Sekret antykwariusza - Paweł Jaszczuk - ebook

97 osób właśnie czyta

Opis

Każde miejsce ma swoją tajemnicę.
Piotr Stocki prowadzi antykwariat. Pewnego dnia wyjeżdża z miasta, aby spotkać się z kimś i spłacić zaległy dług.
Spirala nieprawdopodobnych zdarzeń wciąga mężczyznę w machinę zbrodni, a mroczny sekret z przeszłości daje o sobie znać. Dawne grzechy wychodzą na jaw.
Kim tak naprawdę jest Piotr Stocki? Czy jego zmorą i przekleństwem jest antykwariat?
Wciągająca intryga i narastająca z każdą stroną powieści groza stanowią finezyjną mieszankę kryminału i thrillera psychologicznego. Sekret antykwariusza to powieść trzymająca w napięciu aż do zaskakującego zakończenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 321

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgodywydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Mariusz Banachowicz

Fotografie

© restyler | Shutterstock

Redakcja

Bookman

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2019

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina, 2019

ISBN 978-83-66201-65-1

Ciemność jest moim domem,

a przyjacielem cień.

Bezpiecznie stąpam w mroku,

mrużąc oczy przed zdradliwym światłem.

1

Grzmiało jeszcze, lecz ucichł już denerwujący chlupot wody w rynnach, gdy antykwariusz, Piotr Stocki, ubrany w lniany garnitur, odchylił się na krześle. Stalowe oczy zamykały mu się ze zmęczenia, ale młody stróż prawa za zagraconym biurkiem zdawał się tego nie dostrzegać.

– Co za zbieg okoliczności! Wczoraj odebrałem zgłoszenie, że zabił pan kota metalowym prętem.

To stwierdzenie wymagało zdecydowanej riposty, jednak Stocki milczał, jakby obrażony, wsłuchując się w pojedyncze krople uderzające o blaszany parapet.

– Zdarzenie widziało kilka osób, więc jak, panie Piotrze?

– Sąsiedzi łżą jak psy! Ośmielam się napomknąć, że to dzieciaki z podwórka przetrąciły kotu grzbiet, a ja go tylko z litości dobiłem. Weterynarz by mu już nie pomógł. Co, miałem może obojętnie patrzeć, jak się zwierzak męczy? Zresztą…

– Słucham.

– Ten wredny kocur upolował modraszkę, więc spotkała go zasłużona kara – wyjaśnił, obracając długopis spoczywający na blacie. – Dokarmiałem go przez rok. Chyba wystarczy. Gdyby codziennie wysłuchiwał pan jęków tego pręgowanego łazęgi, panie…

– Nazywam się Andrzej Kalinowski. Dorobiłem się stopnia aspiranta.

Stróż prawa o gruszkowatej twarzy, w której osadzone były piwne oczy, rozpiął guzik koszuli pod szyją, odsłaniając zwierzęcy zarost klatki piersiowej.

– Pan mnie źle zrozumiał, panie aspirancie.

– A co tu jest do rozumienia? – Śledczy wydął policzki. – Moja młodsza córeczka kocha żółwia, który sra na dywan. Wczoraj naszła mnie ochota, by wsadzić mu widelec pod skorupę. Skończmy już z naszymi milusińskimi – chrząknął skonsternowany. – To była, panie Piotrze, dygresja. Pan doskonale wie, co to słowo znaczy, bo prowadzi pan antykwariat.

Petent wstrzymał się z komentarzem. Przypomniał sobie czasy, gdy nieopodal ratusza rozstawiał na chodniku stoisko z książkami. Miłosz, Gombrowicz, Herbert albo Sołżenicyn sprzedawali się jak ciepłe bułeczki. To była jego szkoła życia, którą zdał w przyspieszonym tempie ku zadowoleniu rodziców, ale to było tak dawno, że nie warto o tym wspominać.

Pleczysty aspirant wciągnął głośno powietrze przez nos i spojrzał na okrągły ścienny zegar.

– Dokładnie osiemnaście minut temu zgłosił pan zaginięcie Lizy Stockiej, nieprawdaż?

Pytany przytaknął i również zawiesił wzrok na zegarze, jakby chciał przyspieszyć czas, który wlókł się leniwie w ciasnym i zagraconym pomieszczeniu komendy miejskiej policji, znajdującej się przy wiecznie rozkopanej ulicy prowadzącej w stronę dworca kolejowego.

– Sądziłem, że to formalność.

– Wolne żarty! – żachnął się urzędnik państwowy. – Zawiadomienie o zaginięciu reguluje zarządzenie sto dwadzieścia cztery. Sprawdził już pan szpitale. Świetnie. Trzeba też nawiązać kontakt ze znajomymi pani Lizy oraz dalszą rodziną. My przejrzymy noclegownie i ośrodki pomocy społecznej. Jest jeszcze stowarzyszenie ITAKA. Można się z nim za jakiś czas skontaktować.

Piotr Stocki nie przerywał. Przygładził niesforny kosmyk włosów na czubku głowy, z którym daremnie wojował od dziecka.

– Najgorsze będą media. Musi się pan przygotować na falę hejtu, podobną do tej po zaginięciu Patrycji W. Proszę spojrzeć! – Odsunął się od ekranu komputera, robiąc miejsce.

Stocki obszedł biurko i przeczytał dwa wpisy pod zdjęciem cycatej siedemnastki o wydłużonych rzęsach i napuchniętych wargach: Handlarz złomem: „Lepszej qrwy nie mieliście. Na tych wygląda jak postrzelona córeczka z rodziny Adamsów! Ha, ha, ha, ha!”, „Czarna cipka poczuła wolę Bożą i jest impreza. Lubię te klimaty, może ktoś zna adres? Buhaha-buhaha”.

– Już pan wie, o co mi chodzi?

Antykwariusz przełknął ślinę.

– Wiem!

Aspirant obrócił się do stojącej za jego plecami witryny. Otworzył drzwiczki i wyrwał ze zgrzewki plastikową butelkę. Potem podniósł ją pod światło, jakby chciał sprawdzić, czy aby na pewno ma do czynienia z wodą.

– Może łyczka? Ma pan ochotę?

Piotr Stocki pokręcił głową. Gliniarz ostrożnie odkręcił korek, a gdy gaz wydostał się z sykiem, przełknął kilka łyków z głośnym bulgotem, wytarł usta wierzchem dłoni, po czym westchnął, jakby odwalał ciężką robotę.

– W naszym kraju ginie corocznie kilkanaście tysięcy osób.

– Całkiem spore miasteczko zapada się pod ziemię – skomentował interesant, pocierając dłonią dwudniowy zarost na policzku.

– Doskonale pan to ujął. Większość mieszkańców tego miasteczka się odnajduje, ale niektórzy przepadają w jego czeluściach na zawsze. Mamy lato, więc co tu dużo gadać… – urwał i zaraz dodał, napominając: – Proszę tylko nie szukać pomocy u domorosłych jasnowidzów. Niektórzy myślą naiwnie, że policja w tym kraju jest niepotrzebna! Chyba staję się nudny, ale… czy domyśla się pan, co mogło się stać z Lizą?

