Sebastian - Sara Ney - ebook
lub
Opis

Nie oceniaj dziewczyny po swetrze, jaki nosi!

Jameson, dla przyjaciół James, to bardzo pilna uczennica, która z biblioteki zrobiła swoją prywatną świątynię. Sebastian, dla przyjaciół Oz, to bardzo dobry wrestinlgowiec, który z biblioteki zrobił swoją prywatną salę do szybkich numerków. W wyniku głupiego zakładu poznają się bliżej. I to bardzo intensywnie.

Jednak Sebastian nie chce poprzestać na przelotnej znajomości. Chce zaprzyjaźnić się z Jameson, chce być jej bliski, chce jej stale dokuczać i zerwać kiedyś z jej szyi te przeklęte perły. Jednak dziewczyna wie, że Oz to połączenie kłopotów i sporej dawki bycia dupkiem.

Czy James pozwoli mu się zbliżyć i przekona się, że góra mięśni oraz cięty dowcip wcale nie przesądzają tego, jakim facetem jest Oz? Czy związek z takim dupkiem i kobieciarzem zaprowadzi ją prosto to złamanego serca?

__

O autorce

Sara Ney — to bestsellerowa autorka USA Today, której seria „Jak poderwać drania” stała się wielkim hitem. Sara znana jest ze swojego seksownego i pokręconego poczucia humoru, którym chętnie dzieli się z bohaterami swoich książek. Żyje pełnią życia, kolekcjonuje stare książki, jest uzależniona od mrożonej latte, a sarkazm stał się jej znakiem rozpoznawczym. Kiedy nie pisze, zastanawia się, jakby to było być Brytyjką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 352

Popularność


Dla największego dupka, jakiego znam. On wie, o kim mówię, bo kazał mi zadedykować sobie tę książkę. *przewraca oczami*

„Kiedy pierwszy raz zobaczyłem,

jak siedzi ze spuszczoną głową

po drugiej stronie sali w bibliotece, pomyślałem, że to będzie łatwe.

Że jeśli popracuję nad nią odpowiednio długo, zrzuci dla mnie majtki i padnie ze mną na kolana na pięć minut.

Ale wiecie co? Myliłem się”.

– Sebastian Osborne

Zapowiedź

Czasami zostaję w domu, żeby się uczyć, ale niezbyt często.

Biblioteka jest moją odskocznią.

Moim azylem.

To tutaj przychodzę wsłuchać się w szelest przewracanych stron, szmer cichego stukania w klawisze laptopów, dźwięki lekkich kroków na wysłużonej drewnianej podłodze. Budynek ma sto trzy lata i należy do najstarszych w kampusie. Skrywa tysiące historii. Mnóstwo wiedzy i sekretów naukowców, filozofów i studentów. Mnóstwo rzeźbionego drewna i ciemnych kątów.

Naprawdę. To jedyne miejsce w promieniu dziesięciu kilometrów, gdzie mogę być sama ze swoimi myślami.

Jedyne miejsce bez współlokatorek, ich muzyki, telefonów i nieustannego zgiełku panującego w wynajmowanym przez nas domu poza terenem kampusu. Nigdy nie wiem, czy na kanapie nie będzie odpoczywał jakiś nieznajomy, czy jacyś obcy ludzie nie będą wchodzić lub wychodzić albo czy z pokoju obok nie usłyszę najpierw zalotnego chichotu, a potem trzasku zamykanych drzwi.

Słuchanie znaczącego skrzypienia łóżka współlokatorki, a po chwili gorączkowych jęków, jest…

…niezręczne. Delikatnie mówiąc, bo serio, jak pozbyć się z głowy takich dźwięków?

Nie da się.

Zamiast tego ucieka się do biblioteki.

Tutaj nie muszę się obawiać, że moją uwagę rozproszą nagłe krzyki i inne hałasy. Albo zapach przypalonego ramenu. Zazwyczaj w ogóle się nie martwię, że coś oderwie mnie od nauki. Ale nie dzisiaj.

Dzisiaj skupiam się na stoliku niedaleko wejścia, pełnym zakłóceń, a ich źródłem jest czterech bardzo dużych i wysportowanych facetów. Głośnych i aroganckich.

Względnie atrakcyjnych.

Dzisiaj nie mogę się skoncentrować. Dostrzegam tych chłopaków, zanim oni zauważą mnie, dzięki czemu mam krótką chwilę, by obrzucić krytycznym spojrzeniem największego z nich. Ma bardzo ciemne włosy i jeszcze ciemniejsze brwi, a leżącej przed sobą książki nie zaszczycił nawet chwilą uwagi. Zamiast tego ciągle rozgląda się po sali.

Podobnie jak ja. Skrzyżował ręce na potężnej piersi, rozstawił szeroko nogi, a jego twarz przybrała niecierpliwy wyraz – zupełnie jakby szkoda mu było czasu na pracę domową.

Gdy dochodzę do wniosku, że pewnie czeka, aż niebo się rozstąpi i wszechświat odwali całą robotę za niego, nasze spojrzenia się spotykają. Srogie, bezlitosne bruzdy na jego czole sięgają prawie linii włosów, a usta otacza lekki zarost. Wybredne oczy – tak jasne, że z daleka nie widzę ich koloru – powoli wędrują z kołnierzyka mojej bluzki wzdłuż guzików aż do piersi, na których zatrzymują się dłużej.

Drżę.

On się uśmiecha.

Sadystyczny dupek dobrze wie, że jego wzrok wywołuje na mojej skórze przyjemne mrowienie.

Podoba mu się to, jak na mnie działa.

Znam takich jak on. Z pewnością college będzie dla niego tylko krótkim epizodem, przystankiem na drodze życia, treningiem przed dręczeniem współpracowników, partnerów biznesowych i pewnie kobiet.

Ten koleś to dupek – i to przez wielkie D.

Mrugam, żeby przerwać kontakt wzrokowy, po czym wędruję spojrzeniem wokół jego stolika. Zatrzymuję się dłużej przy zwalistym blondasie, który pisze coś na klawiaturze, machając głową do muzyki płynącej z jego błyszczących czarnych słuchawek. Potem mój wzrok ląduje na rozwalonym na krześle Latynosie, który gapi się w sufit i żuje żółty ołówek.

Ostatni, ale nie mniej ważny jest koleś z grubą szyją i jeszcze grubszymi wytatuowanymi rękami.

Zafascynowana opuszczam głowę, żeby zerkać nieśmiało spod firanki rzęs. Chłopak wyraźnie próbuje się skupić na pracy, a złość na hałaśliwych kolegów brzydko znaczy jego przystojną twarz i powoduje spięcie ramion. Od czasu do czasu porusza się nerwowo na krześle, a potem kręci głową.

Prycha z frustracją.

Wierci się. Kręci głową. Prycha.

I tak w kółko.

Aż…

Uwagę całej zgrai zwraca ładna dziewczyna z jasnobrązowymi włosami. Zebrała je na czubku głowy w luźny koczek, a ja nawet ze swojego miejsca widzę mocno podkreślone oczy i jasnoczerwone usta. Te ciemne powieki niekoniecznie pasują do czarnych legginsów i podkoszulki z logo Uniwersytetu Iowa, ale kim jestem, żeby ją osądzać?

Podchodzi do chłopaków dziarskim krokiem, opiera się biodrem o stolik, przesuwa paznokciem po gładkiej powierzchni blatu, a potem po nagim wytatuowanym ramieniu jednego z nich.

