz posunął się do tego, że obraził jej krewne. Jednak lepsze to niż obrazić ją samą, uznał.

I brnął dalej.

– Siedziałem niedaleko, po pani stronie sali i od czasu do czasu mogłem dosłyszeć wiolonczelę oddzielnie od pozostałych instrumentów.

– Rozumiem – odparła powoli, z pewną dozą rezerwy. Było jasne, że nie bardzo wiedziała, co myśleć o jego zainteresowaniu.

– Jest pani całkiem biegłą wiolonczelistką.

Winston popatrzył na przyjaciela z niedowierzaniem. Richard bez trudu mógł sobie wyobrazić dlaczego. W ogłuszającym hałasie nie było łatwo wychwycić dźwięki wiolonczeli i dla niewprawnego ucha występ Iris musiał być równie okropny jak cała reszta. Toteż opinia Richarda mogła wydawać się fałszywym pochlebstwem najgorszego rodzaju.

Tyle tylko, że panna Smythe-Smith wiedziała, iż naprawdę gra lepiej od swoich kuzynek. Dostrzegł to w jej oczach, kiedy zareagowała na jego słowa.

– Wszystkie uczyłyśmy się od dzieciństwa – odparła.

– Oczywiście.

Można było się spodziewać, że tak powie. Nie miała zamiaru oczerniać rodziny przed obcymi.

Zaległo niezręczne milczenie. Panna Smythe-Smith znów uśmiechnęła się grzecznie z wyraźną intencją, by przeprosić towarzystwo i odejść. Jednak zanim zdążyła się odezwać, Richard zapytał:

– Skrzypaczka to pani siostra?

Winston rzucił mu zaciekawione spojrzenie.

– Jedna z nich, tak – przyznała Iris. – Ta jasnowłosa.

– Młodsza siostra?

– Owszem, o cztery lata – odparła nieco ostrzejszym tonem. – To jej pierwszy sezon, chociaż w kwartecie grała już w zeszłym roku.

– Skoro o tym mowa – wtrącił Winston, szczęśliwie wybawiając Richarda od wymyślania kolejnych wybiegów, by zatrzymać pannę Smythe-Smith – dlaczego przy fortepianie siedziała lady Sarah? Myślałem, że kwartet jest tylko dla niezamężnych dam.

– Brakowało nam pianistki. Gdyby Sarah nie zgłosiła się z pomocą, musiałybyśmy odwołać koncert.

W powietrzu zawisła oczywista wątpliwość: czyby to było naprawdę aż tak straszne?

– Mojej matce pękłoby serce – dodała Iris i Richard nie potrafił odgadnąć, jakie uczucia zabarwiły jej głos. – Tak samo ciotkom.

– Bardzo uprzejmie ze strony lady Prentice, że w potrzebie użyczyła swego talentu – oznajmił.

A wówczas jego rozmówczyni wymamrotała coś szczególnie dziwnego:

– Była nam to winna.

Sir Kenworthy wytrzeszczył oczy.

– Słucham?

– Nic takiego – odparła Iris, uśmiechając się promiennie… i fałszywie.

– O nie, muszę nalegać. – Teraz był już szczerze zaintrygowany. – Nie może pani rzucić takiej uwagi i pozostawić ją niewyjaśnioną.

Spojrzenie panny Smythe-Smith umknęło w bok. Może chciała się upewnić, czy nikt z jej rodziny nie słyszy. Albo po prostu usiłowała nie przewrócić oczami.

– To nic takiego, naprawdę. Po prostu Sarah nie grała w zeszłym roku. Wycofała się w dniu koncertu.

– Został odwołany? – Zmarszczywszy czoło, Winston próbował sobie przypomnieć.

– Nie. Wystąpiła guwernantka jej sióstr.

– Aaa, istotnie. – Pokiwał głową. – Pamiętam. Świetnie ją pamiętam. Doprawdy godne uwagi, że znała ten utwór.

– Pani kuzynka zachorowała? – zapytał Richard.

