Ścigając marzenia. W pogoni za złotem - Andrzej Śliwa - ebook
Opis

Miliardy dolarów wydaje się corocznie na poszukiwanie złota i innych skarbów Ziemi. Wszystkich poszukiwaczy od bosonogich biedaków do przedsiębiorców multimilionerów napędza marzenie, że właśnie oni zgarną Wielką Wygraną – odkryją wspaniałe złoże. Zebrane w tej książce wątki zawierają rozliczne ciekawostki, anegdoty i wiele mało znanych faktów o pościgu za tym ulotnym celem, można więc w niej przeczytać:
• O ciekawostkach z krwawej i perfidnej historii poszukiwań – Rzymianach toczących wojny o złoto, kupcach przemierzających za złotem Saharę, konkwistadorach grabiących Amerykę, wojnach o złoża w Afryce
• O słynnych oszustwach w procesie poszukiwań, zwłaszcza o największym w historii górnictwa fałszerstwie sprzed zaledwie 20 lat
• O największych złożach złota i najbogatszych koncernach dobywających złoto
• O poszukiwaniach i wydobyciu szmaragdów oraz długiej i barwnej historii eksploatacji złóż tych kamieni
• O legendach i mitach związanych z wydobyciem złota i drogich kamieni
• O wielkich gorączkach złota, które wpłynęły nawet na historię świata
• O niecodziennych zdarzeniach, spotkaniach, znajomościach zawartych podczas poszukiwań

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

WSTĘP

Zasoby złota w skarbcach poszczególnych krajów stanowią ważny wskaźnik ich bogactwa i stabilności. Największe zapasy złota posiadają USA (8133 tony o wartości 325,32 mld dolarów według ceny z 4 czerwca 2016 roku) i Niemcy (3381 ton o wartości 135,24 mld dolarów). Zapasy przekraczające 2 tysiące ton złota leżą w skarbcach Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW, ang. International Monetary Fund, IMF), Włoch i Francji. Polska, która posiada 102,9 ton złota (wartość 4,116 mld dolarów), znajduje się na 36. miejscu (szczegóły w tablicy 1).

Skąd pochodzi to złoto, które zalega skarbce banków, kryje się w sejfach lub materacach zamożnych ludzi albo zdobi piękne kobiety? Kto szuka złota (i innych surowców), kto inicjuje wydobycie, a kto finansuje tę działalność? W następnych rozdziałach znajdą się odpowiedzi na większość tych pytań – to opowiadania o poszukiwaczach i poszukiwaniach złota oraz innych cennych złóż surowców. Znam to środowisko, przez wiele lat brałem udział w takich pracach. Poszukiwaczom, postaciom z tego kręgu, znajomym, kolegom i przyjaciołom historię tę dedykuję.

Poniższy tekst nie jest dziełem źródłowym. To gawęda, subiektywny wizerunek poszukiwań i poszukiwaczy przedstawiony w opisie barwnych przygód, ciekawostek lub anegdot i okraszony garścią faktów wybranych z burzliwej historii poszukiwań i eksploatacji najcenniejszych naturalnych materiałów.

POTPOURRI

Praca geologa-poszukiwacza to zwykle obserwacja geologicznych fenomenów w zapomnianych rejonach świata. To czas spędzony z dala od cywilizacji, w miejscach trudno dostępnych, egzotycznych. Niekiedy jednak wielcy tego świata, politycy lub finansiści potrzebują dokładnej informacji o nowych źródłach surowców (najczęściej, gdy media podchwycą jakąś sensację) i wtedy poszukiwacz ląduje na chwilę w gabinetach przywódców i na salonach światowych stolic, aby dostarczyć aktualnych wiadomości. Chwilę później wraca do przewidywalnej dzikiej przyrody. Bywa, że ruchliwy poszukiwacz wpada w wir nieprzewidywalnych współczesnych wydarzeń, które na krańcach świata wybuchają dziś częściej niż w jego centrach. Wtedy obrywa czasem za cudze grzechy – przypadkiem, bo on poszukuje złóż, a nie sensacji.

Kilkanaście wybranych epizodów, które rozpoczynają narrację, doda kolorytu dalszym rozważaniom i zaostrzy, mam nadzieję, apetyt czytelnika – jak przystawka przed daniem głównym.

 

POPARZONY SŁOŃ I KOMIK NOSOROŻEC

W głębi afrykańskiego buszu, w dolinie rzeki Luangwa w Zambii, dwóch młodych geologów wraca do obozu. Jadą land roverem wąską, krętą szutrową drogą. Wokoło pustka, nikt tędy nie jeździ. Pędzą o wiele za szybko. Za zakrętem, na środku drogi stoi słoń. Stoi tyłem, nie widzi auta, poza tym słoń w Afryce rzadko ustępuje drogi. Hamowanie na luźnym szutrze jest mało skuteczne i samochód lekko uderza w słonia. Chłopcy są przerażeni, rozwścieczony słoń bywa mściwy, znane są historie kierowców zabitych w samochodzie przez to zwierzę. Ale… tym razem auto uderzyło słonia z tyłu, w nogi, więc zwierz przysiadł na masce samochodu i miażdży chłodnicę. Gorąca para tryska na zad słonia, który z głośnym piskiem umyka w busz. Słoń ma grubą skórę, nic mu się nie stało, ludzie odetchnęli, a auto… poszło do warsztatu.