Zdziwiony chłopak zadziera głowę. Patrzy na dziewczynę.

Chociaż nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymuję powietrze, wypuszczam je, gdy widzę, jak się do niej uśmiecha.

Pochyla się do tyłu, krzyżuje silne ręce na piersi.

Rozsuwa nogi.

Dziewczyna jest ładna.

Wyraźnie w jego typie.

Pochłonięta obserwuję cały ten show. Chłopak wstaje i umięśnionym ramieniem obejmuje dziewczynę w wąskiej talii. Wyjmuję z ucha słuchawkę akurat w odpowiedniej chwili, by usłyszeć wymuszony chichot studentki, a potem jego niski głos, gdy prowadzi ją w głąb biblioteki, w stronę ostatniego rzędu regałów z czasopismami i gazetami. Wciągam gwałtownie powietrze, kiedy klepie dziewczynę w tyłek z wyraźnie seksualnym podtekstem. Wzdycham rozczarowana, gdy wchodzą za róg i znikają mi z pola widzenia.

No cóż.

Zdejmuję okulary z czarnymi oprawkami i przecieram zmęczone oczy, zastanawiając się przez krótką chwilę, jakby to było być taką dziewczyną – beztrosko pozwalającą chłopakowi zaprowadzić się między ciemne regały z książkami.

Dla zabawy. Bo to fajne.

A nie dziewczyną, która spędza całe dnie na nauce, bo ma beznadziejne oceny, a nie może sobie na to pozwolić.

Zakładam z powrotem okulary i czuję gęsią skórkę, po czym ziewam i przesuwam wzrok gdzie indziej.

Spotykam zimne, przerażające spojrzenie.

Szare oczy mrużą się, jakby chciały powiedzieć: „Widzę, że patrzysz, ale skarbie, nie rób sobie nadziei. On nigdy nie umówi się z taką jak ty”.

I miałyby rację – ten osiłek, który właśnie zniknął między regałami, w życiu nie poszedłby ze mną na randkę. Nawet nie spojrzałby na mnie dwa razy.

Czy uprawiałby ze mną seks? Może.

Czy umówiłby się ze mną? Nigdy.

Ale wiecie co? Ja też bym go nie chciała. Bo nie muszę nawet z nim rozmawiać, żeby wiedzieć, że jest dupkiem, podobnie jak jego upiorny kolega.

I nie chcę mieć absolutnie nic wspólnego z takim gościem jak on.

Rozdział 1

„Taka laska jak ty

nie jest główną nagrodą.

Co najwyżej

nagrodą pocieszenia”.

Stary, wyświadcz mi przysługę i sprawdź, czy to ona.

Ignoruję jego prośbę, bo chcę zacząć pisać rozprawkę na jutrzejsze zajęcia obowiązkowe. Myślałem, że gdy pójdę do biblioteki, będę miał spokój, żeby ogarnąć to zadanie. Najwyraźniej się pomyliłem.

I to bardzo.

– Czy ty mnie słyszysz? Masz tam podejść i sprawdzić, czy ta laska, która się na nas gapi, jest moją korepetytorką. Proszę, jestem nieśmiały.

Przerywam na chwilę.

– Zeke, nie będę szedł taki kawał tylko po to, żeby sprawdzić, czy to ona. Sam to zrób.

Spuszczam głowę i próbuję wrócić do rozprawki.

– Jestem kapitanem zapaśników, dupku.

Mój długopis zatrzymuje się po raz drugi.

– Nie, to ja jestem kapitanem, zapomniałeś? Wykonywanie za ciebie brudnej roboty nie należy do moich obowiązków.

Mój kumpel jęczy, ale nie da się spławić.

– A jeśli cię ładnie poproszę?

– Nie ma mowy. Zbyt często byłeś dla mnie dzisiaj dupkiem.

Po tych słowach wyraźnie się ożywia.

– A skoro już mówimy o dupach, może zrobię ci laskę? Wtedy tam pójdziesz?

– Ja tam pójdę za laskę – wtrąca Dylan z drugiego końca stolika; stolika, który wydawał się dość duży, żebyśmy się wszyscy zmieścili, ale teraz sprawia wrażenie nie większego od podpaski.

– Zamknij się, Landers. Nikt cię nie pytał o zdanie – rzuca Zeke ze złośliwym uśmieszkiem. – Osborne, idź zobaczyć, czy to moja korepetytorka.

Chryste, ależ on jest uparty.

– To nie twoja korepetytorka.

Obraca się, żeby na nią spojrzeć, wyraźnie nieprzekonany.

– Skąd wiesz?

Wszyscy wyciągamy szyje, żeby popatrzeć na rzeczoną dziewczynę, która siedzi po drugiej stronie słabo oświetlonego pomieszczenia. Moje ciemne oczy odnajdują niewyróżniającą się babkę pochyloną nad stertą książek i piszącą coś zawzięcie ołówkiem.

Dziewczyna jest poważna i skupiona na nauce.

Nie przyszła tutaj, żeby marnować czas na głupoty.

Widziałem ją już kilka razy, ale nigdy nie myślałem o niej zbyt długo, uznając ją za kolejną osobę zajmującą dla siebie cały stolik, który mógłby posłużyć mnie i moim kumplom.

Banalna kujonka. Do tego pewnie cnotka niewydymka, sądząc po tym jej naszyjniku z pereł.

Nie obeszło jej szczególnie, gdy minąłem ją z Cindy – albo Mindy, jej imię na pewno rymowało się z Indy – którą zaciągnąłem do kanciapy, żeby zamoczyć.

– Skąd wiem, że to nie jest twoja korepetytorka? – powtarzam. – Po pierwsze, jest po uszy w książkach i nawet raz nie spojrzała w naszą stronę.

Ciemne brwi Zeke’a się unoszą.

– Gówno prawda. Gapiła się na nas cały czas.

Ignoruję jego wyraz twarzy i ciągnę dalej.

– Po drugie, nie wygląda, jakby potrzebowała pracy. Stary, widziałeś te perły na jej szyi? Nie ma opcji, żeby tej lasce brakowało hajsu.

– Może lubi pomagać potrzebującym – żartuje Dylan.

– Ja jestem potrzebujący: potrzebuję dobrej oceny z biologii. – Zeke robi sobie z nas jaja, przyglądając się uważnie dziewczynie. – Ta Maryja Dziewica wygląda jak bibliotekarka. Taka jak ona nigdy nie znajdzie sobie faceta.

– Ale spójrz na nią, ona niezaprzeczalnie woli być sama – zauważa Dylan.

Zeke patrzy na niego z irytacją.

– Czy ty właśnie użyłeś słowa „niezaprzeczalnie”?

Dylan go ignoruje.

– A może wystarczyło jej jedno spojrzenie na twoją wkurzoną gębę i postanowiła, że robota nie jest warta tych czterdziestu dolców, które zamierzałeś jej zapłacić. I o co chodzi z tym jej sweterkiem? Założę się, że przydałoby się jej dobre rąbanko sztywnym kutasem. – Gromki głos Dylana niesie się po cichej uniwersyteckiej bibliotece. – Wygląda jak totalna jędza.

– Może na tym polega jej problem – rechocze Zeke. – Może ktoś ją nabił na kij i ten ciągle tkwi w jej dupie. – Piąty raz zerka na telefon. – Jeśli ona nie jest moją korepetytorką, to ta właściwa mnie wystawiła. Podejdziesz do niej w moim imieniu, proszę? Jestem zbyt leniwy, żeby podnieść dupsko z krzesła.

