Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sekretna misja - Paula Marshall

Anglia, 1813 rok.

Pandora Compton szybko zaakceptowała nowego guwernera swego młodszego brata. Edward Ritchie był spokojny i uprzejmy, a zarazem stanowczy i kompetentny.

Opinie o ebooku Sekretna misja - Paula Marshall

Fragment ebooka Sekretna misja - Paula Marshall

PAULA MARSHALL

Sekretna misja

Przełożyła: Małgorzata Hesko-Kołodzińska

Tytuł oryginału:

Major Chancellor's Mission

Pierwsze wydanie:

Harlequin Mills&Boon Limited, 2001

Redaktor prowadzący:Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta:Zofia Firek

© 2001 by Paula Marshall

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – zywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzelony.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona

ISBN 978-83-238-5134-9

BEST^ SELLERS

Tytuły 2007 roku:

kwiecień

Nora Roberts -Książęcy ródDiana Palmer -Dwa kroki w przyszłośćDallas Schulze -Ślubny kontraktSharon Sala -Światło w ciemnościHeather Graham -Nos kosaMary Alice Monroe -Klub Książki

maj

Paula Marshall -Sekretna misjaPaula Marshall -Ztoty młodzieniec

czerwiec

Erica Spindler -Z ukryciaCarla Neggers -WodospadMary Alice Monroe -Raj na ziemiHeather Graham -Nawiedzony domDiana Palmer -Po północyNora Roberts -Twórcy marzeń

Informacje o serii Bestsellers

orazsklep internetowyna stronie:www.bestsellery-mira.pl *

* Nie płacisz za koszty wysyłki

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

PROLOG

Wczesna wiosna, 1813 rok

– Kto, u licha, dał mi tak niedorzeczne imię? – wybuchnęła Pandora Compton i popatrzyła oskarżycielsko na ciotkę Em. Wpadła do salonu, nie zawracając sobie głowy choćby tak zdawkowym powitaniem, jak,,Tu jesteś, ciociu'' czy „Proszę o wybaczenie, niechętnie odrywam cię od robótki, lecz muszę zadać ci jedno pytanie''.

Przyzwyczajona do bezpośredniego zachowania Pandory ciotka odparła łagodnie:

– Niezbyt dobrze pamiętam, kochanie. Ach tak, już wiem. To imię nadała ci twoja biedna, kochana mama. W ciąży czytała książkę o młodej kobiecie, która nosiła właśnie takie imię. Jest urocze, powiedziała mi, znacznie bardziej romantyczne niż Charlotte albo Amelia, imiona wprost stworzone dla potomstwa niemieckich królów i książąt…

– Ciociu – przerwała Pandora – żałuję, że nie nadano mi nudnego imienia. Przed spotkaniem ze mną wszyscy spodziewają się ujrzeć słodką i miłą istotkę, a nie kobietę podobną do Amazonki z greckiego mitu, wzrostem dorównującą większości mężczyzn. I w dodatku zdrobniale nazywa się mnie Dorą – co chyba jest lepsze niż Pan, jak mówi na mnie Jack, ale to marna pociecha.

– Ach, Dora to również śliczne imię – oznajmiła spokojnie ciotka, nie przerywając wyszywania wielkiej róży.

– Nie w tym rzecz! – obruszyła się Pandora. – Dzisiejszego popołudnia u lady Larkin poznałam jeszcze jednego młodego mężczyznę, który nie odrywał wzroku od podłogi, kiedy wreszcie zostaliśmy sobie przedstawieni. Najwyraźniej nakazano mu mnie poznać, zapewne ze względu na to, iż odziedziczę fortunę dziadka mamy, Juliana, lecz dopiero po ukończeniu dwudziestego siódmego roku życia. Fundusz założony przez Juliana zapewnia mi skromny, lecz przyzwoity dochód, ale nawet to nie zmienia faktu, że jestem około piętnastu centymetrów wyższa od tego sympatycznego młodzieńca.

– Zatem co by się zmieniło w twoim życiu, gdybyś nosiła nudne imię? – spytała rozsądnie ciotka Em.

– Moje imię z pewnością odmieniłoby oczekiwania tego pana. Podsłuchałam, jak mówi Rogerowi Watersowi, że spodziewał się spotkania z uroczym, drobnym stworzonkiem, a nie z tyczką do fasoli, przy której każdy czuje się niższy, niż jest. Co gorsza, powiedziano mu tez, że zarządzam majątkiem dziadka, a mojego przyrodniego brata interesują wyłącznie rozrywki. Zdaje się, że wszyscy mężczyźni pragną żon na pokaz, a nie do pomocy. Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie znajdę męża. Co prawda, dotychczas nie spędza mi to snu z powiek, zwłaszcza że nie stać mnie na ślub. Niemniej nieco żałosna jest kobieta, która w zaawansowanym wieku dwudziestu trzech lat pozostaje panną.

Ciotka Em, wdowa po człowieku, którego kochała całym sercem, odparła delikatnie:

– Tak, doskonale cię rozumiem, ale przecież mogłaś wyjść za swojego kuzyna, Charlesa Temple'a. Oświadczał ci się trzykrotnie.

– Racja, lecz nie pociąga mnie myśl o spędzeniu z nim reszty życia. Zresztą wiem, że interesują go wyłącznie moje pieniądze; jego siostra podzieliła się ze mną tą informacją.

– Niezbyt miło z jej strony.

– Niezbyt miło, za to szczerze, sama przyznaj, ciociu. Och, życie jest takie skomplikowane! A teraz musimy poszukać nowego guwernera dla Jacka, skoro ostatni okazał się do niczego. Uwiedzenie jednej dziewczyny to i tak aż nadto, lecz jemu było za mało i tak samo potraktował drugą! Nie tylko nierozsądny, lecz na dodatek irytujący człowiek! Zresztą dał niesłychanie zły przykład Jackowi.

– Doprawdy, Pandoro, nie powinnaś nawet wiedzieć o takich sprawach, a co dopiero o nich dyskutować.

– Biorąc pod uwagę, że sama musiałam sprzątać bałagan, który zostawił po sobie ten lekkoduch, kiedy uciekł z trzecią służącą, nie mogłam udawać, że nie wiem, co zmalował. Dziadek Compton ma kłopoty z pamięcią i jest kaleką, któremu potrzeba ciszy oraz spokoju. Ty zaś, ciociu, nie potrafisz okazać nieuprzejmości wobec nikogo, już nie mówiąc o organizacji czegokolwiek poza podwieczorkiem. Mój przyrodni brat William prawie tu nie zagląda. Kiedy jednak zabłądzi w te strony, spędza czas na bezustannych hulankach i wciąga w nie połowę okolicy. Jack ma tylko trzynaście lat, więc kto oprócz mnie mógłby zarządzać Compton Place?