To zdarzenie przypomina opowiadaną od lat historię z rezerwatu Hwange w Zimbabwe. Granicą rezerwatu biegła szosa łącząca między innymi kopalnię węgla z centrum kraju. Na stromym, krętym podjeździe wiodącym z zapadliska rzeki Zambezi na płaskowyż grasował nosorożec. W przeciwieństwie do innych przedstawicieli tego gatunku, które według powszechnej opinii nie grzeszą nadmiarem inteligencji, ten był pełen fantazji, wyobraźni i ochoty do zabaw – czasem niezbyt wybrednych. Ukryty w krzakach, czatował przy szczycie podjazdu, gdzie ciężkie, wyładowane węglem ciężarówki ledwie wpełzały na górę. Tuż przed nadjeżdżającym autem zwierzak wypadał z krzaków i atakował, wbijając róg w chłodnicę. Syk i gwizd uchodzącej z niej pary wprawiał go w zachwyt. Truchtał więc w busz, machając krótkim ogonkiem i pokwikując z zadowolenia. Niestety, w pobliżu biegnie również linia kolejowa i wesoły nosorożec popróbował frontalnej szarży na rozpędzony parowóz. Nie przeżył. Historyjka jest niezbyt prawdopodobna, lecz trwa w rezerwacie Hwange jako jedna z głównych legend tego miejsca. Włoscy geolodzy, poszukujący uranu w tym rejonie, dodali celny komentarz: Se non e vero e ben trovato (nawet jeśli to nieprawda, to dobrze wymyślona).

 

DOBRZY SAMARYTANIE

Wracałem do Lusaki po inspekcji prac geologicznych. Było późne popołudnie, jechałem niedawno równaną szutrową drogą. Znużony i głodny po dniu pracy w terenie pędziłem jak koń do stajni. Jechałem o wiele za szybko, dobrze ponad setkę, ale zupełnie pusta i równa, choć bardzo wąska droga zachęcała do dalszego przyspieszania. Wyliczyłem, że przy tej szybkości za pół godziny będę w mieście. Samotny w kabinie land cruisera z całych sił ryczałem ulubione arie, nie raniąc niczyich uszu. Idyllę przerwał dziwny huk i auto gwałtownie zarzuciło w prawo. Automatycznie skontrowałem kierownicą w lewo – chyba strzeliła opona. Samochód zaczął się dziwnie zataczać na szutrowej nawierzchni, straciłem nad nim kontrolę. Szybkość powoli spada, wóz zjeżdża w busz, tnie krzewy, cudem omijam duże drzewa. To wszystko dzieje się równocześnie i niewiarygodnie szybko, ale każdy szczegół został mi w pamięci. W końcu samochód staje. Przednie koła są rozwarte na całą szerokość – prawe skręcone w prawo, lewe w lewo. Urwał się przegub kulowy układu sterowania i prawe koło robiło co chciało.

Jestem cały, ale sytuacja wydaje się niewesoła. Choć samochód zniósł wycieczkę w busz bez dodatkowych uszkodzeń, układ kierowniczy nie działa. Tkwię unieruchomiony na mało uczęszczanej drodze, do miasta mam 60 km, niedługo zapadnie zmrok, a w okolicy jest obóz partyzantów ZAPU. Jeśli w nocy natknę się na ich patrol, uznają mnie za szpiega i obedrą ze skóry. I nagle cud! – nadjeżdża dobrze utrzymany land rover, dwóch młodych (białych) ludzi uprzejmie proponuje pomoc.

– Widzieliśmy z daleka, że coś się stało, wzbiłeś gigantyczny tuman kurzu.

Wyciągnęli porządny zestaw narzędzi, w pół godziny prowizorycznie złożyli przegub.

– Zrobiliśmy, co się dało. Jadąc ostrożnie, prawdopodobnie dojedziesz do miasta – stwierdzili, porządnie wycierając i pakując swe narzędzia.

Podczas pracy wymienili kilka uwag po niemiecku. Można było przypuszczać, że niezwykłe w Afryce zamiłowanie do porządku przywieźli z innego kontynentu. Prawdopodobnie byli to niemieccy instruktorzy (w tym czasie jeszcze z NRD) szkolący partyzantów z ZAPU. Może wracali z obozu do domu w Lusace, może przyjechali sprawdzić, co to za wypadek. Miałem szczęście, że zaliczyli mnie do kategorii przyjaciół lub nieszkodliwych idiotów, bo choć nikt ich w Lusace nie widywał, to mieli opinię okrutnych ludojadów. Ja zobaczyłem tylko kompetentnych, miłych ludzi.

Przy pożegnaniu nie potrafiłem się oprzeć:

– Danke schön, meine Herren – powiedziałem.

– Bitte schön – odpowiedzieli.

Nie byli zaskoczeni.

 

NIE TYLKO DZIKI ZWIERZ…

Nie tylko dzikie zwierzęta lub choroby grożą poszukiwaczom. Wizyty w starych kopalniach zawsze niosą ryzyko. W opuszczonych wyrobiskach gnieżdżą się węże, skorpiony, czasem drapieżniki. Samo wejście do starych sztolni czy szybików jest niebezpieczne – bez planów wyrobisk nikt nie może być pewien, czy grunt pod nogami lub nad głową jest stabilny. Czasami ryzykowną sytuację kreuje przypadek.

Drobne nieporozumienie mogło spowodować tragedię w starej kopalni złota w dolinie Zambezi w Zambii. Było to kilka lat po zakończeniu walk między armią Rodezji a partyzantami działającymi z terytorium Zambii. Rzeka Zambezi stanowiła granicę i dolina była usiana minami, które powoli rozbrajała armia zambijska. Armia zezwoliła nam na wizytę:

– Ten sektor doliny jest rozminowany, możecie spokojnie pracować.

