Sedno życia - Katarzyna Kielecka - ebook
Opis

Co składa się na Sedno życia samotnej kobiety?
Edyta, zakompleksiona i zdystansowana trzydziestolatka, niechętnie przyjmuje od brata propozycję pracy. Nie przypuszcza, że pociągnie to za sobą kolejne zwroty i zburzy jej cenny spokój. Niespodziewana diagnoza lekarska i spotkanie przyjaciółki z dzieciństwa wyzwalają w zamkniętym świecie bohaterki lawinę zmian, która zdaje się nie mieć końca.
Czy kobieta stawi czoła problemom i spełni obietnicę?
Niezwykła powieść o szukaniu drogi do akceptacji siebie, o łamaniu wewnętrznych barier oraz o tym, jak trudno nauczyć się kochać.
W przygotowaniu Piętno dzieciństwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 543

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© Monkey Business, Africa Studio | stock.adobe.com

Redakcja

Justyna Nosal-Bartniczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2019

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2018

ISBN 978-83-66201-49-1

Kamilli i Oli

za niezachwianą wiarę w moje pióro.

Rozstąpiły się góry lodowe,

ciepły promień dosięgnął do dna…

A myślałam – nie zmrużę już powiek,

umrzeć nie chcę, a żyć – to nie ja.

Agnieszka Osiecka,Rozbieliły się…

PROLOG

Przez niemal trzy dekady nie czułam się nikim ważnym. Nie umiałam? A może nie chciałam? Łapałam się na rozważaniu, czy w ogóle istnieję… Wtedy dzwonił telefon lub przychodził mail, a z nim kuksaniec w bok i wiadro wody wylewanej na głowę. Szybko przestawałam mieć wątpliwości co do swojej obecności wśród żywych. Zabolało, więc jestem… Ha, ha! Owszem, Kartezjusz widział to jakoś inaczej, ale on z pewnością był ode mnie mądrzejszy. Umiał myśleć, a ja potrafiłam tylko dumać czy też snuć bezsensowne rozważania.

Miałam marzenia, choć głupio, bo bez wiary, że się spełnią. Nie dzieliłam się nimi. Sobą też się nie dzieliłam. Harmonia dusz? Bzdura! Nikt nie jest w stanie do końca zrozumieć drugiego człowieka. Po co zatem tracić czas?

Byłam tchórzem. Szybko rezygnowałam. Chowałam uszy po sobie. Brak pewności siebie czy może o nic ważnego nie musiałam walczyć? Wciąż spodziewałam się ataku, więc tkwiłam z nabitą bronią i jadem na podorędziu. To, jak widzieli mnie inni, miałam gdzieś. Udawałam? Przed światem czy przed sobą? Pewnie jedno i drugie. Myślałam, że nic dla nikogo nie znaczę, dlatego mało kto znaczył dla mnie cokolwiek. Ojciec twierdził, że jestem dzikusem i zawsze już będę sama. Nie tak jak Wojtek.

Tak, mam brata. Starszego o dwadzieścia minut i pewnie z tego powodu o całe niebo mądrzejszego. Już gdy byliśmy mali, radził sobie znacznie lepiej niż ja. Darł się wniebogłosy, jeśli coś było nie tak, jadł i spał, kiedy miał ochotę, a nie gdy mu kazano, i wiedział, czego chce. Wyznaczał cel, planował, działał i dopinał swego. W szkole brał udział we wszystkich poważnych przedsięwzięciach: został najmłodszym członkiem rady uczniowskiej w historii naszej budy i zbierał dziesiątki pucharów za wygrane turnieje szachowe. Ojciec pękał z dumy. Zawsze stawiał mi brata za przykład, jeśli już w ogóle raczył się do mnie odezwać. Mawiał, że córka się nie udała, ale przynajmniej syn nie przynosi mu wstydu. Owszem, mnie się po prostu wstydził. Nie dziwiłam się temu za bardzo. Sama siebie się wstydziłam.

Wojtek spełniał oczekiwania ojca. Nawet studia wybrał odpowiednie: finanse i bankowość, czyli strzał w dziesiątkę dla rodzica maklera. Gdzież ja mogłam się z nim równać z moją nieżyciową historią?! Już na drugim roku mój brat podjął pracę w banku. Nim skończył trzydzieści lat, cieszył się ogromnym poważaniem jako jedna z szych Future Banku w Łodzi. Odnosił sukcesy na wszelkich możliwych polach, bo nie tylko był przystojny, wysportowany i przy forsie, ale i ożenił się z piękną, długonogą kobietą z seksapilem i fantazyjnymi tipsami, które przyprawiały o zawrót głowy. Gdy inni faceci bezceremonialnie gapili się na tyłek Marzeny, mój brat wzruszał ramionami. Nie był zazdrośnikiem. To nie jego styl. Za mało logiczny.

Żona Wojtka oczywiście nie pracowała. Jej oficjalnego statusu hrabiny na włościach nie należy mylić z tak zwaną kurą domową gotującą, sprzątającą i ogólnie zatroskaną, bo to zupełnie inny gatunek. Moja bratowa urodziła bliźnięta. Nasz ojciec cieszył się z wnuków, bo doskonale dopełniały jego wizję życiowego sukcesu. Irracjonalnie uznał, że syn przez ten podwójny strzał świadomie zdecydował się na kontynuowanie rodzinnej tradycji. Mimo to nigdy nie widziałam, żeby dziadek zajmował się dziećmi albo chociaż z nimi rozmawiał. Nie wnikałam w to, uznając, że się nie znam. W końcu ze mną też raczej nie rozmawiał poza zadawaniem odwiecznych pytań, na które nie oczekiwał odpowiedzi.

Zatem… szczęśliwa rodzinka i tylko ja taka nieudana.

Edyta dzika, Edyta nudna, Edyta skryta.

– Jak ty wyglądasz? Dlaczego nic nie mówisz? Na co ci te durne studia? Nie masz za grosz ambicji! Edyta, czy ty się czasem czeszesz?

Edyta… Edyta… Edyta…

Od dziecka nie znosiłam tego imienia. Jest takie zimne i bez wyrazu. Ani go zdrobnić, ani nadać mu jakiegoś charakteru… Czasem myślałam, że właśnie przez imię wszystko idzie nie tak. Nawet nie wiem, kto je wykombinował. Kiedyś spytałam. Ojciec tylko spojrzał na mnie krzywo i bąknął, że nie pamięta.

Mam jeszcze drugie imię, a jakże: Barbara. Wymyśliła je ciotka – siostra ojca. Chyba też nie lubiła Edyty. Za to zaczytywała się w Panu Wołodyjowskim. Łudziła się, że nowe imię doda mi werwy. Dlatego mówiła na mnie Baśka. W jej wykonaniu brzmiało to sielsko i jakoś tak prawdziwie. Ojcu w życiu by Baśka nie przeszła przez gardło, bo po pierwsze uważał to imię za banalny i staromodny wybryk, a po drugie w ogóle nie tolerował żadnych czułości i zdrobnień. Natomiast mój brat wszelkie tego typu rozważania uważał za głupie, bo po co sobie głowę zawracać drugim imieniem, skoro posiada się pierwsze.

Wojtek zawsze dbał o konkret i twarde fakty. Jak ojciec. Ciotka bujała w obłokach. Nikt z nas nie wiedział, na jakiej siedzi chmurze. Kontrastowała ze mną ciepłem i otwartością. Ja – koło podbiegunowe, ona – okolice równika. Była jedyną osobą, której zdarzało się mnie przytulać. W dzieciństwie. Potem nie pozwalałam na to nawet jej, bo zwyczajnie nie lubiłam, żeby ktokolwiek mnie dotykał. Krępowało mnie to i budziło lęk, chociaż nie miałam pojęcia przed czym.

Wiedziałam o niej niewiele. Widywałam ją rzadko, bo chyba nie przepadała za ojcem. W ostatnich latach, jeśli już się pojawiała na rodzinnych spotkaniach, uwagę i czas poświęcała bliźniakom Wojtka. Lubiła dzieci. Raczej powinna, skoro uczyła w szkole. Czasem jej zazdrościłam, gdy Jagoda i Maks śmiali się, wchodząc na jej kolana. Innym razem zazdrościłam maluchom. Zwykle jednak starałam się nie patrzeć. Dzieci okropnie zakłócają spokój.

Ciotka to stara panna. Tak się mówi o kobietach, których nigdy nikt nie chciał albo o takich, które nikogo nie chciały, aż zrobiło się za późno na cokolwiek. Bo to chyba za późno, gdy mija półwiecze? Ojciec został sam ledwie po roku wczesnego małżeństwa, z kilkumiesięcznymi bliźniakami na głowie. Nie zdradził nam szczegółów związanych ze śmiercią matki. Mówił o niej mało, jeśli w ogóle. Jedyne, co nam zostało, to kilka zdjęć i miejsce na cmentarzu, gdzie raz w roku przynosimy znicze i kwiaty. Bo tak trzeba.

Nie znałam matki. Nie zdążyłam jej pokochać, kiedy żyła. Ojciec zaś nie zadbał o to, żebym pielęgnowała wspomnienie o niej. Skądś pojawiła się na chwilę, żeby dać nam życie, i zniknęła bez śladu, prawie bezimienna, prawie bez wyrazu, bez emocji. Czasem przebiega mi przez głowę myśl, że kiedyś to była kobieta z krwi i kości, że mogła mieć uczucia i nadzieje, szaleńczo kochać ojca i cieszyć się, że została matką. Może nas też kochała i wcale nie chciała odejść, tylko nie miała wyboru… Żeby się nie dręczyć, na co dzień przyjmowałam prostą wersję wydarzeń, że jej nie ma, nie było i koniec. Dała początek mojemu istnieniu i sprawa zamknięta.

W sumie całe życie jest z góry zamkniętą sprawą. Wszystko już było – rzekł ben Akiba, a to był łebski rabin. Prochu nie wymyślę, więc nie ma się czym ekscytować.

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Nadeszła kolejna w życiu pierwsza sobota miesiąca. Zgodnie z nie wiadomo po co kultywowanym zwyczajem, mieliśmy obowiązek stawiać się w tym dniu na obiad rodzinny u Wojtków. Ojciec wymyślił lata temu, że raz w miesiącu w tym właśnie terminie koniecznie musimy się spotkać, by spędzić ze sobą co najmniej trzy kompletnie pozbawione sensu godziny. A kiedy człowiek nauczy się działać jak automat, to tak żyje i nawet nie chce mu się buntować. Tradycja trwa niezagrożona.

