Sekret rodziny von Graffów - Bożena Gałczyńska-Szurek - ebook

44 osoby właśnie czytają

Opis

Współczesny Berlin. Śmiertelnie chory nestor arystokratycznego rodu zwierza się wnuczce z kłopotów i zwraca się do niej z nietypową prośbą. Nastawiona sceptycznie do spełnienia życzenia dziadka, Maria von Graff ostatecznie udaje się do Zamościa – miasta, które ma być kluczem do rozwiązania tajemnicy z przeszłości.
W Polsce, w poszukiwaniu informacji na temat wojennych losów swoich przodków, pomagają jej historyk Andrzej i archiwista Alfred. Wspólne odkrywanie historii rodu zbliża do siebie Marię i Andrzeja. Czy na tyle, by wyznać uczucia?
Każdy dzień przynosi bohaterom zaskakujące wiadomości, a wydarzenia sprzed ponad siedemdziesięciu lat zmieniają ich spojrzenia na współczesność.
Czy uda im się odkryć, kim w rzeczywistości jest Hans von Graff?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgodywydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Fotografie

© Ysbrand Cosijn | Depositphotos.com

© Narodowe Archiwum Cyfrowe

Redakcja

Bartosz Szpojda

Calibra/Sylwia Mosińska

Konsultacja historyczna

dr Jacek Feduszka

Konsultacja w zakresie języka niemieckiego

Janusz Rosłan

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2019

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina, 2018

ISBN 978-83-66201-42-2

ROZDZIAŁ I

O godzinie szóstej trzydzieści willa Hansa von Graffa, położona w berlińskiej dzielnicy Steglitz-Zehlendorf, na prominenckim osiedlu Wannsee1, pogrążona była we śnie. Poranna mgła otulała dom tak szczelnie, że z okna na piętrze nie było widać dokładnie nawet kawałka chodnika przed budynkiem. Gospodarz zrezygnował w tej sytuacji z obserwowania wejścia. Maria miała własne klucze, poza tym był pewien, że o tak wczesnej porze odgłos damskich szpilek zaalarmuje całą okolicę o porannej wizycie jego wnuczki.

1 Osiedle Wannsee, położone wśród zieleni przy największym berlińskim jeziorze, zamieszkują bardzo zamożni Berlińczycy.

Nie pomylił się. Po kilkunastu minutach przeglądania papierów rozłożonych na biurku usłyszał wyraźny stukot kobiecego obuwia. Kroki zatrzymały się przed jego domem. Potem cicho skrzypnęła metalowa furta.

Starszy mężczyzna oczekiwał tej rozmowy, nalegał wręcz na nią, a teraz zauważył poirytowany, że trzęsą mu się ręce.

– Scheisse2 – przeklął pod nosem. Wiedział, że to nie będzie łatwa rozmowa, ale zazwyczaj lepiej panował nad emocjami. Nigdy dotąd jednak sytuacja nie była aż tak dramatyczna. Informacje, które kilka dni temu beznamiętnym głosem przekazał mu lekarz berlińskiej kliniki, przewróciły cały jego świat do góry nogami. Emerytowany minister spraw zagranicznych, przywódca prawicowej organizacji niemieckich neofaszystów wolałby umrzeć, niż usłyszeć o sobie taką prawdę. Prawdę nieakceptowalną, niweczącą jego medialny wizerunek i podważającą pozycję nestora znanego rodu.

2Scheiße, w zapisie uproszczonymScheisse – gówno (niem.).

Nic dziwnego, że w takiej sytuacji zamknął się w sobie. Zabronił kogokolwiek przyjmować w domu, nie odbierał telefonów. Nie zwierzył się nawet żonie. Na kilka dni pogrążył się w poczuciu żałosnej bezsilności, z której wyciągnąć go mogła jedynie jego wnuczka. Jednak tu pojawiał się kolejny problem. Z powodu istotnych różnic w poglądach na życie i politykę stosunki rodzinne Marii i Hansa były w ostatnich latach nieco chłodne, naznaczone dystansem. W klanie von Graffów byli bowiem dziadek hołdujący, zgodnie z tradycją rodziny, przekonaniom skrajnie prawicowym, i wnuczka, znana dziennikarka lewicowej prasy. Choć szczęśliwe dzieciństwo kobiety spędzone w domu dziadków tego nie zapowiadało, ci dwoje ścierali się teraz ze sobą jak ogień i woda. Wszystko przez to, że plan pokierowania życiem ulubienicy wymknął się Hansowi spod kontroli. Jedyna córka tragicznie zmarłego syna, wychowana przez dziadków, została wysłana na Uniwersytet Warszawski, gdzie miała nauczyć się języka swoich wrogów po to, by w efekcie – jak założył nestor rodziny – lepiej poznać ich zwyczaje. Kiedy po studiach wróciła do Berlina, odmieniona przez pobyt w Polsce, zachowała swoje studenckie kontakty i podjęła pracę w dzienniku „Die Tageszeitung”3,pomiędzy despotycznym politykiem i ambitną dziennikarką zaistniał konflikt. Krewni unikali drażliwego tematu, jednak mimo dementowania przez nich doniesień o niesnaskach rodzinnych na tle światopoglądowym problemy znanych arystokratów chętnie komentowała niemiecka prasa bulwarowa. Mówiło się o nich w mediach i plotkowało na mieście.

3 Niemiecki dziennik o silnie lewicowym charakterze.

Teraz Hans oczekiwał od wnuczki pomocy. Musiał się zmierzyć z efektami swoich nieroztropnych postępków i ciągłego negowania jej prawa do posiadania odmiennych poglądów. Dla takiego autokraty jak on to nie była komfortowa sytuacja. Mimo wszystko cieszył się z tej wizyty, nawet jeśli pretekstem do spotkania była jego choroba.

Kiedy usłyszał głos wołający: „Dziadku!” – drgnął. W drzwiach gabinetu stanęła wysoka blondynka, wyjątkowo piękna młoda kobieta o niebieskich oczach i drobnych rysach twarzy. Jej nieomal anielskie oblicze, często przysłonięte burzą loków, nie odzwierciedlało nieustępliwego charakteru i odziedziczonego po dziadku uporu. Zgrabna, szczupła figura modelki wyróżniała ją na tle innych członkiń rodu słynących głównie z zalet intelektu, toteż uroda ślicznej Graffówny była jednym z powodów dumy dla Hansa.

Teraz na jej widok dystyngowany starzec wstał z fotela, lekko się chwiejąc, ale zaraz potem wsparł się o biurko i swoim zwyczajem pokazał gościowi miejsce na wprost siebie.

– Wejdź, proszę, i siadaj.

Wnuczka podeszła jednak najpierw do niego. Cmoknęła go w policzek i położyła na biurku bukiet żonkili.

– Masz dzisiaj urodziny czy coś pomyliłam? – zagadnęła serdecznie.

Spochmurniały jubilat skrzywił się.

– Rzeczywiście – mruknął, jakby nie o niego chodziło.

– Trochę dziwna pora na przyjmowanie gości. Coś się stało?

– Stało się – powtórzył po niej grobowym głosem. – A pora jest dobra, bo chcę z tobą pomówić bez świadków.

Jednak skrępowanie obojga zapowiadało trudności w porozumiewaniu się. Maria obserwowała spod oka nestora rodziny.

Babcia ma rację. Okropnie wygląda – rozmyślała. Czuła, że żal ściska jej gardło. Muszę przełamać impas pomiędzy nami, póki jeszcze żyje – postanowiła i zgodnie ze swoim porywczym usposobieniem od razu przystąpiła do działania.