Panna Smythe-Smith już otworzyła usta, by mu wyjaśnić, co zaszło, a potem w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Był tego pewien.

– Tak – odparła zwięźle. – Dość kiepsko się czuła. A teraz proszę mi wybaczyć, ale czekają na mnie sprawy niecierpiące zwłoki.

Dygnęła, panowie ukłonili się i odeszła.

– Co to było? – zagadnął natychmiast Winston.

– To znaczy? – odparował Richard, udając, że nie wie, o co chodzi.

– Praktycznie zatarasowałeś wyjście własnym ciałem, żeby nie mogła uciec.

Richard wzruszył ramionami.

– Uznałem, że jest interesująca.

– Ona? – Winston zerknął w stronę drzwi, za którymi przed chwilą zniknęła panna Smythe-Smith. – Dlaczego?!

– Nie wiem – skłamał Richard.

Bevelstoke popatrzył na przyjaciela, potem jeszcze raz na drzwi i znowu na niego.

– Muszę powiedzieć, że nie jest typem kobiety, które dotychczas ci się podobały.

– Nie – rzucił Richard, chociaż nigdy nie myślał o swoich preferencjach w taki sposób. – Nie, nie jest.

Ale też nigdy dotąd nie musiał znaleźć sobie żony. I to w ciągu dwóch tygodni, ni mniej, ni więcej.

Następnego dnia Iris tkwiła w salonie, razem z matką i Daisy oczekując na nieuniknione wizyty. Pani Smythe-Smith nalegała, by obie córki podejmowały gości. Wszak wszyscy będą chcieli pogratulować im występu.

Iris przypuszczała, że wpadną jej zamężne siostry. I najprawdopodobniej jeszcze kilka innych pań. Tych samych, które z dobroci serca co roku zjawiały się na wieczorach muzycznych. Reszta wczorajszej publiczności będzie unikała domu Smythe-Smithów – każdego z ich domów – jak przysłowiowej zarazy. Ostatnią rzeczą, na jaką ktokolwiek miałby ochotę, było prowadzenie uprzejmej konwersacji o tej muzycznej katastrofie.

To zupełnie tak, jak gdyby skały Dover rozpadały się i waliły do morza, a w pobliżu towarzystwo zebrane przy herbacie szczebiotałoby: „Och, co za porywające widowisko. Chociaż trochę szkoda plebanii”.

Było jeszcze wcześnie. Żaden gość dotychczas nie zaszczycił pań Smythe-Smith swoją wizytą. Iris przyniosła sobie coś do czytania, ale Daisy nadal tryskała radością i triumfem.

– Myślę, że wypadłyśmy znakomicie – oświadczyła.

Starsza z sióstr oderwała oczy od książki tylko na tak długo, by powiedzieć:

– Nie, nie wypadłyśmy znakomicie.

– Może ty nie, bo chowałaś się za tą swoją wiolonczelą. Ale ja nigdy nie czułam się tak pełna życia i zestrojona z muzyką.

Iris zagryzła wargi. Mogła ripostować na tyle różnych sposobów. Te głupstwa aż się prosiły o użycie całego sarkazmu, który miała w swoim arsenale. Jednak trzymała język na wodzy. Po wieczorze muzycznym zawsze czuła się rozdrażniona i nieważne, jak bardzo irytowała ją Daisy – a irytowała, och, irytowała – to nie ona była winna, że Iris jest w takim złym humorze. W każdym razie nie tylko ona.

– Wczorajszego wieczoru przyszło tylu przystojnych dżentelmenów – paplała dalej młodsza panna Smythe-Smith. – Zauważyłaś, mamo?

Iris przewróciła oczami. Oczywiście, że ich matka zauważyła. Do jej powinności należało wypatrzenie w sali każdego wolnego mężczyzny. Chociaż nie, chodziło o coś więcej. To była misja.

– Widziałam pana St. Claira – ciągnęła Daisy. – Ależ szykownie wygląda z tym warkoczykiem.

– Nigdy się tobą nie zainteresuje.

