Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Sekret lorda Marlowe’a ebook

Anne Herries

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sekret lorda Marlowe’a - Anne Herries

Lord George Marlowe jest znanym i szanowanym w towarzystwie dżentelmenem. Kiedy jego siostra Verity pada ofiarą szantażu, nie zawaha się przed niczym, aby jej pomóc. Wkrótce lord Marlowe dostaje wiadomość. W zamian za pomoc w porwaniu innej damy, lady Jane Lanchester, odzyska kompromitujące siostrę listy i zapobiegnie skandalowi. Zadanie jednak okazuje się trudniejsze, niż się spodziewał, ponieważ uprowadzona ucieka...

Opinie o ebooku Sekret lorda Marlowe’a - Anne Herries

Fragment ebooka Sekret lorda Marlowe’a - Anne Herries

Anne Herries

Sekret lorda Marlowe’a

Tłumaczenie: Barbara

Prolog

– To jedyna propozycja. Przyjmujesz ją czy nie?

Wysoki dżentelmen popatrzył na mówiącego te słowa, wiedząc, że ma do czynienia z łajdakiem. Był pewny, że Blake, bo tak brzmiało nazwisko owego drania, kłamał jak z nut. Byłby głupcem, gdyby uwierzył choć w jedno jego słowo, ale czy miał inne wyjście? Czy mógł nie przystać na ten diabelski plan?

– Mam ci pomóc uprowadzić przyzwoitą młodą kobietę? – zapytał, bo chciał to usłyszeć wyrażone wprost, jasno i wyraźnie. – Odmawiasz przyjęcia pieniędzy i żądasz udziału w tej bulwersującej aferze w zamian za zwrot mojej własności. Tak mam to rozumieć?

– Dziewczyna sama tego chce, ale woli, żeby upozorować porwanie, bo wtedy opiekun prawny nie odmówi zgody na ślub. On trzyma w garści jej sakiewkę i otworzy ją, gdy w grę wejdzie kwestia ocalenia reputacji podopiecznej.

– Po co ci moja pomoc, skoro dziewczyna chce wyjść za ciebie za mąż?

– Dopilnujesz, by wszystko poszło według planu. Wynajęci przeze mnie ludzie to typki spod ciemnej gwiazdy, mogą ją zechcieć porwać na własny rachunek, by zainkasować okup. Opiekun prawny panny nienawidzi mnie, a gdyby w dodatku zorientował się, że stoję za uprowadzeniem, nie oddałby mi jej posagu. Zatem muszę wynająć kogoś, komu mógłbym zaufać. Jeśli istotnie zależy ci na ocaleniu dobrego imienia siostry, to nie odmówisz mi przysługi.

– Gotów jesteś przysiąc, że sprzyja ci panna, którą mamy porwać?

– Już o tym mówiłem. Zdecyduj się wreszcie. Taka jest moja cena, o ile chcesz odzyskać listy.

Blake miał pod czterdziestkę i był na swój sposób przystojny, gdyby nie te oczy – każde w innym kolorze. Sprawiały, że wyglądał niemal złowrogo.

– Nie pozostawiasz mi wyboru. Nadal nie rozumiem, po co chcesz mnie w to angażować.

– Będziesz jej towarzyszył i dodawał otuchy do czasu, gdy dołączę do was w umówionym miejscu. Moi ludzie dokonają porwania, ale ty musisz być przy pannie, dopóki nie zwolnię cię z tego obowiązku.

Zyskał pewność, że Blake kłamie, twierdząc, iż młoda kobieta sprzyja porwaniu. Instynkt nakazywał się wycofać. Powinien pójść do sędziego pokoju i opowiedzieć wszystko, o czym się dowiedział. Gdyby jednak tak uczynił, droga mu osoba utraciłaby wszystko – reputację, pozycję towarzyską, godność. A do porwania i tak by doszło.

– Gdzie będziesz podczas napadu?

– W pobliżu. Będę was obserwował. Moi ludzie przesadzą młodą damę do innego powozu, który będzie czekał w pogotowiu, a ty przywieziesz ją w umówione miejsce, po czym udasz się w swoją drogę.

– Wtedy otrzymam zwrot mojej własności?

– Masz moje słowo.

Słowo łotra i kłamcy; nadal nie wierzył, że panna naprawdę chce być uprowadzona. Oprócz niej będzie skompromitowana inna młoda kobieta, o ile on odmówi Blake’owi. Natomiast jeśli weźmie udział w tym niecnym planie, istniała niewielka szansa, że za jednym zamachem sprzątnie tę dziewczynę Blake’owi sprzed nosa i odzyska listy, które zagrażają reputacji jego siostry.

– Dobrze – wyciągnął ku tamtemu dłoń – zostanę twoim wspólnikiem, a ty zwrócisz mi listy.

– Czy nie dałem słowa?

– Złam je, a pożałujesz – odparł z naciskiem. – Kiedy i gdzie mam się stawić?