– Cóż, masz przecież zarządcę do pomocy.

– Rice… Chodzi ci o Rice'a? Ależ on nie ma o niczym pojęcia. Doskonale wiesz, że pracuje dla Comptonów od zarania dziejów i tylko dlatego dziadek nie ma serca wysłać go na emeryturę. Tak więc pozostaję tylko ja. Żałuję, że mój biedny ojciec znalazł sobie drugą zonę, gdy matka Williama zmarła, gdyż przez to Jack i ja przyszliśmy na świat, i teraz muszę doglądać zbankrutowanej posiadłości, a Jack dorasta bez należytej opieki.

Ciotka wpatrywała się w nią z przerażeniem.

– Jak możesz wygłaszać podobne herezje, Pandoro! – wybuchnęła. – Jeśli to samo wygadujesz między ludźmi, nic dziwnego, że nikt nie proponuje ci małżeństwa. Damie takie słowa nie przy-stoją!

Pandora wstała i zaczęła energicznie spacerować po pokoju.

– Ciociu, wolałabyś, żebyśmy wszyscy głodowali? – spytała zdenerwowana. – Choroba dziadka oraz rozrzutność mojego ojca, a potem Williama, doprowadziły do tego, że gdybym w wieku dwudziestu jeden lat nie zakasała rękawów i nie wzięła się do roboty, wszyscy zaludnilibyśmy Queer Street, klęcząc na chodniku i błagając przechodniów o datki.

– Nie przesadzaj, kochanie.

– Właśnie na to się uskarżam! – wykrzyknęła Pandora. – Nie przyjmujesz do wiadomości prawdy o naszej sytuacji. Ledwie wiążemy koniec z końcem. Jeśli wytrzymamy do moich dwudziestych siódmych urodzin, wówczas część spadku po Julianie będzie można przeznaczyć na odbudowę naszej wiarygodności finansowej.

– Nawet mówisz jak mężczyzna – zareplikowała z gniewem ciotka. – Cóż to za żargon! Cóż pomyślałaby twoja biedna matka, gdyby dożyła tej chwili?

– Rozważanie tej kwestii nie ma sensu. Zresztą teraz muszę się zająć nowym guwernerem dla Jacka i znalezieniem pieniędzy na jego pensję. Skąd William czerpie fundusze na tak wystawne życie? Nie z posiadłości, to pewne. Co kilka miesięcy przybywa na trochę do tego domu i za każdym razem ma ze sobą mnóstwo nowych ubrań. A do tego ostatnio został właścicielem drogiej i luksusowej dwukółki oraz pary pierwszorzędnych kasztanków. Dobry Boże, przecież to kosztuje majątek! Jeżeli zadłużył się u londyńskich lichwiarzy, będą chcieli przejąć całą należną mu część spadku. Skoro obecnie nic nie ma, resztę życia spędzi w więzieniu Marshalsea. Samo myślenie o tym mnie wyczerpuje. – Pandora westchnęła i usiadła.

Ciotka odłożyła robótkę. Nie mogła zaprzeczyć, że każde słowo wypowiedziane przez Pandorę to szczera prawda, lecz głęboko pragnęła, by było inaczej. Obawiała się, że Pandora nie znajdzie męża, między innymi dlatego, że nierozsądnie pragnęła przeznaczyć całe dziedzictwo na odbudowę fortuny Comptonów. Kto się z nią ożeni? Ciotka pomyślała, że gdyby Pandora zadbała o wygląd, byłaby budzącą zachwyt pięknością – miała gęste, falujące włosy, przenikliwe zielone oczy. Niestety, zniszczyła porcelanową cerę, biegając w słońcu, przez co była opalona niczym dójka! Wysoki wzrost nieco przeszkadzał, niemniej uroda i majątek z nawiązką to wynagradzały.

– Potrzebne ci wakacje – zadecydowała ciotka, nim zdążyła się zastanowić, i w następnej chwili zdumiało ją, jak mogła powiedzieć coś tak niemądrego. Doskonale wiedziała, że poczucie obowiązku Pandory przeważy.

– I sezon w Londynie – mruknęła ironicznie dziewczyna, rozpierając się w fotelu i zamykając oczy. – Teraz już wiem, dlaczego mężczyźni w tarapatach tak chętnie zaglądają do kieliszka. Niestety, mnie to nie przystoi.

Ciotka Em pomyślała, że powinna postarać się pomóc siostrzenicy, zamiast narzekać. Ostatecznie Pandora wykonuje pracę kilku mężczyzn, nic więc dziwnego, że jest stanowcza i głośno wygłasza kontrowersyjne opinie.

– Napiszę do kuzynki, lady Leominster – postanowiła po chwili. – Poproszę ją o polecenie mi rzetelnego guwernera dla Jacka. Być może ktoś z kręgu jej londyńskich znajomych kogoś wskaże. Tym nie musisz się przejmować.

– Dobrze – zgodziła się Pandora. – Pozostaje tylko nadzieja, że twoja kuzynka szybko się odezwie. Jeszcze trochę i Jack zupełnie zdziczeje. Robi mi się słabo na samą myśl o tym, że mógłby pójść w ślady Williama i taty. Potrzebujemy człowieka o silnym poczuciu obowiązku, a zarazem biegłego w łacińskich heksametrach i klasycznej grece. Najlepiej by było, gdyby lady Leominster znalazła kogoś znającego się na liczeniu; przydałby mi się do pomocy przy księgach rachunkowych. Tymczasem jednak muszę przekonać dziadka do podpisania kilku dokumentów, dzięki którym zapłacimy za niezbędne udogodnienia w gospodarstwie. Podobnie jak stary Rice żyje wyłącznie przeszłością. Czasy się jednak zmieniają, a Compton Place musi się zmieniać wraz z nimi.

Pandora wyszła z pokoju równie nagle, jak do niego wpadła. Ciotka Em westchnęła głęboko i pomyślała, że jej siostrzenica jest wspaniałą dziewczyną i gdyby tylko ładnie się ubrała i zaczęła zachowywać jak na damę przystało, wówczas byłaby równie atrakcyjna, jak nieżyjąca siostra ciotki Em. Z pewnością nadawała się na zonę, kto jednak poślubi taką pewną siebie osobę, która chodzi i wysławia się jak mężczyzna?

Chyba tylko mężczyzna równie stanowczy, jak ona potrafiłby ją poskromić. Stanowiliby niezwykłą parę!

Na razie jednak ciotka Em mogła tylko pomarzyć, gdyż nic nie wskazywało na to, by Pandora miała znaleźć męża.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Brakuje ci tego, co? – odezwał się Russell Chancellor do brata Richarda, pogrążonego w lekturze,,The Morning Post''. – Chodzi mi o wojsko.