Salkę wypełnił niespokojny kaszel petenta, jakby echo po burzy.

– Sugeruje pan, że załatwiłem ją jak kota?

– To bardzo interesujące skojarzenie! Tak pan to odebrał?

Spojrzenia obu mężczyzn się zderzyły. Antykwariusz pierwszy opuścił wzrok i udał zainteresowanie nowiutkim komputerem kupionym za pieniądze z Unii Europejskiej, o czym informowała tabliczka z wianuszkiem złotych gwiazdek na lazurowym tle, przymocowana z tyłu ekranu.

– Chciałbym dopytać, dla uściślenia, kim formalnie jest dla pana zaginiona.

– Wszystkim.

– Nie mogę tego zamieścić w protokole. Chodzi mi o dokładne pokrewieństwo między wami.

Stocki się namyślał. Wkurwiające kap, kap za oknem wyprowadzało go z równowagi.

– Proszę napisać: przybrana córka.

W odpowiedzi owłosione palce śledczego wystukały coś na klawiaturze i zatrzymały się w pogotowiu, niczym odnóża wielkiego pająka.

– A więc cztery dni temu pana przybrana córka…

– Znikła. Powtarzam to już trzeci raz! – odezwał się antykwariusz z niechęcią. – W poniedziałek zostawiła na kuchennym blacie porcjowanego łososia. Myślałem, że wyszła po pieprz cytrynowy do sklepu. Ona, jak rzadko kto, potrafi gotować. Niech się schowają Gesslery i Okrasy!

– Wyszła, bo może nie mogła znieść życia z panem pod jednym dachem?

Słowa śledczego dobiegły jak z przyciszonego telewizora. Pytany na insynuację nie zareagował. Zdążył już opowiedzieć do protokołu swoją wersję zdarzeń i podać szczegółowy rysopis Lizy, jej przyzwyczajenia i listę znajomych. Teraz marzył, by wrócić do antykwariatu, na którego drzwiach zawiesił tabliczkę z napisem „Zamknięte”. Chciał poczuć zapach książek i obejrzeć Biblię Wujka w turkusowej oprawie, odkupioną od księdza alkoholika za równowartość półlitrowej flaszki Smirnoffa Gold. Potem jeśli pogoda dopisze, planował wymyć szyby wystawowe, by udowodnić niedowiarkom, że jego antykwariat, sąsiadujący z zakładem pogrzebowym, wciąż istnieje. Nie miał złudzeń, książki w jego antykwariacie umierały jak dzieci w hospicjach, zapomniane przez Boga, nadaremnie czekające na odwiedziny, podczas gdy zakład pogrzebowy sąsiada otwierał w mieście już trzecią filię.

– Czy ma pan ze sobą zdjęcie córki?

Pytanie wyrwało Stockiego z zamyślenia.

– Nie wiedziałem, że będzie potrzebne.

– Może w smartfonie? – Rude rzęsy policjanta zatrzepotały zabawnie.

– Nie potrzebuję żadnego smartfona! – powiedział pytany z rozdrażnieniem. – Wystarczy mi telefon stacjonarny w antykwariacie. Ludzie, którzy tworzyli kiedyś genialne dzieła, nie używali telefonów.

– I pisali patyczkami na tabliczkach glinianych, co nie oznacza, że mamy do tego dzisiaj wrócić! – Aspirant kilkoma kliknięciami, korzystając z wyszukiwarki, znalazł w komputerze fotografię zaginionej. – Czy może pan potwierdzić, że to ona?

Antykwariusz obszedł biurko i nachylił się nad ekranem.

– Boże, skąd pan to ma? – Udał zdziwienie, jakby oglądał czarodziejską sztuczkę w akademii magii.

– Ja? Jej fotki są dostępne w internecie. Każdy może do woli je sobie oglądać.

Interesant gapił się na dziesiątki zdjęć Lizy. Jego córka rozpuściła czarne włosy, które spływały jej na ramiona, i środkowym palcem prawej dłoni pokazywała fotografowi, żeby się od niej odpieprzył.

– To obrzydliwe! Niech pan to zaraz… – Stocki puknął palcem na wybraną fotkę na ekranie.

– Mam ją skasować? Jak? Internet to stajnia Augiasza, a ja nie jestem Heraklesem. – Funkcjonariusz nachylił się nad komputerem. – No, no. Bardzo atrakcyjna ta pana córeczka – dodał, nie mogąc się powstrzymać od uwagi.

– Strzyga, nic poza tym! – mruknął rozeźlony Stocki.

– Nie przesłyszałem się? Mam tak zapisać w protokole?

– Przepraszam. Tak mi się tylko powiedziało.

Policyjny urzędnik wyłączył przeglądarkę i zmierzył antykwariusza badawczym spojrzeniem.

– Czy mogę się dowiedzieć, panie Piotrze, jak to się stało, że Liza u pana zamieszkała?

Antykwariusz się zawahał. Pytanie zdawało się nie mieć bezpośredniego związku z zaginięciem.

– Jeśli nie chce pan odpowiadać, nie nalegam, ale ta informacja może być istotna. – Gliniarz zawiesił głos.

Stocki ciężko opadł na krzesło.

– To było siedemnaście lat temu w wieczór wigilijny. Mieliśmy się przełamać z żoną opłatkiem, gdy za oknem usłyszeliśmy płacz dziecka. Wyjrzałem na ulicę. Sądziłem, że to dzieciaki przebrały się za kolędników. Może się pan domyślić, kogo zobaczyłem.

– Wolałbym, żeby pan sam…

– Skoro pan prosi – antykwariusz wszedł aspirantowi w słowo. – Zszedłem na dół. W sieni, przy wejściu do klatki schodowej, stało obszarpane dziecko. Zacinał deszcz ze śniegiem, a maluch miał na sobie letnie ubranko. Zagadałem, ale milczał. Poprosiłem go na górę, ale bał się ze mną iść. Kazałem mu zaczekać i poszedłem po coś do zjedzenia. Zdaje się, że to był barszcz wigilijny w kubeczku i gorące paszteciki. Dopiero kiedy sobie podjadł, ośmielił się wejść za mną do mieszkania. I tu pierwsze zaskoczenie: w świetle lampy okazało się, że to nie chłopczyk, ale zawszona dziewczynka. Człowiek w taką noc ma obowiązek przyjąć pod dach zbłąkanego wędrowca, a co dopiero małe, wygłodniałe dziecko! Postanowiliśmy z żoną, że ją u siebie przenocujemy, a następnego dnia…

– Niewiarygodne! – Aspirant przerwał opowieść. – I ta mała dziewczynka, którą przyjęliście na wieczerzy wigilijnej, została u was kilkanaście lat?

– Ja nie chciałem jej zatrzymywać, ale żona się uparła. Powinienem dodać, że wtedy żył jeszcze Adaś, nasz synek. Wiktoria uważała, że to zrządzenie losu i że Adaś będzie miał towarzystwo do zabawy.

– Czy…?

Stocki nachmurzył się, jakby aspirant uderzył tym „czy” w jego czuły punkt.

