Sekretna miłość - Stephanie Laurens - ebook
Opis

Lady Alathea Morwellan ma poważny kłopot. Wskutek niefrasobliwości jej ojca cała rodzina stanęła w obliczu bankructwa. Tylko jeden człowiek może jej pomóc – przyjaciel rodziny Gabriel Cynster, znany uwodziciel i wielbiciel kobiet. Aby go zainteresować, Alathea wciela się w postać tajemniczej hrabiny i ukryta pod peleryną i welonem udaje się na nocne spotkanie. Gabriel obiecuje zająć się sprawą, jednak za swoją pomoc wyznacza cenę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 510

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: ASecret Love

Projekt okładki: Karandasz

Copyright © 2000 by Svadek Management Proprietory Ltd.

Copyright © 2004, 2016 for the Polish translation

Wydawnictwo BIS

ISBN 978-83-7551-508-4

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail:[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

17 kwietnia 1820 roku

Morwellan Park, Somerset

Groziła jej katastrofa.

Znowu.

Alathea Morwellan siedziała przy biurku w bibliotece i wpatrywała się w trzymany w ręce list od doradcy finansowego rodziny, ledwo widząc staranne pismo. Pamiętała każde słowo. Ostatni akapit brzmiał:

Sądzę, moja droga, że jesteśmy podobnego zdania.

Nie mogliśmy popełnić żadnego błędu.

Żadnego błędu. Podejrzewała, podświadomie oczekiwała, że tak będzie, jednak…

Alathea odetchnęła głęboko i odłożyła list. Trzęsły jej się ręce. Poczuła lekki powiew wiatru od strony wysokich okien. Po chwili wahania wstała i podeszła do przeszklonych drzwi wychodzących na południowy trawnik.

Na rozległej łące, oddzielającej taras od ogrodowej sadzawki, jej przyrodnie rodzeństwo bawiło się piłką. Blask słońca rozświetlił jasną głowę – najstarszy przyrodni brat Alathei, Charlie, wyskoczył wysoko i pochwycił piłkę przed Jeremym, mającym zaledwie dziesięć lat, ale zawsze skorym do rywalizacji. Pomimo zaczątków wytworności, dziewiętnastoletni Charlie pochłonięty był grą, w której uczestniczyło młodsze rodzeństwo, Jeremy i licząca ledwie sześć lat Augusta. Ich starsze siostry, osiemnastoletnia Mary i siedemnastoletnia Alice także przyłączyły się do zabawy.

Wszyscy w domu kręcili się jak w ukropie, przygotowując się do przeprowadzki do Londynu, gdzie Mary i Alice miały zostać wprowadzone do towarzystwa. Jednak obie dziewczyny, nie przejmując się wagą czekającej je prezentacji, z zapałem oddawały się grze, a ich okolone lokami buzie tryskały niezmąconą radością, jaką czerpały z prostej rozrywki.

Głośny okrzyk Charliego sygnalizował mocny wyrzut – piłka poszybowała wysoko ponad trzema dziewczętami i potoczyła się w stronę domu. Odbiła się od brukowanej alejki i, pokonując niskie schodki, wpadła na taras. Następnie podskakując, pokonała próg biblioteki i poturlała się po podłodze. Alathea podkasała spódnicę i nogą zatrzymała piłkę. Gdy zastanawiała się, co zrobić, zobaczyła zdyszane, śmiejące się siostry, biegnące w stronę tarasu. Alathea schyliła się, podniosła piłkę i trzymając ją w jednej ręce, wyszła na taras.

Roześmiane Mary i Alice zatrzymały się przed schodkami.

– Do mnie, Allie, do mnie!

– Nie! Kochana Alatheo! Do mnie!

Alathea udawała, że się zastanawia, czekając, aż maleńka Augusta, która pozostała daleko w tyle, dobiegnie do tarasu. Mała zatrzymała się parę kroków za starszymi siostrami i uniosła anielską twarzyczkę ku Alathei. Ta z uśmiechem przerzuciła piłkę ponad głowami starszych dziewcząt, które z otwartymi ustami śledziły jej lot. Augusta, śmiejąc się perliście, podskoczyła, złapała piłkę i popędziła z nią przez łąkę.

Wymieniwszy z Alatheą porozumiewawcze uśmiechy, Mary krzyknęła coś w stronę Augusty i obie z Alice rzuciły się w pościg. Alathea pozostała na tarasie. Fala gorąca, jaka ją ogarnęła, nie miała nic wspólnego z ostrym słońcem. Jej uwagę zwrócił jakiś ruch pod ogromnym dębem. To jej macocha, Serena, machała do niej z ławki, skąd wraz z lordem Meredithem, ojcem Alathei, obserwowała swoje dzieci.

Alathea z uśmiechem pomachała w odpowiedzi. Spojrzała na swoje przyrodnie rodzeństwo, które dzikim pędem zmierzało w stronę stawu, po czym głęboko wciągnęła powietrze, zacisnęła usta i wróciła do biblioteki.

Zbliżając się do biurka, patrzyła na zdobiące ściany gobeliny i obrazy w złotych ramach, na obite skórą grzbiety stojących na półkach książek. Ogromna biblioteka stanowiła chlubę Morwellan Park, siedziby rodowej lordów Meredithów. Morwellanowie od stuleci zamieszkiwali Morwellan Park, a dokładnie od czternastego wieku, zanim jeszcze nadano im tytuł hrabiowski. A ten piękny dwór został zbudowany na polecenie pradziadka Alathei, nad ukształtowaniem zieleni zaś czuwał jej dziadek.

Gdy dotarła do ogromnego, bogato rzeźbionego biurka, z którego korzystała od jedenastu lat, spojrzała na leżący na bibularzu list. Nie było szansy, żeby ugięła się przed groźbą, jaką zawierał. Nikt nie mógł zakłócić spokoju, który od dziesięciu lat z poświęceniem zapewniała rodzinie.

Patrząc na list Wiggsa, rozważała ogrom zadania, przed którym stała. Była zbytnią realistką, żeby nie widzieć trudności i niebezpieczeństw. Jednak nie po raz pierwszy stała wobec groźby finansowej i towarzyskiej ruiny.

Wzięła list i przeczytała go ponownie. Nadszedł z Londynu w odpowiedzi na jej wiadomość wysłaną pospiesznie przez umyślnego. Było to trzy dni temu, kiedy po raz drugi w jej życiu cały świat zatrząsł się w posadach.

Podczas ścierania kurzu w pokoju lorda pokojówka natknęła się na jakiś urzędowy dokument, wciśnięty do dużego wazonu. Na szczęście dziewczyna miała dość rozsądku, żeby zanieść papier do ochmistrzyni i kucharki, pani Figgs, która natychmiast wpadła do biblioteki i położyła list przed Alatheą.

Upewniwszy się, że niczego nie przeoczyła z listu Wiggsa, odłożyła go na bok. Przeniosła spojrzenie na szufladę z lewej strony biurka, gdzie spoczywał przeklęty dokument. Skrypt dłużny. Nie musiała go ponownie czytać – każdy szczegół odciśnięty był w jej pamięci. Nota wzywała lorda Mereditha do zapłacenia sumy, która przekraczała aktualną wartość całego majątku. W zamian miał otrzymać przyzwoity procent z dochodów, uzyskanych przez ŚrodkowoWschodnią Afrykańską Kompanię Złota. Oczywiście nie było gwarancji, że kiedykolwiek pojawią się jakieś zyski, a poza tym ani ona, ani Wiggs, ani żaden z jego kolegów nie słyszeli o ŚrodkowoWschodniej Afrykańskiej Kompanii Złota.

Gdyby spalenie noty dawało cokolwiek, z radością roznieciłaby ognisko na dywanie. Niestety, była to jedynie kopia weksla. Jej kochany, niezdecydowany, beznadziejnie niezaradny ojciec podpisał wyrok na przyszłość całej rodziny, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, co robi. Wiggs potwierdził, że weksel jest całkowicie legalny i podlega egzekucji, gdyby więc zażądano spłaty sumy, na jaką został wystawiony, rodzina by zbankrutowała. Straciliby nie tylko zadłużone drobniejsze włości i Morwellan House w Londynie, ale także Morwellan Park i wszystko, co do niego należało. Jeśli więc chciała mieć pewność, że rodzina Morwellanów pozostanie w Morwellan Park, że Charlie i jego synowie odziedziczą w całości dom przodków, że jej przyrodnie siostry wejdą do towarzystwa i znajdą godnych siebie mężów, musiała znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji.

Tak jak poprzednio.

W roztargnieniu stukając ołówkiem w bibularz, Alathea wbiła niewidzące spojrzenie w portret pradziadka, który spoglądał na nią z przeciwległej ściany.