Odwiedziliśmy porzucony obiekt, ale nie znaleźliśmy nic interesującego. Spotkany po powrocie oficer odpowiedzialny za rozminowanie złapał się za głowę.

– Byliście w kopalni?! To cud, że jeszcze żyjecie, tam była baza partyzantów i do dziś wokoło leży mnóstwo min.

– Mówiliście, że cały sektor jest już bezpieczny.

– No tak, ale z wyjątkami, nie mówiliśmy nic o kopalni.

Kilka tygodni później land rover firmy poszukującej uran wpadł na minę w tym samym rejonie – trzy osoby były ciężko ranne.

Parę lat wcześniej, także w tej dolinie, kolega z sąsiedniego obozu przeżył inny incydent. Tuż nad jadącym polną dróżką land roverem przeleciał mały helikopter, który następnie usiadł przy drodze. Dwójka młodych komandosów rodezyjskich, niedbale trzymając gotowe do strzału automaty, zatrzymała auto.

– O co chodzi, panowie? – zapytał ze swym niepowtarzalnym australijskim akcentem Bob.

– Ach, Aussie (Australijczyk) nad Zambezi. – Uśmiechnął się starszy z komandosów. – Słuchaj, mój przyjacielu z Australii – kontynuował – jesteś pewno geologiem, co rozpoznał mój partner, także geolog. To cię uratowało, bo tutaj toczy się wojna i my wrogie auta likwidujemy. Nasz inny patrol może was uznać za terrorystów (czyli partyzantów ZIPRA) i nie będą pytać. Radzimy, wiejcie stąd – im szybciej, tym lepiej.

Po tym dictum odlecieli. Bob spakował obóz w jeden dzień. My wyjechaliśmy tuż za nim.

 

DOM AFRYKAŃSKIEGO MAGNATA

Zadanie było bardzo proste: ocenić niewielkie złoże magnezytu, widoczne na powierzchni, zbadane wierceniami – geologiczny elementarz. Prosta kalkulacja zasobów złoża pokazała, że jest ono zbyt małe, by eksploatować je przemysłowo. Leżało na gigantycznej farmie, największej w Zambii, rozciągającej się na ponad 100 km w każdym z kierunków. Po prostu latyfundium: łany kukurydzy, olbrzymie stada bydła, nowoczesne, duże zakłady mięsne produkujące najlepsze w Afryce wędliny, wydzielony dziki teren przeznaczony do polowań. Własne lotnisko, samolot, helikopter. Właścicielem był przyjaciel prezydentów Zambii i sąsiednich krajów, jeden z ostatnich cudzoziemskich magnatów afrykańskich; szczupły łysiejący facet, zawsze w eleganckim garniturze safari, z apaszką, przeważnie z cygarem (trzymał je zwykle w ręce, nie w zębach), w bliższym kontakcie niezbyt ciekawy. Sztywny, oschły, sprawiał wrażenie niezadowolonego z życia księgowego bankrutującego przedsiębiorstwa. Widocznie swój osobisty wdzięk zachowywał dla wysoko postawionych przyjaciół. Miałem jednak okazję zwiedzić jego dom – a to była bajka, jeden z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widziałem.

Na pagórkowatej sawannie, jak okiem sięgnąć nietkniętej ludzką ręką, stało granitowe kopje,wysokie na około 40 metrów. Doklejony do jego pionowej granitowej ściany, wznosił się do dwóch trzecich jej wysokości biały dom, świetnie wkomponowany w otoczenie. Architektura była inspirowana nieco stylem pueblo, lecz pozbawiona dodatków, delikatna. Wewnątrz także biel i granit, dużo przestrzeni. Zachowano ścianę z surowego granitu, po której spływał kaskadami maleńki strumyk. Wkomponowane w tę ścianę schody i galerie prowadziły do oddzielnych pokoi lub otwartych wewnętrznych tarasów. Ściany zawieszono starą arabską i afrykańską bronią. Wysmakowaną elegancję całego domu psuła jadalnia ze szklaną podłogą nad sztuczną grotą. Ważni goście, spożywający w tej jadalni wieczerzę, mogli przez nią obserwować hodowane na farmie lwy, które karmiono w tym samym czasie. Nie byłem ważnym gościem, więc ominęła mnie ta wątpliwa atrakcja.

 

W AFRYCE TRZEBA SZANOWAĆ BANKNOTY

W młodych afrykańskich państwach na banknotach prawie zawsze znajduje się portret przywódcy. Podobnie było w Zambii – na każdym banknocie, niezależnie od jego wartości, widniał prezydent. Miejscowi z estymą traktowali państwowe symbole, a w tym główny – prezydenta. Jego obraza była poważnym przestępstwem. Tak więc banknoty także należało traktować z odpowiednim szacunkiem.