– Adaś urodził się z uszkodzeniem narządów ruchu. Poruszał się na wózku, ale był bardzo inteligentnym dzieckiem. Ślicznie malował. Namalować konia w galopie to była dla niego pestka. Niecały miesiąc po znalezieniu Lizy synek zadławił się kredką świecową. To był nieszczęśliwy wypadek.

– Przepraszam, że zmuszam pana do bolesnych wspomnień. Wróćmy jeszcze do pani Lizy. – Głos stróża prawa złagodniał.

– No cóż. Już pierwszego dnia przekonaliśmy się, że łatwiej jej przechodzi przez gardło „kurwa mać” niż „proszę pana”. Wkrótce też wyszło na jaw, że nas oszukała. Naprawdę nosiła imię Rozalia, ale chciała, byśmy się do niej zwracali Liza, bo tak nazywała się jej koleżanka, która wyjechała z rodzicami do Reichu. Zgodziliśmy się na to przybrane imię, żeby nie robić jej przykrości. Nazwisko przyjęła po mnie. Naprawdę nazywała się Szaruga. Urodziła się w małej osadzie pegeerowskiej niedaleko Morąga. Wie pan, gdzie to jest?

Aspirant pokręcił głową.

– Pochodzę z Podkarpacia, sprowadziłem się do was cztery miesiące temu – wtrącił, dopisując coś do protokołu. – A trzy dni temu się okazało, że Liza ma dość mieszkania z panem pod jednym dachem.

– To pańska interpretacja!

Stocki nie dokończył, bo do pomieszczenia zajrzał urzędnik w rogowych okularach o twarzy szczura. Nachylił się i szepnął coś na ucho Kalinowskiemu, jakby chciał go w nie ugryźć. Aspirant przeprosił i wyszedł na korytarz za kolegą. Nie było go przez chwilę, a kiedy wrócił, patrzył na antykwariusza jakoś inaczej, podejrzliwiej. Tak się przynajmniej Stockiemu wydawało.

Co takiego przekazał mu „szczur”? A może wcale ich rozmowa go nie dotyczyła?

Antykwariusz odchylił się na krześle i ostentacyjnie ziewnął, pozorując znudzenie. Aspirant udawał, że nie dostrzega tego zachowania. Przesunął myszkę od komputera na środek podkładki.

– Przepraszam, jeśli pana dotknąłem – wydukał z obowiązku. – Czy pańska żona nie domyśla się, dokąd poszła córka? Może się jej zwierzała?

– Ja już nie mam żony i wolałbym o niej nie opowiadać.

Aspirant westchnął głęboko i rzucił okiem na ekran, na spisane zawiadomienie.

– Czy pani Liza ma prawo jazdy?

– Tak.

– A telefon?

Antykwariusz przytaknął i podyktował numer telefonu córki.

– Czy chce pan coś jeszcze dodać?

Mężczyzna gapił się z niechęcią na naprzykrzającego się gliniarza. Ten, nie słysząc odpowiedzi, stuknął palcem w klawiaturę i uruchomił drukarkę laserową, z której wyślizgnęły się kartki. Schwycił je poślinionymi palcami, zszył zszywaczem i podał petentowi.

– Proszę przeczytać i podpisać w lewym dolnym rogu na każdej stronie.

– O ile nie będę miał uwag.

– Naturalnie! – Aspirant uśmiechnął się krzywo.

Piotr Stocki przeczytał trzystronicowy dokument, łowiąc uchem ostatnie krople deszczu bębniące o parapet. Zawiadomienie brzmiało logicznie: dwudziestotrzyletnia Liza wyszła w poniedziałek z domu i dotąd nie wróciła. Piotr Stocki szukał jej wszędzie, ale bez efektu. Niektóre stwierdzenia w protokole wydawały się zbędne, ale nie zamierzał już niczego prostować.

Gliniarz zapisał o przyzwyczajeniach Lizy. Była punktualna jak rzadko kto. Wstawała niczym zaprogramowany robot za dziesięć szósta, bez budzika, i po kwadransie wychodziła do sklepiku osiedlowego, by kupić świeże rogaliki i gazety.

Stocki zatrzymał dla siebie, że siadała w fotelu i popijając herbatę z ulubionego zielonego kubeczka, szeleściła gazetami albo kartkowała książki przyniesione z antykwariatu, którymi zawalony był jej pokój. Ten widok go pokrzepiał. Pragnął, by w przyszłości, gdy już opadnie z sił, objęła po nim jego książkowe królestwo.

Z zamyślenia wyrwał go głos aspiranta.

– Wszystko w porządku?

– Pomijając nieistotne literówki – odparł antykwariusz sucho i złożył podpisy we wskazanych miejscach.

– Gdyby jeszcze pan sobie coś przypomniał, proszę się odezwać!

Mężczyzna odebrał z rąk stróża prawa szary kartonik z nazwiskiem, stopniem oraz numerem telefonu.

W drzwiach rzucił „Do widzenia” i wyszedł na rozgrzaną od słońca, rozkopaną ulicę.

2

Kałuże na placyku przy komendzie miejskiej zdążyły już wyschnąć i asfalt na chodniku znowu się topił, gdy Piotr Stocki wracał do antykwariatu wzdłuż rozrytej ulicy.

Jak okiem sięgnąć widać było roboty drogowe, ale nigdzie nie było pomarańczowych kamizelek! Prawdziwy księżycowy krajobraz, zżymał się, adresując swoje uwagi do urzędującego prezydenta, który zastąpił innego dżentelmena, gwałcącego ponoć urzędniczki, i którego sąd po dziesięciu latach uniewinnił od oskarżeń w grudniowy, pochmurny dzień. Pisemne uzasadnienie wyroku od kilku miesięcy czekało na wenę sędziowską.

Stocki zdradził aspirantowi tyle, ile chciał, chociaż umięśniony cwaniaczek ciągle go prowokował. Udał przed nim, że nie zna się na komputerze. Gdyby gliniarz zobaczył jego sprzęt, pewnie by się mocno zdziwił. Śmieszyły go naiwne wtrącenia: „To niezwykle interesujące, panie Piotrze. Sam się kiedyś zastanawiałem, czy nie studiować archiwistyki, ale tradycje rodzinne przeważyły”. Bzdurne metody śledcze, łaszenie się do podejrzanych, które policja w dumnym kraju nad Wisłą zmałpowała od cwanych Amerykanów. A przecież były rodzime, sprawdzone metody. Wystarczyło posadzić delikwenta na odwróconym taborecie albo przyciąć jaja szufladą, jak Julia Brystiger, uduchowiona komunistka, by zaczął cienko śpiewać.

Kryjąc czoło pod daszkiem kaszkietu, antykwariusz minął wycieczkę niemieckich turystów. Posiwiałe Marie, Clary i trzęsący się Hansy oraz Sebastiany pchali przed sobą balkoniki albo podpierali się na dzieciach lub wnukach. Gdzieś szli, czegoś w tym zrujnowanym przez Rosjan mieście szukali. Może wspomnień z młodości, a może śladów niemieckiego porządku w odebranych przez Słowian Vaterlandach i Heimatach? Szkoda tylko, że nie jego książek.