Kręcę głową i obrzucam go groźnym spojrzeniem – ma tupet – a potem kładę ręce na drewnianym blacie i się podnoszę.

– Dobra. Jak nazywa się ta twoja korepetytorka?

Rozwija kawałek papieru leżący na stercie podręczników i odczytuje na głos.

– Violet.

– Och, jak ślicznie. – Idę nieśpiesznie przez salę, lawirując między stolikami. Skupiam wzrok na czarnym kardiganie. – Violet.

Dziewczyna ma gładki, klasyczny kucyk, spięty mocno, żeby nie uciekł z niego choćby kosmyk. Założyła na głowę okulary. Ubrała się w zwykły biały podkoszulek i czarny kardigan, a na jej szyi błyszczy pojedynczy sznur pereł w kolorze kości słoniowej.

Właśnie tak, nie pomyliłem się – pieprzonych pereł.

Z uszu zwisają jej różowe kable od słuchawek.

Podchodzę bliżej, ostrożnie, tak jak podchodzi się do bezdomnego psa albo dziewczyny, o której się wie, że ma właśnie okres – nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów.

Kładę opuszki palców na krawędzi drewnianego blatu i czekam, aż studentka podniesie wzrok. Aż mnie zauważy. Aż coś powie. Aż się zarumieni.

Tylko że ona tego nie robi. Wręcz przeciwnie, jeśli ta laska w ogóle wyczuwa moją obecność, ukrywa to w iście mistrzowskim stylu.

Chrząkam, a potem witam się niezobowiązująco, starając się nie wyglądać na znudzonego:

– Hej.

Dłoń dziewczyny w dalszym ciągu porusza się po zeszycie, palec śledzi środek niedokończonego akapitu. Wciąż nie podnosząc głowy, oznajmia cicho:

– Nie udzielam korepetycji, więc daj sobie spokój.

To chyba wystarczy jako odpowiedź na moje pytanie. Odwracam się z powrotem do moich kumpli. Pokazują mi wyciągnięte kciuki, a ja kręcę głową. Pudło. Zeke marszczy brwi, wkurzony jak zwykle, i spuszcza wzrok na kartkę z imieniem w dłoni. Zgniata ją i rzuca na podłogę.

Cóż.

No, to chyba już po sprawie. Tylko że…

– Nazywasz się Violet? – pytam, żeby wyciągnąć z niej więcej informacji i zachęcić ją, by wreszcie na mnie spojrzała.

Ona jednak nie porusza się nawet o milimetr.

– Przykro mi, ale muszę cię rozczarować. Nie nazywam się Violet.

Zmuszam się do krótkiego śmiechu, opieram się biodrem o stolik i krzyżuję ręce na piersi.

– Tak tylko sprawdzałem. Mojego kolegę wystawiła dziewczyna, z którą miał się uczyć, i teraz się chłopak smuci.

– Dlaczego sam do mnie nie podszedł?

– Jest na to zbyt leniwy – stwierdzam obojętnie.

– Nie chciałabym być niemiła, ale skoro potrzebuje korepetycji, może w takim razie w lenistwie tkwi problem.

Słuszna uwaga.

– Słuszna uwaga.

– No dobra, to skoro ustaliliśmy, że nie jestem tajemniczą Violet, która zaginęła w akcji, naprawdę muszę już wrócić do nauki. Zabierasz mi manę.

– Jasne. Wybacz, że zawracałem ci głowę – przepraszam odruchowo i nawet brzmię szczerze.

Dziewczyna rzuca tylko pod nosem „aha” i wraca do przesuwania palcem po liniach w zeszycie, nie zaszczyciwszy mnie nawet jednym spojrzeniem.

To piekielnie irytujące.

Serio, moja duma właśnie dostaje niezłego łupnia. Nie co dzień się zdarza, żeby ktoś mnie odprawiał, a już z pewnością nie jakieś kompletne zero w przeklętej bibliotece, nudna koleżanka z kijem od miotły w roszczeniowej dupie.

Powinienem po prostu odwrócić się i odejść? Czy lepiej, żebym miał ostatnie słowo? Sterczę tak, nie wiedząc, co począć, i wkładam ręce do kieszeni dżinsów.

Ta laska nie tylko zdołała mnie kompletnie wyprowadzić z równowagi w mniej niż minutę, ale też miała dość jaj, żeby mnie odrzucić – i nie do końca wiem, jak sobie z tym poradzić.

– Możesz już sobie iść – mówi nieco ostrym tonem, jakby czytała w moich myślach.

Co, do cholery, jest z nią nie tak?

– Wyluzuj – cedzę. – Już idę.

Szybko wracam do swojego stolika, a moi kumple szczerzą idiotycznie zęby. Wysuwam krzesło i dołączam do nich rozeźlony.

– Chyba nie poszło ci najlepiej – rzuca Dylan.

– Wypchaj się.

– To nie jest Violet? – dopytuje Zeke.

– Nie. – Otwieram podręcznik do topografii. – Nie Violet.

– Hej, Ozzy – zaczyna z namysłem Dylan. – Założę się, że gdybyś tam poszedł i się koło niej zakręcił, mogłaby się tym chwalić przez kilka tygodni. Daj kujonce powód do życia.

Jakoś w to wątpię.

– Najpierw musiałaby wyściubić nos z książki, żeby w ogóle mnie zauważyć.

– Założę się, że mógłbyś przyprawić ją o kisiel w babcinych gaciach.

– Bez kitu. To miałoby być trudne?

Zeke wybucha śmiechem.

– Bądźmy szczerzy, ona raczej nie nosi babcinych gaci, prędzej pas cnoty.

Nie miałbym nic przeciwko białym babcinym gaciom; wszystkie zsuwają się z kobiecych ud w ten sam sposób – powoli i z satysfakcjonującym finiszem na podłodze.

Uśmiecham się znacząco pod nosem.

– Pewnie tak.

– Myślisz, że jest dziewicą? – zastanawia się głośno Dylan.

Zeke rży ze śmiechu, zerkając znad potężnego ramienia na bibliotekarkę, która robi obchód po sali.

– Na bank – mówi ciszej. – Tylko na nią spójrzcie. Rozbeczy się ze szczęścia, kiedy ktoś wreszcie ją porządnie…

– Dobra, wystarczy – przerywam mu ostro. Nawet ja mam jakieś granice, jeśli chodzi o poniżające traktowanie kobiet. Nie spełniam zbyt wysokich standardów, ale na pewno nie upokarzam ich seksualnie. – Nie bądź dupkiem. – Zerkam jeszcze raz na dziewczynę, jest naprawdę urocza, i dodaję łagodniejszym tonem: – Poza tym, co to was w ogóle obchodzi?

– Nie obchodzi. Mówię tylko, że tyle się przechwalasz, ale nie dałbyś rady zaciągnąć tej laski do łóżka. Gwarantuję ci. – Kiwa głową w jej kierunku. – Widziałem, jak cię spławiła, a nie jesteś przyzwyczajony do takiego traktowania…

Racja. Zeszła noc to świetny przykład. Właściwie nie musiałem nawet kiwnąć palcem, żeby uprawiać seks na tarasie na tyłach lodowiska do hokeja. Gadka szmatka, kilka zalotnych uśmiechów i już posuwam jakąś laskę, która nawet nie powiedziała mi, jak się nazywa.

– …i na bank nie dałbyś rady namówić jej, żeby zrobiła ci cokolwiek ustami. Mogę się założyć o sto dolców.

