Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 156 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sekrety Biblii - Prof. Anna Świderkówna

Czy naprawdę znasz Biblię? Masz ją na półce, słuchasz w niedzielę czytań, ale czy rozumiesz biblijne przesłanie?  Pismo Święte zawiera wiele tajemnic, ukrytych sensów, kodów kulturowych zaszyfrowanych w pozornie łatwym tekście. Profesor Anna Świderkówna odsłania przed czytelnikiem nieznany świat Biblii, przybliża nieprzetłumaczalne fragmenty, przedstawia konteksty kulturowe i historyczne, dzięki którym lektura Pisma Świętego staje się głębsza i pełniejsza.

Książka została przygotowana na podstawie konferencji wygłoszonych przez prof. Annę Świderkównę w Centrum Kultury Chrześcijańskiej w Krakowie w 1996 r.

Anna Świderkówna (1925–2008) – profesor Uniwersytetu Warszawskiego, historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, pisarka, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Brała udział w Powstaniu Warszawskim jako sanitariuszka. Była więźniarką niemieckiego obozu jenieckiego. Stypendystka rządu francuskiego w Instytucie Papirologii paryskiej Sorbony. Autorka wielu książek o tematyce biblijnej.

Opinie o ebooku Sekrety Biblii - Prof. Anna Świderkówna

Cytaty z ebooka Sekrety Biblii - Prof. Anna Świderkówna

Obecna konferencja, zatytułowana „Ewangelia szkołą modlitwy”, ma doniosłe znaczenie. W ten sposób troszkę jak gdyby odcinamy bardzo ważną część Nowego Testamentu, bo ograniczamy się do Ewangelii, ale ponieważ to jest bardzo bogaty temat, to takie ograniczenie tematu jest słuszne. 
tłumacze greccy z III wieku przed Chrystusem, choć byli to Żydzi aleksandryjscy świetnie znający hebrajski i grecki, całą literaturę biblijną i bardzo wiele z literatury greckiej (może właśnie trochę za wiele), przetłumaczyli to na grekę „Jestem będący”. To „który Jestem” zamienili na imiesłów. „Jestem będący”, dlaczego? Dlatego, że oni to odczytali zgodnie z filozofią grecką jako Absolut. To znaczy, że Bóg tutaj się określił jako Byt Absolutny. Św. Hieronim nie miał wyboru, musiał przetłumaczyć Ego sum qui sum – „Jestem, który Jestem”, bo po łacinie nie ma imiesłowu czasownika „być”. Potem taki został sztucznie urobiony. Św. Tomasz z Akwinu wysnuł z tych słów Bożych wspaniały obraz Bytu Absolutnego, Bytu, w którego naturze jest to, że jest. Tak, wszystko dobrze, ale kiedy wrócimy do tekstu hebrajskiego, to okazuje się, że w tych słowach „Jestem, który Jestem” tylko jedno słowo jest dobrze przetłumaczone: „który”. Po prostu dlatego, że to można było przetłumaczyć, natomiast czasownik jest nieprzetłumaczalny.
Trzeba jednak zacząć przede wszystkim od tego, że pierwsi chrześcijanie, uczniowie Jezusa, byli głęboko przekonani, że Jezus zaraz wróci, o czym łatwo przekonać się, czytając Pierwszy List do Tesaloniczan św. Pawła, list, który jest prawdopodobnie najstarszym pismem Nowego Testamentu, bo powstał około 51 roku. Widać tam, że Paweł jest zupełnie pewny, iż doczeka powtórnego przyjścia Jezusa. Nie tylko on, oczywiście, ale on także. Po drugie, mieli między sobą świadków naocznych i pisanie nie wydawało się konieczne. I wreszcie to, co jest najważniejsze i od czego zaczęłam: oni żyli w świecie tradycji ustnej.
Jednocześnie zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem. Co to znaczy? To nie znaczy, jak dawniej sobie wyobrażaliśmy, że autorzy Starego Testamentu, zwłaszcza prorocy, dokładnie widzieli Jezusa, dokładnie wiedzieli, jak On umrze itd. Tak nie jest. Paweł mówi: „zgodnie z wielkim planem Bożym, który objawia się nam w Piśmie”. To jest coś znacznie potężniejszego, prorocy nie byli jasnowidzami, proszę państwa. Owszem, dostrzegali pewne rzeczy, mówili o przyszłości także, ale często sami nie rozumieli tego, co mówią.
Tymczasem po grecku mamy trzy czasowniki w czasie przeszłym dokonanym: „umarł”, „został pogrzebany”, „ukazał się Kefasowi”. To są trzy wydarzenia, które miały miejsce w przeszłości, trzy wydarzenia, które odeszły, już ich nie ma, stało się. Natomiast czwarty czasownik „zmartwychwstał” to jest greckie perfectum, to jest pogłębiony czas teraźniejszy. I właściwie należałoby to tłumaczyć „jest zmartwychwstały, bo zmartwychwstał” albo „zmartwychwstał, dlatego jest zmartwychwstały”. Te same słowa przypisał Pawłowi rzymski prokurator Festus w rozmowie z królem Agryppą: Paweł – jak mówi Festus – o zmarłym Jezusie mówi, że żyje (por. Dz 25, 18). Ten czas teraźniejszy jest bardzo ważny, bo oddaje poczucie pierwszych gmin. Jezus jest, to nie jest przeszłość.
Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, stworzył go mężczyzną i niewiastą, a naprawdę po hebrajsku jest, że stworzył go męskim i żeńskim, co znaczy, że Bóg stworzył na swój obraz i podobieństwo nie jednego mężczyznę czy jedną kobietę, tylko stworzył ludzkość, tak żeby byli mężczyźni i kobiety.
Słowa „Boże mój, czemuś mnie opuścił!?” są wypowiedziane po aramejsku, natomiast gdyby Jezus chciał, jak niektórzy próbowali to tłumaczyć, recytować Psalm, to by recytował go po hebrajsku, bo tak wyglądały modlitwy.