To nie był pierwszy raz, kiedy ojciec doprowadził rodzinę na krawędź ruiny. Już wcześniej stała w obliczu nędzy. Dla szlachetnie urodzonej kobiety, która wychowywała się w kręgu towarzyskiej elity, taka perspektywa była – i pozostała – przerażająca, zwłaszcza że była trudna do wyobrażenia. Alathea nie miała wielkiego pojęcia, co oznacza nędza, i wcale nie zamierzała bliżej jej poznawać. Nie chciała też, żeby zapoznało się z nią jej niewinne rodzeństwo.

Tym razem była dojrzalsza niż poprzednio, więcej wiedziała – miała większe szanse, żeby poradzić sobie z zagrożeniem. Bo za pierwszym razem…

Cofnęła się myślami do owego popołudnia sprzed jedenastu lat, kiedy wybierała się na swój pierwszy bal i musiała zmienić zamiary. Od tamtego czasu wzięła na siebie ciężar zarządzania rodzinnymi finansami i pracowała niestrudzenie, aby odbudować fortunę rodu, jednocześnie utrzymując na zewnątrz wrażenie bogactwa. Nalegała, żeby chłopcy poszli do Eton, a następnie do Oksfordu. Charlie miał tam rozpocząć studia już we wrześniu. Oszczędzała i ciułała każdy grosz, żeby zawieźć Mary i Alice do miasta i zapewnić im debiut w wielkim stylu.

Cała służba czekała na przeprowadzkę do Londynu, mającą nastąpić już za parę dni. Ona sama miała nadzieję cieszyć się subtelnym zwycięstwem nad losem w chwili, gdy jej przyrodnie siostry będą dygać przed zgromadzoną elitą.

Alathea długo patrzyła przed siebie, rozważając, oceniając, odrzucając różne rozwiązania. Tym razem oszczędność na nic się nie zda – żadna zaoszczędzona kwota nie mogła się równać z sumą wymienioną w skrypcie dłużnym. Odwróciła się i wyciągnęła szufladę z lewej strony biurka. Wyciągnęła weksel i ponownie starannie go przestudiowała. Zaczęła rozważać możliwość, że ŚrodkowoWschodnia Afrykańska Kompania Złota jest wielkim oszustwem.

Żadne uczciwie działające przedsiębiorstwo nie skłoniłoby jej niezaradnego w interesach ojca do zainwestowania ogromnej sumy pieniędzy bez uprzedniego dyskretnego sprawdzenia, czy może sprostać takiemu zobowiązaniu. Im dłużej rozważała sprawę, tym bardziej była przekonana, że ani ona, ani Wiggs nie popełnili żadnej pomyłki. ŚrodkowoWschodnia Afrykańska Kompania Złota była jednym wielkim szwindlem.

Nie miała zamiaru pokornie oddawać wszystkiego, co w ciągu ostatnich jedenastu lat zdobyła dla zabezpieczenia przyszłości rodziny, żeby jacyś podli oszuści mogli sobie wymościć gniazdko.

Musiało istnieć jakieś wyjście – do niej należało znalezienie go.

Rozdział 1

6 maja 1820 roku

Londyn

Ramiona Gabriela Cynstera, przemierzającego krużganki kościoła Świętego Jerzego w pobliżu Hanover Square, otoczyły opary mgły. Powietrze było chłodne, a mrok krużganków rozpraszało miejscami słabe światło ulicznych latarni.

Dochodziła trzecia w nocy: modny Londyn spał w najlepsze. Umilkł stukot kół powozów, odwożących do domu nocnych marków, i nad miastem zapadła głęboka cisza.

Dotarłszy do końca podcieni, Gabriel się odwrócił. Zmrużonymi oczami uważnie przyjrzał się kamiennemu tunelowi, utworzonemu pomiędzy frontonem kościoła a wysokimi kolumnami podpierającymi fasadę. Mgła kłębiła się i wirowała, przesłaniając widok. Tydzień wcześniej Gabriel stał w tym samym miejscu, obserwując jednego ze swoich kuzynów, Demona, odjeżdżającego wraz z nowo poślubioną żoną. Poczuł wtedy nagły chłód – może było to ostrzeżenie, przeczucie nadciągających wydarzeń.

Liścik mówił: o trzeciej nad ranem w krużgankach kościoła Świętego Jerzego. Miał ochotę go wyrzucić, traktując jak kiepski żart, jednak coś w tych słowach obudziło w nim więcej niż tylko ciekawość. List napisany był w rozpaczy, chociaż trudno by mu było powiedzieć, skąd ta pewność. Tajemnicza hrabina, kimkolwiek była, pisała prosto i bez ogródek, że pragnie się z nim spotkać, by wyjaśnić, czemu potrzebuje jego pomocy.

Stawił się więc. Lecz gdzież była hrabina?

Rozległo się bicie miejskich zegarów, przeszywające ciężką kurtynę nocy. Nie na wszystkich wieżach zegary wydzwaniały nocne godziny, jednak dźwięki tych, które biły, układały się w dziwaczną frazę, powtarzaną w różnych tonacjach. Stłumione dźwięki słabły, aby wreszcie ucichnąć. Znów zapadła cisza.

Gabriel zawrócił i zaczął iść wzdłuż krużganków powolnym, swobodnym krokiem.

Wyłoniła się z głębokiego cienia przy kościelnych drzwiach. Jej spódnicę otaczała mgła.

Odwróciła się powoli, dostojnie, ku niemu. Była otulona peleryną, a twarz zakryła welonem, nieprzenikniona, tajemnicza jak noc.

Gabriel zmrużył oczy. Czy stała tam przez cały czas? Czy przeszedł obok, nie widząc jej, nie wyczuwając jej obecności? Nie zmieniając tempa, nadal zmierzał w jej stronę. Kiedy się do niej zbliżył, uniosła głowę. Była bardzo wysoka. Gdy się zatrzymał tuż przed nią, spostrzegł, że nie może patrzeć ponad jej głową. To było zdumiewające. Mierzył dobrze ponad metr osiemdziesiąt; hrabina musiała być podobnego wzrostu.

Jednym spojrzeniem ocenił, że miała niezwykle proporcjonalną figurę.

– Dzień dobry, panie Cynster. Dziękuję, że pan przyszedł.

Skłonił głowę, odrzucając szalone przypuszczenie, że ma do czynienia z jakimś psikusem, z przebranym za kobietę chłopcem. Jego doświadczone zmysły wyczuły w niej kobietę na podstawie paru wykonanych kroków, sposobu, w jaki się obróciła. Miała też miękki, niski głos, stanowiący kwintesencję kobiecości.

Dojrzałej kobiecości. Z pewnością nie była młódką.

– W pani liście przeczytałem, że potrzebuje pani mojej pomocy.

– Tak. – A po chwili dodała: – Moja rodzina potrzebuje pomocy.

– Pani rodzina? – W mroku jej welon był nieprzenikniony. Nie widział nawet zarysu brody czy ust.

– Powinnam była powiedzieć, że moja przyrodnia rodzina.

Dotarła do niego woń jej perfum, egzotyczna, kusząca.

– Może najpierw określmy, na czym polega pani problem i czemu sądzi pani, że mógłbym jej pomóc.

– Może pan pomóc. Nigdy bym nie prosiła o spotkanie, nigdy bym się nie odważyła opowiedzieć panu tego wszystkiego, gdybym nie wiedziała, że może mi pan pomóc. – Przerwała i głęboko wciągnęła powietrze. – Mój problem dotyczy skryptu dłużnego, który podpisał mój były mąż.

– Były mąż?

Pochyliła głowę.

– Jestem wdową.

– Kiedy zmarł pani mąż?

– Ponad rok temu.

– A zatem wszystkie jego posiadłości przypadły komuś w spadku.

– Owszem. Tytuł i wszelkie włości należą teraz do mojego pasierba, Charlesa.

– Do pasierba?

– Byłam drugą żoną mojego męża. Pobraliśmy się parę lat temu. Dla niego było to bardzo późne drugie małżeństwo. Chorował przez kilka lat przed śmiercią. Wszystkie dzieci miał z pierwszą żoną.

Cynster zawahał się, po czym zadał pytanie:

– Mam rozumieć, że wzięła pani dzieci zmarłego męża pod swoje skrzydła?

– Tak. Czuję się odpowiedzialna za ich los. I dlatego właśnie… ze względu na nie… szukam u pana pomocy.

Gabriel bacznie obserwował jej zakwefioną postać, świadom, że sam podlega podobnej lustracji.

– Wspomniała pani o wekslu.

– Muszę wyjaśnić, że mój mąż miał słabość do wdawania się w niepewne interesy. Podczas ostatnich lat jego życia wspólnie z jego doradcą finansowym udawało mi się skutecznie ograniczać tego typu posunięcia do minimum. Jednak trzy tygodnie temu służąca natrafiła na urzędowy dokument, ciśnięty w kąt i zapomniany. To był właśnie ów skrypt dłużny.