Zaraz. Wróć.

Sto dolców?

Ta kwota zwraca moją uwagę. Unoszę głowę.

Dlaczego?

Bo jestem spłukany.

Prawda jest taka, że dorastając, wcale nie chodziłem do najlepszych szkół. Od początku byłem utalentowanym zapaśnikiem, ale nie mogłem opłacić dodatkowych treningów. Nasza rodzina nie była zamożna. Gdy poszedłem do szkoły średniej, moja siostra dostała pierwszą prawdziwą pracę, ale niedługo po tym musiała walczyć w sądzie – nie będę się rozwodził nad szczegółami – i koszty pochłonęły sporą część funduszu emerytalnego rodziców.

Razem z pieniędzmi na trenerów i college.

Dlatego w przeciwieństwie do wielu moich kolegów i koleżanek nie znalazłem się tutaj dzięki pieniądzom rodziców. Nie mam karty kredytowej bez limitu ani kieszonkowego.

Nie mam nic.

Może i Bóg dał mi talent do przyszpilania przeciwników do maty, ale pod względem finansowym mogę liczyć jedynie na stypendium sportowe (nie mogę go stracić) i dorywczą pracę. Właśnie tak. Pracę.

PRACĘ.

Kiedy nie jestem na zajęciach, na treningu albo nie ślęczę nad książkami, wypruwam sobie flaki, pracując nawet dwadzieścia godzin w tygodniu na wózku widłowym na nocnej zmianie w jakimś przedpotopowym składzie drzewnym piętnaście minut drogi od kampusu. Dzięki temu stać mnie na wynajem tej nory, którą dzielę z Zekiem, futbolistą Parkerem i jego kuzynem Elliotem.

Praca pozwala mi opłacić wszystkie wydatki, na które nie starcza ze stypendium i z pieniędzy od rodziców – rachunki, paliwo, zakupy – i niewiele zostaje.

A jeśli ktokolwiek się o tym dowie, mam przesrane.Właściwie nie wolno mi pracować, zakazuje mi tego umowa z uniwersytetem. Nic jednak nie mogę na to poradzić – muszę dorabiać i robię to zazwyczaj nocami, kiedy powinienem spać, uczyć się i dawać ciału odpocząć.

Ciału, które dostaje regularne lanie i stanowi moją przepustkę do jednego z dziesięciu najlepszych uniwerków.

Kilka tysięcy dolarów rocznie w postaci stypendium naukowego pomaga – sponsoruje je firma, dla której pracuje ojciec – ale naprawdę przydałaby mi się kasa, którą Zeke właśnie proponuje, nawet jeśli to tylko sto dolców.

A więc.

Nagle znowu przyglądam się dziewczynie, obserwując ją z nowym zainteresowaniem. Zapinany na guziki kardigan. Poważny wyraz twarzy. Gładkie ciemne włosy. Wargi zaciśnięte w kreskę, z kącika wystaje koniuszek różowego języka, dziewczyna pewnie wystawia go, gdy się mocno koncentruje.

Chyba mógłbym znieść dotyk jej ust przez kilka sekund.

Kiwam sztywno głową do Zeke’a i ponieważ jestem pewien wygranej, mówię:

– Podbij do pięciu stów i wchodzę w to.

Zeke prycha.

– Załatwione.

Mój kolega z drużyny odchyla się na krześle, krzyżuje na piersi swoje umięśnione ręce i ponagla mnie machnięciem dłoni.

– Lepiej weź się do roboty, casanovo, zanim zauważy, że się na nią gapisz, i ucieknie z ogonem podkulonym między zapieczętowanymi nogami.

Rozdział 2

„Dziewczyna, z którą się wczoraj przespałem, obudziła się rano, przewróciła na bok i rzuciła: »Dzięki Bogu, jesteś przystojny«, a potem znowu zasnęła”.

Myślałam, że już ustaliliśmy, że nie udzielam korepetycji.

Dziewczyna siedzi skulona nad podręcznikiem i trzyma marker nad prawym marginesem. Wciąż nie podniosła wzroku, ale przynajmniej zwróciła na mnie uwagę, zanim podjąłem drastyczniejsze kroki, takie jak chrząkanie czy stukanie palcami w blat.

Uznaję to za progres.

– Jasne. Zrozumiałem to za pierwszym razem.

Jej neonowy zakreślacz zamiera nad otwartą książką. Dziewczyna zatyka go, wyjmuje z ucha słuchawkę i trzyma ją w powietrzu. Czeka, aż coś powiem.

– Mogę ci w czymś pomóc?

Przekrzywia głowę w oczekiwaniu. Słucha mnie, ale jednocześnie nie przerywa nauki.

Postanawiam skoczyć na główkę.

– Musisz mnie pocałować.

Nic.

Żadnej reakcji.

Ani wzdrygnięcia, ani rumieńca, ani komentarza.

Jakby regularnie składano jej takie propozycje.

– Spojrzysz na mnie, do cholery?

To wreszcie wywołuje jakąś reakcję.

Dziewczyna podnosi głowę, jej długi brązowy kucyk opada na prawe ramię, elegancko i z klasą. Ma błyszczące niebieskie oczy i długie rzęsy.

Nasze spojrzenia się spotykają. Łączą.

Serca zaczynają szybciej bić.

Nie wiem, jakim jeszcze frazesem chcielibyście teraz rzucić – wszystkie są irytujące, ale cóż, stało się. Dziewczyna przygląda mi się ostrożnie, mruży szorstko błękitne oczy.

Jej nozdrza rozszerzają się z nerwów.

Bardzo nieobiecujące.

Po dłuższym milczeniu spławia mnie, wkładając z powrotem słuchawkę do ucha i spuszczając głowę. Rysuje zakreślaczem równe kreski na kartce leżącej przed nią na stole.

– Jesteś śmieszny – mruczy pod nosem, beznamiętnie prowadząc mazak ruchem nadgarstka. – Wracaj do kumpli.

– Nie mogę. – Zdecydowałem się na brutalną szczerość, liczę, że to doceni. Właściwie chyba to nas łączy: zero tolerancji na ściemę. A nuż coś zdziałam.

Podnosi głowę i przewraca oczami.

– Nie możesz wrócić? Co to w ogóle ma znaczyć?

Uśmiecham się pod nosem na myśl o bombie, którą zaraz zrzucę.

– Przykro mi, skarbie, to niemożliwe. Przybyłem tutaj na misję i nie mogę wrócić, dopóki jej nie wypełnię.

Wzruszam ramionami, by podkreślić beznadziejność swojego położenia i prosić o łaskę.

– Po pierwsze, nigdy więcej nie mów do mnie „skarbie”. Jestem dla ciebie obcą osobą. Po drugie, nie obchodzi mnie, w co sobie pogrywacie z kolegami. Mam tutaj coś ważnego do zrobienia, więc…

Dziewczyna odkłada żółty marker, przekłada leżące na blacie przybory i wybiera niebieski długopis. Nie wiem, co tam robi, ale poświęca temu całą uwagę, jakbym wcale nie stał i nie gapił się na nią z góry – a mam metr osiemdziesiąt siedem wzrostu. Chociaż nie pociąga mnie tak, jak pociągałaby mnie – jakby to ująć – laska gotowa się ze mną bzykać, to moja sportowa natura nie pozwala mi się poddać bez walki. Zamiast tego zmieniam strategię.

