Ścigając Steve’a Jobsa. Historie Polaków w Dolinie Krzemowej - Magda Gacyk - ebook
Opis

Mało kto wie, że legenda i potęga Doliny Krzemowej to również zasługa pracujących tam Polaków. Magda Gacyk opowiada o tym, pokazując naszych rodaków na tle „krzemowej” rzeczywistości, pełnej utalentowanych, często wręcz ekscentrycznych, wynalazców i autorów technologii najwyższej generacji. Mieszanki wizjonerów pochodzących z różnych miejsc świata. Polscy bohaterowie książki to ludzie obdarzeni silnym charakterem, wytrwałością, a przy tym utalentowani i świetnie wykształceni. Przybywali tu w różnych momentach polskiej emigracji, uciekając z ojczyzny lub poszukując nowych możliwości, z rodzinami lub samotnie. Silicon Valley dała im szansę. Dziś należą do elity intelektualnej Stanów Zjednoczonych. Zajmują się tym, czym oddycha Dolina Krzemowa: teleinformatyką, biotechnologią, energią odnawialną, produkcją specjalistycznego sprzętu dla przemysłu komputerowego i wojska, nowymi technologiami w dziedzinie medycyny. Są naukowcami, wynalazcami, menedżerami lub właścicielami firm. Wielu z nich współpracuje z przedsiębiorstwami w Polsce, wspomagając w ten sposób rozwój najnowszych technologii w pierwszej ojczyźnie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ścigając Steve’a Jobsa

Historie Polaków w Dolinie Krzemowej

Magda Gacyk

Warszawa 2015

Tytuł oryginału: „Polacy wDolinie Krzemowej. Kim są, jak tam dotarli iczy wszystkim się powiodło?”

Copyright © 2010 byKurhaus Publishing Kurhaus Media

sp. zo.o. spółka komandytowa, 2015.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tekstu nie może zostać przedrukowana ani wykorzystana wjakiejkolwiek formie bez zgody Wydawcy.

Autorka: Magda Gacyk

Redakcja: Ilona Szajkowska

Projekt okładki: Piotr Dąbrowski

Opracowanie typograficzne iłamanie: Marek Wójcik

Korekta: Elżbieta Lipińska, El-Kor

Zdjęcia: Magda Gacyk

ISBN: 978-83-63993-32-0

Kurhaus Publishing Kurhaus Media sp. z o.o. sp. komandytowa

02-676 Warszawa, ul. Postępu 15C, IV p.

Dział sprzedaży:

[email protected], tel. 22 325 34 71

Słowo wstępne

Wzorce amerykańskie, a może polski patent na innowacje?

Dolina Krzemowa to dla wielu polskich przedsiębiorców eldorado, wciąż trudne do osiągnięcia. Pracując w Polsce nad biznesplanami przedsięwzięć, wielu z nich docelowo widzi swoje biura przy ruchliwych ulicach Mountain View, które można nazwać światowym centrum innowacji, czy w Palo Alto, Los Altos, Sunnyvale lub Santa Clara – miastach, które wspólnie tworzą Dolinę Krzemową. To tam swoje siedziby ma elita technologiczna świata, giganci innowacji, których produkty wpływają na życie ogromnej liczby ludzi na świecie – Google, Yahoo!, Oracle, Sharp, Sony, Hitachi, Cisco.

W Polsce o innowacjach w przemyśle mówi się coraz więcej i śmielej. Przed innowacjami nie jesteśmy w stanie uciec, to one decydują – w dużym uproszczeniu – czy dana gospodarka się rozwija i jest atrakcyjna dla inwestorów. Do stworzenia własnej Doliny przed nami jeszcze daleka droga. Jednak polska myśl technologiczna w USA jest ceniona i od lat daje sobie świetnie radę na tym wymagającym rynku. Nasze rozwiązania są z sukcesem wykorzystywane przez światowe koncerny, a polskie przedsiębiorstwa powoli budują swoją markę w Dolinie Krzemowej.

I o tym właśnie jest książka, którą trzymają Państwo w ręku. To reportaż Magdy Gacyk o Polakach, którzy podjęli ryzyko i rozpoczęli działalność biznesową w Dolinie Krzemowej. Przedstawione historie pokazują, na jakie trudności natrafiali, na czyje wsparcie mogli liczyć oraz gdzie warto się zwrócić na początku drogi. Książka jest więc swoistym przewodnikiem pomocnym w rozpoczynaniu działalności biznesowej w Dolinie Krzemowej.

Decyzje jej bohaterów o prowadzeniu działalności w światowym centrum innowacji były na ogół podparte rzetelną analizą i doświadczeniem. Bo Dolina Krzemowa rządzi się swoimi prawami. Tu można bardzo szybko się wzbogacić, ale też nigdy się nie doczekać magicznego pierwszego miliona. Tu również bardzo trudno nawiązuje się kontakty i zakłada rodziny, gdyż przedsiębiorcy są ogromnie skoncentrowani na osiągnięciu wyniku.

Reportaż Magdy Gacyk o Polakach w Dolinie Krzemowej staje się przyczynkiem do snucia opowieści o całej Dolinie, jej historii, jasnych i ciemnych stronach, sukcesach i dziwactwach.

Po przeczytaniu książki nasuwa się kolejny już raz wniosek – coś, o czym wszyscy w kraju wiemy. Polak potrafi. A skoro potrafi w USA, to dlaczego nie w Polsce?

Agencja Rozwoju Przemysłu SA od ponad 20 lat wspiera rozwój polskiego przemysłu. Jednak w tym roku nastąpiła u nas ogromna zmiana jakościowa. Wraz z wejściem w życie „Strategii ARP SA w perspektywie do 2020 r.” na nowo zdefiniowaliśmy obszary, w które będziemy się angażować w kolejnych latach. Kluczowa będzie dla nas innowacyjność.