Ojciec oczekiwał, że chociaż w te soboty będę elegancka i wytworna, skoro już nie potrafię być piękna i interesująca. W jego wzroku dawało się dostrzec nieco pogardliwe rozczarowanie. Nie wysilałam się. W końcu obiad to nie bal.

No jasne: gdyby chodziło o bal, pewnie bym wcale nie poszła.

Omiotłam wzrokiem mieszkanie i zatrzymałam się na lustrze. Spojrzała na mnie niezadowolona, skrzywiona gęba bez wyrazu. Blada skóra z miliardem wnerwiających piegów, które sprawiały, że permanentnie czułam się jak muchomor. I jak on miałam ochotę truć. Dostrzegłam małe brązowe oczka patrzące ponuro na świat, a nad nimi średnio uporządkowane brwi, zadarty, zupełnie niepasujący do mojego charakteru nos i żabie, wiecznie nabzdyczone i milczące usta. Najgorsze do przyjęcia było to, co szalało nad niskim czołem. Niewiele odbiegało od kołtuna. Miałam długie i gęste jak u ciotki włosy, które jednak nie dawały mi szans na upięcie w tak gustowny, gładki koczek, jaki ona zwykła nosić. Za dużo tego, za bardzo wiło się w każdą stronę, zbyt intensywnie żyło własnym życiem niczym stado oszalałych sprężyn. Koczkodan to ja. I jeszcze, jakby wszystkiego było mało, te pokręcone mendy połyskiwały miedzią! Nie aż tak jak marchewka, ale niezaprzeczalnie były rude. Nie wiedziałam, kto z naszych przodków sprezentował mi tak cudowne geny, mimo to czułam wyraźnie, że po wsze czasy będę mu za to wdzięczna. Na co dzień w ogóle się nie malowałam, wychodząc z założenia, że z… wiadomo czego bata nie ukręcisz.

Zostało jeszcze parę godzin do wyjścia, więc z nudów sięgnęłam po kosmetyczkę. Nawet nieźle wyposażoną w same nietrafione prezenty od kochanej rodziny. Przecież każdy wie, że nic mnie tak bardzo nie ucieszy jak kolejny tusz do rzęs pod choinką.

Po dwóch kwadransach spoglądałam z zaciekawieniem w lustro na całkiem nie swoją twarz. Spróbowałam się uśmiechnąć. Wyszedł z tego dziwny grymas. Nic to, spróbujmy dopasować do tej gęby resztę. Zajrzałam do szafy w przedpokoju. Wisiały tam zaledwie trzy kiecki, które nabyłam w chwilach lekkomyślnej rozrzutności. Zaczęłam przymierzać jedną po drugiej, wpychając stopy w jedyne szpilki, jakie posiadałam. Sukienki były krótkie i wyraźnie eksponowały kolana. Niech będzie. Tu akurat nie mogłam się czepiać. Nawet mnie to rozbawiło: smukłe i silne nogi plus zdrowe i mocne zęby – całkiem jak dorodna klacz. Prawdziwa gratka dla koniokrada.

Pomalowałam paznokcie na czerwono i przemaszerowałam po pokoju kilka razy w każdej stylizacji, po czym znudziła mnie ta rozrywka. Wytknęłam język tej obcej babie z lustra i poszłam do łazienki umyć twarz. Chciało mi się płakać. Bez sensu.

Starłam lakier z paznokci, pochowałam niepotrzebne szmatki do szafy, a na koniec wcisnęłam się w ulubione dżinsy i zwykły błękitny sweter: gładki, bez żadnych głupot, wzorków, napisów, manifestacji i przekazów. Włosy zostawiłam w spokoju. Niech robią, co chcą. Rozczesałam je tylko, żeby nie zachęcały ptaków do założenia w nich gniazda. Ze spokojem oceniłam wynik walki. Tak, to ja. Normalna. Wróć! Nie tyle normalna, co zwyczajna. I tak ma być. Cisza i spokój. Czas na kawę.

Zaprzyjaźniłam się z ekspresem. Gadałam do niego, czasem nawet się z nim kłóciłam, jednak zawsze się godziliśmy, bo kawę piłam nałogowo, zwykle siedząc w ulubionym bujanym fotelu stojącym w rogu pokoju szumnie nazywanego salonem. Ten fotel to jedyny mebel, który sama sobie kupiłam. Całą resztę dostałam od ojca zaraz po maturze. Oboje z bratem otrzymaliśmy identyczne – bliźniacze – urządzone już mieszkania na tym samym blokowisku. Ojciec zaszalał. Dzięki temu mógł pozbyć się nas z domu, żeby spokojnie i bez skrępowania gościć kolejne kobiety albo stłumić wyrzuty sumienia, że nigdy nas nie kochał. Wojtek już kilka lat temu przeniósł się do wypasionej chawiry, bo to znacznie lepiej pasowało do wizji dyrektora banku z żoną i dziećmi, a mieszkanie chyba wynajmował. Byłam pewna, że ja w moim zostanę na zawsze, bo niby gdzie miałabym pójść?

Moje lokum urządzono w chłodnych, stalowoszarych barwach. Ściany, teoretycznie białe, teraz lekko się już przykurzyły. Podłogę pokryto bardzo praktyczną terakotą. Niestety nawet latem potwornie ciągnęło po nogach. Ojciec zamówił oszczędne w formie, nowoczesne i funkcjonalne meble. Tylko fotel burzył klimat i estetykę wnętrza. Wypatrzyłam go w jakimś sklepie z antykami. Idealnie do siebie pasowaliśmy – ja i ten stary rupieć – kiedy zwijałam się w kłębek w towarzystwie książki i kawy. Pomijając fotel, moją obecność w mieszkaniu można było poznać po szumie ekspresu, rozgrzebanej pościeli w sypialni i kartonach wypełnionych książkami w trzecim, całkowicie niepotrzebnym pokoju. Poza tym żadnych okruszków, żadnych kółek po kubkach na stole, żadnych garów w zlewie. Zresztą nikt tam poza mną nie bywał, więc nie miało prawa się brudzić.

Książki czytałam pasjami. Głównie historyczne, popularnonaukowe i publikacje typowo uczelniane, rzadziej powieści, chociaż takiego Sienkiewicza czy Hugo łykałam zawsze z przyjemnością. Jak espresso. To hobby, uzależnienie i ucieczka. Zwłaszcza ucieczka.

W ową sobotę, gdy wybiła czternasta, umyłam kubek, wskoczyłam w wygodne, sportowe buty, narzuciłam lekką jesienną kurtkę i zamknęłam starannie drzwi na klucz. Załadowałam się do toyoty yaris – kolejnego prezentu od ojca, tym razem otrzymanego na okoliczność ukończenia studiów, z których wcześniej przez pięć lat przy każdej okazji kpił. Bardzo lubiłam to srebrne pudło. Dzięki niemu unikałam tłoku w tramwajach, poza tym woziło mnie pokornie w ukochane Tatry, kiedy tylko czułam potrzebę ukojenia nerwów samotną włóczęgą po szlakach.

Tego dnia pojechałam na ulicę Giewont, która z Tatrami korelowała jedynie nazwą. Tam właśnie, na klimatycznym osiedlu Stoki, stał bunkier Wojtka: potężne, piętrowe domiszcze otoczone betonową zeribą, by nikt nieproszony się nie przedarł. Bywałam proszona, więc przedzierać się nie zamierzałam. Sami mnie wpuszczali, diabli wiedzą po co.

Wszystkie te sobotnie obiadki wyglądały tak samo, więc nikt nie oczekiwał atrakcji. Tym razem jednak w moją spokojną egzystencję, nastawioną jedynie na możliwie bezbolesne przetrwanie popołudnia, wdarło się coś nowego.

Siedzieliśmy zwyczajnie przy stole: ojciec ze swoją Jolką, Wojtek z Marzeną, dzieci, ciotka i oczywiście ja. Panowie jak zwykle w garniturach i pod krawatami. Zawsze na posterunku, z telefonami po prawej stronie talerza. Bo gdyby coś… Ot, koszty rangi i stanowiska. Te napuszone, wiecznie dzwoniące komórki to jakby przedłużenie ich mózgów. Bez nich by nie istnieli. Elektroniczne powiernice, o które ciężko czuć zazdrość, chociaż kobiety z krwi i kości pozostają przy nich bez szans.

Marzena przyjęła gości w czarnej kiecce i z czarnymi pazurami, na końcach których migotały po dwie złote gwiazdeczki. Takie same zdobiły jej kolczyki i łańcuszek na opalonej szyi. Dopracowana fryzura z długich i idealnie gładkich włosów tak czarnych, że zdawały się stanowić komplet z sukienką i tipsami, oraz staranny makijaż dopełniały idealnego obrazu kobiety, żony i matki. Nikogo nie dziwiło zestawienie jej wyglądu ze stołem wypełnionym domowymi frykasami i z wymuskanym obrazkiem czystych, wypielęgnowanych dzieci. W tym objawiała się magia posiadania pani Krysi – gosposi i opiekunki. Urządzenie dwa w jednym, prawie tak niezawodne jak smartfon. Wystarczy jedynie odpowiednio zarządzać domowym budżetem. Wojtka było stać, bo odpowiednio zarządzał. Proste.

Obok Marzeny usiadła aktualna flama – o, pardon – narzeczona ojca. Jego związki przemijały zwykle w rytmie następowania po sobie pór roku i nie przywykłam się do nich przywiązywać. Wszystkie wybranki były takie same, mówiły to samo i chodziło im o to samo. Różniły się tylko imionami. Od wczesnego dzieciństwa zlewały mi się w jedno pasmo sukienek, perfum i fryzur. Jolkę widziałam chyba już trzeci raz, więcistniała szansa, że ostatni. Kobieta miała na sobie srebrną, lśniącą kieckę ledwo zakrywającą kuper i równie świecący manicure. Z uszu zwisały jej tak długie kolczyki, że ich ostre końce musiały ranić nagie ramiona. Na szczęście nie dostrzegłam krwawych szram. Jolka zatopiła się w zajmującej rozmowie z Marzeną. Nie wiem o czym. Nie słuchałam. Pewnie i tak nie miałabym nic do powiedzenia. Obie były w tym samym wieku i pasowały do siebie. Ja niby podobnie, ale urwałam się chyba z innego stulecia albo z innej planety czy wręcz galaktyki. W zasadzie nie znałam tych dwóch kobiet. Nie miałam ochoty tego zmieniać.