– Masz kłopoty ze zdrowiem. Pogorszyło się? – Spróbowała wciągnąć Hansa w rozmowę i o dziwo to się udało. Sam zaczął mówić o swoim stanie.

– Ma być lepiej. Niedawno nawet zaproponowano mi przeszczep. Kochana stara Greta znalazła klinikę, gdzie za horrendalne pieniądze zgodzili się przeszczepić nerkę takiemu staruchowi jak ja. – Zaśmiał się gorzko.

– Wiem, cieszymy się, ale wróciłeś ze szpitala już kilka dni temu i z nikim nie rozmawiasz. Ponoć jesteś bardzo przybity. Babcia jest zrozpaczona. Wyniknęły kłopoty, o których nie wie? Wszyscy się o ciebie martwimy.

– Miło mi, że wszyscy się o mnie martwią, nawet komunistki – padł niestosowny żart.

Adresatce dowcipu zrobiło się przykro. W pokoju zapanowała cisza, a po chwili Maria oświadczyła lodowatym tonem:

– Jesteś nieznośny.

Komentarz wnuczki wywołał u starca zmieszanie. Nie po to przecież wezwał ją o tak wczesnej porze, żeby się z nią znowu spierać. Nie przywykł jednak kogokolwiek przepraszać, więc – by czym prędzej zatuszować złe wrażenie – rozgadał się.

– Lekarze poszukiwali dla mnie najbardziej odpowiedniego dawcy. Robili różne badania. Najlepsze są przeszczepy rodzinne, to zapewne wiesz od babci.

Bez słowa potakiwała głową. Obserwowała z lękiem pobladłą twarz i wielkie sińce pod oczami dziadka. Tak źle nie wyglądał nigdy wcześniej.

– O ile wiem, zgłosili się Zygfryd i Helga – wtrąciła.

– Tak.

– Coś nie w porządku z dawcami? Przecież to twoje dużo młodsze rodzeństwo. Rozchorowali się? A może są przeszkody natury medycznej? – Maria zaniepokoiła się nie na żarty.

– A są, oczywiście, że są. Przede wszystkim nie jest w pełni zgodne ze sztuką medyczną, by starcowi robić przeszczep, he, he! – Starszy pan zaśmiał się ironicznie. – Ale prywatnie i za pieniądze, przynajmniej na tym świecie, można mieć prawie wszystko. Kasa, jak to wy, młodzi, mówicie, okazała się argumentem przekonującym dla lekarzy wątpiących w sens tego zabiegu. Dawcy też są w porządku. To ze mną są problemy.

Wnuczka siedząca po drugiej stronie biurka zmarszczyła czoło.

– Jakie problemy? Przecież bliscy krewni są najlepszymi dawcami.

– Są – powtórzył po niej Hans i głośno przełknął ślinę.

– To w czym rzecz?

– W tym, że oni nie są moim rodzeństwem – oświadczył ochrypłym głosem, nie patrząc jej w oczy.

– Dziadku, to nie jest śmieszne. I żebyś wiedział: twoje przyciężkie poczucie humoru jest wkurzające. – Maria wreszcie wybuchnęła.

– Może masz rację, dziecko, tylko że akurat teraz nie żartuję. Z badań genetycznych wynika, że wuj Zygfryd i ciotka Helga są rodzeństwem, ale nie moim. Moim bez wątpienia nie są. Ten fakt źle rzutuje nie tylko na moje zdrowie, ale i na całą resztę, na moje życie, przeszłość i przyszłość. Na wszystko, nie wiem bowiem, kim jestem.

Wnuczka osłupiała.

– To pewne?

– Tak. Mam już potwierdzenie z wiarygodnego źródła. W archiwach Trzeciej Rzeszy dotarłem do dokumentu, z którego wynika, że zostałem zaadoptowany pod koniec wojny jako syn poległego w Polsce niemieckiego oficera o nazwisku Gustav Fischer. W tamtych czasach adopcje sierot wojennych były w Berlinie poprawnym politycznie przejawem patriotyzmu. Twoi oficjalni pradziadkowie byli bardzo młodzi, gdy mnie usynowili. Swoim szlachetnym postępkiem po prostu wpisali się w powszechnie panujący wówczas trend. Tak zostałem von Graffem. Przez ponad dwadzieścia lat byłem jedynakiem, a potem się im poszczęściło. Bóg obdarzył ich własnymi dziećmi. Urodziły się bliźnięta Zygfryd i Helga.

– Ale dlaczego moi pradziadkowie nigdy nie ujawnili tych faktów?

– Nie wiem. Być może zamierzali wyjawić prawdę dopiero pośmiertnie, w testamencie, ale nie zdążyli. Zginęli nagle i tragicznie. Przecież wiesz, że spłonęli w swoim domu nocą, gdy wybuchł pożar. Twoich rodziców straciliśmy w wypadku samochodowym. Trzeba przyznać, że naszą rodzinę prześladuje pech.

– Taak, przykre to wszystko – wtrąciła w zadumie Maria.

– Właśnie. – Westchnął. – Wydaje się, że szansa, by dotrzeć do moich prawdziwych korzeni, przepadła wraz ze śmiercią przybranych rodziców. I muszę przyznać, że ich tajemnica nigdy nie była zagrożona. Przez całe życie nie spotkałem nikogo, kto mógłby wyjawić ten sekret. Krewni adopcyjnej matki wyemigrowali zaraz po zakończeniu wojny do Argentyny i słuch po nich zaginął. Z kolei rodzice przybranego ojca odumarli wcześnie i nigdy ich nie poznałem. Jego jedyny brat, jak wiesz, ścigany przez trybunał w Hadze, całe życie się ukrywał. Nie kontaktował się z nami.

– Taak – mruknęła tym razem z niechęcią Maria. Osobę skompromitowanego za swoje uczynki wojenne Brunona von Graffa latami gloryfikowano w tym domu.

Zmęczony dziadek zamilkł. Pytającym gestem wskazał wnuczce stojącą na biurku buteleczkę z wodą mineralną, a gdy odmówiła, nalał sobie do szklanki przezroczystego płynu i łapczywie wypił. Jego nerki nie odpuszczały. Męczyło go bezustanne pragnienie. Z dnia na dzień czuł się coraz słabszy.

Tymczasem młoda kobieta obserwowała go i rozmyślała: No, to ładnie. Wreszcie dziadek ma realny powód, by nienawidzić Polaków, Żydów, Rosjan i kogo tam jeszcze prześladuje z pobudek ideologicznych. Właśnie się okazało, że go osierocili. Skoro prawdziwy pradziad zginął w Polsce, to gorzej już być nie może.

– A twoja biologiczna matka?! – wykrzyknęła, bo nagle dotarło do niej, że przecież każdy ma dwoje rodziców.

– Niemka – odpowiedział z powagą staruszek.

– No, raczej Niemka. A coś więcej? – Roześmiała się zaskoczona taką odpowiedzią.

Hans spiorunował ją wzrokiem.

– Na razie nic więcej nie wiem.

Podał rozmówczyni jeden z formularzy rozłożonych na biurku. To była kopia. Na dużej kartce formatu A4 zapisano tylko kilka linijek. Maria szybko przebiegła wzrokiem krótki tekst. Końcówkę przeczytała półgłosem:

– „Ojciec dziecka płci męskiej Gustav Fischer poległ w Polsce w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku. Matka chłopca też Niemka. Danych brak”. Coś podobnego. A cóż to jest, bo chyba nie akt urodzenia?

– Wygląda na trochę dziwny dokument adopcyjny. Zobacz na drugiej stronie. To o moim ojcu.