Fragment ebooka Sekrety Biblii - Prof. Anna Świderkówna

Sekrety Biblii

Anna Świderkówna

Wydawnictwo M 2012

Redaktor techniczny: 

Ewa Czyżowska

Redakcja: 

Jarosław Sołtys

Korekta: 

Barbara Turnau

Fot. na okładce: 

Wojtek Druszcz / REPORTER

Okładka:

Radosław Krawczyk

© Copyright by Hanna Trippenbach-Dulska, Kazimierz Dulski

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2012

ISBN 978-83-7595-440-1

ISBN wersji cyfrowej: 978-83-7595-459-3

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail: mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

Wstęp

Pozwolą państwo, że na początku powiem kilka słów o sobie samej. Otóż jestem profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Tak dziwnie się składa, że pracuję 50 lat na uniwersytecie, a jednocześnie 50 lat temu zaczynałam studia. Tak się ułożyło, że etat na uniwersytecie dostałam na pierwszym roku studiów. Ponieważ to był pierwszy rok po wojnie, to takie cuda się działy. Jestem filologiem klasycznym, tak że greka jest moim językiem i dzięki temu mam ten przywilej, że Nowy Testament czytam w oryginale. Na starość zaczynam się uczyć trochę hebrajskiego i to mi już dużo daje. Jestem też wydawcą tekstów, wiem, co to znaczy wydawać tekst zachowany źle, starożytny. Jestem historykiem świata pogańskiego sprzed narodzenia Chrystusa, ostatnich trzech wieków przed naszą erą. I kiedy przychodzę do Jerozolimy ze świata pogańskiego, to daje mi to troszkę inną perspektywę. Ks. bp prof. Jan Szlaga, pisząc recenzję z mojej książki, napisał, że prof. Świderkówna jest wolna od gorsetu biblisty i że daje jej to możliwość wyjmowania ze starego skarbu rzeczy nowych i starych. Jestem mu bardzo wdzięczna za to stwierdzenie. Mówiąc zupełnie uczciwie, to Pan Bóg przygotował mnie do tego, co robię przez całe moje życie. Oczywiście nie będę w tej chwili państwu opowiadała mojego życia, bo nie po to się tutaj spotkaliśmy. Powiem tylko tyle, że pod koniec mojej kariery akademickiej nie mam już czasu ani możliwości zajmowania się niczym innym poza Pismem Świętym. Piszę tylko o Piśmie Świętym i mówię tylko o Piśmie Świętym, po prostu tak wielkie jest zapotrzebowanie. Tyle tytułem wstępu, żeby państwo wiedzieli, dlaczego się do tej tematyki zabieram.

