Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2003

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 544 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Seans - Witold Horwath

Współczesny romans opowiadający dzieje kilkunastoletniej, obłędnej miłości najpierw chłopaka, później dojrzałego mężczyzny, do dziewczyny stanowiącej ucieleśnienie femme fatale. Związek ten, jak spleciona w miłosnym amoku para, przetacza się od połowy lat siedemdziesiątych, po początek lat dziewięćdziesiątych, przez meliny nadwiślańskich hipisów, dzielnice biedy i oazy bogactwa ówczesnej Warszawy, wille podejrzanych krakowskich notabli, nieumeblowane klitki w blokach i siedziby pierwszych firm kapitalistycznych. Seans, wydany w 1997 roku, to studium fascynacji. Bohater, nie mogąc zdobyć na dłużej względów wybranej kobiety, postanawia dowiedzieć się o niej wszystkiego, aż do końca... Holenderskie i niemieckie wydania Seansu ukazały się w roku 2000.

Opinie o ebooku Seans - Witold Horwath

Fragment ebooka Seans - Witold Horwath

Wi­told Hor­wath

Se­ans

...któ­rej nie zna nikt

Z ży­ją­cych i umar­łych. Ja też jesz­cze nie znam.

Lecz wiersz ro­śnie na oślep co­raz wy­żej, mit

Roz­ja­śnia nie­skoń­czo­na bły­ska­wi­ca ser­ca.

Ra­fał Wo­ja­czek

1

Przy­sze­dłem do­pie­ro na czwar­tą lek­cję; był po­nie­dzia­łek, dzień ty­go­dnia, któ­re­mu z hu­ma­ni­tar­nych wzglę­dów po­win­no się od­jąć wszel­kie go­dzi­ny typu siód­ma, ósma, dzie­wią­ta.

Gło­wa po­bo­le­wa­ła, nie­po­kój mo­ścił się mię­dzy że­bra­mi – jak zwy­kle po so­bo­cie u mnie i nie­dziel­nej re­pe­cie u Kuby.

„Je­śli już za mło­du ma się do za­wo­du pre­dy­lek­cję, trzy lata przy win­dzie wy­star­czy­ły pin­dzie na dy­rek­cję” – było na­pi­sa­ne na drzwiach ka­bi­ny, a od­no­si­ło się do na­szej dy­rek­tor, po­noć awan­so­wa­nej na to sta­no­wi­sko z pro­stej win­dziar­ki (zwa­żyw­szy na nie­któ­re jej ce­chy i wy­gląd, nie było to cał­kiem wy­klu­czo­ne).

W książ­ce, któ­rą pod pa­pie­ro­sa kart­ko­wa­łem, po­eta za­po­wia­dał, że się nie­dłu­go po­wie­si. Tak oto ocze­ki­wa­łem na dzwo­nek i za­gwa­ran­to­wa­ne przez re­gu­la­min trzy­dzie­ści mi­nut dłu­giej prze­rwy, pod­czas któ­rej mę­ski ki­bel sta­wał się tym, czym był w isto­cie – na­szym klu­bem, gdzie przy­cho­dzi­li O’Brien, Kuba i inni i gdzie oma­wia­ło się wszyst­kie istot­ne – dzien­ne i noc­ne – spra­wy. Istot­ne spra­wy, istot­ni lu­dzie, klub-ki­bel i na­sza ka­wia­ren­ka na wprost szko­ły, pry­wat­ki so­bot­nie, bry­dże nie­dziel­ne i ka­co­we.

Daw­ni Ro­sja­nie wie­rzy­li, że zie­mia opie­ra się na iluś tam wie­lo­ry­bach, ja też mia­łem ta­kie wie­lo­ry­by, któ­re pod­pie­ra­ły mój daw­ny świat.

– Ty nie pal, tyl­ko leć do kla­sy.

Kuba uśmie­cha się w spo­sób, któ­ry po­zwa­la mi od­gad­nąć, że to ja­kaś spra­wa dam­sko-mę­ska; O’Brien ma minę ta­jem­ni­czą; Dzia­dek Za­mszyc gra na or­gan­kach i jest naj­wy­raź­niej pod wra­że­niem.

Ale ża­den nie zdra­dza mi, o co cho­dzi.

– No, mó­wię ci, leć, bo jest na co po­pa­trzeć!

A więc idę, prze­kra­czam próg kla­sy i do­sta­ję się w za­sięg jej wzro­ku. Bo nie­wąt­pli­wie ona pierw­sza mnie zo­ba­czy­ła, sie­dząc na pa­ra­pe­cie okna i pa­trząc w drzwi, przez któ­re wcho­dzi­li­śmy i wy­cho­dzi­li­śmy; za­pa­mię­ty­wa­ła nas lub li­czy­ła, tak jak przed za­śnię­ciem li­czy się ba­ra­ny. A istot­nie spra­wia­ła wra­że­nie sen­nej.

W ułam­ku se­kun­dy udzie­li­ło mi się to, z czym oni do mnie przy­szli; zro­zu­mia­łem, że rze­czy­wi­ście mo­gli mnie tyl­ko wy­słać, bym zo­ba­czył sam. Po co ja zresz­tą tak okręż­nie ob­ja­śniam, kie­dy spra­wa jest pro­sta: w po­nie­dzia­łek 22 wrze­śnia 1975 o go­dzi­nie 10.45 uj­rza­łem dziew­czy­nę, któ­ra za­ka­so­wa­ła i ska­so­wa­ła wszyst­kie, ja­kie kie­dy­kol­wiek przed­tem i po­tem wi­dzia­łem; „w ży­ciu, fil­mie, na okład­kach pism oraz kil­ku­dzie­się­ciu ka­na­łach TV” – to po­wie­dział o niej ktoś inny, waż­niej­szy, a ja po­wta­rzam za nim, wsta­wia­jąc moją datę.

Przy­leź­li ga­pić się z in­nych klas. Zu­peł­nie bez że­na­dy – jak ktoś, kto osłu­piał – sta­li i roz­bie­ra­li ją wzro­kiem. Z tych wran­gle­rów ob­ci­słych, z tej bluz­ki czar­nej; w sa­mych tyl­ko, do obłę­du i szpi­ku ko­ści raj­cu­ją­cych bu­tach ją zo­sta­wia­li. Czy wie­dzia­ła, że jest w tym mo­men­cie an­ga­żo­wa­na przez mło­dych i zdol­nych re­ży­se­rów do głów­nej roli w ich por­no­gra­ficz­nych do­bra­noc­kach? Mu­sia­ła wie­dzieć.

Pod­sze­dłem bli­żej, na­wią­za­łem kon­takt wzro­ko­wy i było tak, jak­bym za­grał w sza­chy z Bob­bym Fi­sche­rem. Cóż, są lu­dzie, któ­rzy mają pięk­ne i wy­ra­zi­ste oczy, są ak­to­rzy, któ­rzy tyl­ko sa­mym wzro­kiem umie­ją grać, i– jest ona, nie­wąt­pli­wa li­der­ka tego klu­bu.

– Rany, ale mam kaca – po­skar­ży­łem się, względ­nie po­chwa­li­łem.

I żeby już nie mia­ła żad­nych wąt­pli­wo­ści, kto tego kaca ma, niby pod­pis pod oświad­cze­niem do­da­łem swo­je imię. Tak wy­glą­da­ło moje przed­sta­wie­nie się.

Mil­cza­ła, czy­li jak­by nie za­re­ago­wa­ła, tak jak w do­brym to­nie jest nie re­ago­wać, kie­dy ktoś bek­nie lub pierd­nie, ale prze­mó­wił prze­cież ten jej wzrok, i to za­bo­la­ło do­tkli­wiej niż sło­wa.

– Skąd przy­szłaś? – spy­ta­łem mimo to, ma­rząc, by sy­tu­acja wy­pa­dła z re­al­ne­go bytu do złych snów, gdzie jej miej­sce, moje zaś miej­sce by znów było tam w ki­blu – z Kubą, O’Brie­nem, Za­mszy­cem i do­da­ją­cym pew­no­ści sie­bie pa­pie­ro­sem.

Spoj­rza­ła za okno, w górę, wzro­kiem po­ka­zu­jąc nie­bo.

– Przy­le­cia­łam – po­wie­dzia­ła ci­cho, niby mało waż­ne spro­sto­wa­nie, któ­re­go mia­łem pra­wo nie brać pod uwa­gę.

Już-już na­bra­łem prze­ko­na­nia, że w nie­wy­bred­ny spo­sób robi ze mnie idio­tę – toć nada­wa­łem się do tego w sam raz – kie­dy, zu­peł­nie na­tu­ral­nie, jak­by do­tąd dia­log ani tro­chę nie ku­lał, wy­ja­śni­ła, że przy­le­cia­ła sa­mo­lo­tem z Kra­ko­wa.

– Miesz­ka­łaś w Kra­ko­wie? – spy­ta­łem.

– Tak.

– I prze­nio­słaś się do War­sza­wy?

– Tak.

Już nie było tra­gicz­nie, ale cią­gle nie po­tra­fi­łem zna­leźć wyj­ścia z opre­sji i, co gor­sza, wie­dzia­łem, że ona wie. Wte­dy ze­bra­łem wszyst­kie siły i– jak­by ru­sza­jąc z po­sad bry­łę świa­ta – wal­ną­łem kom­ple­ment.

– Jesz­cze nie sły­sza­łem, żeby ktoś tak faj­nie wy­ma­wiał krót­kie, jed­no­sy­la­bo­we sło­wo...

Prze­lą­kłem się, że nie zro­zu­mie, więc reszt­ką tchu wy­ja­śni­łem, że mam na my­śli słów­ko „tak”.

Spoj­rza­ła na mnie cie­plej.

– Tak?

I ro­ze­śmia­ła się bez­gło­śnie.

Po­tem był dzwo­nek, za­męt, Kuba, O’Brien wró­ci­li; ja w gło­wie mia­łem młyn, oni o coś mnie py­ta­li, pew­nie o nią, nie bar­dzo zro­zu­mia­łem i po­sze­dłem na swo­je miej­sce, gdzie sie­dzia­łem sam, na koń­cu rzę­du, od ścia­ny. Z wła­snej woli rok temu, gdy za­czą­łem na­ukę w ogól­nia­ku, wy­bra­łem taką alie­na­cję; cho­dzi­ło o to, że tam mo­głem czy­tać; czy­tać, by zo­stać in­te­lek­tu­ali­stą, bo po lek­cjach już nie mia­łem cza­su na lek­tu­ry.

– Mogę z tobą usiąść? – usły­sza­łem jej głos.

Wte­dy wszyst­kie dziew­czy­ny mó­wi­ły do mnie per ty, ale spo­sób, w jaki ona to zro­bi­ła, był nie­co inny. Ja wiem? Bar­dziej do­ro­sły? Tyk­nę­ła mnie, aż mi się zro­bi­ło go­rą­co i chy­ba na­wet nie od­po­wie­dzia­łem, tyl­ko ja­kimś – i to nie­zgrab­nym – ge­stem udzie­li­łem jej przy­zwo­le­nia.

– Mam na imię Mi­le­na – szep­nę­ła, bo już wszedł pro­fe­sor i na­le­ża­ło być ci­cho. To zna­czy jej jako no­wej tak się mo­gło wy­da­wać, bo aku­rat pro­fe­sor J. od nie­miec­kie­go wzbu­dzał ze­ro­wy re­spekt; nikt na jego lek­cjach ci­szy nie za­cho­wy­wał, pa­no­wa­ło ogól­ne roz­przę­że­nie i– tyl­ko ja kie­dyś, je­den je­dy­ny, prze­cią­gną­łem stru­nę; mały włos, a stał­bym się dla J. ko­złem ofiar­nym. Za wszyst­kie na­sze dow­ci­py i jego upo­ko­rze­nia.

– Me­ine Tan­te hat eine Nich­te, die ona­nier­te mit dem Lich­te – po­wie­dzia­łem, gdy do­ma­gał się przy­kła­du zda­nia zło­żo­ne­go, w cza­sie te­raź­niej­szym. Rety, co się dzia­ło! Ten mały sa­fan­du­ła pra­wie siłą wy­wlókł mnie z kla­sy na ko­ry­tarz, wrzesz­cząc, że mam iść do dy­rek­tor­ki i nig­dy już nie wra­cać. Dy­rek­tor­ka (ta od win­dy) nie zna­ła nie­miec­kie­go, więc nie zro­zu­mia­ła isto­ty prze­wi­nie­nia i ktoś jej mu­siał to nie­szczę­sne zda­nie prze­tłu­ma­czyć. Ja cho­dzi­łem z kwia­ta­mi, moja mama cho­dzi­ła z kwia­ta­mi, wresz­cie po­sta­wi­li mi trój­kę ze spra­wo­wa­nia i na ty­dzień za­wie­si­li w pra­wach ucznia.

Ale, jak po­wia­dam, by­łem wy­jąt­kiem, bo wi­docz­nie mimo wszyst­ko prze­kro­czy­łem ja­kąś gra­ni­cę. Inni umie­li ją do­strzec, a i tak lek­cje pro­fe­so­ra przy­po­mi­na­ły pry­mi­tyw­ny nie­miec­ki ka­ba­ret. Taki z gru­bą Ber­tą i kle­pa­niem w ty­łek.

Lecz tego dnia było tro­chę in­a­czej i rze­czy­wi­ście dość ci­cho, kie­dy J. zwró­cił się do no­wej uczen­ni­cy, choć, rzecz ja­sna, to dla niej, nie dla nie­go taka ci­sza za­pa­dła; ona dla dzie­się­ciu chło­pa­ków i osiem­na­stu dziew­czyn była in­te­re­su­ją­ca, a nie ten nie­bo­ra­czek.

Za­czął od ja­kie­goś pro­ste­go py­ta­nia, wie he­isst Du, czy coś w tym gu­ście; tak, to mu­sia­ła być proś­ba o per­so­na­lia, bo wte­dy po raz pierw­szy pa­dło jej na­zwi­sko – Hra­bicz, przy czym „r” wy­mó­wi­ła jak Nie­miec. Nie wiem, czy był to dow­cip, czy uzna­ła, że taka jej ger­ma­ni­stycz­na po­win­ność.

Po­tem J. zno­wu o coś spy­tał, Mi­le­na od­po­wie­dzia­ła, on znów i ona znów. Moja zna­jo­mość nie­miec­kie­go koń­czy­ła się gdzieś bar­dzo nie­da­le­ko za wie he­isst Du, więc po chwi­li nic nie ro­zu­mia­łem, poza tym, że oni płyn­nie ze sobą roz­ma­wia­ją i że w kwe­stiach Mi­le­ny musi być na­wet ja­kiś po­lot i dow­cip, sko­ro J. co rusz pi­skli­wie chi­cho­cze.

Do­my­ślam się, że gdy­by mógł, prze­kon­wer­so­wał­by z nią całą lek­cję, za­miast wra­cać do nas, nas zno­sić i drżeć, że znów któ­ryś po­wie coś po­dob­ne­go jak ja o tej sio­strze­ni­cy i świecz­ce.

Obce mi są sen­ty­men­ty Tu­wi­ma; gdy szko­łę wspo­mi­nam, żad­na tę­sk­no­ta nie wgry­za się w ser­ce i nie mam oczu peł­nych łez. Ale ten dzień, ten kon­kret­ny dzień, kie­dy Mi­le­na Hra­bicz przy­szła do na­szej kla­sy, chęt­nie prze­żył­bym jesz­cze raz i jesz­cze raz, i jesz­cze...

A czy sie­bie z tego dnia rów­nie chęt­nie bym po­wtó­rzył?

Mia­łem wte­dy szes­na­ście lat i kil­ka mie­się­cy, rok wcze­śniej moi ro­dzi­ce roz­wie­dli się; mama czę­ściej by­wa­ła w Gre­no­ble u fran­cu­skie­go na­rze­czo­ne­go niż w domu, by­łem sam w ogrom­nym miesz­ka­niu, po­łą­czo­nym z jej pra­cow­nią.

Nie­praw­da. Sam by­wa­łem rzad­ko. W moim po­ko­ju – po­nad dwa­dzie­ścia me­trów kwa­dra­to­wych, na ścia­nach na­pi­sy i bo­ho­ma­zy – non stop sie­dzie­li ja­cyś lu­dzie. Pili wino, gra­li na gi­ta­rach, pod Deep Pur­ple, Ji­mie­go i Sto­ne­sów ob­ma­cy­wa­li pa­nien­ki. Na moim tap­cza­nie, na moim fo­te­lu, na mo­ich oczach.