– Wystawiony dla kogo?

– Dla ŚrodkowoWschodniej Afrykańskiej Kompanii Złota. Słyszał pan może o niej?

Potrząsnął głową.

– Nie.

– Podobnie jak nasz doradca i jego koledzy.

– Na wekslu powinien być adres kompanii.

– Nie ma go tam. Jest tylko nazwa firmy prawniczej, która wystawiła dokument.

Gabriel żonglował fragmentami łamigłówki, które mu podawała, świadom, że każda informacja była wcześniej starannie ocenzurowana.

Wyciągnęła spod peleryny zwinięty pergamin. Niewątpliwie dobrze przygotowała się na spotkanie. Pomimo wytężania wzroku nie udało mu się dostrzec nawet rąbka sukni pod peleryną. Ręce również miała zasłonięte, wsunięte w długie, sięgające aż do rękawów, skórzane rękawiczki. Wziął od niej pergamin, rozwinął go i odwrócił się tak, aby światło ulicznej latarni padało na papier.

Podpis poręczyciela, pierwsza rzecz, na jaką zerknął, przesłonięty był kawałkiem grubego papieru, przyklejonego woskiem do dokumentu. Spojrzał na hrabinę.

– Nie musi pan znać nazwiska – stwierdziła spokojnie.

– Dlaczego nie?

– Stanie się to oczywiste, gdy przeczyta pan weksel.

Zaczął czytać, wytężając wzrok w marnym świetle.

– Wygląda na autentyczny dokument. – Przeczytał go jeszcze raz, po czym spojrzał na nią. – Inwestycja jest niewątpliwie ogromna i można założyć, że niesie ze sobą wielkie ryzyko. Jeśli kompania nie została przez pani męża właściwie sprawdzona, angażowanie się w taki interes było rzeczywiście bardzo nierozważnym posunięciem. Nie widzę jednak, na czym polega pani problem.

– Problem polega na tym, że kwota, na jaką opiewa weksel, znacznie przekracza aktualną wartość posiadanego przez nas majątku.

Gabriel spojrzał ponownie na wypisaną na dokumencie kwotę, szybko ją przeliczył. Nie pomylił się.

– Jeśli ta suma przewyższa wszelkie państwa zasoby…

– No właśnie – rzekła hrabina z charakterystycznym dla siebie zdecydowaniem. – Wspomniałam już, że mój małżonek lubił ryzykowne interesy. Zanim weszłam do rodziny, przez ponad dziesięć lat balansował na krawędzi ruiny. Odkryłam prawdę dopiero po ślubie. Od tej chwili osobiście pilnowałam wszystkich interesów. Wspólnie z doradcą finansowym mojego męża byliśmy w stanie prowadzić sprawy tak, żeby rodzina nie pogrążyła się w długach. – Bezskutecznie próbując ukryć swoją słabość, twardym głosem dodała: – Ale ten weksel oznacza koniec. Sedno problemu leży w tym, że dokument naprawdę zdaje się autentyczny i jeśli ktoś zażąda jego wykupienia, rodzina będzie zrujnowana.

– I dlatego nie chce pani, abym poznał nazwisko.

– Zna pan wyższe sfery. Poruszamy się w tych samych kręgach. Gdyby nasze kłopoty finansowe stały się publiczną tajemnicą, nawet nie wspominając o nieszczęsnym skrypcie dłużnym, rodzina byłaby towarzysko skończona. Dzieci nigdy nie mogłyby osiągnąć należnej im pozycji.

Gabriel zesztywniał.

– Dzieci. Wspomniała pani Charlesa, młodego lorda. A inne?

– Są dwie dziewczynki, Ma… Maria i Alicia. Jesteśmy teraz w Londynie ze względu na ich pierwszy bal. Oszczędzałam przez lata, żeby miały wspaniały debiut… – zawiesiła głos. Po chwili ciągnęła dalej: – Jest jeszcze dwójka w wieku szkolnym oraz starsza kuzynka, Serafina, która również należy do rodziny.

Gabriel przysłuchiwał się bardziej jej tonowi niż słowom. Wyraźnie słychać w nim było prawdziwe przywiązanie, troskę i zaangażowanie. Niepokój. Bez względu na to, co próbowała ukryć, tego nie potrafiła zamaskować.

Gabriel uniósł do oczu dokument, przyglądając się podpisowi prezesa kompanii. Zakreślony ostrym, śmiałym pismem, był zupełnie nieczytelny; z pewnością go nie znał.

– Nie wyjaśniła pani, dlaczego uważa, że mogę pomóc.

Pytanie zabrzmiało niezbyt pewnie, zgadywał bowiem odpowiedź.

Hrabina wyprostowała ramiona.

– Razem z naszym doradcą jesteśmy przekonani, że ta kompania to oszustwo, przedsiębiorstwo założone tylko po to, żeby wyłudzać pieniądze od łatwowiernych inwestorów. Sam weksel jest bardzo podejrzany, nie ma na nim ani adresu, ani nazwisk właścicieli. Poza tym żadna uczciwa kompania nie przyjęłaby weksla bez uprzedniej gwarancji wypłacalności żyranta.

– Mąż nie wystawił żadnego czeku?

– Nasz doradca musiałby o tym wiedzieć. Jak może pan sobie wyobrazić, nasz bank od lat pozostawał z nim w bezpośrednim kontakcie. Oboje sprawdzaliśmy wszystko, na ile mogliśmy, żeby nie wzbudzić podejrzeń, i nie znaleźliśmy nic, co pozwoliłoby nam zmienić zdanie. Środkowo-Wschodnia Afrykańska Kompania Złota wygląda na jeden wielki szwindel. – Zaczerpnęła powietrza. – A jeśli tak jest, to gdyby udało nam się zebrać dość dowodów, żeby to wykazać i przedstawić je przed sądem, skrypt dłużny mógłby zostać uznany za nieważny. Jednak musimy zdążyć, zanim weksel zacznie być ściągalny, a od czasu jego podpisania minął już rok.

Gabriel zwinął dokument, jednocześnie rozmyślając o hrabinie. Pomimo jej welonu i peleryny miał wrażenie, że dużo o niej wie.

– Czemu właśnie ja?

Podał jej weksel. Wzięła go od niego i ukryła pod peleryną.

– Stworzył pan sobie reputację człowieka odsłaniającego nieuczciwe knowania, a na dodatek… – uniosła głowę – …należy pan do rodu Cynsterów.

Niemal się roześmiał.

– Co to ma do rzeczy?

– Cynsterowie lubią wyzwania.

– To prawda – mruknął.

– Ja zaś wiem, że mogę powierzyć Cynsterom sekret.

Uniósł pytająco brwi.

– Jeśli zgodzi się pan mi pomóc, będzie pan musiał obiecać, że nigdy nie spróbuje ustalić tożsamości mojej ani mej rodziny. – Przerwała, po czym ciągnęła dalej. – A jeśli nie zdecyduje się pan nam pomóc, wiem, że nie wspomni pan nikomu o naszym spotkaniu i o niczym, czego się pan tu dowiedział.

Gabriel uniósł brwi. Przyglądał jej się z powstrzymywanym rozbawieniem i pewnym szacunkiem. Rzadko kiedy spotykał taką śmiałość u kobiety. Hrabina nie sprawiała też wrażenia osoby nierozważnej – jasno wyznaczyła sobie cel i przedstawiła swoje plany.

Rozmyślnie go prowokowała.

Czyżby wyobrażała sobie, że skoncentruje się wyłącznie na kompanii? Czy inne wyzwania, które mu rzucała, nie były zamierzone…?

Zresztą czy miało to jakieś znaczenie?

– Jeśli zgodzę się pomóc, to od czego mielibyśmy zacząć? – Zadał pytanie bez zastanowienia. Kiedy już padło, w duchu zdziwił się użytą przez siebie liczbą mnogą.

– Od prawników kompanii. A przynajmniej od tych, którzy wystawili weksel, Thurlowa i Browna. Ich nazwiska widnieją na dokumencie.

– Ale nie ma ich adresu.

– Nie, ale jeśli działają legalnie – a chyba muszą, prawda? – to łatwo będzie ich wytropić. Sama mogłabym się tym zająć, ale…

– Ale wątpi pani, żeby wasz doradca pochwalał to, co będzie pani chciała później zrobić, więc wolała go pani o nic nie pytać?

Pomimo welonu wyobraził sobie spojrzenie, jakim go obrzuciła, zmrużenie oczu, zaciśnięcie ust. Skinęła potakująco zdecydowanym ruchem głowy.

