Sędzia miłości - Grace Burrowes - ebook
Opis

Axel Belmont, zamożny i poważany botanik, pełni urząd sędziego pokoju. Dlatego to właśnie on musi zbadać okoliczności śmierci właściciela
sąsiedniego majątku, pułkownika Stoneleigha.
Od pierwszej chwili jest jasne, że pułkownik padł ofiarą morderstwa. Czy popełniła je jego żona, piękna i tajemnicza Abigail? Im bardziej Axel zagłębia się w przeszłość Stoneleigha, tym więcej odkrywa jego zbrodniczych machinacji. Tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że Abby jest niewinna. I tym mocniej bije dla niej jego serce...
Lecz czy zdoła rozwiązać zagadkę, nim zbrodniarz uderzy znowu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 451

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Agnieszka Pyśk

Anna Raczyńska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© zamuruev/Fotolia

Tytuł oryginału

Axel

Copyright © 2015 by Grace Burrowes

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6259-8

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

Każdemu sąsiadowi, który okazuje się trupem w środku lodowatej, styczniowej nocy, brakuje manier w najwyższym stopniu.

Tezę tę Axel Belmont wygłosił pod adresem swojego konia – a Ivan nie dał się poznać jako ktoś, kto miałby ochotę zaprzeczać opiniom profesora, czego by nie dotyczyły.

– Pod względem rzeczonych złych manier – ciągnął Axel – twego nieszczęśnika przewyższyłby jedynie człowiek, który miałby czelność skarżyć się, że ten sąsiad wybrał niedogodną porę na odejście z tego świata.

Nawet jeśli tego człowieka oderwano by późną nocą od kieliszka wina, sączonego w gronie najserdeczniejszych przyjaciół wywodzących się z jednej rodziny – Rosaceae.

– Tym, czego najbardziej nie znoszę w pracy sędziego pokoju – mruknął Axel, prowadząc Ivana podjazdem do dworku Stoneleigh – to konieczność wglądu w brudy sąsiada. Uważaj, jak stąpasz, koniu. Wieziesz cenny ładunek.

Cenny, trzęsący się z zimna ładunek. Majątek Axela graniczył z posiadłością Stoneleigh, ale i tak oznaczało to dwie mile powolnej jazdy wiejskimi drogami w świeżym, sypkim śniegu. Arktyczny wiatr w żaden sposób nie poprawił Axelowi nastroju, tak samo jak myśl o porzuconych w cieple oranżerii krzyżówkach, niecałe pół godziny wcześniej.

Zatrzymał Ivana na dziedzińcu stajennym Stoneleigh; z drewnianych zabudowań wyłonił się Ambers, naczelny stajenny w majątku.

– Zajmę się koniem, panie Belmont. Bardzo źle się dzisiaj dzieje w dworku. Bardzo źle.

– Próżne narzekania, Ambers. Siana dla mojego dzielnego wierzchowca. Nie wiem, ile czasu tu spędzę. – Dla kogoś przemarzniętego, zmęczonego, dla którego kwiaty są bardziej interesujące niż świat zbrodni, to mogła być przysłowiowa wieczność, co najmniej.

Axel wręczył Ambersowi lejce i ruszył przez dziedziniec, zasypanym śniegiem podjazdem, w stronę fasady imponującego, trzypiętrowego dworku Stoneleigh. Mimo późnej godziny lampy na frontowym tarasie paliły się jasno. Drzwi otworzyły się, zanim Axel zdążył użyć wycieraczki, żeby usunąć błoto ze swoich najstarszych butów do konnej jazdy.

– Proszę wejść, panie Belmont. – Shreve, lokaj Stoneleigh, skłonił się. – Bardzo proszę. Na zewnątrz zimniej dzisiaj niż w Hadesie, można się przeziębić na śmierć… och, dobry Boże… Co to ja chciałem powiedzieć… Najmocniej pana proszę o wybaczenie. – Mężczyzna skłonił się ponownie, choć pozostało mu jeszcze zamknięcie przeklętych drzwi.

– Dobry wieczór, Shreve. – Sam zamknął drzwi za sobą. – Poradzę sobie z płaszczem, kapeluszem i rękawiczkami. Gdzie jest zmarły i gdzie jest pani Stoneleigh?

Shreve machnął lekko dłonią bez rękawiczki.

– Jest w bibliotece z… eee… z pułkownikiem. Ze zmarłym pułkownikiem. – Zamrugał, po czym utkwił wzrok w jakimś punkcie przed sobą, jakby usłyszał dziwny hałas, w rodzaju tych, na które naczelni kamerdynerzy nie zwracają żadnej uwagi.

– Czy moglibyśmy dostać herbatę w salonie? – zapytał Axel.

Pytanie wywołało dalsze mruganie i ukłony.

– Doskonale, sir. Herbata w salonie. Natychmiast się tym zajmę. – Pewnie zapomni, zanim dotrze do kuchni. Ale Axel i tak miał w nosie jakąś tam herbatę.

Axel w przeszłości bywał w dworku Stoneleigh, nie potrzebował więc asysty, żeby trafić do gabinetu. Zapukał raz i wszedł.

Zauważył dwie rzeczy, ledwie zrobił parę kroków.

Niedający się pomylić z niczym innym zapach śmierci na skutek strzału z bliskiej odległości – metaliczny, gryzący zapach krwi i dominująca, słaba, siarkowa woń wypalonej amunicji. Drugą, niedającą się zignorować rzeczą było lodowate styczniowe powietrze, które wpadało do pokoju przez otwarte drzwi balkonowe.

Axel przemierzył już prawie połowę pokoju, myśląc o tym, żeby zamknąć balkon, kiedy zatrzymało go jedno słowo:

– Nie.

Pani Stoneleigh trwała w takim bezruchu w cieniu przy kominku, że Axel nie zauważył jej obecności. Podniosła się, szeleszcząc spódnicami, i wysunęła się z mroku.

– Jeśli mój mąż ma spoczywać tutaj, pokój musi pozostać nieogrzewany. Dziękuję, że odpowiedział pan na moje wezwanie.

– Pani Stoneleigh. – Axel ujął jej zimną dłoń, skłonił się nad nią i przyjrzał właścicielce na tyle uważnie, na ile pozwalały dobre maniery i słabe światło z kominka. Była całkiem wysoka jak na kobietę, chociaż i tak o pół stopy niższa niż liczący prawie dziewięćdziesiąt cali wzrostu Axel. Zielonooka i ciemnowłosa Abigail Stoneleigh miała także urodę niewątpliwą, choć spokojną.

Ponieważ była – kiedyś była – żoną innego mężczyzny, Axel nigdy nie starał się oceniać jej urody szczegółowo; gdyby nie jej wyniosłość, gdyby się czasem uśmiechnęła, można by ją uznać za piękną, jakkolwiek dla Belmonta nie miało to żadnego znaczenia.

Musiała przemarznąć do kości.

– O ile przypominam sobie pani list – powiedział Axel – prosiła pani, abym zjawił się tutaj najwcześniej, jak zdołam. Trudno to nazwać wezwaniem. – Miała elegancki charakter pisma, ale sługa, który dostarczył list, omal nie wypaplał wieści o śmierci Stoneleigha.

Axel podprowadził ją do kominka, gdzie zamierający ogień przegrywał walkę z zimowym chłodem.

– Powinienem panią ostrzec, pani Stoneleigh, że przyjechałem tu jako sędzia pokoju, a nie jedynie sąsiad.

– Jednak przybycie o tej porze to i tak uprzejmość z pana strony.

Współmałżonek tej kobiety spoczywał jakieś cztery metry dalej, przy biurku, zwaliwszy się połową ciała na jego blat; przed dojmującym zimnem chronił ją jedynie zwykły brązowy szal, a ona wymienia z nim uprzejmości?