Wie­dzia­łem, że to głu­pia sy­tu­acja tkwić w ką­cie i ki­bi­co­wać; że oni siłą rze­czy mu­szą mnie lek­ce­wa­żyć. Ale co mia­łem ro­bić? Wy­go­nić ich i ska­zać się na wy­łącz­ne to­wa­rzy­stwo bab­ci, któ­ra wpa­da­ła cza­sa­mi zro­bić mi obiad.

– Zna­la­zł­byś so­bie ja­kiś to­war – mó­wił Kuba – bo to głu­pio tak, że my bara-bara, a ty sie­dzisz w ką­cie i ko­nia wa­lisz.

Nie wiem, komu mia­ło być bar­dziej głu­pio, mnie, jemu czy tym dziew­czy­nom; a co do ko­nia, to my­lił się, bo choć oczy­wi­ście ro­bi­łem te rze­czy, nig­dy za pod­nie­tę nie słu­ży­ły mi ich po­czy­na­nia. Na taki seks pa­trzy­łem rów­nie obo­jęt­nie jak na ko­pu­lu­ją­ce psy; zgo­da, pa­trząc na nich, cier­pia­łem, ale to nie były męki Tan­ta­la.

Bo­le­śniej niż ru­basz­ność Kuby do­tknę­ły mnie sło­wa O’Brie­na.

– Boję się, że­byś nie po­czuł się gor­szy, bo to mo­gło­by po­psuć na­szą przy­jaźń.

Cóż, prze­bo­lał­bym jego ob­ła­pian­ki z Lid­ką Cz., bie­da w tym, że w in­nych dzie­dzi­nach też mnie prze­wyż­szał; opo­wiem jesz­cze o bli­skim do­sko­na­ło­ści Mi­cha­le O’Brie­nie, moim przy­ja­cie­lu.

Nie mo­gąc prze­żyć po­wtór­nie tego dnia, wra­cam przy­najm­niej pa­mię­cią. Ale nie­wie­le oca­la­ło. Nie­wie­le Mi­le­ny. Nie­miec­ki był przed­ostat­nią lek­cją, po­tem tyl­ko wf., dla chłop­ców i dziew­czyn osob­no. I tyle.

Gdzieś w kwa­drans po ukoń­cze­niu po­pi­su przed J. Mi­le­na lek­ko trą­ci­ła mnie w ra­mię. Cho­dzi­ło jej o książ­kę, któ­rą czy­ta­łem pod pul­pi­tem. Po­ka­za­łem, wzię­ła jak coś tak zna­jo­me­go, że aż wła­sne­go, prze­kart­ko­wa­ła, bez ce­re­mo­nii za­kre­śli­ła ja­kiś frag­ment fla­ma­strem, od­da­ła.

Mó­wię do cie­bie tak ci­cho, jak­bym świe­cił, i kwit­ną gwiaz­dy na łące mo­jej krwi – te dwa wer­sy uzna­ła za wła­ści­we za­zna­czyć; dla mnie, dla sie­bie lub po pro­stu ot tak.

Mi­nę­ło kil­ka dni. Mi­le­na szyb­ko opusz­cza­ła szko­łę, z ni­kim nie roz­ma­wia­ła, ma­cha­ła tyl­ko dło­nią, że­gna­jąc nas zbie­ra­ją­cych się przed wy­mar­szem do „Suł­tan­ki”. Wte­dy wszy­scy cho­dzi­li­śmy tam po lek­cjach, to był nasz dru­gi dom i pierw­sza szko­ła.

Mi­ja­ła nas. Na chwi­lę przy­sta­wa­ła, by za­piąć płaszcz lub za­pa­lić pa­pie­ro­sa. Wte­dy wła­śnie do nas ma­cha­ła. W skó­rza­nym płasz­czu do ko­stek, od­da­la­ją­ca się w kie­run­ku pla­cu Unii. Co mogę wię­cej po­wie­dzieć? Mia­łem dłu­gie wło­sy, mod­ną kurt­kę Wran­gle­ra, pa­dał deszcz, pew­nie nie­co­dzien­nie, ale za­pa­mię­ta­łem z desz­czem, i już. Kro­pla spa­da­ją­ca na żar ga­si­ła pa­pie­ro­sa, Mi­le­na skrę­ca­ła w uli­cę Boya i zni­ka­ła mi z oczu.

I tak da­lej, i tak da­lej... Nie współ­od­czu­wam z Tu­wi­mem, gdy pi­sze o szko­le, ale tego ro­dza­ju na­stro­je – pro­szę bar­dzo, tu on dla mnie mistrz.

Wresz­cie zde­cy­do­wa­łem: po­bie­głem za nią. Było śmiesz­nie, gdy sta­ra­łem się ukryć za­dysz­kę, skąd, wca­le nie bie­głem, sze­dłem so­bie po pro­stu, przy­pad­ko­wo w tę samą stro­nę. Dziw­ny był ten kie­ru­nek Mi­le­ny; prze­cho­dzi­ła uli­cę Wa­ryń­skie­go i szła przez pole ku no­we­mu osie­dlu. Sła­bo zna­łem te oko­li­ce, choć tyle lat miesz­ka­łem o rzut ka­mie­niem, i te­raz mia­łem kło­pot, ja­kie kłam­stwo wy­my­ślić – do­kąd to ja mia­no­wi­cie zmie­rzam, je­że­li w tych ob­cych stro­nach jest mi z nią po dro­dze. Wy­my­śli­łem kino „Sto­li­ca”.

– Umó­wi­łeś się z dziew­czy­ną?

W jej to­nie nie było nic za­lot­no-kpiar­skie­go. Sama rze­czo­wość. Jak­by py­ta­ła, czy idę do den­ty­sty, le­ka­rza, na dwo­rzec.

Łgać nie wy­pa­da­ło, ale wy­si­li­łem się na nie­do­po­wie­dze­nie; nor­mal­nie to ja się uma­wiam z pię­cio­ma dziew­czy­na­mi dzien­nie, a tyl­ko dzi­siaj wy­jąt­ko­wo nie mam ocho­ty – su­ge­ro­wa­ło chy­trze moje „nie”.

Przez chwi­lę szli­śmy obok sie­bie w mil­cze­niu. Za­ska­ku­ją­cą w cen­trum mia­sta po­lną dro­gą.

– To za­bierz mnie...

Nie za­brzmia­ło wy­zy­wa­ją­co, na­wet chy­ba do­słu­cha­łem się proś­by. I ona rze­czy­wi­ście pro­si­ła; dziś do­pie­ro, gdy od­twa­rzam w pa­mię­ci jej głos, sły­szę w nim to, cze­go wte­dy sły­szeć nie mo­głem. Lub ra­czej zro­zu­mieć, z pro­stej nie­wie­dzy o ży­ciu i ba­bach.

Był to głos oso­by pew­nej sie­bie, prze­ko­na­nej, że jej sło­wa za­wsze przy­nio­są za­mie­rzo­ny re­zul­tat, ale za­ra­zem zmę­czo­ny i znu­dzo­ny wła­sną per­ma­nent­ną sku­tecz­no­ścią i dla­te­go sto­no­wa­ny niby proś­ba.

Po­dej­rze­wam, że cza­ro­dzie­je po­słu­gu­ją­cy się w okre­ślo­nych sy­tu­acjach za­wsze tym sa­mym, wy­pró­bo­wa­nym za­klę­ciem, tak wła­śnie je wy­po­wia­da­ją. Z do­dat­kiem nuty bła­gal­nej, nie żeby wspo­móc siłę cza­rów, lecz by nie kle­pać tego nud­ne­go, głu­pie­go ho­kus-po­kus.

„Wy­po­wiem za­klę­cie i bę­dzie mój”. „Ko­lej­ny bę­dzie mój”, tra­pi­ła się cza­ro­dziej­ka, ale nie­ste­ty in­nych za­klęć nie zna­ła. Dla­te­go mu­sia­ła za­ga­dać o tym ki­nie.

– We­dług cie­bie by­łam taką znu­dzo­ną i zbla­zo­wa­ną dziw­ką? – ob­ru­szy się kil­ka mie­się­cy póź­niej. – A więc je­śli chcesz wie­dzieć, było do­kład­nie od­wrot­nie. Za­in­te­re­so­wa­łeś mnie.

Tak, moż­li­we. By­łem pew­nie tro­chę inny, a od­mien­ność za­wsze cie­ka­wi. Czy­li – i moja ra­cja, i jej. To krze­pią­ce, że ra­cje nie mu­szą się wy­klu­czać.

Przy­sta­nę­ła przy pierw­szym wie­żow­cu uli­cy Ba­to­re­go.

– Po­cze­kaj, za­raz wró­cę.

Wte­dy jesz­cze nie chcia­ła ujaw­nić, że miesz­ka sama; by­łem pierw­szym, któ­ry to od­krył. Na dole wie­żow­ca, w holu, stał sto­lik i czte­ry ław­ki; wszyst­ko moc­no do pod­ło­gi przy­twier­dzo­ne, by nikt nie ukradł. Sia­dłem i za­bra­łem się do pa­le­nia: wy­pa­li­łem trzy pa­pie­ro­sy, a jej nie było. Wte­dy wsta­łem i na umiesz­czo­nej w ga­blo­cie li­ście lo­ka­to­rów po­szu­ka­łem na­zwi­ska Hra­bicz. Nikt taki tu nie miesz­kał.

– Może sta­rzy mają inne na­zwi­sko – do­my­ślał się póź­niej Kuba.

(No tak, to się zda­rza, nie trze­ba da­le­ko szu­kać – ja się prze­cież in­a­czej na­zy­wam niż mama.) Kuba świet­nie tań­czył, do­brze opo­wia­dał ka­wa­ły i za­wsze szu­kał pro­stych roz­wią­zań. Po­nad­to no­sił przy­ciem­nia­ne oku­la­ry, za­li­czał mnó­stwo dziew­czyn i znał się na mi­li­ta­riach.

O’Brien wy­su­nął hi­po­te­zę, że Mi­le­na być może miesz­ka z ja­kimś fa­ce­tem. Nam taka ewen­tu­al­ność nie mie­ści­ła się w gło­wach, ale co tam na­sze za­ścian­ko­we cze­re­py przy jego gło­wie made in UK.

– Tam czter­na­sto­let­nie dziew­czy­ny ucie­ka­ją z do­mów i za­czy­na­ją żyć na wła­sny ra­chu­nek. She’s le­aving home – za­cy­to­wał. – Nie ma dzien­ni­ka w BBC, żeby któ­rejś nie szu­ka­li.

Ma­wiał „tam”, ale mia­ło to brzmieć jak „unas”; u nas w Lon­dy­nie, gdzie Mi­chał O’Brien spę­dził kie­dyś wa­ka­cje u ro­dzi­ny ojca.

Wy­szła z win­dy jak z gar­de­ro­by, w ob­ci­słej spód­ni­cy z wi­ją­cym się spi­ral­nie wo­kół nóg wzo­rem i w krót­kiej, do bio­der kurt­ce ala lam­par­cie fu­ter­ko. Wie­dzia­łem, że to tan­de­ta i bez­gu­ście, wie­dział o tym co trze­ci kul­tu­ral­niej­szy prze­cho­dzień i– po­dej­rze­wam – wie­dzia­ła ona sama. A jed­nak li­czy­ło się koń­co­we sal­do – dzie­siąt­ki fa­ce­tów śli­nią­cych się do ostre­go ma­ki­ja­żu i lam­par­ciej imi­ta­cji, któ­rych nie od­da­ła­by na­wet za ty­tuł „Naj­le­piej ubra­nej ko­bie­ty roku” w ja­kimś pre­sti­żo­wym pi­śmie. A zresz­tą, czy ci kul­tu­ral­ni się nie śli­nią? Też się śli­nią nie go­rzej niż ja, kie­dy ją wy­cho­dzą­cą z win­dy uj­rza­łem.

– Prze­pra­szam cię, że tyle to trwa­ło.

Przed blo­kiem wsu­nę­ła mi rękę pod ra­mię. Nig­dy jesz­cze nie sze­dłem w ten spo­sób z dziew­czy­ną, więc po­czu­łem się nie­zgrab­nie.

– Ale ja, nim coś znaj­dę... Ro­zu­miesz?

– Ro­zu­miem – po­twier­dzi­łem tro­chę bez sen­su.

Chy­ba za­re­ago­wa­ła ja­koś po­dob­nie; jak pod­czas na­szej pierw­szej roz­mo­wy w kla­sie, zresz­tą nie wiem, bo nie wi­dzia­łem jej twa­rzy; w chwi­lę po­tem znie­nac­ka wtu­li­ła się we mnie, bio­drem w bio­dro, udem w udo, a ja, ze­lek­try­zo­wa­ny ta­kim nie­spo­dzie­wa­nym ob­ro­tem spra­wy, usły­sza­łem jej szept.

– Lu­bię ro­zu­mieć się z chło­pa­kiem.

Do­tar­ło do mnie, że pach­nie nie tyl­ko ja­ki­miś, na bank za­gra­nicz­ny­mi, per­fu­ma­mi, ale przede wszyst­kim wód­ką. „Masz fart”. Mój we­wnętrz­ny Kuba ro­ze­śmiał się i szturch­nął mnie w ser­ce; „Po­ło­wę ro­bo­ty zro­bi­ła za cie­bie”.

Bo we­dług Kuby głów­na trud­ność to pa­nien­kę spo­ić, a po­tem to już z gór­ki.

Na se­ans o pięt­na­stej spóź­ni­li­śmy się, by więc do­cze­kać na­stęp­ne­go, za­bra­łem ją do ka­wiar­ni. Była wte­dy w alei Nie­pod­le­gło­ści taka mała, pry­wat­na ka­wiar­nia; trzy sto­li­ki, kil­ka­na­ście me­trów po­wierzch­ni; wię­cej pry­wa­ciarz nie miał pra­wa po­sia­dać. Łżę oczy­wi­ście, to Mi­le­na mnie za­bra­ła.

– Chodź­my na ja­kąś kawę – po­wie­dzia­ła, a ja tyl­ko, jako war­sza­wiak i to jesz­cze z tych stron, wska­za­łem lo­kal.

Mia­ło być z gór­ki, a było pod gór­kę. Przy sto­li­ku zu­peł­nie za­bra­kło mi kon­cep­tu, za­nie­mó­wi­łem i by ja­koś ten stan rze­czy uspra­wie­dli­wić, ucie­kłem w smu­tek. Smut­ny fa­cet za­wsze wzru­sza, po­my­śla­łem, a może przy­po­mnia­ła mi się czy­jaś mą­dra rada. Patrz, dziew­czy­no, jak fa­tal­nie tra­fi­łaś, nor­mal­nie aż try­skam wi­go­rem, bry­lu­ję, sza­le­ję, a tu cho­le­ra, taki dzień. Więc po­ciesz mnie, wy­ko­naj tę dru­gą po­łów­kę ro­bo­ty, bo w ta­kim smut­ku nie po­ra­dzę.

Naj­do­sko­na­lej smut­ny by­wał nasz ubie­gło­rocz­ny po­lo­ni­sta (póź­niej do­wie­dzia­łem się, że cho­ro­wał na bia­łacz­kę), więc jego wzią­łem za wzór. Tak jak on opie­ra­łem bro­dę na dło­niach i bo­le­śnie wga­pia­łem się w je­den punkt; tak jak on mó­wi­łem mało i nie­chęt­nym to­nem; jak pił kawę, nie mia­łem oka­zji pod­pa­trzyć, ale do­my­śli­łem się, że pod­no­sił fi­li­żan­kę do ust, jak­by była z oło­wiu, więc tak ro­bi­łem, no i mnó­stwo pa­li­łem, do­słow­nie jed­ne­go po dru­gim.

– Co ci jest? – spy­ta­ła wresz­cie.

– Nic, nic – od­po­wie­dzia­łem, tak jak on na pół roku przed śmier­cią praw­do­po­dob­nie od­po­wia­dał.

Mi­le­na uśmiech­nę­ła się, przy­wo­ła­ła kel­ner­kę, by za­mó­wić dwa ko­nia­ki; nie­ste­ty, zgod­nie z tre­ścią wy­pi­sa­ną na tek­tu­ro­wej ta­blicz­ce, w tym lo­ka­lu al­ko­ho­lu nie pro­wa­dzo­no.

