Wydawca: Albatros Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 563 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Scotland Yard - Alex Grecian

Powieść o początkach Scotland Yardu, znakomicie osadzona w realiach wiktoriańskiej Anglii i niepozbawiona szczypty typowo angielskiego humoru. Rok po fiasku śledztwa w sprawie Kuby Rozpruwacza w Londynie dochodzi do morderstwa inspektora Scotland Yardu. Nowo mianowany komisarz powierza śledztwo Walterowi Dayowi. Jego sprzymierzeńcami w walce z bezlitosnym zbrodniarzem zostają: kolega z wydziału zabójstw, inspektor Blacker, oddany pracy posterunkowy Hammersmith oraz doktor Kingsley, pionier medycyny sądowej i daktyloskopii.

Debiut Alexa Greciana jest obiecującym początkiem nowej serii i powinien zostać najbardziej cenioną i popularną powieścią detektywistyczną roku

Huffington Post

Opinie o ebooku Scotland Yard - Alex Grecian

Fragment ebooka Scotland Yard - Alex Grecian

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

PROLOG

Dzień pierwszy

1

2

3

4

5

6

O książce

Minął rok od ostatniego ataku Kuby Rozpruwacza. Londyńskiej policji, która nie była w stanie go dopaść, przydałby się sukces, żeby podnieść morale we własnych szeregach i odzyskać zaufanie społeczeństwa. Tymczasem mieszkańców miasta znów bulwersuje spektakularne morderstwo. Na londyńskim dworcu zostaje znaleziony kufer, a w nim… zwłoki inspektora, jednego z dwunastu członków Brygady Zabójstw. Nowo mianowany komisarz Scotland Yardu powierza śledztwo Walterowi Dayowi.

Day, młody inspektor, który właśnie osiedlił się w nękanym biedą i przemocą Londynie, nie jest pewien, czy powierzone mu zadanie go nie przerasta, zwłaszcza gdy zostaje zabity jeszcze jeden policjant. Wszystko wskazuje na to, że w mieście grasuje kolejny seryjny morderca, a celem jego ataków jest Scotland Yard.

Jest ktoś, kto może pomóc: pionier medycyny sądowej i daktyloskopii, doktor Kingsley, którego odkrycia były dotąd lekceważone przez policję. Inspektor Day widzi w nich jednak szansę na pomyślne zakończenie śledztwa. Musi powstrzymać zabójcę, zanim znowu ktoś zginie.

Wydanie elektroniczne

ALEX GRECIAN

Amerykański autor komiksów, powieści i krótkich utworów prozatorskich. Po kilku latach pracy w reklamie wrócił do swojej pierwszej miłości – pisania. Jego debiutancka powieść, Scotland Yard, ukazała się w USA w 2012 r. i rozpoczyna cykl Brygada Zabójstw, w ramach którego dotąd ukazały się trzy książki, a czwarta właśnie powstaje.

www.alexgrecian.com

Tytuł oryginału:THE YARD

Copyright © Alex Grecian 2012Published by arrangement with the authorAll rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Andrzej Niewiadomski 2014

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Zdjęcie na okładce: Ilona Wellmann/Trevillion Images

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-069-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Christy, dla którejnawet ta dedykacja będzie materiałemdo doszukiwania się dziur w akcji

Gdy w nocy tętent koni ze snu cię wybije,Nie zbliżaj się do okna, zostaw żaluzyje.Ten, kto o nic nie pyta, kłamstwa nie usłyszy.Więc odwróć, dziecko, wzrok, niech ferajna mknie w ciszy.

Rudyard Kipling, Pieśń przemytnika

PROLOG

LONDYN, 1889

Nikt nie zauważył, że inspektor Christian Little ze Scotland Yardu zniknął, więc nikt go nie szukał, a jednak się odnalazł.

W nocy, o bliżej nieokreślonej porze, na dworcu Euston pojawił się czarny kufer podróżny. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Dopiero wczesnym popołudniem dnia następnego, po odjeździe pociągu o pierwszej, dostrzegł go bagażowy i otworzył, gdy okazało się, że takiego ciężaru nie udźwignie.

Natychmiast wezwał chłopca na posyłki i kazał mu sprowadzić policję.

Jako pierwszy zjawił się inspektor śledczy Walter Day, a po nim wielu szeregowych policjantów, nad którymi objął komendę. Day przybył do Londynu zaledwie przed tygodniem, po raz pierwszy znalazł się na miejscu zbrodni i wyraźnie się denerwował. Ale posterunkowi w niebieskich mundurach znali się na swojej robocie, więc do niczego nie był im potrzebny. Odsunąwszy zebranych wokół kufra gapiów, przystąpili do przeczesywania dworca w poszukiwaniu narzędzia zbrodni i ewentualnych śladów.

Godzinę później na dworzec wbiegł zdyszany doktor Bernard Kingsley i skierował kroki do gromadki ludzi zebranych na galerii przed kasą biletową. Kufer porzucono przy barierce odgradzającej peron. Przepchnąwszy się obok inspektora Daya, Kingsley ukląkł.

Wyjął z torby parcianą taśmę mierniczą i przesuwając ją między palcami, obmierzył kufer wzdłuż i wszerz. Był to typowy kufer, o wymiarach dwie na trzy na trzy stopy, czarny i błyszczący, zdobiony wzdłuż szwów cynowymi nitami. Lekarz zamknął wieko i przeciągnął po nim palcem. Czyste, ani śladu kurzu.

Ze szkłem powiększającym w ręku pośpiesznie obszedł kufer, badając stopień jego zużycia na rogach. Polizał palec i potarł szew w miejscu, gdzie czarną farbą zamalowano pęknięcie. Miał świadomość, że Day stoi mu nad głową, a mundurowi, nie tak natrętni, odpychają przy wyjściu nowych gapiów napływających z ulicy. Zbiegała się tylko biedota, wiecznie żądna sensacji — ludzie lepiej sytuowani żwawo mijali zbiegowisko, nie zwracając na nie uwagi.

Uporawszy się ze wstępnym badaniem, Kingsley kilkakrotnie otworzył i zamknął wieko, nasłuchując skrzypienia zawiasów, po czym opuścił je tak, by krawędzią dotknęło podłogi. Długo spoglądał do kufra, nie przejmując się odorem śmierci. Powiązane sznurem, złożone wpół zwłoki upchnięto w tej ciasnocie niczym nadmiar brudów do prania. Brakowało jednego buta — lekarz zakładał, że pewnie leży na dnie kufra, pod ciałem. Garnitur mężczyzny, z gabardyny, miał nieco wytarte brzegi, a w fałdy materiału wżarł się brud. Ręce i nogi były połamane i założone jedna na drugą.

Kingsley wyjął z torby szczypce i odsunął nimi rękę zabitego, by obejrzeć jego twarz. Perłowoszara cera, oczy i wargi zaszyte grubą nicią… Równoległe szwy na ustach mężczyzny wyglądały jak podkłady na torach kolejowych. Lekarz spojrzał na Daya.

— Ustaliliście już jego tożsamość? — zapytał cicho, z powagą.

Inspektor zaprzeczył ruchem głowy.

— Był jednym z was — oznajmił Kingsley.

— Jednym z nas?

— To zwłoki śledczego. Inspektora Little’a.

Day cofnął się pod barierkę i uniósł ręce, jakby odpędzał niemiłe myśli.

— Niemożliwe. Rozmawiałem z nim wczoraj wieczorem.

Kingsley zbył tę uwagę wzruszeniem ramion.

— Nie żebym panu nie wierzył — ciągnął Day. — Ale inspektor Little…

— Proszę podejść. Niech pan sam się przekona — rzekł lekarz.

Day wytrzeszczył na niego oczy.

— Prosiłem, żeby pan podszedł. Zapraszam.

— Tak, oczywiście.

Inspektor podszedł do kufra. Zanim zajrzał do środka, głośno przełknął ślinę.

— Niech pan oddycha przez usta — poradził lekarz. — Zapaszek nie jest przyjemny.

Day skinął głową, dysząc ciężko.

— Przypuszczam, że to inspektor Little. Ale co oni mu zrobili?

— To akurat widać gołym okiem. Pytanie brzmi: dlaczego?

— To nieludzkie.

— Obawiam się, że aż za bardzo ludzkie.

— Przetnijcie te sznury. Zdejmijcie mu to z twarzy. Na miłość boską, śledczy ze Scotland Yardu nie może leżeć związany jak, nie przymierzając, świąteczna gęś.

Jeden z mundurowych spojrzał w jego stronę. Na dworcu roiło się od ludzi, których nie obchodziło zabójstwo znalezionego w kufrze inspektora, a wyłącznie to, by mieli szansę go zobaczyć. W oczach posterunkowego Day zobaczył przestrach i zadumę nad tym, po co właściwie wykonuje tak niebezpieczną pracę, z którą wiąże się groszowa pensja i całkowity brak szacunku. W tej krótkiej chwili, widząc wyraz oczu kolegi po fachu, Day zrozumiał, że Londyn potrzebuje stróżów porządku publicznego, ale wcale o nich nie dba. Pojął też coś, z czego wszyscy policjanci na peronie już dawno zdali sobie sprawę — co oznacza odkrycie tych zwłok.

Przed rokiem, kiedy grasował Kuba Rozpruwacz, morale policji metropolitalnej sięgnęło dna i jak dotąd się nie podniosło. Akta morderstw w Whitechapel nie zostały zamknięte, śledztwo wciąż się toczyło, jednak nikt w Londynie nie wierzył, że policja zdoła ująć sprawcę. Kuba uciekł, a śledczy ze Scotland Yardu nawet na krok nie zbliżyli się do ustalenia jego tożsamości. Ta nierozwiązana sprawa stanowiła gorzkie memento, że nie są niezawodni, i wisiała nad nimi codziennie, kiedy wchodzili tylnym wejściem do gmachu komendy. Rozpruwacz nadal przebywał na wolności i wszystko wskazywało na to, że tak już zostanie.

Kingsley wstał i położył rękę na ramieniu inspektora.