– Właśnie tak. Sądzę, że jednak trzeba będzie przeprowadzić jakieś śledztwo. Wątpię, żeby legalnie działająca firma prawnicza chciała podać informacje o jednym ze swoich klientów.

Gabriel nie był tego taki pewien – przekona się o tym, gdy zlokalizuje firmę Thurlow i Brown.

– Będziemy musieli się dowiedzieć, kim są szefowie owej kompanii, a następnie poznać szczegóły ich działania.

– Szczegóły ich przyszłych działań. – Rzucił jej spojrzenie, żałując, że nie widzi przez welon. – Zdaje sobie pani sprawę z tego, że najmniejszy błąd w naszym śledztwie może zaalarmować szefów spółki? Jeśli, zgodnie z pani podejrzeniami, firma jest fikcyjna, wówczas zbyt bliskie zainteresowanie kogokolwiek, a zwłaszcza moje, sprowokuje pospieszne żądanie pieniędzy. Tak reagują oszuści – zgarniają wszystko, co im wpadnie w ręce, i znikają, zanim ktokolwiek zdąży się czegoś o nich dowiedzieć.

Od ponad pół godziny stali w przypominających mauzoleum podcieniach kościoła. Wraz ze zbliżającym się świtem temperatura spadała, a wilgotny ziąb stawał się coraz bardziej przejmujący. Gabriel zdawał sobie z tego sprawę, lecz otulony płaszczem nie czuł chłodu. Natomiast okryta peleryną hrabina była cała zesztywniała i niemal dygotała z zimna.

Zacisnął usta, powstrzymując chęć przytulenia jej do siebie, i szorstkim, bezlitosnym głosem stwierdził:

– Rozpoczynając śledztwo w sprawie kompanii, ryzykuje pani bankructwo swojej rodziny.

Jeśli była gotowa wzniecić ogień, musiała być świadoma, że może w nim spłonąć.

Uniosła głowę i się wyprostowała.

– Jeśli nie rozpocznę śledztwa i nie udowodnię, że to oszuści, moja rodzina zbankrutuje na pewno.

Chociaż uważnie wsłuchiwał się w jej głos, nie wytropił w nim nawet śladu wahania. Skinął głową.

– W porządku. Skoro podjęła pani decyzję o rozpoczęciu śledztwa, pomogę pani.

Gdyby się spodziewał wylewnych podziękowań, byłby srodze rozczarowany. Na szczęście niczego takiego nie oczekiwał. Stała bez ruchu, bacznie mu się przyglądając.

– I przysięgnie pan…

Tłumiąc westchnienie, podniósł prawą dłoń.

– Przysięgam przed Bogiem, że…

– Niech pan przysięgnie na nazwisko Cynsterów.

Zamrugał, po czym podjął:

– Przysięgam na moje nazwisko rodowe, że nie będę się starał rozpoznać pani ani pani rodziny. W porządku?

W ciemności szept hrabiny zabrzmiał niczym szelest jedwabiu.

– Tak.

Wyraźnie się odprężyła. Gabriel również się rozluźnił.

– Kiedy dżentelmeni zawierają umowę, zwykle na koniec podają sobie ręce.

Zawahała się, po czym wyciągnęła dłoń.

Zacisnął palce na jej palcach tak, że jego kciuk znalazł się w zagłębieniu jej dłoni i przyciągnął ją do siebie. Usłyszał, że gwałtownie wciąga powietrze, poczuł nagłe bicie jej pulsu, jej zaskoczenie. Drugą ręką ujął ją pod brodę, nachylając jej usta ku sobie.

– Myślałam, że mamy sobie uścisnąć dłonie – wyszeptała bez tchu.

– Nie jest pani dżentelmenem. – Przyglądał się jej twarzy. Pod gęstym welonem mógł dostrzec jedynie błysk jej oczu i zarys ust. – Kiedy dżentelmen ubija interes z damą, robi to tak. – Opuścił głowę i dotknął wargami jej warg.

Pod jedwabnym welonem były miękkie i pełne – czysta pokusa. Niemal się nie poruszyły, jednak jasno wyczuwał zawartą w nich obietnicę. Ten pocałunek, który powinien być uznany za najbardziej niewinny w całej jego karierze, okazał się iskrą przyłożoną do krzesiwa, zarzewiem pożogi. Poczuł absolutną pewność. Podniósł głowę, spojrzał w dół na jej zakwefione oblicze i zadał sobie pytanie, czy ona również to poczuła.

Jej palce, które nadal trzymał, dygotały. Drugą dłonią, która spoczywała pod jej brodą, wyczuwał lekkie napięcie. Nie odrywając spojrzenia od jej twarzy, uniósł jej rękę i złożył pocałunek na obciągniętych rękawiczką palcach, po czym puścił ją niechętnie.

– Sprawdzę, gdzie mają swoją siedzibę Thurlow i Brown, i zobaczę, czego jeszcze uda mi się dowiedzieć. Rozumiem, że będzie pani chciała otrzymywać informacje o moim dochodzeniu. Jak mogę się z panią kontaktować?

Cofnęła się.

– Odezwę się do pana.

Omiotła spojrzeniem jego twarz. Następnie, nadal lekko spięta, zapanowała nad sobą i pochyliła głowę.

– Dziękuję. Dobranoc.

Mgła rozstąpiła się, a potem zasunęła za nią, gdy zeszła po stopniach. I znikła, pozostawiając go samotnego w mroku.

Gabriel odetchnął głęboko. Do jego uszu docierały niesione przez mgłę odgłosy oddalających się kroków. Jej pantofelki zastukały na bruku, potem rozległ się brzęk uprzęży. Chwilę później usłyszał klaśnięcie lejców o koński zad i zamierający turkot kół powozu.

Było wpół do czwartej nad ranem, on zaś wcale nie czuł się śpiący. Unosząc szyderczo kąciki ust, zszedł po schodkach. Otulił się płaszczem i ruszył w drogę do domu. Czuł się pełen energii, gotów do zmierzenia z całym światem. Poprzedniego dnia, zanim nadszedł liścik od hrabiny, siedział ponury nad poranną kawą, dumając, w jaki sposób rozproszyć nudę, która go ogarnęła. Rozważał wszelkie zajęcia, wszelkie rozrywki, wszelkie możliwości, jednak nic nie wzbudziło w nim nawet cienia zainteresowania.

Liścik hrabiny obudził nie tylko zainteresowanie, ale i chęć zaspokojenia ciekawości. Ciekawość w części udało mu się zaspokoić, jednak…

Oto miał do czynienia z odważną, zbuntowaną wdową, zdecydowaną bronić swej rodziny, a ściśle mówiąc, rodziny byłego męża, przed groźbą straszliwej nędzy, przed perspektywą towarzyskiego ostracyzmu. Jej wrogami byli nieznani protektorzy oszukańczej kompanii. Sytuacja wymagała zdecydowanego, wspartego ostrożnością działania. Wszelkie czynności śledcze powinny być prowadzone potajemnie. Powiedziała mu to.

Co jeszcze wiedział?

Była Angielką, niewątpliwie szlachetnie urodzoną. Jej akcent, zachowanie i subtelna uwaga, że obracają się w tych samych kręgach, nie pozostawiały żadnych wątpliwości w tej materii. I dobrze znała rodzinę Cynsterów. Nie dość, że to powiedziała, na dodatek całe jej zachowanie opracowane zostało z myślą o tym, żeby poruszyć uczucia drzemiące w każdym Cynsterze.

Gabriel skręcił w Brook Street. Hrabina nie wiedziała, że teraz nie kierował się już impulsem. Interesy, które prowadził, wymagały trzymania emocji na wodzy. Ponadto zdecydowanie nie lubił, gdy nim manipulowano, w żadnej dziedzinie. Jednak w tym przypadku zdecydował się podjąć grę.

Hrabina stanowiła bowiem intrygujące wyzwanie. Miała metr osiemdziesiąt wzrostu. A większość tych stu osiemdziesięciu centymetrów przypadała na nogi, co niewątpliwie zwracało uwagę takiego rozpustnika jak on. Co zaś dotyczyło jej ust i rozkoszy, jakie obiecywały… już postanowił, że będą należały do niego.

Wiedział, że czasem tak się zdarzało, iż wystarczało jedno spojrzenie, jedno dotknięcie. Nie mógł jednak sobie przypomnieć, by kiedykolwiek był tak silnie poruszony i tak bardzo zdecydowany rozpocząć łowy.

Znów poczuł przypływ energii. Hrabina i jej problem były tym, czego potrzebował, żeby zapełnić istniejącą pustkę w życiu – wyzwaniem i podbojem jednocześnie.

Gdy dotarł do domu, wspiął się po schodach i wszedł do środka. Zamknął i zaryglował drzwi, po czym zerknął w głąb saloniku. Na szafce koło kominka spoczywał egzemplarz Księgi rodów Burke’a.