– Jak ci się to po­do­ba? – spy­ta­ła Mi­le­na.

Jest pew­na ka­te­go­ria pie­nia­czy, głów­nie lu­dzi star­szych, któ­rzy na każ­dym kro­ku wy­ła­pu­ją ję­zy­ko­we ku­rio­za, by z obu­rze­niem je pięt­no­wać. To oni pi­szą do ga­zet o upio­rach dzien­nych w pral­ni, o za­ję­ciach na świe­tli­cy, dzia­ła­niach w te­ma­cie ite­de, ite­pe. Ale żeby mło­da dziew­czy­na tak się prze­ję­ła, że opusz­czo­no sło­wo „sprze­da­ży”?

– Gdzie są part­ne­rzy – wy­ja­śni­ła mi – to za­wsze pro­wa­dzi ten sil­niej­szy. – Al­ko­hol cie­bie pro­wa­dzi, nie na od­wrót.

I na­tych­miast spy­ta­ła, czy czy­ta­łem Na pa­stwę pło­mie­ni, a ści­śle, Set this ho­use on fire, bo do­pie­ro po­tem prze­tłu­ma­czy­ła.

– Nie – od­po­wie­dzia­łem i na uspra­wie­dli­wie­nie za­czą­łem wy­mie­niać inne ty­tu­ły; osta­tecz­nie przez tyle go­dzin lek­cyj­nych spo­ro lek­tur za­li­czy­łem.

Mi­le­na słu­cha­ła bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia, po czym na­gle spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Po­my­śla­łem nie bez pod­staw, że nu­dzi się ze mną, ale kon­tro­la cza­su mia­ła inny cel.

– Słu­chaj, ten film skoń­czy się do­pie­ro po siód­mej.

– Ja­sne – po­twier­dzi­łem. – Za­cznie się o w pół do szó­stej, do­dać dwie go­dzi­ny...

– Bez sen­su – skrzy­wi­ła się lek­ko, do­pi­ja­jąc kawy. – A zresz­tą, by­łam na tym w Kra­ko­wie.

Ugry­złem się w ję­zyk, bo już mia­łem po­wie­dzieć, że i ja go znam, a wte­dy wy­szło­by na jaw całe moje kłam­stwo z ki­nem „Sto­li­ca”, do któ­re­go rze­ko­mo sze­dłem, kie­dy spo­tka­łem Mi­le­nę. Chwi­lę mil­cze­li­śmy.

– Wiesz co, chodź­my gdzieś, gdzie pro­wa­dzą al­ko­hol.

Naj­bli­żej pro­wa­dzi­li „Pod Dwój­ką”, więc prze­szli­śmy przez Pola Mo­ko­tow­skie na plac Unii, ona nu­ci­ła ci­cho ja­kiś sym­pa­tycz­ny ki­czyk Mid­dle of the Road, chy­ba „chir­py, chir­py, che­ep, che­ep”, ja oto­czy­łem ją ra­mie­niem i coś we mnie za­czę­ło świe­cić. Był 2 paź­dzier­ni­ka 1975 roku – i moja fau­stow­ska chwi­la.

Wy­bra­łem sto­lik na ubo­czu, a i tak co rusz pod­cho­dzi­li na zmia­nę dwaj me­ne­le, by ją za­cze­piać; była tym wy­raź­nie uba­wio­na, a co wię­cej, od­nio­słem wra­że­nie, że zna ich ję­zyk i że na dow­ci­py i za­lo­ty od­po­wia­da w tym sa­mym ko­dzie. W pierw­szej chwi­li chcia­łem ją wy­pro­wa­dzić, lecz to był bar­dzo dzie­cin­ny od­ruch. Twarz Mi­le­ny, jej mi­mi­ka, jej cia­ło two­rzy­ły z za­cho­wa­niem tych fa­ce­tów ca­łość. Jed­no bra­ło się z dru­gie­go, jed­no bez dru­gie­go nie mo­gło ist­nieć. Sprzę­że­nie zwrot­ne; i tyl­ko taki gów­niarz jak ja mógł wie­rzyć, że to ro­ze­rwie.

– Ile ty masz lat? – spy­ta­łem, gdy kel­ner przy­niósł nam ja­rzę­biak; dzię­ki słusz­ne­mu wzro­sto­wi nig­dy nie mia­łem kło­po­tów z za­ku­pem trun­ków w skle­pach, ale wie­dzia­łem, że tu, w re­stau­ra­cji, po­są­dze­nia o nie­peł­no­let­ność od­da­li­ła ode mnie Mi­le­na. To ją i kel­ner, i pi­ja­cy po­trak­to­wa­li jak do­ro­słą, a je­śli była to ja­kaś ła­ska, jej część spły­nę­ła tak­że na mnie.

– Sie­dem­na­ście. Rok póź­niej po­szłam do szko­ły. Przez moją mat­kę, któ­ra za­po­mnia­ła mnie za­pi­sać.

Po­my­śla­łem, że to dow­cip, bo jak moż­na o czymś ta­kim za­po­mnieć, i nie pod­ją­łem wąt­ku.

– Dziew­czy­ny, któ­re znam, ba­ły­by się tu przyjść.

Wska­za­łem me­ne­la, któ­ry szar­pał się wła­śnie z szat­nia­rzem. Był po­dob­ny do ojca Kuby, dy­rek­to­ra de­par­ta­men­tu w Mi­ni­ster­stwie Zdro­wia, któ­ry tak­że tu przy­cho­dził po­chlać.

– Sła­bo znasz dziew­czy­ny; albo – nie te dziew­czy­ny.

Je­stem my­śla­mi przy Ku­bie, więc jej sło­wa szcze­gól­nie bolą. Ja­sne, nie znam dziew­czyn, nie za­zna­łem sek­su, sie­dzia­łem tyl­ko w fo­te­lu i pod­glą­da­łem, jak robi to on.

– Co są­dzisz o Ku­bie?

– Tym chło­pa­ku w ciem­nych oku­la­rach?

Tak, tym, któ­re­go oj­ciec jest po­dob­ny do me­ne­la; tego, co ją przed chwi­lą ob­ła­piał, krew z krwi i kość z ko­ści wszyst­kich ob­ła­pia­czy świa­ta, a ona – ona po to ist­nie­je, by być ob­ła­pia­ną, po to się ma­lu­je tak ja­skra­wo, po to nosi tę wy­zy­wa­ją­cą kurt­kę. I lubi to, a przy­najm­niej uda­je, że lubi, jako że lubi to gru­by i spro­śny Kuba, a z nim ci wszy­scy go­ście z„Pod Dwój­ką”; wspól­na krew, wspól­na kość, wspól­ne gu­sta i łóż­ko wspól­ne, a mnie, któ­ry to wszyst­ko po­jął, ona ma czel­ność mó­wić, że sła­bo znam dziew­czy­ny.

Nim zdą­ży­ła od­po­wie­dzieć, co są­dzi o Ku­bie, ja – mniej wię­cej w ta­kim po­rząd­ku – to wszyst­ko z sie­bie wy­rzu­ci­łem.

– Ja­kie­goś dia­bła so­bie zro­bi­łeś z tego Kuby.

Je­stem co­raz moc­niej za­pra­wio­ny. Knaj­pa jak au­to­bus – za­krę­ca, ha­mu­je, wła­sny głos sły­szę z od­da­le­nia, mó­wię okrop­ne rze­czy – szcze­rość na­wet przed sa­mym sobą nie­sto­sow­na – ona mnie ma jak śli­ma­ka bez sko­rup­ki, nie mogę się ru­szyć, żeby tam­te­mu za­tkać mor­dę, on mówi po­chy­lo­ny ku niej, a ja lecę za opar­cie krze­sła.

– Zbom­bar­do­wa­łeś się, dzie­cia­ku.

Pa­mię­tam, że ubie­ra­ła mnie w kurt­kę, jak wa­ria­ta w ka­ftan bez­pie­czeń­stwa, szar­pa­łem się, mo­men­ta­mi mia­łem wra­że­nie, że jest z nami jesz­cze ktoś trze­ci, chy­ba O’Brien.

A po­tem sły­sza­łem ja­kiś zu­peł­nie ab­sur­dal­ny dia­log; Mi­le­na roz­ma­wia­ła z kimś na te­mat mnie nie­obec­ne­go, i na­wet za­sta­na­wia­łem się, jak to moż­li­we, że sły­szę, choć mnie tu nie ma.

– Co, po­pił na­rze­czo­ny? – spy­tał fa­cet.

– Jaki tam na­rze­czo­ny! Ku­zyn! Pierw­szy raz w War­sza­wie, sta­rzy spu­ści­li z oka i się schlał... Po wszyst­kich knaj­pach mu­sia­łam go szu­kać.

– Do­brze, że się cho­ciaż zna­lazł. Bo te­raz mia­sto nie za bar­dzo bez­piecz­ne.

– A to nie? Ban­dzior­stwo ta­kie, kur­wa ich mać, że strach wyjść na uli­cę... Cho­le­ra, ale się na­słu­cham od ciot­ki. A to moja wina? Ja mu ka­za­łam chlać?!

I tak da­lej, i tak da­lej na tę samą nutę, bo jed­nak je­stem tam, pół­le­żę na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­cho­du, chy­ba tak­sów­ki; roz­mów­ca Mi­le­ny jest kie­row­cą.

A już z całą pew­no­ścią by­łem po­tem – nie wiem, jak dłu­go po­tem. Na moim wła­snym łóż­ku le­ża­łem i w moim wła­snym po­ko­ju, tyle że okrop­nie ciem­nym.

W fo­te­lu zaś – w tym fo­te­lu, któ­ry zaj­mo­wa­łem pod­czas pry­wa­tek i z któ­re­go mimo woli ob­ser­wo­wa­łem Mi­cha­ła z Lid­ką, Kubę z Syl­wią i Za­mszy­ca z sio­strą Lid­ki – sie­dzia­ła te­raz dziew­czy­na, syl­wet­ka dziew­czy­ny albo ma­jak przy­sen­ny, albo Mi­le­na.

– Co jest gra­ne?

Unio­słem się na łok­ciach, co jest wy­pró­bo­wa­nym spo­so­bem na ma­ja­ki, ale nie znik­nę­ła, prze­ciw­nie – jak­by dla po­twier­dze­nia swej re­al­no­ści – za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa. Pło­mień za­pal­nicz­ki oświe­tlił na mo­ment jej oczy i nie mia­łem już wąt­pli­wo­ści, że to ona.

– Te­raz nic – od­po­wie­dzia­ła ci­cho – ale na mie­ście zro­bi­łeś taki cyrk, że już cię chcia­łam zo­sta­wić.

– Ja? – zdzi­wi­łem się i prze­stra­szy­łem jak każ­dy pi­ja­czek.

– No ty, ty. Na po­sto­ju ża­den ta­ry­fiarz nie chciał cię za­brać, do­brze, że w koń­cu tra­fił się łe­pek.

Wy­ja­śni­ła, że to wła­śnie z łep­kiem pro­wa­dzi­ła folk­lo­ry­stycz­ny dia­log i że fa­cet po­mógł mnie na­wet od­sta­wić na górę.

– Lu­bię mowę ludu pra­cu­ją­ce­go miast i wsi, w ogó­le kon­wer­sa­cje w ob­cych ję­zy­kach. Słu­chaj, czy masz ja­kąś kawę, bo za chwi­lę Mi­len­ka ci zdech­nie.

Wsta­łem, za­pa­li­łem świa­tło i w jej spoj­rze­niu wy­czy­ta­łem, że mu­szę wy­glą­dać kosz­mar­nie. Od­ru­cho­wo po­pra­wi­łem wło­sy.

– Prze­pra­szam cię, od rana nic nie ja­dłem i pew­nie dla­te­go... Nor­mal­nie mam moc­ną gło­wę.

Uśmiech­nę­ła się.

– Daj spo­kój, mnie już nic nie za­dzi­wi. Od dziec­ka cho­wam się wśród al­ko­ho­li­ków.

W kuch­ni, gdzie od­szu­ka­li­śmy i przy­rzą­dza­li­śmy kawę, roz­wi­nę­ła te­mat.

– Na­ło­go­wo od kil­ku­na­stu lat pije moja sta­ra i wszy­scy ko­lej­ni wuj­ko­wie. Już ci mó­wi­łam, że za­po­mnia­ła mnie za­pi­sać do szko­ły, i do­pie­ro dzia­dek ją oświe­cił, że chy­ba skoń­czy­łam osiem lat. A żeby było śmiesz­niej, wca­le nie po­cho­dzę z ro­dzi­ny lum­pów, prze­ciw­nie, pani Da­nu­ta Hra­bicz jest w Kra­ko­wie oso­bą zna­ną i ce­nio­ną. Czy­ta­łeś może Kul­tu­rę dru­giej Pol­ski?

Z obrzy­dze­niem za­prze­czy­łem.

– A to wła­śnie dzie­ło mo­jej sta­rej. Po­ry­wa­ją­cy trak­tat o roz­wo­ju so­cja­li­stycz­nej kul­tu­ry ma­so­wej w wa­run­kach nowo po­wsta­ją­cych osie­dli. O ile wiem, dali jej za to coś koło pię­ciu­set fla­szek. Nie śmiej się, w moim domu to prze­licz­nik.

Wca­le się nie śmia­łem, ale re­to­rycz­ne „nie śmiej się” było po pro­stu w tek­ście i nie mo­gło zo­stać po­mi­nię­te. Po ja­kimś cza­sie zo­rien­to­wa­łem się, że Mi­le­na ma na­wyk ukła­da­nia w my­ślach mo­no­lo­gów.

Na róż­ne oka­zje; ten aku­rat był o mat­ce.

– U cie­bie też nie za we­so­ło. Roz­wód, sta­ra u ko­chan­ka we Fran­cji.

Mu­sia­łem jej to po pi­ja­ne­mu po­wie­dzieć, po­dob­nie jak ad­res, bo jak in­a­czej wie­dzia­ła­by, gdzie mnie od­sta­wić. Już chcia­łem ja­koś za­pro­te­sto­wać, że tak ob­ce­so­wo o ma­mie mówi, gdy na­gle zmie­ni­ła ton:

– Two­ja sta­ra to ge­nial­na ko­bie­ta, na­praw­dę ge­nial­na. W ze­szłym roku cho­dzi­łam w Kra­ko­wie na jej wy­kła­dy.

Coś so­bie przy­po­mi­nam, rze­czy­wi­ście mama jeź­dzi­ła kie­dyś do Kra­ko­wa, a ja wte­dy wy­pi­łem z Kubą i Za­mszy­cem czte­ry skrzyn­ki żyw­ca. Ona wy­kła­da­ła, ja mia­łem wol­ną cha­tę i chla­nie, a Mi­le­na była jej słu­chacz­ką. Mały ten świat.

– Chwi­la­mi bar­dzo ją przy­po­mi­nasz... z wy­ra­zu oczu i z uśmie­chu.

Mówi to tak, że bal­sam spły­wa mi pod że­bra i uśmie­rza ka­co­wą drżącz­kę. Mi­le­na tak­że lek­ko drży, ku­ląc ra­mio­na; nic dziw­ne­go, go­dzi­na trze­cia nad ra­nem, za chwi­lę za­cznie świ­tać.

– Chodź­my spać – mówi na­tu­ral­nie, jak­by­śmy byli mał­żeń­stwem. – I tak pew­nie nie za­snę, ale przy­najm­niej nie spad­nę z krze­sła.

Znów więc je­ste­śmy w moim po­ko­ju. Pyta mnie, czy nie uży­wam po­ście­li, mó­wię, że jak nie ma mamy, śpię pod ko­cem, lek­ko się uśmie­cha i go­dzi na koc, byle tyl­ko zna­la­zła się do­dat­ko­wa po­dusz­ka. Znaj­du­ję po­dusz­kę i czu­ję, że wszyst­ko, co ro­bię, i wszyst­ko, co się te­raz dzie­je, jest jak­by pod gwa­ran­cją ja­kie­goś transu, któ­ry w każ­dej chwi­li może się prze­rwać. Ale do­bro­czyn­ny trans trwa i jak na­tu­ral­nie po­wie­dzia­ła, by­śmy po­szli spać, tak te­raz rów­nie na­tu­ral­nie zdej­mu­je z sie­bie to wszyst­ko, czym po­ru­szy­ła moje zmy­sły, wy­sia­da­jąc z win­dy; zmy­sły czu­ją, że za mo­ment swo­je do­sta­ną, że nie były oszu­ka­ne, i wo­bec tej praw­dy po­pa­da­ją na chwi­lę w lęk, a wte­dy Mi­le­na kła­dzie mi dłoń na pier­si i pyta, cze­mu się nie roz­bie­ram.