Ojciec i Wojtek także zdawali się pogrążeni w pasjonującej dyskusji na temat wahań stawki WIBOR w ostatnich miesiącach. Mężczyzn odróżniał tylko kolor włosów, który u ojca z ciemnego przechodził w siwiznę. Obaj wysocy, postawni, barczyści, gładko ogoleni, z twardym, wyrazistym spojrzeniem i agresywną męską urodą. Ciacha nad ciachami! Kobiety, patrzcie i mdlejcie!

Po drugiej stronie stołu siedziała ciotka z imponującym kokiem siwiejących blond włosów i uprzejmym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Ubrana elegancko, choć skromnie w lekki szary kostium, z delikatnym makijażem i widoczną ciągle urodą, która sama z siebie postanowiła pospierać się z jej wiekiem. Co jakiś czas bliźnięta pochylały ku niej swoje ciemne główki, a ciotka z niezwykłą cierpliwością pomagała im zapełniać kolorowanki. Dzieci zawsze lgnęły do ciotki, bo znacznie chętniej od ojca poświęcała im czas, więcej niż matka rozumiała i zwyczajnie się nimi interesowała, traktując bardzo poważnie ich drobne, dziecięce problemy. A ja… Nawet nie pamiętałam, ile mają lat. Wiedziałam, że kilka.

Przycupnęłam obok ciotki. Jak zwykle nie pasowałam do tego stołu, do eleganckiej zastawy, z której już parę razy zdarzało mi się coś potłuc, do tych smartfonów, garniturów i pazurów. Najchętniej poszłabym pomóc pani Krysi. Tylko znowu byłoby gadanie, że nie umiem się dostosować. Siedziałam więc, milczałam i bezmyślnie gapiłam się w telewizor, dłubiąc widelcem w talerzu.

– Ciii! – syknęła nagle Marzena z niespotykaną u niej energią. – Zaczyna się.

– Też oglądasz? – Jolka się ożywiła, zerkając na ekran. – Zajefajny serial!

– Każdy to ogląda! Każdy! – podniecała się Marzena. – A najlepszy jest ten stary. Ten… Cholera, mam na końcu języka!

– Zawada! – podpowiedziała Jolka gwałtownie. – Piotr Zawada. Słyszałaś, że poderwał laskę z planu?

Obie damy plotkowały niby lekko, mimochodem, lecz nic nie było w stanie ukryć ich kołtuńskiej ekscytacji. Oczy zdradzały wszystko. Z obrzydzeniem odwróciłam twarz w drugą stronę. Ciotka zerwała się z krzesła i zniknęła za drzwiami łazienki. Lekkie zaskoczenie zmieszało moje ospałe z odrętwienia emocje.

– A wiecie, że razem z ciotką poznaliśmy kiedyś tego Zawadę? – rzucił ojciec. – To było na nartach jeszcze przed maturą. Moja siostra się w nim podkochiwała – dodał z wyczuwalną ironią.

– Niemożliwe! – Marzena zainteresowała się gwałtownie. – Przecież ona jest an-ty-fa-ce-to-wa. Zastanawiam się nawet, wiecie, czy nie jest po prostu lesbijką.

– Nie ekscytuj się. To nie twoja sprawa. – Mój brat przywrócił żonę do porządku.

Natychmiast zamilkła.

– A on co? – pytała Jolka.

– Co on co? – mruknął Wojtek zdezorientowany.

– Ten Zawada co? Chyba nie kochał się w waszej nobliwej cioteczce? – doprecyzowała Jolka.

Ojciec wyciągnął paczkę papierosów i zapalił. Rzadko robił to przy stole. Tym razem widocznie uznał, że mu się należy. Popatrzył na nas z błyskiem rozbawienia w oczach i powiedział:

– Otóż on też się w niej kochał!

– Skąd wiesz? – przerwała mu wybranka. – Chodzili ze sobą? Czy tam bujali się? Bo tak się chyba mówiło w tamtej erze.

No, Jolu kochana, brawo. Próbujesz być dowcipna. Zatem masz mózg. Rzuciłam w jej stronę miażdżące spojrzenie, po czym z uwagą i niepokojem utkwiłam wzrok w ojcu. Znałam tę historię. Dowiedziałam się o niej zupełnie przypadkiem dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam w rodzinnym domu. Orientowałam się tylko w zarysach dramatu. W każdym razie tak mi się zdawało.

Nastoletnia wtedy ciotka zakochała się w chłopaku poznanym podczas ferii zimowych w Karpaczu. Przez cały pobyt krążyli wokół siebie jak oszalałe satelity. Dopiero pod koniec odegrali romantico w plenerze, całując się pod Kruczymi Skałami i zalewając falą wzajemnych wyznań. Ponieważ wciąż byli gówniarzami skazanymi na łaskę i niełaskę rodziców, a w dodatku on przyjechał z Wrocławia, a ona z Łodzi, po feriach mogli tylko pisać do siebie listy. Pisali. Całymi miesiącami. Mam na myśli prawdziwą korespondencję. Nie maile czy czaty. Listy były papierowe, ręcznie kaligrafowane. Takie, co to na nich krew, pot i łzy. Takie, które możesz przytulić do serca albo wepchnąć pod poduszkę, na które czeka się jak na pierwszą gwiazdkę lub na wiosenne kwiaty. Nie możesz niczego przyspieszyć. Wiesz, że przyjdą. Wystarczy poczekać… Prawdopodobnie nikt dziś już takich nie pisze i nikt tak nie czeka. Ciotka czekała. Gnała każdego dnia ze szkoły, żeby dopaść do skrzynki na listy pierwsza i zachować dla siebie ten niewinny przecież, choć intymny sekret. Wyjmowała kopertę, pędziła na strych i tam godzinami czytała wciąż od nowa i odpisywała, kawałek po kawałku, akapit po akapicie, jakby prowadziła cichą rozmowę w cztery oczy. Wiedziała, że to pisanie i czekanie mają sens, że wystarczy zdać maturę, przetrwać bzy, jabłonie i całą tę cholerną wiosnę, a wtedy on przyjedzie. Wszystko mieli zaplanowane: studia w Łodzi i wspólne życie. Sielanka. Bajka. Banał…

Tymczasem pewnego dnia tuż przed maturą skrzynka świeciła pustkami. To był kompletnie pozbawiony sensu czwartek. Po nim nadszedł równie beznadziejny piątek i cały długi bezpocztowy weekend. Nigdy więcej nie przyszła żadna wiadomość. Ani po niedzieli, ani po tygodniu, ani po maturze. Listy słane przez nią wróciły z adnotacją „adresat nieznany”. Młode i niedoświadczone serce dziewczyny rozpadło się na milion kawałków.

Nie robiła głupot. Nie zalewała się łzami, nie zaczęła pić na umór, tarzać w rozpuście ani gryźć nocami poduszkę. Studia skończyła z wyróżnieniem i z wielkim zapałem oddała się nauczaniu języka polskiego w szkole. Nie spotykała się z nikim, nie podrywała, nie flirtowała, nie romansowała. Nie chciała też o tym rozmawiać, dlatego świat wokół niej porósł warstwą dziwnych, mniej lub bardziej nieprawdopodobnych plotek. Ciotka przez lata zbierała w drewnianej skrzynce w góralskie wzory wszystkie artykuły dotyczące znanego z telewizyjnych seriali i licznych podrywek aktora. Pod stosem starych gazet leżał plik listów. Zdarzyło się raz, że pamiątki wpadły w moje ręce i to, co zdążyłam przeczytać, zanim takt i sumienie dały mi po łapach, wryło się głęboko w moją pamięć i kazało otoczyć krewną irracjonalną aurą szacunku, troski i dyskrecji. Nie wiedziała, że znam jej sekret. Był u mnie bezpieczny.

Otrząsnęłam się ze wspomnień. Ojciec zdążył już wprowadzić wszystkich w temat. Poluzował krawat, dolał sobie do szklaneczki ulubionej whisky, zaciągnął się dymem i kontynuował:

– Nie byłem ślepy… Zwietrzyłem romans. Potrafiłem dodać dwa do dwóch, a reszty się domyślić. Któregoś razu pierwszy dopadłem do skrzynki i miałem dziki ubaw z jego listu miłosnego. Ziało żałosnym patosem, więc żeby nie było tak mdło i nudno, zacząłem mu odpisywać jako ona. Tylko wiecie, z większym jajem i znacznie pieprzniej. Po trzecim przechwyconym liście chyba się przestraszył. Przestał się odzywać i popsuł mi zabawę.

Poczułam do ojca gigantyczną, nieposkromioną odrazę. Jolka i Marzena zaśmiewały się do łez. Niezły numer wywinął! Boki zrywać! Wojtek siedział bez słowa, udając, że go to nie interesuje. Z jego twarzy, jak zwykle, nie dało się wyczytać absolutnie nic. Nagle w ciszę domu wdarł się huk trzaskających wejściowych drzwi.

– Wyszła? Może usłyszała? – zaniepokoiła się bratowa.

– No to co? – Ojciec wzruszył ramionami. – Ludzie, to było wieki temu!

Poczułam, że mam dość. Draństwo nie ulega przedawnieniu. Wstałam od stołu i bez słowa ruszyłam w ślady ciotki. Nie wierzę w wielką miłość po grób, w bajki ani w szczęśliwe zakończenia, jednak skoro ciotka wierzyła, mój ojciec nie miał prawa jej tego psuć, zwłaszcza że ożenił się zaledwie rok później.

Na podjeździe dopadł mnie Wojtek.

– Zamierzasz za nią lecieć? – spytał.

– Nie. Za to ojca nie chcę znać.

– Trochę dołożył do pieca, fakt, tylko że to nic nie zmienia. Ta sprawa jest pozamiatana.

– Dlaczego mu nie wygarnąłeś? – rzuciłam z pretensją. – Dlaczego nigdy nie tupniesz nogą, gdy robi coś nie tak?

– A ty?

– Bo ma mnie w nosie. Przecież nie posłucha. Nie widzi we mnie człowieka.