Krzywiąc usta, ruszył ku schodom. Gdyby nie obietnica, że nie będzie starał się jej zidentyfikować, natychmiast skierowałby się do szafki i pomimo późnej pory sprawdził, który par zmarł niedawno, pozostawiając syna Charlesa. Nie mogło być wielu takich. Zamiast tego, czując się niezwykle szlachetnie, co rzadko mu się zdarzało, skierował kroki ku łóżku, analizując rozmaite plany działania.

Przyrzekł, że nie będzie się starał ustalić jej tożsamości. Nie obiecał jednak, że nie będzie się starał jej skłonić, by sama wszystko mu ujawniła.

Swoje nazwisko. Swoją twarz. Te długie nogi. I jeszcze więcej.

* * *

– No i jak? Jak pani poszło?

Spod uniesionego welonu Alathea patrzyła na przejęte twarze, skupione u podnóża schodów. Dosłownie przed chwilą przekroczyła próg Morwellan House przy Mount Street. Za jej plecami odźwierny Crisp pospiesznie zasunął zamki i odwrócił się, żeby nie stracić nic z jej opowieści.

Pytanie zadała Nellie, pokojówka Alathei, okryta wełnianym szlafrokiem w delikatne wzorki. Wokół Nellie, ubrani w mniej lub bardziej nocne stroje, stali najstarsi służący – najdzielniejsi poplecznicy Alathei.

– Milady, proszę nie trzymać nas w niepewności.

Powiedziała to pani Figgs, kucharka i ochmistrzyni w jednej osobie. Pozostali pokiwali głowami – Folwell, stajenny Alathei z lokiem nad czołem, i Crisp, dzierżący w ręce zwinięty weksel, który dała mu na przechowanie.

Alathea westchnęła w duchu. W jakim innym domu panią powracającą z niedopuszczalnego spotkania o czwartej nad ranem mogłoby spotkać takie powitanie? Uspokajając nerwy i przekonując się, że na pewno nikt się nie domyśla, iż Gabriel ją pocałował, odsunęła welon z twarzy.

– Zgodził się.

– Wyśmienicie! – Chuda jak szczapa guwernantka, panna Helm, nerwowo owinęła się różowym szalem. – Jestem pewna, że pan Cynster wszystkim się zajmie i obnaży machinacje tych paskudnych ludzi.

– Dzięki Bogu – zawołał Connor, poważny garderobiany Sereny.

– W rzeczy samej. – Alathea znalazła się w świetle świec, trzymanych przez Nellie, Figgs i pannę Helm. – Ale powinniście być wszyscy w łóżkach. Zgodził się pomóc, i nic więcej nie ma do opowiadania.

Alathea wygoniła wszystkich, po czym ruszyła po schodach na górę. Nellie deptała jej po piętach, oświetlając drogę.

– Co się naprawdę zdarzyło? – szepnęła, kiedy znalazły się na piętrze.

– Ciii! – Alathea machnęła ręką w stronę długiego korytarza. Minęły pokój rodziców Alathei, a potem pokój Alice i Mary. W końcu dotarły do pokoju na końcu korytarza.

Nellie zamknęła za nimi drzwi. Alathea rozwiązała pelerynę i zsunęła ją z ramion. Nellie pochwyciła okrycie.

– A teraz, moja droga panienko, chyba nie będziesz we mnie wmawiać, że nie rozpoznał cię w przebraniu?

– Oczywiście, że mnie nie poznał. Mówiłam ci, że się nie zorientuje. – Gdyby ją poznał, na pewno by jej nie pocałował.

Alathea usiadła na stołeczku przed toaletką i wyciągnęła spinki, uwalniając nieprzyzwyczajone do upinania włosy z koka. Zwykle związywała włosy wysoko, wyciągając luźne pasma, które opadały swobodnie, tworząc żywe obramowanie wokół twarzy dziewczyny. Było to dość staromodne uczesanie, ale bardzo do niej pasowało. W koku również ładnie wyglądała, ale nieprzywykłe do takiej fryzury włosy były naciągnięte w różne strony i bolała ją od tego skóra na głowie.

Nellie podeszła, żeby jej pomóc.

– Nie mogę uwierzyć, żeby po tylu latach wspólnego włóczenia się po polach nie potrafił pani natychmiast rozpoznać, nawet ukrytej za welonem.

– Zapominasz, że pomimo wielu lat wspólnego włóczenia się po polach, w ciągu ostatniej dekady Rupert niemal wcale mnie nie widywał. Od czasu do czasu spotykaliśmy się tylko przypadkiem, tu i ówdzie.

– Nie poznał pani po głosie?

– Nie. Mówiłam zmienionym głosem.

Niskim, ciepłym tonem, a nie cierpkim, pełnym jadu, jakim zwykle zwracała się do niego. Tylko przez kilka chwil pozostała bez tchu… nie sądziła jednak, żeby kiedykolwiek wcześniej słyszał, jak zabrakło jej tchu. Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek zdarzyło jej się być tak zdenerwowaną i niespokojną. Kiedy rozpuściła wreszcie włosy, z westchnieniem odchyliła głowę do tyłu.

– Nie doceniasz mnie. Przecież jestem świetną aktorką.

Nellie mruknęła coś, ale nie zaprzeczyła. Zaczęła rozczesywać długie włosy dziewczyny.

Alathea przymknęła oczy i się odprężyła. Doskonale potrafiła naśladować ludzi, wcielać się w różne postaci, dopóki rozumiała ich charaktery. W tym przypadku sprawa była bardzo prosta.

– Starałam się jak najmniej zmyślać. Naprawdę wierzy, że jestem hrabiną.

Nellie mruknęła ponownie.

– Nadal nie rozumiem, dlaczego nie mogła pani po prostu napisać do niego miłego listu, prosząc, by sprawdził dla pani tę kompanię.

– Bo musiałabym podpisać list imieniem Alathei Morwellan.

– Jestem przekonana, że zrobiłby to dla pani.

– Och, na pewno by nie odmówił, tylko przekazał sprawę swojemu agentowi, panu Montague’owi. Bez wyjaśnienia, dlaczego to absolutnie konieczne, by udowodnił, iż kompania jest oszustwem, Rupert nie uznałby sprawy za dość ważną dla siebie.

– Nie rozumiem jednak, czemu po prostu nie powie mu pani…

– Nie! – Alathea otworzyła oczy i się wyprostowała. Przez króciutką chwilę relacje pomiędzy panią i służącą były jasne, widoczne w dominującym spojrzeniu Alathei, w jej surowym wyrazie twarzy i w nagłej ostrożności, która pojawiła się na obliczu Nellie.

Twarz Alathei złagodniała. Dziewczyna zawahała się, ale Nellie była jedyną osobą, z którą odważyła się omówić wszystkie swoje plany. Była jedyną osobą, której zaufała. Chociaż podejrzewała, że oznaczało to zdradzenie planów całej tamtej grupce z dołu, nigdy o tym nie wspomnieli, więc nie przeszkadzało jej to. Musiała z kimś porozmawiać. Odetchnęła głęboko i usadowiła się na stołku.

– Wierz mi albo nie, Nellie, ale nadal mam swoją dumę. – Zamknęła oczy, gdy służąca znów zaczęła szczotkować jej włosy. – Czasami wydaje mi się, że to jedyne, co mi pozostało. Nie zaryzykuję opowiedzenia mu wszystkiego. Nikt nie wie, jak blisko ruiny byliśmy wtedy i jak bliscy bankructwa jesteśmy dzisiaj.

– Sądzę, że Rupert okazałby zrozumienie. Nie rozpowiedziałby wszędzie.

– W jego przypadku nie o to chodzi. Nellie, nawet sobie nie wyobrażasz, jak bogaci są Cynsterowie. Nawet ja mam kłopoty, żeby ogarnąć sumy, którymi Rupert obraca.

– Nie pojmuję, co to ma wspólnego z naszym problemem.

Alathea poczuła znajome szarpnięcia, gdy Nellie zaczęła pleść jej warkocz.

– Powiedzmy, że potrafię stawić czoło oszukańczym kompaniom i groźbie katastrofy, ale nie wyobrażam sobie, bym potrafiła znieść czyjąś litość.

Jego litość.

Nellie westchnęła.

– No cóż, skoro tak musi być…

Alathea wyczuła jej pełne rezygnacji wzruszenie ramion. Po chwili służąca spytała:

– Ale w jaki sposób skłoniła go pani do pomocy, nie mówiąc mu nic o rodzinie?