– Pa­mię­tasz, jak pierw­szy raz się ko­cha­łeś? – za­ga­du­je mnie dok­tor Ali­cja N., rent­ge­no­log, ko­le­żan­ka Kuby.

– Pa­mię­tam, jak się na­zy­wam, pa­mię­tam datę uro­dze­nia ite­de. Jest ta­kich kil­ka rze­czy, któ­rych się nie za­po­mi­na, chy­ba że w grę wcho­dzi ja­kiś ze­spół ubyt­ko­wy mó­zgu. Czy do­brze mó­wię, pani dok­tor?

Krzy­wi się, po­wia­da, że nie lubi tego mo­je­go sty­lu, ale mam to gdzieś, bo ja jej w ca­ło­ści nie lu­bię; bez wzglę­du na styl, któ­re­go zresz­tą u Alki nie mogę się do­pa­trzyć.

Przy­szła, leży, nie chce się ubrać i wyjść, prze­szka­dza mi pi­sać. Jest ma­rzec 1989 rok.

Moja mat­ka, wra­ca­ją­ca z Fran­cji, ostrze­ga, bym uwa­żał. Ma na my­śli Mi­le­nę. Po­zna­ła ją na po­cząt­ku li­sto­pa­da nad ra­nem, kie­dy Len­ka („Ład­ne zdrob­nie­nie, wiesz?” „Nikt tak do cie­bie nie mó­wił? Prze­cież to się samo na­rzu­ca”. „Pod tym wzglę­dem je­steś pierw­szy”.) przy­pro­wa­dzi­ła mnie zdez­o­rien­to­wa­ne­go co do miej­sca, cza­su i wła­snej oso­by.

To była pu­en­ta na­sze­go ko­lej­ne­go dnia, roz­po­czę­te­go twór­czo, a na­wet pań­stwo­wo­twór­czo, na szkol­nej aka­de­mii ku czci wiecz­nie ży­we­go fa­ce­ta, a więc mu­siał to być 7 li­sto­pa­da, gdy sta­li­śmy roz­dzie­le­ni co naj­mniej trze­ma rzę­da­mi lu­dzi; ja obok Kuby, któ­ry szep­tał mi do ucha, że po aka­de­mii obo­wiąz­ko­wo na­le­ży wpaść do nie­go, bo sta­rych nie ma, a trze­ci i czwar­ty do bry­dża są.

Mnie strasz­nie chce się pa­lić, bo nie zdą­ży­łem przed szko­łą, a ta aka­de­mia wle­cze się i wle­cze już dru­gą go­dzi­nę, Mi­le­na zaś stoi pod ścia­ną, opar­ta o dra­bin­ki, bo gdzież­by jak nie na sali gim­na­stycz­nej taki spęd, i cała na czar­no – spodnie, bluz­ka, apasz­ka, wszyst­ko w do­sko­na­łej czer­ni, tyl­ko jej twarz kre­do­wo­bia­ła, ob­jaw nie­prze­spa­nej nocy, gru­ba war­stwa pu­dru na­ło­żo­na w ra­mach her­ku­le­so­wej pra­cy o szó­stej rano przed lu­strem, ba­ta­lion ko­sme­ty­ków, a po­tem czte­ry kawy z ko­nia­kiem, żeby dojść do sie­bie i wyjść z domu, i jesz­cze do­trzeć do szko­ły.

Stoi pod ścia­ną sali gim­na­stycz­nej, gdzie mo­dlą się do por­tre­tu wo­dza; obok Kaj­ka, któ­ra jej coś opo­wia­da, a Mi­le­na pa­trzy przed sie­bie, jak­by ją pod tą ścia­ną po­sta­wi­li siłą i za karę, a wszy­scy ze­szli się tu nie ku chwa­le Wła­di­mi­ra Il­ji­cza, lecz po to, żeby ją po­tę­pić, uka­rać za tryb ży­cia, a oso­bli­wie za mi­nio­ną noc; tak wła­śnie pa­trzy, przy­wią­za­na do prę­gie­rza, wzro­kiem od­po­wia­da mo­tło­cho­wi. Iro­nia, złość, a przede wszyst­kim prze­ra­że­nie w oczach tej, któ­rą na­zwa­łem Len­ką. I z któ­rą by­łem tam­tej je­sie­ni, choć zu­peł­nie nie tak, jak moi kum­ple ze swo­imi dziew­czy­na­mi, po­łą­cze­ni z nimi de­mon­stra­cyj­nie w pary, obej­mu­ją­cy się i ca­łu­ją­cy, zno­szą­cy ich za­zdrość i re­pry­men­dy i– w wie­ku szes­na­stu lat – po­zna­ją­cy przed­smak tych wszyst­kich obo­wiąz­ków, któ­re baba na­kła­da na fa­ce­ta za to, że z nim sy­pia.

A Mi­le­na nie mia­ła wzglę­dem mnie żad­nych ocze­ki­wań.

– A, to ty – mó­wi­ła, pod­no­sząc słu­chaw­kę.

Nie z nie­chę­cią, jak do ko­goś, kto się na­przy­krza, lecz z pew­nym za­sko­cze­niem, jak­by o moim ist­nie­niu za­po­mnia­ła i do­pie­ro mój te­le­fon uświa­do­mił jej na nowo, że je­stem.

Było tak, że zo­sta­wia­ła mnie w ja­kimś punk­cie. „Te­raz idź do O’Brie­na – mó­wi­ła – albo idź do domu”. To za­wsze niby wy­cho­dzi­ło ode mnie, wspo­mi­na­łem, że chy­ba wpad­nę do Mi­cha­ła lub że je­stem zmę­czo­ny, więc wró­cę do sie­bie. Bą­ka­łem o tym jak­by mi­mo­cho­dem, li­cząc na to, że coś mi za­pro­po­nu­je w za­mian; nie mi­jał jed­nak kwa­drans, do­cho­dzi­li­śmy do skrzy­żo­wa­nia z ja­kąś jej ścież­ką i moje sło­wa sta­wa­ły się dla niej pre­tek­stem. „No to idź, gdzie mia­łeś iść”. Wie­dzia­łem, że choć­bym po­ło­żył się na chod­ni­ku, i tak będę zo­sta­wio­ny. Ta­kie były re­gu­ły i ja się im pod­po­rząd­ko­wa­łem.

Bez mała za­zdro­ści­łem Mi­cha­ło­wi, gdy zwie­rzył mi się, że skoń­czył z Lid­ką. Bo moje ze­rwa­nie z Mi­le­ną by­ło­by czymś zu­peł­nie ab­sur­dal­nym. Mo­głem oczy­wi­ście po­wie­dzieć, że wię­cej się nie zo­ba­czy­my, czy jak to się tam w ta­kich wy­pad­kach mówi, ale by­ło­by to coś po­dob­ne­go, jak­bym pró­bo­wał ze­rwać z ajent­ką „Suł­tan­ki” czy szkol­nym szat­nia­rzem. To ostat­nia moja kawa u pani, ostat­ni raz otwo­rzył mi pan boks, że­gnaj­cie! Obo­je byli ludź­mi życz­li­wy­mi, pew­nie zro­bi­ło­by im się tro­chę przy­kro. Głów­nie dla­te­go, że zwa­rio­wa­łem – nie moż­na prze­cież zry­wać wię­zów, któ­rych nie ma.

– Ty fak­tycz­nie z nią tego?... – spy­tał Kuba; wła­śnie po tej aka­de­mii u nie­go na bry­dżu ja, Len­ka, O’Brien, Kuba oczy­wi­ście i jesz­cze ktoś.

– Tak py­tasz, jak­byś mi nie wie­rzył.

Bo mi nie wie­rzył, a wła­ści­wie nie do­wie­rzał wła­snym oczom. Ja, któ­re­mu jak dziec­ku tłu­ma­czył, co się robi w ki­nie, a co w tań­cu, i ona, któ­ra wie­dzia­ła wszyst­ko le­piej od sa­me­go mi­strza. Ale wi­docz­nie tak się sta­ło i już, wy­ja­śnił so­bie.

– To ona cię, sta­ry, po­de­rwa­ła. No, przy­znaj się, że to two­ja pierw­sza dupa.

Pa­trzył na mnie cie­płym, kro­wim wzro­kiem; dziś jest le­ka­rzem i chy­ba do­brze dzia­ła na psy­chi­kę pa­cjen­tów.

– Ona tro­chę bawi się tobą, ro­zu­miesz? Nie miej żalu, że ci szcze­rze mó­wię, co my­ślę.

I tak da­lej, i tak da­lej. Co mu mia­łem po­wie­dzieć? Że cały sens spro­wa­dza się do roz­mów. Że go­dzi­na­mi roz­ma­wia­my, ale nie tak jak pary mię­dzy sobą, co czę­sto sły­szę, bo sto­li­ki w„Suł­tan­ce” okrop­nie ście­śnio­ne; te ich roz­mo­wy czło­wie­ko­wi z ze­wnątrz mogą wy­da­wać się idio­tycz­ne, na­sze zaś nie. Inna rzecz, że nie da­je­my pod­słu­chi­wa­czom oka­zji i w „Suł­tan­ce” nie pro­wa­dzi­my istot­nych roz­mów, zresz­tą Len­ka „Suł­tan­ki” nie lubi; szko­ła we­dług niej trwa swo­je sześć czy sie­dem go­dzin ichwa­tit, po cho­le­rę prze­dłu­żać tę at­mos­fe­rę w ja­kiejś ka­wiar­ni.

Ale na­sze roz­mo­wy i ich roz­mo­wy zu­peł­nie co in­ne­go oży­wia. Tam sło­wa mogą być głu­pie, zda­nia śmiesz­ne, wszyst­ko krę­ci się au­to­te­ma­tycz­nie wo­kół nich sa­mych i ich związ­ku, ale oni mó­wią ję­zy­kiem, któ­ry po­da­ro­wa­ło im uczu­cie, u nas zaś uczu­cia nie ma, przy­najm­niej po stro­nie Len­ki.

– Dużo o niej wiem, Kuba, a chcę wie­dzieć wię­cej, bo w tej dziew­czy­nie jest ja­kiś blask, ja­kaś le­gen­da.

– Za­ko­cha­łeś się po pro­stu.

Roz­ma­wia­my w kuch­ni, w du­żym po­ko­ju. Len­ka po­de­szła do pia­ni­na i od nie­chce­nia gra When the Sa­ints go mar­ching in, O’Brien wy­sko­czył ku­pić wino.

– To tak bywa, kie­dy fa­cet pierw­szy raz kłu­je, a zwłasz­cza taką sztu­kę.

– My­ślę, że wul­ga­ry­zu­jesz.

– Chcę ci tyl­ko otwo­rzyć oczy, że­byś nie pier­dzie­lił głu­pot o bla­sku i le­gen­dzie. Zdol­na jest.

Uśmiech­nął się, sły­sząc Świę­tych.

– Ma mu­zy­kal­ne pa­lusz­ki.

To była ja­kaś spro­śna alu­zja, jak zwy­kle u Kuby.

– Wiesz, Kuba, my chy­ba jed­nak bar­dzo się róż­ni­my.

– Ty z Mi­le­ną?

– Nie, ja z tobą. Ty je­steś kon­kret­ny, taki, nie ob­raź się, bio­lo­gicz­ny, zresz­tą wy­bie­rasz się na me­dy­cy­nę.

– I okay. I wca­le nie chcę być inny!

To była pierw­sza roz­mo­wa tego ro­dza­ju, gdy tak od ser­ca ga­da­łem z pry­mi­ty­wem. Póź­niej przy­szło mi się prze­ko­nać, że wszyst­kie pry­mi­ty­wy, oczy­wi­ście te życz­li­we – bo ist­nie­ją nie­ste­ty tak­że nie­życz­li­we – re­agu­ją po­dob­nie. Wię­cej, to jest jak­by ich ide­olo­gia: „Gdy­by nie my, pry­mi­ty­wy, wy, za­pa­trze­ni w gwiaz­dy, co rusz wdep­ty­wa­li­by­ście w gów­no”.

Kuba był z tych ła­god­nych, po­czci­wych pry­mi­ty­wów, któ­rzy uwa­ża­ją, że ta­kich jak ja, po­dob­nie jak star­ców, in­wa­li­dów i ko­bie­ty w cią­ży, na­le­ży wes­przeć swo­ją krze­pą.

– Pa­mię­taj, że­byś nie za­in­we­sto­wał w nią zbyt wie­le.

To już O’Brien. On tak­że mnie wspie­rał; może przede wszyst­kim on, lecz jego wspar­cie nie było wspar­ciem pry­mi­ty­wa, lecz mę­dr­ca.

– Za­uwa­ży­łem, że ona sta­ra się zbu­rzyć twój świat, wziąć cię na wy­łącz­ną wła­sność.

To była po­nie­kąd praw­da, bo we­dług Mi­le­ny to, co on na­zwał moim świa­tem, opie­ra­ło się na szwin­dlu. Przy­ja­cie­le oszu­ki­wa­li mnie, bo mia­łem wol­ną cha­tę, a tak na­praw­dę nie byli mo­imi przy­ja­ciół­mi i wręcz mnie nie lu­bi­li. Lu­bi­ła mnie tyl­ko ona i na niej tyl­ko mo­głem po­le­gać w myśl na­rzu­co­ne­go mi przez nią kon­trak­tu i w za­mian za uczu­cia, któ­rych ofia­ro­wać mi nie mo­gła.

– Ko­cham cię – po­wie­dzia­łem kil­ka go­dzin po tym, jak mnie w moim miesz­ka­niu roz­pra­wi­czy­ła.

Po­mil­cza­ła z za­kło­po­ta­niem, po­gła­ska­ła mnie po gło­wie i po­ra­dzi­ła, że­bym się ogar­nął.

Zo­rien­to­wa­łem się, że coś jest nie tak, i bez­rad­ny spy­ta­łem wprost, co do mnie czu­je.

– Lu­bię cię, do­brze mi z tobą i– po­ca­ło­wa­ła mnie lek­ko w po­li­czek – tak trzy­maj­my.

– Nie ko­chasz mnie?

Pa­mię­tam, że w tym mo­men­cie ktoś na po­dwór­ku trze­pał dy­wan i mia­ro­we, roz­cho­dzą­ce się po­gło­sem ude­rze­nia uczy­ni­ły mi ci­szę mię­dzy nami jesz­cze przy­krzej­szą.

– Nie umiem się tak za­ko­chać od pierw­sze­go wej­rze­nia – po­wie­dzia­ła wresz­cie.

Już by­łem bli­ski, by re­pli­ko­wać, że po tej nocy łą­czy nas chy­ba coś wię­cej niż wej­rze­nie, ale do­tar­ło do mnie, że prze­cież na tym wła­śnie po­le­gał dow­cip.

– Kuba na każ­dym kro­ku cię po­ni­ża, Mi­chał zmu­sza, że­byś pa­trzył w nie­go jak w ob­raz, oj­ciec ma żal, że sta­ną­łeś po stro­nie mat­ki, a dla mat­ki je­steś za­wa­dą w jej ro­man­sie z Fran­cu­zem.

Na tę moją okrop­ną sy­tu­ację je­dy­nym le­kar­stwem mia­ła być Mi­le­na Hra­bicz. Po­wie­dzia­łem jej to.

– Uwa­żaj, żeby le­kar­stwo nie oka­za­ło się gor­sze od cho­ro­by. – Uśmiech­nę­ła się po swo­je­mu ocza­mi, po­dob­nie jak przy sło­wach o pierw­szym wej­rze­niu.

Dziś wiem, że jej dba­łość o mnie, o moją kon­dy­cję psy­chicz­ną, po­myśl­ność, re­pu­ta­cję, czy jak tam to „omnie” roz­pi­sać, była nor­mal­ną tro­ską dziew­czy­ny o swo­je­go fa­ce­ta; tyle że bar­dzo po­wierz­chow­ną, sko­ro mia­ła na gło­wie jesz­cze inne spra­wy i in­nych fa­ce­tów.

