Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Sekretne życie arabskich kobiet ebook

Katherine Zoepf  

3.57142857142857 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 300 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sekretne życie arabskich kobiet - Katherine Zoepf

Katherine Zoepf, amerykańska dziennikarka, przedstawia muzułmanki z zupełnie innej strony. Pokazuje, że pod burkami i hidżabami kryją się silne i odważne kobiety, którym niestraszny skostniały patriarchat. Autorka wiele lat mieszkała w Syrii i Libanie, gdzie była świadkiem licznych walk o prawa kobiet. Strona po stronie opisuje postępującą emancypację muzułmanek, które dzięki swojemu uporowi i woli walki osiągają upragnioną wolność w życiu i pracy.

Sekretne życie arabskich kobiet” to opowieść o krajach arabskich widzianych oczami kobiet. Ta szczera i ważna książka pozwala lepiej poznać zmieniającą się tę część świata.

Opinie o ebooku Sekretne życie arabskich kobiet - Katherine Zoepf

Fragment ebooka Sekretne życie arabskich kobiet - Katherine Zoepf

Tytuł oryginału: Excellent Daughters: The Secret Lives of Young Women Who Are Transforming the Arab World

Copyright © 2016 by Katherine Zoepf

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Lidia Wrońska-Idziak

Korekta: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Michał Pawłowski

Fotografia na okładce: © Blend Images – Colin Anderson/Brand X Pictures/Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-7976-619-2

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Europejczycy ze swoimi wojnami, miastami, carami, kajzerami i królami? Co mnie obchodzą ich smutki, radości, ich czystość i brud – w inny sposób jesteśmy czyści albo brudni, dobrzy albo źli, żyjemy innym rytmem i mamy inne twarze. Niech pociąg jedzie dalej na Zachód, a ja sercem i duchem należę do Wschodu.

Kurban Said, Ali i Nino

(przekład Jan S. Zaus)

Prolog

Grudzień 2007 roku – Rijad

Dwadzieścia dziewcząt na przyjęciu w ogrodzie Reem jeszcze niedawno było uczennicami w prywatnej szkole w Rijadzie. Teraz miały po siedemnaście, osiemnaście lat i studiowały na uniwersytecie, ale według mnie wyglądały na dużo młodsze. Z początku zastanawiałam się, czy może już zapomniałam, jak zachowują się osiemnastoletnie dziewczyny; sama miałam wkrótce skończyć trzydziestkę. Ale tego wieczoru, im dłużej siedziałam wśród nich po turecku na dywanie położonym na ziemi, pod nieosłoniętą lampą jarzeniową, która oblewała nas zielonkawym światłem i sprawiała, że niebo nad nami było wyjątkowo czarne i bezgwiezdne, tym bardziej ich zachowanie i pogaduszki wydały mi się dziecinne. Ciągle się tuliły i trzymały za ręce, co było przesadną demonstracją tego, jak się lubią. Gdy przychodziła jakaś nowa dziewczyna, witały ją ogłuszającym piskiem. Chociaż robiłam notatki i skupiałam się na przezwiskach, było ich tak wiele – czasami kilka dla jednej dziewczyny – że z trudem nadążałam za każdą Dodo, Soosoo i Lulu.

Spotkanie było przyjęciem pożegnalnym. Nasza gospodyni, Reem, rano udawała się na hajj – pielgrzymkę do Mekki, którą wszyscy muzułmanie muszą odbyć co najmniej raz w życiu, jeśli mają taką możliwość – zaprosiła więc stare przyjaciółki ze szkoły, żeby uświetnić to wydarzenie. Przez cały wieczór składano jej gratulacje z powodu wyjazdu. Zastanawiałam się, czy ta święta pielgrzymka nie była dla tej młodej Saudyjki wydarzeniem mniej doniosłym niż dla wielu młodych muzułmanów, których spotkałam w innych krajach. Saudyjskie Ministerstwo Hajj ustanawia coroczne limity pielgrzymów krajowych i zagranicznych, więc Reem, udając się na hajj, uniknie skomplikowanej procedury wizowej – odbędzie jedynie krajowy lot i po pięciu dniach oficjalnych rytuałów powróci na święto Id al-Adha. Jednak powaga, z jaką dziewczyna omawiała swoje przygotowania do hajj, zarówno te praktyczne, jak i duchowe, oraz skromna duma, z jaką przyjmowała szczere gratulacje od przyjaciół, sprawiła, że porzuciłam tę myśl.

Oprócz gratulacji dało się słyszeć również delikatne żarty z Nouf, jednej z najbliższych przyjaciółek Reem, która właśnie się zaręczyła. Gdy pozostałe się śmiały, Reem wyjaśniła mi, o co chodzi: Nouf marzyła o ślubie w Disney World w Orlando na Florydzie, ale jej ojciec sprzeciwił się temu pomysłowi. Nouf była spokojną siedemnastolatką w typie chłopczycy, siedziała obok mnie prawie przez całe przyjęcie i zdawała się w ogóle nie przejmować kpinami. Wyjawiła mi z zaskakującą szczerością, że zawsze uwielbiała Disneya. Na cześć wyjazdu Reem na hajjzałożyła swoje najlepsze srebrne kolczyki z Myszką Miki. Miała wiele takich kolczyków, które pokryła lakierami w różnych kolorach, by korzystać z nich także podczas mniej podniosłych okazji, i przyznała, że nigdy nie wychodziła z domu bez jednej z par. Powiedziała, że doszła do wniosku, iż nie mogąc wziąć ślubu w Disney World, marzy, by spędzić tam swój miesiąc miodowy. Chociaż ceremonia małżeńska ma odbyć się w Rijadzie, tak jak chce tego jej rodzina, planuje zorganizować jakąś ślubopodobną ceremonię na Florydzie.