Stocki dotarł do placu Konsulatu i przed teatrem natknął się na grupkę wrzeszczących bab. Ubrane na czarno feministki maszerowały po przejściu dla pieszych wte i wewte. Towarzyszyły im dwie ekipy telewizyjne, strażnik miejski i cztery policjantki. Demonstrantki wykrzykiwały w rytm bębnów: „Przecinamy pępowinę, przecinamy pępowinę” albo „Mam cipkę, mam cipkę”. Jedna była straszniejsza od drugiej i na żadną Stocki nie zwróciłby uwagi, nawet gdyby mu tę cipkę zademonstrowała.

Przecisnął się na chama między protestującymi i po minucie stał pod dwupiętrową secesyjną kamienicą. Wystukał kod na tabliczce domofonu, a kiedy zamek ustąpił, pchnął kolanem drzwi w sraczkowatym kolorze.

Wbiegł na pierwsze piętro po lastrykowych schodach, podtrzymując się wyślizganej, drewnianej poręczy. Koszulka polo pod marynarką lepiła mu się do ciała, gdy otworzył drzwi. Nasłuchiwał.

Odpowiedziała mu cisza. Pierdolona cisza, która teraz wwiercała się w jego uszy i kazała znaleźć natychmiast jakieś zajęcie, by nie zwariować.

Niepotrzebnie się łudził. Miał nikłą nadzieję, że znowu usłyszy rozbrajający śmiech Lizy. Mimo że mu ostatnio dogryzała, gotów był jej wybaczyć, gdyby go wcześniej przeprosiła.

Stał na korytarzu i głośno wdychał powietrze. Wydawało mu się, żeczuje delikatną mieszankę dezodorantu, potu i perfum, która przez lata wniknęła w firanki, meble tapicerowane i dywan, a teraz sączyła się niewidzialnymi strumykami do jego wrażliwego nosa.

Zdjął marynarkę i wszedł do łazienki, by oddać mocz, a potem starannie wymył ręce nad żeliwnym zlewem, gapiąc się w owalne lustro. Drażniło go własne odbicie. Patrzył na siebie ze wstrętem, jak po rachunku sumienia w konfesjonale. Odwrócił wzrok od impertynenta i chrząknął nerwowo.

Po pobycie na komendzie rozbolała go głowa. Ten neurotyczny ból w obszarze potylicy stawał się nie do zniesienia, lecz nie miał zamiaru truć się tabletkami ani iść do lekarza. Odkąd tylko pamiętał, brzydził się wizyt u doktorów i zwierzania się im ze swoich słabości. Odrzucała go ich pewność siebie i skrzypienie długopisu, gdy dopisywali ochoczo kolejny rozdział historii choroby.

Poczuł, jak kiszki grają mu marsza, więc zajrzał do kuchni. Otworzył chlebak i odkroił kromkę razowca. Potem sięgnął do lodówki po śledzie korzenne, które przyrządziła Liza. Zanurkował widelcem w słoiku i smakował rozpływające się w ustach dzwonka, doprawione pieprzem i pokrojoną w talarki cebulką, czując niewypowiedzianą rozkosz. Nikt na świecie nie potrafił tak zamarynować śledzi jak ta zarozumiała gówniara, która się na niego obraziła.

Piotr przełknął ostatni kęs, przejechał językiem po podniebieniu i zebrał ze stołu okruszki, które wysypał na parapet w kuchni. Potem śledził zza żaluzji nadlatujące ptaki. Przyfrunęły dwa mazurki, a za nimi modraszka, ale choć dokarmiał ją codziennie, dzisiaj mu nie dowierzała i odleciała. Pojawiły się za to nienażarte zasrańce dachowe i po minucie blaszany parapet był czysty, jakby go potraktował odkurzaczem.

Z ptaków najbardziej nie cierpiał gołębi i nic na to nie mógł poradzić. Każdy by je znienawidził, gdyby zobaczył to, co on, gdy był dzieckiem. Kto chciałby oglądać krwawe oczodoły, z których latające szczury wydziobały oczy? On właśnie to zobaczył. Był upalny czerwiec, gdy wspiął się po bambusowy latawiec, którego ogon zaplątał się w gałęzie klonu. Zajrzał do okna sąsiadki. Pani Jasia z pierwszego piętra siedziała w fotelu przy otwartym oknie z rozdziawioną buzią. Gołębie obsiadły jej głowę, jak w cyrku. Zawzięcie dziobały stare nieruchome ciało. Ohyda!

Odwdzięczył się im później za to, sypiąc za trzepakiem groch gotowany nadziewany malutkimi haczykami na ryby. Nie miał skrupułów, każdy na jego miejscu by tak zrobił.

Wszedł do pokoju córki, jak to czynił nieraz pod jej nieobecność. Odsunął drzwi szafy. Na drewnianych wieszakach wisiały bluzki, spodnie, żakiety i sukienki, a na samym brzegu biały jak śnieg fartuch pielęgniarski z wyszytymi czerwoną nitką inicjałami L.S., przesiąknięty zapachem szpitalnym.

Zerwał go, zwinął w kłębek i wcisnął do torby foliowej, leżącej na podłodze. Potem wyjął walizkę i upchnął w niej obcisłe spodnie, biustonosze oraz bluzki z dekoltem w szpic.

Żadnych wspomnień. Uciekłaś ode mnie, Strzygo, teraz ja na zawsze wymażę cię z pamięci, pomstował w myślach.

Po chwili, gdy złość osłabła, wypakował wszystko i przeklinając swoją porywczość, poukładał ubrania na półkach, starając się przypomnieć, gdzie leżały poprzednio.

Rozmasował powieki. Nie był w stanie wymazać córki z pamięci i wątpił, czy kiedykolwiek mu się to uda. Przypomniał sobie słowa aspiranta: „Liza może być tam, gdzie pan najmniej się jej spodziewa, o ile jeszcze żyje, panie Piotrze”.

To cyniczne stwierdzenie nie dawało mu spokoju. Rozkładał je na części, próbował znaleźć drugie dno, jakąś wskazówkę. Bez efektu.

Dlaczego od niego uciekła? Może poznała jego najskrytszą tajemnicę? Czasem wydawało mu się, że obserwuje go w dzień i w nocy. Zwłaszcza ostatnio nie dawała mu spokoju i nasłuchiwała w korytarzu, co mówił przez sen, gdyż nie potrafił się z tego chorobliwego gadania wyleczyć.

A może niesprawiedliwie ją osądzał? Może przeżyła jakiś zawód miłosny, wpadła w depresję, której nie rozpoznał? A jeśli ktoś ją uprowadził i więzi w ukryciu, chcąc wykorzystać do niecnych celów? Na samą myśl przeszły go ciarki, bo przypomniał sobie historię Nataschy Kampusch, którą zwyrodnialec przetrzymywał i gwałcił przez osiem lat na przedmieściach Wiednia.