Major Richard Chancellor z 14. Pułku Lekkiej Kawalerii, Ritchie dla przyjaciół i członków rodziny, uniósł wzrok. Russell niemal leżał na wielkim fotelu, z nogami na podnóżku, obracając w palcach kieliszek z bliżej niezidentyfikowanym trunkiem. Ubrany był jak na londyńskiego eleganta przystało. Wyglądał oszałamiająco, miał sylwetkę sportowca i jasnozłote loki, uczesane zgodnie z najnowszą modą. Nic dziwnego, że złamał serce niemal każdej panny w Londynie i w rezultacie stał się obiektem zazdrości wszystkich młodych mężczyzn.

Bracia bliźniacy, obaj pod trzydziestkę, nie byli do siebie podobni. Ritchie bardzo różnił się od Russella. Był powabny i ciemnowłosy, dobrze zbudowany, ubierał się skromnie. Brakowało mu uroku brata, lecz lepiej od niego jeździł konno. Zanim został ranny, służył w Hiszpanii jako oficer sztabowy armii Wellingtona.

Jego obrażenia okazały się na tyle poważne, że musiał opuścić linię frontu i powrócić do Ministerstwa Wojny w Londynie, by tam pracować jako starszy urzędnik – tak nieuprzejmie nazwał jego nowe stanowisko Russell.

Ritchie, zawsze milczący, nie miał w zwyczaju opowiadać o okolicznościach, w jakich odniósł rany. Russell uznał, że jego brat będzie szczęśliwszy na tymczasowej posadzie rządowej niż na polu bitwy. Ostatecznie przecież niegdyś zamierzał poświęcić się karierze naukowej, lecz ich ojciec, hrabia Bretford, stanowczo sprzeciwił się decyzji syna i zażądał od niego wstąpienia do armii.,,Od dwustu lat najmłodszy potomek z każdego małżeństwa Chancellorów broni królestwa!'' – ryknął.,,Nie zamierzam być pierwszym, który złamie tę zasadę, zwłaszcza że wszystko wskazuje na to, iż nie ofiaruję ojczyźnie więcej synów''.

Ritchiemu pozostało jedynie spełnienie obowiązku.

– Tak, zgadza się – powiedział teraz. – Rzecz w tym, że nie zawsze możemy mieć to, na co mamy ochotę. To pojąłem już dawno temu. Obecnie jedynym problemem jest to, że jako do niedawna czynny żołnierz nieco obawiam się nudnej pracy w biurze.

– Nigdy nie przypuszczałem, że przypadnie ci do gustu służba w wojsku – zauważył Russell. – Wiem jednak, że cokolwiek robisz, dobrze wykonujesz swoje obowiązki. Z tego względu zakładam, że w Whitehall nieźle sobie poradzisz.

Ritchie starannie złożył gazetę i rzucił ją na stolik w stylu boulle. Uśmiechnął się szeroko. Russell momentalnie pożałował, że tak rzadko ogląda rozpogodzone oblicze na ogół powabnego brata.

– Proszę, proszę, cóż za nieoczekiwany komplement – odparł wyraźnie zadowolony Ritchie. – Szkoda, że nie mam czasu dłużej się nim delektować. Muszę iść na umówione spotkanie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Nie mam pojęcia, po co mnie wzywają. Poinformowano mnie tylko, że lord Sidmouth chce mnie natychmiast widzieć. Zresztą wszystkich zawsze wzywa w pilnym trybie. Dzięki temu jest dobrym ministrem.

– Faktycznie – przytaknął Russell. – Niemniej taki pośpiech bywa irytujący. Może dasz się namówić na udział w wieczornym przyjęciu? Chyba nie zamierzasz znaleźć dla siebie wygodnej groty, by się w niej zaszyć jak pustelnik?

– Nie planuję bujnego życia towarzyskiego ani życia w grocie – odparł Ritchie. – Nie przepadam za miejscami, w których jest zawsze zimno i wilgotno, bez względu na pogodę. Do zobaczenia jutro na śniadaniu.

– Wątpię – westchnął brat. – Po przyjęciu u lady Leominster idziemy całą grupą do Coal Hole, nie mam pojęcia, o której wrócę do domu. Pewnie do nas nie dołączysz?

W połowie drogi do drzwi Ritchie pokręcił głową. Chociaż ogromnie kochał brata, momentami żałował, że jest on niereformowalnym utracjuszem.

Zastanawiał się, czy kiedykolwiek nadejdzie dzień, w którym Russell postanowi się ustatkować.,,Szkoda, że Russell nie ma w sobie choć odrobiny spokoju Ritchiego'' – rzekł kiedyś ich ojciec w rozmowie z nieżyjącą już matką.,,A Ritchie odrobiny szaleństwa Russella. Podejrzewam, że wtedy byliby idealnymi ludźmi. Żałuję, że to niemożliwe".

Tymczasem Ritchie musiał się śpieszyć do lorda Sidmoutha. Poznał go wiele lat wcześniej, jeszcze w dzieciństwie. Lord Sidmouth nazywał się wtedy po prostu Henry Addington i rywalizował z Pittem. Ritchie zastanawiał się przez chwilę, czy jego lordowska mość go pamięta, lecz uznał to za wątpliwe.

Gabinet lorda Sidmoutha był duży i pięknie urządzony, jak przystało na pokój człowieka odpowiedzialnego za bezpieczeństwo Anglii w trakcie wielkiej wojny. Minister wstał i wyszedł zza biurka, by powitać gościa.

– Zapewne pan nie pamięta, ale poznaliśmy się wiele lat temu – zaczął. – Był pan wówczas małym chłopcem. Zadał mi pan niełatwe pytanie historyczne o rolę słoni w wojnie Hannibala z Rzymem. Później doszły mnie słuchy, że został pan oficerem kawalerii. Z braku słoni musiał się pan zadowolić końmi, czy tak?

– Nie da się ukryć, w Hiszpanii trudno dziś o słonie – odparł Ritchie, cały czas zastanawiając się, do czego prowadzi ta pogawędka. Wątpił, czy ściągnięto go do Whitehall na pogaduszki o taktyce zastosowanej podczas wojny Kartaginy z Rzymem.

Jego przypuszczenia okazały się słuszne. Lord Sidmouth poczęstował go kieliszkiem porto, wskazał wygodny fotel i z miejsca przeszedł do rzeczy.