– Coś małego w zamku Kopciuszka – powiedziała Nouf. – Byłoby miło.

Nouf nie miała okazji porozmawiać ze swoim narzeczonym ani o pomyśle wyjazdu do Disneylandu, ani o niczym innym. Oczywiście raz go widziała, tego dnia, kiedy wraz ze swoją rodziną przyszedł do niej do domu, żeby omówić zaręczyny z jej ojcem. Młoda para jednak nie miała czasu na rozmowę. Przyjaciółki Nouf chciały poznać każdy szczegół tych kilku minut, które Nouf i jej narzeczony w obecności przedstawicieli obu rodzin spędzili razem w salonie domu jej ojca. Dziewczyna wyjaśniła, że wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie ma zbyt wiele do opowiadania. Zawołano ją, by wyszła ze swojego pokoju i wniosła do salonu tacę z napojami dla gości. Taka prośba może oznaczać tylko jedno, co wie każda Saudyjka, ale Nouf była zbyt zdenerwowana, żeby dobrze się przyjrzeć przyszłemu mężowi. Relacjonując to dziewczynom na przyjęciu, Nouf mówiła radosnym, trochę rozmarzonym tonem. Nawet gdy opisywała zdenerwowanie, nie wychwyciłam go w jej głosie. I chociaż przyjaciółki starały się wyciągnąć z niej jak najwięcej o przyszłym ślubie, Nouf nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Dopiero gdy jedna z nich zmieniła temat na Orlando, dziewczyna znowu się ożywiła.

Byłam zaskoczona uwielbieniem Nouf dla Disneya. Czy w wieku siedemnastu lat była zbyt młoda i za bardzo trzymana pod kloszem, żeby zrozumieć powagę decyzji, jaką podjął ojciec w jej imieniu? (Nouf zgodziła się na zaręczyny, ale, jak powiedziała mi później, sprzeciw był praktycznie niemożliwy). Czy to możliwe, że Nouf skupiała się na zamku Kopciuszka, bo był to jedyny aspekt przygotowań, jaki mogła kontrolować? Albo, biorąc pod uwagę fakt, że nie pozwolono jej poznać narzeczonego przed ślubem, baśniowa opowieść, w której pierwsze spotkanie prowadzi prosto do miłości i do finału wyrażonego przez „żyli długo i szczęśliwie”, była jedynym wzorem romansu, który miał dla niej sens? A nawet jeśli tak było, zastanawiałam się, czyż większość z nas nie próbuje w podobny sposób nadać sens swojemu życiu, dostosowując znane historie do okoliczności? Wydawało się, że Nouf jest rozanielona. Sądziła, że w pewnym momencie, jeszcze przed ślubem, rodzice pozwolą jej porozmawiać z narzeczonym przez telefon. Już teraz zastanawiała się, jak najlepiej przekazać mu swój pomysł wyjazdu na miesiąc miodowy, i miała nadzieję, że się na niego zgodzi.

Zapytałam dziewczyn, czy to typowe, że przyszła panna młoda zapoznaje się ze swoim narzeczonym przez telefon w miesiącach poprzedzających ślub. Zapadła cisza, a Reem i Nouf spojrzały na siebie z zażenowaniem.

– To staje się coraz powszechniejsze – powiedziała Reem. – Wiele rodzin saudyjskich w naszym kręgu zezwala na takie rozmowy telefoniczne, żeby młoda para mogła czuć się ze sobą nieco bardziej komfortowo. Być może – zasugerowała ostrożnie – chcą omówić plany urządzenia i udekorowania swojego pierwszego domu. Reem zdawała się głowić nad wymyśleniem jakichś dobrych powodów, dla których zaręczona para mogłaby rozmawiać ze sobą przed ślubem; jej ton nie pozostawiał wątpliwości, że chociaż całkowicie wykluczała wszelkie rozmowy o uczuciach i wspólnej przyszłości, to usprawiedliwiała omawianie kwestii praktycznych.

Kilka dni po przyjęciu u Reem matka dwóch nastoletnich dziewczyn powiedziała mi, że odsetek rozwodów w Królestwie sięga już prawie poziomu krajów Zachodu, szczególnie wśród nowożeńców, więc niektóre rodziny uważają, że kilka rozmów telefonicznych po zaręczynach może pomóc młodej parze wejść w małżeństwo z bardziej realistycznymi oczekiwaniami.

– Ale mając na uwadze moralność – wyjaśniła Reem – rozmowa z narzeczonym po zaręczynach, ale przed ślubem jest stanowczo szarą strefą, czymś, do czego mało kto się przyzna poza kręgiem najbliższych przyjaciół. Nie wiem, czy można to nazwać czymś akceptowalnym – skwitowała z dużą ostrożnością.

Weszła jej w słowo wysoka dziewczyna o imieniu Manal.

– O czym ty mówisz? Sądzę, że to jest ostatnio bardzo powszechne. Ten kraj się zmienia. W Dżuddzie odbywają się już nawet wesela łączone, mężczyźni i kobiety bawią się razem.

– Nie! – Reem prawie krzyknęła, a Nouf i pozostałe dziewczyny wyglądały na naprawdę zszokowane. Reem, w roli gospodyni, zdawała się mówić w imieniu ich wszystkich. – To niemożliwe – powiedziała stanowczo. – Nie w Arabii Saudyjskiej.

Manal przez chwilę próbowała obstawać przy swoim.