Chcemy stworzyć takie narzędzia, które pomogą polskim firmom wykorzystać rodzimy potencjał. Jako prezes ARP SA często spotykam się z ludźmi, którzy opowiadają o swoich innowacyjnych przedsięwzięciach. Warto podkreślić, że w Polsce powstaje dużo zaawansowanych technologicznie rozwiązań, niestety nie wszystkie mają szansę na komercyjne zastosowanie. Jednocześnie jednak słyszę od przedsiębiorców, że na rynku wciąż jest za mało fachowej wiedzy i że odpowiednich technologii czy inspiracji muszą szukać za granicą. Widzimy potrzebę stworzenia kanału komunikacji między właścicielami wartości intelektualniej, tj. patentów, licencji, ekspertyz, a przedstawicielami sektora MŚP.

Naszą odpowiedzią jest Open Innovation jako nowy model zagospodarowania oraz komercjalizacji tzw. rezerwy technologicznej. To olbrzymie wyzwanie dla całego rynku. Tworzymy Platformę Transferu Technologii, która będzie kojarzyła dawców technologii z przedstawicielami przemysłu. Mamy także propozycje wsparcia finansowego na rozwój innowacji w dużych i małych oraz średnich przedsiębiorstwach. Więcej o naszej działalności na www.arp.pl.

Naszym celem jest, aby w 2020 r. nowe technologie prężnie się rozwijały, aby Polacy poszukiwali rozwiązań i nie bali się ich wdrażać. Aby podejmowali ryzyko i odnosili sukcesy.

Nasz kraj ma duży potencjał i daje ogromne możliwości rozwoju. Dlatego wierzę, że za kilka lat w Polsce będą powstawały innowacyjne firmy, a regiony będą się rozwijać. Polacy potrafią tworzyć wielkie koncerny i nowoczesne technologie. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych lat stworzymy ekosystem, dzięki któremu polscy przedsiębiorcy będą rozwijać swoje innowacyjne projekty wspólnie z rodzimym przemysłem.

Niech doświadczenia naszych rodaków w Dolinie Krzemowej będą dla nas zachętą i przewodnikiem w budowaniu silnej, innowacyjnej gospodarki.

Życzę Państwu inspiracji i miłej lektury

Aleksandra Magaczewska*

prezes Agencji Rozwoju Przemysłu SA

* Aleksandra Magaczewska, prezes zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu SA od 7 sierpnia 2014 r.

Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Śląskim. Wiedzę i doświadczenie zawodowe zdobywała, pracując przez 11 lat (2000–2011) w Ministerstwie Gospodarki, gdzie zajmowała się m.in. nadzorem właścicielskim nad spółkami z sektora hutniczego i górniczego oraz specjalnymi strefami ekonomicznymi. Następnie jako dyrektor Departamentu Górnictwa odpowiadała za pomoc publiczną dla spółek górniczych. Brała udział w tworzeniu Polskich Hut Stali SA i Kompanii Węglowej SA oraz w przygotowaniu IPO Jastrzębskiej Spółki Węglowej SA.

Od początku 2012 r. pracowała w Ministerstwie Skarbu Państwa na stanowisku dyrektora Departamentu Restrukturyzacji i Pomocy Publicznej. Sprawowała tam nadzór właścicielski nad kilkudziesięcioma spółkami Skarbu Państwa, m.in. LOT SA, spółkami sektora zbrojeniowego i Agencją Rozwoju Przemysłu SA.

Obecnie jest przewodniczącą rady nadzorczej PZU SA, wcześniej Kompanii Węglowej SA, PERN Przyjaźń SA, KGHM Polska Miedź SA oraz członkiem rad nadzorczych spółek: Katowicki Holding Węglowy SA, Centrum Bankowo-Finansowe Nowy Świat SA, Grabinex Sp. z o.o., Centrum Informatyki Sp. z o.o.

WSTĘP

W krainie tysiąca i jednej technologii

Przez uchylone okno sączyły się do pokoju zapachy kminu, kurkumy i nasion kopru. Aromat był tak silny, że wyrwał mnie z głębokiego snu. Jeszcze nieprzytomna, z klasycznymi objawami kaca lotniczego po kilkunastu godzinach powietrznej podróży, podeszłam do parapetu i wyjrzałam na zewnątrz. Kilka metrów ode mnie drzewka pomarańczowe uginały się od ciężaru owoców. Zza ściany zieleni widać było budynek. Na jednym z balkonów stara Hinduska, przycupnięta przy oklejonej starymi gazetami kuchence elektrycznej, prażyła masalę. Całe dłonie miała pokryte mehndi. Rysunki z henny tworzyły na jej skórze fascynujące, tymczasowe tatuaże. Przy każdym ruchu ręki, którą kobieta mieszała przyprawy, migały mi przed oczami dekoracyjne malunki słońca, wedyjskiego symbolu wewnętrznego blasku. Wyznawcy hinduizmu obchodzili Diwali, Festiwal Świateł, a kobieta na balkonie właśnie zabierała się do przygotowania gulab jamun, deseru, którym podzieli się z bliskimi podczas tego święta. Po osiedlowych alejkach spacerowały dziewczyny w bajecznie kolorowych sari i mężczyźni w tradycyjnych kurtach z cienkiej bawełny. Słychać było śmiechy i fragmenty rozmów oraz szum autostrady, znanej tu jako Droga Królewska. Nieustanny, jednostajny szmer przejeżdżających samochodów zlewał się w jedno z urywanymi zdaniami konwersacji prowadzonych w hindi, urdu, tamilskim i bengalskim. Zaczynało mi się kręcić w głowie. W tej nowej krainie, w której byłam zdezorientowanym przybyszem, tylko auta pędzące po pasach asfaltowych dróg stanowiły znajomy element krajobrazu. Po obu stronach szosy puszyły się ogromne reklamy, niegustowne, choć przyciągające wzrok. Jedne obok drugich usadziły się potężne magazyny i hurtownie, brzydkie, stawiane naprędce z drewnianych rusztowań i dykty, pokrywane tynkiem i ozdabiane wielkimi logo rozmaitych firm. Oko można zawiesić jedynie na obsypanych kwiatami dorodnych oleandrach. Te odporne na suszę, smog i spaliny krzewy mogą rosnąć nawet przy drogach szybkiego ruchu.