Każdy radził sobie ze śmiercią inaczej. Tego nauczyła Axela śmierć Caroline.

Zdjął kubrak i zarzucił go na ramiona pani Stoneleigh.

– Może przejdziemy do salonu? Prosiłem Shreve’a, żeby podano nam herbatę.

Wzrok pani Stoneleigh powędrował w ciemność za drzwiami balkonowymi.

– Mój… Pułkownik nie chciałby zostać sam.

Gdzieby się dusza pułkownika nie udała, życie opuściło jego ziemskie szczątki. O tym, żeby czegoś chciał, czy nie chciał, nie mogło już być mowy. Axel miał jednak dość rozumu, żeby nie dyskutować w takiej sytuacji o logice.

– Niczego w tym pokoju – w tym ciała – nie wolno ruszać, póki nie rozejrzę się tu bliżej, pani Stoneleigh. Wolałbym zająć się tym na osobności.

– Może pan przebywać tutaj w pojedynkę, ale później przyślę Ambersa, żeby tu posiedział. Poczekam na pana w salonie.

Wyniosła, jak jakaś piekielna królowa – blada, piekielna królowa.

– Nie chce pani, żeby Shreve posiedział z pułkownikiem, albo może jego kamerdyner?

– Pan Spellmen wziął urlop i odwiedza rodzinę w Hampshire. Wystarczy Ambers. Shreve jest na skraju wytrzymałości nerwowej.

Natomiast dama pozostawała lodowato spokojna. Pachniała także leciutko olejkiem różanym i Axel ponownie zatęsknił za swoją oranżerią.

Odprowadził ją do drzwi, a potem zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią na pytanie, jak to się stało, że człowiek dość lubiany, w dobrym stanie zdrowia, bardzo zamożny, pozbawiony, jak się wydaje, szczególnych wad, zginął od kuli w serce z bliskiej odległości, we własnym domu.

Abigail poczekała, aż drzwi zamknęły się ze szczękiem zamka, po czym owinęła się ciaśniej wełnianym kubrakiem Axela. Pachniał przyjemnie, kwiatami i świeżą zielenią z oranżerii, poza tym zachował jeszcze miłe ciepło jego wielkiego ciała.

Pan Belmont i Gregory zawsze traktowali się życzliwie, choć z dystansem, więc w ciągu paru minionych lat Abigail miała okazję obserwować sąsiada.

Sędzia pokoju stanowił miły obraz dla oka: wysoki, jasnowłosy, przystojny w taki sposób, jak bywają mężczyźni przebywający dużo na świeżym powietrzu. Uważano go za dobrą partię, jako wdowca z dziećmi i sporym majątkiem, i zawsze ubiegano się o jego towarzystwo czy partnerowanie na miejscowych balach. Na jego korzyść przemawiało także, że był oddanym ojcem dla swoich synów, Daytona i Phillipa, a także spokojnym, niekłopotliwym sąsiadem.

Jak również to, że przybył w odpowiedzi na list Abby w środku zimowej, śnieżnej nocy.

Z punktu widzenia Abby lista jego pozytywnych cech na tym się kończyła. Pan Belmont posiadał tę nieznośną cechę, że zupełnie nie brał pod uwagę opinii innych osób, a jego głębokie przekonania czyniły go, w jej oczach, zimnym jak lód. W sąsiedztwie cieszył się opinią niezwykle inteligentnego – wykładał na Oxfordzie! – i uzdolnionego naukowca, ponieważ opublikował wiele traktatów dotyczących botaniki.

W obecności pana Belmonta Abby zawsze miała wrażenie, że poślubienie zamożnego mężczyzny o trzydzieści lat starszego od siebie to przekleństwo.

Ale co, na Boga żywego, co innego mogła zrobić? I co miała robić teraz?

Zjawił się Shreve z herbatą na tacy – wyjątkowo podnoszący na duchu dowód troski. A potem Abby przypomniała sobie, że to pan Belmont prosił o to w jej imieniu.

Tak czy inaczej, filiżanka gorącej, słodkiej herbaty koi nerwy, a nerwy Abby były… jak napięte do granic możliwości, bliskie zerwania postronki. Przełknęła z trudem ślinę; to było poważne niedopowiedzenie. Nie mogła pozwolić, żeby w takim stanie zobaczył ją Pan Jestem Tutaj Jako Sędzia Pokoju z Głębi Piekieł Belmont.

– Shreve – powiedziała, kiedy kamerdyner odwrócił się, żeby odejść – ponieważ pan Belmont wkrótce się do mnie przyłączy, może byś przyniósł karafkę z biblioteki.

– Czy mogę czymś jeszcze służyć, proszę pani?

Musiał być stale zajęty, dostawać drobne zadania do wykonania, inaczej mógłby się załamać.

Jakiekolwiek drobne zadania.

– Czy mógłbyś przynieść moje przenośne biureczko? Trzeba zawiadomić rodzinę; napiszę listy, zanim położę się spać. Kiedy przyjdzie pani Pritchard, może ułożyć pułkownika w gabinecie, pod warunkiem że pan Belmont skończy swoją pracę. Sąsiedzi mogą złożyć wizytę w czwartek po południu między drugą a piątą, wyślę w tej sprawię pisemko do proboszcza.

– Będą nam potrzebne czarne zasłony – ciągnęła Abby, choć zmuszanie umysłu do skupienia się na rzeczach praktycznych wymagało nadludzkiego wysiłku. – Krepę znajdziesz na strychu nad galerią. Cała służba, która jeszcze nie śpi, może spożyć zdrowotną miarkę trunku, bo wszyscy musimy odpocząć pomimo tego strasznego wydarzenia. Zasłonięcie okien, luster i portretów może poczekać do jutra.

Podobnie jak płacz, chodzenie tam i z powrotem i uleganie zgryzotom. O omdlewaniu, jakkolwiek kuszącym, nie mogło być mowy.

– Tak, proszę pani. – Kiedy Shreve wrócił z brandy i przyborami do pisania, Abby odesłała go, pociągającego nosem i mrugającego, z powrotem do kuchni. Shreve służył jej mężowi, odkąd tamten wrócił z Indii przed jedenastu laty.

Kamerdyner, w przeciwieństwie do pani domu, mógł sobie pozwolić na załamanie nerwowe.

Abby zajęła się pisaniem nekrologu na potrzeby miejscowego tygodnika.

Ona sama też nie mogła pozostać bezczynna albo znowu w jej uszach rozbrzmiałby okropny huk wystrzału we własnym domu, w porze, kiedy wszyscy powinni kłaść się do łóżek.

W trzecim podejściu do pierwszego zdania przeszkodziło jej krótkie, energiczne pukanie do drzwi, po którym do salonu wkroczył Axel Belmont. Jego wzrost i zdecydowanie sprawiły, że salon wydawał się mniejszy i jeśli Abby przedtem czuła do niego pewną niechęć, to teraz wzbudził w niej niemal odrazę.

Wstała z kanapy, zrzucając z siebie jego kubrak.

– Spodziewam się, że zostawił pan Ambersa na stanowisku? – zapytała, podając gościowi jego własność.

Chociaż dzisiejszej nocy był sędzią pokoju, a nie żadnym gościem.

Pan Belmont wsunął się w kubrak z łatwością człowieka, który często obywał się bez kamerdynera.

– Zostawiłem Ambersa w gabinecie z panią Pritchard. Usiądziemy? Mamy parę rzeczy do omówienia, pani Stoneleigh. Rzeczy, które panią zaniepokoją. Mogę przełożyć tę rozmowę na jutro, ale wiadomości nie staną się lepsze z czasem.

Innymi słowy, Gregory i tak będzie martwy.

– Mój mąż się zastrzelił – powiedziała Abby na tyle spokojnym tonem, na ile zdołała. W paru słowach opisała brutalną rzeczywistość, ale nie dlatego, że chciała oszczędzić delikatne uczucia pana Belmonta, jeśli on w ogóle takowe miał.