Gdyby Liza chciała cofnąć czas i z nim szczerze porozmawiać, wszystko byłoby inaczej, ale ona wolała skrywać w sobie uczucia, tak jak on. Zapomniała chyba, ile poświęcił czasu na jej wychowanie! Woził ją na lekcje tenisa, a kiedy skończyła trening na korcie, zabierał ją na lekcje angielskiego, bo nie chciał, by była gorsza od rówieśniczek. Śpiewała też w chórze kościelnym, jeździła konno, ćwiczyła floret, imała się dziesiątków przeróżnych zajęć, które zabierały czas i wyciągały mu z portfela pieniądze. Na wszystko się godził, bo chciał jedynie jej dobra!

Gdy jej biodra delikatnie się zaokrągliły i piersi śmiało wypychały stanik, zrobiła się wstydliwa. Wściekała się, gdy zaglądał do jej pokoju bez pukania, więc unikał tego, by nie robić jej przykrości.

Potem nastały dni, gdy przesiadywała godzinami w łazience, przesadnie zwracając uwagę na swój wygląd. Wiedziała, że jest niebywale zgrabna i żemacocha jej tego zazdrości. Grzebień, szczotki do włosów, cążki do paznokci, nie mówiąc o dezodorantach i kremach – to była jej broń. Miała u chłopaków nieziemskie powodzenie. Stocki przyuważył kiedyś wysokiego młodzieńca, który odprowadził ją aż pod sam dom. Był od niej znacznie starszy i diabelnie przystojny.

Strzyga, widząc ojca, przeraziła się. Sądziła, że zmyje jej za to głowę. On jednak był tego dnia wyjątkowo wspaniałomyślny, gdyż udało mu się kupić od zdychającego emeryta za śmiesznie małe pieniądze cenny inkunabuł, który trafił do skarbnicy jego cymeliów.

Żadne z nich nie wspominało więcej o tym spotkaniu. Piotr próbował wykorzystać ten przejściowy układ i zawrzeć z Lizą sojusz przeciwko Wiktorii, lecz z mizernym skutkiem, gdyż córka była pamiętliwa, jak jej macocha.

Kiedy dziewczyna skończyła liceum ze świadectwem z czerwonym paskiem, sądził, że pójdzie na studia, ale ona wybrała… czepek położnej w ich grajdole. Chciała być przy narodzinach dzieci, przeżywać cud natury, bo miała wrażliwą duszę.

Za to, że wyprowadził ją na ludzi, nigdy mu nie podziękowała. Wręcz przeciwnie, w perfidny sposób okazała swoją niewdzięczność. Nie każdemu ojcu zdarza się, że jego córka wychodzi z domu bez pożegnania. A jemu tak!

3

Około szesnastej Piotr Stocki zszedł do antykwariatu. Osiemnaście skrzypiących stopni. Wyślizgana poręcz, którą polerowały jego dłonie, dłonie Wiktorii, Lizy oraz jego rodziców, nie licząc poprzednich żydowskich właścicieli, których wojna na zawsze wygnała z rodzinnego domu i wepchnęła do krematoryjnego pieca albo do jakiegoś dołu.

Przystanął na progu swego królestwa. Uchylił do niego drzwi. Nikt z ulicy go nie widział. Wystawa książek, którą z pietyzmem przygotowywał, nikogo nie obchodziła. Ludzie mijali ją obojętnie. Pędzili gdzieś, gapiąc się na przeklęte smartfony, jakby ktoś im wypreparował dusze. A może bali się prawdy, bo książki, które zgromadził, pokazywały marność gatunku ludzkiego, staczającego się nieuchronnie ku zagładzie.

On i jego książki nie byli już nikomu potrzebni. Ani Literatura rzymska, ani Kodeks Cywilny, żadne Kobiety świata antycznego, tym bardziej Psychologia życia społecznego, Islam, Platon, Zarys dziejów religii nie interesowały zajętych swoimi sprawami przechodniów.

Usiadł za biurkiem przy regale dębowym, sięgającym od podłogi do sufitu. Mógł z zamkniętymi oczami wymienić tytuły wszystkich książek ustawionych na półkach i powiedzieć od kogo, za ile i kiedy je kupił.

Zamyślił się, lecz nagle w jego wyobraźni pojawiła się napuchnięta twarz aspiranta, jak zatrzymany kadr filmowy. „Musi pan znaleźć początek sprawy. Każda sprawa ma swój początek… i koniec, panie Piotrze”. Enigmatyczna wskazówka gliniarza mogła się okazać bezcenna, jak strzałka na ścianie labiryntu, do którego trafił za karę.

Przeszły go ciarki. Było tylko jedno miejsce na ziemi, gdzie się powinien udać. Tam gdzie wszystko się zaczęło i gdzie jego życie, jak rozpędzone auto, wypadło z kolein, by wyrżnąć z impetem o betonową ścianę. Właśnie tam chciał sobie odpowiedzieć na kilka bolesnych pytań, na które dotąd nie znalazł odpowiedzi. I był jeszcze jeden, nie mniej ważny powód, by zamknąć antykwariat. Miał się z kimś spotkać i spłacić zaległy dług. Może ostatni już raz.

Stocki poderwał się z krzesła. Kiedy wrócił do mieszkania, włożył bawełnianą koszulę oraz wytarte dżinsy, chwycił plecak, wsunął do kieszeni dokumenty i po niecałym kwadransie otwierał kłódkę zawieszoną na drzwiach garażu, na zapleczu kamienicy, w której mieszkał od dziecka.

Rzadko jeździł samochodem. Zwykle poruszał się po mieście pieszo lub korzystał z autobusu albo tramwaju. Już nawet nie pamiętał, kiedy siedział za kierownicą szarego dwudziestoletniego audi 80, którego rdza obrała sobie niedawno za smakowity kąsek.

Rozejrzał się po zagraconym wnętrzu garażu. Trzymał w nim mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, które już dawno powinny trafić na śmietnik: mały rowerek Lizy z drewnianym trzonkiem, bambusową trzepaczkę do dywanów, zardzewiałą sprężynę do odtykania zapchanych przewodów sanitarnych, które potrafiły bryzgnąć na mieszkanie śmierdzącymi fekaliami w najmniej oczekiwanym momencie.

W poszukiwaniu szpadla odsunął skrzynkę po piwie, łóżko polowe i hula-hop Wiktorii, jakie tylko raz wcisnęła na szerokie biodra. Nie przeczył, był bałaganiarzem. Obrósł niepotrzebnymi przedmiotami, które zestarzały się razem z nim. Wreszcie dostrzegł drewniany trzonek szpadla. Schwycił go i wyszarpał spod zwału desek, z których miał kiedyś zrobić dla Lizy biblioteczkę. Nic z tego nie wyszło, bo zawsze miał jakieś pilniejsze zajęcie.

Dotknął palcem ostrego styliska i zadowolony położył narzędzie w bagażniku obok plecaka.

Wsiadł do samochodu. Dopasował się do zakurzonego siedzenia, przekręcił kluczyk i dodał gazu. Silnik zaskoczył za pierwszym razem, jak wierny koń, który niecierpliwie czeka w boksie na swego właściciela. Audi wytoczyło się z garażu pod czujnym okiem pani Eulalii Ptak, mieszkającej na parterze. Głowa sąsiadki w papilotach wychyliła się z okna i śledziła go uważnie.