Bóg stał się konkretnym człowiekiem

Chcę zacząć od słów św. Pawła, zresztą bardzo znanych słów z Listu do Galatów. Jest to tekst, który często jest czytaniem liturgicznym w święta maryjne, przynajmniej w Liturgii Godzin. „Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem” (4, 4). Proszę państwa, pan Tejkowski powiedział kiedyś, że Jezus nie był Żydem, dlatego że jest Bogiem, Bogiem, który się wcielił w uniwersalnego człowieka. Otóż nie ma takiego pojęcia jak uniwersalny człowiek. Zresztą św. Paweł mówi zupełnie wyraźnie, że ten Bóg, ten Syn Boży, zrodził się z kobiety, konkretnej kobiety. I zrodził się pod Prawem, to znaczy w świecie posłusznym Prawu Mojżeszowemu, urodził się jako Żyd. I jeszcze coś bardzo ważnego – wszyscy, przynajmniej prawie wszyscy mamy skłonność ulegać wczesnochrześcijańskiemu doketyzmowi. To była herezja, która polegała na tym, że chrześcijanom trudno było się pogodzić z faktem, iż Bóg miał umrzeć na krzyżu. Szukano więc jakiegoś wyjścia i uznano, że Bóg nie stał się naprawdę człowiekiem, tylko udawał, że jest człowiekiem, i że to nie Chrystus umarł na krzyżu, tylko jakieś ciało astralne. Tymczasem to, co jest tak nieprawdopodobnie ważne w chrześcijaństwie, co jest jedyne i zupełnie wyjątkowe, to jest właśnie to, że Bóg stał się konkretnym człowiekiem, który się urodził określonego dnia, choć nie znamy dokładnej daty urodzenia Jezusa, i według wszelkiego prawdopodobieństwa zmarł 7 kwietnia 30 roku, bo mniej prawdopodobna jest data późniejsza – 3 kwietnia 33 roku. 

Proszę państwa, chciałabym zrobić nie dygresję, tylko ilustrację do tego. Otóż w 1989 roku w Genewie zawarłam znajomość z bardzo ciekawym człowiekiem, z religioznawcą, historykiem religii greckiej, profesorem Uniwersytetu Genewskiego. Nazywał się Jean Rudhardt. To bardzo ciekawy człowiek, który był absolutnym ateistą, kiedy się zabrał do studiowania religii greckiej, jak sam przyznał we wstępie do książki wydanej wiele lat później. Był przekonany, że studia nad religią grecką utwierdzą go w ateizmie. Tymczasem stało się inaczej. Otóż jako religioznawcę uderzyło go, że w różnych religiach spotyka się z mitem bóstwa, które zstępuje do podziemia, czyli jakby umiera, i potem z tego podziemia powraca. Ale to jest zawsze mit, coś, co się dzieje całkowicie poza historią. Natomiast tylko w chrześcijaństwie mamy fakt historyczny, to znaczy mamy człowieka, konkretnego człowieka, który się urodził i umarł konkretnego dnia, w konkretnym miejscu, i który, jak wierzą Jego wyznawcy, zmartwychwstał. Otóż, proszę państwa, ta konkretność Jezusa, ta historyczność jest tym, co z jednej strony może takiego człowieka, jak ów prof. Rudhardt, zafascynować, natomiast innych niewierzących może nawet odpychać. Byliby oni być może skłonni uznać jakieś bóstwo, ale nie tego konkretnego człowieka, syna konkretnego narodu. 