— Z całą pewnością zrobię, co w mojej mocy, żeby doprowadzić inspektora Little’a do porządku — powiedział tak cicho, że jego głos był ledwo słyszalny. — Opłakiwać go będziemy w stosownym miejscu i czasie. A na razie musi pan się skupić na wymierzeniu sprawiedliwości. Niewykluczone, że zabójca nas obserwuje, więc pańskie zachowanie może mu podpowiedzieć, w jakim kierunku potoczy się śledztwo. Musi się pan zaprezentować jako człowiek silny i rzeczowy.

Day przytaknął ruchem głowy.

— A zatem do dzieła! — rzucił lekarz.

Złapał za uchwyt, uniósł kufer z jednej strony, lecz zaraz jęknął i go opuścił.

— Inspektorze, widać, że krzepki z pana człowiek. Zechciałby pan podnieść z tej strony?

— Gdzie mam go przestawić?

— Nie cały kufer, proszę tylko złapać za uchwyt i trochę go unieść.

Kingsley zdjął kapelusz i położył go na ławce pod przeciwległą ścianą. Następnie powiesił płaszcz na poręczy ławki i wrócił do Daya, który dźwignął kufer z jednej strony. Trudno o większy kontrast niż między tymi dwoma mężczyznami. Doktor Kingsley — niski i chudy — miał ostre rysy twarzy i strzechę rozczochranych, przedwcześnie posiwiałych włosów w odcieniu pasującym do szarych oczu. Inspektor Day — wysoki i barczysty — był zbudowany jak tur. Zaczesane do tyłu krótkie ciemne włosy odsłaniały jego wysokie czoło, na twarzy zaś malowała się gotowość niesienia pomocy, zupełnie jakby stale wypatrywał jakiejś staruszki, którą mógłby przeprowadzić przez ulicę. Nosił się z typową dla potężnych mężczyzn pewnością siebie, ale rysy twarzy miał delikatne, a z jego oczu wyzierał smutek. Kingsley uznał, że tego młodego śledczego po prostu nie sposób nie lubić.

— Da pan radę trochę wyżej? — spytał lekarz. — Tak lepiej.

Na czworakach wczołgał się pod kraniec kufra dźwiganego przez inspektora. Nie obawiał się, że Day upuści mu go na głowę. Tacy jak inspektor najpierw używają mózgu, a dopiero potem posługują się mięśniami. Mięśniami, które okazują się wielce przydatne.

Kingsley zbadał deski podłogi peronu, zaglądając w szczeliny w wiekowym drewnie wygładzonym podeszwami butów niezliczonych rzesz podróżnych.

— Aha! — rzucił. Wygramolił się tyłem, a kiedy już wystawił głowę spod kufra, wstał, jedną ręką wygładzając kamizelkę na brzuchu, a drugą unosząc do światła ze złączonymi kciukiem i palcem wskazującym.

Day zmrużył oczy.

— To włos — powiedział.

— Nie, chłopcze. To nić. Trochę wystrzępiona w miejscu, gdzie została przecięta. O, tutaj. Widzisz?

— Czy to ta sama, którą zaszyto oczy i usta ofiary?

— Różnią się kolorem. Tamta jest czarna, a ta granatowa. Może to przypadek, może ktoś zgubił nitkę z płaszcza, ale nie sądzę. Myślę, że zabójca zaopatrzył się w nici w co najmniej dwóch różnych kolorach — oznajmił Kingsley. — Tylko po co?

Nagle padł na kolana. Ściskając w ręku szkło powiększające, które rzucało refleksy na peron, doczołgał się pod ścianę i zaczął macać długimi palcami tam, gdzie stykała się z deskami podłogi. Upłynęło kilka długich minut. W tłumie gapiów za balustradą narastało zniecierpliwienie. W końcu lekarz zaklął pod nosem i uniósł do światła palec, na którego czubku zebrała się kropla krwi. Uśmiechnął się. Zlizał krew z palca, po czym odwrócił lupę, by zdrapać jej twardą rączką brud ze ściany.

Wstał i szybkim krokiem wrócił do inspektora, który nadal unosił koniec kufra. Wyciągnął rękę, żeby Day mógł się przyjrzeć.

— Igły — rzekł inspektor.

Kingsley błysnął zębami w uśmiechu.

— Trzy igły, inspektorze. Trzy, chociaż wystarczyłaby jedna. Powiedziałbym, że nasz zabójca popełnił znaczący błąd. Proszę mi dać chusteczkę.

— Mam ją w górnej kieszeni marynarki?

— Tam jej nie widzę.

— Widocznie dzisiaj nie wziąłem.

Kingsley skinął głową.

— Wy tam — zwrócił się do najbliższego posterunkowego. — Macie chusteczkę?

Wysoki, chudy jak tyczka policjant oderwał wzrok od peronu — ani chybi lustrował ciżbę. Długie jak u kobiety rzęsy niemal całkiem zasłaniały jego jasne inteligentne oczy. Na dźwięk głosu lekarza lekko podskoczył.

— Jak się nazywacie? — zapytał Kingsley.

— Hammersmith, proszę pana.

— Sądząc po akcencie, jesteście z Walii?

— Tak jest.

— Obserwujecie gapiów?

— Bo ludzie się zdziwili, kiedy ten pan śledczy powiedział, że w kufrze jest inny policjant.

— Więc szukaliście w tłumie kogoś, kogo to nie zaskoczyło. Kogoś, kto z góry wiedział, że w kufrze znajdziemy inspektora.

— Tak jest.

— No i?

— Nic nie wzbudziło moich podejrzeń.

Kingsley kiwnął głową.

— Mimo to pomysł był bardzo dobry — pochwalił. — Od jak dawna jesteście w policji?

— Od dwóch lat, proszę pana.

— Dziwne, że nie poznaliśmy się wcześniej. Z ciekawością będę śledził waszą karierę. Ale, ale, pożyczycie mi chusteczkę?

— Ależ oczywiście.

— Dziękuję wam, Hammersmith.

Kingsley zerknął na podaną mu chusteczkę, a potem spojrzał na posterunkowego.

— Nie jest zbyt czysta — zauważył.

— Przepraszam pana. Pracuję na drugiej zmianie z rzędu, więc nie miałem czasu nic przeprać.

Istotnie, Hammersmith wyglądał niechlujnie. Jego niebieski mundur był wygnieciony, koszula wystawała ze spodni, mankiety nogawek miał zabłocone. Spoglądał z miną winowajcy, a jednak cała jego postawa świadczyła o wielkiej kompetencji.

— No cóż, dziękuję wam, Hammersmith. Postaram się zwrócić ją jak najszybciej.

— Dziękuję panu.

Kingsley zawinął igły w brudny materiał. Chusteczkę wraz z krótkim kawałkiem granatowej nici schował do kieszonki kamizelki, by zbadać je później.

— Ta sprawa to wyzwanie co się zowie — oświadczył.

Uśmiechnął się i po raz ostatni obrzucił wzrokiem peron, prawie nie zwracając uwagi na tłum gapiów.

— Cudownie — powiedział do śledczego. — Po prostu wspaniale. Może pan już go opuścić.

Day postawił koniec ciężkiego kufra na peronie i odetchnął z ulgą.

— Niech pan każe dwóm ludziom dostarczyć go na mój wydział — polecił Kingsley. — Chcę zbadać zwłoki Little’a, ale nie będę robił tego tutaj. Resztę policjantów proszę wysłać na peron, niech się dokładnie rozejrzą w poszukiwaniu lewego buta ofiary. Podejrzewam, że znajdziemy go w kufrze, ale nie zaszkodzi zagonić ich do roboty.

Lekarz wbił się w płaszcz, wziął kapelusz i odszedł. W połowie peronu zawrócił do wciąż stojącego w miejscu Daya. Nachylił się i tak cicho, żeby gapie nie mogli go usłyszeć, wyszeptał:

— Niech pan zamknie wieko kufra. Ta hałastra nie powinna się napawać widokiem martwego inspektora.

Dzień pierwszy

1

DWIE GODZINY PO ODKRYCIU ZWŁOK INSPEKTORA LITTLE’A

Sierżant Kett przez dłuższy czas rozglądał się po dworcu. Euston — stołeczna stacja końcowa pociągów linii londyńskich oraz Kolei Północno-Zachodniej — zawsze tętnił życiem. Codziennie przyjeżdżały tu setki pasażerów pragnących po raz pierwszy zakosztować uroków wielkiego miasta, gdy tymczasem londyńczycy uciekali do Liverpoolu, Birmingham, Manchesteru, Nottingham i wszelkich innych miejscowości położonych na tych trasach. Sierżant uważał za mało prawdopodobne, by zabójca inspektora Little’a pozostał na miejscu zbrodni… a mimo wszystko żywił cień nadziei, że wypatrzy tego rzeźnika. Stojąc na szczycie szerokich podwójnych schodów, spoglądał na południe, w kierunku olbrzymiej bramy zwanej Euston Arch. Przez świetlik w wysoko sklepionym suficie do obramowanej ciemnoczerwonymi kolumnami, okazałej hali wpadało światło słoneczne, migoczące na kamiennych płytach posadzki o metalicznym połysku. Jasnoniebieskie mundury dziesiątków policjantów odcinały się na tle szarości morza podróżnych i bieli granitowych ścian dworca. Obecność na peronach tak wielu posterunkowych, z początku sensacyjna, z czasem spowszedniała wobec natłoku pasażerów pragnących dojechać na czas do celu podróży.

Przez masywną bramę napływali irlandzcy robotnicy, żołnierze na przepustce i umorusane dzieci, wysyłane do dalekich krewnych. Za szeroką zieloną markizą nad wejściem stopniowo rozwiewała się poranna mgła, ale widoczność wciąż była słaba i Kettowi niewiele udało się zobaczyć z tego, co działo się przed dworcem. Lubił tę wirującą szarość, która mogła skrywać jakieś niespodzianki.

Lustrował spojrzeniem tłum, podczas gdy za jego plecami krzątali się posterunkowi.

Lekarz udający się z rodziną na wakacje kurczowo przyciskał do piersi czarną torbę; loki jego misternie utrefionej brody rozprostowały się w duchocie panującej na zatłoczonym peronie. Próbowała za nim nadążyć ładna żona, a dalej pielęgniarka i mały chłopczyk. Wszyscy byli wymęczeni i zdenerwowani.