– To właśnie było głównym celem mojej maskarady. Powiedziałam mu. Powiedziałam wszystko. Nie mogłam przecież się spodziewać, że mi pomoże, nie znając szczegółów, a już na pewno nie pomógłby mi, gdyby nie istniała prawdziwa rodzina i realne zagrożenie. Nigdy nie było łatwo skłonić go do działania, ale jak wszyscy Cynsterowie zawsze reagował na pewne bodźce. Musiał być przekonany o istnieniu rodziny i grożącego jej niebezpieczeństwa, ale przedstawiłam mu to jako problem rodziny hrabiny. Mój ojciec zamienił się w zmarłego męża, ja zostałam hrabiną, jego drugą żoną, a moje przyrodnie rodzeństwo wcieliło się w rolę dzieci mojego męża z pierwszego małżeństwa. Serenę mianowałam kuzynką.

Przerwała, wspominając.

– Co się stało?

Unosząc wzrok, Alathea ujrzała Nellie, przyglądającą się jej z troską.

– Nie musi mi pani mówić, że coś poszło nie tak. Zawsze poznam to sama po pani minie.

– Nic nie poszło nie po mojej myśli. – Nie zamierzała opowiadać Nellie o tamtym pocałunku. – Po prostu nie wymyśliłam imion dla dzieci. Zamiast Charliego był Charles, to i tak pospolite imię, nie spodziewałam się jednak, że Rupert zapyta mnie o pozostałe dzieciaki. Kiedy to zrobił… cóż, tak bardzo utożsamiłam się z hrabiną, że nie mogłam rozsądnie myśleć. A musiałam natychmiast nadać im imiona, żeby nie zaczął czegoś podejrzewać.

Nellie wypuściła z rąk zapleciony warkocz i wbiła wzrok w Alatheę.

– Nie podała pani chyba ich prawdziwych imion?

Alathea podniosła się i odeszła od stolika.

– Niezupełnie.

Nellie zaczęła rozsznurowywać jej suknię.

– Jakie więc nadała im pani imiona?

– Maria, Alicia i Serafina. Pozostałych nie wspomniałam.

– Brzmią prawie identycznie. Co będzie, jeśli sięgnie po jedną z ksiąg, w której jesteście wszyscy wymienieni? Wystarczy, że przejrzy strony poświęcone hrabiom, a wszystko stanie się jasne. Będzie wiedział, kim pani jest. – Nellie wyprostowała się i pomogła swej chlebodawczyni zdjąć suknię. – Nie chciałabym wówczas być w pani skórze, panienko. Nie będzie zadowolony.

– Wiem. – Alathea zadygotała, modląc się, żeby Nellie położyła to na karb zimna. Doskonale wiedziała, co się stanie, jeśli szczęście się od niej odwróci i Rupert Melrose Cynster odkryje, że to ona była jego tajemniczą hrabiną, że to ona była kobietą, którą pocałował w krużgankach kościoła Świętego Jerzego.

Rozpęta się piekło.

Miał usposobienie podobne do niej. To znaczy nie sprawiał wrażenia, że ma cierpliwość, dopóki jej nie tracił.

– Dlatego właśnie zmusiłam go do złożenia obietnicy, że nie będzie próbował mnie zidentyfikować. Jeśli mój plan się powiedzie, nigdy nie dowie się prawdy – dodała.

Wiedziała, że nie byłby zachwycony takim mydleniem mu oczu. Charakteryzowała go głęboka niechęć do wszelkich oszustw. Podejrzewała, że właśnie dlatego zyskał opinię demaskatora różnych szalbierstw w interesach.

– Na razie wszystko idzie świetnie. Poznał hrabinę, usłyszał jej opowieść i zgodził się pomóc. Chce jej pomóc, chce zdemaskować tamtych ludzi i ich proceder. I to się liczy. – Nie była pewna, czy próbuje przekonać Nellie, czy samą siebie: od tamtego pocałunku żołądek nie dawał jej spokoju. – Lady Celia stale narzeka, że jest zbyt leniwy, zanadto znudzony życiem. Sprawa hrabiny zmobilizuje go, pozwoli zająć się czymś, co go zainteresuje.

– Zaraz powie pani, że wystrychnięcie go na dudka dobrze mu zrobi – parsknęła Nellie.

Alathea miała dość przyzwoitości, żeby się zaczerwienić.

– Nic mu się nie stanie. A ja będę ostrożna, więc nie ma powodów do obaw, że kiedykolwiek się dowie, iż został, jak to określiłaś, wystrychnięty na dudka. Dopilnuję, żeby nigdy nie spotkał się z hrabiną w świetle dnia ani przy silnym oświetleniu. Zawsze będę przesłaniać twarz welonem. Na tych obcasach, które czynią mnie jeszcze wyższą – wskazała na porzucone przy stole pantofle – i z tymi perfumami – machnęła ręką w stronę flakonika z weneckiego szkła, stojącego obok lustra – których Alathea Morwellan nigdy by nie użyła, naprawdę nie widzę żadnego niebezpieczeństwa, że mnie rozpozna.

Alathea skierowała się do łóżka. Nellie ruszyła przed nią, żeby odchylić kołdrę i wyjąć z łóżka miedziany zbiornik z gorącą wodą. Alathea z westchnieniem wśliznęła się pod kołdrę.

– A więc wszystko świetnie się układa. Kiedy zaś kompania zostanie zdemaskowana i rodzina będzie bezpieczna, hrabina po prostu rozpłynie się we mgle.

Nellie chrząknęła. Kręciła się obok, porządkując rzeczy, wieszając ubranie Alathei.

– Nadal nie pojmuję, czemu nie mogła pani zwyczajnie pójść do niego i powiedzieć mu wprost, o co chodzi. Nie mam nic przeciwko dumie, ale to jest poważna sprawa.

– Nie chodzi jedynie o dumę. – Alathea leżała na wznak, patrząc na baldachim nad łóżkiem. – Nie poprosiłam go bezpośrednio o pomoc, bo najprawdopodobniej by mi jej nie udzielił osobiście. Pospiesznie odesłałby mnie do Montague’a, a nie o to przecież chodzi. Potrzebuję, wszyscy potrzebujemy jego pomocy, a nie asysty jego fagasa. Potrzebny mi rycerz, nie giermek.

– Ależ i tak by pomógł. Przecież znacie się niemal całe życie, od kołyski. Bawiliście się razem jako dzieci, do czasu, gdy ukończyła pani piętnaście lat i stała się młodą damą. – Nellie zakończyła sprzątanie i ze świeczką w dłoni podeszła do wielkiego łoża. – Na pewno by nie odmówił.

– Uwierz mi, Nellie, to by nie zadziałało. Nigdy nie zrobiłby dla mnie tego, co gotów jest uczynić dla hrabiny. – Alathea odwróciła się na bok, zamknęła oczy i ignorując pełne niedowierzania prychnięcie Nellie, rzekła: – Dobranoc.

Po chwili dotarło do niej wymruczane cicho:

– Dobranoc. – Blask świecy na jej twarzy zbladł, potem usłyszała trzaśnięcie drzwi.

Alathea westchnęła i bardziej zagłębiła się w pościel, próbując rozluźnić mięśnie, napięte od chwili, gdy ją pocałował. To był jedyny element, którego nie przewidziała, ale nie należało traktować sprawy zbyt poważnie. Pewnie był to rodzaj wyrafinowanej zabawy, którą praktykował z różnymi damami. Gdyby mogła ponownie rozpocząć swoją maskaradę, zastanowiłaby się jeszcze raz, zanim zrobiłaby z siebie wdowę, która zakończyła już okres żałoby. Ale stało się – gra się rozpoczęła. Nie umiała wytłumaczyć tego Nellie, ale cała ta maskarada była absolutnie niezbędna.

Rupert Melrose Cynster, towarzysz jej dziecięcych zabaw, był jedynym „uzbrojonym rycerzem”, jakiego musiała mieć po swojej stronie. Znała jego prawdziwy temperament – zrobi to, czego się podejmie, jeśli będzie w pełni przekonany o słuszności sprawy. Z Rupertem u boku będzie miała szansę zatriumfować nad ŚrodkowoWschodnią Afrykańską Kompanią Złota. Bez jego pomocy byłoby to niemożliwe.

Doskonale znając go od tak dawna, wiedziała, że może sobie zapewnić jego pomoc, jedynie intrygując go. Musiała sprawić, żeby skoncentrował się na jej kłopotach i z własnej woli oddał na usługi swoje talenty. Wymyśliła więc hrabinę i otaczając się mgłą tajemnicy, przystąpiła do przeciągania go na swoją stronę.

Wygrała pierwszą potyczkę – był gotów walczyć u jej boku. Po raz pierwszy od dnia, kiedy pani Figgs położyła przed nią weksel, Alathea pozwoliła sobie pomyśleć, że ma szansę na zwycięstwo.