Antykwariusz zamknął pordzewiałe drzwi, zapaskudzone napisem CHWDP, i ponownie siadł za kółkiem, posyłając sąsiadce kurwę pod nosem. Chciał jej pokazać środkowy palec, lecz nie zdążył, gdyż schowała za firankę swój kołtuński łeb, więc tylko zatrąbił na nią dwa razy i wyjechał na garbatą ulicę, zapomnianą przez facetów w pomarańczowych kamizelkach.

Kierował się na północny zachód. Czekała go ponadgodzinna jazda przez krajobraz pokryty lasami i polami uprawnymi, pocięty jeziorami oraz rzekami. Wkrótce w tyle zostały niebieskie dachy, rozpadające się budy, szykowne wille z kolumienkami i gigantyczna reklama, zachwalająca udka kurczaka w cenie pięciu złotych i osiemdziesięciu groszy za kilogram.

Stocki minął stację paliw BP i wyjechał za rogatki. Po lewej stronie na podmokłej łące pasło się stadko owiec. Małe skubały trawę przy rodzicach. Wszystkie były białe, tylko jedna czarna.

Prowadził ostrożnie, pozwalając wszystkim się wyprzedzać. Zakładał, że załatwi swoje sprawy i wróci do domu przed nocą. Warkały, Giedajty, Stękiny, Pelnik – nazwy mijanych miejscowości brzmiały obco, jakby jechał przez nieznany kraj. Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz wypuścił się sam za miasto. Opuścił okno i wystawił łokieć. Wdychał świeże powietrze, jakie mogło być tylko po letniej burzy. Wiatr rozwiewał mu włosy i łaskotał w ucho. Stocki uśmiechał się do siebie. Był zachwycony i gdyby nie sytuacja, w której się znalazł, zresztą nie ze swej winy, to kto wie, może nawet zjechałby gdzieś na bok, by kontemplować świat, świat, który zamienił kiedyś na stare książki.

Do dziś był zakładką w nikomu niepotrzebnej książce, którą sam odstawił na najwyższą półkę w swoim antykwariacie. Do dziś.

Przez całe życie ukrywał przed wszystkimi, że jest sentymentalny i uwielbia czytać Miłosza, noblistę. Znał na pamięć niemal wszystkie wiersze z wydanego w Paryżu tomu Gdzie słońce wschodzi i kędy zapada. Wiele razy wyobrażał sobie, że paszcza Lewiatana z wiersza Tak mało zamyka się na nim, gdy leżał na brzegach bezludnych wysp, barwnie opisanych przez starego poetę. Ubóstwiał ten stan, gdy biały wieloryb świata porywał go z antykwariatu i unosił ze sobą w otchłań. Tracił wtedy poczucie czasu, a wszystkie winy, nawet te najgorsze, wydawały mu się bez znaczenia.

Wiktoria nie podzielała jego zachwytu i wyśmiewała się z niego. Twierdziła, że facet, który czyta poezję, nie jest prawdziwym mężczyzną. Przypomniał sobie, że zanim ich uczucie zwiędło, był w pełni odpowiedzialnym mężem. Poświęcał się jej, na ile potrafił. Chodzili razem do teatru, a nawet ze dwa razy wypuścili się na bal karnawałowy, na którym większość czasu spędził za stolikiem tylko dlatego, że balety to nie była jego bajka. Sto razy wolał intelektualne rozmowy, wtedy imponował wiedzą i przytaczał argumenty z przeczytanych książek. W owym czasie był jeszcze o żonę zazdrosny. Wiktoria miała boskie kształty wiolonczeli, więc każdemu facetowi, który zatańczyłby z nią o jeden taniec za dużo, mógłby obić dla zasady mordę.

Fascynacja jej ciałem, bo nie intelektem, wyparowała, gdy Wiktoria zaszła w ciążę. Dostała szpecących plam na ciele, roztyła się jak kaszalot i po smyczkowym instrumencie zostały jedynie wspomnienia. Piotr nie planował mieć z nią dziecka zaraz po ślubie, więc kiedy przyszedł na świat ich niepełnosprawny synek, wygarnął jej, że to z jej winy, bo się nie pilnowała.

Już od pierwszych dni życie chłopca było ciągiem wizyt po gabinetach lekarskich. Pasmem nieszczęść. Choć może się mylił w tej surowej ocenie? Może Adaś był po swojemu szczęśliwy? W każdym razie, gdy w ich domu pojawiła się dokazująca Liza, wszystko się zmieniło. Wtedy Piotr ujrzał w oczach swego syna dziecięcą rozpacz. Adaś chciał, jak jego nowa siostrzyczka, pobiec na podwórko, by złapać pierwszego wiosennego motyla. Marzył, by zagrać z dzieciakami w klasy albo się bujać na trzepaku z głową zawieszoną w dół.

Lizie nie przeszkadzało jego kalectwo. Wręcz przeciwnie – kochała go takim, jakim był, i spełniała jego wszystkie zachcianki. Przynosiła mu w słoiku żabę, ślimaka, a nawet ogromne pająki, których się sama bała okropnie. Czasem, by poprawić mu nastrój, urządzała w domu teatralne przedstawienia, w których jej przyrodni brat zostawał reżyserem.

Adaś dostarczał wszystkim dowodu na to, że umysł ludzki jest nieodgadniony. W wieku pięciu lat płynnie czytał, ale książki dla dzieci szybko go nudziły, więc Piotr przynosił mu z antykwariatu słowniki, atlasy oraz encyklopedie. Chłopczyk potrafił też wykonywać trudne obliczenia matematyczne. W jego zepsutym ciele był osadzony doskonały komputer z rewelacyjnym procesorem, który nie protestował, gdy Adaś połknął świecową kredkę i się zadławił.

To Liza pokazała Adasiowi idiotyczną sztuczkę. Udawała przed nim, że połyka kredkę, ale chowała ją pod językiem i po wyjściu z pokoju wypluwała. Piotr nie chciał jej za to karać, gdyż miał wtedy do niej ogromną słabość. Tak bardzo chciał uczynić swojego synka szczęśliwym i kupić mu kolejkę elektryczną, którą mógłby się bawić od rana do wieczora. Nie zdążył.

Grzebanie w przeszłości zepsuło mu nastrój. Zaczął więc nucić swoją ulubioną piosenkę o białej lokomotywie, bujając się w jej rytm. To czasem przynosiło ulgę. Nigdy, rzecz jasna, nie widział białej lokomotywy i nie wierzył w jej istnienie, ale uwielbiał twórczość kędzierzawego artysty z chlebakiem, który tak jak on doceniał podróże pociągami.

Po słowach:Skąd wzięła się w krainie śmierci / Ta żywa zjawa istny cud*, Stocki dostrzegł człowieka na środku drogi, tuż za zakrętem. W ostatnim momencie wcisnął sprzęgło i hamulec. Pasy werżnęły mu się w żebra i uderzył głową o zagłówek. Spod kół posypał się żwir. Samochód obrócił się i zatrzymał między drzewami parę centymetrów od kościstego chłopaka z granatową torbą przewieszoną przez ramię. Stockiemu dygotały łydki. Nie tak miała wyglądać jego podróż. Omal się nie zabił przez bezmyślnego typka. Opuścił szybę, by posłać mu wiązankę, ale ówzamachał do niego przyjaźnie.