Tego późnego poranka zaraz po przylocie nie dostrzegłam z okna, co się mieści po drugiej stronie autostrady. Dopiero później się zorientowałam, że właśnie tam mogę się udać, kiedy moja nostalgia za Polską przybierze formę kulinarną. Jak również wtedy, gdy najdzie mnie niepohamowana potrzeba wyśpiewania ulubionych przebojów. W skromnych filipińskich restauracjach klient nieoczekujący luksusu, lecz jedynie miejsca przy niewielkim stoliku, może dostać miseczkę zupy z krwi kaczki przypominającej naszą czerninę lub zamówić ryż z wołowiną, która wygląda i smakuje jak klasyczne polskie bitki wołowe. W weekend można zaszaleć w klubie karaoke. Ten rodzaj quasi-wspólnego muzykowania stanowi narodową rozrywkę Filipińczyków i żadna szanująca się impreza nie obejdzie się bez śpiewania z podkładem.

Kilka ulic dalej filipińskie jadłodajnie zaczynały ustępować japońskim restauracjom. W menu kusiła mnogość rodzajów aburi sushi, gunkan maki, uramaki i nigiri sushi. Codziennie o świcie meksykańscy dostawcy ryb, świeżo złowionych w zimnych wodach Pacyfiku, ustawiali się przed lokalami ze skrzyniami łososi, tuńczyków, makreli i węgorzy, a także z kilogramami krewetek, kałamarnic i morskich ślimaków. Efekt nocnego i porannego połowu był imponujący.

O wschodzie słońca nad brzegiem oceanu można było spotkać nie tylko rybaków. Samotnie i grupkami pojawiali się też surferzy. Wciśnięci w neoprenowe pianki, niosąc pod pachami kolorowe deski, zaczynali poranną sesję ślizgania się po morskiej tafli. Niektórzy z nich, czekając na falę, omawiali kwestie zawodowe i interesy, a po godzinie lub dwóch zdejmowali wodoodporne kombinezony, wbijali się w eleganckie garnitury i ruszali do swoich gabinetów. Byli wśród nich zaprawieni w bojach biznesmeni, szefowie poważnych firm, cenieni prawnicy i lekarze. Ich miejsca pracy mogłam dojrzeć z moich okien. Widziałam nowoczesne konstrukcje, minimalistyczne od strony architektonicznej, ale ich wnętrza wyposażone były w praktyczne i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach urządzenia.

Dzień w firmach zaczynał się niespiesznie. Gwarno robiło się dopiero w okolicach południa. Na dziedzińce przed budynkami zajeżdżały ciężarówki, z których serwowano taco i burrito, a meksykańscy sprzedawcy naprędce preparowali horchatę, czyli napój z ryżu, cukru i cynamonu. Święta pora lunchu. Nie wszyscy jednak wykorzystywali południową przerwę na jedzenie. Niektórzy ruszali na krótki trening w firmowej siłowni. Zdarzało mi się też widzieć przemykających chyłkiem palaczy. Rozglądając się niespokojnie na wszystkie strony, kryli się w cieniu jakiegoś drzewa lub klatki schodowej, żeby w pośpiechu wypalić papierosa. Silicon Valley nigdy nie była dobrym miejscem dla ofiar nikotynowego nałogu. Surowe prawo mówiło: absolutnie żadnego palenia w absolutnie żadnym miejscu publicznym.

Pierwszego dnia odkrywanie nowego miejsca ograniczyło się do wyglądania przez szybę. Byłam zmęczona. Mój organizm buntował się przeciwko dziewięciogodzinnej różnicy czasu. Stałam przy oknie i chłonęłam widoki. W oddali majaczyły wysokie wzgórza, żółto-brązowe od wypalonych słońcem traw, przedziwnie kopulaste, powstałe podczas trzęsień ziemi na skrajach licznych uskoków tektonicznych. To teren, który upatrzyli sobie miłośnicy natury. Na stromych zboczach pagórków wiją się dziesiątki ścieżek rowerowych i szlaków turystycznych. W podgórskich parkach można znaleźć miejsca ze stolikami i ławkami piknikowymi. Dwa razy do roku, z okazji prawosławnego Nowego Roku i prawosławnej Wielkanocy, miejsca te okupują grupki Rosjan. Świętują, śpiewają, tańczą i bawią się przez cały dzień. Do upadłego. Czasem ktoś zagra na harmoszce walczyka, ktoś inny na akordeonie wykona największe przeboje Ałły Pugaczowej, a gitarzysta przypomni parę utworów wciąż w Rosji popularnej Maryli Rodowicz.

Stałam przy oknie i próbowałam te wszystkie dźwięki, obrazy i zapachy skleić w jedną całość. W całość o nazwie Dolina Krzemowa.