Abby wypowiedziała te okropne, przerażające słowa, ponieważ musiała wyrwać prawdę z mroku korytarza, gdzie ją po prostu przerażała.

– Pułkownik cieszył się dobrym zdrowiem – ciągnęła. – Miał po co żyć, na ogół był w dobrym nastroju, a jednak odebrał sobie życie? Co może być bardziej niepokojącego?

Twój brak reakcji, chciał odpowiedzieć Axel, ale kiedy zmarła jego żona, nie stracił panowania nad sobą, póki nie zobaczył po pogrzebie swojego brata Matthew, trzymającego w ramionach zapłakanego Daytona.

– Proszę mi pozwolić powiedzieć, co zauważyłem do tej pory – zaproponował Axel. – Mogę nalać? – Wdowiec zmarłby na skutek odwodnienia, gdyby nie nauczył się nawigować po serwisie do herbaty.

– Wypiję filiżankę. Shreve przyniósł brandy, gdyby pan wolał.

– Wolę. – Herbata tuż przed północą, na scenie zbrodni, nie wzmocniłaby go dostatecznie przed tym, co miał do powiedzenia.

Pani Stoneleigh nalała mu hojną miarkę brandy; blask ognia wywoływał świetliste refleksy w jej ciemnych włosach. Poruszała się w sposób elegancki i pełen wdzięku, i to było w jakiś sposób niewłaściwe.

Zaskoczyła ją śmierć męża? Odczuła ulgę? Zadowolenie?

– Po pierwsze – odezwał się Axel – moje kondolencje z powodu pani straty.

– Dziękuję. – Jedno słowo, cierpkim tonem. Usiadła z boku na obitej brokatem ławeczce przy kominku. – Nie usiądzie pan, panie Belmont? Jest późno, z pewnością jest pan zmęczony, musimy porozmawiać o trudnych sprawach. Wolałabym widzieć pana twarz.

Bez owijania w bawełnę, pomyślał Axel, przesuwając ręką we włosach, które zimowy wiatr musiał rozczochrać, zostawiając mu na głowie niegodny dżentelmena bałagan. Pani Stoneleigh wypowiadała się w sposób, który kazał Axelowi myśleć, że nadużywa jej cierpliwości i obraża inteligencję.

Same kolce bez kwiatu.

Axel również potrafił mówić prosto z mostu. Usadowił się w fotelu, zamiast obok niej.

– Mam powody, żeby myśleć, że pani mąż padł ofiarą łajdactwa. – Morderstwo to największe łajdactwo, jakie wymyślili ludzie. – Żeby uspokoić proboszcza, stwierdzę na razie śmierć na skutek wypadku.

Pani Stoneleigh milczała przez chwilę, nie zdradzając żadnej reakcji.

Wyprostowała się.

– Proszę o wyjaśnienia. Bardzo pana proszę.

– Przyczyną śmierci był zapewne, jak się pani bez wątpienia domyśla, strzał w serce. – Wbrew temu, co opowiadają gotyckie powieści, kiedy serce przestaje bić, krwawienie jest bardzo niewielkie, a serce Stoneleigha przestało pracować natychmiast.

– Nie ruszałam ciała – powiedziała pani Stoneleigh, kładąc dłoń poniżej biustu. – Wiedziałam, że nie żyje, ponieważ dotknęłam palcami jego szyi z boku i zobaczyłam krew na biurku i suszce. Widziałam także pistolet w jego dłoni, ale nie… ale nie przyjrzałam się bliżej.

– Mądrze pani postąpiła, niczego nie ruszając. – Czy zaczynała reagować? Czy wokół jej ust i oczu pojawiło się lekkie napięcie? Była śmiertelnie blada, ale wiele kobiet w Anglii zadawało sobie cierpienia, żeby zachować nieskazitelnie białą cerę.

– Niepotrzebnie mi pan schlebia. Nie wiedziałam, co robić, poza tym, że wezwałam najbliższego sąsiada.

Który nieszczęśliwym trafem służył jako tymczasowy sędzia pokoju, o czym, jak się wydawało, nie miała pojęcia.

– Widząc broń w dłoni pani męża, ktoś postronny mógłby, w istocie, uznać, że pani mąż odebrał sobie życie albo może uległ wypadkowi, czyszcząc pistolet.

Axel łyknął znowu brandy, tłumiąc gwałtowną chęć, żeby wypić wszystko jednym haustem.

Pani Stoneleigh wyciągnęła rękę w stronę serwisu z herbatą, jakby chciała sobie nalać kolejną filiżankę, ale zamiast tego opuściła ją na kolana.

– Boże dopomóż mojemu zmarłemu mężowi, jeśli po z górą dwudziestu latach służby w kawalerii zabrał się do czyszczenia naładowanego pistoletu.

– To prawda. – Axel nie brał pod uwagę takiej możliwości. – Problem z teorią samobójstwa polega jednak na tym, że pistolet w dłoni pani męża wcale nie wystrzelił i jest wciąż naładowany. Pani męża zastrzelono, a śmiertelna kula nie została wystrzelona z bliskiej odległości.

Axel przygotował się na to, że dama zemdleje, z jej oczu pocieknie strumień łez, może wpadnie w histerię. Ludzie popełniają samobójstwo. To tragedia, oczywiście, ale w ocenie Axela samobójstwo byłoby jednak lepsze niż paskudne morderstwo, jakiego dokonano dwoje drzwi dalej w korytarzu.

– Jak pan może stwierdzić, z jakiej odległości padł strzał? – Głos pani Stoneleigh brzmiał spokojnie, wzrok skierowany w ogień na kominku był równie niewzruszony i to jej opanowanie wstrząsnęło Axelem. Była jego żoną jak długo? Prawie dziesięć lat?

Tym tonem mogłaby mówić o pogodzie.

Dopił brandy i przedstawił jej wyniki dotychczasowego śledztwa.

– Proch pali – podsumowała. – Powiada pan, że na ubraniu pułkownika nie ma śladu spalenizny wywołanej prochem strzelniczym.

– Nie ma, zatem kula musiała być wystrzelona z pewnej odległości.

– Czy jest coś więcej? – zapytała ze wzrokiem wciąż utkwionym w kominku.

– Niewiele. – Czy napełnienie sobie po raz drugi kieliszka byłoby niegrzeczne, albo głupie? – Rozmiary rany wskazują, że użyto małego pistoletu, z drugiego końca pokoju. Taka broń, niemal zabawka, jest wybitnie niecelna. Lufa jest za krótka, żeby zapewnić pociskowi właściwy tor; a to, że pistolet jest mały, sprawia, że rzadko wyrzuca pocisk z odpowiednią siłą.

– Nosiłam taką broń i ma pan rację. Jej główną zaletą jest to, że czyni wiele hałasu, ale tutaj wyraźnie ktoś był wprawnym strzelcem.

Czy kobieta winna zabójstwa zdobyłaby się na przyznanie do czegoś takiego?

– Kto słyszał strzał, pani Stoneleigh?

– Ja. Byłam w swoim pokoju, bezpośrednio nad gabinetem pułkownika, gdzie zwykle kończył wieczór kieliszkiem czegoś mocniejszego. Shreve mógł go usłyszeć, ponieważ był na korytarzu, sprawdzając lampy; zwykle to robił koło jedenastej. Słyszeli go służący, którzy się jeszcze nie położyli i przebywali na dole, tak samo jak Ambers, który palił przed swoją kwaterą przy stajniach. Ambers pierwszy znalazł pułkownika. Shreve zajął się… eskortowaniem mnie na miejsce.

Jeśli ktoś z tej listy nie zabił pułkownika, to tajemniczy morderca po strzale uciekł przez zaśnieżone trawniki; ślady jego butów natychmiast zasypał porywisty wiatr.