Przy jednym z punktów zbornych dwie dziwki podpierały ścianę. Kett podchwycił ich wzrok i szybkim ruchem głowy dał znak, żeby się wynosiły. Mijając go, uśmiechnęły się.

— Zawsześmy lubiały mężczyzn z taką gęstą brodą — zagadała do niego niższa.

— To takie męskie — dorzuciła druga, ładniejsza. O dziwo, z długą blizną, biegnącą od nasady włosów na czole do szyi, wydawała się bezbronna, co tylko przydawało jej atrakcyjności.

— Zmykajcie stąd — polecił sierżant.

— Szkoda.

I rozpłynęły się w ludzkiej ciżbie.

Prostytucja była, oczywiście, nielegalna. Tym dwóm dzierlatkom nie brakowało tupetu, skoro uprawiały swój proceder o tak wczesnej porze i w miejscu tak publicznym, ale były też na swój sposób dzielne. Aresztowanie ich nic by zresztą nie dało, jeszcze tego samego dnia urzędowałyby tu z powrotem.

Kett pokręcił głową. Mordercy, złodzieje, kurwy, kanciarze… wszyscy oni zlewali się z najrzadszym gatunkiem: uczciwymi obywatelami. Mógłby do wieczora przyglądać się tłumom na Euston Street, a za nic nie odróżniłby tych porządnych od tych godnych potępienia.

Odwrócił się i patrzył, jak jego ludzie wykonują swoją pracę.

W Scotland Yardzie panowała zgoła niezwykła hierarchia — nikt nie był wyższy stopniem od innych. Inspektorzy śledczy specjalizowali się w zbrodniach określonego typu: to im przydzielano najbardziej czasochłonne sprawy. Posterunkowi — Kett nigdy nie nazywał ich mundurowymi, choć nazwa ta przyjęła się u większości społeczeństwa — zajmowali się codziennymi wykroczeniami w Londynie i podczas obchodów zapoznawali się z dzielnicą oraz jej mieszkańcami, zawsze mając na celu zduszenie problemu w zarodku, zanim urośnie do takich rozmiarów, by zwrócić uwagę śledczych. Z kolei sierżanci, wśród nich Kett, zapewniali wsparcie zarówno posterunkowym, jak i inspektorom, pilnując sprawnego przepływu informacji w całej policji, by każdy pracował z maksymalną wydajnością.

Kett był dumny ze swoich posterunkowych. Czasami czuł, że musi krążyć pośród nich, wykrzykiwać rozkazy i pilnować, żeby każdy robił, co do niego należy, dziś jednak, w obliczu powagi popełnionej zbrodni, niebiescy sztuka w sztukę uwijali się jak w ukropie. Wyglądało na to, że zwłaszcza posterunkowy Hammersmith ma niespożyte siły. Kett był ciekaw, kiedy ostatnio ten młody człowiek się przespał. Świadom tego, że Hammersmith nie zszedł ze służby co najmniej od dwóch zmian, zakonotował w pamięci, że należy go wysłać do domu, by odpoczął, zanim padnie ze zmęczenia.

Nowy inspektor, Day, sprawiał wrażenie, że nadaje się do tej roboty, ale Kett niewiele o nim wiedział. Sierżanta nieco martwiła otaczająca inspektora aura niewinności. Widywał już, jak idealiści rzucają ten fach — miasto szybko pozbawiało ich złudzeń. Nie wiedział, czy Day utrzyma się w Scotland Yardzie, zamierzał jednak zrobić, co w jego mocy, by inspektor zachował stanowisko. Nowy śledczy miał w sobie coś tak niezwykle sympatycznego — jakieś poczucie obowiązku połączone z ciekawością — że istniały szanse, by zaszedł bardzo wysoko.

Nie wszyscy pracujący wokół złowróżbnego kufra na dworcu byli pod nadzorem sierżanta. Wyjątek stanowił doktor Kingsley, ponieważ oficjalnie nie służył w policji metropolitalnej, czyli w Scotland Yardzie. Na co dzień pracował w laboratorium w podziemiach Szpitala Uniwersyteckiego; stanowisko lekarza medycyny sądowej stworzył dla siebie dlatego, że uważał je za niezbędne. Do czasu gdy przejął władzę nad policyjną kostnicą, medycyna sądowa w zasadzie nie istniała. Zwłoki zwożono do marnie zarządzanych magazynów, w których ginęły albo popadały w zapomnienie. Ten nieduży człowieczek był dziwakiem; policjanci omijali go szerokim łukiem, lecz jego pomoc była nieoceniona i wśród śledczych cieszył się prawdziwym szacunkiem.

Jeżeli zabójca inspektora miał choć trochę oleju w głowie, wskoczył do porannego pociągu i był już daleko stąd.

A jednak Kett pozwolił sobie na surowy uśmiech. Owszem, Kuba Rozpruwacz im się wymknął, lecz nauka nie poszła w las. Sierżant głęboko wierzył, że jeśli zabójca Little’a jest na tyle zuchwały albo bezczelny, by pozostać w Londynie, to ci ludzie go znajdą i postawią przed obliczem sprawiedliwości.

* * *

Łysy mężczyzna stał na skraju tłumu, patrząc, jak sierżant Kett wraca na galerię. Szorstki stary policjant zerknął na niego, ale nic nie wskazywało na to, żeby go rozpoznał.

Doktor Kingsley bez słowa minął sierżanta na schodach, po czym opuścił dworzec, przechodząc pod łukiem po przeciwnej stronie gmachu. Łysy nie spotkał jeszcze tego lekarza, ale słyszał, jak policjanci rozmawiali między sobą o trzymającym się na uboczu patomorfologu. Z tego, co o nim mówiono, Kingsley był dobry. Aż za dobry. Łysy mężczyzna żałował, że nie wie, co lekarz szepnął temu ciemnowłosemu młodemu śledczemu.

Tymczasem po drugiej stronie peronu tenże młody śledczy zmarszczył czoło i ruchem ręki przywołał dwóch najbliższych mundurowych.

— Natychmiast dostarczcie ten kufer do Szpitala Uniwersyteckiego — polecił. — Do laboratorium doktora Kingsleya. Tylko obchodźcie się z nim ostrożnie. W środku znajdują się zwłoki inspektora.

Powiedział to zbyt głośno, więc tłum zareagował jękiem. Łysy mężczyzna zadbał o to, by jego mina wyrażała ten sam szok, który malował się na twarzach pozostałych gapiów. Ludzie, i tak już spóźnieni po przerwie do pracy, rozprawiali między sobą, z bezpiecznej odległości dzieląc się nowinkami o odkryciu i niebezpieczeństwie.

Dwóch policjantów z wysiłkiem dźwignęło kufer. Łysy rozpoznał jednego z pozostałych, młodego posterunkowego nazwiskiem Pringle. Uniósł rękę, na co Pringle, zauważywszy go, skinął głową i wskazał względnie pusty skraj peronu. Łysy szybko przecisnął się przez tłum i dołączył tam do niego.

— Uszanowanie panu — rzekł posterunkowy. — Kiepska sprawa, i to od samego rana.

— Słyszałem to i owo — odparł łysy mężczyzna. — Śledczy?

— W kufrze. — Pringle skrzywił się i pokiwał głową. — Przynajmniej tak twierdzi inspektor. Po mojemu źle to wygląda dla nas wszystkich. Zabójstwo śledczego…

— Ktokolwiek to zrobił, z pewnością go złapią. Złapią go od razu, nie sądzicie?

— Mam nadzieję, proszę pana. Oby.

— A kim jest ten człowiek na peronie? Czy on tym wszystkim dowodzi?

Pringle obejrzał się przez ramię na taszczących rozkołysany kufer posterunkowych, za którymi szedł śledczy.

— To Day, proszę pana. Inspektor śledczy Day. Dołączył do nas ledwie w zeszłym tygodniu. Zdaje się, że przyjechał z Devonu. Jestem pewien, że nie miał pan jeszcze okazji go spotkać.

— Day, powiadacie?

— Na imię ma William. William albo… Nie, Walter. Walter Day. Na pewno.

— Jest dobry?

— Tego to ja już nie wiem, proszę pana, ale mam nadzieję, że się nadaje do tej roboty. Nie można pozwolić, żeby ktoś bezkarnie kosił śledczych. Bo potem weźmie się taki za nas, pracujących na ulicy. Nie wolno do tego dopuścić.

— Ależ oczywiście, że nie.

— Kiepska sprawa — powtórzył Pringle.

— No cóż, nie zabieram wam więcej czasu. Wiecie, praca czeka.

— Oczywiście.

— Nie martwcie się, Pringle. Jestem pewien, że wasz nowy inspektor spisze się na medal.

Posterunkowy skinął głową.

— Ano, pewnikiem tak. Ale to i tak kiepska sprawa.

— Istotnie. Życzę powodzenia.

Łysy mężczyzna postawił kołnierz płaszcza i opuszczając gmach dworca, zerknął na niebo, po którym pędziły szare chmury. Gdy tylko lunie deszcz, gapie zaczną się rozchodzić, a nie chciał utknąć w ludzkiej ciżbie.

Szybko przeszedł na drugą stronę ulicy, omijając świeżą porcję końskiego łajna i mamrocząc pod nosem nazwisko śledczego. Należy mieć oko na inspektora Waltera Daya.

Bardziej palący problem stanowił jednak doktor Kingsley. Lekarz pokazał coś inspektorowi Dayowi, ale łysy mężczyzna stał zbyt daleko, by zobaczyć, co to jest. Czyżby zostawił jakiś ślad?

Łysy żałował tego, co się stało. Podziwiał policję metropolitalną — podziwiał ją i starał się jej pomagać w miarę swoich skromnych możliwości. Niestety, inspektor Little przypadkiem odkrył jego sekret, więc nie dał mu wyboru.

Kingsley i Day. Łysy mężczyzna jeszcze raz powtórzył pod nosem ich nazwiska i splunął na ubitą nawierzchnię ulicy. Musi mieć oko na tych dwóch. Jeżeli oni również odkryją jego tajemnicę… Pokręcił głową, na razie wolał o tym nie myśleć. Będzie obserwował postępy śledztwa, więc jeśli inspektor Day za bardzo zbliży się do prawdy… No cóż, Day może po prostu zniknąć.