– We mnie też nie. Uwierz, Edyta. To po prostu bez sensu – oświadczył obojętnym tonem, po chwili znacznie energiczniej dodając: – Słuchaj, ja nie o tym. Chciałem pogadać o twoich wynikach sprzedażowych.

– Teraz? – jęknęłam. – Jest sobota…

– No właśnie. Dlatego mamy czas. Zapraszam do mojego gabinetu.

Zrezygnowana niechętnie poczłapałam z powrotem w stronę domu.

Rozdział 2

Tak, ja też pracowałam w banku.

W sumie nie wiem dlaczego. A nie! Wiem!

Skończyłam historię. Po obronie jedyną opcją była praca w szkole, a tego stanowczo nie chciałam. Banda rozwrzeszczanych bachorów to towarzystwo nie dla mnie. Wojtek załatwił mi miejsce w jednej z placówek swojego banku i tak zostałam panią z okienka. Po kilku latach nadal siedziałam w tym samym miejscu, w tej samej placówce, a brat został moim szefem. Nie bezpośrednim, bo rezydował o ładnych kilka stołków wyżej w machinie korporacyjnej hierarchii. Górował nad obsługą klienta.

Czego mógł zatem chcieć od takiego szaraczka jak ja w to piękne sobotnie popołudnie?

Przeszliśmy do ziejącego nowoczesnym chłodem gabinetu. Wojtek uciekał tam, ilekroć chciał ukryć się przed rodziną. To prawdziwa jaskinia lwa, do której nie wpuszczał byle kogo. Byłam tam pierwszy raz. Poczułam, że kopnął mnie zaszczyt.

Rozejrzałam się po wnętrzu, w którym kłująca w oczy biel kontrastowała z ciemnym brązem niemal graniczącym z czernią. Wszystko urządzono w formie bardzo prostych, praktycznych, kanciastych i lśniących brył: biurko, regały, nawet krzesła. Drzwi w głębi prowadziły do dalszego pomieszczenia. Nie zdziwiłabym się, gdyby trzymał tam ze trzy sejfy i parę sztabek złota. Chyba był materialistą ze skłonnością do luksusów. Prostych luksusów, bo zamiłowania do przepychu wcale u niego nie zarejestrowałam. Już bardziej u Marzeny.

Jedyny obły kształt w gabinecie stanowił ogromny, podświetlany globus ustawiony na stoliku w kącie. A, i jeszcze szachy. Duży drewniany zestaw jak z Cepelii albo z Sukiennic stał rozłożony na biurku obok laptopa. Ewidentnie w połowie rozgrywki. Tak, szachy pasowały do Wojtka. Grywał od dziecka. Były rozsądne i logiczne jak on. A globus? Zdziwił mnie nieco, chociaż nie na tyle, żeby chciało mi się pytać, zwłaszcza że brat nie dał mi szansy.

– Jak to robisz, że niezależnie od limitów, promocji i innych dupereli masz zawsze najlepsze wyniki sprzedażowe w zespole? – zaatakował, przestawiając białego skoczka na szachownicy.

– Nie wiem – odpowiedziałam zaskoczona. – Pewnie przypadek.

– Daj spokój. Jaki przypadek, skoro tak jest co miesiąc? – zapieklił się, przysiadając tyłkiem na biurku i splatając ręce na piersiach. – I to nie tylko u was. Nawet nie tylko w Łodzi. Przekopałem dane z ostatnich trzech lat.

– No to się narobiłeś, biedaku – mruknęłam z udawaną troską, przycupnąwszy skromnie na krześle. – Rozumiem, że mam być mniej wydajna? Nie widzę problemu. Włączę tryb olewania i będzie git.

– Nie pajacuj. Nie o to chodzi. – Wielki pan szef się zirytował. – Bez sensu byłoby nic z tym nie zrobić. Trzeba to wykorzystać. Musisz zebrać wszystko do kupy i powkładać innym do głów.

– Czyli?

– Poprowadzisz szkolenia sprzedażowe. Przy okazji odwalisz badania motywacji pracy zespołu. I tak mieliśmy je w planach. Dostaniesz gotowe formularze.

– O nie! Nie ma mowy! – zjeżyłam się. – Do tego to ja się nie nadaję. Nie potrafię.

– A tam, pieprzenie. Potrafisz. Spisz w punktach przebieg rozmowy z klientem. Dokładnie, ze szczegółami, włącznie z tym, jak formułujesz zdania albo drapiesz się po nosie. Osobno dla wszystkich produktów. Potem to rozwiń w takie drzewko. Co mówisz, jeśli klient reaguje w dany sposób, a co wtedy, gdy inaczej. Z konkretnymi przykładami i cytatami, Zrób z tego skrypty. Niebawem wyznaczę terminy pierwszych szkoleń. Najpierw w twoim oddziale, a potem zobaczymy… Może w innych też. Zależy, jak sobie poradzisz.

– A jeśli nie chcę?

– Przykro mi, ale w umowie o pracę masz zapisane wykonywanie poleceń przełożonych. W tym także moich. Poza tym to dla ciebie szansa na rozwój. Zmiany są w życiu potrzebne. Proponuję nastawić się pozytywnie i nie marudzić.

– Niech cię szlag.

– Ja też ci życzę jak najlepiej.

– I dlatego koniecznie musisz zadbać o to, żebym oszalała do reszty?

– Bez przesady. Nie histeryzuj. Dostaniesz na to czas i miejsce już w przyszłym tygodniu. Nie zamierzam okradać cię z twoich cennych prywatnych godzin. Dość siedzenia na dupie za wygodną barykadą w placówce. Bierzesz się do roboty! I pamiętaj, że liczę na ciebie, bo to mój pomysł. Odpowiadam głową za jego wdrożenie – zakończył korporacyjny bełkot, odwrócił się do mnie plecami, ruszając czarną wieżą, i ogłosił, że ma króla w szachu.

To by było na tyle, jeśli chodzi o wygodną, rutynową i doskonale nudną pracę, do której od lat przywykłam. Idealnie do mnie pasowała. Choć pozornie miałam kontakt z ludźmi, moje zajęcie dawało możliwość izolowania się od wszelkich głębszych relacji. Dla setek klientów siadających każdego dnia na krzesełku po drugiej stronie mojego biurka byłam tylko maszyną – bezimiennym klockiem wchodzącym w skład pojęcia „bank”. Dla mnie stanowili jednolitą, szarą masę, która przewijała się bez śladu, pozostawiając po sobie wędrujący mozolnie w górę wykres mojego wyniku sprzedażowego za dany kwartał. Pod tym względem pasowaliśmy do siebie. Ja miałam ich w nosie, a oni zlewali mnie. Jedyne, co na chwilę nas łączyło, to wniosek kredytowy albo umowa o prowadzenie rachunku.

A ten mi tu wywraca system do góry nogami i chce, żebym mu prowadziła jakieś durne, wielogodzinne szkolenia, na których wszyscy będą się na mnie gapić i zadawać idiotyczne pytania. Już pomijam, że potraktują mnie jak wroga za samą próbę zmuszenia ich do czegoś innego niż to, do czego przywykli. W korporacji nikt nie lubi zmian.

– Jak ja nienawidzę tej roboty! – zrzędziłam w drodze do domu, lecz słyszała mnie tylko toyota. – Cholera, nie znoszę jej prawie tak, jak pracy w szkole. Powinnam zostać pasterzem owiec na jakiejś trudno dostępnej hali, a najlepiej kozicą górską. Kozicą samotnicą.

Oczywiście przygotowałam te idiotyczne skrypty. Moja asertywność była odwrotnie proporcjonalna do zdolności sprzedażowych. Popsioczyłam pod nosem, po czym przesiedziałam tydzień przy biurku w centrali na niedostępnym dla klientów tak zwanym open space. Uznałam, że to nawet wygodne, bo dało mi możliwość korzystania z lepszego ekspresu do kawy przeznaczonego dla wyższych rangą pracowników. Dopóki nikt do mnie nie przyłaził na bezsensowne pogaduszki, dopóty pracowałam we względnym spokoju.

Skrypty zaakceptowano i przydzielono mi z wydziału szkoleń opiekuna dla ociężałych umysłowo i początkujących coachów. Pod jego czujnym okiem w kolejnych dniach mozolnie tworzyłam plany i konspekty instruktażu. Urobiłam się jak zwariowana mrówka, bo na nic się tu zdała znajomość oferty dla klientów detalicznych. Należało odwalić pracę koncepcyjną i myśleć. A myślenie boli.

Pierwsze szkolenie przeżywałam potwornie. Bałam się, że ludzie mnie wyśmieją, zhejtują i totalnie oleją. Wypiłam hektolitry kawy i pewnie dlatego było mi ciągle niedobrze. W sali naprzeciwko mnie siedziały cztery osoby, z którymi widywałam się codziennie, lecz niemal nigdy nie zamieniałam choćby zdawkowych zdań o pogodzie. Zawsze pozowałam na milczącego buca. Tymczasem teraz musiałam nawiązać nić porozumienia na bazie znienawidzonych przez wszystkich limitów sprzedażowych. Z ich strony zaczęło się spodziewanym i standardowym: „Przecież to tylko wciskanie ludziom kitu, w dodatku natrętne. Nic rewolucyjnego nie wymyślisz” oraz „O Jezu, znowu to samo!”.

Poczułam, że zdecydowanie i żywiołowo nienawidzę własnego brata.

Zdusiłam w sobie stres oraz barwne przekleństwa i zaczęłam ze współpracownikami zwyczajnie rozmawiać o tym, czego nie lubimy w tej robocie. Wylaliśmy na Wojtka solidne wiadro treściwych pomyj, a po godzinie już tylko ja się produkowałam. Oni słuchali. Z każdym kolejnym kwadransem wydawali się coraz bardziej zainteresowani i zadowoleni.

– Cholera, tak na to nie patrzyłem – mruknął na koniec jeden z nich, nawet sympatyczny z facjaty blondyn, a reszta mu skwapliwie przytaknęła.

Czułam, że mogę nieśmiało otrąbić pierwszy sukces.

Jakiś czas później, gdy przypadkiem przechodziłam obok pomieszczenia socjalnego, ten sam koleś, popijając kawę, plotkował z pozostałymi kursantami. Do moich uszu dotarło zaskakujące stwierdzenie:

– Wiedzieliście, że to taka kontaktowa dziewczyna? Błyskotliwa i z poczuciem humoru. W dodatku jest na czym oko zawiesić. Ciekawe, dlaczego zwykle chodzi taka nadęta.