Rozdział pierwszy

– Boję się, Jane – wyznała lady Mariah Fanshawe. – Nie wiem, czy zdobyłabym się na tę wizytę, gdybyś nie zgodziła się mi towarzyszyć w podróży do krewnych Winstona. Od początku mnie nie zaakceptowali, uważali bowiem, że wyszłam za niego za mąż dla pieniędzy. Jego siostra i ciotka Cynthia traktowały mnie lekceważąco.

– Nie denerwuj się, to nie w twoim stylu – odparła Jane Lanchester, starając się dotknięciem ręki dodać odwagi przyjaciółce. – Mogą złorzeczyć, lecz nie zmienią testamentu, w którym, jak wspomniałaś, mąż zabezpieczył cię materialnie.

– Dochody należą do mnie, jednak kapitał został ulokowany poza moim zasięgiem, w funduszu powierniczym – wyjaśniła Mariah. – Już wcześniej zamierzałam zapytać Justina, czy mogłabym coś z tym zrobić, ale Lucinda nie czuła się zbyt dobrze po urodzeniu dziecka. Uznałam, że lepiej nie zawracać mu głowy swoimi sprawami po tym wszystkim, przez co oboje przeszli.

Jane skinęła ze zrozumieniem głową. Justin, książę Avonlea i jego żona Lucinda mieli za sobą trudny okres, obfitujący w dramatyczne wydarzenia.

– Przecież wiesz, że zawsze chętnie cię wysłucham – powiedziała. – Jestem pewna, że Andrew zrobiłby wszystko, żeby ci pomóc. Niestety, nagle został wysłany z pilną rządową misją do Paryża.

Mariah była przekonana, że lord Lanchester pojechał do Paryża w innej sprawie, ale nie zaoponowała. Niewykluczone, że siostra więcej wiedziała o jego sprawach niż ona.

– Andrew jest wypróbowanym przyjacielem – przyznała. – Wiesz o tym, że niemal zakochał się w Lucindzie?

– Rzeczywiście, był pod jej urokiem i martwił się, kiedy padła ofiarą szantażysty – zgodziła się Jane. – Zaangażował się w jego unieszkodliwienie, a po tym w schwytanie, a ciebie podziwiał za odwagę, z jaką stawiłaś czoło temu nikczemnikowi.

– Andrew jest człowiekiem honoru i dobrym przyjacielem, tyle że nie może mi pomóc w moich kłopotach.

– Powiedz wreszcie, o co chodzi.

– Prawnik męża wytłumaczył mi, że Winston ustanowił fundusz powierniczy. Mogę czerpać z niego znaczny dochód, mam też dostęp do niewielkiej części kapitału. Całość będzie do mojej dyspozycji dopiero wtedy, gdy ponownie wyjdę za mąż. Rzecz w tym, że Winston uzależnił to od opiekunów prawnych, a ściślej, od ich zgody na moje zamążpójście. Naturalnie, zrobił to w dobrej wierze, żebym nie padła ofiarą łowcy majątków.

– Zaczynam rozumieć. – Jane zauważyła buntowniczą minę przyjaciółki i uśmiechnęła się. – Nie życzysz sobie, żeby dyktowali ci, kogo masz poślubić.

– Tak, a zwłaszcza siostra Winstona, stara i kłótliwa jędza, oraz jej wtrącający się we wszystko mąż. Prawnik twierdzi, że gdyby kandydat na męża był z naszej sfery i nie budził podejrzeń, musieliby się zgodzić, ale z jakiej racji miałabym się w ogóle na nich oglądać?

– Myślisz, że zechcą robić ci trudności? – zapytała Jane, pełna obaw. Mariah potrafiła być dosyć uparta i samowolna. – Jest ktoś, za kogo chciałabyś wyjść za mąż?

– Może i znalazłby się ktoś taki… – Mariah urwała, bo na zewnątrz rozległy się dwa wystrzały i czyjś krzyk, po czym konie gwałtownie się zatrzymały, a obie panie spadły z kanapy na podłogę powozu.

– Rany boskie! – wykrzyknął ktoś. – Szefie, jest ich dwie. Co teraz?

Jane zauważyła wymierzony w siebie i Mariah pistolet. Dzierżący go człowiek machnął nim, dając obu kobietom znak, by opuściły powóz.

– Która to Mariah Fanshawe? – zapytał.

Mariah przyciskała do czoła chusteczkę i chyba nie dosłyszała pytania. Jane nie zastanawiała się długo. To było porwanie. Mariah była dziedziczką pokaźnej fortuny i istniało wszelkie prawdopodobieństwo, że porywaczom bardziej chodziło o jej majątek niż o nią.

– Ja – odparła Jane, patrząc wymownie na przyjaciółkę. – Nie odzywaj się, znalazłyśmy się w niebezpieczeństwie.

– Nie… – Mariah natychmiast zorientowała się w sytuacji. – Nie możesz… Nie pozwolę…

Jane nie zwracała na nią uwagi. Wysiadła z powozu i ujrzała czterech zamaskowanych mężczyzn. Dwóch trzymało na muszkach stangreta i stajennego, który ściskał zakrwawione ramię.

– Jestem Mariah Fanshawe – oznajmiła. – Co tu się dzieje?! Jak śmiecie napadać na mój powóz i strzelać do stajennego?!