* * *

Posterunkowy Pringle strzepnął ze spodni nieistniejący kłaczek i poprawił mankiety odprasowanej krochmalonej koszuli. Uświadomił sobie, że chciał o coś zapytać mężczyznę, z którym właśnie rozmawiał, więc spojrzał za nim na drugą stronę ulicy, ale zobaczył tylko plecy rozchodzących się gapiów. Trudno — będzie musiał zajść do niego później.

Odwrócił się i pośpieszył na peron. Posterunkowi Hammersmith i Jones mozolnie taszczyli rozkołysany kufer.

— Ej, Nevil! — rzucił Pringle. — Nie wybrałbyś się ze mną? Mam coś do załatwienia.

Nevil Hammersmith spojrzał na niego i jęknął.

— Zależy, jak długo nam zejdzie u doktora Kingsleya — odparł. — Jeśli nie dostaniemy od niego żadnych poleceń, schodzę ze służby, ale mam za sobą ciężką noc, Colin.

— To nie potrwa długo, a przydałoby mi się towarzystwo. Wiesz, trochę się denerwuję.

Hammersmith zachichotał i złapał uchwyt kufra drugą ręką.

— Całkiem zapomniałem, chłopie, żeś się umówił z Maggie na wieczór.

— To tylko kolacja, nic więcej.

— No proszę, jakiś ty skromny. Czy słusznie zakładam, że wrócisz raczej późno? Nie będę na ciebie czekał, ale obudź mnie, gdybyś dotarł dopiero nad ranem. Zgoda?

Pringle nabzdyczył się teatralnie.

— Nad ranem? Czuję się zgorszony, drogi panie. Poza tym kalasz pan dobre imię Maggie.

— Zjeżdżaj, Pringle — burknął Jones. — Hammersmith pracuje.

Pringle pogroził mu palcem, ale odszedł czym prędzej, żeby nie zdążyli go poprosić o pomoc przy kufrze. Nie chciał sobie utytłać nowej kurtki. Złapie Hammersmitha w szpitalu, zanim wpadnie do krawca.

Przed oczami stanął mu inspektor Little leżący na dnie kufra, połamany i okaleczony, lecz szybko odgonił ten obraz. Zanim Day zamknął wieko, zdążył zerknąć na martwego śledczego, i nic więcej nie było mu trzeba. Nie znał inspektora zbyt dobrze. Little nigdy na niego nie patrzył, półgłosem wydawał mu tylko rozkazy. Niewątpliwie w trakcie śledztwa na coś wpadł i przez to zginął. Ale jego, Pringle’a, nigdy to nie spotka. On wstąpił do służby wyłącznie dla szykownego munduru, na który leciały ładne dziewczęta. Nie wtykał nosa w sprawy śledczych.

Z uśmiechem wyszedł na ulicę, gdzie od razu wdepnął w końskie łajno.

2

Kiedy inspektor śledczy Walter Day zjawił się pod numerem czwartym przy Whitehall Place, tańczący mężczyzna zdążył już zająć swoje miejsce w pobliżu wejścia. Day nie posiadał się ze zdumienia, że jak dotąd tancerzowi udawało się uniknąć zamknięcia w przytułku, swego czasu odwiedził jednak ten przybytek i dopóki to możliwe, nikogo nie zamierzał tam zsyłać. Tańczący mężczyzna, co najmniej o głowę wyższy od Daya, z wielkimi dłońmi i stopami, budził przestrach, ale trzymał się z dala od ludzi i kłaniał się, zanim przemówił. Na swój sposób starał się zarabiać na chleb. Inspektor, uważający się za znawcę ludzkiej natury, widział w nim coś wzruszającego. Dzisiaj tancerz znalazł ułamany kij od miotły i wymachiwał nim dumnie, wirując na przewróconej skrzyni po mleku i śląc całusy przechodniom. Day rzucił mu półpensówkę, po czym wszedł do środka.

Komenda główna policji metropolitalnej mieściła się na tyłach wielkiego budynku przy Great Scotland Yard, więc powszechnie powiadano, że wchodzi się do niej tylnym wejściem, mimo że frontowe, od strony ulicy, nie istniało. Day skinieniem głowy pozdrowił dyżurnego sierżanta za biurkiem małej recepcji, po czym skręcił w krótki korytarz.

Główne pomieszczenie na parterze podzielono na kilka sekcji. Kiedy Day wszedł tam z korytarza, po prawej ręce miał największą część, do której najłatwiej było się dostać postronnym. To tutaj urzędowała większość śledczych policji metropolitalnej oraz mrowie posterunkowych. Wszyscy uwijali się w dzień i w noc, próbując uporać się z natłokiem spraw obejmujących włamania, napady, prostytucję, przypadki osób zaginionych, a także rozboje z bronią w ręku.

Day nawet nie zerknął w ich kierunku, lecz skręciwszy w lewo, minął rząd wspólnych biurek, przy których policjanci w obecności adwokatów przesłuchiwali podejrzanych, a następnie odstawiali ich do ogrodzonego murem aresztu. Przeszedł przez wahadłowe drzwi w niskim drewnianym przepierzeniu i znalazł się we wspólnym biurze wydzielonym dla wybranej grupy inspektorów śledczych, zwanej przez pozostałych policjantów Brygadą Zabójstw.

Wcześniej śledczy prowadzący dochodzenia dotyczące morderstw zajmowali te same wspólne biurka co posterunkowi z patroli. Jednak sprawa Kuby Rozpruwacza zmieniła ten stan rzeczy. Zamontowano przepierzenie, wstawiono tuzin nowych biurek i usadzono przy nich tuzin najlepszych śledczych Scotland Yardu, którym przydzielono wszystkie morderstwa popełniane na terenie Londynu.

Nie zwolniono ich jednak z obowiązku zajmowania się wieloma innymi sprawami, nad którymi pracowali do tej pory.

Day powiesił płaszcz i kapelusz na kołku w ścianie naprzeciw wejścia, po czym zasiadł przy swoim biurku w środkowej części dużej sali. Wokół panowała cisza. Inspektor nie czuł się tu swobodnie; jak dotąd nie postawił nawet na biurku nic osobistego, przekonany, że i tak wkrótce odeślą go z powrotem do Devonu, kiedy okaże się, że nie ma uzdolnień wymaganych od śledczego. Wcześniej był dobrym posterunkowym — pełnym energii, silnym i zawsze gotowym do służby — ale praca dochodzeniowa miała w sobie coś, co go zniechęcało. Pamiętał wzrok, jakim doktor Kingsley obrzucił go na dworcu. Był pewien, że lekarz doskonale wie, iż Day nie nadaje się do tej roboty… że wiedzą o tym wszyscy z wyjątkiem Claire.

Od identycznego biurka na środku wielkiej sali pomachał mu ręką Michael Blacker. Biurko inspektora Blackera było zagracone, wszędzie piętrzyły się papiery, spod albumu z wycinkami wystawały czajnik oraz lewy but. Od trzech dni inspektor ślęczał nad dowodami rzeczowymi z kilku dziwacznych spraw.

— Dzień jak co dzień, nieprawdaż, Day1? — rzucił.

Uwielbiał kalambury i gierki słowne, które Day uważał za wyjątkowo nużące.

— Blacker, kiedy ostatnio widziałeś inspektora Little’a? — spytał Day.

— Little’a? Jakoś tak wczoraj. Za wiele nie pogadaliśmy, rozumiesz, bo Little2 miał mało do powiedzenia. Łapiesz?

— Łapię. Pewnie nie wiesz, czym się teraz zajmował?

— Niby skąd? A bo to nie mam co robić z wolnym czasem?

Day skinął głową. Znał odpowiedź na to pytanie, zanim jeszcze je zadał. W ciągu ostatniego miesiąca z Tamizy wyłowiono ciała dziewięćdziesięciu sześciu osób, z których ponad połowie poderżnięto gardła. Tak wielka liczba zwłok nie należała do rzadkości w mieście, w którym rocznie aresztowano ponad sześćdziesiąt tysięcy przestępców. Dwunastu inspektorów Scotland Yardu nie miało czasu uporać się z własnymi śledztwami, a co dopiero mieszać się w cudze. A teraz, kiedy zabrakło Little’a, zostało ich jedenastu. W tej części wspólnej sali tylko dlatego panowała cisza, że poza Dayem i Blackerem wszyscy inni byli w terenie, zwalczając przestępczość w Londynie.

— Muszę przeczytać akta jego spraw.

— Wątpię, żeby mu się to spodobało. Zaczekaj na niego. Niedługo powinien się zjawić.

— Dzisiaj nie przyjdzie.

Z gabinetu w rogu wyszedł pułkownik sir Edward Bradford i skinął swoją jedyną ręką.

— Day. Zajrzycie do mnie?

— Tak jest.

Nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenie Blackera, Day zapuścił się w labirynt biurek. Gabinet sir Edwarda był mały, ciemny i zagracony ciężkimi meblami. Na ścianie za biurkiem wisiał wypchany łeb tygrysa, jedyna wystawiona na pokaz pamiątka z czasów pobytu sir Edwarda w Indiach. Komisarz policji zamknął drzwi i wskazał wolne krzesło.

Kiedy obaj usiedli, sir Edward pogłaskał siwą brodę i zamknął oczy.

— Jak długo u nas jesteście, Day? — zapytał.

Stało się, inspektor nie miał co do tego wątpliwości. Sir Edward doszedł do wniosku, że młody człowiek nie jest stworzony do zawodu śledczego, więc zamierzał go odesłać do Devonu. Day przyjąłby to z ulgą, nie wiedział tylko, jak wytłumaczy się żonie. Claire będzie nim bardzo rozczarowana.

— Prawie tydzień, panie komisarzu.

— Musicie wiedzieć, Day, że obejmując to stanowisko, liczyłem na możliwość współpracy z legendarnym inspektorem Marchem, najznakomitszym śledczym w najlepszej policji na świecie. Wyobrażacie sobie moje rozczarowanie, kiedy po przyjeździe do Londynu dowiedziałem się, że inspektor March właśnie złożył rezygnację ze służby w Brygadzie Zabójstw.