Lusaka, stolica Zambii, zasypiała wcześnie, nocne hałasy były rzadkością. Dlatego energiczne pukanie do drzwi głęboką nocą bardzo mnie zdziwiło. Gdy ujrzałem Brunona, przyjaciela z Chingoli (to górnicze miasteczko w północnej Zambii), i jego jedenastoletniego syna, moje zdumienie nie miało granic. W dalekie trasy nocą nikt wówczas w Zambii nie jeździł, a oni przejechali 400 km z Copperbeltu do Lusaki. W dodatku pojawili się bez uprzedzenia, wiedząc, że mogli mnie nie zastać w domu. Coś niezwykłego musiało się wydarzyć. Zmęczony chłopiec padł w pokoju gościnnym, a Bruno opowiadał:

– Syn uczy się w Anglii, przed kilku dniami przyjechał na wakacje do domu. Wczoraj po południu poszedł z kolegami do pobliskiego sklepiku. Popisując się przed kolegami, chłopak dorysował prezydentowi na banknocie potężne wąsy. Tym samym banknotem z wąsatym prezydentem zapłacił za zakupy. Nadgorliwy sklepikarz zawiadomił policję. Funkcjonariusze szybko przybyli i aresztowali nieświadomego wykroczenia jedenastolatka. Okazało się później, że zamknęli chłopca we wspólnej celi z bandytami. Szczęśliwie przestępcy wykazali więcej serca i rozumu niż policjanci i dobrze go traktowali.

Tymczasem ktoś zawiadomił Brunona, który użył swoich wpływów i pieniędzy, i po kilku godzinach wydobył z aresztu przerażonego syna. Jednak zwolnienie to było nieformalne i rankiem szefowie mogli mieć inne zdanie na temat tak poważnego przestępstwa. Na wszelki wypadek Bruno wsiadł z chłopcem do auta, ruszył nocą do Lusaki, a następnego dnia odprawiliśmy go pierwszym samolotem do Londynu.

Bruno mógł załatwić drażliwą sprawę syna, ponieważ był w Chingoli ważną personą. Kierował produkcją największej w Zambii kopalni miedzi, dzięki której istniało to miasteczko. Przyjechał z Polski jako szeregowy inżynier górnik, lecz szybko awansował. Pracował bardzo intensywnie, był znakomitym specjalistą i dobrym bossem. Przy tym był naładowany życzliwą energią, która pozwalała mu osiągać trudne cele, a równocześnie wzbudzała powszechną sympatię. Objął potem stanowisko jednego z dyrektorów ogromnej kopalni złota w Ghanie.

Bruno został jednym z legendarnych afrykańskich górników. Jego wychowanków (tak się określali jego byli podwładni i współpracownicy) spotykałem w najdziwniejszych miejscach – od namibijskiej pustyni po kazachskie stepy.

 

W TRZYDZIEŚCI LAT PÓŹNIEJ

Podczas prac nad rozpoznaniem niewielkich złóż złota w Zambii Centralnej po prowiant i paliwo jeździliśmy do niewielkiego miasteczka zwanego Mumbwa. Po drodze z obozu do Mumbwy mijaliśmy samotną stromą górę, zwaną Nambala, wznoszącą się ponad 200 metrów nad otaczającą monotonną równiną. Pokryta gęstymi, intensywnie zielonymi krzewami zdecydowanie różniła się od żółto-zielonej sawanny. Krótka wizyta wyjaśniła część zagadki – w osypisku u podnóża masywu przeważały głazy rudy żelaza. Obfitość żelaza w glebie spowodowała zmianę gatunków roślin porastających górę. Widoczna wszędzie twarda, ciężka ruda wyglądała jak najwyższej jakości surowiec. Postanowiliśmy przyjrzeć się dokładniej żelaznej górze. W archiwach Instytutu Geologicznego Zambii znalazłem tylko lakoniczną notatkę, że na górze Nambala występuje ruda żelaza. Zdecydowaliśmy, że zbadamy, na razie w przybliżeniu, ile jej jest i jaką ma jakość.

Badania zajęły naszej grupie wiele dni ciężkiej pracy. Trzeba było wspinać się na urwiste ściany, przedzierać wśród gęstwy kolczastych krzewów i nieustannie uważać na węże. Gady występowały w niezwykłej liczbie, zwabione mnogością ich przysmaku – niewielkich gryzoni zwanych dassies (Procavia capensis – w encyklopedii znalazłem dziwaczną nieco polską nazwę tego zwierzątka: góralek przylądkowy). Wracaliśmy do obozu kompletnie wyczerpani. Ale wysiłek przyniósł efekty, stwierdziliśmy, że cały masyw zbudowany jest z rudy żelaza wysokiej jakości. Wstępna kalkulacja wykazała, że nad powierzchnią równiny jest spore złoże, a w głębi prawdopodobnie znajduje się o wiele więcej surowca.

Dobre rezultaty wzbudziły zainteresowanie i znaleźliśmy fundusze na kontynuację analiz. Wykonaliśmy szereg nietypowych, bardzo płasko nachylonych wierceń, które prawie na wylot penetrowały stromą górę. Wyniki laboratoryjnych badań potwierdziły przypuszczenia – w całym masywie występuje dobrej jakości ruda żelaza.

Znaleźliśmy dobre złoże, niestety położone w centrum słabo rozwiniętego kontynentu. Znaczna odległość od przemysłowych centrów lub portu umożliwiającego tani transport rudy położyła kres dalszym badaniom. Próba budowy huty opartej na współpracy rządu Zambii z istniejącym wówczas ZSRR nie powiodła się. Kolejny wysiłek poszukiwaczy pozostał do wykorzystania przez następne pokolenia.

Nie sądziłem, że usłyszę jeszcze kiedyś o żelazie z góry Nambala. Tymczasem trzydzieści lat później, pod koniec 2015 roku, zobaczyłem komunikat, że powstała firma, która inwestuje 250 mln dolarów w budowę kopalni na zambijskich złożach żelaza położonych na wzgórzu Nambala i niedalekim pagórku Sonkwe. O zasługach geologów z minionych lat już dawno zapomniano, mimo to miło było usłyszeć, że niegdysiejsza praca nie poszła na marne.