Pomyślałam, że chyba ciężko zaszkodziła mu kofeina. Mimo to jego słowa wryły mi się w pamięć. Od tej chwili starałam się być bardziej wyluzowana. Chociaż wciąż nie tryskałam zachwytem, nadzwyczaj szybko przyzwyczaiłam się do nowej formy wykorzystywania mnie w pracy. Coraz bardziej doceniałam zmiany, jakie Wojtek mi zafundował, bo miałam więcej swobody i czasu. Prowadziłam spotkania warsztatowe w małych grupach, a potem asystowałam przeszkolonym podczas ich pracy, żeby sprawdzić, czy skutecznie stosują się do omówionych procedur obsługi klienta. Na koniec zbierałam wyniki i wpisywałam wnioski w niekończącą się górę formularzy oraz plików. Mogłam przyjść później, wyjść wcześniej, a czasem nawet popracować nad dokumentami w domu. Kiedy każdy pracownik placówki zaliczył już przyjemność wysłuchania moich bredni, Wojtek znów wezwał mnie na rozmowę, tym razem w firmowej przestrzeni biurowej.

– Zrobiłam, co mi zleciłeś. Czy już mogę wrócić do normalnej roboty? – spytałam wprost, oglądając z dyrektorskiego okna na szczycie biurowca panoramę miasta w trakcie rewitalizacji.

– Nie ma mowy! – wypalił. – Jesteś świetna! Wyniki, może i ślamazarnie, ale idą w górę. Wdrożysz swoje procedury we wszystkich łódzkich placówkach. Jeśli się postarasz, zaczniesz jeździć dalej.

– O niczym innym nie marzę. Mamy jakąś placówkę na niedostępnych zboczach Zawratu? Albo chociaż gdzieś na Sokolicy? – szydziłam. – Jeśli tak, jadę od razu.

– Cieszę się, że tryskasz humorem. Będę pamiętał, że marzą ci się takie wojaże. Najpierw jednak podpiszesz nową umowę o pracę, bo zmieniasz stanowisko. Zgłoś się jutro do kadr. Przy okazji dadzą ci skierowanie na badania okresowe, bo masz podobno jakieś braki w tym temacie. Migałaś się czy coś.

– Bujaj się. Mam nadzieję, że dałeś mi podwyżkę. Jeśli nawet nie za te twoje szkolenia, to jako rekompensatę za badania, na które chcesz mnie wysłać.

– Na to nie licz – orzekł, puszczając do mnie oko. Wstał i otworzył drzwi swojego gabinetu, sugerując, że audiencja skończona.

Zgodnie z rozkazem nazajutrz udałam się do kadr. Ochoczo podpisałam umowę, bo jednak uwzględniała podwyżkę. Odebrałam skierowanie na cholerne badania i niemrawo poczłapałam przez jesienne błoto w kierunku kliniki.

Byłam wściekła jak diabli. Nie znoszę konowałów. Nienawidzę badań, wkłuć, mierzenia ciśnienia, a nawet osłuchiwania. Na widok krwi robi mi się niedobrze. Krępuje mnie wszelkie obnażanie się, nawet to w warunkach medycznych. Jedyni lekarze, jakich toleruję, to dentyści. Bo o zęby trzeba dbać. Resztę z zasady chrzanię.

W rejestracji dostałam plik papierków: do okulisty, do laryngologa, do lekarza medycyny pracy i do laboratorium. Przy okazji sympatyczna rejestratorka postawiła mnie pod ścianą, stanowczo sugerując wątpliwą przyjemność wizyty u ginekologa. Komputer wypluł jej informację, że nie badałam się od lat. Niech będzie. Dowaliłam do tego przegląd stomatologiczny i rozpoczęłam niekończącą się tułaczkę po kolejnych gabinetach.

– Coś mi się pani nie podoba – powiedział ginekolog, grzebiąc w wiadomych rejonach.

W sumie się nie zdziwiłam. Od tamtej strony nie musiałam mu się wydawać szczególnie śliczna. Zresztą z żadnej nie powalałam urodą. Jakie to miało znaczenie?

Zerknęłam spomiędzy własnych kolan na jego imponującą łysinę i mruknęłam:

– Nie szkodzi. Przyzwyczaiłam się.

– Przepraszam. Źle mnie pani zrozumiała – poprawił się natychmiast bez cienia uśmiechu. – Coś mnie niepokoi. Proszę przejść na leżankę. Wykonam USG. – Wskazał zieloną kozetkę usytuowaną koło monstrualnej maszyny z monitorem. – Kiedy ostatnio robiła pani cytologię? – spytał, nie odwracając twarzy od ekranu, po którym latały jakieś czarno-białe plamy prezentujące piękno mojego wnętrza.

– Nie mam pojęcia – odpowiedziałam, wzruszając ramionami. – Podejrzewam, że nigdy.

– Żartuje pani?

– Raczej nie. Za to morfologię dwadzieścia minut temu – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Dobre i to – rzekł w zamyśleniu. – Ale cytologii i tak pani nie uniknie.

W celu wykonania badania pogonił mnie znów na fotel. Potem kazał mi się ubrać i zaprosił na pogawędkę przy biurku. Wiedziałam już, że ulgowo nie będzie. Jedyne, co mi nie groziło, to informacja o ciąży. Ta opcja nie wchodziła w grę. W dzieworództwo nie wierzę.

– Ma pani guzy na jajnikach.

– Co?

– Są dość duże. Na podstawie badania ultrasonografem nie ocenię stopnia złośliwości. Konieczne będzie pobranie wycinka. Zobaczymy też, co wyjdzie w cytologii. Wtedy zdecydujemy o dalszym postępowaniu.

Informacje docierały do mnie niczym przez mgłę. Miałam wrażenie, że do uszu ktoś napchał mi mokrej waty.

– Mam raka? – zdołałam wydusić, bo tyle zrozumiałam.

– Nie będę pani oszukiwał, bo nie wygląda to dobrze, jednak proszę być dobrej myśli. Medycyna w dzisiejszych czasach nie jest bezsilna.

Dobitniej się nie dało. Cóż za nieprawdopodobnie rozwinięta empatia! Nie wyglądał na szczególnie zmartwionego. Był skupiony i rzeczowy. Skołowana słuchałam go nieuważnie, a on wciąż ględził, wypisując świstki. Tłumaczył pierdoły o koniecznych badaniach, skierowaniach, biopsjach, sropsjach i niedorzecznych zaleceniach.

Starałam się nie słuchać.

Rozdział 3

Machina udręczenia ruszyła. W strugach jesiennego deszczu pociąg z lakoniczną nazwą „nowotwór” na tabliczce rozpoczął swój bieg. Drzwi się zamknęły, wstawiono okna bez klamek. Nie udało mi się wysiąść. Zaczęłam zaliczać kolejne wizyty w gabinetach i laboratoriach. Oglądali mnie ze wszystkich stron – od środka i z zewnątrz – dumali nade mną jak nad kawałkiem mięsa, z którego nie wiadomo, co zrobić: kotlety czy pieczeń.

Czułam obojętność i odrętwienie. Wciąż miałam wrażenie, że cała ta sprawa wcale nie dotyczy mnie. Że to jakiś kiepski, łzawy dramat. A ja przecież stronię od fabuły. Może dlatego zamiast rozpaczać, mechanicznie wykonywałam to, co mi kazali, i nie miałam nawet czasu na analizę spektrum zagrożeń.

Albo mam szczęście w życiu, albo w tym okresie czuwał nade mną palec przeznaczenia, bo mimo legendarnych w naszym kraju kolejek po zdrowie już po trzech tygodniach od diagnozy leżałam w Klinice Chirurgii Onkologicznej Centrum Zdrowia Matki Polki, a jakiś zamaskowany koleś wycinał mi tego cholernego drania. Spałam beztrosko na zimnym stole operacyjnym, chrzaniąc zapewnienia, że wytną najmniej, jak się da, i nie śniąc kompletnie o niczym.

Po zabiegu, kiedy z lekka wracała mi zdolność rozumowania, zadowolony z siebie chirurg bąknął, że wysłał piękny kawałek mnie do badania histopatologicznego oraz że nie wyglądało to najgorzej. Wprawdzie zutylizowano moje jajniki, jajowody i wszelkie szanse na zostanie matką, istniała jednak nadzieja, że będę żyć. Ucieszyłam się niezmiernie, bo macierzyństwo miałam w nosie, a z życiem czułam się dość mocno związana i to od niemal trzydziestu lat. Byle jakie ono, to fakt, ale przyzwyczaiłam się do trwania na tym padole i nie chciało mi się zmieniać lokalizacji. Przez moment tylko przepłynęło przez mój przytłumiony anestetykami mózg, że szkoda, iż nie jestem już stuprocentową kobietą. Bo może kiedyś, w dalekiej przyszłości, nabierze to znaczenia.

– Idiotka! – skarciłam się głośno.

– Słucham? – spytał pochylony nad moim brzuchem i oglądający ranę pooperacyjną medyk.

– A nic, przepraszam. Zamarzyło mi się zwyczajne życie.

– Ależ może pani prowadzić zwyczajne życie – pocieszył mnie natychmiast. – Tylko nigdy nie zajdzie pani w ciążę. Poza tym wszystko pozostanie jak dotąd. Raz-dwa stanie pani na nogi.

Jak dotąd… No tak. Okej, niech będzie, że uwierzyłam mu na słowo.

W ekspresowym tempie i bez dodatkowych rewelacji doszłam do siebie, tak jak obiecywał. Wszystko, co mi rozorał, goiło się jak na psie, więc po dwóch tygodniach z hakiem postanowiłam wrócić do pracy. Tego dnia odebrałam wyniki histopatologii. Onkolog z nieskrywaną radością potwierdził wygłaszaną tuż po zabiegu optymistyczną wersję wydarzeń i uznał, że zamiast chemioterapii wystarczą naświetlania, na które powinnam się zgłaszać przez sześć tygodni w każdy dzień roboczy. Należy mi się, więc niech się NFZ wykaże. Dodatkowo na bazie udokumentowanego wpływu optymizmu na zdrowie lekarz nakazał mi się cieszyć.