W kręgach towarzystwa uważano, że Morwellanowie przybyli do Londynu, aby wprowadzić do towarzystwa młodsze córki oraz Charliego. Ona sama, najstarsza córka, teraz już stara panna, będzie trzymać się w cieniu, asystując pierwszym krokom debiutujących w towarzystwie przyrodnich sióstr, a w wolnych chwilach będzie się wcielać w tajemniczą, zamaskowaną hrabinę i usuwać miecz, wiszący nad przyszłością rodziny.

Roześmiała się z powodu tych melodramatycznych myśli. Łatwo powstawały w jej głowie. W rzeczywistości świetnie wiedziała, co robi. Wiedziała też dokładnie, dlaczego Rupert nie pomógłby jej tak, jak pomoże hrabinie. Nie była jednak skłonna wyjaśnić tego nawet Nellie.

Nie mogli przebywać ze sobą w tym samym pomieszczeniu w odległości mniejszej niż trzy metry od siebie. Bliższa odległość sprawiała, że czuli się, jakby mieli na sobie włosienice. Wszystko się zaczęło, gdy mieli po jedenaście, dwanaście lat; potem stało się to stałym elementem ich wzajemnych kontaktów. Nie wiadomo, co spowodowało taką reakcję. Gdy byli młodsi, próbowali ją lekceważyć, udawać, że nic się nie dzieje, ale ulga, jaką oboje poczuli, gdy Alathea wkroczyła w wiek panieński i skończyły się ich codzienne kontakty, była zbyt autentyczna, aby można ją było ignorować.

Oczywiście nigdy o tym nie rozmawiali, ale jego reakcja przejawiała się zmrużeniem piwnych oczu, nagłym napięciem mięśni, trudnością, z jaką wytrzymywał koło niej dłużej niż pięć minut. Trudno to nazwać zakłopotaniem – odczucie było znacznie gorsze.

Nigdy nie potrafiła ocenić, czy reagowała na niego podobnie jak on na nią. Bez względu na to, jak było naprawdę, oboje nauczyli się żyć z tym doświadczeniem, nauczyli się kryć emocje, a nawet ich unikać. Żadne z nich nie przedłużało niepotrzebnie wzajemnych spotkań.

Dlatego właśnie, choć mieszkali obok siebie, chociaż razem dorastali, nigdy nie tańczyli ze sobą walca. Kiedyś zatańczyli jeden taniec ludowy. Nawet to wystarczyło, żeby straciła oddech, czuła się zła jak osa i zupełnie wyprowadzona z równowagi. Podobnie jak Rupert, nie miała zwyczaju okazywać złości. Rupert był jedynym człowiekiem, któremu udawało się ją w jednej chwili sprowokować.

Z tego właśnie powodu w krużgankach kościoła Świętego Jerzego pojawiła się hrabina. Alathea nie była absolutnie pewna, czy Rupert zdecyduje się osobiście jej pomóc. Wyobrażała sobie, że instynktownie będzie chciał udzielić jej pomocy, ale istniejące między nimi napięcie powstrzyma go przed tym. Zajęcie się na jej prośbę kompanią oznaczałoby dla niego konieczność częstych spotkań, niejednokrotnie sam na sam. Kiedy spotkali się ostatnio przed miesiącem, było to dotkliwe doświadczenie dla nich obojga. W ciągu zaledwie trzech minut potrafili się doprowadzić do białej gorączki. Nie mogła uwierzyć, że poproszony teraz o pomoc, potrafiłby zerwać z wieloletnim przyzwyczajeniem i z radością spędzać z nią długie godziny. A gdyby nawet tak się stało, oboje szybko by oszaleli.

Co więcej, nie mogła ryzykować, żeby się przekonać. Gdyby sama przedstawiła mu problem, a on odesłałby ją do Montague’a, nie mogłaby potem pojawić się jako hrabina.

Nie miała wyboru.

Gdyby się dowiedział, że udawała, nigdy by jej nie wybaczył. I mógłby zrobić coś złego. Ale naprawdę nie miała wyjścia, więc nie miała wyrzutów sumienia. Gdyby istniał jakiś inny sposób skłonienia go do pomocy, bez oszustwa, na pewno by spróbowała, ale…

Na granicy snu błądziła wśród mgły, składając fragmenty ich spotkania, krążąc coraz intensywniej myślami wokół tamtego odbierającego odwagę pocałunku, kiedy nagle oprzytomniała.

Gwałtownie mrugając, spojrzała w górę na baldachim nad łóżkiem i uświadomiła sobie, że tej nocy liczące dziesiątki lat napięcie pomiędzy nimi w ogóle się nie pojawiło.

Rozdział 2

– Hop! Hop! Allie! Możesz podać masło?

Alathea się skupiła. Alice pokazywała palcem na kraniec stołu. Skierowała nieobecne spojrzenie w tamtą stronę, a do jej mózgu z opóźnieniem zaczęła docierać rzeczywistość. Ujęła talerzyk z masłem i podała siostrze.

– Dostałaś brązowy pokój. – Serena siedziała obok niej, na końcu stołu.

Alathea lekceważąco machnęła ręką.

– Źle spałam dziś w nocy. – Była tak zmobilizowana do zagrania roli hrabiny, zdeterminowana, żeby zapewnić sobie pomoc Ruperta, że przed nocnym spotkaniem wcale nie kładła się spać. A potem… po odniesieniu sukcesu, po tamtym pocałunku, po uświadomieniu sobie… odsunęła na bok rozpraszające ją myśli. – Jeszcze się nie przyzwyczaiłam do hałasu ulicy.

– Może powinnaś się przenieść do innego pokoju?

Alathea spojrzała na słodką twarz macochy, która przyglądała jej się z troską, i poklepała ją po ręce.

– Jest mi bardzo dobrze w moim pokoju. Jego okna wychodzą na ogród z tyłu domu.

Twarz Sereny złagodniała.

– Cóż… jeśli tak twierdzisz. Ale skoro już Alice cię obudziła – oczy jej zabłysły – chciałabym sprawdzić, ile możemy wydać na suknie spacerowe dla dziewcząt.

Alathea z przyjemnością zajęła się Sereną. Niska, pulchna, o wyglądzie eleganckiej matrony, Serena była łagodna i spokojna, jednak w kwestii debiutu towarzyskiego swoich córek okazywała się sprytna i wcale nie naiwna. Alathea z prawdziwą ulgą powierzyła Serenie wszystkie sprawy związane z ich życiem towarzyskim, z radością zadowalając się rolą doradcy w tych kwestiach. Przebywali w mieście dopiero od tygodnia i wszystko wskazywało na udany sezon.

Musi jeszcze tylko udowodnić, że Środkowo-Wschodnia Afrykańska Kompania Złota jest oszustwem, i wszystko będzie dobrze.

Powróciła myślami do swoich trosk i do mężczyzny, którego wczorajszej nocy udało jej się zwerbować. Rozejrzała się, starając się ujrzeć swoją rodzinę jego oczami – Serenę, rozmawiającą o materiałach, ozdobach i kapeluszach z Alice i Mary, które chłonęły każde jej słowo, a przy końcu stołu ojca, Charliego i Jeremy’ego, omawiających męskie rozrywki. Alathea dosłyszała, jak ojciec wspomina o atrakcjach Salonu Bokserskiego Jacksona dla Dżentelmenów, który powinien zainteresować Charliego i jego młodszego brata.

Pozostawiając w spokoju Serenę, Mary i Alice, dyskutujące o kolorach, Alathea zwróciła się do najmłodszej członkini rodziny, siedzącej spokojnie obok niej z dużą lalką na kolanach.

– Jak się dzisiaj miewacie, skarbie, ty i Rose?

Lady Augusta Morwellan uniosła ogromne piwne oczy ku Alathei i uśmiechnęła się ufnie.

– Dziś rano spędziłam cudowny czas w ogrodzie, ale Rose była niesforna. Wspólnie z panną Helm uważamy, że po południu powinnyśmy ją wziąć na spacer.

– Na spacer! O tak! Wspaniały pomysł! Tego właśnie potrzebujemy. – Ustaliwszy swoje krawieckie wymagania, Mary była gotowa na nowe rozrywki, a jej brązowe loki podskakiwały z podniecenia, oczy zaś zabłyszczały.

– Zaczynam się czuć na ulicach jak osaczona, pomiędzy tymi wszystkimi domami. – Jasnowłosa Alice o sarnich oczach była poważniejsza i bardziej opanowana. Uśmiechnęła się do Augusty. – A Augusta nie będzie chciała, żebyśmy swoimi rozmowami przeszkadzały Rose.

Augusta odpowiedziała wdzięcznym uśmiechem.

– Owszem, Rose potrzebuje spokoju. – Augusta była za mała, żeby dzielić podniecenie, które zawładnęło resztą rodziny, i była najszczęśliwsza, mogąc spacerować za rękę z panną Helm po pobliskim placu, szeroko otwartymi oczami chłonąć nowe, jakże odmienne widoki.