Dzięki długiej i wspaniałej karierze inspektor Adrian March został jednym ze śledczych nadzorujących poszukiwania Kuby Rozpruwacza. Nie zdołał jednak ująć przebiegłego zabójcy co najmniej pięciu kobiet, o czym społeczeństwo świetnie wiedziało. Wystąpił więc z policji, przechodząc na wcześniejszą emeryturę. Sprowadzony na jego miejsce Day wciąż nie rozumiał, czemu to zawdzięcza.

— Tak jest — przytaknął.

— Przypuszczam, że podzielacie moje rozczarowanie.

— Tak jest.

— A więc straciłem szansę na współpracę z wielkimi śledczymi Scotland Yardu, jak Adrian March, Dick Tanner i Frederick Abberline. W zamian dostałem pana.

— Najmocniej przepraszam, panie komisarzu.

Day unikał spojrzenia przełożonego. Sir Edward budził postrach. Objął posadę komisarza policji zaledwie miesiąc przed przyjazdem Daya, a już zyskał najgłębszy szacunek podwładnych. Brał udział w tłumieniu powstania sipajów, o którym Day wiedział tyle co nic, a rękę stracił podczas spotkania z tygrysem. Niewykluczone, że był to ten sam tygrys, którego łeb spoglądał teraz z deski przybitej do ściany gabinetu. Powiadano, że podczas zabiegu amputacji okaleczonej ręki sir Edward odmówił przyjęcia środków znieczulających.

— Nie ma powodu do przeprosin. Nie udzielam wam reprymendy, inspektorze Day. Pragnę tylko realnie ocenić sytuację, a nie kluczyć, jak to jest tutaj w zwyczaju. Macie niewielkie doświadczenie w policji, zgadza się?

— Cztery lata służyłem w Devonie w stopniu posterunkowego, panie komisarzu.

— Wiem o tym. Ale w Londynie zamieszkaliście dopiero kilka dni temu.

— Wielokrotnie odwiedzałem to miasto.

— I nie macie żadnego doświadczenia w pracy śledczej.

— Nie mam.

— A mimo to wielki śledczy osobiście wybrał was na swojego następcę.

— Jestem tym równie zaskoczony jak pan, panie komisarzu. Oczywiście, jeśli pan sobie życzy, natychmiast złożę rezygnację.

Sir Edward zbył ten pomysł takim ruchem ręki, jakby odganiał niemiły zapach.

— Nie do tego zmierzam, inspektorze — powiedział.

Z górnej kieszeni marynarki wyciągnął chusteczkę, z niezwykłą wprawą wytarł nos jedną ręką, schował chustkę, a następnie wskazał stojak na parasole w rogu za drzwiami.

— Ten z brązowej kości słoniowej — rzekł. — Widzicie? Podajcie mi go.

Stojak był pełen parasoli. Day przesunął palcami po kolekcji uchwytów: z gładkiego mahoniu inkrustowanego macicą perłową, z wypolerowanej kości słoniowej, ze srebra i mosiądzu z kamieniami półszlachetnymi, z szylkretu, w kształcie rzeźbionych łbów zwierzęcych, no i ze ślimacznicami. Jeden uchwyt nie był tak ozdobny jak pozostałe. Na pierwszy rzut oka wyglądał na drewniany, ale gładka, jakby maślana powierzchnia nie przypominała Dayowi żadnego znanego mu gatunku drewna. Założył więc, że jest to brązowa kość słoniowa, wyciągnął parasol i nad biurkiem podał go zwierzchnikowi.

— Widzieliście kiedyś kość mamucią, inspektorze?

— Nie, panie komisarzu, z pewnością nie widziałem.

— Jest bez porównania mniej wartościowa niż pochodząca z kłów słoni, a mimo to dla mnie bardzo cenna. Kiedyś stanowiła część kła od dawna wymarłego zwierza, który przemierzał ziemię wielkimi stadami; zwierza większego, cięższego i bardziej imponującego niż wszelkie inne. Gdyby nie ten kawałek kości, można by dziś sądzić, że zwierzę to nigdy nie istniało. Ani wy, ani ja nie zobaczymy mamuta, oto jednak mamy dowód na to, że żył… jest nim ten prosty uchwyt parasola. Wartość rynkowa kości słoniowej jest większa, inspektorze, ale widziałem wiele słoni, więc trzymanie w ręku ich kłów nie robi na mnie wrażenia.

— Dużo ich było w Indiach?

— Czego, słoni? Owszem, całkiem sporo.

— Ja nigdy nie widziałem słonia.

Sir Edward pokiwał głową.

— Dziękuję za przypomnienie. Czasami łatwo się zapomina o tym, jaki to niezwykły kontynent. Brakuje mi słońca, inspektorze. Odkąd się tu zjawiłem, niebo jest szare, a nos mam coraz bardziej obtarty. Widać złapałem jakieś choróbsko.

— Przykro mi to słyszeć.

Sir Edward zbył tę uwagę wzruszeniem ramion.

— Wkrótce mi się polepszy — oświadczył. — Jak dotąd nic mnie nie zabiło, więc byle pogoda nie poradzi sobie tam, gdzie zawiodły kule, sztylety, a nawet kolec skorpiona.

Uśmiechnął się i podniósł parasol do światła.

— Na Syberii codziennie wygrzebują mnóstwo kości tego czegoś, czego już nikt nigdy nie zobaczy. Ciekawe, ile ich tam jeszcze zostało pod lodem — powiedział.

— Przypuszczam, że kiedyś ich zapas się wyczerpie.

— Tak, to oczywiste. Dlaczego więc o wiele bardziej cenimy kość słoniową?

— Kość słoniowa jest wyraźnie bielsza od mamuciej, prawda, panie komisarzu?

— Hm. Tak, to prawda — mruknął sir Edward. Położył parasol na biurku między nimi i pochylił się. — Bardzo sobie cenię doświadczenie, inspektorze.

— Rozumiem pana. To pewne, że inspektor March byłby dla pana cenniejszy niż ja. I cenniejszy dla Scotland Yardu.

— Nie nadążacie. Tak, to oczywiste, że inspektor March byłby dla mnie cenniejszy, ale, jak już mówiłem, on sam wybrał was na swojego następcę. Doświadczenie podpowiedziało mu na wasz temat coś, czego ja jeszcze nie dostrzegłem. Muszę jednak polegać na instynkcie inspektora Marcha. Na jego doświadczeniu. A to oznacza, że muszę wierzyć w wasze kwalifikacje.

— Najmocniej dziękuję.

— Pojmujecie, do czego zmierzam?

— Tak mi się wydaje.

— To dobrze — pochwalił sir Edward. — No ale dzisiaj jesteście w zdecydowanie niekorzystnej sytuacji.

— Panie komisarzu, liczę, że mając więcej czasu, pokażę, na co mnie stać.

— A zatem nadal chcecie prowadzić tę sprawę?

— Tę sprawę? — Day sądził, że rozmowa ma charakter ogólny.

— Tak. Zapewne nie powinniście brać takiego ciężaru na swoje barki świeżo po przyjeździe do Londynu. Zabójstwo jednego z kolegów po fachu… Mogę przydzielić śledztwo komu innemu, nie przyniesie wam to ujmy. Blacker albo Tiffany się nadają. Znali inspektora Little’a lepiej niż wy.

— Panie komisarzu, jestem wdzięczny za wspaniałomyślną propozycję, ale z całym szacunkiem, to, że go nie znałem, może mi tylko ułatwić śledztwo w sprawie jego śmierci. W żaden sposób nie byłem związany z inspektorem.

— Jesteście z nim związani jak policjant z policjantem.

— Oczywiście. Nie miałem nic złego… Chciałem tylko powiedzieć, panie komisarzu, że innym śledczym może być trudniej zmierzyć się z brutalnymi faktami dotyczącymi zabójstwa przyjaciela. Ja nie miałbym tego rodzaju rozterek.

Sir Edward wydął usta i zapatrzył się w róg pokoju. Obserwując go, Day z każdą chwilą coraz bardziej się denerwował. W końcu pułkownik zamrugał i spojrzał na inspektora.

— Być może macie rację — przyznał.

— Dziękuję.

— Czy natrafiliście na jakiś dowód rzeczowy, cokolwiek, co by wskazywało na sprawcę?

— Doktor Kingsley znalazł na miejscu zbrodni igły i nić. Bez wątpienia użyto ich do… hm, do zaszycia ust inspektora Little’a. Warto sprawdzić fabrykanta. No i jest jeszcze kufer. I on, i zwłoki są teraz u doktora Kingsleya. Zajrzę do niego przed wieczorem. Tymczasem sierżant Kett i trzej posterunkowi przepytują wszystkich obecnych na peronie w chwili odkrycia kufra.

— A co z bagażowym, który go znalazł?

— Sprowadzono go na przesłuchanie.

— Dobrze. Dajcie mi znać, czego wam potrzeba. Ludzi, środków. Ta sprawa ma pierwszeństwo przed wszystkimi, jakimi się zajmujecie. Każdy, kto pracuje w tym gmachu, jest do waszej dyspozycji.

— Panie komisarzu, to może się nie spodobać moim kolegom. Jeszcze się nie zasłużyłem, nie traktują mnie jak jednego ze swoich.

— Nie obchodzi mnie, czy jesteście jednym z nich, czy tureckim baszą. Mają tańczyć, jak im zagracie, inaczej będą się tłumaczyć przede mną.

— Tak jest.

— Jeszcze jedno…

Sir Edward zawahał się, a Day wiedział, że zaraz usłyszy pytanie, które musiało paść — pytanie nurtujące go od chwili, gdy stał i patrzył na okaleczone zwłoki inspektora Little’a.

— Czy to on? — spytał w końcu sir Edward.

— Słucham?

Day doskonale orientował się, kogo komisarz ma na myśli, ale nie chciał wymówić tego przezwiska na głos.

— Czy to Kuba? Czy Rozpruwacz znowu uderzył?

— Nie, panie komisarzu. Nie wierzę w to. Ktokolwiek zabił inspektora Little’a… No cóż, nic nie pasuje do metod działania Kuby ani do tego, co o nim wiemy.

— To dobrze.