* E. Stachura, Biała lokomotywa.

– Wielkie dzięki! Inni tylko przejeżdżali, a pan się specjalnie dla mnie zatrzymał.

Zamiast przeprosić, pasażer w białej koszulce polo oraz wytartych dżinsach otworzył drzwiczki i bez ceregieli zajął miejsce na tylnym siedzeniu, po czym poprosił kierowcę o podwiezienie.

Antykwariusz nigdy nie brał autostopowiczów, a jednak tym razem złamał tę zasadę. Odnosił wrażenie, że chłopak czekał właśnie na niego i że to nie jest żaden przypadek.

Kiedy auto ruszyło, pasażer zaczął gadać jak nakręcony. Pochwalił się, że mieszka we wsi odległej o kilkanaście kilometrów, obok kościoła, i że ojca przygniotło drzewo w lesie. Było coś nienaturalnego w jego monologu ekshibicjonistycznym.

Chłopak usprawiedliwiał się, że wprawdzie nie skończył szkoły średniej, ale za to zdobył uprawnienia na koparkę i teraz droga do szczęścia stoi przed nim otworem. Wtrącił z powagą, że zamierza się poduczyć niemieckiego, jak koledzy, którzy wyjechali do Niemiec, by zarabiać prawdziwe pieniądze. Przerwał na chwilę, jakby zbierał myśli, po czym dodał, że jego matka była z niego dumna, kiedy pokazał papiery operatora, i dlatego pozwoliła mu świętować sukces z kolegami. Młody pasażer zaznaczył, że do tej pory nigdy nie pił alkoholu, może dlatego, gdy wychylił kilka kieliszków, stracił nad sobą panowanie.

– I wtedy to się stało – oznajmił smutno.

– Co? – rzucił Stocki, zaciekawiony opowieścią.

Chłopak wzbraniał się przed mówieniem, ale pochwalił się, że dostał przepustkę z więzienia za dobre sprawowanie i teraz jedzie spotkać się z mamusią, od której nie miał od dawna wiadomości. Twierdził, że w więzieniu zmienił się na lepsze, że czyta nawet Biblię i że wszystko sobie już dokładnie przemyślał, a w przyszłości będzie odpowiedzialnym człowiekiem, na którego liczy społeczeństwo.

Stocki spoglądał w lusterko wsteczne. Odbijała się w nim smutna twarz. Każde słowo z tej opowieści dotykało go do żywego. Łowił je i zastanawiał się nad czymś. Chciał o coś zapytać, ale nie wiedział, jak zacząć. Przerażająca opowieść nie pasowała do miłej fizjonomii, obiektu westchnień zboczonych i wygłodniałych kryminalistów. Do długich wywiniętych rzęs, do równo skrojonych ust, wysokiego czoła, nad którym jaśniała równo obcięta grzywka. Chłopak był zbyt delikatny jak na więźnia. Pasowałby raczej do reklamy męskich perfum albo eleganckich koszul, na które można trafić niekiedy w kobiecych miesięcznikach. Stocki dostrzegł jeszcze na szyi chłopaka złoty medalik i wytatuowanego orła z rozłożonymi skrzydłami. Był ciekaw, jak wygląda reszta dumnego ptaka szykującego się do lotu, jakie są jego łapy i pazury.

– Nie boi się pan ze mną jechać? – zapytał pasażer, jakby czytając w myślach Stockiego.

Ten wzruszył ramionami. Przez jakiś czas podróżowali w milczeniu. Z przyciszonego radia dobiegała transmisja z polskiego sejmu. Wzburzony poseł z partii opozycyjnej zarzucił premierowi brak pamięci historycznej. Stocki czekał na ripostę premiera, lecz w tym momencie pasażer dotknął jego ramienia.

– To będzie tam! – Pokazał na polną drogę. – Dwa kilometry za groblą jest moja wioska.

Antykwariusz skręcił we wskazanym kierunku, tracąc zainteresowanie sporem politycznym. Wjechali na spękane płyty betonowe i samochód zaczął podskakiwać na wybojach jak źrebak. Na lewo pod ścianą lasu znalazło bezpieczny azyl stadko żurawi z młodymi. Chłopak otworzył okienko i dopóty gapił się na wielgachne ptaki, dopóki nie znikły za wzniesieniem.

Tymczasem płyty betonowe skończyły się i gruntówka wcisnęła się w głęboki parów. Po obu stronach rósł wybujały rokitnik i nawet gdyby antykwariusz chciał zawrócić, nie miałby najmniejszych szans.

Nagle na końcu wąwozu przed maskę samochodu wyjechał rowerzysta z kosą przywiązaną do pleców. Posuwał się środkiem drogi i nie sposób było go wyminąć. Facet w granatowym drelichu pedałował niespiesznie, co jakiś czas się oglądając, jakby chciał sprawdzić, czy audi za nim podąża. Niebawem z bocznej przesieki wyjechało dwóch młodzieńców na rowerach, którzy także ruszyli za autem. Ci z kolei mieli umocowane do ram rowerowych drągi, a może to były żelazne łomy.

Stocki nie był w stanie rozpoznać w lusterku narzędzi. Spostrzegł za to, że chłopak w samochodzie spogląda nerwowo na jadących z tyłu rówieśników, jakby się ich lękał. Samochód z rowerową eskortą posuwał się ślimaczym tempem do osady. Przejechał przez groblę z przechyloną barierką betonową. Po prawej stronie mignęła żółta tablica z wypłowiałą nazwą wsi, z której można było odczytać tylko trzy ostatnie litery: YTY. Może Sądyty?

Stockiemu obiła się o uszy nazwa średniowiecznej osady, leżącej niedaleko jego miasta, związana z wykonywaniem sądów na skazańcach. No, ale takie skojarzenie wydawało mu się w tym przypadku nieuprawnione.

Kawalkada minęła krzyż przydrożny, pokryty srebrzystym porostem, obłożony u podstawy kamieniami zebranymi z pól. Na skrzyżowaniu belek przekrzywiony Chrystus prażył się na słońcu, pokazując zardzewiałą ręką na bezlitosne niebo. Za krucyfiksem droga opadała łagodnie w stronę malowniczej doliny. W oddali pokazały się parterowe zabudowania. Z kominów snuły się w niebo białe dymki, jak na obrazach Józefa Chełmońskiego. Drewniane chałupy zbliżały się do jadących. Widać też było kamienny kościół z zapadającym się dachem, na który machina kościelna poskąpiła pieniędzy. Byli ludzie w obejściach, a także porykujące bydło i piejące koguty. Osada przypominała Stockiemu zapomniany przez Boga skansen.