Znalazłam się w krainie tysiąca i jednej technologii, światowej stolicy wszelkich technicznych nowinek, w amerykańskim raju postępu i wynalazczości. Minęło trochę czasu, zanim w Silicon Valley odnalazłam Polaków. To właśnie o nich jest ta książka. O ich talencie, sile i wytrwałości. O ich próbach adaptowania się do odmiennej i wciąż zmiennej rzeczywistości. O ich poszukiwaniach własnego miejsca na obcej ziemi. O ich sukcesach. I o cenie, jaką przyszło im za te sukcesy zapłacić.

Przybyli w różnych falach polskiej emigracji. Uciekając lub poszukując nowych szans. Z rodzinami lub samotnie. Silicon Valley dała szansę wielu imigrantom z Polski. Moi bohaterowie potrafili ją wykorzystać.

Dominik Schmidt uwielbia przyglądać się temu miejscu z góry, zza sterów swojego helikoptera. Kilka lat temu ten biznesmen, inżynier i posiadacz doktoratów dwóch prestiżowych uczelni zaangażował się w rozwój lokalnego uniwersytetu, gdzie – wraz ze studentami – opracowuje teraz metody pozwalające na tworzenie sztucznych narządów ludzkich potrzebnych do transplantacji.

Janusz Bryzek ma na koncie ponad dwadzieścia patentów oraz siedem rozkręconych start-upów. Zapoczątkował Ruch Tryliona Czujników, wierząc, że nowoczesne technologie pomogą zlikwidować głód i biedę na ziemskim globie.

Maciej Kieturakis rozwinął talent chirurga i… wynalazcy, którego innowacyjne projekty przyczyniają się do rozwoju medycyny.

Mocno zakorzeniony w nowej ojczyźnie Arek Bibiłło, leśnik z wykształcenia, pracuje nad dynamicznym sekwencjonowaniem ludzkiego DNA. Jego żona, Iwona, odkryła w Kalifornii swoją pasję – rehabilitację agresywnych psów.

Własną niszę odnalazł w Silicon Valley Janusz Smoleński, absolwent Politechniki Gdańskiej. Dziś specjalista psychiatrii, w swym pierwszym zawodowym wcieleniu był inżynierem. Zawsze jednak marzył o leczeniu dusz, więc w USA skończył medycynę i obecnie uspokaja psyche specjalistów od zaawansowanych technologii.

Dolina Krzemowa jest przystanią Bogusława Marcinkowskiego, który sam zbudował wyspecjalizowany zakład ślusarski produkujący precyzyjne części metalowe na zamówienie amerykańskiej armii oraz Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (NASA). Jego rezydencja w Dolinie Krzemowej otoczona jest winnicą, w której produkuje własne wina.

W Silicon Valley zadomowił się również Michał Skiba, odrywający się od pracy w hi-techu jedynie dla wypraw i trekkingu w ukochanych Himalajach.

Marek Tomaszewski w wieku prawie sześćdziesięciu lat postanowił rzucić stabilną, interesującą pracę w Cisco Systems i założyć start-up, swoją pierwszą własną firmę.

Inżynier Mariola Reysner pamięta ten rejon obsypany kwiatami śliw i brzoskwiń – z czasów, kiedy w Dolinie królowały sady, a nie start-upy.

Podczas swoich polonijnych peregrynacji poznałam jeszcze wiele innych fascynujących życiorysów i fantastycznych osobowości.

Piszę także o niezwykłym, nietypowym i niełatwym miejscu. Dolina Krzemowa nie przestaje bowiem fascynować i zadziwiać. Zawsze była obecna w naszych rozmowach. Czasem jako tło, czasami jako temat pierwszoplanowy. To miejsce warte jest opisania. Składam więc ukłon w stronę mojej wydawczyni, która do pisania mnie namówiła, oraz w stronę moich rozmówców, którzy pozwolili mi wejść – uzbrojonej w długopis i magnetofon reporterski – do swojej teraźniejszości, a także przeszłości, i poznać nietuzinkowe historie imigranckie.

ROZDZIAŁ 1

Miejsce, którego nie ma na mapie

Biorąc pod uwagę naszą historię, nie umiem wymyślić nic bardziej amerykańskiego niż imigrant.

Conor Oberst

Ze śmigłowca Dominika Schmidta, Polaka, dla którego Silicon Valley od lat jest domem oraz swoistym punktem dowodzenia w rozlicznych działaniach biznesowych, dolina wygląda jak niecka, na której ktoś porozrzucał tysiące sześcianów i prostopadłościanów biurowców. Jeśli wznieść się jeszcze wyżej i zmienić perspektywę, można zobaczyć ocean, góry, winnice. Na zachodzie rozciąga się wybrzeże Pacyfiku z malowniczymi klifami z piaskowca. Na północy – San Francisco i kraina win położona w dwóch urokliwych dolinach: Napy i Sonomy. Na wschodzie górskie jezioro Tahoe i skaliste pasmo Sierra Nevada. Na południu widać rybackie niegdyś Monterey. Niedaleko miasteczka, w głębi oceanu, rozciąga się słynny podwodny kanion Monterey.

Doliny Krzemowej nie umieści na mapie fizycznej żaden szanujący się kartograf. Silicon Valley to twór wirtualny. Z punktu widzenia geografii ta dolina nie istnieje. A jednak to tu właśnie znajdują się siedziby firm zajmujących się zaawansowanymi technologiami i to tu ciągną najtęższe ścisłe umysły. Określenie „Dolina Krzemowa” narodziło się w czasach, kiedy Dominik Schmidt był jeszcze w żłobku. Po raz pierwszy użył go przedsiębiorca kalifornijski Ralph Vaerst na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Później nazwę tę wykorzystał w serii artykułów Don Hoefler. Opisywał region, w którym wydobywano krzem, obecnie surowiec do produkcji półprzewodników.