Sir Edward pogrzebał w szufladzie olbrzymiego biurka.

— Byłbym zapomniał. Zostawił coś dla was. Dał to mnie, żebym wam przekazał.

— Inspektor March?

Sir Edward przytaknął ruchem głowy i pchnął po blacie biurka mały płaski futerał z czarnej skóry. Po chwili wahania Day wziął go do ręki i otworzył. Na wytartej aksamitnej wyściółce spoczywał tuzin długich żelaznych kluczy, spiętych kółkiem z materiału. Na nich leżał osobno mniejszy kluczyk, najwyraźniej dołączony w ostatniej chwili.

— To jego wytrychy — rzekł Day.

— Prosił, żebym przekazał wam, że są to najbardziej przydatne narzędzia, jakimi może was obdarować. Dobrze mu się przysłużyły przez lata służby. Podobno miał ich całą kolekcję.

— A ten mniejszy kluczyk? Różni się od pozostałych?

— Owszem. Przepraszam na chwilkę.

Sir Edward odwrócił głowę i kichnął. Uniósł palec, trzymał go tak przez chwilę, a potem znów odwrócił się do Daya.

— Wybaczcie. Myślałem, że kichnę dwa razy.

— Sto lat.

— Dziękuję. Ten mniejszy klucz otwiera jedyną w swoim rodzaju budowlę na południowo-wschodnim rogu Trafalgar Square.

— Nic mi nie przychodzi do głowy, panie komisarzu.

— Znacie Trafalgar Square?

— Przechodziłem tamtędy kilka razy.

— Większość przechodniów nie zwraca na nią uwagi, ale stoi tam kamienna kolumna z maleńkimi drzwiczkami i oknem. Z wyglądu bardzo przypomina dużą latarnię, w środku jest jednak dość miejsca, by zmieścił się tam dorosły mężczyzna.

— Którego można by zamknąć na klucz? — Day uniósł kluczyk, żeby przełożony mógł mu się przyjrzeć.

— Właśnie — przytaknął sir Edward. — To najmniejsza cela więzienna w całej Anglii.

— Ale jakie jest jej zastosowanie?

— Nie wiem, czy kiedykolwiek z niej skorzystano, zresztą klucz miał chyba tylko inspektor March. Podejrzewam, że traktował ten kluczyk jak amulet. Chciał, żebyście go zachowali. Być może jedynie na pamiątkę. Albo uważał, że dostrzeżecie jego symboliczne znaczenie, tak jak on.

— Czuję się zaszczycony.

Sir Edward odwrócił głowę i znów kichnął.

— No proszę — rzucił. — Wiedziałem, że na jednym razie się nie skończy.

Wysiąkał nos w chusteczkę, po czym grzbietem dłoni otarł oczy.

— Rano czeka mnie smutny obowiązek złożenia wizyty wdowie po inspektorze Little’u — oświadczył. — Będzie miała pytania, na które nie znam odpowiedzi.

Day milczał.

— A więc do roboty — zakomenderował sir Edward. — Idźcie i znajdźcie mi mordercę.

— Już się robi.

— I pamiętajcie, że praca śledczego polega w równej mierze na logicznej dedukcji, co na żmudnej pracy w terenie. Idźcie za tym, co podpowiada wam rozum, i patrzcie, dokąd was to zaprowadzi. Aha, Day.

— Słucham?

— Jeśli nie wierzycie w siebie i swoje zdolności, przynajmniej uwierzcie w opinię inspektora Marcha na wasz temat.

— Tak jest.

Day przez chwilę zmagał się z klamką, zanim zdołał otworzyć drzwi i wyjść do wspólnej sali — jasnej i przestronnej w porównaniu z duszną atmosferą przeładowanego mahoniowymi meblami gabinetu komisarza.

Zamykając za sobą drzwi do królestwa sir Edwarda, zobaczył, że z drugiej strony sali wchodzi sierżant Kett i popycha przed sobą potężnie zbudowanego mężczyznę — zapewne bagażowego, który znalazł kufer na peronie.

— Przyprowadziłem go panu, inspektorze — oznajmił Kett.

— Dobra robota, dziękuję.

— O co tyle hałasu? — zainteresował się Blacker, wstając zza biurka.

— Wkrótce się dowiesz — odparł Day. — Byłbym wdzięczny, gdybyś zebrał mi wszystkie rzeczy Little’a. Chcę je przejrzeć, kiedy już skończę rozmawiać z tym tutaj.

Blacker zmrużył oczy. Niższy od Daya, żylasty, miał przylizane rude włosy i wąsy zwisające znad górnej wargi na usta.

— Czy coś mu się stało? — zapytał.

Day dał znak sierżantowi, żeby usadził bagażowego przy jego biurku, po czym odwrócił się na tyle, by móc rozmawiać z Blackerem na poły prywatnie.

— Został zabity — oznajmił.

— Nie.

— Niestety, tak. Bardzo możliwe, że zginął w związku z którąś ze swoich spraw.

— Z którą?

— Nie wiem. Mogło chodzić o dowolną z nich, świeżą albo starą.

— Kto prowadzi śledztwo? Ty?

— Tak.

Day przygotował się na sprzeczkę, ale Blacker tylko skinął głową.

— Daj znać, gdybym mógł w czymś pomóc, wezmę się do tego od razu. Nie powiem, żeby Little był moim ulubieńcem, ale dostatecznie często śmiał się z moich dowcipów.

— Dziękuję, inspektorze.

— Nie można pozwolić, żeby zabijali naszych. I bez tego robota jest dostatecznie ciężka.

Day odprowadził wzrokiem Blackera, który podszedł do biurka Little’a i otworzył górną szufladę. Potem obejrzał się na bagażowego i westchnął ciężko. Zapowiadał się długi dzień.

3

Popołudnie było przepiękne.

Deszcz przestał padać równie nagle, jak lunął, odsłaniając czysty błękit nieba. Łysy mężczyzna zamknął swój zakład, a teraz siedział na ławce i obserwował bawiące się dzieci. W St James’s Park był tłok, nianie z pociechami spacerowały po alejkach biegnących wokół kanału. Łysy patrzył na chłopczyka na skraju wody. Malec miał pełną kieszeń herbatników, więc stadko kwaczących kaczek dreptało za nim, gdy ganiał wte i wewte; kiedy przystanął dla złapania tchu, zbliżyły się do niego, a on chichotał, miotany napadem czkawki. Rzucił im herbatnik i tłuste kaczki zaczęły walczyć o chrupki kąsek, kłapiąc dziobami. Gdy już herbatnik zniknął, znowu puściły się w pogoń za chłopcem.

Łysy mężczyzna uśmiechnął się. Obserwowanie rozbrykanego malca sprawiało mu niekłamaną przyjemność. Chłopiec wyglądał tak samo jak wtedy, gdy ujrzał go po raz pierwszy. Bez porównania lepiej niż jeszcze niedawno, kiedy zalany łzami, próbował pertraktować.

Gdy wiatr przedarł się przez szpaler lip, łysy mężczyzna nasunął kapelusz na czoło. Od strony zagrody dla owiec doleciał niemiły zapaszek, ale w tak piękny dzień nawet to było do zniesienia.

Między łysym a obserwowanym chłopcem przetoczył się powóz. Spod olbrzymiego koła wyprysnął kamień i uderzył w korę lipy za ławką. Łysy z przestrachem popatrzył na świeży ślad na pniu drzewa. Kamyk przeleciał tak blisko, że omal go nie zranił. Gdy powóz przejechał, mężczyzna znów spojrzał na kanał, lecz malec gdzieś zniknął.

Łysy wstał i jak oszalały zaczął lustrować wzrokiem grupki londyńczyków korzystających z pięknej pogody. Jest! Chłopczyk stał na skraju zakrętu kanału po przeciwnej stronie, rozmawiając z dziewczynką. Mała była wystrojona, najwyraźniej włożyła najlepsze niedzielne ubranie, ale koronka na rąbku sukienki nosiła ślady zużycia, a kołnierzyk zbyt ciasno opinał jej piękną szyjkę.

Łysy mężczyzna ruszył spacerkiem w ich kierunku, na pozór spokojny, choć musiał się hamować, żeby nie puścić się biegiem. Łomot jego serca zagłuszał nawet chrzęst żwiru pod stopami. Wciąż był za daleko, by usłyszeć, o czym te maluchy rozmawiają. Co mówił chłopiec?

— No proszę — rzucił.

Znalazł się już na tyle blisko, że jego głos dotarł do dzieci; chłopczyk spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami. Dziewczynka też zadarła głowę i w ślad za wzrokiem chłopca popatrzyła na imponującej postury mężczyznę, który właśnie do nich doszedł.

— Co wy tu porabiacie?

— Nic takiego, psze pana — odparł chłopiec.

— On nie wie, gdzie mieszka — wtrąciła dziewczynka. — Czy pan jest jego tatą? Powinien pan go nauczyć nazwy ulicy.

— Rzeczywiście, masz rację.

— Ja wiem, jak się nazywa ta, przy której mieszkam. Powiedzieć panu?

Łysy mężczyzna wyobraził sobie, że spycha dziewczynkę do kanału i przytrzymuje ją pod wodą. Wyraźnie widział, jak się z nim szarpie, a jej oczy, powiększone przez wodę, zachodzą mgłą.

Czuł mrowienie w palcach, dłonie drżały mu z podniecenia.

Zabójstwo śledczego było złem koniecznym, nie planował tego, dopóki nie doszło do wypadku. Teraz jednak często o tym myślał, napawając się szczegółami.

Na chwilkę zamknął oczy, przypominając sobie, jak gruba igła przebijała usta inspektora Little’a, jak jej czubek nacisnął skórę ponad brodą śledczego, następnie wszedł głębiej, a kropla krwi wraz z czarną nicią wniknęła w ciało zabitego. Odpędził te myśli, odetchnął głęboko, zadrżał i rozejrzał się po grupkach kobiet i dzieci w pobliżu.

Z uśmiechem spojrzał na dziewczynkę.

— Prawdziwa z ciebie ślicznotka — powiedział.

— Ładniutka jestem, wszyscy tak mówią. Podoba się panu moja sukienka?

— Bardzo.