– Radioterapia ma znacznie mniej skutków ubocznych. Nie wypadną włosy, a w pani przypadku byłaby to wielka strata.

Niewątpliwie. Mój kołtun tak bardzo dodaje światu powabu, że szkoda okazałaby się niepowetowana.

– Poza tym zabieg trwa krócej i jest mniej stresujący niż wlewy chemii – dodał.

– A jakie przewiduje pan dla mnie powody do zmartwień? Bo nie wierzę w brak wad tej imprezy.

Spojrzał na mnie badawczo i z pewnym wahaniem wyrecytował:

– Ogólne zmęczenie i osłabienie, utrata apetytu, zmiany skórne w naświetlanych okolicach. W początkowej fazie część pacjentów odczuwa też mdłości. Przepiszę pani maść do smarowania uszkodzonego naskórka i środki przeciwwymiotne. Czasami pomagają.

Aha, czasami. Rewelacyjnie. Czuję, że będzie się działo.

– Czy mogę w tym czasie pracować?

– Tak, jeśli będzie się pani czuła na siłach. Równie dobrze jednak radiolog może wystawić zwolnienie.

Miałam pietra. Ogromnego. Ale cóż było robić? Poddałam się fali. Ze strachu zgłosiłam się w piątek, żeby mieć czas na dojście do siebie przez weekend. Tymczasem szybko się okazało, że wcale nie jest tak źle. Chodziłam śnięta, gniłam w pościeli po dwanaście godzin na dobę, żarcie rosło mi w gębie i tyle. Miałam fart, bo poza tym było znośnie. Dało się z tym żyć. W kolejnych tygodniach przyjeżdżałam rano do kliniki, żeby na mnie poświecili, czym tam trzeba, a potem maszerowałam do pracy. Jeśli czułam się słabo, mogłam wyjść wcześniej do domu, dzięki czemu zaczęłam po cichu chwalić zmiany zawodowe, które zafundował mi brat. W normalnej obsługowej pracy nie byłoby to możliwe.

Ukryłam całą sprawę przed rodziną. Z ojcem i ciotką od ostatniego feralnego spotkania nie miałam kontaktu, a Wojtkowi nie chciałam zawracać głowy byle czym. Miał swoje życie. Nie przywykliśmy do zwierzeń i przecież w żaden sposób nie mógłby mi pomóc. Pomijam, że nie byłam pewna, czy miałby na to ochotę. Bo niby dlaczego? Na wypadek pojawienia się niewygodnych pytań o nieobecność w pracy wymyśliłam historyjkę o natrętnej rwie kulszowej. Nie musiałam z niej korzystać, bo nikt się nie czepiał.

Piątego dnia radioterapii wychodziłam po zabiegu dość zadowolona z powodu zbliżającego się weekendu. Nie spieszyłam się, bo nie miałam zaplanowanych pilnych zadań i mogłam dotrzeć do biura w zasadzie o dowolnej porze. W progu szpitala wpadła na mnie pędząca na łeb, na szyję kobieta. Zderzyłyśmy się, aż huknęło. Na moment zabrakło mi tchu, jej zaś z ręki wypadła torebka. Na ziemię posypały się różne fanty: telefon, chusteczki, jakieś papiery, paczka gum do żucia, pomadka i inne szpargały. W odruchu bezinteresownej empatii pochyliłam się, żeby pomóc jej to pozbierać. Kiedy zamierzałam oddać skarby właścicielce, podniosłam wzrok i spojrzałam w jej twarz. Wpatrywała się we mnie, nic nie mówiąc, jakby zaskoczona. Moja pamięć dokonała błyskawicznej analizy i gdy znalazła właściwą odpowiedź, przekazała impuls do ust, nie pytając mnie o zdanie:

– Agata! – wykrzyknęłam.

– Edyta! Kopę lat!

Tak właśnie na nią trafiłam. Na Agatę, która stanowiła fundament mojego dzieciństwa, a teraz całe dalsze życie miała wywrócić do góry nogami, burząc wytrwale budowaną, nudną i bezpieczną stagnację.

Znałam ją od małego. Mieszkała w sąsiedztwie. Chodziłyśmy razem do podstawówki i do gimnazjum jako pierwszy, eksperymentalny rocznik po reformie oświaty. Byłyśmy nierozłączne. Papużki takie. Oczywiście kłóciłyśmy się zażarcie, jednak foch nie trwał nigdy dłużej niż godzinę. Razem uczyłyśmy się do sprawdzianów, odwalałyśmy dodatkowe, karne prace domowe za gadanie na lekcjach i wspólnie zakochiwałyśmy się w tych samych chłopakach. Przez lata to była najbliższa mi osoba na świecie.

Nasze losy różniły się bardzo, choć miały wspólny mianownik: obie straciłyśmy matki. To nas łączyło. Ja wychowywałam się z bratem przy forsiastym ojcu, który mnie olewał, ona zaś miała starą, schorowaną babkę i tatusia, którego podstawowymi zajęciami było upijanie się i bicie córki. Agata wiele razy nocowała u nas, kiedy bała się wrócić do domu. Pamiętam, jak mój ojciec postanowił być szlachetny i dał jej kilka złotych. Poszła do sklepu, kupiła warzywa i ugotowała babce zupę. Umiała. Jej tatuś wpadł w szał. Zlał ją tak, że na zawsze zostały jej na skórze jasne, długie pręgi. Powinna wszak oddać mu ten gigantyczny majątek, żeby mógł przekuć go beztrosko w kilka flaszek piwa.

Moja przyjaciółka była bardzo ładna. Zawsze licho ubrana, zawsze w rozpadających się butach i upiornie chuda, ale miała klasyczną, śliczną twarz o symetrycznych rysach. Ogromne, błękitne oczy patrzyły wesoło spod blond grzywki. Imponujące włosy nosiła splecione w potężny, lśniący złotem warkocz. Śmiała się, że to jej największy majątek. Poza tym cechowało ją fantastyczne poczucie humoru, dużo większy niż mój dystans do rzeczywistości, za to mniejszy do ludzi, morze optymizmu oraz wewnętrzne przekonanie, że świat jest piękny i dobry.

Pod koniec gimnazjum babka Agaty zmarła. Podczas którejś z rzędu interwencji policji zabrali dziewczynę do pogotowia opiekuńczego. Wtedy widziałam ją po raz ostatni. Patrzyłam zalana łzami, w typowej dla tego wieku egzaltacji nastoletniej duszy, jak wywożą mi gdzieś przyjaciółkę. Wydawało mi się, że świat się kończy. Od tego momentu zaczęły się ze mną tak zwane problemy wychowawcze: wagarowałam, jarałam szlugi, eksperymentowałam z narkotykami i wyglądałam jak upiór. Ojciec, podpuszczony przez ciotkę i zaalarmowany przez Wojtka, zawlókł mnie do lekarza. Stwierdzono depresję i prochy we krwi. Dopiero zaczęła się zadyma. Zaliczyłam kilku psychiatrów, odwyk, antydepresanty i dwa szpitale. Do porządku doprowadzili mnie dopiero przed maturą. Tymczasem od Agaty przychodziły coraz rzadsze listy, a potem maile z kolejnych, równie nietrafionych rodzin zastępczych w różnych miejscowościach. Wreszcie przestała pisać. Parę lat temu dotarła do mnie plotka, że wyszła za mąż. Miałam nadzieję, że to prawda i że jest szczęśliwa.

– Co tu robisz? – spytałam, kiedy minął pierwszy szok.

– A ty?

– Morduję raka radioterapią.

Przez chwilę przyglądała mi się, nic nie mówiąc. Wyglądała nieco inaczej niż kilkanaście lat temu. Nadal była chuda i wciąż z jej stroju można było wyczytać deficyt budżetowy. Brakowało jednak warkocza, a po jej twarzy plątało się gigantyczne zmęczenie. Mimo wszystko oczy błyszczały determinacją. Poza tym chyba ucieszyła się ze spotkania, choć okoliczności nie zachwycały.

– Niech to szlag! Ty też?

– Ano też. Drań strzela na oślep i wali we wszystko, co się rusza, bez względu na miejsce i czas.

– Cholera… Czas! Spieszę się! Muszę odsiedzieć czterdzieści minut wlewu. Urwą mi uszy, jeśli znów się spóźnię.

Aha. Czyli chemia. Znaczy się jest gorzej.

Miałam pożegnać się grzecznie i umówić na kawę, jednak nagły odruch kazał mi zrobić coś zupełnie innego.

– Mogę zostać z tobą podczas zabiegu. Pogadamy o starych czasach.

Spojrzała na mnie z wahaniem, ale pokiwała głową. Ruszyłyśmy labiryntem szpitalnych korytarzy.

Od tego dnia zaczęły się nasze cotygodniowe czwartkowe konferencje odbywane podczas jej chemii. Prawie jak za króla Stasia, tylko żadna z nas nie miewała przy tym, jak monarcha, ochoty na obiad. Spędzałyśmy w szpitalu po kilka godzin, bo tuż po wlewie Agata czuła się licho i nie chciała od razu wychodzić. Szalejąca na dworze jesień z wolna przeistaczała się w zimę. Gadałyśmy o wszystkim, żartowałyśmy z dawnych znajomych i z choroby, leczyłyśmy się wzajemnie śmiechem i zwyczajną ludzką obecnością. Bywało też, że beczałyśmy bez umiaru lub popadałyśmy w fatalistyczny stan otumanienia strachem, choć to należało do rzadkości. Na ogół starałyśmy się trzymać fason i świecić sobie nawzajem przykładem.

Czasem widywałyśmy się także w inne dni, zawsze z rana po moich naświetlaniach. Poddałam się i w połowie leczenia wyraziłam zgodę na wypisanie mi wycieczki na elQuatro, czyli banalne L4. Lekarza zaniepokoiły moje wyniki krwi i stanowczo zalecał odpoczynek. Agata też się leniła zawodowo, bo chemia i poprzedzająca wlewy mastektomia całkowicie pozbawiły ją sił.