Mariah także zdążyła wysiąść z powozu. Była lekko oszołomiona po upadku i ciągle przytykała chusteczkę do czoła.

– Bierzcie tę! – krzyknął człowiek, który mierzył do stangreta, odwracając głowę w stronę Jane – a tej drugiej każcie wrócić do powozu.

– Dla pewności weźmy obie – odezwał się drugi z napastników. – Blake da nam popalić, jak przywieziemy nie tę, co trzeba.

– Nigdzie nie pojedziemy – oświadczyła stanowczo Mariah, już w pełni sił. – Ja jestem lady Fanshawe, a moja przyjaciółka kłamie, chcąc mnie chronić. Żądam, byście pozwolili nam kontynuować podróż.

– W takim razie sprawa jasna, bierzemy obie – rozstrzygnął porywacz. – Wysiadka! – wrzasnął na stangreta i stajennego. – Zabieramy powóz. Rab, poprowadzisz, ja wsiadam do środka z kobietami. – Machnął pistoletem. – Tylko bez sztuczek, bo zastrzelę.

– Zostawcie Jane, ja z wami pojadę – zaproponowała Mariah.

– Nie rób tego. – Przyjaciółka stanęła obok niej.

Jeden z napastników zaczął popychać Mariah do powozu. Stangret i stajenny posłusznie zeskoczyli z kozła, a na ich miejsce wdrapał się drugi z porywaczy.

– Nie weźmiecie jej! – Jane doskoczyła do tego, który popychał Mariah, i zdarła mu z twarzy maskę. – Widziałam twoją twarz. Rozpoznam cię.

– Bierz ją!

Jane obejrzała się przez ramię. Mężczyzna, który do tej pory milczał, odezwał się po raz pierwszy. Chustka zasłaniała dolną część twarzy, ale oczy było wyraźnie widać – różniły się kolorem.

– Ciebie też rozpoznam – stwierdziła, zapominając o ostrożności. – Radzę ci, puść nas…

Więcej nie zdążyła powiedzieć. Otrzymała cios w tył głowy. Z cichym jękiem osunęła się w ramiona jednego z napastników, który wrzucił ją do powozu.

Jane uniosła powieki i natychmiast je przymknęła, by światło nie raziło jej w oczy. Poczuła ból w tyle głowy i sięgnęła tam ręką. Palcami wymacała duży guz, a na jego powierzchni zaschniętą krew. Ponownie powoli otworzyła oczy i przekonała się, że nie znajduje się w swojej sypialni. Obcy pokój w ogóle nie wyglądał na sypialnię. Nie potrafiła sobie przypomnieć, jak się tu dostała. Spróbowała się skupić i nagle przypomniała sobie ostatnie wydarzenia. Usiadła na łóżku i rozejrzała się wokół w poszukiwaniu Mariah. Nie było jej w pokoju. Czy znajduje się w innym pomieszczeniu? Zlękła się o przyjaciółkę. Uzbrojeni porywacze, którzy napadają na powóz, strzelają do stajennego i uprowadzają dwie Bogu ducha winne kobiety, są zdolni do wszystkiego. Niewykluczone, że życie jej i Mariah jest zagrożone.

Spojrzała w stronę okna, bo przyszło jej do głowy, że dobrze byłoby rozejrzeć się po okolicy. W tym momencie usłyszała głosy dochodzące zza drzwi. Położyła się i zamknęła oczy. Ktoś przekręcił klucz w zamku i wszedł do środka. Po chwili poczuła, że ktoś się nad nią nachyla. Miała nadzieję, że porywacze uwierzą, że wciąż nie odzyskała przytomności.

– Niech szlag trafi Blake’a – rozległ się szorstki męski głos tuż przy uchu Jane. – Wciąż jest nieprzytomna, bo za mocno ją uderzył. Bezmyślny drań. Jak ona umrze, zwiśniemy, gdy nas złapią.

– Powinniśmy przyprowadzić lekarza – dodał inny męski głos. – Bez pomocy może umrzeć, skoro tak z nią źle. Kiedy zgodziłem się wziąć udział w tej awanturze, zapewniano mnie, że tamta kobieta sprzyja porwaniu, a o tej w ogóle nie było mowy. Co mu strzeliło do głowy?

– Blake nie mógł tej zostawić. Z pewnością zdałaby relację z tego, co widziała, a on potrzebuje czasu, żeby dojść do ładu z tamtą.

– Dokąd ją wywiózł?

– Nie wiem. Kapitan Blake nie zwykł się nikomu zwierzać.

– A co poczniemy z tą, skoro Blake jej nie potrzebuje? Byłoby lepiej porzucić ją na miejscu napadu. Stangret by się nią zaopiekował. Ani myślę zawisnąć na stryczku za jej zabójstwo.

– Ja też nie dam się powiesić. To Blake ją uderzył. Do tego czasu nie miałem pojęcia, co się dzieje. Byłem pewny, że ta Fanshawe naprawdę chce uciec.

– Lepiej nie sprowadzajmy doktora. Dziewczyna sama wydobrzeje, a jak wróci Blake, zdecyduje, co z nią zrobić.