Jeszcze jest jedna rzecz, o której my, pobożni chrześcijanie z kolei, też często zapominamy, otóż owo prawdziwe człowieczeństwo Jezusa. Przyczyniła się do tego stara teologia. Chodzi o przekonanie, że nowo narodzone Dzieciątko Jezus, nawet już w łonie Matki, miało wszechwiedzę Bożą. To, co teraz powiem, to nie jest moja hipoteza ani nie jest to hipoteza któregokolwiek z biblistów, tylko oficjalny dokument Papieskiej Komisji Biblijnej zatytułowany Biblia i chrystologia i opublikowany w 1984 roku. Dokument zestawia wszystko, co na podstawie Biblii wiemy o Chrystusie, co możemy powiedzieć o Chrystusie, nie wychodząc poza Pismo Święte. I tam jest powiedziane, że nie wiemy, w jakim momencie Jezus zdaje sobie sprawę ze swojego Synostwa, ale dzieje się to bardzo wcześnie, bo już 12-letni Jezus w świątyni wyraźnie o tym mówi, przeciwstawiając Józefa swojemu prawdziwemu Ojcu. To, że jest Synem – wracam tu do dokumentu Papieskiej Komisji Biblijnej – nie przeszkadza Mu być w pełni człowiekiem, który według tego samego Łukasza wzrastał w mądrości w latach i w łasce wobec Boga i wobec ludzi. Tak zyskiwał stopniowo, od dzieciństwa zapewne aż do śmierci na krzyżu, coraz jaśniejszą świadomość misji otrzymanej od Ojca. I to jest, proszę państwa, wyjaśnienie tego szczególnego zdania z Listu do Hebrajczyków: „I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał” (5, 8), to znaczy, że On stopniowo dojrzewał jako człowiek, bo był prawdziwym człowiekiem, a nie udawał tylko, że jest człowiekiem. 

A człowieczeństwo to także warunki zewnętrzne, kraj, w którym się urodził i w którym wzrastał, język, jakim mówił. Językiem Jezusa był aramejski, o czym świadczą słowa Jezusa zachowane w języku oryginalnym, przede wszystkim w Ewangelii św. Marka. Raz jest to słowo Abba w modlitwie w Getsemani, które zresztą powtarza się potem u św. Pawła w Liście do Rzymian; potem Talitha kum, „dziewczynko, wstań”; Effatha, „otwórz się”, i słowa na krzyżu Eloi, Eloi, lemasabachthani, „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił”. To jest po aramejsku, nie po hebrajsku, bo św. Mateusz już troszeczkę zmienił i napisał Eli, Eli, a to jest hebrajski wołacz. Natomiast u Marka mamy strzępy własnej mowy Jezusa, języka aramejskiego.

Świat Jezusa to jest cały sposób myślenia, świat inny od naszego, świat, który jest odległy nie tylko w czasie, ale i w sposobie myślenia. I my bez zrozumienia, bez poznania tego świata, w którym Jezus się urodził i żył, nie bardzo możemy Jego samego zrozumieć. Chociażby te aramejskie słowa. SłowoAbbato jest cała teologia w tym jednym słowie zawarta. Przypuszczam, że większość z państwa wie, o co chodzi. Po prostu to jest słowo wzięte z życia rodzinnego. Pobożni Żydzi mogli nazywać Boga Ojcem, ale Bóg był Ojcem Izraela jako ludu wybranego, był Ojcem każdego stworzenia jako Stwórca. Natomiast Jezus mówi do Boga Abba, używa słowa, jakim dziecko zwracało się do swego ojca, to jest jakby „tatusiu”, choć bez przesadnej poufałości. Dostosowała się do tego nawet biblijna greka. Tam gdzie Jezus mówi „Ojcze”, to grecka forma posługuje się mianownikiem zamiast wołaczem, ponieważ i aramejski, i hebrajski nie mają wołacza.