Śmigłowiec powoli ląduje. Jesteśmy w części Stanów Zjednoczonych, gdzie wyjątkowo docenia się technologie. I specjalistów biegle posługujących się językiem technologii informatycznych. Tu zdolni inżynierowie, utalentowani biznesmeni, bogaci inwestorzy oraz prawnicy specjalizujący się w prawie własności intelektualnej zarabiają więcej niż gdziekolwiek indziej w USA. W 2013 roku roczna płaca tzw. pracownika technicznego podniosła się w USA średnio o 3 procent. Wyjątkiem – jak co roku – była Dolina Krzemowa, gdzie zanotowano wzrost pensji prawie o 8 procent. Jednak możliwość wysokich zarobków to niejedyna i nie najważniejsza siła, która przyciąga do tego miejsca. Eksperci z całego świata przyjeżdżają tu z nadzieją na stworzenie rewolucyjnej technologii lub unikatowego, możliwego tylko tutaj, biznesu.

Marek Tomaszewski zaprasza do piwnicy swojego domu, do pomieszczenia, w którym najchętniej pracuje. Przypomina ono centrum operacyjne: komputery różnego formatu, monitory, błyskające diodami routery i dziesiątki metrów kabli oplatających wszystkie te elektroniczne urządzenia. Nie włącza jednak żadnego. Z kąta wyciąga gitarę. Pierwszy ukochany instrument noszący ślady lat używania, tuzinów koncertów i podróży za ocean.

– Jechałem po nią do jedynego wówczas sklepu muzycznego w Trójmieście, ściskając w ręku 550 złotych. Tyle kosztowała za moich studenckich czasów – rozpromienia się. – Musiała dotrzeć tu ze mną.

W 1986 roku ta gitara, wspomnienie rockandrollowych czasów w zespole Savana, stała się ważną częścią skromnego dobytku imigranta z Pomorza. Dzięki niej i nutom można było przywoływać wspomnienia. Wybrać się w muzyczną podróż do rodzinnej Gdyni.

– Nie tęskniłem jednak – zapewnia. – Polska zawsze była mi bliska, żywo interesowałem się tym, co się tam dzieje, ale nigdy nie odczuwałem szczególnie dotkliwie nostalgii.

Kiedy jednak trzeba było poradzić sobie z emocjami, gitara okazywała się niezastąpiona. Można było na niej zagrać smutek Schodów donieba Led Zeppelin, frustrację Comfortably Numb Pink Floyd czy tęsknotę When You Left Me, wzruszającego utworu, który napisał, kiedy na początku znajomości na krótko rozstał się ze swoją obecną żoną. Muzyka towarzyszyła mu od zawsze. Nie stanowiła leku na całe zło, ale potrafiła przywrócić równowagę. Była i jest ważna. W analitycznie i pragmatycznie myślącej Silicon Valley Marek, inżynier-muzyk, nie jest ewenementem. Zestresowanym i zaganianym pracownikom firm lokalni terapeuci często doradzają muzykoterapię. Najchętniej w formie nauki grania na instrumencie. Wielu twardych przedsiębiorców i trzeźwo myślących programistów właśnie w ten sposób odreagowuje trudne negocjacje czy problem z ułożeniem odpowiedniego algorytmu.

Założyciel ZocDoc (usługi internetowej oferującej porady i pomoc medyczną online), Nick Ganju, twierdzi, że nic go tak nie relaksuje jak dobra solówka na gitarze. Można go spotkać w parkach i na skwerach, gdzie improwizuje sam bądź z innymi muzykami amatorami. Mało kto rozpoznaje w nim właściciela prężnie rozwijającego się przedsiębiorstwa. Od czasu do czasu przechodzień rzuci mu pod nogi jednodolarowy banknot czy kilka drobniaków.

Marek Tomaszewski ma teorię, że umysły ścisłe po wielu godzinach pracy polegającej na eksploatowaniu lewej, odpowiedzialnej za logikę, półkuli muszą to jakoś wyrównać. On sam zanurzanie się w muzykę przyrównuje do transu. I zapewnia, że jego pierwsza osobowość: poukładanego, pedantycznego, drobiazgowego specjalisty od programowania, nie stoi w żadnej sprzeczności z drugą: wrażliwego, empatycznego, delikatnego muzyka.

– Racjonalne podejście do życia zawsze u mnie przeważało. Nie kierowałem się impulsami – podkreśla. Po chwili jednak wybucha śmiechem i dodaje: – Raz w życiu zachowałem się nieracjonalnie. Całkiem niedawno. Dokładnie rok temu, kiedy w wieku prawie sześćdziesięciu lat postanowiłem rzucić stabilną, interesującą pracę i założyć start-up. Swoją pierwszą własną firmę! Było to nierozsądne, a być może i szalone, jeśli popatrzeć na to wszystko z tradycyjnej perspektywy.

Sześćdziesięcioletni debiutant w krzemowej krainie biznesu? Czemu nie. Tu, w Silicon Valley, nie takie rzeczy są możliwe. Tak samo możliwe jest przejście na emeryturę w wieku trzydziestu lat, jak i podjęcie zupełnie nowego zawodowego wyzwania po sześćdziesiątce. Marek Tomaszewski niewątpliwie należy do grupy, którą w Dolinie Krzemowej określa się mianem nieudanych emerytów (failed retired), czyli takich, którym na emeryturę przejść się nie udało, bo porwały ich nowe projekty, bo wpadli na pomysł kolejnej, wyjątkowo obiecującej technologii, bo „jeszcze tyle jest do zrobienia”.

Marek kilka lat temu zaczął się nosić z pomysłem, który – jeśli uda się go wdrożyć – może zrewolucjonizować diagnostykę medyczną. Koncepcję zawarł w pięćdziesięciu tysiącach zwięzłych, zgrabnych linii kodu.