– Posłałem po pana, by spytać, czy zechciałby pan podjąć się zadania zbliżonego do tego, które wykonywał pan dla Wellingtona w Hiszpanii i w Portugalii. Tak, wiem, był pan oficerem kawalerii i dzielnie walczył na polu bitwy, lecz wiadomo mi również o czymś innym. Był pan członkiem służb wywiadowczych Wellingtona i służył jako oficer łącznikowy z grupami hiszpańskiej partyzantki. Któregoś dnia Francuzi pojmali pana podczas wykonywania obowiązków służbowych. Dzięki znajomości francuskiego i odwadze zdołał pan ukryć swą tożsamość. Niestety, podczas wielokrotnych przesłuchań odniósł pan obrażenia, więc po pańskiej ucieczce z niewoli Wellington polecił odesłać pana do domu na rekonwalescencję, co równocześnie stanowiło nagrodę za dostarczenie istotnych wiadomości.

Twarz Ritchiego nie zdradzała żadnych emocji.

– Panie ministrze, nie spytam, w jaki sposób uzyskał pan te informacje – odezwał się po chwili milczenia. – Chciałbym jednak wiedzieć, jaki będą miały wpływ na moją pracę w Londynie.

– Podejrzewałem, że to pana zainteresuje. Powiedziano mi, że jeśli kiedykolwiek będę potrzebował przedsiębiorczego i odważnego człowieka, powinienem mieć świadomość, że właśnie taki żołnierz służy w kawalerii. Niedawno otrzymałem wiadomość, że od pewnego czasu do kraju wpływa mnóstwo przemycanych towarów. Straty urzędu ceł są niewyobrażalne. Co więcej, mamy powody sądzić, że francuscy agenci docierają do Anglii na statkach potajemnie zawijających do wybrzeży Susseksu. To smutne, ale wielu dotąd uczciwych obywateli uznało przemyt za niezłą i zarazem bardzo dochodową rozrywkę, zapominając przy tym, że to zwykła zdrada ojczyzny. Na domiar złego ludzie utrzymują w tajemnicy nazwiska przemytników i ich metody dystrybucji towarów. Uzyskanie rzetelnych informacji na temat szmuglu jest dla nas praktycznie niemożliwe. Jak pan zapewne wie, przemyt oznacza przerwanie blokady kontynentalnej, o której szczelność dba marynarka wojenna. Blokada powstała po to, by uniemożliwić prowadzenie handlu z Francją i jej sprzymierzeńcami, zatem ludzie, którzy ją łamią, są de facto zdrajcami. Musimy wysłać na miejsce zdarzeń osobę, która przywykła do działania w ukryciu i jest nieznana organizatorom przemytu, a także celnikom. Obawiam się, że część naszych służb celnych i podatkowych została skorumpowana przez – nie bójmy się tego słowa – kryminalistów. Potrzebuję kogoś, kto ustali, gdzie jest punkt przerzutowy, a do tego wskaże osoby stojące za handlem. Pan doskonale nadaje się do tego zadania. Mógłby pan pojechać na miejsce pod jakimś niewinnym pretekstem i przyjrzeć się sytuacji.

Ritchie odstawił kieliszek wina.

– Rzecz jasna, podejmę się tego zadania, jeśli taka jest wola pana i moich dowódców w kawalerii – oświadczył. – Niestety, nie znam nikogo w Sus-seksie ani w sąsiednich hrabstwach. Z pewnością zdaje pan sobie sprawę, że ziemie mojego ojca lezą na północy. Na południu mam niewielu przyjaciół. Poza tym większość z nich nadal służy pod rozkazami Wellingtona.

– To bez znaczenia – zapewnił go lord Sidmouth. – Zupełnym przypadkiem mam doskonałą przykrywkę dla pańskiej prawdziwej działalności. Wczoraj wieczorem siostra poinformowała mnie, że lady Leominster prosiła przyjaciół o polecenie jej rzetelnego guwernera dla wnuka sir Johna Comptona, trzynastoletniego Jacka. Posiadłość sir Johna znajduje się w hrabstwie Sussex, między Lewes a brzegiem morza. Jest pan człowiekiem wykształconym i niegdyś pragnął pan zrobić naukową karierę. Sugeruję, by niezwłocznie poprosił pan moją siostrę o kontakt z lady Leominster. Dostanie pan referencje. Rodzina Comptonów najwyraźniej ma trudności ze znalezieniem kogoś odpowiedniego. Pańska obecność na miejscu nie wzbudzi niepokoju. Nikt nie będzie podejrzewał guwernera. Gdyby zgodził się pan na udział w tej misji, znaleźlibyśmy dla pana odpowiednie nazwisko i adres, pod który słałby pan istotne, nie-cierpiące zwłoki informacje. Obawiam się, że w okolicy nie znajdzie pan nikogo godnego zaufania. Nawet miejscowe władze mogą współdziałać z przemytnikami. I co pan na moją propozycję, panie majorze?

Ritchie uśmiechnął się pod nosem. A jeszcze niedawno sądziłem, że moje życie jest nudne, pomyślał. Oto okazja, by je ożywić.

– Jestem gotów wziąć udział w misji – oświadczył głośno. – Nie obiecuję, że odniosę sukces, niemniej zrobię co w mojej mocy, by zadowolić ministerstwo. Czy mogę zasugerować, by moim przybranym nazwiskiem stało się moje imię, Ritchie? W ten sposób nie będzie problemu, gdy ktoś tak się do mnie zwróci. Jeżeli pan pozwoli, chciałbym nazywać się Edward Ritchie i udawać łagodnego i niegroźnego gryzipiórka. Edward to moje drugie imię.

– Doskonale – zgodził się z zadowoleniem sir Sidmouth. – Jak najszybciej ustalimy adres kontaktowy. Wątpię, by znalazł się pan w bezpośrednim niebezpieczeństwie, niemniej ostrożność będzie wskazana.

Ritchie ponownie się uśmiechnął.

– Jestem ostrożnym człowiekiem, panie ministrze. Brawura jest mi obca, bez względu na to, co pan o mnie słyszał.

Nawet jeśli lord Sidmouth uznał, że jego rozmówca jest przesadnie skromny, nie rzekł ani słowa. Wstał i wyciągnął ku niemu rękę – rzadko zaszczycał gości takim gestem.

– Kiedy tylko otrzymam stosowne informacje, przekażę panu, że sir John jest gotów przeprowadzić z panem rozmowę wstępną. Jak rozumiem, nie zapomniał pan jeszcze łaciny ani greki?

– Obydwa te języki pamiętam dość dobrze, by przekonać każdego, że nadaję się na pedagoga.

– Wobec tego życzę panu szczęścia.

Spotkanie dobiegło końca. Wychodząc drzwiami dla służby, by nie zobaczył go nikt z pracowników ministerstwa, Ritchie pomyślał, że wreszcie dostał zlecenie, które może przypomni mu o tym, co utracił po powrocie do kraju.