Posłusznie odwróciła kartkę. Tutaj czekała ją niespodzianka. Ze starej fotografii spoglądał na nią roześmiany jakby drugi Hans, bliźniaczo podobny do tego jej znanego, ale dużo od niego młodszy, sfotografowany, o dziwo, w stroju wieczorowym, w smokingu. Podpis pod zdjęciem też był lapidarny: „Oficer niemiecki major Gustav Fischer, brak zadeklarowanej przynależności partyjnej, przebywał w Polsce w latach 1941–1943. Stacjonował w okręgu lubelskim, w Himmlerstadt (Zamość), na wschodzie Polski. Zginął podczas pełnienia służby. Dokładna data śmierci nieznana. Miejsce pochówku nieznane. Brak danych o przebiegu służby wojskowej”. Mało, kiepsko, ale jest przynajmniej jeden pozytyw – rozmyślała. Skoro niedookreślony politycznie, to prawdopodobnie służył w Wehrmachcie. Dziwne, że nie podali formacji wojskowej, jednak informacja, że nie należał do NSDAP, jest pocieszająca. Może będzie mniejszy wstyd.

Poranna mgła już opadła i do pokoju przez ogromne weneckie okna wciskały się promienie słońca. Wesoło połyskiwały na dębowej podłodze, szklanej powierzchni biurka i bibelotach gromadzonych przez Gretę, rozłożonych na meblach i gdzie tylko się dało. Na usta cisnęły się pytania, lecz Maria nie śmiała ich zadać człowiekowi stojącemu nad grobem, którego tak bardzo kochała. Jej uczuć do niego nie zmieniły nawet różnice światopoglądowe, które rozdmuchiwała żądna sensacji bulwarowa prasa; tymczasem obecna sytuacja dziadka była nie do pozazdroszczenia. W swojej karierze politycznej szczycił się, przez przeszło pół wieku, przynależnością do starego niemieckiego rodu. Powoływał się na znakomitych przodków zaprzyjaźnionych z samym Hitlerem, po których odziedziczył sporą część ich wielkiego majątku. Z kolei żołnierska śmierć jego biologicznego ojca na terenie okupowanej Polski mogła się okazać albo bonusem dla wodza neofaszystów, albo wręcz przeciwnie. Wiele zależało od tego, kim był ów Gustav Fischer, jakie były dzieje jego życia i rodowe korzenie.

Maria zaczęła nagle niewyobrażalnie współczuć temu staremu, schorowanemu człowiekowi.

– Minęły dziesiątki lat. Nie musisz ujawniać tych faktów. Są teraz bez znaczenia. – Usiłowała rozpaczliwie znaleźć dobre wyjście z sytuacji.

Uśmiechnął się do niej.

– Sama wiesz, że to wszystko nie jest takie proste. Moje rodzeństwo, Zygfryd i Helga byliby innego zdania. W dodatku muszę się liczyć z tym, że fakty z mojej przeszłości wyjdą na jaw. Jestem osobą publiczną.

– Co w takim razie zamierzasz?

– Chcę poznać prawdę o swoim pochodzeniu, zanim do mojej prawdziwej rodziny dotrą ciekawscy i dziennikarze. Ale danych jest mało, niezwykle mało. Zachował się tylko ten dokument.

Maria obejrzała raz jeszcze pokazaną jej wcześniej kartkę i z dezaprobatą potrząsnęła głową.

– Niezadeklarowany politycznie, z pewnością służył w Wehrmachcie, ale ta jedyna wskazówka niewiele nam daje. Wątpię, by ktoś potrafił rozwiązać rodzinną łamigłówkę. Nazwiska panieńskiego matki nie ma, nazwisko Fischer jest bardzo popularne wśród Niemców, a na podstawie twojego genotypu – zaśmiała się – drzewa genealogicznego raczej nikt nie zbuduje. Jesteś, dziadku, najzupełniej bezpieczny. Nie widzę klucza do wyjaśnienia tajemnicy twojego pochodzenia.

Hans patrzył przez chwilę na wnuczkę, nie mówiąc ani słowa. Potem dłuższy czas porządkował dokumenty porozrzucane na biurku. Gdy skończył, powiedział spokojnie:

– Nie widzisz klucza do wyjaśnienia tej sprawy? A ja tak. Ty nim jesteś.

– Ooo! Lubisz szokować. A co dokładnie masz na myśli? – zapytała zaskoczona.

– Przecież to oczywiste. Tylko ty w naszej rodzinie mówisz po polsku i znasz ten kraj. Masz tam przyjaciół.

– Komunistów! – poprawiła go z przekąsem. – Wciąż powtarzasz na swoich wiecach, że w Polsce żyją Żydzi, komuniści i złodzieje niemieckich samochodów. Już ci to nie przeszkadza?! – Nie potrafiła darować sobie drobnej uszczypliwości.

Często w momentach stresujących ujawniało się pokrewieństwo Marii i Hansa. Reagowała tak wrednie jak on. Znowu odezwała się w niej natura von Graffów, ale szybko przyszło opamiętanie. Uświadomiła sobie, że wybuch złości nie poprawi jej stosunków z nestorem rodu. Pospiesznie złagodziła ton wypowiedzi.

– Załóżmy jednak, że twój, delikatnie mówiąc, niechętny stosunek do moich polskich przyjaciół jest teraz bez znaczenia. Jak sobie wyobrażasz moją pomoc?

Doświadczony polityk nie spuszczał oczu z rozmówczyni. Znał dobrze to piękne i porywcze dziecko, dlatego wiedział, czego się spodziewać. Był pewien, że mu pomoże. Gdy wybuchnęła gniewem, oczywiście uzasadnionym, z trudem opanował uśmiech. Gdy zadeklarowała pomoc, odetchnął z ulgą. Pokazał palcem na stertę urzędowych pism.

– Obawiam się, że więcej informacji na temat mojej adopcji na terenie Niemiec nie ma. Przewertowałem wszystkie dokumenty, jakie były w domu, i nic nie znalazłem. Dziwi mnie to.

– Dziwi cię to… – powtórzyła po nim.

– Tak. Dziwi, i to bardzo.

Maria wiedziona reporterskim nawykiem już przeglądała rozłożone na biurku akty zgonów, urodzeń, ślubów i inne rodzinne archiwalia.

– Przyznaję, to jest zastanawiające – mruknęła. Mnie się nawet wydaje, że ktoś poczynił wysiłki, by w przyszłości trudno było dojść do prawdy – rozmyślała. Czyżby kolejny zbrodniarz wojenny ukrywał się w pomrokach historii naszej rodziny, tym razem pod nazwiskiem Fischer, i był moim pradziadem?

Po plecach przeszły jej ciarki. Tego wolałaby się nie dowiedzieć. Zestresowana zapytała:

– A co miałabym dla ciebie zrobić? Jak sobie wyobrażasz moją pomoc?

– Nie zadawaj naiwnych pytań. Jesteś dziennikarką! Podróżujesz po całym świecie i nie takie sprawy już badałaś. Nie zamierzam cię pouczać, jak masz działać, skoro śladów w Niemczech nie ma, za to wątek polski jest niezwykle obiecujący – obruszył się.

– Dziadku, ale to jest sprawa prywatna! – Teraz dla odmiany zirytowała się Maria. – W co ty mnie chcesz wpakować? Mamy same niewiadome. To jakaś tajemnicza i podejrzana sprawa Wyraźnie jest to jakieś matactwo i w dodatku chodzi o moją najbliższą rodzinę. Zlituj się, czego ty ode mnie wymagasz?! Przecież wszyscy znają twoje poglądy. Nie mogę się oficjalnie podjąć tak śliskiej sprawy. Pracuję w lewicowej prasie.