– Naprawdę! W Dżuddzie tak robią! Mam tam krewnych i oni mówią… – Manal argumentowała niezręcznie, widząc reakcję swoich przyjaciółek.

Dżudda, miasto portowe nad Morzem Czerwonym, jest dobrze znana w Arabii Saudyjskiej z liberalnych zasad tam panujących; miliony pielgrzymów, którzy przez wieki podróżowali przez Dżuddę w drodze do Mekki, położonej jakieś pięćdziesiąt mil w głębi lądu, nadały jej nieco więcej międzynarodowego charakteru. Rijad natomiast leży w znacznie bardziej konserwatywnej środkowej części regionu zwanego Nadżd. Wzmianka Manal o rodzinie mieszkającej w Dżuddzie nie do końca spodobała się tej grupie dobrze wychowanych dziewcząt z Nadżdu. Manal spoglądała na mnie z nadzieją na wsparcie, więc przez chwilę czułam się zakłopotana. Zastanawiałam się, czy powinnam powiedzieć coś pozytywnego w odpowiedzi na jej próbę przedstawienia w rozmowie bardziej liberalnego zachowania w Arabii Saudyjskiej. Manal z pewnością miała nadzieję, że mnie, gościa z Ameryki, zainteresuje to, co powiedziała, ale mnie bardziej ciekawiły negatywne reakcje jej koleżanek. Wynikało to częściowo z instynktu zawodowego: dział zagraniczny „The New York Timesa” wysłał mnie do Rijadu, żebym pomogła napisać serię artykułów o rosnącej religijności wśród młodych ludzi w krajach muzułmańskich, więc z zaciekawieniem słuchałam dziewcząt opisujących to, co uważały za normalne, konwencjonalne i społecznie akceptowalne.

Sama byłam zaskoczona swoją reakcją, okazało się bowiem, że nie mogłam się powstrzymać i w duchu przyłączyłam się do irytacji dziewczyn. Manal zdawała się przechwalać, starała się przybierać wyszukaną pozę światowca. Było dla mnie jasne, że zamierzała trochę nami wstrząsnąć, ale przeliczyła się i posunęła nieco za daleko, sugerując, że jej krewni obracali się wśród mieszkańców Dżuddy, którzy dopuszczali do mieszania się obu płci w sytuacjach towarzyskich. Przyjaciółki Manal nie chciały w to uwierzyć i były oburzone, Reem aż zaczerwieniła się ze złości. W jednej chwili uświadomiłam sobie, że Reem i jej przyjaciółki instynktownie wspierały i kontrolowały swoje opinie. Widząc, że nie ma poparcia, Manal szybko się wycofała.

– Oczywiście, to jest złe i ja sama nigdy bym nie poszła na takie wesele, ale naprawdę słyszałam, że w Dżuddzie niektóre rodziny w ten sposób je organizują – skwitowała potulnie.

W przysłanym esemesem zaproszeniu na przyjęcie Reem wspominała o grillu, ale menu składało się tylko z deserów. Gdy rozmawiałyśmy, dwie filipińskie służące podały w szklanych, żaroodpornych kubeczkach puddingi z gorącej czekolady z płynnym środkiem i wsypały węgiel do przenośnego grilla, na którym dziewczęta miały piec pianki marshmallow. (W społeczeństwach, gdzie alkohol jest zakazany, słodycze pełnią podobną funkcję. We wszystkich państwach Zatoki często widuje się grupy hałaśliwych młodych mężczyzn, w tradycyjnych białych lub kraciastych nakryciach głowy, wyprasowanych i ułożonych zgodnie z najnowszymi trendami mody, jak małymi widelczykami jedzą ciastka we francuskich sieciowych cukierniach, takich jak Paul and Fauchon). Reem wstała na chwilę, żeby doglądnąć służące, a kiedy wszystkie trzy pochyliły się nad grillem, miałam okazję dokładnie przyjrzeć się otoczeniu. Sprowadzana z zagranicy służba jest tania i łatwo dostępna w Arabii Saudyjskiej, więc nie do końca stanowi wskaźnik zamożności rodziny. (Byłam w domach bezrobotnych Saudyjczyków, którzy też zatrudniali służących do prac domowych). I chociaż rodzina Reem żyła wygodnie, ogród, w którym siedziałyśmy, nie był zadbanym i wypieszczonym rajem, jakie widziałam, odwiedzając domy zamożnych Saudyjczyków, lecz często używanym podwórkiem dużej i aktywnej rodziny. Większość saudyjskich domów otoczona jest wysokim murem. Za otynkowanymi murami okalającymi podwórko rodziny Reem leżały stosy plastikowych zabawek, a to, co nosiło miano trawnika, było niemal całkowicie zadeptane przez lata różnych zabaw. Nieliczne łaty trawy wciąż utrzymywały się jeszcze na piaszczystej ziemi w pobliżu tylnego wejścia do domu i właśnie tam rozłożono dywany, żeby wygodnie nam się siedziało. Reem chyba zauważyła, że się rozglądam, i kiedy ponownie usiadła obok mnie z przypieczoną pianką w ręce, wskazała przypominającą drewnianą chatę prostą budowlę, która stała przy bramie prowadzącej na ulicę. To była majlisjej braci – to arabskie słowo oznacza „miejsce siedzenia”, tradycyjne pomieszczenie do przyjmowania gości. Reem wyjaśniła, że majlisbyły budowane dla chłopców, którzy w wieku nastoletnim stawali się zbyt duzi, żeby patrzeć na kobiety. Chłopcy mogli przyjmować swoich kolegów w majlis, nie ryzykując przy tym, że goście zobaczą ich krewne w głównym budynku. Reem powiedziała, że obecnie chłopcy spędzają większość czasu w majlis, gdzie mają telewizor i Play Station, ale tego wieczoru razem z ojcem Reem musieli opuścić teren, żeby ona bez żadnych przeszkód mogła spotkać się ze swoimi przyjaciółkami.