Mężczyźni zamilkli. Jane usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Uniosła powieki i westchnęła z ulgą. Poszli. Nie zamierzała czekać, co ten, którego nazywali Blakiem, postanowi z nią uczynić. To chyba ten z różnokolorowymi oczami: jednym brązowym, a drugim zielonym. Ostrożnie, żeby nie wywoływać hałasu, wstała z łóżka i podeszła do okna. Wyglądało na to, że to wiejska posiadłość. Teren wokół domu był zaniedbany, jakby właścicielowi zabrakło środków na utrzymanie porządku.

Zrozumiała, dlaczego tu się znalazła. Za dużo widziała; w razie potrzeby mogła podać dokładny rysopis bandytów, a zwłaszcza tego z dziwnymi oczami. Nazywał się Blake i najwidoczniej był hersztem tej bandy. Uprowadził Mariah dla jej majątku, ale co zrobi, kiedy okaże się, że ona nie ma możliwości przekazania mu pieniędzy? Mariah jest odważna. Gdyby miała przy sobie pistolet, mogłaby zastrzelić jednego z napastników, tak jak Roystona, który szantażował i próbował zabić Lucindę, księżnę Avonlea. Pociechę stanowiła świadomość, że Mariah nie straci zimnej krwi. Gdziekolwiek teraz jest, zachowa spokój i postara się przechytrzyć porywaczy. Nie będzie jednak mogła długo trzymać ich w szachu.

Jane była przekonana, że gdyby Andrew z nimi podróżował, nie dopuściłby do porwania. Najważniejsze, by brat otrzymał wiadomość. Jeśli wciąż przebywa poza krajem w związku z tajemniczą wojskową misją, to należałoby przekazać wieści o porwaniu Justinowi, księciu Avonlea. On na pewno uczyni wszystko, by je uratować. W tej sytuacji muszę stąd uciec, uznała Jane. Tylko jak?

Z okna rozciągał się widok na ogrody. Zauważyła z zadowoleniem, że dość blisko okna rośnie rozłożyste drzewo. Gdy się zastanawiała, jak wykorzystać tę okoliczność, w jej polu widzenia znalazł się mężczyzna na koniu. Na szczęście, znikł, nie popatrzywszy w jej stronę. Już miała otworzyć okno, gdy usłyszała ruch za drzwiami. Rzuciła się w stronę łóżka, ale było za późno.

Mężczyzna, który wszedł do pokoju, przyniósł tacę z jedzeniem i winem i postawił ją na stoliku przy łóżku. Zdaniem Jane, nie wyglądał na złoczyńcę. Miał regularne rysy twarzy i w innych okolicznościach uznałaby go za przystojnego.

– Poprzednio byłem przekonany, że pani udaje – rzekł z niepewnym uśmiechem. – Proszę się nie bać, nie wydam pani i nie zrobię krzywdy. Przykro mi, że została pani tak potraktowana.

Rozpoznała mężczyznę po kulturalnym głosie. Ubranie nie odpowiadało jego pozycji społecznej – musiało być przebraniem. Jane uspokoiła się i podeszła bliżej.

– Słyszałam, jak pan wspominał o niejakim Blake’u. Czy to ten z różnokolorowymi oczami?

– Dla własnego dobra proszę o tym nikomu nie mówić. Niech inni nie wiedzą, że podsłuchała pani naszą rozmowę.

– Kim pan jest i dlaczego uprowadziliście Mariah? Czy ona też przebywa w tym budynku?

– Nie, zawieziono ją gdzie indziej. Proszę nie pytać o więcej, bo nie mogę nic powiedzieć. To skomplikowana historia i nie jestem dumny z tego, że wziąłem w niej udział. Bardzo mi przykro, że pani się tu znalazła. Jak pani się nazywa?

– Jane Blair – odparła, podając panieńskie nazwisko matki.

– Naprawdę przykro mi, że pomagam tym łajdakom. Nie tak miało to wyglądać. Nie wiem, co mógłbym dla pani zrobić. W tym domu oprócz mnie przebywa trzech uzbrojonych mężczyzn. Postaram się panią chronić przed Blakiem i jego zbirami.

– Poprzednio wspominał pan o sprowadzeniu do mnie lekarza, na co pana towarzysz odrzekł, że o tym zadecyduje Blake. Dlaczego pan mu służy, skoro to łotr? Wygląda pan na dżentelmena. Co pan tu robi?

– Nie uczestniczę w tej brudnej sprawie dla pieniędzy, ale nie mogę wyjawić dlaczego, więc proszę nie pytać.

– Jak pan się nazywa?

Zawahał się.

– Dla przyjaciół – George.

– Zamierza mnie pan wypuścić?

– Niestety, nie mogę. Może później. – George, jak kazał się nazywać mężczyzna, miał niepocieszoną minę. – Tamci zaczęli pić. Niech się pani posili, a ja zobaczę, co da się zrobić, kiedy się upiją. Gdybym próbował uwolnić panią siłą, mogłaby pani zginąć. Może dałbym radę dwóm, ale ich jest trzech. Muszę to starannie zaplanować.