Dowiedziałam się, że sześć lat temu, po tym jak rozstała się z mężem, wróciła do Łodzi i wynajęła mieszkanko na Starym Widzewie. Pracowała jako pomoc nauczyciela w pobliskim przedszkolu, co ułatwiało jej życie, bo do tej samej placówki udało się jej zapisaćsyna. Dziecko stało się przyczyną rozwodu. Wybranek nie dorósł do roli ojca i zanim przyszło do zmieniania pieluch, wyleciał beztrosko na Zachód, a teraz robił karierę w Londynie. Syna uznał, jednak pieniądze przysyłał rzadko lub wcale tego nie robił. Ściganie go o alimenty graniczyło z cudem. Niechętnie o tym opowiadała. Różowo nie było. Mimo to wciąż, kiedy tylko chemia nie powalała jej na kolana, Agata zachowywała nieprawdopodobną radość życia i wolę walki. Z każdym dniem wyraźniej uświadamiałam sobie, jak bardzo brakowało mi jej przez te wszystkie lata. Jedynie ona umiała ustawiać mnie do pionu i brutalnie tłamsić wrodzoną skłonność do emocjonalnego samobiczowania. Poza tym na każdym kroku podkreślała, jak cieszy ją moje towarzystwo, a wierzyłam jej jak nikomu innemu na świecie.

Rozdział 4

Nadeszła połowa grudnia, a z nią kolejny czwartek. Wyjątkowo późno, bo po południu, po załatwieniu licznych spraw mogłam wreszcie utartym zwyczajem zajrzeć do sali, w której podawano Agacie chemię. Zastałam pustą leżankę. Najwyraźniej zabieg się zakończył. Cały proces był mi już doskonale znany, więc poszłam do dystrybutora po wodę i przycupnęłam na krześle. W milczeniu czekałam, aż przyjaciółka wyjdzie z łazienki.

Przyczłapała wolnym krokiem, usiadła i wzięła ode mnie kubek.

– Kolejny raz odfajkowany – zagaiłam.

– Jeszcze aż trzy – powiedziała, patrząc w przestrzeń.

– Już tylko trzy – poprawiłam.

Chwilę siedziałyśmy w ciszy. Dopiła wodę, zgniotła kubek i wrzuciła go do kosza na śmieci. Automatycznie zgarnęła torebkę, kurtkę, telefon, jakieś recepty i chusteczki.

– Agata, posiedź jeszcze – naciskałam, bo fatalnie znosiła pierwsze godziny po chemii. Zwykle raz po raz wstrząsały nią torsje.

Sama tego dnia zaliczyłam już ostatnie światełka. Gdyby nie papierologia, wszystko trwałoby krócej. Byłam pełna sił i nadziei. Na kilka miesięcy spokój. Potem zrobią mi powtórkę z badań i albo stwierdzą „masz szczęście, kobieto”, albo zapędzą mnie w piekło chemii jak teraz Agatę. Tymczasem ona, wciąż dręczona reakcjami organizmu, blada i słaba zbierała się do wyjścia, wpychając wychudzone ciało w wysłużoną puchówkę i udając chojraka.

– Jest okej. Naprawdę. Muszę jechać.

– Dlaczego tak gnasz? – Irytowałam się jej brakiem szacunku dla samej siebie.

– Zamkną mi przedszkole.

Tego argumentu nie dałabym rady zbić. Dziecko to dziecko. Mogłam się nie znać na macierzyństwie, jednak tyle przecież rozumiałam. Ciężko było mi ją tak po prostu zostawić, szczególnie że miałam mnóstwo czasu. Rozpierały mnie energia i poczucie odzyskanej wolności po leczeniu.

– Czym będziesz jechać?

– Normalnie. Autobusem.

– To jest normalnie? W tym stanie? – zapiekliłam się.

– A jak inaczej? – spytała Agata.

Przyjrzałam się jej, szukając odpowiedzi, i nagle mnie olśniło. To proste. Czuję się aż za dobrze. Lekarz kazał mi odbębnić jeszcze rekonwalescencyjny miesiąc, zanim wrócę do pracy. Jej zostały trzy wlewy chemii. Za tydzień, za dwa i za trzy. Wszystko pasuje. Nie zastanawiałam się ani chwili.

– Jedziemy autem – zdecydowałam. – Zawiozę cię. W ogóle ci pomogę. Dziś i jutro. I do końca zabiegów.

– Odbiło ci? Nie masz co robić? Też powinnaś odpoczywać.

– To właśnie odpocznę – palnęłam, sama się dziwiąc tym słowom. – Twoje towarzystwo dobrze mi robi.

Zaparkowałyśmy najbliżej, jak się dało, choć po przeciwnej stronie ulicy. Pod przedszkolem remontowano nawierzchnię i brakowało miejsc. Slogan „Łódź buduje” zakłuł nas w oczy. Nauczycielka dyżurująca w szatni od razu poszła po dziecko. Było drobne, miało bujną blond czuprynę przystrzyżoną na pazia i błękitne oczy. Buzia okrągła, choć nie pucułowata. Na oko jakieś sto piętnaście centymetrów, może sto dwadzieścia. Chłopiec był większy od bliźniąt Wojtka i bardzo podobny do mamy. Podszedł i z rozmachem rzucił się jej na szyję. Agata przysiadła. Synek stanął między jej kolanami i spojrzał na mnie pytająco.

– Ubieraj się szybko, bo mama musi się położyć – zarządziłam.

– Kto ty jesteś? – zapytał.

– Edyta, to jest właśnie Grześ. – Agata dokonała prezentacji. – Grzesiu, to moja koleżanka Edyta.

– Czemu ta Edyta mnie tak pogania?

– Bo wie, że się źle czuję – wyjaśniła.

– To idę do szatni – zakomunikował i pobiegł w kierunku szafek z wieszakami.

Siedziałyśmy w długim, wąskim przedsionku. Dalej dla rodziców wstęp wzbroniony, bo dzieci mają być samodzielne. Przez wielkie uchylone okno wpadały krople deszczu ze śniegiem. Gorąco było jak w piekle, bo dwa spore kaloryfery dawały czadu. Miejsce masowego udręczenia dorosłych.

Czekając na Godota, przeleciało mi przez głowę. Minuty mijały, kolejne przedszkolaki i dorośli się przewijali, a my siedziałyśmy. W końcu dziecko Agaty przylazło. Boso, za to w szaliku.

– Nie mogę zapiąć buta – oznajmił chłopiec.

– To przynieś, a ja ci pomogę – powiedziała coraz bledsza Agata.

Popatrzyłam na nią z niepokojem i wcisnęłam jej w ręce kluczyki.

– Idź do samochodu i tam zaczekaj. Tu jest zbyt duszno.

– Nie dasz sobie z nim rady.

– To tylko dziecko. No idź.

– Jak chcesz – rzuciła zrezygnowanym tonem i poczłapała do drzwi.

Wstałam i odprowadziłam ją wzrokiem przez okno. Kiedy wsiadła, odwróciłam się, żeby znowu opaść na długą, wąską ławkę. Chłopiec stał tuż za mną i bacznie mnie obserwował.

– Gdzie mama?

– Poszła do auta. Tam jest jej wygodniej.

– Do jakiego auta?

– Mojego. Zawiozę was do domu i z butem też ci pomogę.

Mały zerknął na mnie powątpiewająco, ale usiadł obok. Zarzucił małą stopę na moją nogę i wetknął mi w rękę ubłocone obuwie. Spojrzałam krytycznie.

– Byliśmy dziś na spacerze – wyjaśnił, jakby to zamykało temat.

Udało mi się opanować sprawę butów. Dałam radę kurtce i czapce. Przy rękawiczkach dziecko nagle zamarło i oznajmiło:

– Muszę siku.

– Idź.

– Ale muszę zdjąć kozaki…

Jasny szlag. Zdjęliśmy cholerne buty i chłopiec ruszył do ubikacji. We mnie w tym czasie szalała wrodzona niecierpliwość podbudowana niepokojem o Agatę. Jakieś pół roku później mały wrócił. Bardzo zadowolony. Ponownie ogarnęliśmy ubieranie.

– Masz fotelik? – spytał. – Bez fotelika nie jadę.

– Jaki znowu fotelik? – warknęłam cokolwiek zirytowana.

– Dzieciom nie wolno jeździć autem bez fotelika. To sprawa bezpieczności. Najwyższej wagi – poinformował mentorskim tonem.

Zdławiłam przekleństwo. Miał rację. Sprawa najwyższej wagi. Skąd ja, do diaska, wezmę mu fotelik? Rozejrzałam się bezradnie i utkwiłam wzrok w nauczycielce, która z rozbawieniem przyglądała się nam od jakiegoś czasu.

– Pożyczę pani zapasowy, przedszkolny. Jutro rano proszę przywieźć. Musi pani kupić fotelik – pouczyła mnie, wywlekając wielkie, nieporęczne coś zza drzwi szatni.

– Dziękuję. Jutro kupię na pewno – obiecałam i ruszyłam do wyjścia.

Dziecko bez słowa podreptało za mną.

Aby dotrzeć od budynku do auta, wystarczyło pokonać pięćdziesiąt metrów, mijając cukiernię i przechodząc przez jezdnię. Chłopiec człapał za mną ze dwadzieścia kroków, po czym zatrzymał się i oświadczył zbolałym głosem:

– Jestem głodny. Bardzo.

Popatrzyłam z rezygnacją i pchnęłam drzwi cukierni. Przez bite dziesięć minut wybierał ciastko. Kiedy wreszcie się zdecydował, jedynki miałam starte od zgrzytania i zaczynałam się bać o resztę zębów. Z furią zapłaciłam i razem z drobniakami reszty złapałam zapakowaną w papierową tytkę bułę z budyniem. Bez zastanowienia wcisnęłam to wszystko do torebki i wyciągnęłam dziecko za rękę na dwór.

Agata jakoś się trzymała, choć nie mówiła ani słowa. Tymczasem ja stoczyłam dziką walkę z fotelikiem, którego oczywiście nie umiałam odpowiednio zamontować. Dziecko siedziało za kierownicą i szarpiąc nią na wszystkie strony, buczało, piszczało i warczało. Wyglądało na uradowane.

W końcu udało mi się przypiąć „sprawę bezpieczności” i usadowić w niej małego. Zmęczona i spocona jak mysz po starciu z dywizją kocurów, opadłam ciężko na siedzenie. Gdy tylko ruszyłam, ogarnęły mnie upiorne dźwięki. Chłopiec zaczął beztrosko śpiewać o psie, może nawet nie fałszując, za to drąc się przeokropnie. Oparłam się przytępieniu, ruszyłam mózg do pracy i przypomniałam sobie, że mam w torebce tę bułę z budyniem, którą koniecznie trzeba było kupić. Na pierwszych z brzegu światłach wydobyłam ją i rzuciłam dziecku na pożarcie. Piosenka zamarła w połowie zwrotki. Z tyłu dobiegały już tylko radosne mlaskania i posapywania.