– Pułkownik nie zdołał dopić tego kieliszka – powiedział Axel. – Będę chciał porozmawiać z Ambersem, Shreve’em i resztą służby, i to jak najszybciej.

Czego Axel chciał naprawdę, to wrócić do swojej cichej, ciepłej oranżerii i pracować nad krzyżówkami, aż rozbolą go plecy, a obrazy zaczną rozpływać się przed oczami.

– Shreve jest teraz zajęty – odparła pani Stoneleigh. – Można z nim porozmawiać jutro przed południem.

Axel był sędzią pokoju, na Boga, i prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa jej męża w jej domu. Powinna pragnąć odpowiedzi bardziej niż kolejnego haustu powietrza.

– Co takiego robi Shreve, że jest taki zajęty?

W oczach pani Stoneigh pojawiło się coś, co można by uznać za współczucie. Jej twarz przybrała najcieplejszy wyraz, jaki Axel dotąd u niej widział; potem uświadomił sobie kierunek, w jakim pobiegły jej myśli.

– Kiedy umiera współmałżonek – zaczęła łagodnie – trzeba zrobić wiele rzeczy. Zasłonić okna krepą, podobnie jak lustra i portrety w ogólnie dostępnych pomieszczeniach. Służba w liberii musi dostać czarne opaski na rękawy, zmarłego należy przygotować do pogrzebu, zbić trumnę, ufarbować stroje pozostałej rodziny na czarno, zamówić karawan, dać znać proboszczowi, i tak dalej. Pan o tym wie.

Axel wiedział i miał do niej ogromny żal o to, że mu przypomniała, że wie. Jego kolejna uwaga wynikała z tego żalu i dodatkowo, ze zmęczenia.

– Dobrze pani sobie radzi ze śmiercią męża, pani Stoneleigh.

– Czy jestem podejrzana? – Przynajmniej współczucie zniknęło z jej oczu.

– Nie. – Jeszcze nie. – Ale skoro mordu dokonano w tym domu pełnym ludzi, to mamy do czynienia ze zbrodnią i z tajemnicą.

– A także tragedią – uzupełniła. – Czy ma pan więcej pytań, panie Belmont, czy mam pana odprowadzić?

– Sam trafię do wyjścia – powiedział Axel, niezadowolony, że dał się ponieść irytacji. – Raz jeszcze moje kondolencje. – Podniósł się, zaskoczony, że ona także wstała, choć powoli, i odprowadziła go do drzwi.

– Wydaje się pan zmęczony – zauważyła. – Nadmiernie, nie tak, jak człowiek pod koniec dnia. – Jej uwaga nie była niegrzeczna, ale nie była także… pochlebna.

– Dziś po południu wróciłem z domu brata w Sussex. Do Oxfordshire ściągnęła mnie decyzja Rutland, żeby udać się do Bath w środku martwego zimowego sezonu. Phillip i Dayton woleli zostać z wujem do wiosny.

Nieszczęśliwy dobór słów – martwy sezon – na który, jako prawdziwa dama, nie zareagowała.

– Jest pan zatem osierocony. Przykro mi, że pana fatygowałam, podczas gdy tak bardzo potrzebuje pan wypoczynku. Czy mam uprzedzić Shreve’a, że będzie pan jutro rano?

Axel pomyślał przelotnie o swoich szczepach i krzyżówkach.

– Koło jedenastej. – Ujął jej dłoń i skłonił się. – Czy tak będzie dla pani wygodnie?

A to skąd się wzięło i dlaczego jej ręka była wciąż taka zimna?

– Nie wiem. – Wydawała się nieświadoma, że ich ręce są wciąż splecione, albo jej to nie obchodziło. – Słyszałam o ludziach, którzy pod wpływem szoku nie byli w stanie okazywać uczuć w zwyczajny sposób i ja chyba znalazłam się w takiej sytuacji. Mój mąż nie żyje i chociaż nie byliśmy… tak bardzo zżyci jak zwykle małżonkowie, nie przewidziałam, że tak to się skończy, skończy kiedykolwiek. Pułkownik nie cierpiał na żadną chorobę, nie był nieostrożny, nie pił nadmiernie…

Jej ciałem wstrząsnął leciutki dreszcz, Axel zauważył go tylko dlatego, że trzymał jej rękę.

– Przypuszczam – ciągnęła – że uświadomię sobie w pełni, jakie nieszczęście spadło na ten dom, kiedy razem z panią Pritchard będziemy przygotowywać mojego… ciało do pogrzebu.

– Pani Pritchard weźmie niezłe pieniądze za tę usługę, ona także ich potrzebuje. Proszę nie wchodzić do gabinetu wcześniej niż jutro rano. – Axel powiedział to tonem rozkazu, i to był błąd. Ojciec dwóch nastoletnich chłopców wiedział, że wydawanie rozkazów gwarantuje, że życzenia nie będą respektowane.

Pani Stoneleigh cofnęła rękę.

– Chciałabym się z panem o to spierać, ale tylko dla zasady, nie dlatego, że chcę koniecznie oglądać ciało męża, zwłaszcza z kulą…

Kolejne ledwo zauważalne drżenie…

– Pani Stoneleigh? – Axel zaprowadził ją z powrotem do kominka, zdjął wełniany szal z oparcia ławeczki i zarzucił jej na ramiona. – Ma pani kogoś, kto z panią pobędzie, odprowadzi na górę, do sypialni?

– Nie mam osobistej pokojówki – odparła takim tonem, jakim mogłaby oznajmić, że nie słodzi herbaty. – Pułkownik uważa… uważał… Cóż, nie. Nie mam osobistej pokojówki.

Axel doświadczył niewygodnego przypływu współczucia, które chwilowo kazało mu zapomnieć o pytaniu, jaką rolę odegrała w zabójstwie męża. Abigail Stoneleigh była sama i bardziej samotna, niż można by się spodziewać po kobiecie… dwudziestoośmioletniej? Dwudziestodziewięcioletniej? Jej mąż zginął gwałtowną śmiercią i nawet jeśli nie ona się do tego przyczyniła, kto wie, jakie mogłaby mieć motywy?

Starczy czasu później, żeby odkryć, co mu miała za złe, jeśli miała z jego śmiercią coś wspólnego.

Axel poświęcił chwilę, żeby jej się przyjrzeć, tak jak przyglądał się uważnie każdej roślince w oranżerii, kiedy wracał do Candlewick po paru tygodniach nieobecności. Pani Stoneleigh robiła wrażenie zbytnio nawodnionej i niedożywionej, gotowej zrzucić listki i uschnąć.

– Nie chcę zostawiać pani samej.

– Dam sobie radę. – Powiedziała to z ponurą pewnością siebie. – Od pewnego czasu daję sobie radę sama. Dziękuję za troskę, panie Belmont. Do jutra.

Axel nie miał podstaw, żeby zaprzeczyć, więc skłonił się i pożegnał. Siadł z powrotem na konia – dlaczego, na Boga, nikt nie wynalazł dotąd sposobu, żeby ogrzać siodło, zanim człowiek posadzi na wychłodzonej skórze swoje niewinne, niczego niepodejrzewające siedzenie? – kiedy w końcu udało mu się nazwać to, co zobaczył w świetlistych, zielonych oczach pani Stoneleigh, gdy ostatnim razem ujmował jej dłoń.

Strach. Pani Stoneleigh bała się, ale czy bała się zabójcy, czy też tego, że wyda się jej udział w morderstwie?

2

Niewielki tłum stał na lodowatym zimnie, na dziedzińcu kościoła – po mszy; większość osłaniała twarze szalami. Śnieg dodatkowo tłumił dźwięki, niezależnie od tego, że sama uroczystość wymagała ciszy.