Zauważyłam miniaturowe bramki po obu stronach trawnika i zapytałam Reem, czy one też należą do jej braci. Reem uśmiechnęła się szeroko i zrobiła minę, jakby przyznawała się do czegoś wstydliwego, po czym oznajmiła, że ona i jej przyjaciółki uwielbiają piłkę nożną.

– Ja czasem też z nich korzystam – powiedziała.

Większość młodych Saudyjczyków, których potem spotkałam, czy to kobiet, czy mężczyzn, również interesowała się futbolem; w państwie, gdzie nie ma kin i niewiele dzieje się w życiu publicznym, piłkarze i duchowni, jak ze śmiechem zdradził mi pewien saudyjski dziennikarz, są jedynymi celebrytami. Wśród dziewczyn zgromadzonych w ogrodzie w ten grudniowy wieczór największymi fankami piłki nożnej okazały się Reem i Sara, oszałamiająco piękna dziewczyna ubrana w czarny prążkowany tank top, z dziką plątaniną czarnych włosów, które wyglądały tak, jakby od tygodni ich nie czesała. Sara powiedziała mi, że jako dziecko była na kilku meczach z ojcem i braćmi, na co kilka dziewcząt zareagowało okrzykami wyrażającymi zazdrość.

– Kobiety saudyjskie nie mogą uczestniczyć w meczach piłki nożnej ani żadnych innych wydarzeniach sportowych, chociaż wiele z nich jest zagorzałymi fankami. Ale kiedy dziewczynka jest jeszcze mała, nikt nie zwraca uwagi na to, że ojciec zabiera ją na mecz – wyjaśniła Reem.

W dalszej części wieczoru dziewczyny wspominały swoją szkołę średnią. Mówiły, że strasznie tęsknią za codziennym towarzystwem swoich koleżanek. Pokazywały mi zdjęcia, na których, w związku z tym, że Saudyjki nie pozwalają się fotografować, były głównie puste sale lekcyjne. Na fotografiach zauważyłam wiele oznak toczącego się w klasach życia – niedojedzone smakołyki, napisy na tablicach, ale nie było na nich ludzi, jakby dziewczyny i ich nauczycielki w środku zajęć szkolnych zostały nagle wywołane z sali i zabrane na musztrę. Do szkolnej tradycji należało dekorowanie biurka koleżanki w dniu jej urodzin, widziałam kilkanaście zdjęć przedstawiających biurka przystrojone balonami i serpentynami, na których rozłożono kartki z życzeniami. Na końcu pokazały mi fotografie szkolnej auli, równie wyludnionej jak sale lekcyjne, lecz udekorowanej i gotowej na przyjęcie matek uczennic i innych krewnych płci żeńskiej na ceremonię ukończenia szkoły, która odbyła się zeszłego lata.

Po ukończeniu edukacji w szkole średniej dziewczyny rozpierzchły się po Rijadzie, studiując na nielicznych college’ach i wydziałach uniwersyteckich przyjmujących kobiety. Sześć z nich, w tym Reem, poszło na prawo, co nieco mnie zaskoczyło. Saudyjskie kobiety niedawno zostały dopuszczone do studiowania na wydziale prawa. Saudyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości nadal nie przyznaje licencji prawniczkom, więc ich przyszła kariera stoi pod znakiem zapytania. Reem uważała, że saudyjskie firmy niedługo zaczną zatrudniać kobiety do sporządzania dokumentów prawniczych oraz do wykonywania innych czynności, oprócz występowania w sądzie. Niektóre studentki prawa obecne na przyjęciu były jeszcze bardziej optymistyczne i zapewniały mnie, że Ministerstwo Sprawiedliwości zacznie wkrótce przyznawać licencje kobietom, jeszcze zanim one skończą studia, a może nawet wcześniej. (W Arabii Saudyjskiej przyznano pierwsze licencje prawniczkom w październiku 2013 roku).

Około dwudziestej drugiej jedna ze służących zaczęła dyskretnie pochylać się nad dziewczynami i szeptać: „Panno Nouf, przyjechał samochód” albo „Panno Saro, pani szofer”. Wówczas każda z wywołanych dziewcząt wchodziła do domu, żeby zabrać swoją długą, czarną abaję oraz czarne nakrycie głowy, wiszące rzędem na wieszaku w korytarzu, następnie, już przebrana, z włosami i ciałem całkowicie okrytym czarną tkaniną, na krótko wracała do grupy. Mniej więcej połowa dziewczyn obwiązała twarze błyszczącymi, czarnymi szalami, stając się nierozpoznawalnymi, wyglądały jak zwiewne czarne duszki. Te czarne duszki jeden po drugim obejmowały się, cmokały powietrze, machały ręką i przechodziły przez bramę w murze ogrodu, znikając w chłodnej, pustynnej nocy.