Kwadrans potem weszliśmy do mieszkania. Mały pobiegł pastwić się nad pilotem do telewizora, a Agata z ciężkim westchnieniem położyła się na łóżku. Była blada, wręcz przezroczysta. Zrobiłam jej herbatę, przysiadłam obok i spytałam:

– Macie obiad? Powinnaś coś zjeść.

– W lodówce jest zupa. Odgrzej Grzesiowi. Ja może potem…

– W porządku. Spróbuj się zdrzemnąć. Zajmę się wszystkim.

W progu natknęłam się na stojące w nonszalanckiej pozie cwaniaka i patrzące na mnie spode łba dziecko.

– Nie będę jeść zupy. Zupa jest ble.

– Jest zdrowa – usiłowałam argumentować.

– No to co?

– Chyba chcesz być zdrowy?

– Mama jadła zupę i jest chora – oświadczył chłopiec i natychmiast dodał: – Poza tym w przedszkolu jadłem zupę.

– A co chcesz na kolację?

– Frytki.

Zadumałam się nad problemem, rozważając, czy walka jest w ogóle zasadna. Przekopałam w pamięci nikłą wiedzę o dzieciach i wielce zadowolona wypaliłam:

– W porządku. Jeśli zjesz trochę zupy, to zrobię frytki.

– Ile?

– Co ile?

– Ile tej zupy? Bo ja mogę tylko do niebieskiego paseczka.

O, Janie Fryderyku Herbarcie, ojcze współczesnej pedagogiki, natchnijże mnie jakąś wychowawczą mądrością! O co mu chodzi?

– Gdzie jest ten paseczek? – spytałam bezradnie.

– Na miseczce.

Aha, no jasne! Wiele mi to wyjaśniło.

– Na jakiej miseczce?

– Na mojej – tłumaczyło dziecko spokojnie.

– Gdzie ona jest?

– A tu! – oznajmił mały z triumfem, po czym wdrapał się na stołek, otworzył szafkę i wyjął cholerną miseczkę, tłukąc przy tym dwa kubki.

Zanim posprzątałam skorupy, pochłonął zupę, którą nalałam oczywiście tylko do niebieskiego paseczka.

– To teraz zrób frytki – zarządził i poszedł się bawić. Nawet dość cicho.

Ich mieszkanie było sporo mniejsze od mojego i znacznie skromniej urządzone. Wprost z dużego pokoju wchodziło się do mniejszego i do mikroskopijnej kuchni. Przy drzwiach wejściowych znajdowała się miniaturowa toaleta. To wszystko. Żadnych luksusów. Nawet balkonu. Do tego proste, tanie meble, typowe dla wynajętych czterech kątów.

Agata spała spokojnie, co mnie ogromnie cieszyło. Wyszukałam potrzebny sprzęt i składniki, po czym wykonałam popisową porcję frytek. Weszłam po cichu do pokoju małego i stanęłam jak wryta. Wszystko, włącznie ze ścianami, szafkami i samym dzieckiem zostało uwalane farbą. Na małym biurku widniały smętne strzępki mokrego papieru.

– Co robisz? – wymamrotałam.

– Maluję dla ciebie laurkę – zakomunikował chłopiec z dumą i wskazał ręką na kłąb makulatury, dodając: – Jesteś dobra dla mamy.

– Bardzo ładnie. Dziękuję – wydusiłam przez zęby. Lekceważąc komplement, zarządziłam porządki.

Pół godziny później czyste już dziecko usiadło nad frytkami.

– Ble, zimne. Zupa była lepsza. Chcę jeszcze zupę.

Opadły mi ręce. Poczułam wyraźnie, że siwieję. Zaczęłam się zastanawiać, czy dotrwam żywa do końca chemioterapii Agaty. Przypomniałam sobie, dlaczego nie pracuję w szkole i od zawsze unikam wszelkich kontaktów z dziećmi. Gwałtownie zatęskniłam za ciszą, porządkiem i własnym fotelem w moim salonie. Następnie zrezygnowana postanowiłam nie analizować, nie myśleć i nie czuć, tylko działać. W tej chwili najważniejsza była Agata. Znacznie istotniejsza niż mój święty spokój. Poszłam do kuchni i odgrzałam zupę. Wieczór mijał wolno. Koszmarnie wolno…

Rozdział 5

Kolejnego dnia rano podjechałam do nich, gotowe już dziecko odwiozłam do przedszkola i oddałam pożyczony fotelik. Przy okazji dowiedziałam się, że przybycie przedszkolaka rejestruje się elektronicznie, przykładając kartę do puszki zwanej pikaczem. I tu się rozpanoszył dwudziesty pierwszy wiek. Dziecko entuzjastycznie pouczyło mnie, jak należy zapikać, a nauczycielka ostrzegła, że jeśli zamierzam sama odebrać chłopca, Agata musi napisać upoważnienie. Odnotowałam formalność w pamięci i pojechałam po zakupy do Tesco.

Pakowałam do koszyka wszystko, co mi się nawinęło, pozostając w twardym postanowieniu odżywienia, podtuczenia i rozpieszczania Agaty. Ponieważ jednak brakowało mi doświadczenia, co chwilę wydzwaniałam, wyrywając ją ze snu i dopytując, czy dziecko będzie jadło to albo tamto. W końcu nie wytrzymała i nawrzeszczała do słuchawki, że jej syn to nie kosmita i je to samo, co my. Uwierzyłam z lekkim ociąganiem. Zakup fotelika także zmusił mnie do wykonania telefonu, bo okazało się, że należy znać wagę dziecka.

– Dziewiętnaście kilo z kością – wywarczała Agata.

Sprzedawca miał niezły ubaw, gdy bezmyślnie to powtórzyłam. Zawiozłam zakupy do domu, zmusiłam przyjaciółkę do zjedzenia twarożku ze szczypiorkiem, wychłeptałam ze trzy kawy, ogarnęłam chałupę, upichciłam obiad i obiecałam, że po południu zabiorę dziecko do parku. Agata nie była jeszcze na siłach. Dwa dni po wlewie zwykle znosiła najgorzej. Potem nieco się poprawiało. Marudziła coś o tym spacerze, bo świat pokrył pierwszy śnieg i należało malucha przewietrzyć, więc co mi tam. Uznałam, że to nie może być trudne. Park znajdował się rzut beretem od przedszkola, po drugiej stronie remontowanych torów kolejowych, doskonale widoczny spod drzwi placówki. Pamiętałam o upoważnieniu, miałam naszykowane drobniaki na bułę i w ogóle czułam się doskonale zorganizowana, przygotowana i pomocna.

Dziecko po chwilowym wahaniu uwierzyło mi, że przyszłam po nie na zlecenie mamy, i zgodziło się ubrać. Odcierpiałam swoje w przedsionku spokojniej niż poprzedniego dnia, bo byłam już na to nastawiona.

– Kupisz mi coś? – Usłyszałam.

Ha! Nie uda mu się mnie zaskoczyć! Zaciągnęłam chłopca do cukierni.

– Nie chcę ciastka – zameldował po kilku minutach kontemplacji wypieków.

– A na co masz ochotę?

– Na kabanoska.

Cholera. Przeleciałam po osiedlu w poszukiwaniu sklepu i bohatersko dorwałam tego piekielnego kabanoska. Dziecko zjadło pół, a poobgryzaną resztę wepchnęło mi w rękę.

– Zostawiłem trochę dla ciebie – oznajmiło z dumą.

Podziękowałam, wyrzuciłam pod śmietnikiem dla zbłąkanego psa lub kota i poszliśmy do parku. Słońce skrzyło się na cienkiej warstwie śniegu. Złapał lekki mróz. Było przepięknie z zabielonymi konarami i gładkimi połaciami białego puchu na trawnikach. Te właśnie upatrzył sobie mój podopieczny, aby szerzyć na nich dzieło destrukcji.

– Patrz, robię tory! Jestem pociąg! Ciuch, ciuuuch!

I tak pociuchując, zaczął szurać po ośnieżonym trawniku. W mgnieniu oka wyżłobił w nieskazitelnej bieli ślady aż po burą zieleń zmarzniętej trawy. Patrzyłam zdegustowana. Mały wandal. Snułam się wolno alejką wzdłuż szyn kolejowych rytych dziecięcymi butami. Po chwili usłyszałam wołanie:

– Ej, Edyta! Chodź! Będziesz wagonik!

Co ja będę? Wagonik? Nie ma mowy! Absolutnie nie jest to możliwe!

Jednak dziecko nie ustępowało. Darło się i darło, aż w końcu nie wytrzymałam. Lataliśmy w kółko jak szaleńcy, warcząc i ciuchając. Zryliśmy śnieg niczym stado zwariowanych kretów. Ono śmiało się do rozpuku, ja starałam się jakoś przetrwać, patrząc co chwilę na zegarek i licząc mijające minuty. W głowie powtarzałam na pociechę, że dzięki moim cierpieniom Agata odpoczywa. W końcu dziecko się zmęczyło i zarządziło czas na huśtawkę.

Poszliśmy na plac zabaw. Oczyściłam siedzisko z bieli i wilgoci, żeby chłopiec nie odmroził sobie tyłka, i nastawiłam się na rytmiczne, nudnawe bujanie. W końcu znałam to z dzieciństwa. Tymczasem on miał inny plan. Postanowił urozmaicić mi czas atrakcyjną pogawędką.

– A gdzie ty masz swojego synka?

– Nie mam.

– Niemożliwe. Każda duża pani ma synka. No chyba że córeczkę. Masz córeczkę?

– Nie mam.

– Dlaczego?

– Bo nie mam męża.

– Mama też nie ma męża. A ma synka.

No i lipa. Robiło się coraz trudniej. Pokontemplowałam sielską, zimową dal, zebrałam się w sobie i wróciłam do rozmowy:

– Bo twoja mama jest wyjątkowa.

– No tak. A chłopaka masz?

– Chłopaka?

– No takiego pana, co cię kocha i przytula.