— Moja najlepsza. I mam szczeniaka.

— Wspaniale.

Mężczyzna spojrzał na chłopczyka, który stał jak wryty, gapiąc się na jego buty.

— Możemy już iść, chłopcze? — zapytał. — Muszę wracać do zakładu.

— Tak, psze pana.

Łysy mężczyzna jeszcze raz uśmiechnął się do dziewczynki. Gdy się uśmiechał, na skórze wokół jego oczu tworzyły się zmarszczki nadające mu sympatyczny wygląd. Sprawiał wrażenie miłego człowieka. Przez chwilę zadumał się nad tym, co się z nim porobiło. To nie moja wina, że doprowadzono mnie do popełniania takich czynów, pomyślał. Swego czasu był dokładnie taki, na jakiego wyglądał — miły. Wiódł doskonałe życie. Jedyne, czego chciał teraz, czego chciał od zawsze, to odzyskać tę doskonałość. Pomoże mu w tym ten malec. Boże, ależ go potrzebował!

Musiał się schylić, żeby wziąć chłopca za rękę. Mały nie cofnął się, ale nie ścisnął dłoni łysego, tylko bezwładnie pozwolił się trzymać. Dobrze chociaż, że się nie wyrywał. Szło im coraz lepiej.

— Miłego dnia, panienko — rzucił mężczyzna.

— Miłego dnia, proszę pana. Do widzenia, Fenn.

Chłopiec uniósł wolną rękę, ale nie spojrzał na dziewczynkę.

— Może wkrótce znów się zobaczymy — zwrócił się łysy mężczyzna do małej.

— Często przychodzę tu wczesnym popołudniem — poinformowała. — Guwernantka przyprowadza mnie tu przed herbatą prawie codziennie, no chyba że odwiedzi ją adorator.

— Wobec tego postaram się zajrzeć tu do ciebie jak najszybciej — obiecał łysy. — Może wtedy mi podasz nazwę swojej ulicy.

Ukłoniwszy się szarmancko, odszedł wraz z chłopcem. Gdy znaleźli się poza zasięgiem wzroku dziewczynki, z marsową miną spojrzał na czubek głowy chłopczyka.

— Powiedziałeś jej, jak masz na imię? — spytał.

— Tak, psze pana. Pomyślałem, że nic złego się nie stanie.

— Hm. Od tej pory nie zdradzaj nikomu, jak się nazywasz, chyba że sam ci na to pozwolę.

— Dobrze, psze pana. Tak zrobię.

— To rozumiem. Dobrze nam się układa, prawda?

— Prawda, psze pana.

Łysy mężczyzna popatrzył na spuszczoną głowę chłopca i ujrzał, jak po policzku spływa mu łza i kapie na zakurzony but. Westchnął i idąc dalej ścieżką, bez słowa przeniósł wzrok na korony drzew.

Musi się przyłożyć, żeby malec poczuł się szczęśliwy. Trochę więcej wysiłku, trochę więcej czasu i w końcu chłopiec pogodzi się ze swoim nowym losem, jak gdyby zawsze byli razem. Jest mały, zapomni o dawnym życiu.

A jeśli tak się nie stanie? Łysy mężczyzna próbował wyrzucić z głowy tę niemiłą perspektywę. Musi do tego dojść! Chłopiec znów będzie szczęśliwy, znów będzie się do niego uśmiechał. Był tego pewien.

Myśl, że miałby sobie poszukać innego chłopca, była nie do zniesienia.

4

Śledczy przerwali pogaduszki. Wszyscy odwrócili się do sir Edwarda, który stanął w drzwiach swojego gabinetu z pudełkiem do cygar w ręku.

— Dziękuję panom, że znaleźliście czas na dzisiejsze spotkanie — zagaił. — Większość z was zapewne już słyszała, że inspektor śledczy Little nie żyje. Został zamordowany.

Sir Edward odczekał, aż ucichną podniecone komentarze, po czym postawił pudełko na pustym biurku przed sobą i uniósł rękę.

— Wiem, że pierwsze pytanie, jakie ciśnie wam się na usta… prawdę mówiąc, mnie również nurtowało… brzmi tak: Czy to sprawka Kuby Rozpruwacza? Obecny tu inspektor Day zaręczył mi, że nie.

Wskazał Daya, a ten skinął głową.

— Ale jeśli nawet nie zrobił tego sam Kuba, zbrodni mógł się dopuścić jeden z tych niezadowolonych obywateli, którzy bez przerwy drwią z nas na ulicach — mówił dalej komisarz. — To prawda, że wystraszeni mieszkańcy Londynu stopniowo się uspokajają. Wszak nic nam nie wiadomo o tym, żeby Kuba wznowił działalność. Ludzie wciąż jednak pałają gniewem do was, to znaczy do nas, ponieważ nie zdołaliśmy rozwikłać najważniejszej z zagadek. Niestety, znaczną część tego gniewu ktoś wyładował na zwłokach inspektora Little’a.

— Co my tu właściwie robimy? — wtrącił się inspektor Tiffany. — Z całym szacunkiem, panie komisarzu, dlaczego nie pracujemy w terenie i nie ścigamy tego niegodziwca?

Sir Edward pokiwał głową.

— Wszyscy, jak tu jesteśmy, w pewnym stopniu mamy skłonność do dezorganizacji — odparł. — Ta praca wymaga od nas krzątania się po mieście, więc rzadko jest okazja do takich spotkań. Teraz wymaga tego sytuacja. Jeden z nas leży martwy.

Inspektor Tiffany spuścił wzrok na blat swojego biurka, jakby na znak żałoby, ale Day podejrzewał, że to objaw konfuzji spowodowanej łagodną przyganą.

— Wszystkim nam wypada należycie pożegnać inspektora Little’a — ciągnął komisarz. — Jeśli stać was na wspomożenie jego rodziny, z pewnością docenią waszą hojność… ale jeżeli ktoś nie może sobie na to pozwolić, nie ma powodu do wstydu. To pudełko do końca dnia będzie stało na biurku inspektora Gilchrista, więc jeśli możecie do niego coś wrzucić, zróbcie to, a ja zaniosę to wdowie.

Z kieszeni kamizelki wyciągnął banknot pięciofuntowy i włożył go do pudełka tak ostrożnie, jakby było z porcelany.

— A wracając do sprawy, śledztwem pokieruje inspektor Day — obwieścił.

Na te słowa rozległ się gniewny pomruk, więc sir Edward znowu uniósł rękę.

— Wiem, że nie możecie się doczekać współpracy z inspektorem, ale zachowajcie swoje uwagi, aż skończę — rzekł.

Day poczuł, jak spod kołnierzyka oblewa go fala gorąca. Miał nadzieję, że nikt tego nie zauważy. Rzecz jasna, żaden z obecnych nie palił się do współpracy z nim. Był pewien, że każdy w tej sali chciałby poprowadzić tę sprawę i każdy miał pełne prawo czuć się zawiedziony, że na dowódcę wybrano najmłodszego i najmniej doświadczonego z nich wszystkich.

— Ponieważ jesteście tak zajęci i tak rzadko mamy okazję się spotkać, wielu z was nie zdążyło jeszcze poznać inspektora Daya — kontynuował sir Edward. — Żałuję, że dotychczas nie znalazłem czasu na oficjalną prezentację, dlatego chciałbym nadrobić to przeoczenie tu i teraz. Inspektor śledczy Day służył w Devonie jako posterunkowy, następnie krótko pracował w stopniu sierżanta, a do nas ściągnął go inspektor March, zanim przeszedł na emeryturę. Jest z nami od tygodnia i z tego, co zdążyłem zauważyć, to wzorowy nabytek dla naszej Brygady Zabójstw.

Day poczuł, że rumieniec obejmuje jego policzki.

— Ma wszelkie kwalifikacje niezbędne do wyjaśnienia zabójstwa inspektora Little’a i właśnie dlatego go wybrałem. Kto się nie zgadza z moją decyzją, niech zgłosi zastrzeżenia mnie, a nie jemu. Wysłucham teraz waszych uwag.

Po sali przetoczył się cichy pomruk, lecz nikt nie zabrał głosu.

— Świetnie. Wszyscy znaliście inspektora Little’a. Niektórzy z was mogą wiedzieć coś istotnego dla śledztwa, więc kiedy skończymy, proszę, żebyście porozmawiali z inspektorem Dayem. Inspektorze… — sir Edward odwrócił się do Daya i ruchem ręki omiótł salę — oto wasza Brygada. Ci ludzie są do waszej dyspozycji. Ufam, że bez potrzeby nie będziecie ich odrywali od bieżących zadań, ale gdyby okazało się to konieczne… no cóż, nie wątpię, że wszyscy bez szemrania udzielą wam pomocy. Słyszeliście, co powiedziałem, inspektorze Tiffany?

— Jasne — mruknął wywołany do odpowiedzi. — Słyszałem.

— Poznaliście już inspektora Tiffany’ego? — spytał sir Edward.

Day potwierdził ruchem głowy.

— A zatem niewątpliwie wiecie już, jak skorzystać z jego umiejętności z najlepszym pożytkiem dla śledztwa.

Sir Edward rozejrzał się po sali i odetchnął głęboko. Gdy powoli wypuszczał powietrze, jego broda zatrzepotała.

— Zostało was jedenastu. Strata inspektora Little’a nas osłabiła. I to bardzo. Los każdego z was zależy od pozostałych. Nie możecie dłużej pracować w pojedynkę. Jeśli sobie tego jeszcze nie uświadomiliście, wiedzcie, że jesteście żołnierzami, a żołnierze działają zespołowo. Inspektorze Boring?

Oliver Boring wyprostował się na krześle, wydatnym brzuchem odsuwając biurko o cal.

— Panie komisarzu?

— Przed chwilą mówiłem, że jest was jedenastu, a naliczyłem tylko dziesięciu. Gdzie jest inspektor Gilchrist?

— Patrick? Nie wiem, panie komisarzu. Stale jest zajęty, gania to tu, to tam. Wie pan, jak to jest.

— W rzeczy samej. Właśnie sobie uświadomiłem, że inspektor Gilchrist to jedyny z moich śledczych, którego jeszcze nie poznałem.