– Program, który napisałem, najłatwiej porównać do zwykłej wyszukiwarki. Takiej jak Google czy Yahoo! – tłumaczy. Zastrzega jednak od razu, że to porównanie uproszczone. Tradycyjna przeglądarka radzi sobie całkiem nieźle, jeżeli wpiszemy jedno lub kilka haseł. Po chwili wyskakują dziesiątki, setki czy tysiące mniej lub bardziej adekwatnych wyników. Gorzej, jeśli tych haseł wpiszemy kilkanaście lub kilkadziesiąt. Wówczas program zaczyna się dławić. Nie jest w stanie sensownie posegregować i przetworzyć wszystkich zmiennych. A co, jeśli lekarz potrzebuje pomocy w rozpoznaniu choroby u pacjenta? Jeśli objawy nie układają się w klasyczną, podręcznikową całość? Jeśli symptomy wydają się wzajemnie wykluczać i zarówno lekarz prowadzący, jak i całe konsylium nie potrafią zdefiniować jednostki chorobowej? W przypadku konkretnego chorego nie wystarczy wrzucić do komputera jednej danej, żeby się zorientować, co pacjentowi dolega. Wyniki wyszukiwania takiego objawu jak „ból głowy” mogą jedynie zdezorientować. Dlatego koncepcja Tomaszewskiego opiera się na zupełnie innych zasadach. Całość oprogramowania skonstruowana jest tak, aby – na podstawie licznych zmiennych: danych statystycznych, historii choroby oraz objawów – można było porównać miliony przypadków i wybrać najbardziej zbliżony do kazusu stanowiącego problem diagnostyczny.

– Myślałem nie jak przedstawiciel środowiska medycznego, ale jak laik. I pewnie dlatego się udało – opowiada, śmiejąc się szeroko. – Właśnie dlatego, że nikt mi nie powiedział: „Stary, co ty robisz? Tak nie można! Nie powinieneś łączyć X z Y, bo wieloletni zwyczaj nakazuje, aby X było zawsze od Y oddzielone”.

To myślenie wbrew schematom, tworzenie czegoś na przekór obowiązującym regułom i buntowanie się przeciwko malkontenckiemu „nie można” oraz „nie da rady” są najważniejszymi cechami charakterystycznymi ludzi sukcesu w Dolinie Krzemowej. W końcu niektóre z największych, najbardziej szanowanych i poważanych obecnie firm narodziły się z pomysłów, które wydawały się z początku ryzykowne, jeśli nie straceńcze.

Google? A po co mnożyć byty? W tym samym czasie, kiedy powstawał Google, w internecie funkcjonowało prawie dwadzieścia innych wyszukiwarek i nawet największe z nich przynosiły straty. Samobójczy wydawał się również koncept pozbycia się większości reklam, aby nie rozpraszać czytelników. I co się okazało? Że nie ma w tej chwili popularniejszej przeglądarki niż Google.

Craigslist? Tablica ogłoszeń? W czasach, kiedy konkurencją jest wszechobecny eBay? A tak! Można tu znaleźć wszystko. Od krzesła, na którym zasiadał kandydat Zielonych, Ralph Nader, podczas swojej kampanii prezydenckiej, przez ponad tysiąc papieskich kapeluszy różnych modeli i rozmiarów (made in China), po używaną sztuczną szczękę i trzydziestoletniego clowna, który za butelkę dobrego alkoholu będzie zabawiał gości na przyjęciach. Craigslist długo był lokalną ciekawostką. Obecnie jest potężnym przedsiębiorstwem, którego zasięg dawno wyszedł poza Kalifornię.

Facebook? Czy naprawdę potrzebny jest kolejny portal typu MySpace, tylko bardziej snobistyczny, bo dostępny – początkowo – jedynie dla studentów prestiżowego Uniwersytetu Harvarda? Najwyraźniej była taka potrzeba.

Amazon? Kiedy powstawał, analitycy finansowi kręcili z obawą głowami. Miłośnicy książek za bardzo kochają atmosferę księgarni, zapach zadrukowanego papieru, możliwość przekartkowania pozycji przed zakupem. Nie dadzą się wkręcić w bezduszny biznes sprzedawania książek, jakby dotyczyło to handlu paszą dla zwierząt czy opon. Jednak kilka lat po narodzinach Amazon nadal istnieje. Co więcej, ma się świetnie i wciąż się rozwija. Ostatnią decyzją szefów firmy – tyleż pionierską co odważną – jest plan przesyłania książek do klientów za pomocą niewielkich dronów. W czasach dynamicznego rozwoju Amazona wiele księgarni w Stanach Zjednoczonych musiało ogłosić bankructwo, a ostatnia z amerykańskich dużych sieci właśnie się chyli ku upadkowi.

Jeśli spojrzeć na historię współczesnych technologii, większość prawdziwie rewolucyjnych innowacji już na wstępie miała przyklejoną etykietkę idiotyzmu czy wariactwa. Czas pokazał, że w szaleństwie jest metoda i idiotyzmy oraz wariactwa mogą się okazać cenne. W Dolinie Krzemowej do „idiotyzmów” tudzież „wariactw” podchodzi się jak do idei, którym nie dano jeszcze szansy.