Mi­chał uważ­nie przy­glą­da się Mi­le­nie, Kuba zdrzem­nął się w fo­te­lu z gło­wą raz na pier­siach, raz na opar­ciu; kie­dy gło­wa się prze­miesz­cza­ła, otwie­rał usta i czkał albo stro­fo­wał nas, że ga­da­my głu­po­ty.

Pa­mię­tam, na łożu śmier­ci jesz­cze pa­mię­tać będę miesz­ka­nie Kuby – sto me­trów kwa­dra­to­wych i wszyst­ko w am­fi­la­dzie, przed­po­kój, je­den po­kój, dru­gi po­kój, duży po­kój, po­kój Kuby i kuch­nia. A ła­zien­ka i ki­bel na sa­mym po­cząt­ku, więc je­śli ko­muś za­chcia­ło się rzy­gać, mu­siał pę­dzić przez to wszyst­ko, przez dy­wa­ny, przez sty­lo­we me­ble, przez wszel­kie bo­gac­twa pań­stwa dy­gni­ta­rzo­stwa, a gdy­by nie zdą­żył, nie do­niósł, zgro­za po­my­śleć, afe­ra wiel­ka jak sam mi­ni­ste­rial­ny gmach. Mnie się to kie­dyś przy­tra­fi­ło i mu­sie­li­śmy się po­tem skła­dać na fa­chow­ca, któ­ry spe­cjal­nym pre­pa­ra­tem te dy­wa­ny oczy­ścił.

Oj­ciec Kuby w cza­sie wol­nym od dy­gni­ta­rzo­wa­nia i chla­nia „Pod Dwój­ką” jeź­dził po­lo­wać; ra­zem z in­ny­mi, od­po­wied­ni­mi ran­gą to­wa­rzy­sza­mi, „na łów, na łów – na łowy, do zie­lo­nej dą­bro­wy, to­wa­rzy­szu mój”. I stąd w naj­więk­szym po­ko­ju licz­ne wi­sia­ły tro­fea, na cze­le z mon­stru­al­ną gło­wą dzi­ka.

– Oto gło­wa przod­ka Kuby – po­wie­dzia­ła Mi­le­na, gdy tyl­ko tam we­szła, a po­tem, gdy przy bry­dżu wy­ło­ży­ła kar­ty, a ja, już nie­źle za­mro­czo­ny, bie­dzi­łem się, by ugrać dwa kie­ry z jak­że słusz­ną kontrą O’Brie­na, po­de­szła do dzi­ka i wla­ła mu w ryj szklan­kę wina. Oczy­wi­ście, wszyst­ko zna­la­zło się na dy­wa­nie, Kuba rzu­cił kar­ty i się wściekł.

– Moja wina, że twój przo­dek nie pije.

Nie dzi­wo­ta, że jej po­tem nie lu­bił i sta­rał się moje uczu­cia do Mi­le­ny ochło­dzić; chło­dził, chło­dził, aż za­snął i szta­fe­tę prze­jął Mi­chał.

– Mogę cię o kil­ka rze­czy za­py­tać?

Mia­ła wspa­nia­łe blond wło­sy i po­twor­nie, wręcz ob­se­syj­nie bała się, by ich nie przy­pa­lić, gdy więc po­dał jej ogień, za­rzu­ci­ła za uszy i jesz­cze przy­trzy­my­wa­ła dłoń­mi; do­pie­ro po tych za­bie­gach, od­prę­żo­na, ski­nę­ła gło­wą, że może.

– Ile znasz ję­zy­ków?

– An­giel­ski, nie­miec­ki nie­źle, sła­biej fran­cu­ski, ro­syj­ski tyle co w szko­le, choć w dzie­ciń­stwie do­brze umia­łam po ru­sku, bo moja bab­cia jest z Ro­sji. No i tro­chę uczy­łam się wło­skie­go, hisz­pań­skie­go i espe­ran­ta.

Ja na jej miej­scu – pierw­sza rzecz – spy­tał­bym, cze­mu go ta­kie szcze­gó­ły in­te­re­su­ją, to o ję­zy­kach ob­cych ni­jak się nie mia­ło do wcze­śniej­szej roz­mo­wy, prze­rzut­ność te­ma­tycz­na jak w domu wa­ria­tów, ale Mi­le­na nie dzi­wi się, nie pra­gnie wy­ja­śnień, już wy­czu­ła, że ma to być ja­kaś gra, i po­sta­no­wi­ła, że do niej wej­dzie.

– A ja­kieś za­in­te­re­so­wa­nia masz? Na­le­żysz do ja­kie­goś klu­bu, kół­ka?

Te­raz nie mo­gła już mieć cie­nia wąt­pli­wo­ści, że robi so­bie z niej jaja, a jed­nak spo­koj­nie od­po­wie­dzia­ła.

– Tre­no­wa­łam gim­na­sty­kę ar­ty­stycz­ną, by­łam na­wet trze­cia w kra­ju w gru­pie do dwu­na­stu lat. A te­raz głów­nie jeż­dżę w raj­dach sa­mo­cho­do­wych.

– Mi­chał był trze­ci w sza­chach – wtrą­ci­łem, ale O’Brien, któ­ry nor­mal­nie, gdy­by tyl­ko mógł, no­sił­by na pier­siach ta­blicz­kę z tą in­for­ma­cją o so­bie, te­raz mój kom­ple­ment zi­gno­ro­wał.

– Umiesz pro­wa­dzić?

– Jezu, oczy­wi­ście, sko­ro jeż­dżę w raj­dach.

A po­tem chwi­lę pa­trzy­li na sie­bie w mil­cze­niu. O’Brien na­peł­nił jej kie­li­szek, mój tyl­ko sym­bo­licz­nie, bo już by­łem pra­wie go­tów, a on znał mnie na wy­lot, więc na­tych­miast to spo­strzegł, po­tem znów po­pa­trzył na Mi­le­nę i uśmiech­nął się pod wą­sem. Ma­jąc nie­speł­na sie­dem­na­ście lat, no­sił już wąsy i bro­dę i był dla mnie rów­nie do­ro­sły jak mój oj­ciec. To wła­śnie tego mo­je­go sto­sun­ku do Mi­cha­ła Len­ka nie mo­gła ścier­pieć.

– Je­steś re­ne­san­so­wo do­sko­na­ła – po­wie­dział. – Wit­ku, gra­tu­lu­ję ci pięk­nej, mą­drej i wszech­stron­nie uta­len­to­wa­nej przy­ja­ciół­ki.

– A ja­kie­go jesz­cze ma przy­ja­cie­la – od­par­ła bły­ska­wicz­nie. – Za do­brze temu Wit­ko­wi.

O’Brien był do­tąd znaw­cą re­li­gii, po­li­ty­ki, sza­chów oraz roc­ka. Pol­ski Ko­ściół po­zo­sta­je prak­tycz­nie przed­so­bo­ro­wy, Ame­ry­ka­nie nie po­tra­fią rów­no­wa­żyć so­wiec­kich wpły­wów w kra­jach la­ty­no­skich, Spas­skie­go zgu­bi­ła nie­zna­jo­mość koń­có­wek, a gru­pa Yes to hochsz­ta­pler­ka dla sno­bów. Czę­sto pa­lił faj­kę, ele­ganc­kim ru­chem po­cie­rał bro­dę i lu­bił kry­ty­ko­wać. Tak na­praw­dę do­bre zda­nie miał tyl­ko o so­bie, w szcze­gól­no­ści zaś uwa­żał się za oso­bę cha­ry­zma­tycz­ną i, co wię­cej, nie do koń­ca się my­lił.

Te­raz w swo­je za­in­te­re­so­wa­nia i wie­dzę po­sta­no­wił włą­czyć Mi­le­nę i kry­ty­ko­wać ją jak Ame­ry­ka­nów, Ko­ściół, Spas­skie­go i gru­pę Yes. Kry­ty­ko­wać, wy­szy­dzać, in­try­go­wać prze­ciw niej – to wła­śnie na bry­dżu u Kuby się za­czę­ło.

A po­tem wspól­nie za­pro­wa­dzi­li mnie, a ra­czej od­nie­śli do domu; w moim oknie pa­li­ło się świa­tło, czy­li mama była i nie spa­ła; i wte­dy O’Brien stchó­rzył.

– Ja się jego mat­ce wolę nie po­ka­zy­wać na oczy.

Znał ją do­brze, a na­wet czy­nił wo­bec niej swo­je czar­no­księ­sko-cha­ry­zma­tycz­ne prak­ty­ki. Chy­ba chciał moją mat­kę opę­tać tak jak mnie, w kosz­mar­nych snach wi­dzia­łem go na­wet zaj­mu­ją­ce­go miej­sce ojca, a ona chy­ba rze­czy­wi­ście mia­ła do nie­go sła­bość.

– To­bie jako dziew­czy­nie bę­dzie zręcz­niej.

Obo­je zda­wa­li so­bie spra­wę, że sam nie zdo­łam wejść po scho­dach i że któ­reś musi wziąć na sie­bie ten ob­ciach, a ja pro­si­łem, żeby po­szli obo­je, al­bo­wiem ich ko­cham i bez nich zgi­nę.

Sprze­cza­li się, prze­ko­ma­rza­li, w koń­cu Len­ka za­pro­po­no­wa­ła rzut mo­ne­tą. Nie pa­mię­tam, co było da­lej, ale mu­sia­ło paść na nią, sko­ro rano mama mó­wi­ła o Mi­le­nie.

– Do świ­tu ga­da­łam z two­ją ko­le­żan­ką; wy­obraź so­bie, że ona była w Kra­ko­wie moją słu­chacz­ką.

Kom­ple­men­tu­jąc Len­kę, że by­stra, że słow­nic­two u niej jak rzad­ko w tym po­ko­le­niu, na sa­mym koń­cu do­da­je, że rów­nież jest bar­dzo ład­na, i chce wie­dzieć, czy coś mnie z nią łą­czy.

– Tak, to moja dziew­czy­na – od­po­wia­dam tro­chę nie­pew­nie; nie że­bym oba­wiał się re­pry­men­dy, ale dla­te­go, że sam do koń­ca nie wiem: moja, nie moja...

Ma­mie ja­koś dziw­nie za­bły­sły oczy i uśmiech­nę­ła się w spo­sób dla mnie nie­czy­tel­ny.

– Cie­szę się – po­wie­dzia­ła, się­ga­jąc po pa­pie­ro­sa. – Ale uwa­żaj, bo jest w niej coś ta­kie­go, co...

I wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, po­ka­zu­jąc, że nie umie tego cze­goś po imie­niu na­zwać.

Moja mat­ka, wte­dy trzy­dzie­ści osiem lat, zde­cy­do­wa­nie jesz­cze ład­na, rzeź­biar­ka, ma­lar­ka i sce­no­graf­ka te­atral­na, zrze­szo­na w ZPAP-ie, ZA­iKS-ie, ZASP-ie i jesz­cze pew­nie gdzieś. Kil­ka wy­staw za­gra­nicz­nych, kil­ka nie­ostat­nich kra­jo­wych na­gród, do­cho­dy też nie­ostat­nie, roz­wód­ka przez nie­zgod­ność cha­rak­te­rów, rze­czy­wi­ście – oj­ciec, do­cent fi­zy­ki, dia­me­tral­nie inny, na­rze­czo­ny w Gre­no­ble. Bez­par­tyj­na, na­wet w lek­kiej opo­zy­cji, ale nie­wie­rzą­ca; zna oso­bi­ście Waj­dę, Ha­sio­ra, Dudę-Gra­cza i in­nych tu­zów, de­biut na fali paź­dzier­ni­ko­wej od­wil­ży. Al­ko­hol uwa­ża za coś nor­mal­ne­go, ale sama uży­wa z umia­rem, mnie nie bro­ni, bo jesz­cze nie wie, ile piję na­praw­dę. Bar­dzo mnie ko­cha, ale ma mnó­stwo in­nych waż­nych spraw.

I jak każ­da mat­ka chcia­ła­by, że­bym miał dziew­czy­nę, i nie chcia­ła. Ostat­nio bar­dziej chy­ba to pierw­sze, jest bo­wiem pod wra­że­niem hi­sto­rii syna swo­jej naj­bliż­szej przy­ja­ciół­ki, któ­ry oka­zał się na­gle pe­da­łem. „Irka zna­la­zła go w łóż­ku z ja­kimś do­ro­słym fa­ce­tem” – po­wie­dzia­ła mi za­raz po tym, jak ta Irka skoń­czy­ła przez te­le­fon się jej wy­pła­ki­wać. Cóż, z dwoj­ga złe­go mama wo­la­ła zna­leźć mnie w łóż­ku z Mi­le­ną Hra­bicz.

Przez kil­ka dni nie przy­cho­dzi­ła do szko­ły, w koń­cu prze­sła­ła mi wia­do­mość przez Kaj­kę, że­bym był po lek­cjach przed jej blo­kiem na Ba­to­re­go. Pa­mię­tam, że nie pa­da­ło, nie było sza­ro ani zim­no, ani w ogó­le li­sto­pa­do­wo; wy­sze­dłem ze szko­ły w roz­pię­tej kurt­ce. Kuba cią­gnął mnie do „Suł­tan­ki”, bo z kimś umó­wił się na kup­no płyt i chciał mieć świad­ka trans­ak­cji; po­wie­dzia­łem, że je­stem usta­wio­ny – tak się wte­dy mó­wi­ło: usta­wio­ny – z Len­ką, więc za­brał Dziad­ka Za­mszy­ca, a mnie po­bło­go­sła­wił swym ulu­bio­nym spro­śnym ge­stem, ży­cząc po­myśl­no­ści i sa­tys­fak­cji. Cze­ka­ła przed blo­kiem też tyl­ko w dżin­so­wej kurt­ce.

– Ba­łam się, że się spóź­nię, do­pie­ro wró­ci­łam z za­ku­pów, chodź.

Wte­dy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem jej miesz­ka­nie, dwa po­ko­je ze śle­pą kuch­nią, pra­wie nie­ume­blo­wa­ne, tyl­ko wer­sal­ka, stół, fo­tel wy­pla­ta­ny ro­go­żą, książ­ki w ster­tach na pod­ło­dze, ciu­chy na tych książ­kach, łusz­czą­ca się ta­pe­ta.

– No, co tak pa­trzysz? Bur­del!

Jesz­cze nie do­cie­ra­ło do mnie, że miesz­ka tu­taj sama.

– Wy­naj­mu­ję to od ta­kiej przy­szy­wa­nej ciot­ki; wy­je­cha­ła do Ka­na­dy i sprze­da­ła do­słow­nie wszyst­ko. Je­steś głod­ny?

Kuch­nię od po­ko­ju od­dzie­la­ła szy­ba, więc wi­dzia­łem, z jaką nie­chę­cią i iry­ta­cją robi obiad, a ści­śle ja­jecz­ni­cę z kieł­ba­są.

– Naj­chęt­niej ja­dła­bym w ja­kiejś sto­łów­ce, byle nie szkol­nej, bo to może prze­sa­da oglą­dać jesz­cze przy sto­le te same gęby.

Minę mia­ła, jak­by sma­ży­ła na pa­tel­ni szczu­ra.

– A naj­gor­sze, że po­tem trze­ba po­zmy­wać. Kil­ka dni temu wy­wa­li­łam gar­nek do zsy­pu i ku­pi­łam nowy.

Za­ofia­ro­wa­łem się, że ja po­zmy­wam. Kuch­nia była mniej wię­cej tak samo ele­ganc­ka jak resz­ta; bez sza­fek, tyl­ko stół i obu­do­wa zle­wu. Ku­rek kra­nu pękł i ska­le­czy­łem się o ostrą kra­wędź.

– To nor­mal­ka. – Mi­le­na na­kła­da ja­jecz­ni­cę na ta­le­rze. – Ja mam pa­lu­chy rów­no po­cię­te.

– Dziś pierw­szy dzień je­stem na­praw­dę sama. Da­rek wy­je­chał – po­wie­dzia­ła póź­niej to­nem, ja­kim zwy­kle mówi się o po­go­dzie, wczo­raj­szym fil­mie czy in­nych trze­cio­pla­no­wych spra­wach.

– Kum­pel mo­je­go bra­ta – wy­ja­śni­ła, choć wca­le nie spy­ta­łem, kto to taki.