 

OKO NA ŚNIADANIE

W odmiennej części świata, w Kazachstanie, przed rozpoczęciem budowy kopalni na udokumentowanym właśnie złożu urządziliśmy tradycyjną ucztę dla mieszkańców okolicznych wiosek. Najważniejszym momentem takiej biesiady jest rozdzielanie kęsów ugotowanej głowy barana pomiędzy najważniejszych biesiadników. Obowiązek ten wykonuje najstarszy z wieśniaków. W dowód szczególnego uznania dostało mi się oko.

– Dasz radę – mruczy półgłosem mój zastępca, Kazach. – Odmowa zjedzenia ofiarowanego smakołyku jest obrazą. Musisz!

Nie oglądając oka, włożyłem je w usta i nie rozgryzając, połknąłem. Oko było rozmiarów jajka, omal się nie udławiłem, ale w końcu, pomału i boleśnie, przeszło przez przełyk. Zapiłem potężnym kielichem wódki. Jakoś poszło!

 

CI WSPANIALI MĘŻCZYŹNI W SWYCH LATAJĄCYCH MASZYNACH

Firmy poszukujące złóż nie posiadają własnych samolotów, tylko niektóre gigantyczne górnicze kompanie mają własną flotę powietrzną. Pozostałe grupy w razie potrzeby korzystają z usług czarterowych (samolotów czy helikopterów). Niewielkie firmy usługowe znajdują się w każdym zakątku świata, dysponują zwykle kilkoma statkami powietrznymi, ale czasem tylko jedną latającą maszyną. Wśród pilotów i właścicieli (często jest to ta sama osoba) można spotkać wielu oryginałów, nietuzinkowe osobowości. Nie tylko ludzie, lecz także sprzęt używany przez nich był bardzo różny. Przypominali niekiedy bohaterów klasycznej angielskiej komedii „Ci wspaniali mężczyźni w swych latających maszynach”. Kilku z nich dokładnie zapamiętałem.

José – pilot i właściciel kilku małych samolotów w Asunción w Paragwaju – wyglądał jak drugorzędny mechanik z prowincjonalnego zakładu. Był poliglotą, słyszałem, jak płynnie rozmawiał w czterech językach, bywał na wszystkich kontynentach, umiał interesująco rozmawiać na dziesiątki tematów. Nie dbał o wygląd, zawsze przybrudzony, ze śrubokrętem w ręce, witał klientów łagodnym uśmiechem i miłym słowem w odpowiednim języku.

Zwykle był natychmiast gotów do lotu – wycierał ręce o przybrudzone dżinsy i wskazywał gotowy do startu jednosilnikowy, malutki, wysmarowany olejem samolocik (miał ich kilka), usadzał pasażerów na wygniecionych fotelach – i start. Nie zwracał nadmiernej uwagi na przepisy, nie obchodziły go pasy bezpieczeństwa pasażerów i tym podobne drobiazgi. Przed startem lubił przewietrzyć rozgrzaną słońcem maszynę, dlatego podczas kołowania po lotnisku uchylał drzwiczki samolotu (od swojej strony) i zatrzaskiwał je dopiero, gdy wzbijał się w powietrze. Ten niekonwencjonalny zwyczaj bardzo pomagał, klimatyzacja w samolotach José nie działała najlepiej. Za to silniki zawsze pracowały idealnie.

Koos (skrót od Jakobus, czyli po prostu Kuba), pilot z Johannesburga, wysoki, przystojny, elegancki, zawsze w śnieżnobiałej, odprasowanej koszuli, zachowywał się z dystansem i rezerwą. Sprawiał wrażenie idealnego pilota komercyjnych linii, obiektu westchnień nastolatek. Jego dwusilnikowa cessna była wypucowana i błyszcząca nawet po lądowaniach na nieutwardzonych lądowiskach w głębi buszu. Jego chłód i dystans były powodowane nieufnością do cudzoziemców, dość powszechną wśród rdzennych Afrykanerów. Kilkaset lat izolacji na peryferiach świata i niedawne wykluczenie w czasach apartheidu zostawiło ślady. Ale w bezpośrednim kontakcie lody szybko puściły. Po kilku kawach, wspólnych żartach o geologach i pilotach oraz wielu godzinach w ciasnej kabinie surowy szef transportu okazał się rozluźnionym, przyjacielskim i nieformalnym towarzyszem podróży. W pewnym momencie wskazał na wolne miejsce drugiego pilota i rzucił pytanie:

– Czy ktoś z was ma ochotę sobie polatać? Dziś, w dobrych warunkach, to jak jazda po autostradzie, każdy potrafi.

Głupio się przyznać, ale mieliśmy ochotę. Ten epizod miał pozostać między nami. I tak było aż do tej chwili…

Peter, Zambijczyk, pilotował dziesięcioosobową odrzutową cessnę citation, piękny, wygodny samolocik. Takie maszyny rzadko latają w afrykański interior, ale towarzyszyłem w wyprawie do wschodniej Zambii dyrektorom Anglo American, a szefowie takich kompanii podróżują w dobrym stylu. Milczący cały dzień Peter po kolacji wyraźnie się rozkręcił, bardzo interesująco i profesjonalnie opowiadał o swoim zawodzie. Do dziś pamiętam, jak z zapałem objaśniał, że odrzutowiec będzie gnał po ziemi, dopóki go pilot nie poderwie, a samolot śmigłowy przy odpowiedniej szybkości sam zaczyna lecieć. Był elokwentny i fachowy, nie bez powodu powierzano młodzikowi drogi sprzęt i szacownych dyrektorów.