Podjął już jedną decyzję: będzie udawał łagodnego belfra i żeby dodać sobie wiarygodności, kupi okulary ze zwykłymi szkłami. W końcu zdaniem większości ludzi prawdziwy pedagog powinien być krótkowzroczny i nieśmiały.

– Ależ ciociu, dzisiejszego popołudnia nie bardzo mam ochotę zabawiać pół hrabstwa. Rano przyjeżdża pan Ritchie, nowy guwerner Jacka. Rice prosił, bym ponownie przejrzała księgi rachunkowe, a William zaplanował na popołudnie wielkie przyjęcie dla gromady ludzi, z którymi nie mam nic wspólnego. Szczerze mówiąc, wybrał najgorszy możliwy dzień. Do tego to przecież kosztuje, a nie mamy pieniędzy.

– Pandoro, daj spokój. Przyjęcie dobrze ci zrobi. Nareszcie ładnie się ubierzesz i przyzwoicie ułożysz włosy.

– To już szczyt wszystkiego! – wykrzyknęła Pandora. – Nie mam czasu na takie nonsensy. Nie będę na przyjęciu. Sama możesz wystąpić w roli gospodyni, ciociu. Wymyśl jakiś powód, dla którego nie przyjdę, dowolny, nic mnie to nie obchodzi!

– Wykluczone, Pandoro! – Ciotka Em przeklinała swój brak taktu. Zastanawiała się, co bardziej zirytowało siostrzenicę: wzmianka o przyzwoitej fryzurze czy o ładnym ubraniu.

Zamierzała ciągnąć tę dyskusję, kiedy kamerdyner, stary Galpin, wszedł do pokoju, jak zwykle smętnie zwieszając głowę.

– Przybył pan Ritchie na umówione spotkanie

– wymamrotał. – Podobno ma być guwernerem panicza Jacka. Skierowałem go do biblioteki.

– Biblioteki! – wykrzyknęły obydwie panie. Simon, ojciec Pandory, ogołocił pomieszczenie z większości zgromadzonych tam cennych woluminów, by zebrać pieniądze na swoje wystawne życie.

– Czyżbym zrobił coś złego, proszę pani? – spytał służący, jeszcze bardziej przygnębiony niż zwykle.

– Właściwie nie, biblioteka nie jest w gorszym stanie niż reszta pomieszczeń – odparła Pandora i ruszyła do wyjścia. Mijając ciotkę, powiedziała:

– Możesz być pewna, że tego popołudnia będę nieobecna.

I po tych słowach powędrowała na rozmowę o pracy z dżentelmenem, którego znalazła dla nich lady Leominster.

Jeszcze jeden powód do zmartwień. Miała tylko nadzieję, że ten człowiek będzie dość doświadczony, by poskromić Jacka. Obecnie jej brat siedział zamknięty w salce lekcyjnej. Była to kara za ucieczkę z synem kucharki nad zarośnięty staw w parku. Jack wybrał się tam popływać, choć doskonale wiedział, że jest to surowo zakazane.

Ritchie rozglądał się z zainteresowaniem. Właśnie zakończył męczącą podróż do Nether Compton na dachu taniego powozu, który przypominał nieco wiejską furmankę. Rzekomo biedny młody guwerner nie mógł sobie przecież pozwolić na przejazd dyliżansem pocztowym ani nawet na miejsce w kabinie.

Wszystko, co widział podczas wędrówki przez park sir Johna Comptona, wyraźnie świadczyło o tym, że trafił do biednej rodziny. Dom również był w fatalnym stanie. Pokój, do którego go poproszono, jakby ironicznie zwany biblioteką, niewiele się różnił od pozostałych, równie poważnie zaniedbanych. Dostrzegł książki, lecz nieliczne. Większość półek świeciła pustkami. Tylko biurko po drugiej stronie pomieszczenia wyglądało na używane. Ritchie zastanawiał się, jakim człowiekiem jest jego potencjalny pracodawca.

– Chodzi o sir Johna? – wymamrotał zapytany o to podstarzały kamerdyner.

Potem zaczął się głośno zastanawiać, czy zaprowadzić gościa do salonu, czy też na górę.

– Do biblioteki – postanowił w końcu. – Panna Pandora tam pracuje.

Panna Pandora? A któż to taki? Tuż przed wyjazdem do Susseksu słyszał jedynie o sir Johnie i jego wnuku, Williamie, utracjuszu. Russell wspomniał o nim raz czy dwa, a w jego głosie nie słychać było sympatii.,,Hazardzista'' – powiedział.,,A do tego pechowiec''.

Czy dlatego żyli w ubóstwie? Niewykluczone, ale zarówno posiadłość, jak i sam dom wyglądały na zaniedbywane przez lata.

Ritchie rozmyślał o tym wszystkim, przygotowując się do odegrania skromnego guwernera, kiedy wielkie, dębowe drzwi się otworzyły i stanęła w nich młoda kobieta. Podeszła do gościa zdecydowanym krokiem. Była wysoka, choć niższa od niego, bo przecież miał metr osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Włożyła na siebie niemodną i starą sukienkę z zielonego materiału, tak postrzępioną, jakby od dziesiątków lat przekazywano ją z pokolenia na pokolenie. Była rudowłosa, miała zielone oczy, a regularne rysy twarzy szpeciła marsowa mina. Gdy zerknął na dłonie kobiety, przekonał się, że są całe w odciskach. Czyżby stała przed nim panna Pandora? Zapewne była tu ochmistrzynią, bo wykluczone, by należała do rodziny.

– Witam – odezwał się i skinął głową. Uznał, że takie powitanie jest najbezpieczniejsze.

– Pan Ritchie, jak mniemam?

Trzeba przyznać, że była równie zaskoczona, jak on. Nie spodziewała się wysokiego, młodego mężczyzny o pociągłej, inteligentnej twarzy. Z niewiadomych powodów założyła, że nowy guwerner będzie pulchnym jegomościem w średnim wieku, urzędasem o rozbieganym, niepewnym spojrzeniu. Cóż, przybysz rzeczywiście wyglądał dość niepewnie, zwłaszcza kiedy się pochylił po bagaż, czyli poobijaną małą walizkę u swoich stóp.

Co, u licha, opętało Galpina? Dlaczego nie zajął się rzeczami gościa? Z pewnością jego pamięć coraz bardziej szwankowała. Był jednym z reliktów dawnych rządów sir Johna. Już przed laty powinien przejść na zasłużoną emeryturę. Problem w tym, że dziadek Pandory nie chciał o tym słyszeć.

Nagle Pandorę zirytowały te przemyślenia. Przecież nie pierwszy raz miała przed sobą młodego człowieka, a inni prezentowali się lepiej od tego obszarpańca, który nawet nie śmiał spojrzeć jej w oczy.