Jane zerknęła na tacę. Była głodna, ale jeszcze bardziej spragniona. Jednak nie zamierzała tknąć niczego, co przyniósł George. Mógł próbować ją otruć.

– Proszę się nie obawiać – powiedział, zauważywszy jej spojrzenie. Wziął kawałek chleba, posmarował masłem i zjadł, popijając winem. – Nie umrze pani od tego jedzenia, panno Blair.

– Dziękuję. Zjem później. – Chciała wykorzystać czas, by zaapelować do jego sumienia. – Jeśli rzeczywiście Blake jest tak groźny, jak pan go przedstawia, to mnie zabije, prawda? Chce pan wisieć za udział w zabójstwie i porwaniu?

– Jeśli zostaniemy złapani, i tak mnie powieszą. Zapewniono mnie, że pani towarzyszka sprzyja planowi uprowadzenia, gdyż opiekunowie prawni sprzeciwili się jej zamążpójściu. Tymczasem okazało się, że młoda dama była nie tylko zaskoczona, ale i oburzona porwaniem. Byłem głupcem, że się nie wycofałem, ale sam nie mogłem niczemu zapobiec.

– Jeśli pan mi pomoże, może zdołamy odnaleźć moją przyjaciółkę, a ja nikomu nie powiem, że brał pan udział w porwaniu. Przeciwnie, zostanie pan okrzyknięty wybawicielem. Nikt nie musi poznać prawdy.

– Za dużo pani mówi, panno Blair. Proszę coś zjeść. Gdyby przyszedł ktoś inny, niech pani udaje, że o niczym nie wie. Zrobię, co będę mógł. Daję słowo.

– Słowo porywacza?

– Ostrożnie, panno Blair, mogę być pani jedyną szansą – odparł. Był zły, gdy wychodził.

Jane przysiadła na skraju łóżka, bo ze zmęczenia kolana się pod nią uginały. Musiała coś zjeść. Wzięła kawałek chleba i posmarowała go masłem. Przełknęła kilka kęsów, sięgnęła po wino, które okazało się wytrawne. Wolałaby wodę. Po zjedzeniu poczuła się nieco silniejsza. Zastanawiała się, czy prawdą jest to, co twierdził rzekomy George, że oprócz niego przebywało w domu trzech uzbrojonych mężczyzn. Spróbowała otworzyć okno. Nie stawiało oporu. Zastanawiała się, dlaczego nie zostało zaryglowane. Założyli, że nie zdoła uciec? Może większość młodych kobiet nie śmiałaby wejść na drzewo, ale ona wspinała się po drzewach od dzieciństwa. Mogłaby wejść na szeroki zewnętrzny kamienny parapet i przybliżyć się do drzewa. Ryzykowałaby, ponieważ między parapetem a najbliżej wysuniętą gałęzią była pewna odległość, ale Jane miała nadzieję, że poradziłaby sobie.

Zauważywszy dwóch jeźdźców galopujących w stronę domu, Jane szybko zamknęła okno i obserwowała ich, ukryta za firanką. Zeskoczyli z koni przed frontowym wejściem domu i weszli do środka. Najprawdopodobniej jednym z nich był Blake. Bez wątpienia będzie chciał uciszyć ją na zawsze, zatem musi spróbować uciec. George obiecał jej pomóc, ale nie może polegać na jego słowie. Nie zaryzykuje dla niej swojego życia.

Otworzyła okno i ostrożnie postawiła stopy na kamiennym parapecie. Przynajmniej był w dobrym stanie i nie groził osunięciem. Zaczęła wolno posuwać się w stronę drzewa. Niestety, gałąź była za daleko, by Jane mogła ją uchwycić. Wielka szkoda, bo gałąź była gruba i wystarczająco mocna, żeby wytrzymać jej ciężar. Wiedziała, że będzie musiała skoczyć, aby ją złapać. Istniało ryzyko, że upadnie na ziemię i skręci sobie kark. Czy jak zostanie, będzie bezpieczna? Nie, wówczas kark skręci jej Blake.

Wstrzymała oddech i patrząc na gałąź, a nie na ziemię, skoczyła. Dłonie dotknęły gałęzi, ale osunęły się z niej. Spadła; ostre odrośle drapały jej twarz i ramiona. Nagle przestała spadać. Zaczepiła spódnicą o złamany konar i zawisła nad ziemią. Uchwyciła się najbliższej grubej gałęzi i przywarła do niej. Była obolała i słaba, ale rozsądek podpowiadał, że nie powinna tkwić na drzewie za długo. Po chwili zaczęła ciągnąć spódnicę i szarpała ją tak długo, aż ją oddarła. Była wolna. Zaczęła się zsuwać w dół drzewa, a będąc na wysokości kilkudziesięciu centymetrów nad ziemią, zeskoczyła i upadła na kolana.

Piekły ją podrapane policzki, ręce i nogi. Prawa dłoń mocno krwawiła, ale to nie było najgorsze obrażenie, jakiego doznała. Kiedy wstała, tak silny ból przeszył jej kostkę prawej nogi, że jęknęła. Obciążyła prawą stopę i stwierdziła, że może na niej stać. Gorzej było z chodzeniem – kuśtykała. Każdy niezdarny krok był okupiony bólem. Zacisnęła zęby, żeby nie krzyczeć. Bała się, że zanim skryje się w gąszczu zagajnika, ktoś zauważy ją przez okno.