Podchodzę bliżej do jej krzesła, kładę dłoń w rogu drewnianego blatu, zaledwie kilkanaście centymetrów od jej laptopa. Naruszam jej przestrzeń osobistą. Powoli stukam palcami w drewno, jeszcze kilka razy, po czym wysuwam krzesło obok niej, czując na sobie wzrok kolegów z drużyny.

Ciekawskie sukinsyny.

Nogi krzesła szurają po drewnianej podłodze, przez co więcej niż kilka głów podnosi się i obraca w naszą stronę.

Dziewczyna przekrzywia głowę, przepisując notatki z laptopa do notesu. Pierwsze, co zwraca moją uwagę, kiedy przesuwa swój zbłąkany kucyk za ramię, to gładka skóra jej szyi, a potem małe diamentowe kolczyki w uszach.

Przyglądam się miękkiemu materiałowi jej kardiganu – wiem, że jest miękki, bo prawie na pewno taki sam miała na sobie laska z bractwa, z którą się pieprzyłem ostatnio. To mundurek wszystkich zadzierających nosa studentek.

Ta dziewczyna ma klasę. W dodatku bezczelnie mnie ignoruje. Obserwuję jeszcze przez kilka minut, jak pracuje, kompletnie mnie lekceważąc.

– Dlaczego przepisujesz notatki, które zrobiłaś już wcześniej na zajęciach?

Długie głośne westchnięcie.

– Robię powtórkę. Żeby je zapamiętać.

Hmm. Nie taki zły pomysł. Może kiedyś spróbuję.

– A w ogóle to nazywam się Oz. – Posyłam jej megawatowy uśmiech, pokazując perłowe, idealnie równe zęby, którymi ściągałem stringi, figi i szorty w całym kampusie, a także, jeśli mam być szczery, w kilku innych.

Dlaczego miałbym kogoś dyskryminować?

Mimo to dziewczyna milczy.

– Oz Osborne – powtarzam, na wypadek gdyby miała problem ze słuchem, bo wciąż mi nie odpowiedziała. Jasny. Gwint. A co, jeśli ona jest głucha i potrafi tylko czytać z ust?!

Czekam, aż rozpozna nazwisko. Aż uniosą się jej brwi albo zarumienią policzki. Czekam na jakikolwiek znak, że wie, kim jestem. Każda dziewczyna o mnie słyszała.

Jednak odpowiedzią na moje słowa jest niezręczna, ogłuszająca cisza, czyli albo rzeczywiście nigdy o mnie nie słyszała, albo udaje obojętną, albo mnie nie słyszy, albo zwyczajnie ma mnie w dupie.

Szur, szur. Szura długopis po papierze.

Utknąłem przy jej stoliku, a tymczasem kumple gapią się na nas. Nawet z tego miejsca doskonale widzę zadowolenie wypisane na twarzy i ciele Zeke’a. Skrzyżował ręce na piersi, odchylił się na krześle i zamiast się uczyć, patrzy na nas jak na przedstawienie, z ołówkiem wetkniętym za ucho.

Jest arogancki, jego brwi unoszą się groźnie.

Nieważne. Poradzę sobie. Nie pozwolę się spławić zadzierającej nosa lasce. Jestem pieprzonym Sebastianem Osborne’em.

Niezrażony chrząkam i próbuję jeszcze raz.

– Tak czy inaczej, jak już mówiłem, nazywam się Oz. Miło mi cię poznać.

Opieram łokieć o krawędź stołu, moja klatka podnosi się i opada niebezpiecznie blisko przestrzeni osobistej dziewczyny. Podnoszę głos i wymawiam wyraźnie każdą sylabę – na wypadek gdyby faktycznie była głucha i nie słyszała mnie dobrze.

– Widzisz tamtych kolesi? – Kiwam głową na stolik zajmowany przez moich kumpli, zachęcają mnie wulgarnymi gestami. To się nazywa mieć klasę. – Chociaż może lepiej nie patrz. Straszne z nich dupki.

Dziewczyna pociąga nosem.

– No i ich zdaniem nie pocałujesz mnie. – Każde słowo rozbrzmiewa dość głośno i wyraźnie, żeby wreszcie zwrócić jej uwagę.

– Po pierwsze, mów ciszej. – Przewraca oczami, ale nie podnosi głowy, wciąż pisze. – A po drugie, twoi koledzy mają rację. Nie pocałuję cię.

– Ach! Świetnie, czyli jednak nie jesteś głucha. Zaczynałem się już martwić.

Zadziera głowę.

– Rany boskie, coś ty właśnie powiedział?

– Przez chwilę myślałem, że jesteś głucha i dlatego mnie ignorujesz.

– Jesteś nietaktownym durniem. – Już po wyrazie twarzy można się domyślić, że jest zbulwersowana, a ton głosu nie pozostawia żadnych wątpliwości, jak bardzo. – Słyszę cię, czuję cię, rany! Nawet cię widzę! I w stu procentach cię ignoruję.

– Przedstawiłem ci się cztery razy.

Przewraca oczami.

– Nie słyszałeś, że nie należy rozmawiać z obcymi?

– Biały van do porywania zostawiłem w melinie, więc na razie jesteś bezpieczna.

Tą dowcipną odpowiedzią zasłużyłem sobie na odrobinę jej uwagi. Podnosi głowę z niedowierzaniem. Błyszczące oczy patrzą na mnie po raz drugi, odkąd przejąłem jej stolik, i taksują mnie tak samo, jak ja wcześniej taksowałem ją: dokładnie, z ciekawością i…

Pogodnie.

Bawię ją, to widać.

– Jesteś trochę głupi, ale… zabawny. – Krótka pauza. – Oz.

– Dzięki? Chyba.

– A więc… – Dziewczyna stuka długopisem w róg stolika, patrzy zmrużonymi oczami na ekran komputera, po czym obrzuca mnie niecierpliwym spojrzeniem. – Już skończyłeś, prawda? Robi się późno, a mnie nie zostało wiele czasu na naukę.

Chrząkam.

– Wystarczy jeden pocałunek i zostawię cię samą.

– Której części nie zrozumiałeś? Doznałeś wstrząśnienia mózgu na treningu i zapomniałeś, co znaczy „nie”? – mówi do mnie powoli, cedząc słowa, jakby się bała, że nie znam angielskiego.

– Teoretycznie nie powiedziałaś „nie”.

Patrzy na mnie beznamiętnie, ale jestem uparty.

– A może tylko mały całus? Cmoknięcie w usta. Bez języczka.

Swoim żartem zasłużyłem sobie na cień uśmiechu.

– Dobra. – Śmieję się. – Trochę z języczkiem.

Odkłada długopis i splata palce, jej błękitne oczy płoną.

– Przestań.

Tylko jedno słowo.

Przestań.

Nawet ja nie jestem taki głupi, żeby nadal naciskać.

No dobra, będę naciskać, ale tylko trochę.

– Daj spokój, skarbie. Nie pozwól, żebym wrócił do nich z podkulonym ogonem.

Po tej uwadze jej wzrok zsuwa się szybko między moje nogi, ląduje na rozporku dżinsów. Jej oczy otwierają się szeroko i dziewczyna zaraz zdaje sobie sprawę, gdzie patrzy. Gdybym nie zobaczył tego tak wyraźnie, pomyślałbym, że sobie to wyobraziłem.

Jej usta się rozchylają.

Dziewczyna podnosi rękę, zdejmuje z głowy okulary z czarnymi oprawkami, po czym zakłada je na swój zadarty nosek i patrzy pogardliwie na stolik zajmowany przez moich kumpli.