– Mam nadzieję, że pańska podróż nie była zbyt męcząca – zaczęła. – Chciałabym się przedstawić. Jestem Pandora Compton, wnuczka sir Johna. Kiedy zapoznam się z pańskimi referencjami, które podobno są doskonałe, zaprowadzę pana do salki lekcyjnej, gdzie pozna pan mojego brata Jacka.

Wyciągnęła rękę. Ritchie uznał, że z pewnością po referencje. Bez względu na obyczaje panujące w tym domu, postanowił zachowywać się jak należy, lecz jednocześnie odgrywać rolę osoby lekko nieobytej towarzysko.

– Sir John – bąknął z nieszczęśliwą miną, nerwowo wsuwając na nos nowe okulary w pozłacanych oprawkach. – Sądziłem, że moim pracodawcą będzie sir John Compton. Proszę o wybaczenie, jeśli się mylę.

Nie przesadzaj, skarcił się w myślach, w końcu masz być utalentowanym nauczycielem.

– Owszem – przytaknęła Pandora. – Rzecz w tym, że sir John jest niepełnosprawny i nigdy nie opuszcza sypialni. Po spotkaniu z Jackiem zaprowadzę pana do niego, niemniej wszystkie polecenia związane z pracą w tym domu będzie pan otrzymywał za moim pośrednictwem. Ze mną proszę rozmawiać o edukacji i wychowaniu Jacka. Właściwie występuję w roli pełnomocnika dziadka.

Ritchie miał ochotę zapytać, jaką rolę w tym domu pełni William Compton, w końcu spadkobierca majątku. I skąd ma tyle pieniędzy, którymi szasta w Londynie, skoro ponad wszelką wątpliwość jego dziedzictwo chyliło się ku upadkowi? Rzecz jasna, nie mógł zadać tego pytania pannie Compton

– rzekomo nie miał pojęcia o istnieniu Williama Comptona.

– Dziękuję – rzekł. – Oto dokumenty, o które pani prosiła.

Pandora przyjęła referencje, wspólne dzieło lorda Sidmoutha i Ritchiego. Jej dłoń przypadkowo dotknęła dłoni gościa. Zaskoczeni, oboje momentalnie znieruchomieli.

Ritchie nie rozumiał, czemu przeszył go tak silny dreszcz. Z całą pewnością nie powinien być zainteresowany tą młodą kobietą. Absolutnie nie przypominała żadnej z dam, które do tej pory wpadły mu w oko.

Pandora odwróciła się pośpiesznie, by gość nie dostrzegł jej zmieszania, i zajęła miejsce za zniszczonym biurkiem.

– To potrwa minutkę – zapewniła go. – Proszę usiąść, z pewnością jest pan zmęczony. – Pomyślała, że sama tez powinna odpocząć. Po chwili uniosła wzrok. – Referencje są zadowalające

– oznajmiła z aprobatą. – Przyznam, że jestem nieco zaskoczona faktem, iż nie podjął pan pracy na stanowisku bardziej adekwatnym do pańskich niewątpliwych umiejętności.

Ritchie ukłonił się uprzejmie.

– Pewne okoliczności rodzinne to uniemożliwiły – odparł i westchnął. – Szczęśliwie problemy zostały już rozwiązane. Zanim jednak ułożę sobie życie wedle własnego uznania, muszę znaleźć zajęcie, które pozwoli mi zgromadzić stosowne środki.

Cóż, przynajmniej pierwsze zdanie z jego wypowiedzi nie mijało się z prawdą, nawet jeśli cała reszta została wyssana z palca.

– Mam nadzieję, że w przyszłości szczęście bardziej panu dopisze – oświadczyła Pandora i wstała.

Ritchie skinął głową i powędrował za Pandorą na ostatnie piętro, gdzie Galpin kazał Jackowi czekać na ich przyjście. Chłopiec siedział na wysokim stołku, wyraźnie zaniepokojony.

– Jack, oto twój nowy guwerner, pan Ritchie

– oznajmiła Pandora. – Będziesz zdobywał wiedzę pod kierunkiem wykształconego pedagoga. Jestem przekonana, że zrobisz wszystko, by sprostać jego oczekiwaniom.

Jack zeskoczył ze stołka i ukłonił się Ritchie-mu, po czym mruknął coś pod nosem. Chłopiec był wysoki jak na swój wiek, a dzięki rudym włosom i zielonym oczom ogromnie przypominał siostrę.

– Witam, młody człowieku – powiedział Ritchie.

– Ufam, że nasza współpraca będzie się dobrze układała.

Rozejrzał się po salce lekcyjnej, równie zaniedbanej, jak reszta domu. Na otynkowanych ścianach wisiały przyklejone rysunki – nieco nieudolne, za to zamaszyste. Przedstawiały przede wszystkim rozmaite postacie żołnierskie na przestrzeni wieków, zazwyczaj starożytnych Rzymian.

– To twoje dzieła? – spytał Jacka, który się zarumienił i skinął głową. – Dobre wychowanie nakazuje, by na uprzejmie zadane pytanie grzecznie odpowiadać – upomniał chłopca. – Kiwnięcie głową nie jest stosowną formą odpowiedzi.

Ritchie wyszedł z założenia, że powinien od samego początku traktować podopiecznego tak, jak to zamierzał robić w przyszłości.

Pandora uśmiechnęła się z aprobatą, a Jack ponownie poczerwieniał.

– Tak, sam je namalowałem – wykrztusił. – Podziwiam żołnierzy, szczególnie rzymskich, gdyż zdobyli wszystkie ziemie, do których dotarli. Podobnie jak my – dodał.

– Wyśmienicie – skomentował Ritchie. – Jeżeli podczas pracy ze mną okażesz się zdolny i pilny, z pewnością obaj będziemy usatysfakcjonowani. A jeśli nie… – Wzruszył ramionami.

– Nie lubię, jak ktoś tak mówi – odparł Jack. – Stary Sutton, mój poprzedni guwerner, w kółko wygłaszał takie ukryte groźby.

– Dla ciebie pan Sutton – upomniała go ostro Pandora. – Zawsze powinieneś okazywać szacunek starszym.

Ritchie zauważył, że Jack się skrzywił.

– Wszystkim z wyjątkiem Suttona. Pan Ritchie powinien wiedzieć, co ten człowiek zrobił, na wszelki wypadek.

– Jack! – syknęła zagniewana Pandora. Rozbawiony Ritchie natychmiast zainteresował się, co takiego zrobił,,stary Sutton'' i pomyślał, że bez względu na okoliczności zawsze najlepiej trzymać stronę pracodawcy.