Szczęście jej sprzyjało. Obolała, podrapana i posiniaczona dotarła pod osłonę drzew. Zlizała z warg łzy. Popłakała się z ulgi, choć zdawała sobie sprawę , że wciąż nie jest bezpieczna. Pogoń dotrze tutaj, jak tylko odkryją, że jej nie ma. Ból w kostce nasilał się. Jane nie wiedziała, jak daleko zdoła odejść. Była na skraju wytrzymałości, kiedy ujrzała niewielki szałas. Pokuśtykała w jego stronę. Drzwi nie stawiały przeszkody, weszła do środka. W ciemnościach zauważyła stertę starych worków i zwaliła się na nie, skrajnie wyczerpana.

Nie mogła zrobić ani kroku dalej, musiała odpocząć. Pozostało tylko modlić się, żeby jej nie odnaleźli.

Nie wiedziała, ile czasu upłynęło, gdy nagle na zewnątrz rozległy się głośne okrzyki. Szukali jej i byli blisko. Nie powinna była odpoczywać. Należało iść przed siebie, mimo że nadwerężona kostka bolała. Może znalazłaby jakąś pomoc…

Drzwi szałasu skrzypnęły. Jane zamarła, myśląc: już po mnie. W progu ujrzała George’a. Popchnął za sobą drzwi, prawie je zamykając, i przyłożył palec do ust.

– Ciiicho. W tej chwili nie mogę nic dla pani zrobić, ale wrócę i pomogę pani. Proszę na mnie czekać.

Nie odpowiedziała, kuląc się w sobie, jakby chciała stać się niewidoczna. Usłyszała:

– Znalazłeś coś? – Ostry i nieprzyjemny głos pytającego zabrzmiał bardzo blisko.

Jane była pewna, że należał do Blake’a. Po chwili dobiegła ją odpowiedź George’a:

– Parę starych worków. Na pewno daleko zdążyła odejść. Po co miałaby tu siedzieć?

– Banda przeklętych głupców. Trzeba było ją związać albo umieścić w takim pomieszczeniu, z którego nie zdołałaby uciec.

– Musiała się wspiąć na drzewo – zabrzmiał trzeci męski głos. – Powinien pan ją podziwiać, kapitanie. Wymagało to nie lada odwagi. Zresztą, czy ona może nam zaszkodzić? Nie ma pojęcia, kim jesteśmy ani o co w tym wszystkim chodzi.

– I dobrze, inaczej wiedziałbym, kogo obwiniać. Niestety, uciekła i nic na to nie poradzimy. Widziała moje oczy i istnieje niewielka szansa, że może mnie zidentyfikować.

– Jakim cudem? – Jane rozpoznała głos George’a. – Wracajmy do domu. Blake, zgodziłem się pomóc ci, bo twierdziłeś, że ta Fanshawe chciała być porwana. Zrobiłem, do czego się zobowiązałem. Zwróć mi, co do mnie należy, i niech to będzie koniec naszej znajomości.

– Otrzymasz, ale w stosownym czasie, czyli wtedy, kiedy ja dostanę to, czego chcę.

– Nie tak się umawialiśmy…

Głosy ucichły, George i Blake musieli się oddalić od szałasu. Wcześniej George wspomniał, że nie chodziło mu o pieniądze. Co takiego miał zatem Blake, co było tak ważne dla George’a, że zgodził się wziąć udział w uprowadzeniu młodej kobiety? Prosił, żeby mu zaufała, ale jakim był człowiekiem?

Jane zaczęła rozważać, czy nie powinna, korzystając z tego, że jej prześladowcy odeszli, opuścić szałasu i kontynuować ucieczki. Nie była pewna, czy rozsądnie jest zaufać George’owi. Z drugiej strony, nie wydał jej. Podniosła się i podeszła do drzwi. Kostka bolała coraz bardziej. W tej sytuacji będzie musiała zaczekać na George’a i mieć nadzieję, że on dotrzyma słowa.

Zapadła noc i chłód dawał się coraz bardziej we znaki. W pewnym momencie Jane usłyszała czyjeś kroki w pobliżu szałasu. W uchylonych drzwiach pojawił się zarys męskiej sylwetki. Wstrzymując oddech, Jane czekała, aż przybyły się odezwie.

– Jest pani tam?

– George? – Pokuśtykała ku niemu. – Pomyślałam, że pan o mnie zapomniał.

– Nie mogłem przyjść wcześniej bez wzbudzania podejrzeń. Blake potrafi być nieobliczalny, jak się wścieknie. Nie byłbym zdziwiony, gdyby było prawdą to, co o nim mówią.

– A co mówią?

– Podobno został wyrzucony z wojska za uśmiercenie w wyjątkowo nieludzki sposób dziesięciu francuskich jeńców wojennych podczas kampanii na Półwyspie Iberyjskim[1]. Jest okrutnikiem, a także kłamcą, o czym sam się przekonałem.