– Wiem, jak to musi wyglądać, ale przysięgam, że mam czyste intencje. Po prostu chcemy się trochę zabawić, rozumiesz? Nie ma w tym nic…

– Czyste intencje? – Różowe kabelki zwisają z jej uszu; sięga, by zdjąć słuchawki i rzucić je na blat. – Chcecie się trochę zabawić? Czyim kosztem?

Skoro już mowa o kosztach, to za chwilę stracę pięć stów przez jeden płynny ruch dłonią, którym daje mi znak, żebym milczał.

– Powiedz mi jedno. Podszedłeś tutaj, próbujesz namówić mnie na pocałunek, z Bóg raczy wiedzieć jakiego powodu, a ja niby powinnam czuć się zaszczycona, że poświęcasz mi uwagę? Błagam. Za kogo ty się masz?

Już otwieram usta, żeby jej powiedzieć, ale ona nie daje mi szansy.

Znowu.

– Zdobędziesz w ten sposób specjalny status? Plakietkę ze swoim imieniem czy coś? A może przez cały wrzesień będziesz mógł parkować swoje auto na najlepszym miejscu przed domem bractwa?

Chce, żebyśmy byli bezpośredni? Dobra.

– Nie jestem w żadnym bractwie, ale tak, właściwie masz rację, jest nagroda. Dostanę pięćset dolarów, jeśli mnie pocałujesz. I szczerze mówiąc, bardzo by mi się ta kasa przydała.

Teraz się odchyla i zaczyna kołysać na tylnych nogach krzesła jak chłopak.

– Ach, czyli przerwałeś mi naukę, żeby powygłupiać się jak jakiś dureń. I to wszystko dla pieniędzy.

– Tak, właściwie tak. – Wzruszam ramionami. – Pięć stów to pięć stów.

Nadchodzi moment oceny. Mierzymy się nawzajem wzrokiem z widocznym zainteresowaniem. Dziewczyna nawet nie próbuje ukrywać, że przygląda się mojemu ciału. Ma nieokreślony wyraz twarzy. Zaczyna od butów.

Dobrze wiem, w którym momencie jej wzrok pada na mój wytrenowany brzuch. Czuję, jak przesuwa się leniwie po moich ramionach i waha na moment, by przeskoczyć na rozsunięte nogi, na rozporek moich dżinsów.

Długie, ciemne, pokryte tuszem rzęsy trzepoczą. Gładka blada skóra się rumieni. Usta są zaciśnięte, lecz mimowolnie zauważam, że są też przyjemnie pełne.

Całkiem ładna dziewucha, tylko że kompletnie nie potrafię zgadnąć, o czym myśli.

– Masz twarz pokerzysty, wiesz?

– Dzięki.

Nachylam się.

– Jak się nazywasz?

Przewraca błękitnymi oczami.

– Jeśli mi nie powiesz, będę musiał nazywać cię Seksowną Bibliotekarką. – Wzruszam nonszalancko ramionami.

Jej spojrzenie robi sobie przejażdżkę po moich umięśnionych rękach opartych o krzesło, po ramieniu w całości pokrytym tatuażami.

– Widzisz tamtą kobietę z siwym koczkiem i kardiganem, katalogującą słowniki? To jest bibliotekarka.

Teraz ja przewracam oczami.

– Bez kitu, ona wygląda na bibliotekarkę, ale skoro już porównujemy, tobie brakuje tylko siwych włosów, kwaśnej miny i kujońskich okularów. – Widzę, jak dotyka dłonią oprawek otaczających jej błękitne oczy. – Nieważne, masz dwie cechy z trzech. A to dwie trzecie frustracji seksualnej.

– Nie jestem sfrustrowana seksualnie.

Udaję, że na mojej grubej szyi wisi naszyjnik, i bawię się wyimaginowanymi perłami.

– Prawie mnie nabrałaś.

Dziewczyna mruży oczy.

– Jeśli próbujesz być w ten sposób czarujący, naprawdę kiepsko ci idzie. Myślałam, że chcesz mnie pocałować.

– Czy to znaczy, że się nad tym zastanawiasz?

Waha się przez chwilę, bawi się długopisem, rysuje małe kółeczka w zeszycie.

– Zaskoczyłabym cię, mówiąc, że tak, prawda?

Śmieję się pod nosem.

– Oczywiście.

– Czekaj. Chcę zapamiętać moment, w którym wymawiam te słowa. – Mruży oczy, jakby robiła w myślach zdjęcie, a potem oznajmia powoli i wyraźnie: – Tak. Zastanawiam się nad tym. Tego. Się. Nie. Spodziewałem.

Czy ta laska mówi serio?

– Poważnie? – wypalam, a moje brwi wystrzeliwują aż pod samą linię włosów. – Nie robisz sobie ze mnie jaj?

Dziewczyna wzrusza ramionami.

– Czemu nie? Przydałoby mi się trzysta dolarów.

Ludzie rzadko mnie zaskakują, ale ta Seksowna Bibliotekarka… Właśnie omal nie doznałem szoku.

– Trzysta dolarów?

Co, do cholery?!

– Bez urazy, ale nie oddam ci więcej niż połowy wygranej. Nie ma mowy.

Podnosi słuchawki i wkłada do ucha najpierw jedną, a potem drugą, z uśmiechem pełnym satysfakcji.

– W takim razie siema, Oz.

Zauważam jeszcze, jak przewraca oczami, a potem spuszcza głowę i jej długopis zaczyna znowu tańczyć na kartce.

Wzdycham.

– Dobra. Pięćdziesiąt dolców.

– Dwieście pięćdziesiąt.

Nawet nie podniosła głowy.

Co tu się wyprawia?

– To są jakieś jaja. Naprawdę nie pocałowałabyś mnie za darmo?

– Nigdy w życiu. – Obrzuca wzrokiem moją wyrzeźbioną klatkę piersiową, potem potężne bicepsy i tatuaże, a wszystko to zaledwie z cieniem zainteresowania. Unosi brew. – Nie jesteś w moim typie.

Kłamczucha.

– Kotku, nie byłabyś w moim typie nawet wtedy, gdybyś siedziała na tym krześle w samym naszyjniku.

Kłamca.

– Nigdy nikogo nie nazywaj „kotkiem”. To gorsze niż „skarbie”. Zrobiło mi się od tego niedobrze. – Po tych słowach zamyka się przede mną, zmieniając całą postawę ciała. Spuszcza głowę nad zeszyt, rozluźnia ramiona, a potem nagle podnosi wzrok, by spojrzeć mi prosto w oczy. – Wiesz co? W ogóle to chamsko jest mówić komuś takie rzeczy.

– Co? Przecież sama przed chwilą powiedziałaś to samo mnie!

Mimo wszystko, kiedy znowu na mnie spogląda osłonięta maską niepewności, czuję się – nie będę kłamał – jak totalny siur, że powiedziałem jej coś takiego.

W pewnym sensie.

Trochę.

No dobra, właściwie to nie.

Tak czy inaczej, wzdycham przeciągle, jakbym miał zrobić jej naprawdę wielką przysługę.

– Dobra. Dam ci połowę pieniędzy.

Dziewczyna marszczy nos zniesmaczona.

– To mają być przeprosiny? Hajs na otarcie łez?

Nie zamierzam jej przepraszać.

– Bierzesz albo nie, twoja decyzja.

– Dobra. Pocałuję cię, ale tylko dlatego, że mnie męczysz.

– Właśnie oskubałaś mnie na dwieście dolców!