Gdy samochód zajechał na owalny plac niedaleko gigantycznej lipy, antykwariusz zatrzymał wzrok na drewnianym podeście. Zastanawiał się, do czego może służyć podwyższenie obite ceratą. Zakładał, że do stawiania kanek z mlekiem, które odwozi się do skupu. Dywagacje przerwało pytanie chłopaka, chcącego się dowiedzieć, ile ma zapłacić za podwiezienie.

– Nic. Cała przyjemność po mojej stronie – zaoponował Stocki, będąc już myślami gdzieś indziej.

– Ale ja nie chcę być dłużny.

– Nie ma o czym gadać – żachnął się antykwariusz.

– Zapłacę! – upierał się młodzieniec.

Dalszą wymianę zdań przerwało bicie dzwonu na wieży kościelnej, jakby na trwogę. Na ten ogłuszający sygnał z domów zaczęli się wysypywać starcy, kobiety i dzieci. Nie minęła minuta i plac, na którego środku stała lipa, zapełnił się ludźmi. Mieszkańcy ciasno otaczali samochód. Każdy chciał być bliżej i widzieć więcej.

W tym samym momencie nadjechali dwaj rowerzyści z drągami. Pękaty młodzieniec w drelichu zsiadł z roweru i bezceremonialnie otworzył drzwiczki od strony pasażera.

Stocki wyjął kluczyk i wysiadł z auta. Uśmiechał się przyjaźnie, ale wieśniacy mieli grobowe miny. Co więcej – jego pasażer gdzieś się ulotnił. Pojawił się po dłuższej chwili w towarzystwie kilku wyrostków. Słaniał się na nogach, z fioletowym siniakiem pod okiem i rozbitą wargą wyglądał, jakby zaliczył właśnie ciężki nokaut. Jego wykręcone na plecach ręce krępował powróz, a koszulkę plamiła krew.

– Nie ma co się pierdolić! – przynaglał chudy starzec odziany w popielaty, wyświechtany garnitur. – Trza to zrobić raz-dwa.

Stocki zamierzał przerwać niepokojący spektakl. Podniósł rękę, ale tłum napierał na niego, więc szedł bezwolnie w stronę lipy rzucającej cień na klepisko.

– Już nie cwaniakujesz, bandyto?! A taki byłeś kiedyś chojrak! – wydarł się ktoś z tyłu.

– Co teraz? – zapytała kobieta w mysim swetrze i czarnej spódnicy. – Mówcie, co teraz! Nie stójcie tak, błagam!

– Jak to co? Trzeba z nim skończyć! – wyjaśnił starzec okryty postrzępioną kapotą, rozglądając się po zebranych, jakby szukał potwierdzenia.

– Racja! – dodał ktoś.

– Nie ma wyjścia! – przytaknęła niewiasta, prezentując szczerbaty uśmiech.

– Czy ktoś chce być katem? Można się zgłaszać na ochotnika.

Kulawy mężczyzna z różowym znamieniem na policzku rozglądał się wokół. Tłum milczał, nikt nie chciał się wyrywać, tylko jeden patrzył na drugiego.

– Co jest! Nie ma teraz chętnych? – W głosie starca słychać było zdziwienie. – Tchórz was, kurwa, obleciał?

– Jak nie ma chętnych, to katem może zostać kierowca! – oznajmiła niska i gruba kobieta, pokazując brudnym palcem na Stockiego.

– Racja! Kat wcale nie musi być stąd! – poparł ją kulas. – Nikt nam wtedy nie zarzuci, że się mścimy.

Nigdy, nawet w najczarniejszych snach, Piotr Stocki nie przypuszczał, że będzie odgrywać tak plugawą rolę. Kat. To trzyliterowe słówko przerażało go. Brzmiało, jakby ktoś spuścił ostrze gilotyny na obnażoną szyję albo brzeszczot noża zagłębiał się w ludzkie ciało z obrzydliwym mlaśnięciem.

Był oszołomiony. Chciał zaprotestować, ale dostał kuksańca w bok i głos uwiązł mu w gardle. Piegowate bliźniaczki w chabrowych sukieneczkach, z mysimi kucykami, najpewniej poinstruowane przez dorosłych, przyniosły z domu dwa taborety. Wkrótce jeden znalazł się na środku podestu, drugi zaś ustawiono jako stopień ułatwiający wejście na drewniane podwyższenie pod drzewem.

Wszystko działo się spontanicznie. Ktoś złapał skazańca pod ramiona, inny go pchnął, tak że chłopak znalazł się pod grubą gałęzią, niemal dotykając jej głową. Kilkanaście sekund wystarczyło. Sprytny podrostek przerzucił gruby sznur konopny nad gałęzią. Drugi pomógł mu i pętla znalazła się na szyi chłopaka.

Stockiego dziwiło, dlaczego skazaniec nie ucieka i się nie szarpie, jakby się pogodził z losem. Dwaj młodzieńcy z drągami, strażnicy makabrycznej ceremonii, przywiązali wolny koniec liny do pnia i się odsunęli.

– Rozstąpić się, psia krew! – zawołał siłacz o zajęczej wardze. – Każdy chce zobaczyć!

– Właśnie. Przestańcie się pchać jak jakaś miejska hołota! – zapiszczała falsetem drobna kobieta.

– Chodź tu, Jadźka! Dziś twój dzień! Czekałaś na to pięć lat i się wreszcie doczekałaś! – dodał mężczyzna w drelichu, który odstawił kosę.

– Dzisiaj twój wielki dzień, Jadźka! – poparła go rozczochrana istota niewiadomej płci, nosząca wyszmelcowany fartuch. – Pan Bóg nierychliwy, ale, kurwa, sprawiedliwy.

Po tych słowach tłum się rozstąpił. Przed szereg wystąpiła drobna kobieta o posiwiałych włosach upiętych w kok. Obciągnęła rękawy granatowego swetra i przygładziła stalową spódnicę, czując na sobie ludzkie spojrzenia. Na jej ustach pojawił się uśmiech zakłopotania. Zaplotła ręce na piersi i potarła palcem czubek nosa.

– Nie pchać mi się, bladź jebana, każdy przecież zobaczy! – kulawy typ z różowym znamieniem rozdarł się groźnie i poprawił czapkę.

Chłopak podciągnięty za ramiona stanął na stołku. Był zaskoczony i sparaliżowany ze strachu.

– Zapytaj go, kacie, o ostatnie słowo! – poinstruował go z namaszczeniem starzec w garniturze.

– Właśnie! Nie może sobie odejść bez ostatniego słowa. To będzie niehonorowo! – dorzucił ktoś z tyłu przemądrzale.

– Jak mam go zapytać?

– Zwyczajnie! – Staruszek był poirytowany. – Może chce się przeżegnać albo wyspowiadać?

– A po co ma się żegnać, kiedy idzie do diabła? – odpyskowało niskie i grube babsko w beżowej chustce.

– Czy chcesz coś powiedzieć? – zapytał antykwariusz.

– Powiedz głośniej! Z tyłu nic nie słychać!

– Czy chcesz coś powiedzieć? – powtórzył Stocki dobitniej.

– Chcę żyć! – wydarł się młodziak. – Nie zabijajcie mnie, błagam. Ja nie chciałem tego zrobić!

W odpowiedzi rozległy się śmiech i buczenie.