Marek Tomaszewski ma świadomość, że pomysł, nawet najlepszy, to tylko połowa sukcesu. Drugie 50 procent to umiejętność stworzenia własnego przedsiębiorstwa, a właściwie nawet start-upu, czyli firmy nowalijki o niewielkim kapitale założycielskim, najczęściej o profilu hi-tech, tworzonej przeważnie z myślą o tym, by ją rozkręcić, a następnie korzystnie sprzedać. Ryzyko związane z prowadzeniem tego typu biznesu jest duże. Co roku w Silicon Valley rodzą się setki start-upów. Setki innych giną z braku finansowania lub wykończone przez konkurencję. Niektóre jak Ikar podrywają się do lotu, aby potem – kiedy kończą się fundusze na wstępny rozwój – odejść w niebyt. Spektakularne sukcesy niektórych tego typu firm wciąż jednak kuszą biznesowych śmiałków. Start-upy potrafią bowiem zapewnić duże profity, ale wymagają równie dużych poświęceń. Ci, którzy zdecydowali się na podjęcie wyzwania, muszą się liczyć z tym, że oddadzą powstającemu projektowi (średnio) dwadzieścia cztery miesiące swego życia na wyłączność. Nie będzie wyznaczonych godzin pracy, wyjazdów na weekendy ani urlopów, życie rodzinne zaniknie. Przejedzone zostaną oszczędności, rozpłynie się w firmowych wydatkach fundusz na edukację dzieci. Firma pochłonie wszystko.

Proximity InfoSystems od prawie dwóch lat przygotowywana jest do startu. Marek Tomaszewski wie, że już czas na debiut. Podstawowym przykazaniem dla wszystkich, którzy decydują się na konstruowanie start-upu, jest: „Spiesz się!”. W Dolinie Krzemowej, gdzie i tak tempo życia jest wyjątkowo szybkie, owo przykazanie oznacza nieustanny sprint do mety. Trzeba być non stop w peletonie, bo konkurencja nie śpi. Inni pracują równie intensywnie – jeśli nie nad takim samym pomysłem, to nad bardzo podobnym. Doświadczeni przedsiębiorcy podkreślają, że należy wypuszczać towar jak najprędzej. Gdy tylko jakaś technologia przybiera realny kształt, trzeba ją przedstawić światu. Nie czekać, aż zostaną wygładzone wszelkie nierówności i poprawione niedociągnięcia. Nie zamawiać badań, które pokażą, do jakiej grupy odbiorców najlepiej kierować produkt. Nie bawić się w zbyt głębokie analizy. Startować z tym start-upem! Na poprawki będzie czas później. Wypchnięcie firmy z bloków startowych to tylko pierwsza, choć najważniejsza faza. Po niej następuje druga, podczas której zaczyna się mozolne cyzelowanie. Szybko się okazuje – bez badań marketingowych – do kogo kierowane są wszystkie działania. Grupa docelowa to ta, która będzie zamieszczać najwięcej komentarzy, reklamacji i uwag.

W przypadku start-upu Marka Tomaszewskiego targetem są pracownicy sektora zdrowia. I tu pojawia się kłopot. Lekarze z dużym sceptycyzmem podchodzą do technologii, która w ciągu minuty stawia precyzyjną diagnozę. Jednym z celów Proximity InfoSystems będzie zatem przekonanie środowiska medycznego, że nie chodzi o zastąpienie lekarza specjalisty programem komputerowym, lecz o wspieranie pracowników służby zdrowia, zwłaszcza w trudnych przypadkach.

– Obecnie lekarz nie ma szans nadążyć za wszystkimi osiągnięciami w swojej profesji. To fizycznie niemożliwe. – Marek kręci głową. – Podręczniki z zakresu medycyny dezaktualizują się już po dwóch latach. Nawet gdyby człowiek chciał, nie sposób za wszystkim nadążyć.

Przed nim twardy orzech do zgryzienia, ale wie, że musi zrobić wszystko, aby potencjalni użytkownicy byli usatysfakcjonowani.

Kolejnym przykazaniem dla właściciela start-upu jest bowiem: „Spraw, aby twoi klienci byli szczęśliwi!”. Oznacza to nieustanne wsłuchiwanie się w puls odbiorcy i wyprzedzanie jego życzeń. Wiąże się to z kolejnym nakazem: „Pamiętaj, że twój towar nigdy nie jest wystarczająco doskonały!”. Dlatego też nie można spoczywać na laurach – technologie wymagają bez-ustannego ulepszania. Tylko tak można się utrzymać na rynku.

Wielką niewiadomą, jeśli chodzi o start-upy, jest źródło finansowania. Najbardziej optymalnym rozwiązaniem jest znalezienie partnera biznesowego lub zapewnienie sobie funduszy venture capital. Znajdowanie inwestora przypomina taniec godowy pawia. Przed potencjalnym partnerem należy jak najszybciej i najpełniej rozpostrzeć barwny ogon, pokazać się z jak najlepszej strony. Ci, którzy mają dużo pieniędzy, nie mają za dużo czasu. Trzeba ich zwabić już w pierwszych sekundach. Dlatego jednym z podstawowych ćwiczeń dla początkujących biznesmenów, jakie zadaje się im na kursach przedsiębiorczości, jest „sprzedanie” siebie lub swojej firmy w ciągu pół minuty. Adepci dostają trzydzieści sekund na przedstawienie siebie, swej idei oraz wyjaśnienie, dlaczego warto wyłożyć na nią niebagatelną kwotę. W rzeczywistości taka autopromocja przed potencjalnym inwestorem wcale nie musi być dłuższa.

– Polacy mają trudność w prezentowaniu siebie – przyznaje Chris Burry, przedstawiciel firmy konsultacyjnej dla imigrantów. Pokutuje wśród nich przekonanie: „Siedź w kącie, aż cię znajdą”. Chris natomiast tłumaczy, jak ważne jest pozbycie się fałszywej skromności i strachu przed ewentualnym niepowodzeniem. – To pod-sta-wa – akcentuje każdą sylabę. – Absolutny fundament tutejszych biznesowych relacji międzyludzkich. Masz się czym pochwalić, nie krępuj się! Nie koloryzuj, nie kłam, ale opowiedz, w czym jesteś dobry. Wymień swoje zalety. Twój interlokutor nie ma kryształowej kuli, z której może wyczytać wszystkie twoje walory. Na piękne, słowiańskie, niebieskie oczy też nikt ci nie da miliona dolarów. Sam musisz je wywalczyć! I nie bać się!