– Dwieście pięćdziesiąt.

Mierzymy się wzrokiem w słabym świetle biblioteki. Lampy na stolikach rzucają ciepły blask na jej gładką skórę i twarz w kształcie serca. Cienie tańczą, gdy zadziera głowę i patrzy na mnie, czekając, aż coś powiem. Chcę dobrze jej się przyjrzeć i zapamiętać jej cycki, biodra i tyłek, ale to niemożliwe, gdy siedzi.

– Możesz zrobić dla mnie jedną rzecz? – burczę. – Myślę, że to by było dla mnie mniej niezręczne, gdybyś wstała.

Prycha z oburzeniem.

– Mniej niezręczne dla ciebie? Właśnie mam dotknąć ustami kompletnie obcą osobę, a ty nagle robisz się wybredny. I wymyślasz kolejne przysługi.

– Zamiast tyle narzekać, powinnaś dziękować mi za okazję.

Nabzdycza się.

– Tak, tak, bo przecież płacisz mi dlatego, że jesteś prawdziwym uosobieniem moralności i wiarygodności. Praktycznie nimi emanujesz.

– Chryste, kobieto. Przecież powiedziałem, że oddam ci połowę, i dotrzymam słowa.

– Uwierzę, kiedy to zobaczę. – Znowu prycha, ale wstaje, prostuje się i kolejny raz mnie zaskakuje. Jest tak drobna, że sięga mi zaledwie obojczyka. Aż mnie kusi, żeby sprawdzić, czy mogę oprzeć brodę na czubku jej głowy.

– Jeśli mi nie ufasz i cię wkurzam, dlaczego zgodziłaś się na ten głupi numer?

To ją powstrzymuje na chwilę i wyraźnie zastanawia się nad odpowiedzią.

– Z ciekawości. Poza tym czy nie powinno się od czasu do czasu dokonywać złych wyborów?

Zerkam w dół, między nasze ciała. Bujne piersi wypychające guziki czarnego kardiganu przykuwają moją uwagę. Szczerzę zęby. Przykro mi, nie potrafię się powstrzymać. Pod swoim przyzwoitym sweterkiem z szeregiem przyzwoitych guzików Seksowna Bibliotekarka ma świetne cycki, a teraz te cycuszki bardzo nieprzyzwoicie przyciskają się do mojej klatki piersiowej.

– Możesz powtórzyć swoje imię? – pytam bardziej chropawym głosem, niż planowałem.

Jej pełne usta rozciągają się w kolejnym bezczelnym uśmieszku.

– Seksowna Bibliotekarka.

– Nie, poważnie.

Waha się. Najpierw wciąga, a potem wypuszcza powietrze.

– Dobra. Skoro już musisz wiedzieć, nazywam się James. James Clark.

Wiem, że to cholernie niegrzeczne – i prawdopodobnie zwyczajnie wstrętne – ale oczy wychodzą mi z orbit, a szczęka opada z hukiem na podłogę.

– Nazywasz się James? James jak James? Serio, James?

Cierpliwie czeka, aż skończę.

Gapię się na nią, próbując pogodzić męskie imię z kobiecą figurą przed moimi oczami. Potem wyrzucam z siebie pierwsze słowa, jakie przychodzą mi do głowy.

– Kolesie nie czują się zagubieni, gdy się z nimi pieprzysz? Czy twoje męskie imię nie jest dla nich dezorientujące?

W błękitnych oczach James pojawiają się iskry, ale poza tym nie reaguje. Najwyraźniej przyzwyczaiła się już do takich komentarzy.

– James to skrót od Jameson.

Niewypowiedziane „dupku” na końcu zdania wisi w powietrzu, wciśnięte między nasze ciała.

Unoszę zgryźliwie brwi aż po linię włosów, usta wyciągam w złośliwy uśmieszek.

– I co? Te dwie dodatkowe litery na końcu to już było dla ciebie za dużo? Musiałaś skrócić imię?

– Coś w tym guście. – Speszona przygryza dolną wargę. – Pocałujesz mnie czy nie? Mam do napisania rozprawkę na trzydzieści stron, a jestem dopiero na dwudziestej drugiej.

– Ty musisz pocałować mnie.

– Rany. – Wzdycha głośno i bawi się nerwowo guzikiem kardiganu, mój wzrok pada na fragment kremowej skóry, gdy mówi: – Ale ze mnie szczęściara, robi się coraz lepiej, co? No dobra, Oz, nie ruszaj się. Gotowy?

Gotowy jak cholera.

– Gotowy, Jim. – Śmieję się. – Dawaj.

Przysuwa swoje ciało jeszcze bliżej, a ja czuję zapach czegoś przypominającego talk dla dzieci i coś kwiatowego. Wciągam powietrze, gapiąc się na jej piersi. No bo skoro i tak są przyciśnięte do mojego ciała, równie dobrze mogę skorzystać z okazji, a James – co zaskakujące – pozwala mi na to.

Wspina się na palce. Trzepocze rzęsami.

Ściąga pełne usta.

Spodziewam się grzecznego całusa na szyi, zaledwie muśnięcia jej warg albo szybkiego buziaka w policzek.

Nigdy wcześniej tak bardzo się nie myliłem.

I szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie byłem też tak podniecony. Namawianie James, żeby mnie pocałowała, było niezłą zabawą i – jak mi Bóg miły – pogonią. Cieszyłem się każdą sekundą. Patrzę na jej usta i napawam się dotykiem…

Przestań, idioto.

Skup się.

Ciepłe dłonie James obejmują moją twarz, szczękę. Jej kciuk powoli głaszcze mój policzek, poruszając się spokojnie w górę i w dół, aż odruchowo pochylę głowę. Czuję, jak moje powieki stają się ciężkie, kiedy patrzę na nią z zachwytem. Jestem szczerze oczarowany, gdy ta dziwna, skromna nieznajoma spogląda mi w oczy.

Odruchowo próbuję ustami odnaleźć jej dłoń. Jakby wyczuwając moje napięcie, dziewczyna kręci nieco głową. Nie.

Szept.

Westchnienie.

Guziki kardiganu wpijają mi się w skórę, gdy dziewczyna jeszcze bardziej podnosi się na palcach i całuje kącik moich ust. Wciąga powietrze. Nie przerywa. Najpierw z jednej, potem z drugiej strony.

Potem dolna warga.

Koniuszkiem języka oblizuje szybko łuk Kupidyna.

Wciągam mocno powietrze przez nos, stoję cały sztywny i czekam. Aż w końcu Jameson się odsuwa, ale nie odrywa ode mnie swoich gładkich dłoni, nie przerywa na moment dotyku, a jej błękitne oczy zapamiętują każdy szczegół mojej twarzy.

Zastanawia się.

Obrzucam drapieżnym spojrzeniem jej zęby, które przesuwają się po dolnej wardze i skubią ją tuż przed tym, jak spomiędzy ust wydostaje się język, by je zwilżyć.

Nie poruszam nawet jednym mięśniem w całym ciele, lecz nie potrafię się powstrzymać, żeby nie sprowokować dziewczyny.

– Nie mam całego dnia.

– Ciii – ucisza mnie. – Milcz. Gdy tylko się odzywasz, mam ochotę palnąć cię w ten durny łeb.