Jadąc rano na lotnisko, pokazałem mu wyjątkowo dużego węża pełzającego po poboczu. Peter wpadł w panikę, przybladł.

– Po co mi go pokazałeś, to zły znak, nie trzeba teraz lecieć. Och, jaki zły omen, zły omen!

Był niezmiernie szczęśliwy, gdy opóźniliśmy odlot i wróciliśmy do miasteczka na spotkanie z lokalnymi władzami.

Jak głęboko w ludziach tkwią wierzenia z lat dziecinnych…

Najsilniejsze wrażenie pozostawili jednak „afgańcy” (weterani wojny w Afganistanie), trzech niepozornych facetów w średnim wieku. Nie pamiętam ich imion, spotkaliśmy się tylko raz. Pilotowali stary sowiecki helikopter Mi-8, który latał sprawnie, choć wnętrze było spartańskie: twarde drewniane ławki, smród paliwa i straszliwy hałas, który uniemożliwiał rozmowę.

Lecieliśmy na inspekcję prac poszukiwawczych w sercu Tien-szan w Kazachstanie. W wysokich górach helikopter z niehermetyzowaną kabiną musi latać poniżej wierzchołków. Nasz śmigłowiec z wariacką szybkością i niezwykłą precyzją przemykał między turniami, rwał przez obłoki mimo kilkumetrowej widoczności, bez wahania siadał na urwistych grzbietach, jeśli tylko było dość miejsca, by postawić na nim trzy koła helikoptera. Piloci przypomnieli sobie stare czasy wojny w wysokich górach, wpadli w amok, byli poza kontrolą: finezyjni i znakomici, ale margines bezpieczeństwa przekraczali bezustannie. Pasażerowie, którzy od lat latali śmigłowcami w różnych miejscach i warunkach, nie przeżywali dotąd podobnych podróży.

Obecny na pokładzie główny inwestor w projekty naszej kompanii komentował potem z angielskim humorem:

– Cholera, chłopaki, mogliście stracić głównego inwestora.

– Lecieliśmy razem, więc pewnie wszystkim byłoby wszystko jedno – ripostował szef naszej kompanii.

***

Anegdoty i historyjki związane z pracą w terenie to niewątpliwie najbarwniejsze elementy wspomnień geologów. Jednak cykl poszukiwań nie rozpoczyna się malowniczym wyjazdem, gdzie odziani w polowe stroje geolodzy wskakują do załadowanych sprzętem samochodów i ruszają w teren. Pierwszym krokiem nowego programu poszukiwawczego jest wybór rejonu poszukiwań. Jeśli leży on w obszarze poszukiwaczom nieznanym, odległym i obcym, wówczas pierwszy wyrusza „zwiadowca” (a właściwie specjalista od rozwoju projektów), doświadczony fachowiec, którego zadaniem jest sprawdzenie, czy teoretyczne informacje zebrane na temat danego rejonu odpowiadają rzeczywistości. W wielu wypadkach mogą to być odwiedziny konkretnego obszaru poszukiwań wystawionego na sprzedaż lub prezentowanego przez właścicieli szukających partnerów do eksploatacji. Wizyta obejmuje zwykle, oprócz wyjazdów w teren, liczne spotkania z administracją i ewentualnymi partnerami, a nawet wstępne negocjacje. Taka praca to nie tylko podróże. Grupa prowadząca ekspansję w nowe rejony zajmuje się także przybywającymi z zewnątrz potencjalnymi partnerami, zainteresowanymi inwestycjami w poszukiwania na terytorium gospodarzy. Jest to działalność odmienna od rutynowej pracy poszukiwacza, ale nie mniej ważna i interesująca.

 

OSTATNIA WIZYTA W ZSRR

W 1985 roku, tuż przed pierestrojką, minister górnictwa Zambii wyruszył do Moskwy, by omówić możliwość wspólnej budowy huty żelaza w swoim kraju. Zostałem członkiem delegacji, ponieważ nasza firma miała najlepsze dane dotyczące tamtejszych złóż żelaza.

Już przy wyjeździe z Zambii poczułem przedsmak nietypowej podróży. W sali VIP na lotnisku w Lusace delegacja oczekiwała mocno spóźnionego ministra. Po sali krążył znudzony ambasador ZSSR, zabijał czas pogwarkami z członkami delegacji, a towarzyszący mu sekretarz podpowiadał szeptem, kto jest kim. (Trzeba pamiętać, że w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku ZSRR jeszcze funkcjonował, a Polska trwała w obozie demoludów – państw demokracji ludowej zależnych od ZSRR).

Podchodząc, zmierzył mnie surowym wzrokiem, lecz zagaił łaskawie:

– A wy Polak, taaak? Czemuż to unikacie poselstwa do bratniego kraju?

(Ile celnych odpowiedzi, jakie świetne riposty przychodzą do głowy opisującemu wydarzenie po fakcie. W rzeczywistości trudno w sekundę znaleźć oryginalną odpowiedź. Tak było i w tym momencie).

– Nikt mnie nie zaprasza, a bez zaproszenia odwiedzać niegrzecznie – odpowiedziałem.

– Zaprosić – mruknął ambasador do sekretarza i oddalił się bez dalszych słów. Chyba uznał, że mogę być zarażony Solidarnością.

Zaproszenia dotąd się nie doczekałem.