Podobnie jak to miało miejsce w przypadku całego pokolenia młodych Amerykanów, moje zainteresowanie światem arabskim w dużym stopniu zostało rozbudzone po atakach 11 września. Właśnie wtedy, jesienią 2001 roku, poczułam silną motywację, by jak najwięcej dowiedzieć się o świecie arabskim, co zaczęło się od niepokojącej obsesji na punkcie Arabii Saudyjskiej. Wzięła się ona z elementarnej potrzeby zrozumienia kraju, z którego wywodziło się piętnastu z dziewiętnastu zamachowców mężczyzn, którzy zabili najłagodniejszą i najpilniejszą z moich koleżanek ze studiów, spokojną i wesołą dziewczynę, Cat MacRae, oraz trzy tysiące innych ludzi. Często mam problem z dogłębnym zrozumieniem wielkich politycznych i ekonomicznych idei, i dopiero kiedy doświadczam osobiście takich historii, jestem w stanie pojąć, jak w praktyce oddziałują one na życie zwykłych ludzi. Odczuwam naglącą potrzebę poznania ludzi po drugiej stronie, bo mam nadzieję, że dowiem się, jak wyglądał świat z miejsca, w którym zamachowcy się wychowywali, w którym żyli.

Tamtego września wciąż jeszcze byłam nowa w Nowym Jorku. Po lecie spędzonym z przyjaciółmi i po pracy we francuskiej restauracji, gdzie byłam kelnerką, w weekend przed Świętem Pracy[1] zajęłam się przeprowadzką do ciasnego mieszkania na hałaśliwym przedłużeniu Piątej Alei na Brooklynie. Miałam tam zamieszkać z dwiema Kolumbijkami, które wcześniej spotkałam tylko raz. To był tydzień, kiedy rozpoczynałam nową pracę w „The New York Timesie”, gdzie zostałam zatrudniona przez Billa Kellera na stanowisko jego asystentki. Nastąpiły właśnie zmiany personalne w „Timesie”, więc Bill przeprowadzał się na wyższe, dziesiąte piętro budynku zajmowanego wówczas przez „New York Timesa” na West 43rd Street, gdzie swoje biura mieli felietoniści i dziennikarze.

Bill miał pisać jeden felieton tygodniowo oraz kilka artykułów rocznie do „Times Magazine”. Powiedział mi, że zwykle sam zbierał materiały i nie do końca wie, co ma zlecić mi, swojej asystentce, co w najmniejszym stopniu nie rozwiało moich obaw związanych z tą pracą. Miałam dwadzieścia trzy lata i bardzo chciałam się przydać. Bill z natury był prawie tak samo nieśmiały jak ja i była to tego rodzaju nieśmiałość, która wchodziła w jakąś reakcję chemiczną z moją, przez co nasilały się jej objawy; w pierwszych miesiącach musiałam z całej siły z tym walczyć.

Mój szef planował utworzenie serii artykułów o amerykańskim Zachodzie. Wychował się w Kalifornii i jako młody reporter pracował w „The Oregonian”, a teraz odnosił wrażenie, że zachodnie stany są przez „Timesa” traktowane nieco po macoszemu. Postanowił więc spędzić kilka dni w Oregonie i północnej Kalifornii, szukając materiałów o suszy w zalewie rzeki Klamath. We wtorek 11 września zjawiłam się bardzo wcześnie w biurze „Timesa”. To był mój drugi oficjalny dzień w pracy, a chcąc zrobić dobre wrażenie, postanowiłam zająć się organizacją podróży Billa na Zachodnie Wybrzeże, zanim on przyjdzie do biura.

Kilka minut przed dziewiątą prowadziłam rozmowę telefoniczną z pracownikami zajmującymi się organizacją podróży dla „Timesa” i omawiałam ceny lotów do Oregonu, kiedy pani, która mi w tym pomagała, wspomniała, bez żadnych oznak zdenerwowania, co dotarło do mnie dopiero później, że razem ze swoimi współpracownikami ogląda właśnie jakieś wiadomości o World Trade Center. Nie wiedziałam, o czym mówi, próbowałam w tym czasie odświeżyć stronę „Timesa”. Dopiero po chwili, kiedy rozmówczyni wyjaśniła, że doszło do potwornego wypadku: „jakiś samolot uderzył w jedną z dwóch wież” – zainteresowałam się. Przypomniałam sobie, że na trzecim piętrze, w głównym newsroomie, były telewizory, więc wsiadałam do windy i zjechałam na dół.

Do newsroomu zaczęli schodzić się ludzie; gromadzili się przed telewizorami i patrzyli, jak dymi północna wieża World Trade Center. Gdy dołączyłam do rosnącego tłumu przed telewizorem, wiszącym nad boksami zajmowanymi przez redaktorów „Metra”, usłyszałam stłumione krzyki i powtarzaną najnowszą wiadomość: „Lot 175 United Airlines właśnie uderzył w wieżę południową”. Jako dziecko byłam przerażona biblijnym opisem Armagedonu (opowiedziała mi o tym mama, która została świadkiem Jehowy, gdy zaczynałam szkołę) i ze strachem zastanawiałam się, jak to może wyglądać, a w szczególności skąd ludzie będą wiedzieli, że właśnie nadszedł koniec świata. A teraz dostałam odpowiedź na to pytanie! Grupa stojąca przed telewizorem zastygła – prawie nikt nic nie mówił ani się nie ruszał. Dopiero gdy trzeci samolot uderzył w Pentagon, co stało się ponad pół godziny później, dotarło do mnie, że ludzie wokół wykrzykują instrukcje przez telefon, inni wrzucają jakieś przedmioty do toreb i wybiegają z budynku. Wsiadłam do windy i wróciłam na górę.