– Nigdy się nie bałem – mówi Marek Tomaszewski. – To może wydać się dziwne, ale zawsze miałem poczucie, że będzie dobrze i że dam sobie radę.

Może to ten brak strachu oraz wiara we własne siły i umiejętności sprawiły, że asystent z tytułem doktora Politechniki Gdańskiej wykładający – w pierwszym okresie po przybyciu do USA – na kalifornijskich uczelniach postanowił skoczyć na głęboką wodę, w sam środek komputerowych korporacji. Zanim jednak podjął decyzję o rozkręceniu własnego interesu, dał się poznać jako niezwykle ceniony pracownik kilku dużych firm, m.in. Cisco Systems.

– Trafiłem na okres hossy – opowiada. – Pracowało się fantastycznie i równie fantastyczne były płace. Część pensji dostawaliśmy w tzw. opcjach, preferencyjnych akcjach spółki. Wszystkim nam wydawało się to miłą rekompensatą za wykonane projekty, ale mało kto się spodziewał wielkiego zarobku. Obliczyłem sobie, że jeśli los będzie sprzyjał, uda mi się uzbierać na tych opcjach może nawet i sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Kiedy przyszło co do czego i trzeba było spieniężyć cały pakiet, okazało się, że jest tego… dziesięć razy więcej. W jednej chwili stałem się milionerem! Moje życie pokazało, że nie warto się bać nowych wyzwań.

– Nie wolno się bać! – wtóruje mu Janusz Bryzek. I nie jest to w jego przypadku slogan bez pokrycia. Absolwent Politechniki Warszawskiej, z doktoratem w dziedzinie czujników, ma na koncie ponad dwadzieścia patentów oraz siedem rozkręconych start-upów (korzystnie potem sprzedanych). Jego zdaniem do konstruowania start-upu należy podchodzić świadomie. Trzeba wiedzieć, że istnieją dwa etapy rozwoju technologii. Pierwszy: wykorzystanie pieniędzy. Drugi: wykorzystanie technologii do zarabiania pieniędzy. Przejście od etapu pierwszego do drugiego może być jednak długotrwałe i bolesne, a ci, którym się marzy zakładanie nowej firmy, powinni o tym pamiętać. Statystyki pokazują, że na wprowadzenie wynalazku do masowej produkcji czy konkretnej technologii do powszechnego obiegu potrzeba około dwudziestu lat. Dla wielu to zbyt długi okres. Pozbywają się biznesów i rozpoczynają następne projekty, najczęściej wiążące się z – nomen omen – tworzeniem kolejnych start-upów.

To, czy założyciel firmy poświęci jej rok czy też dekadę swojego zawodowego życia, w dużej mierze zależy – według Janusza – od motywacji. Dlaczego ktoś zakłada start-up? Czy kieruje nim żądza zysku lub osiągnięcia niezależności finansowej? Czy chce być sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem, a nie czyimś podwładnym? Czy zależy mu na pełnej kontroli nad tym, co robi? Czy swoim wynalazkiem chce zmienić świat? A może być pożytecznym członkiem społeczeństwa i, choć nie musi (ze względów zarobkowych), chce stworzyć przedsiębiorstwo, które będzie produktywne i wygeneruje pewną liczbę miejsc pracy? To wszystko wpływa na to, jak powstaje firma i jak jest później zarządzana. Wszystkie przedsiębiorstwa mają szansę na sukces, ale tylko część z nich tę szansę mądrze wykorzysta. Według AngelList w 2013 roku Dolina Krzemowa była miejscem rozwoju dla 9663 start-upów. W teorii oznacza to możliwość zaistnienia prawie dziesięciu tysięcy nowych technologii. W praktyce tylko pewien procent będzie miał możliwość przedstawienia światu swojego nowatorskiego pomysłu. Czy w takim razie, przy tak dużym zagęszczeniu konkurujących ze sobą firm, nie opłaca się aspirującym biznesmenom spakować manatki i przenieść się do jednego z trzydziestu dwóch rejonów USA stanowiących inkubatory przedsiębiorczości? Eksperci twierdzą, że nie. Silicon Valley daje największe możliwości znalezienia inwestora czy partnera biznesowego. Statystyki pokazują, że szukanie funduszy na rozruch własnego biznesu trwa najkrócej właśnie w Dolinie Krzemowej. W innych częściach USA co najmniej 10 procent dłużej. To – w przełożeniu na czas – oznacza ponad dwa dodatkowe miesiące starania się o środki finansowe.

– Firmy venture capital inwestujące w raczkujące przedsiębiorstwa hi-tech doskonale wiedzą, co robią. To nie jest szukanie potencjalnego zysku na łapu-capu. Jest to oczywiście większe ryzyko niż gdzie indziej, ale jednak świetnie skalkulowane. Na rynku kapitałowym decyzję o inwestowaniu podejmuje się na podstawie równania: procent firm, które wygrają, pomnożony przez średnią wygraną, minus procent firm, które przegrają, pomnożony przez średnią przegraną, powinien być większy od zera. Z czego jasno wynika, że maksimum tego, co można stracić, to 100 procent własnej inwestycji w dany projekt – wyjaśnia Janusz Bryzek. Zyskać można natomiast wiele. W Dolinie Krzemowej największy profit, jaki zanotował venture capital, wynosi ponad trzy tysiące razy więcej niż wkład. Jest zatem o co grać.