Wizyta była sprawnie zorganizowana, w Moskwie mieszkaliśmy w rządowym „domu gościnnym”, wszędzie nas wożono, mieliśmy kilku „opiekunów”, którzy dbali o sprawną organizację. A słabostki gości umieli wykorzystywać. Minister z Zambii kochał splendor, więc wożono go wszędzie ogromną luksusową limuzyną Czajka produkcji sowieckiej, w eskorcie motocyklistów z migającym światełkami. Ten drobiazg wystarczył, aby minister polubił gospodarzy, chociaż… filmy o Bondzie znał i naradzał się z nami w łazience, półgłosem, przy odkręconych kranach. Rozmowy międzypaństwowe szły gładko i miały być zakończone podpisaniem umowy za kilka miesięcy w Lusace. Kontynuacji nie było, rozpadł się ZSRR.

Nasi bezpośredni „opiekunowie” nie ukrywali zbytnio swoich obowiązków. Raz tylko wyszedłem na samotny wieczorny spacer; na pierwszym skrzyżowaniu spotkałem jednego z „opiekunów”, a na drugim sam do niego podszedłem.

– Coś nie tak? – spytałem.

– Chciałbym już iść do domu, są urodziny syna – odpowiedział. – Powiedz, czego chcesz: do sklepu dowieziemy, alkohol dostarczymy, dziewczynę przywieziemy. Mów, czego ci trzeba, tylko nie chodź sam wieczorem po mieście.

Wróciłem do pokoju.

Do Zambii leciałem sam, delegacja pojechała do Londynu, lecz ja wypełniłem już swoje zadanie. Opiekun odwiózł mnie na lotnisko, doprowadził do punktu kontroli paszportów (bez kolejki) i odjechał. Wtem utknąłem w przejściu przy paszportowym okienku, zamknięty z obu stron przez chromowane barierki. Oficer długo oglądał mój paszport, po czym wezwał przełożonego. Obydwaj przeglądali uważnie cały dokument. Żartowaliśmy z towarzyszącym mi dyplomatą zambijskim na temat mojego niepewnego losu, bezpłatnej podróży na Syberię itp. Nagle wyraźnie zirytowany naszym dobrym humorem oficer paszportowy warknął przez zęby:

– Towarzyszu, tu się nie żartuje.

Po czym wrzucił mój paszport do niepozornego otworu w pulpicie. Sprawa zaczynała wyglądać poważnie, a ja nie miałem pojęcia, o co chodzi. Tkwiłem na kawałku ziemi niczyjej, pomiędzy groźnym terytorium sowieckim a eksterytorialnym kawałkiem lotniska, w okienku paszportowym pojawiali się coraz to inni oficerowie – każdy kolejny miał jeszcze więcej złota na naramiennikach. Trwało to w nieskończoność, pasażerów już wywołano do samolotu, a ja ciągle stałem. Na moje pytania nikt nie odpowiadał, nie istniałem. Nagle ostatni z przybyłych, siwowłosy, wyraźnie najstarszy rangą, wysłuchał komentarzy, rzucił przez telefon jakieś pytanie i rzekł:

– Nu, puskaj.

Odetchnąłem, pojawił się paszport, barierka opadła. Pan w okienku odzyskał mowę – wyjaśnił, że przy wjeździe, gdy stemplowano paszporty całej delegacji, zapomniano wbić pieczątkę „wjazd” do mojego paszportu i formalnie byłem nielegalnym gościem.

To była jedyna moja podróż z Zambii do Moskwy. Gdy pierestrojka nabrała pędu, o projekcie zapomniano.

 

WRAŻENIA Z RUMUNII PRZED I PO CEAUŞESCU

Bukareszt odwiedziłem w końcu listopada 1989 roku, gdy prowadziliśmy rozmowy o wspólnej (zambijsko-rumuńskiej) budowie nowej kopalni miedzi na terenie Copperbeltu. Kilka tygodni po naszej wizycie reżym Ceauşescu upadł, a wraz z nim upadła idea współpracy z Zambią. Rozmowy były nieciekawe, w Bukareszcie czuło się niepokój, uwaga oficjeli była skupiona na wewnętrznej sytuacji kraju.

Ciekawe, choć przerażające było ogólne wrażenie. Strach paraliżował Bukareszt, trudno było z kimkolwiek porozmawiać. Przyjmowali nas pracownicy rumuńskiego przedsiębiorstwa górniczego, które działało w Zambii. Dobrze znałem tych ludzi, w Zambii utrzymywaliśmy normalne kontakty służbowe i towarzyskie. W Bukareszcie byli inni, ostrożni, rozmawiali z rezerwą, spotykali się zawsze w grupie, ponieważ musieli mieć świadka rozmów z cudzoziemcami. Indywidualne spotkanie z obcokrajowcem mogło prowadzić do natychmiastowego aresztu.

W mieście nie było prądu, ulice tonęły w ciemności, pokój reprezentacyjnego hotelu oświetlała pojedyncza żarówka o mocy 60 wat. Na wystawie każdego sklepu stały fotografie Ceauşescu, na wystawach księgarń – wyłącznie książki wodza; w centrum Bukaresztu dominował gigantyczny Pałac Ludu, monumentalna siedziba Ceauşescu (obecnie Pałac Parlamentu). Kompletna paranoja. Takiego kultu jednostki nie widziałem ani wcześniej, ani później. Mam także nadzieję, że nic takiego już nie zobaczę.