– Czy możemy wybrać się w jakieś inne miejsce, to znaczy nie do parku? – Alice przeniosła wzrok z Alathei na Serenę. – Nasze nowe suknie będziemy miały dopiero w przyszłym tygodniu, więc może lepiej, żebyśmy teraz nie chodziły do parku.

– Też bym wolała, żebyście tam nie bywały zbyt często – rzekła Serena. – Lepiej się tam pokazywać dwa-trzy razy w tygodniu, a odwiedziłyśmy to miejsce zaledwie wczoraj.

– Gdzie więc możemy iść? To musi być jakieś miejsce z drzewami i trawnikami. – Mary utkwiła błyszczące spojrzenie w twarzy Alathei.

– Właściwie… – zaczęła się zastanawiać Alathea. Chociaż udało jej się pozyskać pomoc swojego rycerza, wcale nie musiało to oznaczać, że ma siedzieć z założonymi rękami i zostawić mu całe dochodzenie. Skoncentrowała wzrok na twarzach sióstr. – Znam pewien park, przyjemny i spokojny, położony z dala od wszelkiego zgiełku. Bardzo przypomina wieś, można w nim zapomnieć, że jest się w Londynie.

– Brzmi wspaniale – oświadczyła Alice. – Chodźmy tam.

– Idziemy na Bond Street! – Jeremy gwałtownie odsunął krzesło.

Charlie i ojciec uczynili to samo. Lord uśmiechnął się do swoich kobiet.

– Zabieram tych dwóch na całe popołudnie.

– Będę się uczył boksować! – Jeremy tańczył dookoła stołu, wymachując pięściami, zmagając się z niewidzialnymi przeciwnikami. Charlie ze śmiechem złapał go za ręce, po czym tanecznym krokiem, nieco na siłę, wyprowadził z pokoju. Odgłosy piskliwego protestu Jeremy’ego i rozbawionych docinków Charliego cichły, gdy szli ku drzwiom wejściowym.

Mary i Alice też podniosły się od stołu.

– Idziemy po kapelusze. – Mary spojrzała na Alatheę. – Czy przynieść ci twój?

– Bardzo proszę. – Alathea również wstała.

Lord zatrzymał się przy niej i lekko zacisnął palce na ramieniu córki.

– Wszystko w porządku? – zapytał cicho.

Alathea uniosła wzrok. Pomimo swojego wieku i ciążących mu kłopotów przewyższający ją o parę centymetrów ojciec pozostał uderzająco przystojnym mężczyzną. Widząc cień bólu i żalu w jego oczach, uśmiechnęła się krzepiąco, złapała go za rękę i uścisnęła.

– Wszystko idzie świetnie.

Gdy usłyszał o wekslu, był zdruzgotany. Wydawało mu się, że kwota, na którą się zgodził, była dużo mniejsza. Skrypt dłużny sformułowany został tak, że ostateczną sumę można było ocenić dopiero po wykonaniu licznych obliczeń. A on chciał jedynie zdobyć parę dodatkowych groszy na wesela córek. Alathea spędziła wiele czasu, żeby go pocieszyć i przekonać, że sytuacja, chociaż niezbyt dobra, nie była jeszcze beznadziejna.

Trudno mu było zachowywać się, jakby nic się nie stało, żeby dzieci niczego nie zauważyły. Tylko ich trójka – on sam, Alathea i Serena – wiedziała o najnowszym zagrożeniu i o zatrważającym stanie rodzinnych finansów. Od początku zgodzili się, że do dzieci nie dotrze, iż ich los wisi na tak wątłej nici.

Pomimo faktu, że całe swoje dorosłe życie Alathea spędziła na wyciąganiu rodziny z kłopotów, w jakie wpędził ją ojciec, nigdy nie miała mu tego za złe. Był najdroższym, kochającym człowiekiem, po prostu beznadziejnie nieporadnym w sprawach finansowych.

Teraz uśmiechnął się smutnym, rozpaczliwym uśmiechem.

– Czy mógłbym coś zrobić?

Uścisnęła go za ramię.

– Rób to, co robisz, tato. Niech Jeremy się bawi i będzie z dala od kłopotów. – Cofnęła się. – Masz z nimi taki doskonały kontakt, obaj przynoszą ci chlubę.

– Istotnie – zgodziła się Serena. – A skoro Alathea mówi, że nie ma się czym niepokoić, no to chyba nie ma sensu się zamartwiać. Będzie nas informować o wszystkim. Wiesz przecież, że zawsze tak robi.

Lord miał zamiar coś powiedzieć, ale z przedpokoju dobiegły zduszone krzyki i jakieś łomoty.

– Lepiej, żebym tam poszedł, zanim Crisp wręczy mi wypowiedzenie ze służby. – Dotknął wargami skroni Alathei, zatrzymał się, żeby pocałować Serenę w policzek, po czym wyszedł do holu. Przekraczając próg, wyprostował ramiona i podniósł wysoko głowę.

Alathea i Serena wolno ruszyły za nim. Spod drzwi jadalni obserwowały, jak zamieszanie przy wejściu uspokaja się dzięki poleceniom lorda.

– Naprawdę jest wspaniałym ojcem – rzekła Serena, gdy lord Meredith wyprowadził synów za drzwi.

– Wiem. – Alathea uśmiechnęła się w kierunku jego oddalających się pleców. – Jestem pod wrażeniem Charliego. – Zerknęła na Serenę. – Przyszły hrabia Morwellan zawsze będzie się wyróżniał na korzyść. Jest zdumiewającą mieszaniną was obojga.

Serena z zadowoleniem skinęła głową.

– Jest też obdarzony dużą porcją zdrowego rozsądku podobnego twojemu. Dzięki tobie, moja droga, przyszły lord Morwellan będzie wiedział, jak zarządzać swoimi pieniędzmi.

Roześmiały się obie. Lecz była to prawda. Charlie nie tylko był przystojny, niezmącenie pogodny i wesół jak skowronek, ale także, głównie dzięki Serenie, uprzejmy, rozważny i troskliwy. Dzięki wpływowi lorda był w każdym calu dżentelmenem. A że od kilku lat przynajmniej raz w tygodniu spędzał czas z Alatheą nad księgami rachunkowymi majątku, mając teraz dziewiętnaście lat, zaczynał rozumieć, w jaki sposób z powodzeniem zarządzać włościami. Chociaż nadal nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo stopniały zasoby finansowe rodziny, to wiedział już, co należy robić, żeby je pomnażać.

– Będzie z niego doskonały lord. – Alathea spojrzała na Mary i Alice, zbiegające ze schodów, w kapeluszach na głowach, z powiewającymi wstążkami. Nakrycie głowy Alathei zwieszało się z ręki Mary. Augusta wymknęła się wcześniej; Alathea kątem oka dojrzała swoją najmłodszą siostrę przyrodnią, zmierzającą do ogrodu, z ręką w dłoni panny Helm.

Charlie, Jeremy, Mary, Alice i Augusta stanowili jeden z powodów, dla których wymyśliła hrabinę. Nawet gdyby Rupert przejrzał jej grę, Alathea nie mogła sobie wyobrazić, że potępiłby motywy, które nią kierowały.

– Chodź! – Alice machnęła parasolką w stronę drzwi. – Popołudnie mija! Zamówiłyśmy już powóz.

Alathea wzięła od dziewcząt swój kapelusz i odwróciła się do lustra, żeby go umieścić na głowie.

Serena wyprostowała się i krytycznym wzrokiem omiotła swoje córki, po czym poprawiła wstążki, przygładziła niesforne loki.

– Gdzie się wybieracie?

Słysząc stukot końskich kopyt na podjeździe, Alathea odwróciła się od lustra.

– Myślałam, żeby pojechać na skwer koło Lincoln’s Inn. Rosną tam wysokie drzewa, trawa jest zielona i dobrze utrzymana i nigdy nie ma tłoku.

Serena kiwnęła głową.

– Tak, masz rację. Że też przyszło ci do głowy takie miejsce.

Alathea tylko się uśmiechnęła i ruszyła za Mary i Alice w dół po schodach.

* * *

Gabriel odnalazł mosiężną tabliczkę z informacją o kancelarii Thurlowa i Browna po południowej stronie Lincoln’s Inn. Otaczające kwadratowe, brukowane podwórze zabudowania Lincoln’s Inn mieściły w sobie wyłącznie biura prawnicze. Od podwórza ściany były naszpikowane regularnie rozmieszczonymi podcieniami, z których wiodły schody na górę. Przy każdej klatce schodowej widniała mosiężna tabliczka informująca o firmach, które miały siedzibę na górze.