– To się podejmij nieoficjalnie! A kto mówi o jawności na ten temat? Mnie na rozgłosie nie zależy!

– Nieoficjalnie? – szepnęła pod nosem. – To znaczy, że co?

– Że przy okazji wyjazdu służbowego spróbujesz się dowiedzieć czegoś o swoim pradziadku.

– A przedtem, oczywiście „przypadkowo”, mam sobie zorganizować podróż w tamte rejony Europy. Widzę, że wszystko szczegółowo dla mnie zaplanowałeś.

Hans był zmęczony burzliwą dyskusją. Na czoło wystąpiły mu krople potu. Oddychał coraz ciężej, gdy zadał pytanie:

– Zrobisz to dla mnie, dziecko?

Przygryzła wargę tak mocno, że aż poczuła ból. Nie zamierzała spełnić tej prośby, jednak zrezygnowana mruknęła:

– Tak, zrobię.

Reakcja rozmówcy była zaskakująca. Na jego ziemiście bladej twarzy natychmiast pojawił się lekki rumieniec. Zapadnięte oczy rozbłysły.

– Zacznij od Himmlerstadt4 – wyszeptał podekscytowany. – To jest jedyna istotna wskazówka. – Stukał kościstym palcem w stary dokument. – Tam mój ojciec był zakwaterowany od tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku. Wierzę, że w tym mieście zachowały się dokumenty na ten temat.

4 Od 1940 roku propaganda niemiecka rozpowszechniała informacje, że Zamość jest miastem niemieckim. Dowódca SS dystryktu lubelskiego zbrodniarz wojenny Odilo Globocnik rzekomo odkrył tam skupiska ludności niemieckiej. Z tego powodu zapowiedział utworzenie w Zamościu czysto niemieckiego obszaru osiedleńczego. Miasto miało być przekazane SS i zamieszkałe tylko przez 20–25 tysięcy rodzin zasłużonych esesmanów. Utworzenie wspomnianego obszaru zarządził Himmler w 1941 roku.

Dystyngowany starzec drżącą ręką nalał sobie znowu wody mineralnej. Był ogromnie poruszony. Pił teraz tak nieuważnie i łapczywie, że część przezroczystego płynu spływała mu po brodzie. Maria zorientowała się, jak bardzo zależy dziadkowi na jej wyjeździe na wschód Polski i wyjaśnieniu tej sprawy.

– A więc Himmlerstadt? – zapytała, wciąż spod oka obserwując grę emocji widoczną na twarzy Hansa.

– Tak, miejscowość blisko granicy z obecną Ukrainą. Miasto, które w zamierzeniach Trzeciej Rzeszy miało się stać centrum niemieckiego osadnictwa na wschodzie Polski. Powiem więcej, tam mieli po wojnie zamieszkać ludzie zasłużeni dla Rzeszy. Planowano z tych okolic utworzyć bastion przesiedleńczy i zaplecze gospodarcze dla Niemców.

– Masz na myśli oczywiście hitlerowców – wtrąciła sprostowanie wnuczka, ale staruszek nie przerwał irytującego wywodu.

– Jak widzisz – wskazał palcem na dokument adopcyjny – były nawet i takie plany, by miastu nadać niemiecką nazwę pochodzącą od nazwiska samego Himmlera. Na przeszkodzie stanęły, niestety, klęska naszych żołnierzy i przegrana wojna. – Starszy pan był przygotowany do rozmowy.

– Rozumiem. Genialne zamysły nazistów nie powiodły się, choć tak się przywiązali do okupowanych terenów, że zapobiegliwie wymyślili dla polskiego miasta nazwę Himmlerstadt. Ech! – Maria była zniesmaczona.

– Planowano też nazwę Pflugstadt5, by nie obrazić Hitlera, który w tym momencie nie miał jeszcze „swojego miasta” – dopowiedział z powagą Hans.

5 W tłumaczeniu „miasto pługa” – ze względu na okoliczne żyzne gleby. Ostatecznie oficjalnie nazwy miasta Zamość nie zmieniono.

– Ach tak! Hitler w tym momencie nie miał jeszcze w Polsce, jak rozumiem, „swojego miasta” – powtórzyła za nim z ironią.

– Właśnie – przytaknął naburmuszony.

– A to dopiero! I z tego powodu naziści wymyślili dla tej polskiej miejscowości aż dwie niemieckie nazwy! Cóż za pomysłowość! Jestem pod wrażeniem – kpiła Graffówna.

– I czemu się tak dziwisz? Była wojna. Nasi rodacy planowali zagospodarować rozsądnie dobra europejskie. Tam też, na wschód od Rzeszy wszystko miało być nasze.

– Dziadku, tereny po drugiej stronie Odry zamieszkują Polacy. POLACY! Niemcy mogą tutaj tworzyć ośrodki osadnictwa. Nie jesteś na wiecu. No, proszę cię! Dość tej propagandy! Natychmiast przestań!

– Dobrze już, dobrze, chciałem tylko powiedzieć, że chodzi o miasto we wschodniej Polsce, istotny punkt strategiczny drugiej wojny światowej. Z różnych powodów był dla Rzeszy ważny – podkreślił von Graff. Zamierzał rozwinąć swoją wypowiedź, ale pod wpływem wnikliwego spojrzenia Marii speszył się, jakby miał coś w tej materii do ukrycia, i zamilkł. Po chwili dodał kolejną irytującą uwagę: – Skoro mój ojciec, jak ustaliliśmy, służył w Wehrmachcie i mieszkał w Himmlerstadt, to powtarzam ci, że mogły się tam zachować dokumenty na ten temat. Choć, znając bałaganiarstwo Polaków… – Hans lekceważąco wydął wargi.

– Dziaaadkuuu… – warknęła ostrzegawczo.

– A cóż ja takiego znowu powiedziałem? To sama prawda.

– Właśnie o prawdę chodzi – ucięła stanowczo Maria.

– Na przykład? – zapytał.

– Na przykład, jak się naprawdę nazywa ten twój Himmlerstadt. Przypomnij mi, tam była zapisana też polska nazwa. – Wskazała na metryczkę.

– Polskiej nazwy to się w ogóle nie da wymówić – warknął.

– Spróbuj. – Maria pozostała nieugięta.

Potrzasnął rozpaczliwie głową i podał jej niewielką karteczkę.

– Nie, nie. Tu ci zapisałem.

– No proszę, jak ty się starannie przygotowałeś do naszej rozmowy. Zamość – przeczytała zaciekawiona. – Zamość – powtarzała.

ROZDZIAŁ II

Podróż samochodem z Berlina do Warszawy minęła szybko. Za Lublinem, gdzie na postoju Maria wypiła kawę, droga zrobiła się mniej komfortowa, ale za to okolica była przepiękna. Po rozmowie z dziadkiem o Himmlerstadt wnuczkę, oprócz kwestii rodzinnych, frapowało kilka innych aspektów tej wyprawy. Choćby to, z jakiego powodu naziści wybrali właśnie Zamość. Dlaczego tam zaplanowali centrum osadnictwa niemieckiego i powojenny azyl dla zasłużonych esesmanów? W okolicy były przecież inne miasta. Blisko położony Lublin – zdecydowanie większy i ważniejszy jako stolica tego regionu. Znana publicystka „Die Tageszeitung”, słynąca ze swojej rzetelności zawodowej i spektakularnych osiągnięć w prowadzeniu przeróżnych dziennikarskich dochodzeń, do podróży służbowej na wschód Polski była tym razem kiepsko przygotowana. Zaimprowizowała wyjazd w pośpiechu ze względu na zły stan zdrowia dziadka i teraz układała sobie w głowie plan działania na podstawie strzępków informacji zgromadzonych dosłownie na godziny przed wyjazdem z Berlina. W internecie w języku ojczystym znalazła kilka dość lapidarnych informacji o Zamościu, a po mało znanym mieście położonym na wschodnich rubieżach Polski nie spodziewała się niczego szczególnego. Tymczasem asfaltowe drogi pomiędzy miejscowościami wiły się wśród pól i leśnych zagajników. Kwieciste łąki pełne maków urozmaicały żółte dywany kwitnącego rzepaku.