Jej różowe usta zamierają tuż przy moich ustach, kusząc. Powietrze między nami staje się dziwnie łatwopalne. Energia zebrana między naszymi wargami zdaje się skwierczeć cicho, a ja później w łóżku będę się zastanawiał, czy to w ogóle możliwe – teraz jednak mój penis pulsuje pod rozporkiem ciemnych dżinsów, a dłonie zaciskają się w pięści, walcząc o choć odrobię kontroli nad sytuacją.

Okazuje się, że to niemożliwe.

Moje nogi stają się niespokojne i nagle czuję, jak adrenalina zaczyna mi krążyć w całym ciele. Mógłbym obiec kampus sto razy – to kompletny absurd.

Przecież ona nawet nie jest w moim typie – ja lubię głupie i łatwe blondynki.

Ona jest nikim, a ja nie sypiam z takimi.

Zazwyczaj.

Dziewczyna zaciska usta i te wreszcie przywierają do moich.

Wzdycha.

Rozchylam wargi, a ona jak grzeczna dziewczynka nieśpiesznie wkłada między nie język.

Jestem sztywny. Sztywny jak jasna cholera.

Jameson smakuje czymś świeżym – jak miętowa guma do żucia albo truskawki – odruchowo obejmuję ją w pasie i przyciskam do siebie, żebym mógł otrzeć się o jej udo. Otwieramy szerzej usta. Mój język odnajduje drogę do środka, bardzo głęboko.

Tak bardzo głęboko.

Mija kilka sekund, a my całujemy się jak niepilnowani licealiści w piwnicy rodziców, a przecież stoimy na samym środku biblioteki otoczeni przez innych studentów.

Jęczę, gdy przygryza moją wargę, a potem zaczyna ją ssać.

Słyszę za plecami gwizdy wrednych kumpli – nie dość głośne, żeby zwrócić uwagę bibliotekarki, ale na tyle znaczące, że Jameson przerywa pocałunek i z jękiem odpycha moją twardą jak skała pierś. Odsuwa się i przykłada dłoń do ust.

Po kilku oddechach na uspokojenie mówi, dysząc:

– Poradziłam sobie na tyle, by zasłużyć na zapłatę? Jesteś usatysfakcjonowany?

Ni cholery.

– Nie będę usatysfakcjonowany, dopóki nie przelecę cię na stole w sali do cichej nauki. – Łapię ją za rękę. – Chodź.

Dziewczyna otwiera szeroko oczy z zaskoczenia, kiedy wyciągam ręce, żeby chwycić ją za ramiona. Mam ochotę przyciągnąć ją do kolejnego pocałunku, ale kończy się na chęciach. Jameson robi krok w bok i siada twardo na krześle, przekrzywiając lampę i zrzucając przybory na podłogę. Drżącą dłonią dotyka nabrzmiałych ust, delikatnie muskając skórę opuszkami palców.

– Nie jestem taką laską.

Obrzucam ją gorącym spojrzeniem, mierząc od stóp do głów: dżinsy, biały podkoszulek, czarny kardigan, błyszczące perły.

Perły. Chryste Panie.

– No to jaką laską jesteś? Taką, która nigdy się dobrze nie bawi? A może tylko kusisz i zostawiasz faceta na lodzie?

Wyobrażam sobie tę scenę. Nie zważając na nic, zrzucamy książki na podłogę. Robimy miejsce na stole, żebym mógł posadzić ją na krawędzi, zsunąć jej dżinsy, pieścić ją w miejscach... wszystkich miejscach. W środku penisem. Jej łechtaczkę, gdy będzie dochodzić, leżąc na blacie stołu w pokoju do cichej nauki.

– Wygrałeś zakład – zaczyna powoli James, poprawiając kucyk. – Wygrałeś pieniądze, a ja zaspokoiłam ciekawość. – Jej duże błękitne oczy, teraz ostrożne, wędrują do stolika, zza którego obserwują nas Zeke i Dylan. – Powinieneś już iść. Twoi przyjaciele czekają.

Kiwam sztywno głową i wyciągam rękę, żeby teatralnym gestem poprawić spodnie na wzwiedzionym członku.

– Dzięki za sine jaja.

Jej warga drży.

– Nie ma za co.

Obrzucam ją jeszcze jednym taksującym spojrzeniem, tym razem oceniając ją inaczej niż jeszcze dziesięć minut wcześniej.

W mgnieniu oka zmieniła się z zasadniczej i nieciekawej w hardą i dziwnie seksowną.

Szkoda, że mi nie dała.

Wreszcie obracam się, pokazując jej pośladki, a potem odchodzę powolnym krokiem w stronę kumpli. W połowie drogi słyszę jej dźwięczny głos, gdy przyzywa mnie cicho.

– Hej, Oz?

Zatrzymuję się.

Zamiast obrócić się do niej twarzą, poruszam głową na tyle, by zaprezentować dziewczynie swój profil.

– Słucham.

Przez kilka sekund nic nie mówi, przez co ciekawość każe mi się jednak odwrócić. Jameson stoi w miękkim świetle lampy w ciemnym kącie, oczy jej błyszczą jak u chochlika.

Zaintrygowany unoszę niecierpliwe brwi.

– No co?

– Mam dla ciebie przyjacielską radę. – Jej wydęte wargi rozchylają się, śledzę je wzrokiem, gdy dziewczyna mówi cicho, tylko dla moich uszu: – Nigdy nie osądzaj dziewczyny po kardiganie.

Waham się na moment.

– Dzięki za sugestię, ale nie jest mi potrzebna.

Dwie godziny i dwadzieścia minut później nie potrafię myśleć o niczym innym, jak o tej wypowiedzianej cicho radzie. Nigdy nie osądzaj dziewczyny po kardiganie.

Nigdy nie osądzaj dziewczyny po kardiganie.

Co to w ogóle ma znaczyć, do cholery?

Zirytowany tłukę pięścią w poduszkę, zbierając ją pod głową, i gapię się w sufit z szeroko otwartymi oczami. Próbuję wyrzucić z głowy obraz pewnego sznura pereł i skupić się na czymś innym – na przykład na jędrnych cyckach Rachel Jak-ona-tam-ma, tej małej kusicielki, albo na drobnej dupci Carmen Jak-jej-tam. Albo na tamtej zboczonej brunetce, której pozwoliłem zrobić mi loda w bibliotece.

Pluję na sam środek dłoni, a potem wkładam ją pod siateczkowe spodenki na siłownię. Dla większej wygody zsuwam gumkę poniżej swojej sztywnego penisa. Łapię go u nasady, szarpię kilka razy, żeby się rozluźnić, a potem oddaję się w pełni zadaniu. Pompuję rytmicznie, aż zaczynam dyszeć.

Marszczę brwi w skupieniu, oblizuję wargi koniuszkiem języka i przygryzam coraz mocniej z każdym ruchem dłoni. Cholera, jest mi tak zajebiście, a przecież to tylko moja przeklęta ręka.

Niestety.

Potrzebuję kilku minut, żeby sobie zwalić, potem posuwam jeszcze kilka razy, dopóki nie jęknę, czując ciepłą i lepką spermę na dłoni.

I jak w każdym romantycznym banale od zarania ludzkości nie spuszczam się na wspomnienie gorącej blondynki, ale świeżej twarzy Jameson Clark. Jej nieskazitelnych włosów, błyszczących oczu i czarnych oprawek na nosie.

Los jest naprawdę wredną, nieustępliwą suką.

Wstaję z łóżka, wciągam spodenki na wąskie biodra, przesuwam ręką po sześciopaku i maszeruję boso do łazienki, którą dzielę razem z trzema innymi kolesiami, żeby umyć dłoń i kutasa.