– Dobre maniery nakazują, by nigdy nie wygłaszać uwag natury osobistej – przypomniał chłopcu cichym i surowym głosem. – Dziesięć razy starannie wykaligrafujesz to zdanie, a tymczasem twoja siostra zaprowadzi mnie na rozmowę z sir Johnem.

– Idzie pan na spotkanie z dziadkiem! Sądziłem, że od pewnego czasu nie widuje nikogo.

– Wiesz równie dobrze, jak ja, że muszę mu przedstawiać wszystkich wyższych rangą pracowników zatrudnionych w posiadłości. Dziadek lubi wiedzieć, co dzieje się w domu.

Jack otworzył usta, zapewne, by powiedzieć coś niestosownego na temat dziadka i jego postępowania, lecz na widok surowego spojrzenia guwernera natychmiast je zamknął. Nowy pedagog miał w sobie coś onieśmielającego. Chłopiec szybko zrozumiał, że nie warto robić sobie z niego wroga. Podobnie jak Pandora, od początku wyczuwał, że jego guwerner jest inny niż wszyscy. Co prawda, wydawał się łagodny, lecz młodzieniec postanowił go nie prowokować.

Po pierwszej rozmowie z podopiecznym Ritchie uznał, że ma do czynienia z chłopcem zdolnym i inteligentnym, lecz zaniedbanym. Poprzedni guwerner miał najprawdopodobniej zły wpływ na jego wykształcenie i obycie towarzyskie.

Kiedy dotarli do podwójnych drzwi apartamentu sir Johna, służący otworzył je szeroko i zaanonsował przybyłych:

– Panna Compton i pan Ritchie, sir.

Ritchie znalazł się w jedynym pomieszczeniu w domu, które nie było w podupadającym stanie. Sir John siedział w fotelu przy oknie, otulony kocem. Na niskim stoliku obok starszego pana stał kieliszek porto, przez otwarte drzwi widać było wielkie łoże.

Sir John skinął ręką, by Pandora usiadła. Ritchie stanął w odległości kilku metrów od starszego pana.

– Przyprowadziłaś nowego guwernera na spotkanie ze mną, tak? – spytał nagle wnuczkę.

– Tak, dziadku. Pan Ritchie już rozmawiał z Jackiem.

– Poznał Jacka – rzekł nagle zirytowany starzec i skierował nieco nieprzytomne spojrzenie na Ritchiego. – Jak się pan nazywa?

– Ritchie, sir. Edward Ritchie.

– Hm. Z Oksfordu, tak mówiła Pandora, kiedy ta głupia kobieta poleciła jej pana. Osobiście wolę Cambridge, ale nie szkodzi, chyba się pan nadaje.

Trudno było skomentować te słowa, toteż Ritchie milczał.

– Kot odgryzł panu język? – warknął starzec.

Ritchie pochylił głowę, usiłując zachowywać się jak najpokorniej.

– Nie, sir. Gdyby spotkało mnie takie nieszczęście, nie mógłbym zostać guwernerem pańskiego wnuka.

Sir John wyjrzał przez okno.

– Padało, Pandoro – rzekł nie na temat. – Fatalne mamy lato, od wielu dni nie widzieliśmy słońca.

Odwrócił głowę i ponownie wbił spojrzenie w Ritchiego.

– Panno Compton, co, u licha, ten człowiek robi w moim pokoju, hę? – spytał. – Proszę o wyjaśnienie powodów jego obecności.

Pandora westchnęła. Sir John znowu miał kiepski dzień. Niestety, od pewnego czasu przytrafiały mu się one coraz częściej.

– To guwerner Jacka, pan Ritchie, dziadku.

– Nie opowiadaj bzdur, dziewczyno. To kołnierz, i tyle. Ten człowiek jest kołnierzem. Poznam wojaka wszędzie, w mundurze czy w cywilu.

Ritchie zesztywniał, modląc się w duchu o to, by starzec go nie zdradził na samym początku misji. Sytuacja stała się naprawdę niebezpieczna, kiedy sir John trzykrotnie głośno powtórzył ostatnie zdanie. Rzekomy pedagog postanowił zrobić jedyną rzecz, jaka w tej sytuacji przyszła mu do głowy. Sięgnął do kieszeni płaszcza po okulary, które schował tam po wyjściu z biblioteki, i z powagą spojrzał na sir Johna.

Pandora westchnęła. Ze staruszkiem było coraz gorzej. Co, u licha, podsunęło mu myśl, że ten skromny guwerner jest kołnierzem?

– Dziadku, pan Ritchie jest nowym guwernerem Jacka – przypomniała starszemu panu. – Przedstawiłam ci go pięć minut temu.

Nagle starszy pan powiódł niepewnym wzrokiem od Ritchiego do Pandory.

– Skoro tak twierdzisz, moja droga, skoro tak twierdzisz… – wybąkał tylko.

Kiedy Ritchie wychodził z pokoju, usłyszał mamrotanie staruszka:

– Tak czy owak, dobrze wiem, że jest kołnierzem. Na kilometr wyczuwam wojaka.

Na szczęście słuch Pandory nie był tak wyczulony, jak Ritchiego, więc nie dotarła do niej uwaga dziadka. Major mógł więc spokojnie zastanawiać się, co skłoniło starca do wyciągnięcia takich wniosków.

Na szczęście wszyscy, łącznie z Pandorą Compton, uważali, że sir John cierpi na demencję. Gdyby było inaczej, Ritchie nie zagrzałby tu miejsca!

ROZDZIAŁ DRUGI

– Czy zna się pan na wojsku? Pan Sutton nie miał pojęcia o kołnierzach. Potrafił coś tam powiedzieć o rzymskiej armii, lecz ani słowa o współczesnych siłach zbrojnych.

Guwerner i uczeń jedli obiad w sali lekcyjnej. Ritchie podniósł głowę znad pieczeni wołowej na zimno, zastanawiając się, dlaczego wszystkich mieszkańców Compton Park tak bardzo interesują żołnierze. Jakiej odpowiedzi powinien udzielić młodzieńcowi, by go usatysfakcjonować, a zarazem nie zdradzić tajemnicy?

– Nieco – odparł w końcu. – Dlaczego pytasz?

– Chciałbym zostać kołnierzem, kiedy dorosnę. Młodsi synowie często zaciągają się do wojska, a ja jestem młodszym synem. Williama nie interesuje armia.

– Williama? – Nadal odgrywał rolę osoby niedoinformowanej.

– Mojego przyrodniego brata, dziedzica. Rzadko tu bywa, więc nie mam okazji rozmawiać z nim o wojsku ani w ogóle o niczym. Obecnie mieszka u Watersów, lecz dzisiejszego popołudnia przyjedzie tu na przyjęcie, które sam organizuje. Zaproszono prawie wszystkich z całej okolicy, z wyjątkiem mnie. Nie mogę powiedzieć, żebym się załamał z tego powodu. Czy zaczniemy lekcje już po południu?