– Nie bądź niemiła – skarciła starszą córkę Maria Smythe-Smith, po czym zwróciła się do młodszej: – Jednak Iris ma rację. Zresztą wcale byśmy sobie tego nie życzyli. To człowiek zbyt rozwiązły, jak na towarzystwo dla porządnej panienki.

– Rozmawiał z Hyacinth Bridgerton – odcięła się Daisy.

Iris zerknęła na matkę, niezmiernie ciekawa jej reakcji i szczerze mówiąc, rozbawiona. Trudno było znaleźć rodzinę popularniejszą, czy bardziej szanowaną niż Bridgertonowie, nawet jeśli Hyacinth – ich najmłodsza córka – uchodziła za istne półdiablę.

Pani Smythe-Smith zrobiła to, co zawsze, kiedy nie chciała udzielić odpowiedzi. Uniosła brwi, zniżyła podbródek i pogardliwie pociągnęła nosem.

Rozmowa była skończona. A przynajmniej ten jej wątek.

– Ale Winston Bevelstoke to nie rozpustnik. – Daisy niezwłocznie zmieniła kurs. – Siedział na samym przodzie.

Iris tylko prychnęła.

– On jest wspaniały!

– Nigdy nie twierdziłam inaczej – odparła. – Ale musi mieć koło trzydziestki. I siedział w piątym rzędzie.

Ostatnie zdanie najwyraźniej zdumiało ich matkę.

– W piątym…

– Co trudno uznać za sam przód – przerwała jej Iris. Doprawdy, nie cierpiała, kiedy ludzie opacznie ją rozumieli.

– Och, na litość boską – jęknęła Daisy – co za różnica, gdzie siedział. Liczy się, że w ogóle przyszedł.

Teoretycznie miała rację, ale przecież nie o to Iris chodziło.

– Winston Bevelstoke nigdy nie zainteresuje się siedemnastolatką – wyjaśniła siostrze.

– A dlaczego nie? Myślę, że jesteś zazdrosna.

Iris przewróciła oczami.

– Tak dalece się mylisz, że po prostu brak mi słów.

– Obserwował mnie – upierała się młodsza panna Smythe-Smith. – To, że dotychczas jest kawalerem, świadczy tylko o tym, że uważnie wybiera. Może po prostu czeka na idealną młodą damę.

Iris nabrała powietrza, dławiąc uwagę, która cisnęła się jej na usta.

– Jeśli poślubisz Winstona Bevelstoke’a – odparła spokojnie – pierwsza ci pogratuluję.

Oczy Daisy się zwęziły.

– Mamo, ona jest znów uszczypliwa.

– Nie bądź uszczypliwa, Iris – powiedziała Maria Smythe-Smith, nie odrywając wzroku od swojej robótki.

Iris skrzywiła się gniewnie. Tę matczyną reprymendę znała na pamięć.

– Kim jest dżentelmen, który wczoraj towarzyszył panu Bevelstoke’owi? Ten z ciemnymi włosami?

– On po koncercie rozmawiał z Iris – wtrąciła Daisy.

Pani Smythe-Smith utkwiła przenikliwe spojrzenie w starszej córce.

– Wiem.

– Nazywa się sir Richard Kenworthy – odparła Iris.

Jej matka uniosła brwi.

– Jestem pewna, że był po prostu uprzejmy.

– Bardzo długo był uprzejmy. – Daisy zachichotała.

Iris popatrzyła na siostrę z niedowierzaniem.

– Rozmawialiśmy przez pięć minut. Może nawet nie tyle.

– To i tak dłużej, niż większość dżentelmenów z tobą rozmawia.

– Daisy, teraz ty nie bądź niemiła – zbeształa ją matka. – Niemniej jednak muszę przyznać ci rację. Myślę, że to trwało więcej niż pięć minut.

– Wcale nie – mruknęła Iris.

Jednak pani Smythe-Smith jej nie usłyszała. Albo, co bardziej prawdopodobne, postanowiła ten protest zignorować.