-- Co on takiego ma, że trzyma pana w garści? – zapytała Jane.

Wyszli z szałasu.

– To tajemnica, która nie należy do mnie. Wiem, że trudno pani zaufać po tym, czego się dopuściłem, ale proszę mi wierzyć, udział w tym podejrzanym przedsięwzięciu to jedyna rzecz w moim życiu, której się wstydzę. Miałem istotny powód, aby dać się w to wplątać, ale nie mogę wyjawić jaki.

– Może jestem głupia, ale wierzę panu i jestem wdzięczna za pomoc. Nadwerężyłam kostkę, kiedy spadłam z drzewa, i nie mogę chodzić.

– Kiedy natknąłem się na panią w szałasie, domyśliłem się, że musiało się pani coś przytrafić. Wykazała się pani odwagą, skacząc z parapetu na drzewo.

– Mój brat oceniłby ten wyczyn jako lekkomyślny i głupi, ale bałam się, że jak nie ucieknę, to zginę.

– Tak by się stało, gdyby Blake panią znalazł. Był wściekły, że pozwoliliśmy pani uciec. Myślałem, że nas powystrzela. Wygląda na to jednak, że wciąż nas potrzebuje.

– Wydałby go pan organom sprawiedliwości, gdyby nie przymusowa sytuacja?

– Za udział w tej awanturze grozi mi stryczek, ale gdybym mógł mieć pewność… Za późno na żale, nie da się cofnąć czasu ani anulować głupiej decyzji. Jestem pogrążony po uszy. Jedyne, co mogę zrobić, to ułatwić pani ucieczkę.

– Nie zajdę daleko.

– Proszę się oprzeć na moim ramieniu. A może wezmę panią na ręce? W pobliżu mam konia, który uniesie nas oboje. Znajdziemy jakieś miejsce, gdzie się zatrzymamy i tam obejrzę pani kostkę.

– Gdyby pan mógł wypożyczyć gdzieś dla mnie konia, sama wróciłabym do domu. Nie mam przy sobie pieniędzy, ale oddam panu wszystko, co pan wyda na moje potrzeby.

– Rzeczywiście, konia można wynająć. Nie jestem jednak pewny, czy natychmiastowy powrót do domu będzie dla pani bezpieczny, panno Blair, a zwłaszcza w pojedynkę. Blake nie zrezygnował z odnalezienia pani.

– Nie wie, kim jestem i gdzie mieszkam.

– Przypuszczam, że rodzina pani szuka, może nawet wyznaczyła nagrodę za przydatną informację. Blake szybko dowie się, kim pani jest, a jeśli trafi do pani domu, weźmie sprawy w swoje ręce. Będzie pani bezpieczna dopiero wtedy, gdy on dostanie to, na czym mu zależy, i ucieknie za granicę. Do tego momentu…

– Do tego momentu moje życie będzie zagrożone? Przyjaciółki również?

– Obawiam się, że tak.

– W takim razie co począć?

– Chyba powinna pani pozostać jakiś czas w ukryciu.

– Nie obawia się pan, że go wydam? – spytała, zrobiła krok do przodu i skrzywiła się z bólu.

George długo się nie wahał, wziął Jane na ręce i zaniósł tam, gdzie uwiązał wierzchowca. Usadowił ją w siodle, a sam usiadł za nią.

– Proszę się oprzeć o mnie plecami i dłońmi uchwycić łęku siodła. Pojedziemy szybko. Blake może nabrać podejrzeń i zacząć mnie szukać. Jeśli nas znajdzie, nie tylko panią ukarze.

Jane posłuchała bez sprzeciwu. George puścił konia galopem, a potem cwałem. Nie uszło jej uwagi, że nie odpowiedział na pytanie, czy nie obawia się, że ona go wyda. Naturalnie, jej obowiązkiem było natychmiastowe zaalarmowanie krewnych i przyjaciół Mariah. Nie ulegało wątpliwości, że Blake jest człowiekiem pozbawionym wszelkich skrupułów. Gdy odkryje, iż majątek lady Fanshawe jest zamrożony w funduszu powierniczym i tym samym nieosiągalny, dojdzie do wniosku, że najlepiej będzie ją zabić. Bardziej martwiła się o przyjaciółkę niż o siebie. Mknąc w ciemnościach, wciśnięta plecami w mężczyznę, który z nieznanych jej powodów postanowił ją uratować, biła się z myślami: uciec przy pierwszej nadarzającej się sposobności czy zaprzyjaźnić się z nim i prosić go o pomoc w odnalezieniu Mariah?

– Chwała Bogu, jesteś! – wykrzyknął Justin, książę Avonlea, wchodząc do salonu, w którym czekał Andrew Lanchester, wciąż jeszcze w podróżnej pelerynie i zabłoconych butach. – Myślałem, że wciąż siedzisz w Paryżu.

– Właśnie wróciłem. Mam nadzieję, że Lucinda znowu nie zniknęła? – na wpół żartobliwie zapytał Andrew.