– Nie – zaprzeczył Ritchie. Nie chciał być szalonym guwernerem prowadzącym zajęcia od rana do wieczora. – Możesz oprowadzić mnie po domu i okolicy, żebym nie zabłądził, by za dwadzieścia lat nie odnaleziono kupki kości bielejących gdzieś w krzakach w połowie drogi do Londynu.

Jack parsknął śmiechem i omal nie udławił się wołowiną.

– Kapitalne! – wykrztusił. – Oczywiście, oprowadzę pana. Nie sądzę, by Pandora znalazła dla pana czas. Nie przyjdzie tez na przyjęcie Williama, bo razem ze starym Rice'em zajmuje się księgowością.

Było coraz bardziej oczywiste, że świat Jacka ograniczał się do dwóch kobiet i gromady staruszków. Ritchie pomyślał, że to wielka szkoda, biorąc pod uwagę, że młody człowiek jest niewątpliwie silny, sprawny i niegłupi. Należało tylko sprawdzić, czy potrafi wykorzystać swoją inteligencję.

– Znakomite. – Westchnął i odsunął talerz. – Czy wiesz coś o skamielinach? O ile mi wiadomo, macie ich tu zatrzęsienie.

Ritchie nieco się interesował paleontologią i doszedł do wniosku, że takie hobby będzie świetną przykrywką do spacerów po Susseksie. Wędrówki były konieczne, jeśli misja miała zakończyć się powodzeniem.

– Trochę. Stary Sutton coś o nich wspominał. Czemu pan pyta?

– Szczerze mówiąc, to moja pasja. Pomyślałem, że moglibyśmy się wybrać na poszukiwanie ciekawych okazów. Ślady skamielin można często ujrzeć w kamieniach, z których wzniesiono stare kościoły.

– Stare kościoły! – Zainteresowanie Jacka skamielinami gwałtownie zmalało. – A kiedy chciałby się pan wybrać na taką wyprawę?

Ritchie wyciągnął z kieszeni zniszczony zegarek, pamiątkę z dzieciństwa. Niedawno zastąpił on kosztowny czasomierz ze złotą kopertą, który z pewnością wzbudziłby podejrzenia u biednego guwernera.

– Kiedy tylko rozpakuję bagaże i znajdę kompas. Zawsze go zabieram na piesze wycieczki.

Jack pomyślał, że zanosi się na to, iż nowy guwerner będzie lepszy od starego Suttona.

Po południu obaj maszerowali po zarośniętej ścieżce poza terenem posiadłości. Jack zdążył już poinformować guwernera, że droga prowadzi prosto do morza.

– Mam zakaz opuszczania parku – wyznał chłopiec. – Skoro jednak jesteśmy razem, chyba nie obowiązuje?

– To prawda – potwierdził Ritchie, zajęty zapamiętywaniem topografii okolicy. Nie chciał się zgubić podczas przyszłych wędrówek.

Po pewnym czasie przedarli się przez zarośla i wyszli na polanę, z której nie widać było ani morza, ani domu. Nagle ze zdumieniem ujrzeli kogoś przed sobą. Tym kimś była Pandora Compton, która miała zajmować się księgowością razem ze starym Rice'em. Tymczasem siedziała pod drzewem i czytała książkę. Słysząc głosy, podniosła głowę i spokojnie popatrzyła na przybyszów.

– Sądziłem, że dzisiejsze popołudnie spędzisz z Rice'em – wymamrotał Jack.

– Tak miało być – skłamała i z westchnieniem zamknęła książkę. – Witam pana.

– Dzień dobry – odparł Ritchie, kłaniając się lekko. – Przykro mi, że zakłóciliśmy pani sjestę.

– To hiszpańskie słowo, nieprawdaż? – spytała grzecznie tylko po to, by podtrzymać rozmowę.

– Sądziłam, że oznacza popołudniową drzemkę.

Ritchie z miejsca pożałował, że użył tego słowa

– w końcu miało związek z krajem, w którym odbył służbę wojskową.

– O ile się nie mylę, to jest dokładne znaczenie tego wyrazu – przytaknął. – Czy jednak nie można nim nazwać po prostu odpoczynku od obowiązków?

Nawet się nie spodziewał, że potrafi tak przekonująco grać. Przekazując rozmówczyni tę perełkę mądrości, pochylił się nieco niczym nauczyciel w sztuce teatralnej. Kto wie, być może pedagodzy w teatrze zachowywali się tak dlatego, że udawali prawdziwych.

– Oczywiście. – Uśmiechnęła się. – Tak czy owak, mój wypoczynek dobiegł końca. Gdyby zechciał pan podać mi rękę, mogłabym wstać sprawniej niż bez pańskiej pomocy. Czy zakłócę harmonogram pracy z Jackiem, proponując wspólny powrót do domu? Moglibyśmy wszyscy spróbować uniknąć przyjęcia Williama.

– Jak najbardziej, proszę pani. – Ritchie pochylił się, wyciągnął rękę i pomógł Pandorze wstać. 

– Dzisiejszego popołudnia mamy wolne przed rozpoczęciem pracy – wyjaśnił jak na pedagoga przystało.

– Musimy się jak najszybciej i jak najlepiej poznać, gdyż jest to niezbędne do skutecznej realizacji programu nauczania.

Pandora pomyślała, że nowy guwerner Jacka jest nietypowy. Czyżby nigdy nie zapominał o tym, że jest pedagogiem? Czy nie zdarzało mu się odpoczywać? Po chwili doszła do wniosku, że pan Sutton zbyt dużo czasu spędzał na rozrywkach takich jak uwodzenie służących.

– Czy to pańska pierwsza wizyta w Susseksie? - spytała.

– Tak – odparł. – Widok z powozu okazał się jeszcze piękniejszy, niż przypuszczałem. Tu jest prawie tak uroczo, jak w hrabstwie Kent, zwanym ogrodem Anglii.

– Och, Jack i ja chętnie o tym podyskutujemy.

– Pandora się uśmiechnęła. – Sądzę, że niemało hrabstw rości sobie prawa do tego tytułu, lecz chcielibyśmy wierzyć, że należy się on wyłącznie nam.

Ritchie pomyślał, że rozmowa jest całkowicie nieszkodliwa i taką powinna pozostać. Dopóki będą rozprawiać o urodzie angielskiego krajobrazu, z pewnością nie zdradzi swych zamiarów. Przyznał wobec tego, że północną część Anglii zna lepiej niż południową.

– Przez kilka lat mieszkałem tam i pracowałem

– powiedział.