Ponieważ nikt nie palił się, żeby podejść do wdowy, Axel postanowił osobiście odprowadzić panią Stoneleigh do dworku ciągnącą się na milę zamarzniętą, zrytą koleinami drogą. Pozwolił, aby inni dopełnili cmentarnych rytuałów, zmagając się z marznącymi uszami, nosami i palcami u stóp.

– Czy mam sprowadzić powóz? – zapytał panią Stoneleigh.

Pani Stoneleigh uniosła czarny welon i przypięła go do kapelusza, odsłaniając oczy w czerwonych obwódkach. W świetle dnia była zbyt szczupła, zbyt blada, a jednak nadal wciąż zbyt ładna.

– Możemy iść – oznajmiła, co zgadzało się z wolą większości zgromadzonych. – Bardzo mi potrzeba ruchu i świeżego powietrza, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. Przez parę ostatnich dni byłam uwięziona w domu.

Axel włożył sobie jej rękę pod ramię, wiedząc doskonale, co czeka panią Stoneleigh w najbliższej przyszłości – przyjmując, że nie będzie jej musiał aresztować za morderstwo.

– Po śmierci Caroline uderzały mnie kontrasty – stwierdził. – Dom w dniu jej pogrzebu był pełen ludzi, aż miałem ochotę ich wszystkich przegnać, a potem zrobił się pusty. Straszliwie, nieodwołalnie pusty. Łaknąłem towarzystwa i chciałem być sam. Caroline nigdzie nie było i była wszędzie, gdzie nie spojrzałem.

– Umarła zimą, czyż nie?

– W marcu. Spędziliśmy następny marzec z moim bratem, ale później jego żona także umarła.

Ból Axela złagodniał, kiedy stał się tym, który wie, czym jest żałoba. Rozwiązywał problemy codziennego życia, podczas gdy Matthew miotał się w rozpaczy, spoglądając w nieznaną i niezrozumiałą przyszłość.

– Czy nie powinien mi pan powiedzieć, panie Belmont, że czas leczy rany? Że szybka śmierć jest błogosławieństwem?

Axel podejrzewał, że częstując tę kobietę banałami, nawet przy jej wątłej posturze, może wylądować siedzeniem w śniegu.

– Ktoś już pani powiedział, jakie to szczęście odzyskać wolność. No i może pani zjeść tyle smacznych potraw, ile ma pani ochotę, pod warunkiem że widok czerni przez cały kolejny rok nie odbierze pani apetytu.

Szansa, żeby zacząć od nowa, zauważył jakiś głupiec po pogrzebie Caroline. Możliwość znalezienia nowej drogi. Axel nie wiedział, czy zachować się gwałtownie, czy zwymiotować, a może gwałtownie zwymiotować w reakcji na tego rodzaju pociechę.

– Mogłaby się pani zastanowić nad wyjazdem – odezwał się Axel, kiedy uszli z ćwierć mili pod wiatr. – Hiszpania o tej porze roku stanowiłaby przyjemny kontrast, albo Włochy.

– A kto będzie zarządzać majątkiem Stoneleigh? Gregory zostawił go mnie, przynajmniej mówił, że tak zrobi, a nie ufam jego dzieciom, że się nim zajmą pod moją nieobecność. Zbytnio są rozkochani w mieście.

Pani Stoneleigh była najbliższą sąsiadką Axela, a pułkownik niejeden raz przekraczał konno granice Candlewick, kiedy Axel przebywał poza domem.

– Będę miał oko na posiadłość w razie potrzeby. Przez następny miesiąc czy dwa i tak nie będzie wiele do zarządzania. – Podróż także zapewniłaby wdowie większe bezpieczeństwo, jeśli morderca nadal kryje się w pobliżu, przyjmując, że sama nie zleciła zabójstwa.

– To szlachetna oferta, panie Belmont. Bardzo życzliwa oferta i rozważę ją, ale chciałabym wiedzieć, kto zabił mojego męża, zanim wyjadę wygrzewać się w słońcu i poznawać nowych ludzi.

– Oboje chcemy poznać odpowiedź na to pytanie. – Ona zapewne po to, żeby móc przestać pamiętać o mężu, Axel, żeby móc wrócić do kojących kwiatów oraz ziołowych i roślinnych leków na kobiece choroby, co miało być tematem jego kolejnej publikacji.

Przeszli jeszcze kawałek drogi, trzymając się pod ramię, i w końcu minęli bramę dworku Stoneleigh.

Czarny proporzec powiewający na zimnym wietrze oraz lokaj z czarną opaską na ramieniu i krepą przy kapeluszu powitali ich na progu posiadłości.

– Powie mi pan, czy jestem podejrzana? – zapytała pani Stoneleigh, kiedy byli w połowie podjazdu.

Nocą dworek sprawiał wrażenie solidnego, bezpiecznego domu. Pod szarym niebem, z oknami zasłoniętymi czarną krepą jego front był równie ponury jak otwarty grób. Wokół martwa trawa, czarna ziemia, zimno i smutek.

Pytanie pani Stoneleigh wymagało odpowiedzi.

– Od tej chwili nie jest pani podejrzana. Brałem panią, rzecz jasna, pod uwagę, ponieważ miała pani okazję, żeby to zrobić, mieszkając ze zmarłym pod jednym dachem. Miała pani motyw, jako jedna z osób dziedziczących po Stoneleighu. Shreve zeznaje, że zeszła pani na dół, słysząc jego krzyk. O ile nie znalazła pani sposobu, żeby zastrzelić męża, pozbyć się broni, wbiec na drugie piętro, a potem wyjść ze swojego pokoju i zejść po schodach, nie jest pani sprawczynią. A ponadto pani Jensen szła do swojego pokoju i widziała, jak wychodzi pani z sypialni.

Axel odczuł znaczną ulgę po przesłuchaniu gospodyni. Abigail Stoneleigh nie dawała się łatwo lubić, ale nie chciał, żeby okazała się winna morderstwa. Dlatego bardzo starannie sprawdził jej poczynania.

– Naprawdę jestem poza podejrzeniem? – odezwała się cichym głosem, nad którym usilnie starała się panować.

– Obawiała się pani tego? – Nikt nie podejrzewał, że pociągnęła za cyngiel, ale mogła mieć wspólnika.

Przesunęła wzrokiem po jego twarzy; na zmarzniętej drodze lód skrzypiał pod ich butami.

– Nie spałam, nie mogłam przestać myśleć o śmierci pułkownika. Shreve mówił, że drzwi balkonowe były lekko uchylone, kiedy Ambers znalazł Gregory’ego. Ambers wszedł nimi i twierdzi, że nie ruszał zasuwki.

Jak dotąd, jej relacja zgadzała się z biegiem wydarzeń, które Axel zdołał zrekonstruować. Shreve rozpłynął się we łzach urażonej godności po kwadransie wysiłków Axela, żeby go przesłuchać. Ambersa wywołała z przesłuchania wiadomość, że ulubiony koń do polowań pułkownika padł pod płotem na pastwisku.

– Shreve uznał, że drzwi uchylono dla dostępu świeżego powietrza – ciągnęła pani Stoneleigh – ponieważ Gregory często wypalał fajkę, pijąc brandy, choć bez wątpienia zabójca uciekał pośpiesznie. Prosiłam Ambersa, żeby poszukał świeżych śladów, ale wzdragał się zostawić mnie samą w tych okolicznościach, a zimowy wiatr nie czekał.

Axel nie mógł mieć do Ambersa pretensji o taką decyzję, ponieważ okoliczności dotyczyły mordercy na wolności, może nawet kręcącego się gdzieś w pobliżu miejsca zbrodni.

– Mamy jedynie słowa Shreve’a na poparcie tezy, że drzwi były otwarte – powiedział Axel. – Ambers twierdzi, że nie były zamknięte na zasuwę, ale nie uchylone.