Czy by­łem za­zdro­sny? Nie wiem, pew­nie mię­dzy in­ny­mi. Bo to była cała tę­cza uczuć, choć bez cha­rak­te­ry­stycz­nej dla praw­dzi­wej tę­czy har­mo­nii; prze­wa­ża­ły żal i ból, że ona jest win­na. I ten ból z upły­wem cza­su sta­nie się bó­lem po­żyw­nym; obu­dzi się we mnie wy­raź­ny po­ciąg do tego, co ona robi i jak trak­tu­je seks; ro­dzaj fa­scy­na­cji, może wła­śnie tego ro­dza­ju, jaką od­czu­wał To­ulo­use-Lau­trec. Ja na­praw­dę tyle od­czuć mia­łem w związ­ku z Mi­le­ną, tyle róż­nych my­śli – za­leż­nie od dnia, go­dzi­ny, trzeź­wo­ści i nie­trzeź­wo­ści, Pol­ski, Ame­ry­ki i An­glii – że i Lau­trec by się we mnie zmie­ścił, i ka­wa­ler de Grieux, i nie­ja­ki Herr Kur­ten, sze­rzej zna­ny jako upiór z Düs­sel­dor­fu.

Wiem, że przy­pro­wa­dzi­ła mnie tu, żeby nie być sama, sko­ro tam­ten wy­je­chał; ktoś po kimś za­wsze mu­siał być w tym miesz­ka­niu, gdzie rze­czy­wi­ście w sa­mot­no­ści moż­na było zwa­rio­wać. Czy istot­nie da­wa­ło się to spro­wa­dzić do jej for­mu­ły, że po­trze­bo­wa­ła przy­ja­cie­la, nie wiem i mam wra­że­nie, że przy­ja­cie­lem by­wał po pro­stu ten, kto przy­jął re­gu­ły kon­trak­tu i nie wno­sił za­strze­żeń, czy­li by­łem nim ja; i jako przy­ja­cie­lo­wi opo­wia­da­ła o swo­ich kra­kow­skich cza­sach.

Pra­wie wca­le nie znam Kra­ko­wa, by­łem tam w ży­ciu góra dzie­sięć razy, głów­nie prze­jaz­dem, a wy­da­je mi się, że znam mia­sto świet­nie, wła­śnie z opo­wie­ści Mi­le­ny. Jest mój Kra­ków wy­obra­żo­ny, mój film o uli­cach, miesz­ka­niach, ka­wiar­niach, zda­je mi się, że po Kra­ko­wie cho­dzą lu­dzie, któ­rych bym na­tych­miast, już wy­sia­da­jąc z po­cią­gu, roz­po­znał. Jej wspo­mnie­nia są mo­imi wspo­mnie­nia­mi. Tak, jak­by pod­czas tych nocy, gdy słu­cha­łem Mi­le­ny, na­sze nici RNA, czy co tam we­dług Hy­de­na za­wia­du­je pa­mię­cią, spla­ta­ły się w je­den kłąb.

Wil­la na Sal­wa­to­rze, z któ­rej ta­ra­su w po­god­ny dzień wi­dać Ta­try. W dwu­dzie­sto­le­ciu ku­pił ją Jan Or­łow­ski, dzia­dek Mi­le­ny; ku­pił i nadał cha­rak­ter. Me­ble, któ­rych ojcu Kuby ża­den sto­larz nie pod­ro­bi, a moja mama z żad­nej za­pa­dłej dziu­ry nie przy­wie­zie; ob­ra­zy nie byle ja­kim na­zwi­skiem pod­pi­sa­ne, w tym por­tret dziad­ka pędz­la jed­ne­go z tu­zów; na ścia­nach sza­ble i pi­sto­le­ty prze­gra­ne do Or­łow­skie­go w kar­ty przez ga­li­cyj­skich hra­biów. A o wszyst­ko dba nie­stru­dzo­na, choć cał­kiem już głu­cha Ma­rian­na, przy­ję­ta tam na służ­bę w1930 roku.

Ze­sta­wiam z Sal­wa­to­rem to okrop­ne miesz­ka­nie na Ba­to­re­go i py­tam, co ją skło­ni­ło do ta­kiej zmia­ny.

– A co mi po domu, gdzie mat­ka cią­gle nie­przy­tom­na, a Krzy­siek – chwi­lę po­szu­ka­ła sło­wa – od­da­lił się, zmie­nił. Zresz­tą te­raz pew­nie przez kil­ka lat Krzyś­ka nie bę­dzie.

– Nie masz ojca?

– Umarł przed moim uro­dze­niem.

Wie o nim tyle, że miał na imię Ro­mu­ald i oże­nił się z mat­ką w pięć­dzie­sią­tym ósmym roku, pło­dząc ją, a czte­ro­let­nie­mu Krzysz­to­fo­wi, któ­re­go oj­ciec był NN, da­jąc swo­je na­zwi­sko. Poza tym był dla tej ro­dzi­ny i dla sa­mej Mi­le­ny ni­czym, drob­nym epi­zo­dem w pół­wiecz­nej hi­sto­rii domu, za­po­cząt­ko­wa­nej przez wiel­kie­go pro­to­pla­stę – Jana.

– Ale pa­mię­tam całą masę póź­niej­szych fa­ce­tów mo­jej mat­ki. Hra­bie­go no­men omen Siłę-Po­twor­nic­kie­go, na któ­re­go wi­dok do­sta­wa­łam ze stra­chu drga­wek, więc kie­dy przy­cho­dził, sta­ra w tro­sce o moje zdro­wie trzy­ma­ła mnie w ogro­dzie; bez wzglę­du na po­go­dę, bo w koń­cu lep­sze dla dziec­ka za­pa­le­nie płuc niż drgaw­ki.

Uśmie­cha się, ja nie do koń­ca wie­rzę, bo prze­cież nie­moż­li­we, żeby ktoś na­zy­wał się Siła-Po­twor­nic­ki i jesz­cze był hra­bią, ale się mylę; Mi­le­na do­wo­dzi mi, że w ich domu moż­li­we jest wszyst­ko, i da­lej pre­zen­tu­je po­czet ko­chan­ków mat­ki.

– Po hra­bi był fran­cu­ski ko­mu­ni­sta, któ­ry po pol­sku na­uczył się mó­wić tyl­ko „wód­ka” i„kur­wa mać”, a na­stęp­nie me­ta­lo­pla­styk, co prze­pił swój warsz­tat, z roz­pa­czy zwa­rio­wał i po no­cach uda­wał ko­gu­ta.

– Prze­pra­szam, że co?...

Mam wra­że­nie, że nie do­sły­sza­łem.

– Ko­gu­ta uda­wał – cią­gnie spo­koj­nie. – I to tak gło­śno, że na­wet głu­cha Ma­rian­na sły­sza­ła i dzi­wi­ła się, że moż­na tak udat­nie piać, zu­peł­nie jak praw­dzi­wy ko­gut.

Jest już noc, za­po­mnia­łem o Dar­ku, za­po­mnia­łem, że umó­wi­łem się o dwu­dzie­stej z O’Brie­nem i że mimo wszyst­ko mam jesz­cze wła­sny dom, do któ­re­go po­wi­nie­nem dla przy­zwo­ito­ści i oszczę­dze­nia mat­ce ner­wów kie­dyś tam wró­cić. Nie wró­ci­łem, wy­bra­łem ten ich dom w Kra­ko­wie, któ­ry, le­żąc przy mnie, re­kon­stru­owa­ła; niby me­dium, ścią­ga­ją­ce ob­ra­zy prze­szło­ści i astra­le.

– Po ko­gu­cie na­stał pan Kry­stian, któ­ry szcze­gól­nie dał mi się we zna­ki, bo już by­łam na­sto­lat­ką, uży­wa­łam ko­sme­ty­ków, a on mi je sys­te­ma­tycz­nie wy­pi­jał. No i na ko­niec – tu przy­tu­li­ła się do mnie – Kró­lok; nie Kró­lak ani Kró­lik, tyl­ko Kró­lok.

Było tak, jak­by to, co do­tąd po­wie­dzia­ła, mia­ło two­rzyć ero­tycz­ny na­strój i oto nad­szedł mo­ment speł­nie­nia. Ale za­miast tego za­pa­li­ła świa­tło i po­ka­za­ła mi al­bum zdjęć. Wszyst­kie były z raj­dów sa­mo­cho­do­wych i na wszyst­kich to­wa­rzy­szył jej po­tęż­nie zbu­do­wa­ny, mło­dy fa­cet.

– To Krzy­siek.

– Twój brat?

Ski­nę­ła gło­wą i za­my­śli­ła się, za­pa­trzo­na w fo­to­gra­fie.

– Naj­lep­szy pol­ski raj­do­wiec, chy­ba je­den z naj­lep­szych w Eu­ro­pie.

Sły­sza­łem o Za­sa­dzie, Va­ri­sel­lim, Ja­ro­sze­wi­czu, ale na­zwi­sko Hra­bicz ja­koś nig­dy nie obi­ło mi się o uszy.

– Wit­ku, za tam­ty­mi stoi wiel­kie za­ple­cze, wiel­kie fir­my, ser­wis, set­ki ty­się­cy do­lców. A my z Krzy­siem, co? Tyl­ko ten pod­ra­so­wa­ny fia­cik.

Po­ka­zu­je zdję­cie ich sa­mo­cho­du.

Stop­nio­wo, rok po roku, za­pusz­cza­ła ko­rze­nie w au­cie bra­ta, aż wresz­cie sta­ło się wspól­ną wła­sno­ścią. Za­czę­ło się od tego, że pod­rzu­cał ją do szko­ły. Cze­ka­ła, zwle­ka­ła z wyj­ściem.

– Dla nie­go ósma to go­dzi­na bar­ba­rzyń­ska, go­dzi­na prze­krwio­nych oczu i bólu gło­wy, a jed­nak – śmie­je się – nie umiał się oprzeć mo­je­mu psie­mu spoj­rze­niu; wkła­dał kurt­kę, brał klu­czy­ki i wła­śnie jak na psa na mnie wo­łał: Mil­ka.

Wte­dy jak pie­sek wska­ki­wa­ła do sa­mo­cho­du swo­je­go pana i z za­cie­ka­wie­niem wę­szy­ła. We­wnątrz pach­nia­ło per­fu­ma­mi tych wszyst­kich wy­strza­ło­wych dziew­czyn, któ­re Krzy­siek i kum­ple wo­zi­li no­ca­mi po dys­ko­te­kach i knaj­pach.

– Kie­dy mia­łam pięt­na­ście lat, na­uczył mnie pro­wa­dzić, po­tem za­czę­łam z nim jeź­dzić jako pi­lot.

Już inny dzień, po­czą­tek grud­nia, bia­ło od szro­nu, idzie­my do „Świ­te­zian­ki”, bo „Suł­tan­ki” Len­ka nie lubi, mó­wię coś, chy­ba na­wet coś dla mnie waż­ne­go, ona mil­czy, nie re­agu­je, nie sły­szy i, za­pa­trzo­na w jezd­nię, som­nam­bu­licz­nie pod­cho­dzi do kra­węż­ni­ka. Prze­stra­szy­łem się, że coś jej od­bi­ło i za­raz rzu­ci się pod sa­mo­chód, więc od­ru­cho­wo chcę ją zła­pać za rękę, ale to ona pierw­sza mnie ła­pie i moc­no, aż do bólu wpi­ja mi w nad­gar­stek pa­znok­cie.

– Zo­bacz – szep­cze z za­chwy­tem – po­rszak.

Rze­czy­wi­ście na świa­tłach stoi ja­kiś su­per­wóz, ja się na tym do­brze nie znam, od­róż­niam naj­wy­żej sy­re­nę od tra­ban­ta; na twa­rzy Mi­le­ny fa­scy­na­cja i na­pię­cie; świa­tła się zmie­nia­ją i wóz ru­sza z im­pe­tem, jak­by pod ma­ską sie­dział Bel­ze­bub i pięć­dzie­siąt po­mniej­szych dia­błów.

– Je­cha­li­śmy w nocy do Za­kop­ca.

Do­pie­ro w ka­wiar­ni się ock­nę­ła, ale cią­gle jesz­cze tę­sk­nie spo­glą­da w stro­nę okna, czy aby na uli­cy znów nie po­ja­wi się jej bo­żysz­cze.

– Krzy­siek z Pa­olą w na­szym fia­cie i ja z Si­wym wła­śnie w po­rsche car­re­ra...

Za­ło­ży­li się, kto pierw­szy do­je­dzie do ho­te­lu „Ka­spro­wy”, a ści­śle, do baru noc­ne­go; prze­gra­ny miał pła­cić za ko­la­cję, trun­ki i wszyst­kie moż­li­we sza­leń­stwa, któ­re trium­fa­tor wy­my­śli.

– Twój brat we fia­cie miał w ogó­le szan­sę?

Zi­ry­to­wa­na wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Z raj­dow­cem nie, ale Siwy to był ama­tor, po­rsza­ka ku­pił tyl­ko po to, żeby szpa­no­wać, i w do­dat­ku trząsł się o nie­go jak wa­riat.

Za­czy­na mó­wić co­raz szyb­ciej, tak szyb­ko jak te dwa sa­mo­cho­dy mkną po za­ko­pian­ce; stycz­nio­wa mroź­na noc, czar­na szo­sa, bia­łe pola tuż za po­bo­czem, usko­ka­mi idą­ce w dół, ostre za­krę­ty, za­póź­nio­ne cię­ża­rów­ki z na­prze­ciw­ka, a Krzy­siek wie­dząc, że to je­dy­na szan­sa, sta­le blo­ku­je, sta­le za­jeż­dża dro­gę, bo je­śli raz go wy­prze­dzą, bę­dzie pła­cił; i to zdro­wo, bo Siwy zna­ny zbój na go­rza­łę.

– Nie bój się, ze­tnij za­kręt! – na­ma­wia Mi­le­na.

– Chy­ba cię gło­wa boli.

Siwy jest zły, że ona wi­dzi jego sła­bość, jego lęk, i to na­wet nie lęk o ży­cie, ale o la­kier, za­wie­sze­nie, błot­ni­ki i każ­dy naj­mniej­szy de­tal opła­co­ny w twar­dej wa­lu­cie.

– Daj, Si­wuś, zmień­my się.

– Chy­ba cię gło­wa... – po­wta­rza.

Wte­dy sta­wia mu ul­ti­ma­tum: albo odda jej kie­row­ni­cę, albo ko­niec z nimi. Niech szu­ka so­bie in­nej pa­nien­ki, przed któ­rą bę­dzie mógł uda­wać wiel­kie­go raj­dow­ca. On na to, po raz trze­ci, o tej gło­wie.

– No, to za­trzy­maj się. Wy­sia­dam.

Za­trzy­mu­je się, jesz­cze my­śli, że to zgry­wy, ale ona na se­rio go opusz­cza, gło­śno trza­ska drzwia­mi. – Cho­le­ra – pisz­czy Siwy, jak­by mu przy oka­zji coś przy­cię­ła – za­mek kosz­to­wał trzy­sta ma­rek!

A Mi­le­na od­da­la się w ciem­ną noc, prze­cho­dzi na dru­gą stro­nę szo­sy, sta­je na po­bo­czu i ma­cha.

Za­trzy­mu­je się fa­cet w ma­lu­chu, wy­sia­da, ge­stem za­pra­sza do środ­ka, coś gada, Mi­le­na śmie­je się, wdzięcz­nie prze­chy­la­jąc gło­wę, Si­we­go tra­fia szlag, wy­ska­ku­je z po­rsche’a, bie­gnie i ła­pie za rękę, i cią­gnie z po­wro­tem do sie­bie; tam­ten sta­je w jej obro­nie. I za­czy­na­ją się tłuc na środ­ku szo­sy.

Ten z ma­lu­cha jest lep­szy, szyb­ko spro­wa­dza Si­we­go do par­te­ru i bie­rze pod ob­ca­sy. Bied­ny Siwy roz­pacz­li­wie za­sła­nia czu­łe miej­sce, na któ­re jego po­grom­ca naj­wy­raź­niej po­lu­je; bła­ga Mi­le­nę, żeby in­ter­we­nio­wa­ła.

– A co mnie do tego – śmie­je się Len­ka. – Lej­cie się, niech zo­ba­czę, któ­ry lep­szy ko­zak.

Do­pie­ro kie­dy obie­cał, że może pro­wa­dzić, zmi­ło­wa­ła się i po­pro­si­ła tego z ma­lu­cha, żeby prze­stał. Dla wspar­cia proś­by dała mu swój nu­mer te­le­fo­nu.