Była niedziela. Z oddali, gdzieniegdzie, z mijanych kościołów dobiegało bicie dzwonów. Okolica kusiła urokiem.

Na jednym z parkingów Maria napisała esemesa do narzeczonego: „Helmut, nie uwierzysz, jestem w raju!”. Dojeżdżając do Zamościa, podziwiała swojskie widoki i rozmyślała: Urzekające miejsce ta Zamojszczyzna.

Jak na ironię, przed wyjazdem z Niemiec obiło jej się o uszy, że nazwa regionu i miasta pochodzi od nazwiska znanych polskich arystokratów, do których należały te tereny. Cóż to był za absurdalny plan, by Zamość, nazwany tak od nazwiska hetmana Zamoyskiego, przemianować na Himmlerstadt na pamiątkę niemieckiego dygnitarza? Kolejna bolesna i wstydliwa sprawa – rozważała w myślach von Graffówna. Na szczęście istnieje sprawiedliwość dziejowa. Samo życie wielkim tego świata przydziela miejsce w historii i wawrzyny, a zbrodniarzy skazuje na hańbę i społeczne wykluczenie.

Maria była słabo zorientowana w temacie Zamojszczyzny pod okupacją niemiecką, ale tak jak wszyscy znała złą sławę współpracownika Hitlera. Aż się bała myśleć, jakie mogły być konsekwencje wojenne fascynacji Himmlera Zamościem i tym regionem, skoro bywał tu osobiście.

Około południa mały mercedes na niemieckiej rejestracji wjechał na starówkę miasta od strony północnej. Gdy minął fragmenty zabytkowej budowli okalającej drogę, z dwóch stron jezdni pojawiły się pozostałości murów z czerwonej cegły, broniących niegdyś dostępu do tego niezwykłego miejsca.

– No, proszę! Wjeżdżam do twierdzy. Mamy bramę i mury obronne! Tak miało być – mruknęła pod nosem. – Ładnie. – Rozglądała się zaciekawiona.

Po tym jak zostawiła samochód na najbliższym parkingu i przeszła pośród zabytkowych kamieniczek w głąb starego miasta, dotarła na plac, który już z daleka rozpoznała jako rynek.

– Oh mein Gott!6 – jęknęła na widok bajecznej renesansowej zabudowy. To nie to samo, co na zdjęciach w internecie. Cóż za pokusa! – pomyślała o planach, które hitlerowcy wiązali z tym miastem.

6 O mój Boże!

Był słoneczny dzień. Najwyraźniej Maria trafiła na święto albo festyn. Przed ratuszem aż kłębiło się od gapiów i turystów. Pośrodku rynku otoczonego bajecznie kolorową renesansową zabudową poustawiane były kramy z różnymi lokalnymi wyrobami. Wśród przekupek kluczyli przebierańcy w starodawnych strojach. Dzieciaki biegały wokoło potężnej spiżowej armaty ustawionej przed schodami magistratu. Jeśli jeszcze nie było prezentacji tego sprzętu, to czeka nas niezły hałas – przemknęło przez myśl młodej kobiecie i zaraz jej uwagę przyciągnęły ogródki piwne otoczone ogrodzeniami z kutego metalu, udekorowane skrzynkami z czerwonymi pelargoniami. Ten sielski widok uświadomił Marii, jak bardzo jest zmęczona. Czym prędzej postanowiła zająć wolny stolik w najbliższej kawiarence, napić się kawy i zasięgnąć języka. Jej zamojskim kontaktem była Barbara Kowalska. Wdowa po znanym polskim historyku i filologu, wykładowcy Graffówny z czasów uniwersyteckich, mieszkała właśnie na tutejszej starówce.

– Barbara Kowalska… Barbara Kowalska – powtarzała dziennikarka pod nosem, sadowiąc się przy stoliku, i przeszukując kieszenie. Była pewna, że włożyła tam przed wyjazdem świstek z adresem profesorowej. Niestety, co się już wcześniej zdarzało, jej karteczkowy system przechowywania informacji zawiódł i tym razem. Adres przepadł. Po prostu został w domu. – Scheisse – przeklęła pod nosem i nagle zobaczyła pochyloną nad sobą głowę w falbaniastym czepku. Dziewczę było śliczne i tak uroczo komponowało się z historycznym otoczeniem, że zaskoczona Niemka na moment zapomniała o swoim kłopocie. – Piękny strój – stwierdziła z uznaniem. Zlustrowała dokładnie kelnerkę przebraną za renesansową mieszczkę.

– Służbowy ciuch – mruknęła z niechęcią zagadnięta. – Mam coś podać? Może mogę w czymś pomóc?

– Właśnie! Podwójne espresso poproszę, ale potrzebuję też informacji.

Słowiańska piękność przyglądała się jej z uwagą.

– Chodzi o to, że szukam kogoś, kto mieszka w Zamościu na starym mieście. – W dłuższej wypowiedzi ujawnił się niezupełnie polski akcent klientki i pracownica kawiarni, zaciekawiona, aż przysiadła na krześle po przeciwnej stronie stolika. – Chodzi też o to, że przepadł mi adres osoby, do której przyjechałam. Taki pech. I zastanawiam się, czy uda mi się mimo wszystko ją odnaleźć bez alarmowania rodziny w Berlinie – tłumaczyła zawile cudzoziemka.

Wypowiedź zabrzmiała chyba dosyć dziwnie, bo kelnerka wpatrywała się w nią w milczeniu, więc Maria czym prędzej dodała speszona:

– Ależ wymyśliłam, co?! Ciężka sprawa, bo jak odnaleźć kogoś bez adresu? To wprawdzie wydaje się możliwe, ale o ile mi wiadomo, nigdzie nie jest łatwe.

W odpowiedzi na te słowa dziewczyna rzuciła jej spojrzenie pełne sceptycyzmu i wreszcie przemówiła:

– Nie wiem, jak jest gdzie indziej – oświadczyła z powagą – ale w Zamościu na starówce dobrze się znamy. Może jakoś zaradzimy pani problemom, o ile poszukiwana osoba posiada chociaż imię i nazwisko. – Kelnerka roześmiała się ze swojego żartu, a Maria zachęcona jej życzliwością podała personalia poszukiwanej osoby.

– Nazywa się Barbara Kowalska.

– Naprawdę? O panią Basię chodzi? – Na twarzy pracownicy kawiarni zagościł znowu uśmiech i jakby rozczarowanie, że zagadka okazała się tak prosta. – Sytuacja nie jest skomplikowana. Problem mamy rozwiązany – pocieszyła ją dziewczyna. – Profesorowa mieszka o tam. – Wskazała placem za plecy Marii. – Dwa duże okna na pierwszym piętrze są od jej salonu. Ale teraz pani Basi nie ma w domu. Przed chwilą wyszła. Pewnie do muzeum, do koleżanki.

– Coś takiego! – wyrwało się Niemce. – Jak wy wszystko o sobie wiecie.