Shreve powinien być podejrzany, razem z pełnym energii, zadbanym Ambersem, który przypadkiem palił fajkę na zewnątrz w tej samej chwili, kiedy mordowano jego chlebodawcę. Żaden nocny portier nie pełnił służby przed frontowymi drzwiami, nikt więc nie mógł potwierdzić zeznań Ambersa, że tenże przybiegł do domu głównym podjazdem.

– Nie chce pan oskarżyć Shreve’a? – zapytała pani Stoneleigh.

– Nie chcę. – Jaki człowiek chciałby oskarżać drugiego człowieka o morderstwo? – Nie ma takiego oczywistego alibi, jak pani. Był najbliżej miejsca zbrodni, miał czas, żeby ją popełnić, otworzyć drzwi balkonowe, ukryć gdzieś narzędzie, a potem wybiec na korytarz.

Chociaż, niech to wszyscy diabli, pilne poszukiwanie wokół domu z silnym magnesem nie doprowadziło do odnalezienia broni leżącej gdzieś pod śniegiem.

– Jaki miałby motyw? – zapytała dama, jakby podejmując towarzyską pogawędkę. – Gregory zostawił Shreve’owi okrągłą sumkę za lata służby, ale Shreve zapewne zostanie ze mną.

Najwyraźniej pani Stoneleigh znała zawartość testamentu zmarłego męża.

– Brak oczywistego motywu to jeden z powodów, dla których nie aresztowałem jego ani Ambersa.

– To zupełnie inny typ – odezwała się ponownie pani Stoneleigh. – Shreve jest z nami od lat, podobnie jak Ambers. On i Gregory poznali się, kiedy wracali do domu z Indii, i byli sobie tak bliscy, jak tylko to możliwe w wypadku służącego i pracodawcy.

Axel z wdową szli podjazdem ramię w ramię; milczenie między nimi stawało się chłodniejsze z każdym krokiem.

– Przykro mi. Morderstwo to paskudna sprawa. Nie potrafię w tej chwili dyskutować z panią na takie tematy. Przepraszam.

– Ależ proszę tego nie robić. Wolę pana obcesowe pytania niż wypowiadane w dobrej intencji banały pana Weekesa. Mowa pogrzebowa była interesująca.

Mowa była na szczęście krótka – w kościele panował straszliwy ziąb. A podjazd dworku Stoneleigh wydawał się tym razem wyjątkowo długi.

– Czy pean proboszcza w jakiś sposób opisuje człowieka, za którego pani wyszła?

– Jeśli mielibyśmy być szokująco szczerzy, podobieństwo było – Gregory rzeczywiście kochał swoje psy myśliwskie.

Gregory Stoneleigh uwielbiał przechadzać się dumnie jak paw, wymachując batem do konnej jazdy i perorując.

– Ale?

– Ale Gregory nie miał pojęcia o tym, jak prowadzić majątek i dbać o swoje ziemie, nie większe, niż miałabym ja, gdyby mi przyszło budować, powiedzmy, jedną z pańskich szklarni. Myślę, że ożenił się ze mną w dużym stopniu dlatego, że byłam w stanie uratować jego posiadłości.

– Nie zdawałem sobie z tego sprawy. – Ponieważ pierwszą rzeczą, jaką zauważyłby każdy mężczyzna, jeśli chodzi o panią Stoneleigh, to jej atrakcyjność – i rezerwa.

Podeszli bliżej domu, gdzie śnieg uprzątnięto.

– Gregory był oficerem kawalerii do szpiku kości. Konie były jego wyłączną domeną i dbał o nie ogromnie. Sprawy gospodarcze majątku, gospodarstwa dzierżawców, domy, handel, zbiory, trzoda chlewna, nabiał – to wszystko stanowiło dla niego zagadkę i przed naszym ślubem majątek w wielu dziedzinach domagał się pewniejszej ręki zarządcy.

– Stoneleigh pojawił się tutaj jedenaście lat temu? – Axel próbował uświadomić sobie rok, kojarząc wszystko z wiekiem synów, śmiercią żony, budową drugiej oranżerii.

Wiatr szarpnął czarnym welonem pani Stoneleigh i uderzył ją nim w usta. Upięła go ponownie onyksową szpilką od kapelusza, nie zatrzymując się ani na chwilę.

– Pułkownik wrócił do Europy ponad dziesięć lat temu. Jakiś czas trwało, zanim dochód przestał przewyższać wydatki. Nie zamierzał inwestować pieniędzy we własną ziemię – majątek z Indii przeznaczył dla dzieci – więc „nabył” mnie, żebym naprawiła sytuację.

Podawała fakty i wcale nie wydawała się rozgoryczona.

– Przedstawił to pani w ten sposób? – Jeśli Stoneleigh tylko tak widział małżeństwo, brak żalu u wdowy mniej dziwił.

Axel tak się skupił na rozmowie, że kiedy pani Stoneleigh pośliznęła się na błotnistym lodzie, niewiele brakowało, a by jej nie złapał.

Przez chwilę na nim wisiała. I przez te parę chwil Axel odniósł wrażenie, że jest krucha, zagubiona, zmęczona a nie sztucznie opanowana i skłonna do urazy.

Wyprostowała się i ruszyła dalej.

– Gregory był uczciwy. Rozpaczliwie potrzebowałam męża – moi rodzice niewiele wcześniej zginęli w pożarze – a on potrzebował kompetentnej żony do prowadzenia majątku. Moja sytuacja poprawiła się natychmiast, pilnowałam, żeby miał swobodę i mógł objeżdżać konno swoje ziemie – od czasu do czasu w pana towarzystwie – podczas gdy jego dzieci zajmowały się swoim dorosłym życiem.

Żaden z żałobników idących przed nimi nie obejrzał się nawet, kiedy pani Stoneleigh się potknęła.

– Kiedy spodziewa się pani dzieci Stoneleigha?

– Gervaise przyjedzie we wtorek, Lavinia pewnie tego samego dnia, a może dzień później, ale zatrzymają się w Oksfordzie. Każde dało mi jasno do zrozumienia, żebym nie opóźniała uroczystości pogrzebowych z ich powodu.

Axel miał okazję poznać syna – przystojnego, nieżonatego prawnika, robiącego wrażenie przekonanego o własnej ważności – ale nie córkę.

Pani Stoneleigh ponownie potknęła się na koleinie, tym razem oparła się zdecydowanie na Axelu.

Walczył chwilę z chęcią, żeby ją podnieść i zanieść do dworku, znajdującego się sto jardów dalej. Obraziłaby się na niego śmiertelnie, a jednak… Przytrzymał ją za ramiona, przyglądając się uważnie, nie jak śledczy w poszukiwaniu wskazówek, ale jak botanik oceniający nowy okaz, który właśnie znalazł się w jego pieczy.

– Jest pani zmęczona. Pewnie wyczerpana. Śpi pani w nocy?

Pytanie było osobiste, nawet ze strony kogoś, kto sam przechodził żałobę, nie wydawała się jednak urażona.

– Śpię. – Rozejrzała się wokół, jakby słabo rozpoznawała ponury zimowy krajobraz i usiłowała sobie przypomnieć, gdzie widziała to miejsce wcześniej. – Trochę. Łączyła nas z Gregorym serdeczna więź, ale w łóżku za nim nie tęsknię.

Mąż był trzydzieści lat od niej starszy i miał córkę niemal w jej wieku. Małżeńskie współżycie Stoneleighów musiało być rzadkie i… skromne. A jednak mężczyzna w Axelu żałował, że mąż tej kobiety nie żyje, a ona nie tęskni za jego czułością – w najmniejszym stopniu.

– Panu brakuje Caroline w ten sposób, prawda? – zapytała pani Stoneleigh. – Była kimś więcej niż tylko miłym domownikiem? Tak mi przykro, panie Belmont. Kobiety mogą płakać, mdleć, mieć napady przygnębienia, ale mężczyźni w żałobie mają znacznie mniej swobody.