Uderzyło mnie, kiedy s. Kinga Strzelecka we wspomnieniach z Izraela przytacza taki moment, kiedy była w domu swoich przyjaciół Żydów i przybiegła córeczka jej przyjaciela i rzuciła się ojcu na szyję, wołając Abba! Jezus tym słowem zwracał się do swojego Ojca i już samo to świadczy o tym, że ten stosunek między Ojcem a Synem był zupełnie wyjątkowy. To się zresztą wyraża także w tym, że Jezus nigdy nie mówi „Ojciec nasz”, „Ojciec wasz”, lecz „Ojciec mój” albo po prostu „Ojciec”. Tylko kiedy dyktuje uczniom modlitwę, jaką mają odmawiać, mówi: „Będziecie mówić: Ojcze nasz”. On zawsze czyni różnicę, właśnie ta różnica wyrażona jest chyba najlepiej w tym jednym słowie Abba, w którym zawarła się cała teologia Synostwa Bożego Jezusa. Ale do tego, żeby to zrozumieć, musimy nie tylko wiedzieć coś z aramejskiego, ale i znać zwyczaje tych ludzi. Jeżeli ich nie będziemy znać, to nie zrozumiemy Jezusa.

Proszę państwa, wielokrotnie spotykamy Jezusa w synagodze, nie potrzeba podawać przykładów. Przypomnę tylko sam początek Ewangelii św. Marka (1, 14nn), ten dzień w Kafarnaum (mogę państwu powiedzieć tak zupełnie na marginesie, że dla mnie w tej chwili dzień w Kafarnaum ma inne znaczenie niż dwa miesiące temu, bo trochę więcej niż miesiąc temu tam byłam; to się zupełnie inaczej odbiera, pojmuję teraz Goethego, który powiedział, że ten, kto chce poznać poetę, powinien się udać do kraju poety). Tego dnia Jezus powołał uczniów i zaraz potem przyszedł z nimi do Kafarnaum, w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Potem ciągle w szabat zachodził do synagog i tam nauczał (por. Mk 1, 39). Mamy też scenę z Ewangelii św. Łukasza (rozdz. 4), gdzie Jezus przemawia tym razem w synagodze w Nazarecie i zachowuje się tak, jak normalnie zachowuje się pobożny Żyd. „W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę [księgi żydowskie były zawsze w postaci zwoju], znalazł miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę” (Łk 4, 16–18a). Jezus odniósł te słowa prosto do siebie, powiedział, że spełniły się na ich oczach w synagodze. Później Jezus spierał się ze swoimi przeciwnikami w Jerozolimie (por. Mt 21–22). Mamy najpierw dysputę z saduceuszami o władzę. Saduceusze to była taka arystokracja kapłańska, która z zasady była skłonna do kompromisu, pragnęła zachować przede wszystkim pokój, żeby zachować Świątynię, żeby się nic nie stało Świątyni. Uznawali oni za natchniony tylko Pięcioksiąg Mojżeszowy, może jeszcze jakieś inne księgi, ale w żadnym razie nie uznawali tych najpóźniejszych. Zadali Jezusowi pytanie dotyczące zmartwychwstania (por. Mt 22, 23nn). Przytoczyli taki śmieszny przypadek, że skoro umarło siedmiu braci i każdy z nich miał tę samą kobietę za żonę, to po zmartwychwstaniu czyją ona będzie żoną? A na to Jezus odpowiedział, że błądzą, gdyż nie znają ani Pisma, ani potęgi Boga. Przy zmartwychwstaniu nikt się nie będzie żenił, nikogo za mąż nie wydają, lecz wszyscy będą jak aniołowie w niebie. Chodzi mi o to, jakiego argumentu używa Jezus. Jezus świadomie nie wykorzystuje 12. rozdziału Księgi Daniela, która powstała w połowie II wieku przed Chrystusem i jako późna była odrzucana przez saduceuszów, lecz sięga do Pięcioksięgu, żeby użyć argumentu, który powinien do nich przemówić. I przytoczył słowa z Księgi Wyjścia (3, 6) „Ja jestem Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba” i od siebie dodał komentarz: „Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych”.