Bill już dotarł do pracy. Odwrócił się, gdy zobaczył, że stanęłam w drzwiach jego biura, i zapytał, czy dobrze się czuję. Powiedział mi, że wybiera się właśnie do śródmieścia, żeby odebrać ze szkoły syna. Dodał, że jeśli chcę, też mogę wrócić do domu. Łajając się w myślach, bo moje pytanie zabrzmiało niedorzecznie, spytałam go, czy mogę coś zrobić w czasie, gdy go nie będzie, ale odpowiedział, że nie ma takiej potrzeby. Kiedy wróciłam do swojego biurka, zaczęłam szukać artykułów o Osamie bin Ladenie i o reakcjach na atak w świecie arabskim. Czytałam przez wiele godzin. Zaczęłam żałować, że studiowałam francuską i włoską literaturę, a nie historię lub stosunki międzynarodowe, coś, co pomogłoby mi lepiej to wszystko zrozumieć.

Kilka miesięcy po atakach z 11 września Bill napisał o terroryzmie nuklearnym (po przeczytaniu artykułu z segregatora o „brudnych bombach”, z którego dowiedziałam się, że rośliny mogą wykryć promieniowanie, zamówiłam do jego biura trzykrotkę w doniczce), o Colinie Powellu, Donaldzie Rumsfeldzie i Paulu Wolfowitzu, o inwazji na Irak i o bezowocnym poszukiwaniu broni masowego rażenia. Bill nigdy nie odbył podróży do zalewu rzeki Klamath ani nie napisał o amerykańskim Zachodzie. Ja nabrałam wprawy w transkrybowaniu nagranych przez Billa wywiadów i po przesłuchaniu kilkudziesięciu z nich byłam zaskoczona i podbudowana tym, że nieśmiałość może być pożądaną cechą reportera. W weekendy czytałam książki o islamie i wszystkim, co mogłam znaleźć na temat społeczeństw arabskich. Kupiłam rozmówki arabskie. Szukałam jakiegoś sposobu, by móc wyjechać w tamtą część świata.

Szansa pojawiła się dość nieoczekiwanie, prawie trzy lata później, latem 2004 roku. Zanim do tego doszło, wybuchł skandal z plagiatem popełnionym przez Jaysona Blaira, który doprowadził do kolejnych zmian personalnych w newsroomie (Bill został wtedy redaktorem naczelnym gazety). Wyjechałam z Nowego Jorku, rozpoczęłam rzetelną naukę języka arabskiego w London School of Economics i nadal bardzo dużo czytałam o świecie arabskim, ale wkrótce zatęskniłam za tempem pracy w gazecie. W końcu, zachęcona przez Susan Chire, szefową działu zagranicznego „Timesa”, która zaproponowała pokrycie kosztu przelotu do Damaszku w zamian za odbycie kilkumiesięcznego okresu próbnego w roli korespondenta zagranicznego, poleciałam do Syrii. Byłam sfrustrowaną słuchaczką studiów podyplomowych w Londynie i chciałam zrobić coś „poważnego”, pisać o terroryzmie, konflikcie na tle różnic religijnych i efektach wojny w krajach sąsiadujących z Irakiem. W drodze do Damaszku rozważałam również pozostanie w Syrii mniej więcej przez sześć miesięcy. Okazało się, że zmieniający się świat arabski wchłonął mnie na ponad dekadę. Najpierw przez trzy lata mieszkałam w Damaszku, potem w Bejrucie, po drugiej stronie pasma górskiego Antylibanu. W linii prostej odległość między stolicami wynosi około pięćdziesięciu mil, lecz te miasta zdawały się dzielić całe dekady. Pracowałam głównie jako korespondentka zagraniczna dla „Timesa”, a kiedy udawało mi się zdobyć dodatkowe zlecenia na inne publikacje, dzięki którym mogłam opłacić podróż, starałam się jak najwięcej zwiedzić. Potem spędziłam kilka lat pomiędzy domem w Nowym Jorku a Środkowym Wschodem. Ostatecznie coraz więcej czasu poświęcałam na pisanie nie o tym, co jeden ze współpracowników z biura „The New York Timesa” w Bagdadzie, gdzie spędziłam trzy miesiące, żartobliwie nazywał „materiałem o Losie Narodów”, lecz o życiu młodych kobiet, takich jak Reem i jej przyjaciółki.

Pisanie o młodych Arabkach zajęło mi sporo czasu, uważam bowiem, że zwykłe życie młodych kobiet może wiele powiedzieć o Losie Narodów. Wstydzę się przyznać, ale z początku miałam obawę, że sprawy kobiet są w pewnym sensie mało istotne. Jeszcze bardziej konsternująca była świadomość, że silnie identyfikowałam się z wieloma młodymi Arabkami, które spotykałam. Sama byłam dwudziestokilkulatką, gdy przeprowadziłam się do Syrii, lecz poczucie bliskości, o którym mówię, tylko częściowo wynikało z mojego wieku; nie czułam niczego takiego w stosunku do żadnej pewnej siebie dziewczyny, jakie poznałam na Uniwersytecie Princeton. Ja, wychowana w prowincjonalnym Cincinnati jako świadek Jehowy, w wielu młodych kobietach, które poznałam w świecie arabskim, rozpoznawałam tę samą bolesną walkę o pogodzenie wartości, które wchłonęły podczas dotychczasowego życia, ze zmieniającym się światem i własnymi zmieniającymi się oczekiwaniami. Nigdy nie umiałam wyjaśnić moim kolegom ze studiów, że jako dziecko byłam uczona, iż wyższe wykształcenie jest egoistycznym, przyziemnym celem, a kobiety muszą podporządkować się swoim mężom, co oznaczało, że wszelkie decyzje, małe i duże, podejmowała męska głowa domu – nie mówiąc już o tym, że bezustannie miałam poczucie winy, iż ostatecznie odrzuciłam te nauki. Zaskakujące było to, że po raz pierwszy spotkałam kobiety w moim wieku, których zmagania i uczucia w tych kwestiach odzwierciedlały to, czego sama doświadczałam.