– Będziemy musieli dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

Otwarte z oburzenia usta Iris przybrały kształt litery „O”. Spędziła raptem pięć minut w towarzystwie sir Richarda, a matka już knuła przeciwko temu biednemu człowiekowi.

– Nie robisz się młodsza – dodała pani Smythe-Smith.

Na twarzy Daisy wykwitł złośliwy uśmieszek.

– Świetnie – rzuciła Iris. – Następnym razem spróbuję zdobyć jego zainteresowanie na cały kwadrans. To powinno wystarczyć, żeby posłać po specjalne zezwolenie na ślub.

– Och, myślisz? – zachwyciła się Daisy. – Jakie by to było romantyczne.

Iris wytrzeszczyła na siostrę oczy. Teraz ona nie zauważyła sarkazmu?

– Każdy może wziąć ślub w kościele. – Daisy ekscytowała się coraz bardziej. – Ale specjalne zezwolenie to coś… specjalnego.

– Stąd nazwa – mruknęła Iris.

– One okropnie drogo kosztują i nie są wydawane komu popadnie.

– Wszystkie twoje siostry brały ślub, jak należy, w kościele – wtrąciła się pani Smythe-Smith. – I ty też tak go weźmiesz.

To kategoryczne stwierdzenie zakończyło rozmowę przynajmniej na pięć sekund. Bo tyle Daisy była w stanie przesiedzieć w milczeniu.

– Co czytasz? – zapytała, wyciągając szyję w stronę siostry.

– Dumę i uprzedzenie – odparła Iris, nie podnosząc oczu. Zaznaczyła jednak palcem właściwy wers. Na wszelki wypadek.

– A nie czytałaś już tego?

– To dobra książka.

– Jak książka może być na tyle dobra, żeby czytać ją dwa razy?

Iris wzruszyła ramionami, co mniej ograniczona osoba uznałaby za oznakę niechęci do dalszej rozmowy.

Ale nie Daisy.

– Wiesz, też to czytałam – oznajmiła.

– Naprawdę?

– Szczerze mówiąc, nie wydało mi się zbyt dobre.

Na te słowa Iris w końcu uniosła wzrok.

– Słucham?

– Bardzo mało realistyczne – wyraziła swoją opinię Daisy. – Naprawdę mam uwierzyć, że panna Elizabeth odrzuciła oświadczyny pana Darcy’ego?

– Co to za panna Elizabeth? – Pani Smythe-Smith wreszcie oderwała uwagę od swego haftu i powiodła wzrokiem po twarzach córek. – I kim jest pan Darcy?

– Było jasne jak słońce, że nigdy nie trafi się jej lepsza partia – ciągnęła Daisy.

– Tak właśnie mówił pan Collins, kiedy się oświadczał – odpaliła Iris. – A potem pan Darcy poprosił ją o rękę.

– Kim jest pan Collins?

– To wszystko fikcyjne postacie, mamo.

– Bardzo głupie, gdyby mnie kto pytał – dodała wyniośle Daisy. – Pan Darcy jest naprawdę bogaty. Natomiast o wianie panny Elizabeth nawet nie ma co wspominać. To że zniżył się do oświadczyn…

– On ją kochał!

– Oczywiście, że tak – odparła Daisy z irytacją. – Nie było innych przyczyn, żeby ją prosić o rękę. A Elizabeth mu odmówiła!

– Miała swoje powody.

Daisy przewróciła oczami.

– Miała dużo szczęścia, że poprosił ją jeszcze raz. I tyle.

– Myślę, że powinnam to przeczytać – powiedziała pani Smythe-Smith.

– Proszę. – Iris ogarnęło nagłe przygnębienie. Wyciągnęła tomik w stronę matki. – Możesz wziąć mój egzemplarz.

– Ale jesteś dopiero w połowie.

– Już to czytałam.

Maria Smythe-Smith sięgnęła po książkę, przerzuciła kartki do samego początku i jej wzrok spoczął na zdaniu, które Iris znała na pamięć.

„Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony”.