Potem naraz przyszli faryzeusze. Faryzeusze to była druga grupa. Ani jedni, ani drudzy nie byli tacy źli, jak nam się wydaje, a już faryzeusze zdecydowanie nie. Do tego, żeby zrozumieć Nowy Testament, musimy coś wiedzieć o świecie, w którym Jezus żył i nauczał. Trzeba tu powiedzieć, że faryzeusze byli różni. Talmud babiloński mówi o siedmiu grupach faryzeuszy, którym zarzuca obłudę i nazywa szarlatanami. Ale wśród tych siedmiu grup jest jedna taka, o której Talmud mówi, że to prawdziwi faryzeusze i nazywa ich faryzeuszami miłości. Jeżeli starcie między Jezusem a faryzeuszami było takie ostre, to dlatego, że Jezus był im najbliższy, a oni byli najlepiej przygotowani, żeby Jezusa przyjąć. Trzeba to dostrzegać, bo inaczej wszystko się nam w jakiś sposób wykrzywia. Słowa, którymi zaczyna się Kazanie na Górze, to błogosławieństwa. Te błogosławieństwa mają swój odpowiednik w tradycji żydowskiej. Chciałabym zatrzymać się na słowach: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić” (Mt 5, 17). My natomiast często zachowywaliśmy się tak, jakby Stary Testament, Prawo i Prorocy, cała Biblia hebrajska się nie liczyła, jakby to było nieważne. Nie zrozumiemy Nowego Testamentu, jeżeli nie będziemy mieli w sercu i w pamięci Starego. I to jest coś niesłychanie ważnego. Nie zrozumiemy Nowego Testamentu, jeżeli się nie nauczymy od naszych starszych braci Żydów sposobu patrzenia na Boga i na Jego relację do nas.

Kiedy Bóg objawia się Mojżeszowi w krzaku ognistym (por. Wj 3, 14), kiedy Mojżesz prosi Boga, żeby mu ujawnił swoje imię, to Bóg mówi Mojżeszowi, jak czytamy w naszych przekładach, „Jestem, który Jestem”. Jednakże już tłumacze greccy z III wieku przed Chrystusem, choć byli to Żydzi aleksandryjscy świetnie znający hebrajski i grecki, całą literaturę biblijną i bardzo wiele z literatury greckiej (może właśnie trochę za wiele), przetłumaczyli to na grekę „Jestem będący”. To „który Jestem” zamienili na imiesłów. „Jestem będący”, dlaczego? Dlatego, że oni to odczytali zgodnie z filozofią grecką jako Absolut. To znaczy, że Bóg tutaj się określił jako Byt Absolutny. Św. Hieronim nie miał wyboru, musiał przetłumaczyć Ego sum qui sum – „Jestem, który Jestem”, bo po łacinie nie ma imiesłowu czasownika „być”. Potem taki został sztucznie urobiony. Św. Tomasz z Akwinu wysnuł z tych słów Bożych wspaniały obraz Bytu Absolutnego, Bytu, w którego naturze jest to, że jest. 