– No tak, przecież o tym mówiłam. A teraz kawę przyniosę, bo mnie szef obsztorcuje za przesiadywanie z klientkami. Ech! – Urodziwa zamościanka westchnęła, wstając od stolika. Była zawiedziona. Zamiast się czegoś dowiedzieć od tajemniczej turystki, sama stała się źródłem informacji. Za kilka dni po mieście rozniesie się wprawdzie wieść, kim jest gość profesorowej, ale przecież to zupełnie co innego powtarzać znane wszystkim fakty, a pozyskać informacje osobiście, z pierwszej ręki.

Tymczasem Marię, zadowoloną z takiego obrotu sprawy, spotkało kolejne zaskoczenie. Jeszcze zanim kelnerka zdążyła dotrzeć do drzwi kawiarni, rozległ się wystrzał z armaty. Właściwie można to było przewidzieć, a przede wszystkim zobaczyć, bo przygotowania do prezentacji odbywały się przed ratuszem na oczach wszystkich, jednak pogrążoną w myślach Graffównę hałas przestraszył. Huknęło tak potężnie, że na chwilę prawie ogłuchła.

– Oh mein Gott! – wykrzyknęła przestraszona, budząc powszechne rozbawienie przy sąsiednich stolikach.

Sama też się roześmiała. Wszystko, z czym zetknęła się od rana, było zaskakujące, a przede wszystkim odmienne od tego, do czego przywykła w Berlinie. Choćby pobłażliwa reakcja kelnerki na pytanie o miejsce zamieszkania Barbary Kowalskiej. Fakt, że cudzoziemka przyjechała tu z wizytą i zapomniała zabrać ze sobą adresu profesorowej, nie spotkał się nawet ze zdziwieniem Polki. Tolerancyjne potraktowanie jej roztargnienia, zazwyczaj napiętnowanego przez Helmuta, było niezwykle miłe. Zapowiadało przyjemny i bezstresowy pobyt przynajmniej do czasu obiecanego przyjazdu narzeczonego, który od dawna pracował nad niedoskonałym charakterem wnuczki Hansa von Graffa. Beztroski i trochę bałaganiarski styl życia Marii był też przyczyną zmartwień babci Grety i tematem żartów całej rodziny. W tej chwili nie miało to jednak znaczenia, w drzwiach kawiarni bowiem pojawiła się znowu znajoma dziewczyna, tym razem z tacą w ręku i w towarzystwie dwóch młodych mężczyzn. Po chwili postawiła na stoliku espresso.

– Kiepsko z wolnymi miejscami o tej porze, a panowie też czekają na profesorową Kowalską. Może mogliby się do pani dosiąść? – zapytała.

Propozycja była z gatunku tych nie do odrzucenia, bo kelnerka nie poczekała na odpowiedź zaskoczonej klientki i oddaliła się zaaferowana kolejnym zgłoszeniem, pozostawiając wpatrzonych w Niemkę wyczekująco mężczyzn.

Skonsternowana dziennikarka zrobiła zapraszający gest w kierunku stolika i od tej chwili miała już towarzystwo. To wszystko dzieje się za szybko – myślała, uśmiechając się uprzejmie do przygodnych towarzyszy. Nie zamierzałam się integrować z miejscową ludnością jeszcze przed zakwaterowaniem. To jakiś obłęd. W dodatku wszyscy się na nas gapią, bo znowu ładują tę cholerną armatę.

Mężczyźni też zauważyli, że są obserwowani. Byli skrępowani widocznym zainteresowaniem gości lokalu, tym bardziej że ich towarzyszka spłonęła rumieńcem, widocznie się pesząc. Przy stoliku zapanowała konsternacja, ale tylko na moment, bo raptem znowu wystrzeliła armata. Tym razem nie zaskoczyło to Marii, a siedzącego wraz z nią, tyłem do rynku, jednego z Polaków.

– Ożeż ty! – wykrzyknął zaskoczony, wywołując znowu salwę śmiechu w kawiarni.

Niemka też mimo woli przyłączyła się do ogólnej wesołości.

– Zareagowałam przed chwilą podobnie – wyszeptała konfidencjonalnym tonem do aktualnego obiektu żartów. – Wszyscy czekali, co się wydarzy przy tym stoliku po kolejnym wystrzale. No i wydarzyło się…

– Ach tak, czyli mają z nas niezły ubaw.

Mężczyzna wstał, ostentacyjnie ukłonił się kawiarnianej widowni i zainkasował gromkie brawa.

– Przedstawienie skończone – ogłosił i mrugnął do dopiero co poznanej ślicznej blondynki. – Andrzej – przedstawił się, wyciągając do niej rękę ponad stolikiem.

– Maria. – Uścisnęła Polakowi dłoń i odruchowo zerknęła w kierunku jego kolegi. Usłyszała niechętne:

– Alfred.

Ręka, którą uścisnęła tym razem, była wiotka i wilgotna. Mężczyzna posłał jej chłodne, przenikliwe spojrzenie.

– Domyślam się, że to pani jest Niemką, którą Basia Kowalska zamierza nam przedstawić?

Pytanie było obcesowe i zabrzmiało nieuprzejmie. Andrzej spiorunował kolegę wzrokiem i aż podskoczył na krześle.

Młoda kobieta speszyła się.

– Przypuszczam, że mój akcent jest fatalny. Łatwo rozpoznać, że nie jestem Polką.

– Nie, skądże znowu – pospieszył z zapewnieniem wysoki brunet sympatyzujący z nią od pierwszej chwili.

Posłała mu niedowierzające spojrzenie.

– Mówi pani nieco inaczej niż my, ale to przecież naturalne. Pani polski jest świetny – zapewniał. – Prawda? – Łypnął natarczywie w kierunku towarzysza.

– Tak, jak na cudzoziemkę mówi pani całkiem nieźle. Po prostu kelnerka uprzedziła, że przedstawi nam Niemkę, która przyjechała do Barbary Kowalskiej z Berlina. – Alfred, zganiony przez kumpla spojrzeniem, zdobył się na rozbrajającą szczerość.

– Wiemy, że szuka pani profesorowej i że jest pierwszy dzień w Zamościu – kontynuował wyjaśnienia sympatyczniejszy z Polaków.

Zaskoczona wnuczka Hansa von Graffa odebrała pierwszą lekcję funkcjonowania miejscowej poczty pantoflowej. Uświadomiła sobie, że ta działa bezbłędnie i błyskawicznie, bo przecież kelnerka oddaliła się tylko na kilka chwil, by zrealizować zamówienie. W tym krótkim czasie zdradziła jej obecnym towarzyszom wszystkie zasłyszane od niej informacje. Dla osoby, która miała sporo do ukrycia, było to poważne ostrzeżenie.

Tymczasem mężczyźni, nieświadomi burzy emocji, których doświadczała Maria w zetknięciu z miejscowymi zwyczajami, spokojnie kontynuowali:

– Domyśliliśmy się, że to pani będziemy pomagać w realizacji zadania dziennikarskiego na temat drugiej wojny światowej. Jestem muzealnikiem, a mój kolega – archiwistą. Nie znamy wprawdzie szczegółów planowanych badań, ale nie musimy w tej chwili rozmawiać o sprawach zawodowych – zapewniał szarmancko przystojniak siedzący vis-à-vis. – Proponuję do kawy lody. – Usiłował się przypodobać poznanej przed momentem kobiecie.

Pochmurny Alfred nie podzielał entuzjazmu kolegi. Taksował gościa posępnym spojrzeniem, ale nie protestował.

Posłała im szeroki uśmiech.

– Nie jadam lodów. Tego, panowie, o mnie jeszcze nie wiecie – stwierdziła z satysfakcją. – Ale chętnie wypiję coś mocniejszego. Wczesna pora na drinki, jednak mam wrażenie, że tego mi właśnie potrzeba po wszystkich dzisiejszych niespodziankach. – Spojrzała w kierunku armaty, a potem kelnerki obsługującej w pobliżu turystów.