– Cóż, to faktycznie prawda – mruknęła pani Smythe-Smith.

Iris westchnęła, zastanawiając się, jak by tu zabić czas. Właściwie mogła pójść po inną powieść, ale tak wygodnie umościła się na sofie, że za nic nie chciało jej się ruszyć. Westchnęła więc ponownie.

– Co się dzieje? – zażądała wyjaśnień Daisy.

– Nic.

– Wzdychasz.

Iris zwalczyła chęć, by jęknąć.

– Nie każde westchnienie ma związek z tobą.

Jej siostra prychnęła, obrażona i odwróciła się. Iris zamknęła oczy. Może mogłaby uciąć małą drzemkę? Poprzedniej nocy nie spała zbyt dobrze. Nigdy dobrze nie spała po wieczorze muzycznym. Chociaż zawsze powtarzała sobie, że będzie, skoro cały rok dzielił ją od strachu przed kolejnym koncertem.

Jednak sen nie nadchodził, zwłaszcza że nie mogła powstrzymać mózgu od odtwarzania każdej chwili, każdej sknoconej nuty. Każdego wyrazu szyderstwa, litości, szoku, zdumienia na twarzach słuchaczy… Niemal potrafiła wybaczyć kuzynce jej zeszłoroczną rejteradę. Iris to rozumiała. Niech niebiosa mają ją w swojej opiece, nikt nie rozumiał tego lepiej niż ona.

A potem sir Richard Kenworthy uparł się ją poznać. O co w tym wszystkim chodziło? Nie była aż tak niemądra, by myśleć, że jest nią zainteresowany. Nie uważała się za diament pierwszej wody. Wierzyła, że pewnego dnia wyjdzie za mąż, ale jeśli tak się stanie, to nie dlatego, że oczarowała kogoś od pierwszego wejrzenia.

Nie była czarująca. Według Daisy nie miała nawet rzęs.

Nie, jeśli ktoś poprosi o rękę Iris, będą to oświadczyny z rozsądku. W końcu jakiś dżentelmen może uznać, że jest całkiem miła i docenić korzyści płynące z posiadania w rodzinie wnuczki hrabiego, choćby i ze skromnym posagiem.

I właśnie że miała rzęsy. Po prostu były bardzo jasne.

Musiała dowiedzieć się czegoś więcej o sir Richardzie. A co ważniejsze wymyślić sposób, by dokonać tego bez zwracania uwagi. Nie mogło wyglądać, że się za nim ugania. Zwłaszcza kiedy…

– Goście, madame – zaanonsował lokaj.

Iris usiadła. Czas na prawidłową postawę, pomyślała z fałszywą wesołością. Ramiona do góry, ściągnąć łopatki…

– Pan Winston Bevelstoke.

Daisy wyprostowała się i muśnięciem poprawiła suknię, ale przedtem zdążyła jeszcze rzucić siostrze spojrzenie oznaczające: „a nie mówiłam”.

– Oraz sir Richard Kenworthy.

3

Chyba wiesz – powiedział do niego Winston, gdy zatrzymali się u stóp schodów przed domem Iris – że nie wypada rozbudzać cudzych nadziei.

– A ja sądziłem, że składanie wizyty młodej damie to powszechnie przyjęty obyczaj – odparł Richard.

– Owszem. Ale tu chodzi o Smythe-Smithów.

Richard, który już zaczął wspinać się po stopniach, przystanął.

– Czy ta rodzina odznacza się czymś szczególnym? – zapytał delikatnie. – Oprócz unikalnych talentów muzycznych?

Potrzebował szybko się ożenić, ale równocześnie plotki – czy, nie daj Boże, skandal – należało ograniczyć do minimum. Jeśli Smythe-Smithowie ukrywali jakieś mroczne tajemnice, musiał mieć tego świadomość.

– Nie – odparł Winston, niepewnie kręcąc głową. – Wcale nie. Tylko… No cóż, chyba można by…

Richard czekał, kiedy przyjaciel w końcu to wykrztusi.