Tak, wszystko dobrze, ale kiedy wrócimy do tekstu hebrajskiego, to okazuje się, że w tych słowach „Jestem, który Jestem” tylko jedno słowo jest dobrze przetłumaczone: „który”. Po prostu dlatego, że to można było przetłumaczyć, natomiast czasownik jest nieprzetłumaczalny. Po pierwsze, ponieważ czasownik hebrajski ma bardzo dużo form, ale nie ma czasów. To jest bardzo dziwne zjawisko. Ma tylko formę dokonaną i niedokonaną. W oryginale jest forma niedokonana, a może to być czas teraźniejszy, może być czas przyszły, może być jeszcze wiele innych rzeczy. Po drugie to nie jest „Jestem” takie jak na przykład książka „jest” na stole czy stół „jest” na podłodze. To jest taka obecność statyczna, po prostu stwierdzenie, że coś się gdzieś znajduje. Natomiast hebrajski czasownik użyty tutaj znaczy: „Jestem tu, Jestem dla was, Jestem z wami”. Jest to właściwie to samo, co Bóg powiedział Mojżeszowi nieco wcześniej: „Ja będę z tobą” (Wj 3, 12). Bo to właściwie znaczy „Jestem z tobą tutaj tym, którym z tobą będę tutaj” albo „Będę z tobą tym, który z tobą będę” czy „Będę z wami tym, który z wami będę”. Co to znaczy? To znaczy, że naród wybrany ma się uczyć, kim jest jego Bóg, z własnej historii. I tak się będzie uczył, to znaczy Bóg najpierw objawił mu się w momencie wyjścia z Egiptu, objawił się jako Zbawca. To było pierwsze. I dopiero później tych, których wyprowadził z Egiptu, ukształtował na pustyni, stworzył z nich naród. Stworzył Izraela za pośrednictwem Mojżesza. Wtedy też zaczęli stopniowo rozumieć, że Bóg jest także Stwórcą, ale po pierwsze objawił im, że jest Zbawcą. 

I to jest właśnie drugie słowo, goel, którego zupełnie nie da się przetłumaczyć. My tłumaczymy je często jako Odkupiciel. Ale goel to nie jest Odkupiciel, bo nie wykupił ich przecież. Goel zgodnie ze zwyczajowym prawem Izraela to ktoś, na kogo spada obowiązek opieki nad najbliższym krewnym. Jeżeli ktoś znalazł się w trudnej sytuacji, to na jego najbliższym krewnym ciążył obowiązek przyjścia mu z pomocą, bo był jego goelem. Jeżeli dostał się do niewoli, to jego krewny powinien go wykupić właśnie. Jeżeli ktoś został zabity, to jego krewny jako jego goel miał obowiązek pomścić jego śmierć. Nie było jeszcze prawa, nie było prokuratury, która by ścigała zabójstwo, tylko goel miał obowiązek wypełnić sprawiedliwość. To, że Bóg jestgoelem, nie oznacza dosłownie bycia odkupicielem, ale Bóg objawia się im przy wyjściu z Egiptu jako ten ich najbliższy opiekun, który poczuwa się do obowiązku opieki nad nimi. 

Bóg będzie się im objawiał we wszystkim, jak powiedział to francuski teolog YvesCongar w wielkim skrócie myślowym, co oczywiście nie śniło się autorom biblijnym, kiedy pisali słowa „Jestem, który Jestem”. „Zobaczycie Mnie, kim będę. Będę przejściem przez Morze Czerwone, będę waszą manną na pustyni, będę wężem miedzianym, będę Jezusem Chrystusem”. A ja bym powiedziała, że dla nas jedna rzecz jest ważna, której powinniśmy się uczyć od naszych starszych braci i od samego Jezusa i Jego uczniów. Powinniśmy się uczyć odczytywania przede wszystkim naszego własnego życia, to znaczy tego, że Bóg w naszym własnym życiu objawia nam się wielokrotnie, często w sposób zaskakujący, bo Bóg się objawił Izraelowi także nie tylko wtedy, kiedy wyprowadził ich z Egiptu, ale i kiedy pozwolił Nabuchodonozorowi zdobyć Jerozolimę i zburzyć Świątynię Jerozolimską; wtedy także, kiedy król grecki Antioch IV w 167 roku przed Chrystusem zarządził wielkie prześladowanie Żydów palestyńskich. To także było objawienie. Bóg nam się objawia na każdym kroku naszego życia, przede wszystkim życia każdego człowieka. My rozumiemy je indywidualnie, ale chodzi także o życie naszego narodu i historię ludzkości.