– Siwy całą dro­gę ję­czał i skar­żył się, że coś mu na pew­no pę­kło w środ­ku, a ja do­go­ni­łam Krzyś­ka i już za No­wym Tar­giem wy­prze­dzi­łam po ze­wnętrz­nej.

– I na­ra­zi­łaś bra­ta na kosz­ty?!

– Coś ty? To był za­kład z Si­wym, a wy­gra­łam ja. – Za­sę­pia się na chwi­lę nad kawą. – Wiesz, boję się, że ja tak ga­dam, ga­dam, a ty nic z tego nie ro­zu­miesz.

Rze­czy­wi­ście hi­sto­ria wy­da­wa­ła mi się nie­do­rzecz­na, choć do­brze się słu­cha­ło; je­śli był w niej ja­kiś sens, to tyl­ko ten, że strasz­nie jej za­le­ża­ło na uzna­niu bra­ta.

– My­ślę, że ro­zu­miem. A po­wiedz, co ze 126 p. Za­dzwo­nił?

– Tak. Już na dru­gi dzień. Faj­ny chło­pak, ho­ke­ista z Pod­ha­la Nowy Targ.

Da­nu­ta Wie­ra Hra­bicz jest po­dob­no na­wie­dzo­na. Po­dob­no nie mówi, tyl­ko wy­gła­sza kwe­stie. Ma ich, we­dle in­dek­su cór­ki, czter­dzie­ści osiem plus kwe­stie mie­sza­ne, czy­li hy­bry­dy.

Da­nu­ta Wie­ra Hra­bicz po­ru­sza się sen­nie, głos ma sen­ny, ge­sty­ku­la­cję sen­ną i sen­ną mi­mi­kę. Nie­któ­rych tym urze­ka, ale Mi­le­na wie, że to od wódy, bo ona pije co­dzien­nie, rano za­czy­na zboż­nie od wody so­do­wej na kaca, po­tem po­ja­wia się do­miesz­ka, co­raz więk­sza do­miesz­ka, aż wresz­cie pro­por­cje się od­wra­ca­ją i wie­czo­rem jest już czy­sta wóda, sama wóda; a to i tak jesz­cze pół bie­dy, je­śli wóda, bo bywa nie­kie­dy w ro­bo­cie spi­ry­tus ko­sme­tycz­ny.

Da­nu­ta Wie­ra Hra­bicz ma pięk­ny szla­frok, w po­łu­dnie po nie­koń­czą­cej się ką­pie­li od­bie­ra w tym szla­fro­ku te­le­fo­ny, „allu”, mówi z wdzię­kiem i jak­że me­lo­dyj­nie, a za­raz po­tem lecą z jej ust naj­gor­sze blu­zgi, in­for­mu­je roz­mów­ców, że wszyst­ko jest gów­no, lu­dzie kur­wy, a cały ten świat, Pol­skę i Kra­ków na­le­ży pier­do­lić.

Po­tem stu­ka w kla­wi­sze, wy­szar­pu­je kart­ki do jed­nej trze­ciej, jed­nej czwar­tej li­nij­ki za­stu­ka­ne, se­ria­mi ła­du­je mię­dzy jed­nym a dru­gim pa­pie­ro­sem. „Krzyś! – drze się cza­sem na cały dom – zrób coś z tą je­ba­ną ma­szy­ną”, kie­dy ma­szy­na się za­tnie i mę­skiej ręki do niej po­trze­ba; cza­sem sy­now­skiej, a cza­sem ręki ja­kie­goś ko­chan­ka. W tym wa­riac­twie jest jed­nak me­to­da, re­dak­cje tek­sty otrzy­mu­ją w ter­mi­nie, wy­daw­nic­twa nie mu­szą mo­ni­to­wać, pie­nią­dze na kon­to wpły­wa­ją re­gu­lar­nie, a mimo to elek­trow­nia za nie­pła­ce­nie ra­chun­ków odłą­cza prąd i trze­ba in­ter­we­nio­wać przez wo­je­wódz­ki ko­mi­tet par­tii.

Je­de­na­sta kwe­stia Da­nu­ty Hra­bicz: „Mówi się «na­sze po­ko­le­nie», «wa­sze po­ko­le­nie», my lep­si, mą­drzej­si, bo prze­ży­li­śmy woj­nę, a wy praw­dzi­we­go ży­cia nie zna­cie, a to wszyst­ko, Mil­ka, pier­do­le­nie o Cho­pi­nie, a naj­gło­śniej ga­da­ją ci, co gów­no prze­ży­li. Nie, mnie co in­ne­go w was wkur­wia, że idio­ci je­ste­ście, że nie umie­cie mó­wić po pol­sku, że nie czy­ta­li­ście Spi­no­zy, Kan­ta, Nie­tz­sche­go, że myli się wam Pla­ton z Plo­ty­nem ite­de”.

Dzie­więt­na­sta kwe­stia Da­nu­ty Hra­bicz: „Al­ko­hol jest po­trzeb­ny tym, któ­rzy praw­dzi­wie pra­cu­ją umy­słem. A ty, Mil­ka, któ­ra nig­dy umy­słu nie stru­dzi­łaś i nie stru­dzisz, pi­jesz tyl­ko dla­te­go, że lu­bisz, czy­li tak jak pije każ­dy ro­bol”.

Kwe­stia dwu­dzie­sta szó­sta: „Mię­dzy nami jest taka róż­ni­ca, że ja się z męż­czy­zna­mi ko­cham, a ty kur­wisz!”

– Dzi­wisz się, Wit­ku, że się stam­tąd wy­pro­wa­dzi­łam. To już na­praw­dę le­piej miesz­kać na dwor­cu.

Wła­śnie ku­pi­ła so­bie ad­ap­ter i kil­ka płyt, na­sta­wia Black Sab­bath.

– Wresz­cie coś gra w tej cha­łu­pie. Aha, skoń­czę ci o Kró­lo­ku.

Mi­le­na, roz­mo­wy z Mi­le­ną, se­an­se z Mi­le­ną, al­ko­hol w ży­łach wzmoc­nio­ny truk­sa­lem – to jej ulu­bio­na, jesz­cze w Kra­ko­wie wy­prak­ty­ko­wa­na, mie­szan­ka. Gru­dzień za oknem, w ciem­no­ści ona i jej sło­wa pod Black Sab­bath, Epi­ta­fium Crim­so­nów; podDziec­ko w cza­sie i song Ma­rii Mag­da­le­ny; Sho­uld I bring him down, sho­uld I scre­am and sho­ut – po­wta­rza Len­ka, trzy­ma­jąc moją dłoń, choć pew­nie nie mnie ma na my­śli. Ona jest Magą, ja Ho­ra­tio czy Oli­ve­irą, któ­ry przy­szedł tu w kurt­ce ka­na­dyj­ce; jej gorz­ka her­ba­ta uda­je her­ba mate, eks­tra­moc­ne uda­ją co­po­ra­le; miesz­kan­ko na Ba­to­re­go jest ka­bi­ną stat­ku ko­smicz­ne­go; to nie świa­tła wie­żow­ca z na­prze­ciw­ka, lecz gwiaz­dy, ku któ­rym le­ci­my.

„Znasz uczu­cie sil­niej­sze od mi­ło­ści?” – spy­ta­no Le­ver­küh­na. „Tak – od­po­wie­dział. – Cie­ka­wość, czy­li mi­łość po­zba­wio­na kro­wie­go cie­pła”.

Kon­rad Jó­zef Kró­lok był za­stęp­cą na­czel­ne­go w nie­ostat­nim kra­kow­skim pi­śmie, pro­dzie­ka­nem do spraw mło­dzie­ży, rad­nym ite­de. Książ­ka o kul­tu­rze w osie­dlach miesz­ka­nio­wych Dru­giej Pol­ski mia­ła być uwień­cze­niem jego dwu­dzie­sto­let­nie­go na­uko­we­go do­rob­ku; to Da­nu­ta Hra­bicz na­mó­wi­ła go na książ­kę po­pu­lar­ną, za­pro­po­no­wa­ła współ­pra­cę i swo­je lek­kie dzien­ni­kar­skie pió­ro; Kró­lok za­chwy­cił się współ­au­tor­ką, a ko­mi­tet wo­je­wódz­ki ideą książ­ki dla ma­so­we­go czy­tel­ni­ka; usta­lo­no na­kład sto pięć­dzie­siąt ty­się­cy i so­wi­te ho­no­ra­ria dla au­to­rów.

– Oni pili, pi­sa­li o osie­dlach, a w domu Kró­lo­ka jego żona umie­ra­ła na stward­nie­nie roz­sia­ne.

Mi­le­na ob­ra­zo­wo tłu­ma­czy, co to za cho­ro­ba i jak wy­glą­da­ją ob­ja­wy; na­sta­wia Dzwo­ny ru­ro­we, chwi­lę w mil­cze­niu słu­cha, jak­by za­sta­na­wia­ła się, czy do­bra­ła wła­ści­wy pod­kład mu­zycz­ny, po czym nie­praw­do­po­dob­nie na­tu­ra­li­stycz­nie, aż ciar­ki mnie prze­szły, na­śla­du­je do­by­wa­ją­cy się z po­ra­żo­nych na­rzą­dów mowy głos Kró­lo­ko­wej: „Czy u pań­stwa jest mój mąż?”

– Le­d­wie ją ro­zu­mia­łam. Mat­ka ani Kró­lok nie pod­no­si­li słu­chaw­ki, a ja mu­sia­łam od­bie­rać i kła­mać, że pana Kon­ra­da nie ma. Tak wy­glą­da­ły moje ostat­nie mie­sią­ce w domu. Nie­koń­czą­ce się pi­jac­kie gad­ki nad ma­szy­no­pi­sem, awan­tu­ry, kie­dy coś nie szło, a do tego jesz­cze ta afe­ra z Krzyś­kiem i głos Kró­lo­ko­wej jak zza gro­bu.

W sierp­niu pod­ję­ła de­cy­zję.

– Wy­bij to so­bie z gło­wy. Za rok skoń­czysz osiem­na­ście lat i wte­dy po­je­dziesz, gdzie chcesz.

Da­nu­ta Wie­ra Hra­bicz, choć pije, łaj­da­czy się z Kró­lo­kiem, wy­gła­sza czter­dzie­ści ileś tam kwe­stii i jest na­wie­dzo­na, chcia­ła­by wy­cho­wać Mi­le­nę jak naj­le­piej, po miesz­czań­sku, kra­kow­sku, in­te­li­genc­ku, tak jak ona sama była wy­cho­wa­na. Wy­jazd cór­ki do War­sza­wy prze­kre­śli ten plan, więc nie zga­dza się, bije po twa­rzy, krzy­czy: War­sza­wa to kur­wa, ciot­ka Wroń­ska – kur­wa, Mi­le­na oczy­wi­ście też.

Włą­cza się dzia­dek Or­łow­ski, osia­dły w pod­war­szaw­skim Kon­stan­ci­nie. Oczy­wi­ście, po­mo­że wnucz­ce, za­trosz­czy się o nią, nie po­zwo­li sto­czyć do rynsz­to­ka. Da­nu­ta Wie­ra my­śli in­ten­syw­nie kil­ka dni, a po­tem nad ra­nem bu­dzi Mi­le­nę i krzy­czy: „jedź, wy­noś się, nie za­słu­gu­jesz na ten dom, na jego splen­dor, jego ob­ra­zy, me­ble, książ­ki, jedź, gdzie two­je miej­sce, do ja­kiejś pi­jac­kiej me­li­ny i pier­dol się z pół­głów­ka­mi”. Za kil­ka go­dzin cofa oczy­wi­ście te sło­wa, pła­cze, roz­czu­la się nad ich dra­ma­tycz­ną mi­ło­ścią, daje na dro­gę pięt­na­ście ty­się­cy, po­ma­ga się pa­ko­wać, tak­sów­ką od­wo­zi na lot­ni­sko Ba­li­ce.

I oto 20 wrze­śnia 1975. Na kra­jo­wym dwor­cu lot­ni­czym Okę­cie wy­sia­da z sa­mo­lo­tu Mi­le­na Hra­bicz – w ob­ci­słych dżin­sach, czar­nej bluz­ce, ze skó­rza­nym ele­ganc­kim płasz­czem prze­ło­żo­nym przez ra­mię. Jak ten gra­fo­man z Dżu­my mógł­bym wra­cać do tego zda­nia i wra­cać; po­pra­wiać, uzu­peł­niać, do­sko­na­lić.

Nie­ste­ty (w na­stęp­nym zda­niu) tasz­cząc jej ba­gaż, z sa­mo­lo­tu wy­siadł Da­rek, po­tęż­ny byk, mistrz Kra­ko­wa w rzu­cie mło­tem.

– Wiem od Dar­ka, że Krzy­siek wy­rzu­cił Kró­lo­ka z cha­łu­py. W sa­mych ga­ciach na te chło­dy w Świę­to Zmar­łych.

Dziw­ne, to Da­rek kon­tak­to­wał się z Krzyś­kiem, a ona nie, choć prze­cież, kie­dy opo­wia­da o wy­czy­nie bra­ta, aż oczy się jej świe­cą, że po­mścił, że oczy­ścił tę staj­nię Au­gia­sza, on, je­dy­ny jej ry­cerz.

– W sa­mych ga­ciach; po­dob­no lu­dzie się zbie­gli; Jezu, wy­obra­żam so­bie sta­rą!

– A co to za afe­ra z Krzyś­kiem?

– Za­brał fa­ce­to­wi tro­chę zło­ta, jako za­staw pod kar­cia­ny dług – od­po­wia­da nie­chęt­nie. – A fa­cet ma do­bre ukła­dy z mi­li­cją i za­ło­żył spra­wę. Boję się, że to się może źle dla Krzyś­ka skoń­czyć.

Twier­dzi, że prze­strze­ga­ła, by gno­ja nie ru­szał, ale on był star­szy, mą­drzej­szy, miał wła­sne zda­nie, a przede wszyst­kim po­trze­bo­wał for­sy. Na tę swo­ją Pa­olę, któ­ra przy­ssa­ła się jak pi­jaw­ka i wcią­gnę­ła go w swo­je to­wa­rzy­cho.

Wy­czu­łem, że Len­kę naj­bar­dziej boli to, że do tego to­wa­rzy­cha, czy­li ja­kie­goś krę­gu zna­jo­mych Pa­oli, nie ma wstę­pu. Za­wsze była z bra­tem, z nim jeź­dzi­ła, z nim sza­la­ła, te same knaj­py, te same sa­mo­cho­dy, ci sami kum­ple, i na­gle – drzwi się za­trza­snę­ły. To chy­ba mia­ła na my­śli, mó­wiąc, że Krzy­siek zmie­nił się i od­da­lił.

Po­wie­dzia­łem Ku­bie u nie­go na bry­dżu, że Mi­le­na jest jak blask i le­gen­da, któ­rą chcę po­znać, a on śmiał się i ga­dał o sek­sie. Gdy­bym już wte­dy by­wał na se­mi­na­riach pani pro­fe­sor N., mógł­bym po­wtó­rzyć za nią, że cza­sow­ni­ki „po­zna­wać” i „spół­ko­wać” są w he­braj­skim ho­mo­ni­mem. Jed­nak jesz­cze tego nie wie­dzia­łem, tak jak pani N., wy­bit­na znaw­czy­ni li­te­ra­tu­ry i po­et­ka, nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że wieść o he­braj­skim ho­mo­ni­mie daw­no zbłą­dzi­ła pod strze­chy, a ter­min „po­znać” w bi­blij­nym sen­sie wy­stę­pu­je w aneg­do­tach.

Cie­ka­wość jako mi­łość bez kro­wie­go cie­pła, po­zna­wa­nie i ero­ty­ka, moja zima z Mi­le­ną na Ba­to­re­go. Wsta­ła z wer­sal­ki, na któ­rej się ko­cha­li­śmy; na pa­ra­pe­cie le­ża­ły pa­pie­ro­sy; za­pa­li­ła, rzu­ci­ła mi pacz­kę; i ten kadr, gdy stoi naga na tle szy­by i rzu­ca, prze­ży­łem w ułam­ku se­kun­dy, jak naj­strze­list­szy mój akt cie­ka­wo­ści i po­zna­nia za­ra­zem.

– Len­ka, zo­stań tak przez chwi­lę.

A po­tem pró­bo­wa­łem jej ob­ja­śnić, cze­go do­zna­łem.