Propozycja została przyjęta z uznaniem. Nawet antypatyczny archiwista rzucił jej przychylne spojrzenie. Przy kolejnej kawie i podwójnej lampce koniaku, a nawet wypitym bruderszafcie humory wszystkim się poprawiły.

Maria postanowiła wyjaśnić sytuację.

– Tak, to ja jestem Niemką, na którą czekaFrau7Barbara Kowalska. Pracuję w „Die Tageszeitung”, ale jestem też polską korespondentką jednej z niemieckich stacji telewizyjnych. Ukończyłam Uniwersytet Warszawski. W Zamościu mam napisać serię artykułów prasowych ujętych w cyklWojenne dzieje Niemców i Polaków – historia akcji przesiedleńczych na polskich ziemiach wschodnich. Chodzi o ukazanie losów ludności polskiej i niemieckiej na tych terenach w okresie drugiej wojny światowej, ich dramatów. Wiem, że mieszkali tutaj też Niemcy. Tak rysuje się mój ogólny plan – oświadczyła z właściwym sobie zapałem. Wpatrywała się z zaciekawieniem w twarze swoich towarzyszy. Oczekiwała entuzjastycznej reakcji, ale jakoś żaden z panów nie podejmował tematu, a i dobry nastrój nagle prysł.

7 Pani.

Na twarz Alfreda wypełzł brzydki grymas.

– Zamierzasz badać wojenne losy ludności niemieckiej na naszych terenach? Ich dramaty? Naprawdę? Coś podobnego! – Był autentycznie zdumiony. – Spodziewaliśmy się, że twoje badania będą dotyczyć, bo ja wiem, kwestii żydowskich. To by chociaż było normalne – mruknął pod nosem.

– Oświęcim i zbrodnie hitlerowskie dokonane na Żydach były omawiane w niemieckich mediach wiele razy. Temat ich eksterminacji w czasie wojny jest w Niemczech dobrze znany, a chyba nic gorszego niż Oświęcim nie przydarzyło się w tej części Europy z powodu Hitlera? – Maria z przekonaniem pokusiła się o śmiałą ripostę.

– O! Jak ty nie doceniasz niemieckich nazistów – przerwał jej lodowatym tonem Alfred. Starannie unikał przy tym nawiązywania kontaktu wzrokowego z niemiecką publicystką.

Ta zamilkła speszona, słysząc jego odpowiedź. Sympatyczny Andrzej też jakoś zmarkotniał. W końcu przemówił cicho:

– Majdanek, Sobibór, Bełżec… W okolicznych obozach koncentracyjnych podczas drugiej wojny światowej zginęło mnóstwo Żydów. Może rzadziej się o tym wspomina, ale uwierz mi, Oświęcim nie wyczerpuje w Polsce żydowskiego tematu. Masowa zagłada na naszych terenach, oprócz planowej eksterminacji, miała też inny cel.

– Można by powiedzieć sarkastycznie, że przesiedleńczy, o czym zresztą sama wspominałaś – wtrącił Alfred. – Faktycznie sporo ludzi wtedy i na różne sposoby stąd „wysiedlano” – dodał z przekąsem.

Maria pobladła. Naprędce sklecony temat – pretekst do tej podróży – przezornie omijał problematykę żydowską. Poszukiwanie w takim kontekście jej pradziadka, niemieckiego oficera, było wykluczone. Chciała wyłączyć z badań te kwestie w nadziei, że uniknie dodatkowych stresów i teraz, niejako na własne życzenie, znalazła się w tarapatach. Majdanek, Sobibór, Bełżec… Obiło mi się coś o uszy, ale nie wiedziałam, że to te okolice – kotłowało się jej w głowie. No, to ładnie! Już wyszło na jaw, że nie mam pojęcia o niemieckiej okupacji na wschodzie Polski. Tak to jest, jak się kłamie – pomyślała ze złością o chorym Hansie i manipulacjach, które jej zafundował.

Zaczęła się zawile tłumaczyć:

– Z powodu znajomości języka polskiego bywam często zapraszana do realizacji programów o obozie oświęcimskim, dlatego osobiście unikam podobnej problematyki. Poza tym nie ja wybrałam dla nas temat, a szef mojej redakcji. – To, co powiedziała tym razem, przynajmniej było zgodne z prawdą. To Johann zasugerował, by opisać historię przesiedleń na Zamojszczyźnie i koniecznie przedstawić cierpienia wszystkich nacji dotkniętych tym procederem. Niemców też.

Planowany cykl artykułów był pomysłem jej szefa, ale teraz, by wyjaśnić przekonująco swój brak rozeznania w temacie, do prawdziwego scenariusza zdarzeń dołożyła własny, zmyślony. Dodała:

– Zastępuję dziennikarkę, która zachorowała. Z tego powodu postawiłam na improwizację i zebranie informacji na miejscu. Stąd moja kiepska orientacja w historii tych okolic, wybaczcie. Przyznaję, miałam nadzieję, że proponowana tematyka będzie lżejsza niż oświęcimska. – Gdy tylko to powiedziała, twarze jej towarzyszy znowu spochmurniały. Czuła, że z każdym słowem mimo woli brnie w złym kierunku i dotyka jakichś bolesnych kwestii.

Szczególnie Alfred przyglądał się jej z wyraźnym sceptycyzmem. Nie obdarzył jej sympatią.

– Przeciwnie, proponowana tematyka nie będzie lżejsza niż oświęcimska, ale też będzie ciekawie. Jeszcze jak! – odparł i aż sapnął, inkasując potężnego kopniaka pod stołem.

Andrzej rzucił mu kolejne groźne spojrzenie i życzliwie zwrócił się do rozmówczyni:

– Mieszkańcy tych terenów dużo przeszli podczas niemieckiej okupacji. Nie uważamy jednak, że każdy Niemiec odpowiada za hitlerowskie zbrodnie, choć tak by się mogło zdawać. – Spiorunował wzrokiem sąsiada. – Niestety, niektórzy przedstawiciele polskiej skrajnej prawicy nadal mają różne uprzedzenia. – Sugestia przystojniejszego z Polaków w zasadzie nie wymagała komentarza, było wiadomo, do kogo kierował przytyk. Wciąż spoglądał z naganą na kolegę. – Jeden z działaczy takiej kontrowersyjnej organizacji jest wybitnym historykiem archiwistą i tylko dlatego został zaproszony do twojego zespołu redakcyjnego. Wprawdzie padła podczas narady w muzeum obietnica, że powściągnie swoje złe nastawienie, ale jak widać, ma z tym kłopoty.

Wypowiedź zawierała jasny przekaz. Maria musi się przyzwyczaić do zgryźliwości polskiego historyka archiwisty.

Adresat wypowiedzi oburzył się.

– O! Wypraszam sobie krytykowanie moich poglądów i takie pomówienia. Moje uwagi mają charakter czysto merytoryczny. Wierzę, że zamierzamy działać profesjonalnie, niezależnie od płci i wrażliwości naszego niemieckiego partnera. Tak czy nie? – Prowokował, oj prowokował…

Maria posłała mu piękny uśmiech. No, to mamy jasność. Nienawidzi Niemców i w dodatku seksista. Szykuje się „urocza współpraca” – skonstatowała w myślach.

– Nie oczekuję szczególnego traktowania. Nie jestem słabą kobietką, która nie radzi sobie z emocjami – zapewniła lodowatym tonem.

– To i dobrze, bo lekko nie będzie. – Usłyszała w zamian złowieszczą obietnicę. – To znaczy, chciałem powiedzieć, że możesz zyskać bardzo dobry materiał. – Alfred perfidnie złagodził wypowiedź po kolejnym pochmurnym spojrzeniu Andrzeja.