Świat arabski pod względem demograficznym jest bardzo młodym regionem: prawie dwie trzecie populacji ma mniej niż dwadzieścia pięć lat. Zasadniczo w niczym to nie odróżnia państw arabskich od innych części rozwijającego się świata. Jednak po atakach z 11 września wielu komentatorów zaczęło opisywać arabski wyż demograficzny w sposób alarmujący. Twierdzili, że to nic dziwnego, iż rozczarowani Arabowie, spętani korupcją w rządach oraz radach szkolnictwa, zniechęceni bezrobociem, popychani i szarpani przez rywalizujące siły nowoczesności i islamskiego fundamentalizmu, cieszyli się z ataków na World Trade Center. Czytając artykuły o młodych ludziach w tym regionie, zauważyłam, że brak w nich silnych kobiet; młode Arabki zawsze miały rolę bezradnych ofiar, jeśli w ogóle o nich wspominano. Nawet w patriarchalnych społeczeństwach kobiety rzadko są zupełnie bezsilne. Gdy zaczęłam spędzać więcej czasu na Środkowym Wschodzie, pojawiło się we mnie podejrzenie, że ta narracja, czyniąca z kobiet ofiary, jest mocno uproszczona.

Kiedy po raz pierwszy zaczęłam pisać reportaże o świecie arabskim, przywódcy polityczni i naukowcy podczas udzielanych mi wywiadów często narzekali, że shebab – młodzi ludzie w ich krajach – nie interesują się ani prawami człowieka, ani polityką. Ale młodzi Syryjczycy, Libańczycy i Egipcjanie, których poznałam, nie wydawali mi się pogrążeni w apatii. A jeśli chodzi o Arabki, rozdźwięk pomiędzy reputacją a rzeczywistością wydawał się jeszcze większy. Kiedy wracałam do Stanów Zjednoczonych, słyszałam od pozornie wykształconych i światłych ludzi, że sądzą, iż arabskie kobiety mają wyprane mózgi. Ale ja, pracując jako reporter na Środkowym Wschodzie, spotykałam wiele młodych kobiet, które zadawały kłam temu stwierdzeniu i aż mnie skręcało ze złości, kiedy słyszałam, jak protekcjonalnie są traktowane, chociaż nie zawsze wynikało to ze złych intencji. W tej książce zaczęłam bardziej skupiać się na ludzkich historiach, zwłaszcza tych dotyczących kobiet. W związku z tym, że pracowałam dla „Timesa” i publikowałam w różnych miejscach, niektóre z zamieszczonych materiałów pojawiły się drukiem już wcześniej, w nieco innej formie. Opowieści i rozmowy, które tu zawarłam, wywodzą się z czasów, gdy pracowałam jako reporterka w pięciu krajach – Syrii, Libanie, Egipcie, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, które pod względem politycznym i kulturowym są zupełnie odmienne. Zebrane w tej książce teksty są próbą, oczywiście wycinkową, opisania pokolenia arabskich kobiet, które dorastały w latach przed atakiem z 11 września i które pomogły doprowadzić do rewolucji – Arabskiej Wiosny, a także pokazania specyfiki ich życia w czasach szybkich zmian w tym regionie.

Jeszcze niedawno, bo w 1975 roku, Fatima Mernissi, marokańska socjolog i pionierka arabskich feministek, pisała, że niezamężna nastolatka jest „całkowicie nowym zjawiskiem… wcześniej były tylko małe dziewczynki oraz menstruujące kobiety, które natychmiast musiały zostać wydane za mąż, żeby uniknąć hańbiącego zaangażowania w seks przedmałżeński”. Obecnie w większości krajów arabskich jest inaczej. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, na uniwersytetach studiuje więcej młodych kobiet niż mężczyzn. Kiedy mieszkałam w Damaszku, syryjskie dziewczyny zaczęły uczęszczać do szkół koranicznych, a ich liczba szybko przewyższyła liczbę chłopców chodzących do podobnych szkół. Tam uczyły się argumentowania w odniesieniu do Koranu i często wykorzystywały tę naukę, by z perspektywy islamu żądać dla siebie większych praw i wolności. W niektórych krajach arabskich kobiety zaczęły walczyć z prawem, które chroni mężczyzn zabijających swoje krewne w imię honoru rodziny. Saudyjskie aktywistki zajmujące się prawami kobiet w ostatnich latach stały się tak elokwentne i pewne siebie, że doprowadziły do tego, iż głos zabrały kobiety o bardziej konserwatywnych poglądach, niezgadzające się z postulatem, żeby kobiety mogły podejmować decyzje bez konsultacji z opiekunem płci męskiej – ale już sam fakt, iż te przedstawicielki frakcji konserwatywnej mogą publicznie uczestniczyć w takim antyfeministycznym ruchu, jest dowodem na to, jak szybko Saudyjki zyskują większą wolność. Na początku roku 2011, podczas Arabskiej Wiosny, świat patrzył, jak młode kobiety, niektóre w chustach na głowach, inne w obcisłych dżinsach, dołączyły do mężczyzn w antyrządowych protestach, które doprowadziły do obalenia autorytarnych prezydentów w Tunezji, Egipcie i Libii. Ponadto dwudziestopięciolatka, Asmaa Mahfouz, nagrała film, załadowała go na YouTube, stając się inicjatorką masowych protestów na placu Tahrir, które poskutkowały obaleniem rządu prezydenta Hosniego Mubaraka w Egipcie.