– Ja pro­sta, nie­kształ­co­na dziew­czy­na, ja pana nie ro­zu­miem – po­wie­dzia­ła i z cał­kiem już ba­nal­nym wdzię­kiem za­czę­ła się ubie­rać.

Była z do­bre­go kra­kow­skie­go domu, ale jej ro­do­wód koń­czył się już w trze­cim po­ko­le­niu, na dziad­ku Or­łow­skim; krót­ko przed re­wo­lu­cją udzie­lał się w Mo­skwie albo Pe­ters­bur­gu – ta­kich szcze­gó­łów Mi­le­na nie róż­ni­cu­je – Iwan Or­łow, wiecz­ny stu­dent. Mó­wio­no mu „Iwa­nie Sier­gie­je­wi­czu”, ale ża­den kon­kret­ny Sier­giej nie stał za tym otcze­stwem, a zresz­tą nie mu­siał, Iwan bo­wiem, w od­róż­nie­niu od in­nych wiecz­nych stu­den­tów, sam re­gu­lo­wał swo­je dłu­gi, je­śli je miał, a miał je rzad­ko, gdyż z re­gu­ły wy­gry­wał. „Ja, syn chło­pa, uczy­ni­łem z kart in­stru­ment wal­ki kla­so­wej – miał ja­ko­by po­wie­dzieć. – To­wa­rzysz Le­nin pió­rem, to­wa­rzysz Bu­dion­nyj na­ga­nem i ja, to­wa­rzysz Or­łow, przy zie­lo­nym sto­li­ku; row­no unicz­to­ża­jem bur­żu­azju!”

W 1919 roku po­ja­wia się w Pa­ry­żu, dzia­ła niby w ja­kimś ko­mi­te­cie uchodź­ców, ale na­praw­dę jego głów­nym za­ję­ciem jest nadal po­ker i ogry­wa­nie bo­ga­tych ro­syj­skich emi­gran­tów.

– Je­den, kie­dy skoń­czy­ła mu się for­sa, za­pła­cił dług ro­dzo­ną cór­ką.

Bę­dzie o ko­lej­nym ku­rio­zum w ro­dzi­nie, więc Mi­le­na już się od­po­wied­nio uśmie­cha.

– I twój dzia­dek się zgo­dził?

– Ja­sne. Bab­cia była bar­dzo pięk­na; Or­mian­ka, to po niej odzie­dzi­czy­łam uro­dę.

Na do­wód po­ka­zu­je fo­to­gra­fię bab­ci, gdzieś z dwu­dzie­stych lat; rze­czy­wi­ście, ro­zu­miem Or­ło­wa, że się za­chwy­cił i wpadł w pu­łap­kę spryt­ne­go Or­miasz­ki. „Nie dość, że mu gro­sza nie za­pła­ci­łem, to jesz­cze do­brze wy­da­łem cię za mąż„, po­wta­rza­ła bab­cia Swie­tła­na sło­wa swe­go ojca. Ślub wzię­li ci­chy, skrom­ny, Mi­le­na nie wie, w ja­kim ob­rząd­ku, tak jak nie wie pew­nie i nie ob­cho­dzi jej za bar­dzo, ja­kie­go Or­mia­nie są wy­zna­nia i ja­kie­go wy­zna­nia był jej wła­sny dzia­dek.

– Ten ślub nie­wie­le zmie­nił w jego ży­ciu; bab­cia była na dru­gim pla­nie i tak zo­sta­ło po­mię­dzy nimi do dziś. „Wy­jeż­dża­my”, za­po­wie­dział jej pew­ne­go dnia, a ona na­wet nie spy­ta­ła do­kąd.

Bab­ci wi­dać było wszyst­ko jed­no, ale mnie za­in­te­re­so­wa­ło, cze­mu żo­na­ty z Or­mian­ką Ro­sja­nin wy­brał wła­śnie Pol­skę.

– To chy­ba nor­mal­ne – był Po­la­kiem.

– Iwan Sier­gie­je­wicz Or­łow?!

– Na­praw­dę na­zy­wał się Jan Or­łow­ski... To tyl­ko w Ro­sji uda­wał Ro­sja­ni­na.

Rze­czy­wi­ście, szyb­ko zna­leź­li się świad­ko­wie, któ­rzy po­twier­dzi­li, że Or­łow­skie­go zna­ją.

– W trzy­dzie­stych la­tach mój dzia­dek był jed­nym z naj­bo­gat­szych lu­dzi w Kra­ko­wie. Miał dru­kar­nię, kil­ka ka­mie­nic i duży ma­ją­tek ziem­ski.

Chwa­li się, że w domu na Sal­wa­to­rze by­wa­li zna­ni po­li­ty­cy i ar­ty­ści, a sam dzia­dek by­wał z ko­lei u Ry­dza-Śmi­głe­go i z nim po­lo­wał; nie­ste­ty lata na­stęp­ne już mniej na­da­ją się do chwa­le­nia.

– Pew­nie sły­sza­łeś, że był volks­deut­schem?

Skąd mia­łem sły­szeć, pierw­szy raz do­wia­du­ję się o tym czło­wie­ku, ale wi­docz­nie w Kra­ko­wie spra­wa jest zna­na, więc Mi­le­na my­śli, że w War­sza­wie też.

– To praw­da, że ob­ra­cał się wśród Niem­ców, grał z nimi w kar­ty, ale dzię­ki temu mógł wie­lu lu­dziom po­móc. I po­mógł. Zresz­tą, po woj­nie nikt się go nie cze­piał.

Mój oj­ciec, któ­ry pod ko­niec lat czter­dzie­stych stu­dio­wał na Uni­wer­sy­te­cie Ja­giel­loń­skim, sły­szał o Or­łow­skim i ma o nim inne zda­nie.

– Bar­dzo wy­twor­ny pan, pa­mię­tam, że przy­cho­dził z pięk­ną żoną do „Mi­cha­li­ka” i kel­ne­rzy kła­nia­li mu się w pas. Jesz­cze dłu­go po woj­nie miał pry­wat­ną dru­kar­nię, a po­tem, po upań­stwo­wie­niu, był chy­ba jej dy­rek­to­rem.

– I to jest wła­śnie dziw­ne.

Oj­ciec ści­sza w tym mo­men­cie głos, bo roz­ma­wia­my w ka­wiar­ni, gdzie mnó­stwo jego ko­le­gów. PAN, Pa­łac Sta­szi­ca, oj­ciec pra­cu­je w Za­kła­dzie Hi­sto­rii Na­uki; pod­słu­cha­ją, do­nio­są dy­rek­cji. Cią­gle czu­je się jak w la­tach pięć­dzie­sią­tych, je­dy­ny ako­wiec osa­czo­ny przez czer­wo­nych.

– My­ślisz, że miał ukła­dy z bez­pie­ką?

Stro­fu­je mnie wzro­kiem, że tego sło­wa nie wy­ma­wia się tak gło­śno. Resz­tę mogę już tyl­ko od­czy­tać z ru­chu warg.

– My­ślę, że był so­wiec­kim szpie­giem, za­in­sta­lo­wa­nym tu jesz­cze przed woj­ną. Taka była w Kra­ko­wie po­wszech­na opi­nia.

Przed Wi­gi­lią za­nio­słem jej małą cho­in­kę i kil­ka bom­bek z domu.

– Nie je­dziesz na świę­ta do Kra­ko­wa?

– Po co? – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Od nie­chce­nia za­in­te­re­so­wa­ła się cho­in­ką, zdaw­ko­wo uśmiech­nę­ła, po­tem – też tak ja­koś ma­chi­nal­nie – zro­bi­ła kawę, któ­rą w mil­cze­niu wy­pi­li­śmy.

– Umo­rzy­li spra­wę Krzyś­ka – po­wie­dzia­ła w koń­cu.

– No to masz pre­zent na gwiazd­kę!

Sam się ucie­szy­łem, choć nie zna­łem czło­wie­ka, ale osta­tecz­nie był bra­tem, i to uko­cha­nym bra­tem, mo­jej dziew­czy­ny.

Po­tem do­pie­ro na­uczy­łem się, że kie­dy ma ta­kie oczy, to pła­cze; pła­kać nor­mal­nie, łza­mi, nie po­tra­fi­ła.

– Wiesz, że na­wet nie za­te­le­fo­no­wał po­dzię­ko­wać.

– Za co miał ci dzię­ko­wać? – zdzi­wi­łem się.

Bawi się bomb­ką, ob­ra­ca bomb­kę w dło­ni, pa­trzy na nią.

– Po­szłam do lu­dzi, któ­rych pra­wie nie znam, i skam­la­łam; żeby po­mo­gli; a on na głu­pi te­le­fon się nie zdo­był.

– Może jesz­cze za­dzwo­ni; wiesz, czło­wiek po ta­kich przej­ściach.

– Nie są­dzę. Wczo­raj wy­je­chał z Pa­olą do Nie­miec!

I bomb­ka pęka jej w dło­ni.

Wi­gi­lię spę­dzi­li­śmy u mnie, z mamą i An­dré, czy­li tym fa­ce­tem z Gre­no­ble; mia­ła być jesz­cze bab­cia i ba­łem się, jak za­re­agu­je na obec­ność Len­ki, ale ob­ra­zi­ła się o coś i nie przy­szła.

– Bab­cia jest kom­plet­nie nie­zrów­no­wa­żo­na, wła­ści­wie wa­riat­ka, nig­dy nie moż­na prze­wi­dzieć, co ją zde­ner­wu­je, a wte­dy hor­ror, hi­ste­ria, łącz­nie z od­krę­ca­niem gazu i ły­ka­niem prosz­ków na­sen­nych.

Opo­wia­dam to Mi­le­nie na po­cie­chę, że w mo­jej ro­dzi­nie też nie­kie­dy dzie­ją się rze­czy dziw­ne, ale chy­ba źle ro­bię, bo ona chce być dzi­siaj z dala od wszel­kich dzi­wactw, w nor­mal­nym domu, a w każ­dym ra­zie nor­mal­niej­szym niż ten na Sal­wa­to­rze. U mnie nie ma dwu­na­stu po­traw i pew­nie nie jest po pol­sku i ka­to­lic­ku tra­dy­cyj­nie, ale nikt tu prze­cież nie pije ko­sme­ty­ków ani nie na­zy­wa się Siła-Po­twor­nic­ki, a ist­nie­je, przy­najm­niej w wi­gi­lij­ny wie­czór, ja­kiś ład. By mieć w nim pra­wo oby­wa­tel­stwa, mu­sia­ła naj­pierw za­pro­wa­dzić ład w so­bie, wy­do­być się ze sta­nu, w któ­rym zgnia­ta­ła w dło­niach bomb­ki, i pew­nie dla­te­go przy­szła na ostat­nią chwi­lę, kie­dy An­dré usta­wiał już na sto­le lich­ta­rze.

– Déli­cieux – po­wie­dzia­ła, do­ty­ka­jąc sta­re­go sre­bra; była bez ma­ki­ja­żu, w pro­stej, ciem­nej su­kien­ce i ani tro­chę nie przy­po­mi­na­ła tej dziew­czy­ny, z któ­rą pi­łem „Pod Dwój­ką”.

–  Déli­cieux – za­chwy­co­nym echem po­wtó­rzył An­dré, ma­jąc na my­śli ją, a mama po­wie­dzia­ła „cie­szę się, że je­steś z nami”, i lek­ko po­ca­ło­wa­ła ją w po­li­czek.

Lich­ta­rze po­cho­dzi­ły ze zde­sa­kra­li­zo­wa­ne­go ko­ścio­ła, An­dré ku­pił je dla mamy od ja­kie­goś zbie­ra­cza i te­raz z dumą wkła­dał w nie świe­ce; w każ­dym było miej­sce na trzy.

– Un, deux, tro­is; raz, duła, czi – li­czył uśmiech­nię­ty, i w tym mo­men­cie ro­zu­mia­łem mamę, że z nim jest, mimo jego tłusz­czu, ły­si­ny i gru­bych oku­la­rów.

Za­pa­la świe­ce, chwi­lę kon­tem­plu­je na­strój, pro­fe­sjo­nal­nie, jest prze­cież spe­cja­li­stą od ma­lar­stwa fla­mandz­kie­go, a po­tem wy­gła­sza coś bar­dzo uro­czy­ście, mama ca­łu­je go, a Mi­le­na ci­cho mi tłu­ma­czy, że to coś było o sztu­ce ko­cha­nia, z któ­rej do­bry Bóg roz­li­czy ar­ty­stów w nie­bie.

An­dré przy­wiózł mi ciem­no­zie­lo­ny sze­tland, Mi­le­na każe wło­żyć, oglą­da mnie w nim, ob­ra­ca.

– Twój ko­lor.

W roli mo­jej na­rze­czo­nej uśmie­cha się z po­dzię­ko­wa­niem, a An­dré wy­rzu­ca na­tych­miast z sie­bie kil­ka­na­ście szyb­kich słów, z cze­go ro­zu­miem tyl­ko nuit i ca­de­au.

– Po­wie­dział, że swe­ter to nic przy po­da­run­ku, któ­ry do­sta­niesz tej nocy ode mnie – szep­cze.

Po pol­sku brzmi to co­kol­wiek ru­basz­nie, ale we fran­cu­skim pew­nie nie, śmie­ję się, chcę na­wet po­cią­gnąć ten dow­cip, gdy na­gle zu­peł­nie bez związ­ku do­cie­ra do mnie, że jesz­cze przed dwo­ma laty w tym sa­mym po­ko­ju, przy po­dob­nej pod su­fit cho­in­ce stał za­miast fran­cu­skie­go wuj­ka mój pol­ski oj­ciec. Jak wOpo­wie­ści wi­gi­lij­nej, ob­ja­wia mi się duch prze­szłych świąt i zu­peł­nie od­mie­nia na­strój.

– To samo czu­łam, kie­dy dzia­dek wy­pro­wa­dził się z Kra­ko­wa, od­tąd wła­ści­wie już nie było ro­dzi­ny.

Myje ta­lerz, sto­ję obok niej z pa­pie­ro­sem, o nas my­ślę i o na­szych do­mach, z po­ko­ju do­bie­ga ra­do­sna pa­pla­ni­na An­dré.

– Mój ko­tek – mówi mama, wcho­dząc do kuch­ni, i przy­tu­la Mi­le­nę, bo jest wzru­szo­na na­stro­jem, ko­chan­kiem, nami i tym, że Mi­le­na zmy­wa ta­le­rze.

W tym mo­men­cie dzwo­nek do drzwi i zja­wia się O’Brien. Z tego wszyst­kie­go za­po­mnia­łem, że ma przyjść, zresz­tą nie uma­wia­li­śmy się, bo i tak było oczy­wi­ste, że w Wi­gi­lię idę z Mi­cha­łem na pa­ster­kę; to była na­sza od wie­lu lat tra­dy­cja, któ­rą on na­rzu­cił. Mi­chał O’Brien, wów­czas je­dy­ny prak­ty­ku­ją­cy ka­to­lik wśród mo­ich kum­pli, za­stał u mnie Mi­le­nę, nie­prak­ty­ku­ją­cą, a na­wet nie ka­to­licz­kę; spy­tał, czy pój­dzie z nami do ko­ścio­ła, a ona szcze­rze zdzi­wi­ła się, w ja­kim celu, gdyż o re­li­gij­nej stro­nie Wi­gi­lii nie mia­ła po­ję­cia.

– Przejdź się cho­ciaż z cie­ka­wo­ści, zo­ba­czyć, do­trzy­mać nam to­wa­rzy­stwa – na­ma­wia­łem, bo nie mo­głem O’Brie­no­wi od­mó­wić, a zo­sta­wić ją, i to jesz­cze u mnie w domu, gdzie była go­ściem, głu­pio.

Mi­le­na z cie­ka­wo­ści i dla to­wa­rzy­stwa po­szła­by na­wet do pie­kła, więc bez wa­ha­nia na­rzu­ci­ła ko­żuch i ru­szy­li­śmy przez Na­rbut­ta do ka­pli­cy oj­ców je­zu­itów, na rogu San­do­mier­skiej. Mi­chał wy­cią­gnął pier­siów­kę, się­gną­łem chci­wie łapą, ale Mi­le­na po­pro­si­ła, że­bym nie pił; to było jej po­dzię­ko­wa­nie dla mamy i jej straż, by cie­pła wi­gi­lij­ne­go wie­czo­ru, jej wie­czo­ru z nami, nie wy­stu­dził ja­kiś mój pi­jac­ki eks­ces.