– Konkretnie ta gałąź rodziny Smythe-Smithów jest nieco… – Bevelstoke westchnął, niezdolny dokończyć zdania.

Przyzwoity z niego człowiek, pomyślał Richard i się uśmiechnął. Winston mógł podczas koncertu zatykać uszy watą i pociągać z piersiówki, ale nie potrafił powiedzieć złego słowa na temat kobiety, nawet gdy chodziło tylko o brak powodzenia.

– Jeśli zaczniesz się zalecać do panny Smythe-Smith, ludzie będą ciekawi dlaczego.

– Bo jestem taką dobrą partią. – W głosie Richarda zabrzmiała ironia.

– A nie jesteś?

– Nie. – Cały Winston, nigdy nie zważał na podobne rzeczy. – Nie jestem.

– Dajże spokój, nie może być aż tak źle.

– Po rozrzutnych rządach ojca ledwie zdołałem ocalić grunty Maycliffe. Jedno skrzydło domu praktycznie nie nadaje się do mieszkania. I jestem prawnym opiekunem moich sióstr. – Uśmiechnął się cierpko. – Nie, nie powiedziałbym, że ze mnie znakomita partia.

– Wiesz, że… – Jego przyjaciel zmarszczył brwi. – Dlaczego część domu nie nadaje się do mieszkania?

Richard pokręcił głową i ruszył na górę po schodach.

– Nie, naprawdę, jestem ciekaw. Ja…

Ale sir Kenworthy już opuszczał kołatkę.

– Zalanie – odparł. – Robactwo. Prawdopodobnie duch.

– Jeżeli wpadłeś w aż takie tarapaty – rzucił szybko Winston, zerkając na drzwi – potrzebny ci większy posag niż to, co zastaniesz tutaj.

– Możliwe – mruknął Richard.

Miał jednak swoje powody, dla których odszukał pannę Smythe-Smith. Iris była inteligentna; nie potrzebował długiego czasu w jej towarzystwie, żeby się o tym przekonać. I ceniła sobie rodzinę. Na pewno. Bo z jakiej innej przyczyny brałaby udział w tym nieszczęsnym wieczorze muzycznym?

Ale czy jego rodzinę mogłaby cenić na równi z własną? Tak by musiało się stać, gdyby się pobrali.

Drzwi otworzył dość tęgi lokaj i ze sztywnym ukłonem przyjął od gości bilety wizytowe. Chwilę później zostali wprowadzeni do małej, ale eleganckiej bawialni utrzymanej w odcieniach bladej żółci, złota i zieleni. Richard natychmiast zauważył Iris, która siedząc na sofie, spokojnie przyglądała mu się spod rzęs. U innej kobiety takie spojrzenie mogłoby uchodzić za zalotne – w przypadku Iris było raczej baczne. Oceniające.

Wyrabia sobie zdanie, pomyślał. Nie wiedział, co o tym sądzić. Powinien czuć się rozbawiony.

– Pan Winston Bevelstoke – zaanonsował lokaj. – Oraz sir Richard Kenworthy.

Iris, Daisy i ich matka wstały, by powitać gości, a oni, zgodnie z dobrym obyczajem, najpierw poświęcili uwagę pani domu.

– Panie Bevelstoke – przemówiła z uśmiechem Maria Smythe-Smith – nie widziałam pana całe wieki. Jakże się miewa pańska droga siostra?

– Dziękuję, doskonale – odparł Winston. – Zbliża się do końca połogu, inaczej wczorajszego wieczoru byłaby obecna. – Po czym wskazując Richarda, dodał: – Jak mniemam, nie zna pani jeszcze mojego dobrego przyjaciela. Sir Richard Kenworthy. Byliśmy razem w Oksfordzie.

Maria Smythe-Smith uśmiechnęła się uprzejmie.

– Sir Richardzie.

Kenworthy pochylił głowę.

– Pani Smythe-Smith.

– Moje młodsze córki – przedstawiła gospodyni stojące za nią dziewczęta.