Day zerknął na biurko Gilchrista. Było najschludniejsze ze wszystkich biurek w Brygadzie. Prawdę mówiąc, Day był pewien, że od tygodnia niczego na nim nie kładziono.

Sir Edward zmarszczył czoło i pociągnął nosem. Odwrócił się do nich plecami, wyciągając z kieszeni spodni chusteczkę. Śledczy spoglądali jeden na drugiego — Day zorientował się, że porozumiewają się bez słów. Po chwili komisarz odwrócił się z powrotem.

— Wybaczcie — powiedział. — Jestem przeziębiony i zdawało mi się, że za chwilę kichnę. O czym to ja mówiłem?

Tom Wiggins odchrząknął.

— Mówił pan, że Patrick Gilchrist jest jedynym z Brygady Zabójstw, którego pan jeszcze nie poznał — podpowiedział.

— Otóż to. Jest to niepokojące samo w sobie, a zwłaszcza w taki dzień jak dzisiejszy. Mamy pewność, że nic mu się nie stało? Czy ktoś go widział w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin?

Uniósł palec i znów się odwrócił; w kierunku jego nosa pofrunęła chusteczka. Day obserwował śledczych. Wszyscy obecni spoglądali na nieskazitelne biurko inspektora Gilchrista. A potem jeszcze raz porozumieli się wzrokiem. Przez ostatni tydzień Day spotkał najwyżej połowę z nich, a może z trzema zamienił słówko. Wiecznie zajęci, o każdej porze dnia i nocy a to wpadali do budynku, a to wychodzili i nikt nie miał czasu na wymianę uprzejmości. Rozpoznawał ich jednak po biurkach. Zapamiętał, gdzie kto siedzi, żeby rozmawiając z nimi w przyszłości, nie mylić nazwisk. Oczywiście wiedział, który to Oliver Boring, a który Jimmy Tiffany. Znał Michaela Blackera oraz mikrego Crocketta O’Donnella. Ale Toma Wigginsa widział po raz pierwszy. Zerknął na pozostałe biurka, próbując dopasować twarze do znanych mu nazwisk inspektorów: Alana Whiteside’a, Walda George’a, Waverly’ego Browna i Ellery’ego Coxa. Było ich tak niewielu. A mieli tyle przypadków śmierci do wyjaśnienia.

I nagle przejrzał ich grę.

Znał się na ludziach, wiedział, że przynajmniej w tym jest dobry. Miał szczerą twarz, która skłaniała innych do zwierzeń, ale nawet jeśli się przed nim nie otwierali, czytał w nich jak w otwartej księdze, bez względu na to, jak bardzo próbowali się maskować. Umiejętność ta pozwalała mu być ufnym, co sprawiało, że wielu mylnie uważało go za naiwniaka.

Ale Day nie był naiwny.

Poczekał, aż komisarz znów się do nich odwróci.

— To kichnięcie mnie nie ominie — oznajmił sir Edward. — A więc czekając na nie, ustalmy, kto widział inspektora Gilchrista?

— Ja, panie komisarzu — odparł Day. — Zajrzał tu z samego rana. Był na tropie niebezpiecznego przestępcy. Prosił, żebym go przed panem usprawiedliwił.

— Na tropie niebezpiecznego przestępcy, powiadacie? Chyba nie może być lepszego usprawiedliwienia. Ale proszę mu przekazać, żeby się do mnie zgłosił w najbliższym możliwym terminie.

Sir Edward popatrzył na pudełko po cygarach stojące na biurku Gilchrista. Odetchnął głęboko i wrócił spojrzeniem do zebranych.

— Jesteście moją Brygadą Zabójstw — oświadczył. — Wybrano was do tej jednostki, ponieważ każdy z was wykazał się wybitnym talentem do wyjaśniania zbrodni. W całym Scotland Yardzie nie było lepszych od was. A zatem macie najlepsze kwalifikacje do łapania najgorszych zbrodniarzy w Londynie. Wielu z was wciąż prowadzi niezakończone sprawy dotyczące kradzieży, osób zaginionych, napadów i tak dalej. Dla jedenastu ludzi rozwikłanie wszystkich morderstw w Londynie to trudne zadanie. Być może zgoła niemożliwe. Tym bardziej więc to absurd, że macie na głowie jeszcze inne przestępstwa. Wasze morale, i tak już niskie, nie wzrośnie po tym, co spotkało inspektora Little’a. Dlatego poza udzielaniem pomocy inspektorowi Dayowi, jeśli uzna to za niezbędne, przejrzycie swoje akta i wyrzucicie wszystkie niemające związku z zabójstwami. Sprawami, które ich nie dotyczą, macie się już nie zajmować. Od tej pory jesteście ekspertami od morderstw.

— A co czyni nas ekspertami w tej dziedzinie? — zapytał Oliver Boring.

— Ja — odparł sir Edward. — Kiedy tu nastałem, poprosiłem was, żebyście ograniczyli obowiązki i nie podejmowali nowych śledztw, jeśli nie są związane z gwałtowną śmiercią. Spodziewałem się, że stopniowo uporacie się z innymi sprawami i zostaną wam wyłącznie zabójstwa. Tak się jednak nie stało. Jesteście przeciążeni pracą. Teraz więc powtarzam raz jeszcze: weźcie akta wszystkich spraw, które nie są związane z morderstwami, i przekażcie je dyżurnemu sierżantowi. A on rozdzieli je między innych śledczych. Albo posterunkowych, do których należą pospolite przestępstwa.

— Panie komisarzu, pozostali śledczy mają pełne ręce roboty w związku ze strajkiem dokerów. Wcale nie skarżą się na nadmiar czasu.

— To prawda. Ale morderstwo przebija wszystko. To wy jesteście elitą moich śledczych, nielicznymi wybrańcami, którzy jak nikt potrafią wyjaśniać najbardziej ohydne zbrodnie. I poczynając od dziś, właśnie tym będziecie się zajmowali. Zamordowano inspektora z mojej Brygady Zabójstw, a to jest niedopuszczalne. Znajdziecie sprawcę tej zbrodni i odpowie za swoje winy.

Prawie niedostrzegalnie kiwając głową, komisarz odczekał, aż jego słowa zapadną im w pamięć.

— I uważajcie na siebie — dorzucił. — Nie stać mnie na stratę kolejnego z was.

Otworzył usta, jakby chciał dodać coś jeszcze, lecz bez słowa odwrócił się i zamknął w swoim gabinecie.

Po chwili Day podskoczył, gdy ścianami gabinetu sir Edwarda wstrząsnęło potężne jak huragan kichnięcie.

5

— Dobra robota, chłopie. Ale skąd wiedziałeś?

Day odwrócił się i ujrzał, że inspektor Michael Blacker gapi się na niego z szelmowskim uśmiechem pod wiotkim rudym wąsem.

— Niby co takiego wiedziałem?

— Tak łatwo się nie wykręcisz. Nikt tu nie widział Gilchrista, odkąd w zeszłym roku zwiał do Wolverhampton. Podobno jest tam teraz szacownym sklepikarzem. Wiedziałeś, że go tu nie było, a mimo to przyłączyłeś się do naszego niewinnego żarciku z sir Edwarda. Co cię na to naprowadziło?

— Pewnie intuicja. Sposób, w jaki od mojego przyjazdu wszyscy reagowali na pytania o Gilchrista i jego puste biurko. Jeśli nadal zamierzacie udawać, że tu pracuje, powinno wyglądać na używane.

— W tym cały dowcip. Patrick był największym pedantem z nas wszystkich. To biurko wygląda dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy tu pracował.

— Myślę, że dlatego odszedł — wtrącił się Tom Wiggins. Podszedł do Daya i Blackera, a za nim ruszyli Oliver Boring i Ellery Cox. Boring wyciągnął rękę i poklepał Daya po ramieniu.

— Tacy jak on nie potrafią pracować w bałaganie — oświadczył.

— Ten typ ludzi marzy o sklepiku gdzieś w środkowej Anglii — dodał Cox. — W tej chwili pewnie podaje herbatkę starszym paniom.

— I rozprawia z nimi o pogodzie.

Wiggins zaczął drobić małymi kroczkami po pokoju, piskliwym głosem udając staruszkę z przemysłowych okolic Birmingham.

— Bardzo dziś rześko na dworze, nie sądzi pan, panie Gilchrist?

— Jeśli lubi pani rześką pogodę, proponuję wybrać się teraz na kilka dni do Londynu — włączył się Crockett O’Donnell.

— A słysała pani, ze kiedyś słuzyłem w londyńskiej policji? — podchwycił Boring. Day był pewien, że Gilchrist nie seplenił tak, jak udający go śledczy, który w ten sposób chciał chyba wyrazić swoją pogardę. Jeden z nich uciekł z podkulonym ogonem. Gilchrist zawiódł całą Brygadę. Boring parodiował byłego kolegę, ale w jego słowach wyczuwało się także strach: nigdy nie wiadomo, co się może przydarzyć, a co ja z tego miałem na dłuższą metę?

— A może opowiem pani o makabrycznym morderstwie, które tam widziałem, pani Dalrymple? — rzucił O’Donnell, także szczebiocząc piskliwym głosem niczym pensjonarka.

— Boże uchowaj. To okropne… okropność nad okropnościami, panie Gilchrist.

— Dolać pani herbatki?

— Tak, proszę. I jeszcze trochę dla mojego pieska.

Teraz już wszyscy śledczy mimowolnie zaśmiewali się z tej scenki, przygotowanej naprędce przez przyjaciół. Byli wykończeni i zdenerwowani utratą kolegi, a dzięki tym żartom atmosfera w sali wyraźnie zelżała. Day, mimo że nie poznał Patricka Gilchrista, śmiał się razem z innymi. Ta część jego natury, która zwykle czyniła z niego bezstronnego obserwatora, w skrytości ducha cieszyła się, że uznali go za jednego ze swoich.

— Ale dlaczego akurat ty? — zapytał Wiggins już normalnym tonem.

Śmiechy stopniowo ucichły i wszyscy śledczy zwrócili wzrok na Daya.

— Słucham? — powiedział.

— Dlaczego to ciebie sir Edward wybrał do prowadzenia tej sprawy? Nawet nie znałeś Little’a.