Druga sprawa niesłychanie ważna to, jak ten świat Jezusa rozumiał słowo Boże. Mamy tu niesłychanie ciekawy tekst z Dziejów Apostolskich, tzw. mowę Szczepana przed Sanhedrynem (Dz 7) poprzedzającą jego ukamienowanie. Jest tam powiedziane, że Mojżesz na górze Synaj otrzymał słowa żywe, aby je Żydom przekazać (w. 38). W greckim oryginale jest dosłownie „żyjące”. Jest pewna różnica. Co znaczą te „słowa żyjące”? Odpowiem przykładem z historii Kościoła. Otóż Kościół, który jest żywym ciałem Chrystusa, jest także instytucją ludzką. I tej instytucji ludzkiej od czasu do czasu grozi skostnienie. Grozi coś takiego, co patrząc po ludzku było przed Janem XXIII. Nie darmo nazwano wybór Jana XXIII przymusowym lądowaniem Ducha Świętego. Ponieważ Kościół nie jest tylko instytucją ludzką, a właściwie ta instytucja ludzka tworzy tylko jak gdyby zewnętrzny widoczny szkielet, to od czasu do czasu Duch Święty wprowadza porządek w Kościele. Chociażby ten porządek w pierwszym momencie robił wrażenie bałaganu. To, co zrobił Jan XXIII i Sobór Watykański II, to było jakby otwarcie szczelnie zamkniętych drzwi, przez które wpadł wicher. Wiadomo, że jak wpada gdzieś wiatr, to lecą różne śmieci. I tutaj była taka sytuacja, istniało bowiem niebezpieczeństwo, że słowo Boże, nauka Boża stanie się takim świętym słowem, sztywnym, martwym. A słowo Boże, jak mówi św. Szczepan, jest słowem żyjącym, co nasi bracia Żydzi zawsze bardzo dobrze wiedzieli.

Nie wiem, czy państwo zdają sobie sprawę z tego, że to, czego Kościół uczy o Tradycji, o wzajemnej roli Tradycji i Pisma Świętego, odziedziczyliśmy w jakiejś formie po faryzeuszach, po judaizmie faryzeuszów. Bo saduceusze to byli tacy protestanci na wiele wieków przed Lutrem. Luter powiedział sola scriptura, tylko to, co jest w Piśmie, jest ważne, a Tradycja się nie liczy. Saduceusze trzymali się dosłownie tylko tego, co jest w Piśmie, i wszystkie interpretacje odrzucali. Natomiast faryzeusze wierzyli, że to, co otrzymał Mojżesz na Synaju, to było znacznie więcej niż to, co zostało spisane w Pięcioksięgu Mojżesza. I ten Pięcioksiąg, który nazywali Torą, to Tora spisana i Tora ustna. Jeden z późniejszych rabinów powiedział: „Co to jest Tora? Tora to jest interpretacja Tory”. O co chodzi? Chodzi o to, że słowo Boże nie może być nigdy słowem martwym. I to nie jest tak, że Bóg raz coś powiedział Mojżeszowi, Bóg coś raz powiedział prorokowi Jeremiaszowi czy Danielowi. Bóg mówił, chodząc po ziemi jako Jezus i koniec kropka. I to są słowa zapisane, martwe, które już dla nas nie mają znaczenia. 

Powiedziałam tutaj