Według Iona Pacepy Ceauşescu miał do dyspozycji 39 willi zbudowanych w każdym okręgu Rumunii. Kilka lat później mieszkałem w takiej rezydencji w Deva. Wyposażona w marmurowe wanny, rzeźbione meble z egzotycznego drewna i ładne parkiety, była po prostu brzydkim domem w nowobogackim złym guście. Budynek ten kupiła firma górnicza, która sposobiła do eksploatacji starą kopalnię złota, zwaną Rosia Montană (Czerwona Góra). Właścicielem był Frank, Australijczyk rodem z Rumunii. Opowiedział pewnego wieczoru swą historię, która – jeśli prawdziwa – jest fascynująca.

Ojciec Franka, inżynier górnik, krnąbrny pracownik, próbował organizować strajk i przepadł bez wieści. Wkrótce zmarła matka i w wieku trzynastu lat Frank został sierotą. Postanowił emigrować na Zachód. Próba przejścia przez zieloną granicę skończyła się wpadką. Pogranicznicy zlitowali się nad chłopakiem, sprali go pasem, ale nie przekazali Securitate. Mimo obolałego siedzenia, Frank spróbował jeszcze raz i przeszedł. Z obozu dla uchodźców we Włoszech trafił do Australii. Był nurkiem – poławiaczem pereł w Broome, w Australii Zachodniej. Zarobione pieniądze zainwestował w pociągi drogowe – olbrzymie ciężarówki z kilkoma przyczepami, które przemierzają australijski interior (chociaż nie mają wstępu do większych miast). Po wyswobodzeniu Rumunii z łap Ceauşescu Frank sprzedał dobrze prosperujący biznes transportowy i pojechał do Rumunii. Tutaj ożenił się z córką ministra górnictwa i wykorzystując rodzinne koneksje, inwestował w tę gałąź gospodarki. Barwna postać – przystojny, wymowny, energiczny przedsiębiorca, zawdzięczający wszystko własnej pracy. Czasami nawet budził zaufanie.

Reprezentowałem firmę z RPA, dyskutowaliśmy możliwości współpracy. Frank i kilku przybyłych z nim Australijczyków pracowali normalnie. Miejscowych pracowników ciągle paraliżował strach – mimo że Ceauşescu i jego aparat ucisku byli już historią. Każdą informację o złożu trzeba było wydobywać omalże siłą. Główny inżynier mawiał:

– Za przekazanie wam informacji, którą właśnie otrzymaliście, przed kilku laty poszedłbym pod ścianę. Wszelkie wiadomości o złocie były ściśle tajne. Trudno odwyknąć.

Nie kontynuowaliśmy współpracy – udziały w kopalni Franka okazały się zbyt małe, aby uzasadnić wejście dużego koncernu na zupełnie nowy teren.

 

JEGO EKSCELENCJA PREZYDENT DOKTOR KENNETH…. TOWARZYSZ KAUNDA

[zapowiedź spikera telewizji zambijskiej po żądaniu prezydenta, aby opuszczać zbędne formy i tytułować wszystkich po prostu towarzysz (comrade)]

 

Prezydenta Kaundę spotkałem przy okazji organizowania w Zambii międzynarodowej konferencji geologicznej, nazwanej „Proterozoik’84”. Jednym z jej celów było ściągnięcie do Zambii maksymalnej liczby geologów z zagranicy, przedstawienie surowcowego potencjału tego kraju i możliwości inwestowania w poszukiwania geologiczne i wydobycie kopalin. Urząd prezydenta był wtedy zainteresowany ociepleniem stosunków z RPA i zezwolił nam (organizatorom) na zaproszenie gości z tego kraju. Wówczas był on jeszcze bojkotowany na arenie międzynarodowej, więc nikt nie spodziewał się takiego gestu. W rezultacie do Lusaki przybył tłum południowoafrykańskich geologów szukających kontaktu z niedostępną im Afryką, położoną na północ od rzeki Limpopo. Konferencja była ciekawa i udana. Prezydent przybył na zakończenie imprezy i oczarował wszystkich gości, szczególnie tych z RPA. Rozluźniony, uśmiechnięty, krążył wśród uczestników ze szklanką soku w ręce (był abstynentem), żartował, pytał o wrażenia, wznosił toasty, nie prawił morałów. W pół godziny zrobił Zambii lepszą reklamę niż wielodniowe konferencje lub najlepsze prezentacje.

Kenneth Kaunda był niewątpliwie charyzmatycznym przywódcą, świetnie przemawiał, nawiązywał kontakt za słuchaczami, umiał bawić tłum. Potrafił przerwać przemówienie i zanucić, gdy zauważył znudzenie słuchaczy. W bliskim kontakcie był zaskakująco bezpośredni. Wraz z Juliusem Nyerere, Kwame Nkrumahem, Ahmedem Sekou Touré, Jomo Kenyattą, Hastingsem Kamuzu Bandą należał do grupy pierwszych przywódców Afryki, którzy wywarli – lepszy lub gorszy – wpływ na historię kontynentu. Nie wszystko w niepodległej Zambii świetnie się udało, ale kraj uniknął wojen, rozruchów i głębokich problemów ekonomicznych. Prezydent, w przeciwieństwie do wielu innych przywódców Afryki, nie używał terroru, w końcu sam przekazał władzę następcy.

 

ZA KULISAMI ZAMBIJSKIEGO PARLAMENTU

Zwykły dzień pracy w biurze w Lusace przerwał telefon od szefa.

– Masz się zjawić w parlamencie za pół godziny – oświadczył. – Wzywa cię minister górnictwa, który za chwilę wygłasza exposé. Dowiesz