Gdy myślę o rozmowach, jakie toczyły się za bramą ogrodu Reem w Rijadzie, oraz o tysiącach podobnych rozmów, które przeprowadziłam z kobietami w Arabii Saudyjskiej i w innych krajach arabskich, to wydaje mi się, że te kobiety dorastały w pewnego rodzaju metaforycznym ogrodzie otoczonym murem. Zdobyły lepszą edukację i większą wolność niż jakiekolwiek młode Arabki w dowolnym punkcie historii. Naturalnie nadal doświadczają społecznych nacisków, by wyszły za mąż i nie szargały honoru rodziny, ale w ostatnich latach coraz większa liczba Arabek miała możliwość przeżycia okresu nastoletniego i wczesnej młodości w podobny sposób, jak młode kobiety z Zachodu, czyli mogąc skupić się na samopoznaniu, określeniu swoich wartości oraz dążeniu do postawionych sobie celów. Często ich wolność jest ograniczona w sposób, jaki ich rówieśniczki z Zachodu uznałyby za trudny do przyjęcia, ale te restrykcje pomagają im również w stworzeniu silnych więzi oraz inspirującego poczucia wspólnego celu. Podczas spotkania w ogrodzie Reem, tego pierwszego wieczoru, zaskoczyła mnie intensywność tęsknoty dziewczyn za szkolnymi czasami. Ale kiedy je lepiej poznałam – spędziłam wówczas dwa miesiące w Rijadzie – uznałam, że jest to wynik zrozumienia siły i wagi kobiecej przyjaźni, a także uznanie faktu, że te lata względnej niezależności były okresem ich życia, kiedy mogły korzystać z pewnych przywilejów.

Wiele z tego, co osiągnęły kobiety, to sprawy niepewne, bo chociaż podczas Arabskiej Wiosny przez chwilę wydawało się, że rewolucja otwiera możliwości zmian w regionie wszystkim mieszkańcom – ta chwila przeminęła, jeśli w ogóle kiedykolwiek była realna. Gdy to piszę, niezwykle brutalna grupa ekstremistów, znana jako ISIL lub ISIS, co po prostu oznacza Państwo Islamskie, ustanowiła kalifat ze „stolicą” w Ar-Rakce, w północnej Syrii (mieście, które jeszcze nie tak dawno było spokojną miejscowością nad rzeką Eufrat, znaną z produkcji bawełny oraz niebieskiej ceramiki z ery dynastii Ajjubidzi). Państwo Islamskie na kontrolowanych terytoriach zabroniło dziewczętom i kobietom uczęszczać do szkół, ubiegać się o pracę i wychodzić z domu bez męskiego opiekuna. Syryjki niebędące muzułmankami oraz Irakijki zostały zmuszone do seksualnego niewolnictwa, mówi się, że i syryjskie rodziny muzułmańskie muszą oddawać wojownikom swoje córki jako tymczasowe żony. (Ten ogólny obraz żeńskiego zniewolenia komplikuje fakt, iż nowe restrykcje w stosunku do kobiet na terytoriach Państwa Islamskiego są egzekwowane przez inne kobiety uzbrojone w bicze, a czasem w broń automatyczną. Państwo Islamskie zatrudnia policję religijną złożoną z samych kobiet, znaną jako Brygada al-Khansaa, i w pewnym sensie kłania się równości płci, co jest nietypowe w kręgach salafitów, jako że przywódcy nowego Państwa Islamskiego oświadczyli, iż w kalifacie dżihad jest również obowiązkiem kobiet). Nawet w Egipcie niektóre młode kobiety, które angażowały się w przebieg Arabskiej Wiosny, doświadczyły okrutnego, mizoginicznego odwetu. Lata dyskryminacji płciowej nie odejdą w przeszłość samoczynnie, a wiele niespodziewanych skutków zamieszek spadło na żeńskie barki. Niezbyt często jednak słyszymy o kobietach zmagających się z konsekwencjami tego przewrotu.

W miejscach, w których występuje segregacja płci, często panuje pewna naturalna więź między kobietami. Zagraniczne dziennikarki w krajach arabskich mogą pracować w sferze publicznej, ale często są również zapraszane do sfery prywatnej – domeny kobiet, świata arabskich rodzin, który rzadko w podobnym stopniu podlega ich partnerom. W najbardziej konserwatywnych częściach świata arabskiego trudno dziennikarzowi płci męskiej porozmawiać otwarcie z kobietą, o ile w ogóle będzie mógł z nią rozmawiać, a to oznacza, że bardzo często punkt widzenia kobiet nie znajduje miejsca w ich reportażach. W Stanach Zjednoczonych wielokrotnie pytano mnie, czy to, że jestem kobietą, bardzo przeszkadza w pracy reporterskiej w krajach arabskich. Odnoszę zupełnie odmienne wrażenie, uważam, że dziennikarki w państwach islamskich są uprzywilejowane, ponieważ mogą zajrzeć za zamknięte drzwi, które zwykle są niedostępne dla mężczyzn.

Za tymi zamkniętymi drzwiami zaobserwowałam mnóstwo wzajemnego wsparcia i ochrony. Młode Arabki są poddawane ciężkim próbom, ponieważ wciąż trwają walki o przyszłość regionu, co bezpośrednio łączy się z kwestią praw kobiet, a wywierane na nie naciski są bardzo silne. Bez względu na ich osobiste odczucia względem tych praw – rozmawiałam z wieloma młodymi kobietami w całym regionie, które podejrzliwie patrzyły na feminizm, a czasem traktowały go z otwartą wrogością – ich