Jakże Axel nienawidził pogrzebów, wszelkich pogrzebów; prawie też znienawidził Abigail Stoneleigh za jej współczucie.

– Tęskniłem za Caroline. – Wciąż za nią tęsknił, czasami.

– Była tak cudownie pełna życia – odparła pani Stoneleigh. – Zazdrościłam jej energii; wydawała się idealną matką dla dwóch małych, wszędobylskich chłopców.

Dotarli do domu; wdowa opierała się na Axelu mocniej niż przedtem. Może wynikało to ze zmęczenia, a może z tego, że Axel był z nią uczciwy i chciała go wesprzeć.

Caroline umarła tak dawno temu, że nie powinien potrzebować pociechy – i nie potrzebował. A jednak kondolencje pani Stoneleigh bolały, choć nie wywołały takiego rozdzierającego bólu, jaki pewnie sprawiłyby przed laty. Zmarła pani Belmont była zdrową, postawną kobietą wikingiem, zmysłową, pełną życia i doskonale zdolną dotrzymać kroku młodemu, nieco nieśmiałemu mężowi w każdej dziedzinie życia, w łóżku czy w kłótni.

Można ją było uznać za niebyt kobiecą, ale była znakomitą towarzyszką dla Axela i rozkwitała w macierzyństwie.

– Moja żona i ja pasowaliśmy do siebie, tak jak pasują do siebie przeciwieństwa – powiedział Axel, wracając myślami do chwili obecnej. – Jesteśmy na miejscu, pani Stoneleigh. Mam nadzieję, że pani Weekes przygotowała poczęstunek w pokoju muzycznym i salonie dla gości.

– Odprowadzi mnie pan tam? – W jej oczach błysnął niepokój, kiedy położyła dłoń na owiniętej czarną krepą kołatce. – Jeśli muszę przyjmować kondolencje, przynajmniej zrobię to w domu. Wygląda na to, że będzie padał śnieg, stopy mi przemarzły. Ale proszę wybaczyć. Jest pan niezwykle uprzejmy, a ja nie czuję się najlepiej.

– Przechodzi pani żałobę – powiedział Axel na tyle cicho, żeby nie usłyszała ich żadna z osób, zbliżająca się do domu. – Nie mam pani czego wybaczać.

Spojrzenie, jakie mu posłała, mogło wyrażać wdzięczność z odrobiną zręcznie zamaskowanego zaskoczenia.

Zaprowadził ją do bocznych drzwi – bez krepy na kołatce – i pomógł się usadowić w kącie pokoju muzycznego. Otwarto składane drzwi między tym pokojem a dużym salonem i usunięto meble na bok, tworząc dużą, otwartą przestrzeń – w innych okolicznościach mogącą służyć jako parkiet do tańca.

Przy ścianie ustawiono stoły z jedzeniem.

Podobnie jak jego brat, Matthew, Axel był w stanie spożyć sporo jedzenia.

Może miejscowi nie polubili szczególnie pani Stoneleigh, kiedy żył jej mąż, ale, na Boga, potrafili urządzić stypę. Axel nałożył sobie jedzenie na talerz i znalazł wygodny punkt, z którego mógł obserwować, jak żałobnicy przekazują wdowie banalne słowa pociechy.

Pochłaniając jedzenie – dlaczego wszystkie dania na każdym pogrzebie smakują tak samo? – przyglądał się gościom, szukając ewentualnych podejrzanych.

Pani Stoneleigh pełniła obowiązki towarzyskie, siedząc w swoim kącie, przez około dwie godziny, kiedy Axel uznał, że cienie pod jej oczami i bladość cery wymagają, żeby zostawiono ją w spokoju.

– Czy poczuje się pani urażona, pani Stoneleigh, jeśli zasugeruję, że zgromadzeni nie mają nic przeciwko temu, żeby się pani oddaliła?

– Czy to wypada? Chętnie się dostosuję. – Wstała i oparła się na Axelu; przyjęła jego ramię wcale nie na pokaz.

Pani Weekes ujęła ją za drugie ramię.

– Nie wzięła niczego do ust, biedactwo. Nawet ciastka do herbaty.

Biedactwo zesztywniało, może także dlatego, że mówiono o niej w trzeciej osobie.

– Proszę poczekać. – Axel podszedł do stołu i napełnił kolejny talerz. Zgiął ramię i podał je pani Stoneleigh, ledwie czekając, aż otoczy je palcami. – Proszę po prostu wyjść. Proszę iść przed siebie, nie rozmawiając, nie patrząc nikomu w oczy. Inaczej sąsiedzi zaleją panią swoją piekielną, niewyczerpaną dobrocią, aż nie będzie się pani mogła utrzymać na nogach.

Dama posłuchała instrukcji i po paru chwilach znalazła się na górze, w prywatnym saloniku, z pełnym talerzem na stole.

– Proszę jeść – polecił. – Przyniosę pani herbatę, chyba że woli pani coś mocniejszego?

– Chętnie wypiję herbatę z mlekiem i cukrem.

Zerknął na talerz, z którego niczego nie ruszyła, i uświadomił sobie, że mocno i szczerze – choć nie było to dla niego wygodne – się o nią martwi. Ta troska zawierała sporą dozę gniewu, i to zapewne dodało mu wiarygodności, kiedy przed wyjściem potraktował ją swoją najlepszą miną „ma być tak, jak pan profesor sobie życzy”.

Axel Belmont, zaskakujący anioł stróż, jeśli takie w ogóle istnieją, byłby zdolny do tego, żeby stać nad Abby, póki ta nie zje wszystkiego. Zatem zabrała się do jedzenia. Wybrał proste rzeczy: plasterki jabłka, ser, szynkę i dwie kromki hojnie posmarowane masłem.

Zwracał na wszystko uwagę, nie tylko na kwestie związane ze śledztwem w sprawie morderstwa.

Pan Belmont kochał swoją żonę, co rzucało się w oczy każdemu, kto je miał. Jego Caroline odwzajemniała tę miłość i kochała chłopców. Byli taką szczęśliwą rodziną, że Abigail bała się ich widoku – na konnej przejażdżce synowie z przodu albo cała czwórka w powoziku, kiedy udawali się do kościoła.

Tak więc, rzecz jasna, pan Belmont rozumiał, że u osoby w żałobie, żołądek nie strawi ciężkiego jedzenia. Że kobieta potrzebuje odosobnienia po spotkaniu z gromadą ludzi, spośród których większość nie zadała sobie trudu, żeby ją odwiedzić dwa razy, odkąd zamieszkała między nimi. Był w stanie pojąć wszelkie niuanse rzeczywistości, których nie zrozumiałby Gregory, nawet gdyby mu je wyjaśniono.

Pan Belmont wrócił, ale nie z delikatną filiżaneczką tylko ze sporym kubkiem parującego płynu.

– Herbata i ja domagaliśmy się paru. – Z kieszeni wyciągnął kilka herbatników w serwetce, zatrzymał jedno, resztę położył na talerzu Abby.

– Zechce pan usiąść? – Herbata była niebiańska, uspokajająca i wzmacniająca, i akurat taka słodka, jak lubiła.

Pan Belmont podrzucił poły fraka i usiadł obok niej.

– Zostanę tak długo, aż spożyje pani posiłek. Unikam pytań ze strony dżentelmenów przy misie z ponczem.

Pytań dotyczących…? Och.

Och, Boże. Abby wbiła zęby w zimny krążek jabłka.

– To nie jest chyba stosowne, żebyśmy siedzieli tu oboje w odosobnieniu?

Oparł się wygodnie, wypełniając swój kąt kanapy eleganckim, poważnym strojem i wiecznym marsem na twarzy.

– Jest pani teraz wdową. Z powodu śmierci męża awansuje pani z osoby potrzebującej przyzwoitki do kogoś, kto sam może pełnić funkcję przyzwoitki.