– Jest w domu i cieszy się dobrym zdrowiem – odparł z uśmiechem Avonlea, ale uśmiech szybko zniknął mu z twarzy. – Przykro mi, drogi przyjacielu, przynoszę ci złą wiadomość. Dzisiaj twoja siostra i lady Fanshawe zostały uprowadzone w trakcie podróży do Londynu.

– Mariah i Jane?! Rany boskie! Dlaczego?! Dokąd się wybrały?

– Mariah została zaproszona przez krewnych zmarłego męża, sir Matthew Horne’a i jego żonę. Nie kwapiła się do tej wizyty i ostatecznie zdecydowała się pojechać pod warunkiem, że Jane będzie jej towarzyszyła. Ostatnio bardzo się zaprzyjaźniły.

– Cholera! Czy Mariah nie wspominała ci, kiedy u was gościła przed kilkoma miesiącami, że kręcą się wokół niej różne podejrzane typy, gotowe posunąć się do niegodziwości, aby położyć łapę na jej majątku?

– Podejrzewasz, że porwał ją wzgardzony kandydat na męża?

– Właśnie. Mariah jest flirciarą. Niewykluczone, że jednemu z adoratorów dała za dużo do zrozumienia, a potem go odrzuciła.

– Zdesperowani mężczyźni bywają gotowi na wszystko dla pieniędzy – stwierdził sentencjonalnie Avonlea. – Jaka jest w tym rola twojej siostry?

– Podróżowały razem. Porywacz, który spodziewał się, że Mariah będzie sama, nie miał wyboru. Puszczona wolno, Jane sprowadziłaby pomoc lub go zdemaskowała. Jak ją znam, spróbowała się przeciwstawić temu draniowi.

– Mogła zostać uprowadzona dlatego, że za dużo widziała?

– Tak. Wiele razy upominałem ją, żeby była ostrożniejsza, ale ona jest impulsywna. Po części ponoszę za to winę. Po śmierci rodziców traktowałem ją jak równą sobie. Byliśmy nierozłączni, dopóki nie wstąpiłem do armii, a potem doglądała majątku równie kompetentnie jak mężczyzna. Jest niezależna i być może lekkomyślna, ale polegam na jej zdaniu.

– Dopiero co przyjechałeś, nie wiesz więc, czy porywacze zażądali okupu. Stangret Mariah wrócił, nie przywiózł jednak żadnej wiadomości. Oczywiście, mogli zwrócić się do powierników zarządzających jej majątkiem.

– Nie jesteś jednym z nich?

– Nie. Myślę, że są nimi siostra nieżyjącego męża lady Fanshawe i prawnik. Niewątpliwie oni otrzymają żądanie przekazania okupu, jeśli porywaczom chodzi o okup.

– Winston Fanshawe był niewiarygodnie bogaty. Jane ma tylko kilka tysięcy. Oczywiście, zapłaciłbym za jej wolność, ale nie sądzę, by to o nią chodziło – powiedział Andrew.

– Co zamierzasz?

– Natychmiast skontaktuję się z powiernikami opiekującymi się majątkiem Mariah, by dowiedzieć się, czy nie otrzymali żądania okupu. Poza tym zgłoszę sprawę detektywom z Bow Street.

– Bow Street? Dobry pomysł, zajmij się tym – przyznał książę Avonlea. – Opiekunów majątku lady Fanshawe zostaw mnie. Wynajmij agenta, a ja porozmawiam z sir Matthew.

– Leży ci na sercu los Mariah – stwierdził Andrew. – Jest ci bliska jak siostra, prawda?

– Po śmierci rodziców przeprowadziła się do naszego domu jako podopieczna mojego ojca. Przez kilka lat mieszkaliśmy razem i nawet zamierzałem się z nią ożenić, ale odrzuciła moje oświadczyny i wybrała Winstona Fanshawe’a. Wiem od żony, że Mariah planowała wypytać mnie o pewnego mężczyznę zainteresowanego jej majątkiem, ale z różnych powodów nie zdążyła. Czuję się za nią odpowiedzialny.

– W takim razie będziemy działać razem.

– Naturalnie. Poza tym jestem ci ogromnie wdzięczny za pomoc w unieszkodliwieniu szantażysty, który nękał Lucindę i w końcu ją porwał. Nie zawsze zgadzaliśmy się co do zastosowanych przez ciebie metod, Andrew, ale jesteśmy i pozostaniemy przyjaciółmi.

– Przypuszczam, że chodzi o okup. Ostatnio byłem zaangażowany w pewną sprawę związaną z moim pułkiem, o której nawet tobie nie mogę powiedzieć, chociaż może mieć pewien związek z porwaniem – oznajmił lord Lanchester.

– Chyba wiesz, co mówisz. W każdym razie zrobię wszystko, co się da, żeby uwolnić zarówno Mariah, jak i Jane.

– Módlmy się, by wciąż jeszcze żyły.

– Tak – spochmurniał Justin. – Wyobrażam sobie, co czujesz. Odchodziłem od zmysłów, gdy nagle znikła Lucinda. Na szczęście, odnalazła się cała i zdrowa. Jestem przekonany, że tak samo będzie z Mariah i Jane.

– Obyś się nie mylił.

Rozdział drugi