Maria w odpowiedzi na złośliwe zaczepki dała popis niemieckiego pragmatyzmu. Zamiast się obrażać, przeszła do konkretnych wyjaśnień.

– Przyjechałam tu z powodu Himmlerstadt i nazistowskich planów stworzenia na Zamojszczyźnie centrum osadnictwa niemieckiego. Przyczyny chyba już rozumiem. – Rozejrzała się dookoła. – Miasto i okolica są przepiękne, działają na wyobraźnię, a pomijając urodę tego miejsca, znajdujemy się na wschodnim przyczółku Europy.

Andrzej pospiesznie uprzedził kolejną ripostę Alfreda.

– Masz rację, te strony są i urocze, i ważne dla wojskowych strategów. Z obu powodów Zamość upodobali sobie różni najeźdźcy. Nasza Padwa Północy przypadła do gustu nie tylko nazistom, co miało często fatalne konsekwencje dla miasta i jego mieszkańców. Ucierpiały zabytki, na różne sposoby prześladowano okoliczną ludność. Na szczęście niszczycielskie zakusy zawłaszczenia Zamościa nigdy się nie powiodły.

– Aaaa, więc Padwa Północy – powtórzyła po nim z podziwem.

– I perła renesansu. – Historyk mrugnął do niej.

– Też ładnie – odpowiedziała mu uśmiechem, omiatając spojrzeniem kolorowe attyki kamienic.

– Pragnę podkreślić, że żaden z planów zastosowanych w intencji zaboru tego miasta i okolic nie był tak dobrze pomyślany jak niemiecki. – Alfred z błyskiem w oczach przerwał miłą konwersację. – I że mieliśmy tutaj, podczas okupacji naprawdę sporo twoich rodaków – dodał.

– Domyślam się, że niemiecka ludność cywilna na tych terenach w czasie drugiej wojny światowej to osiedleńcy. – Maria poczerwieniała po tym stwierdzeniu aż po dekolt, bo dotarło do niej, że porusza kolejny bolesny temat, a Alfred nie odmówił sobie przyjemności jego skomentowania.

– A w istocie, sprowadzano tutaj Niemców, ale żeby ich osiedlić, postanowiono najpierw wszystkich Roztoczan wysiedlić. Taki to prosty plan powstał. Miażdżąca niemiecka logika. O perfekcyjnie zorganizowanej realizacji i kwestii żydowskiej na razie nawet nie wspomnę.

Ostatnimi docinkami niesforny archiwista przekroczył granice dobrego smaku. Nawet zakładając, że mówił wyłącznie prawdę, ton jego wypowiedzi cechowała trudna do zaakceptowania napastliwość. Przy stoliku zrobiło się cicho i nieprzyjemnie. Maria w zadumie obserwowała teraz renesansowych przebierańców szykujących inscenizację pod jednym z podcieni. Andrzej, skonsternowany zachowaniem kolegi, zerkał na niego spod oka. Co go napadło, żeby się tak podle zachować wobec Niemki? To jest karygodne! Oj, bracie, będziemy musieli poważnie porozmawiać – planował w myślach.

Tymczasem mało sympatyczny towarzysz niemieckiej dziennikarki i przystojnego muzealnika wydawał się bardzo kontent z siebie. Z nieprzeniknioną twarzą studiował kartę deserów, nic sobie nie robiąc z wyraźnej irytacji rozmówców. Była to dogodna chwila, by przed pojawieniem się Barbary Kowalskiej omówić szczegóły planowanej współpracy, jednak cudzoziemka z uporem milczała. Na jej twarzy i dekolcie pojawiły się brzydkie czerwone plamy. Zaskoczony wrednymi komentarzami Andrzej, nie mniej od niej wzburzony, z niedowierzaniem wpatrywał się w twarz kolegi. Miał powody, by się dziwić, bo niski, drobny Alfred zazwyczaj niczym szczególnym się nie wyróżniał. Mówił cicho i beznamiętnym głosem. Na kursach dla młodych archiwistów słuchacze wykładów nazwali go żartobliwie Alfred „Bestia”, z przekory dla jego spokojnego usposobienia. Mimo skrajnie prawicowych upodobań był w Zamościu akceptowany, bo swoje poglądy rzadko ujawniał. Wydawało się, że oprócz panny Wisi, sekretarki z archiwum zakochanej w nim beznadziejnie od lat, mało kto w ogóle zawracał na niego uwagę. Może trochę przez fakt, że utalentowany archiwista nie był nigdy towarzyski. Mieszkał z babcią i ojcem w pobliżu wioski Guciów, w pewnej izolacji od ludzi. Uznawany za przewidywalnego do bólu, właśnie zaskoczył Andrzeja.

Po mało udanej konwersacji towarzystwo przy stole spochmurniało, jakby wszyscy do wszystkich mieli o coś pretensje. Na szczęście przyciężkawą atmosferę spotkania rozładował głos, który dobiegł zza ogrodzenia kawiarnianego ogródka:

– Andrzej, Alfred, czy coś się stało? Co to za miny? Przepraszam za spóźnienie, zatrzymała mnie w muzeum ważna sprawa.

Za niskim drewnianym płotkiem stała korpulentna starsza pani. Dokładnie tak dziennikarka wyobrażała sobie profesorową Kowalską.

Zażywna zamościanka przecisnęła się z trudem pomiędzy ciasno ustawionymi stolikami i stanęła przed Niemką.

– Dowiedziałam się od Kasi, że mój gość z Berlina już przyjechał, dlatego spieszę się przywitać. – Ujawniła kolejną niedyskrecję znanej już kelnerki i wyciągnęła do Marii rękę na powitanie. – Barbara – sapnęła zadyszana.

Wnuczka Hansa von Graffa poderwała się z krzesła i z zapałem odwzajemniła uścisk dłoni.

– Maria – przedstawiła się.

– Aaa! Czyli Marysia. Takie jest polskie zdrobnienie twojego imienia. – Starsza pani uśmiechnęła się życzliwie.

– Marysza – powtórzyła po niej trochę niezdarnie Graffówna. – Ładnie.

– Skoro ładnie, to tak cię będę od dzisiaj nazywać. A teraz zapraszam do siebie. Panowie, zaopiekujcie się bagażami gościa, wychodzimy! Rachunek zapłaciłam. I was oczywiście też zabieram do domu na herbatkę.

Energiczna kobieta zarządziła opuszczenie lokalu tonem nieznoszącym sprzeciwu i pewnie ruszyła ku wyjściu. Trójka gości kawiarni posłusznie podążyła za nią.

– Macie szalenie naburmuszone miny! Ktoś mi powie wreszcie, o co chodzi? Czy coś się stało? – dopytywała, w dalszym ciągu walcząc o miejsce pomiędzy ciasno rozstawionymi stolikami.

– A stało się? – rzucił zaczepnie Alfred, a na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech skierowany do Andrzeja.

– Jeszcze nikomu nic się nie stało, ale wszystko przed nami. – Groźbę słyszalną w głosie historyka dopełniło protekcjonalne poklepanie kolegi po ramieniu. Uwaga skierowana do Alfreda zabrzmiała jak ostrzeżenie.

– Oho! Mężczyźni mają jakieś tajemnice, słyszałaś? – zagadnęła zagranicznego gościa Barbara.

Maria nie odpowiedziała. Posłała polskim kolegom enigmatyczny uśmiech.

– Jest jakiś problem? Wiesz może, o co im poszło? – dopytywała starsza pani.

– Nie. Nie mam pojęcia – skłamała Niemka.

***