Tak samo jak herbata, jabłko było pyszne. Obcesowość Belmonta także, jakkolwiek to nie było dziwne, działała na nią wzmacniająco.

– Jesteśmy takim niemądrym społeczeństwem – powiedziała Abby.

– Pierwsze płotki na drodze wdowieństwa już pani pokonała w dużym stopniu, więc trochę tej głupoty ma pani za sobą. Przeszła pani śmierć, czuwanie, pogrzeb, może pani oddać się teraz żałobie.

Śmierć. Pan Belmont unikał banałów i eufemizmów, podczas gdy Gregory rzadko kiedy kalał sobie usta prostą prawdą. Fanfaronada albo puste gadanie, o ile akurat nie sztorcował jakiegoś służącego.

Albo żonę.

– Czekam na to, żeby zaczęła się żałoba. – Abby przyjrzała się plasterkowi jabłka, które jej dziadek z uporem określał jako owoc drzewa poznania dobra i zła. – Czekam na łzy, smutek, coś głębokiego, ale wszystko, co czuję, to przygnębienie i… melancholia.

– Przypominam sobie, że prawie to samo powiedziałem mojemu bratu po śmierci Caroline. Nie ma złego sposobu, żeby przeżywać żałobę. Określiła pani związek ze Stoneleighem jako dość bliski, więc może brak namiętności w małżeństwie oszczędza pani namiętnej rozpaczy w żałobie.

Czy musi aż tak filozofować? Abby odłożyła jabłko na talerz.

– Być może o północy usiądę na łóżku, zdam sobie sprawę, że nie mam już męża, i poddam się histerii. – Znowu. To, co Abby miała teraz, to zmarły małżonek, zamordowany przy tym biurku.

Pan Belmont położył rękę na oparciu kanapy, w geście człowieka, który nie zniechęca się nieprzychylnymi uwagami.

– Czy martwi panią możliwość histerii, pani Stoneleigh?

Abby miała wiele, bardzo wiele zmartwień.

– Nie wiadomo, czy bardziej się martwić skłonnością do dramatu, czy też jej brakiem. Nigdy dotąd nie byłam wdową. Ach, co to za okropne słowo: wdowa.

Grymas na jego twarzy stał się mniej srogi, a bardziej gniewny. Co za człowiek ma cały słownik grymasów?

– „Wdowiec” brzmi równie niepociągająco – stwierdził. – Ale w oczach niektórych wdowieństwo nabiera blasku i towarzystwo wdowca staje się pożądane. – Ten blask nie zachwycał jednak pana Belmonta.

– Kobiety, które straciły mężów, rzadko są postrzegane jako należące do tej samej klasy co mężczyźni w tej samej sytuacji.

Może dlatego, że mężczyźni mogli i szybko żenili się ponownie. Jednak ta zdumiewająco rzeczowa rozmowa wydawała się Abby bezpieczniejsza niż stan oszołomienia, w jaki zanurzyła się, widząc ciało męża.

Albo strach.

Pan Belmont podał jej plasterek sera.

– Jeśli dziedziczy pani tę posiadłość, to będzie pani bogatą wdową. Majątek Stoneleigh jest piękny, dobrze prowadzony i duży jak na posiadłości w tej okolicy. Założę się, że wśród zgromadzonych gości znajdzie się paru nieżonatych dżentelmenów, chętnych, żeby jak najszybciej przejść nad żałobą do porządku; niektórzy nie będą pewnie nawet chcieli czekać trzech miesięcy.

Poczuł gniew na Gregory’ego, który zostawił Abby na pastwę owych dżentelmenów i ich kondolencji po latach sąsiedzkiej obojętności.

Odgryzła kawałek sera, znakomitego cheddara.

– Mówi pan na podstawie własnego, nieszczęśliwego doświadczenia.

– Tak jest. Mężczyzna, jak się sądzi, nie jest w stanie wychować własnych synów bez pomocy jakiejś kobiety, która ich nie zna i nie kocha.

Wielu nawet by nie próbowało.

– Żałuję, że nie mamy dzieci.

Pan Belmont przesunął herbatę Abby bliżej w jej stronę na tacy.

– Czy naprawdę chciałaby pani dzisiaj pocieszać siedmiolatkę, próbując tłumaczyć, dlaczego tata już nigdy nie zabierze jej na przejażdżkę i że śmierć to nie jest to samo, jakby ktoś zaspał?

Abby przyjęła drugą kromkę chleba z ręki pana Belmonta wraz z przekonaniem, że jego denerwująca uczciwość dodaje jej więcej otuchy niż wszystkie banalne wyrazy współczucia razem wzięte.

– Nic dziwnego, że pan się tak łatwo irytuje.

Strzepnął dłonie, ukazując mankiety koszuli, ku jej zaskoczeniu ozdobione koronką.

– Moja bratowa uważa, że zachowuję rezerwę, synowie twierdzą, że jestem zawodowo surowy. Brat powiada, że jestem zacofany, ale mu drogi, a moja zmarła żona nazywała mnie głupkiem częściej, niż może sobie pani wyobrazić.

Wielkie nieba, ta wyliczanka wywołała na usta pana Belmonta coś w rodzaju uśmiechu.

– Pański brat ożenił się ponownie? – Abby zadała to pytanie z ulgą marynarza we mgle, którego wiosła przypadkiem trafiają na suchy ląd.

– Ostatnio. – Pan Belmont podał jej kubek z herbatą.

Łyknęła trochę i odstawiła kubek. Pokręciła jednak głową, kiedy pan Belmont chciał jej podać plaster szynki.

– Jest pani blada jak zimowe niebo. Musi się pani wzmocnić.

– Potrzebuję przerwy w obżarstwie. – Abby przysunęła ciepły kubek blisko do siebie, obejmując go dłońmi. – Ostatnio nie jadłam wiele i mój żołądek ma lekkie problemy z trawieniem.

Jasne brwi opadły, układając się niemal w znak zapytania.

– Czy może pani nosić dziecko pogrobowca?

Jakże… śmiałe i smutne było to pytanie.

– Niemożliwe. – Zanim pan Belmont zdążył wybąkać przeprosiny, Abby natarła: – Och, proszę nie robić takiej miny. Nie byłam tego rodzaju żoną.

Zajął się podtrzymywaniem ognia na kominku, podczas gdy Abby zastanawiała się, jak zrozumiał jej słowa. Dzisiaj widocznie współczuł tylko wdowie, a nie prowadził śledztwa w sprawie morderstwa, więc pytania trzymał za swoimi pięknymi, białymi zębami.

– Pożegnam się teraz – powiedział, kiedy ogień rozpalił się na dobre. – Chciałbym odwiedzić panią w tygodniu i porozmawiać o tym, czego dowiedziałem się, przesłuchując wczoraj służbę; chciałbym także usłyszeć czytanie ostatniej woli Gregory’ego.

Podobnie jak Abby. Gregory złożył różne obietnice dotyczące testamentu, ale jego obietnicom, często pozornie szczerym, na ogół nie można było ufać.

– Testament powinien zostać odczytany w przyszłym tygodniu, po tym, jak Gervaise i Lavinia odpoczną po podróży z Londynu – odparła Abby, podnosząc się i odstawiając kubek. – Okazał mi pan niezwykłą dobroć, wyjątkową dobroć. Bardzo panu dziękuję.

Nie chciała, żeby odszedł, i nie mogła się doczekać, żeby się go pozbyć.

– Byłem jedynie uprzejmy – odparł. – Niektórzy mogliby nawet uznać, że nie za bardzo. Proszę się wyspać i wezwać mnie w razie potrzeby. Nie mówię tego zdawkowo.

– Na pewno nie, prawda? Jest pan szczerym człowiekiem, panie Belmont.

– I czeka mnie śledztwo w sprawie morderstwa.