Ścianka działowa - Izabela Sowa - ebook + książka

Ścianka działowa ebook

Izabela Sowa

0,0
12,81 zł

Opis

Dionizy wraca ze szkoleń i zastaje duży pokój przedzielony ścianką z gips-kartonu. Niebawem dostrzega kolejne zmiany, równie subtelne jak jego żona i na tyle niepokojące, by podejrzewać zdradę. Chcąc dowiedzieć się prawdy, mężczyzna dociera do ekscentrycznej detektywki Matki Polki, zwanej Brzytwą. W zamian za spełnienie trzech warunków Brzytwa funduje mu jazdę bez trzymanki i dowozi aż na krawędź przepaści, skąd nie ma już powrotu...

Ścianka działowa” rozpoczyna serię „po brzytwie”, powieści o pozornie błahych zdarzeniach, których daleko idące skutki odkrywa bezkompromisowa detektywka. Nie ma tu efektownych zbrodni, wiader krwi czy flaków zwisających z żyrandola. Ktoś jednak umiera: nadzieja, zaufanie, a czasem człowiek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 200




Copyright © Izabela Sowa

 

Wydawca: Wydawnictwo IS

www.wydawnictwois.pl

 

Warszawa 2016

ISBN 978-83-65718-18-1

 

Wydanie autorskie

Redakcja:Marcin Potrzeba

Projekt okładki: Tomasz Argasiński

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Proszę wybaczyć,że brak mi sił o ciebie walczyć.

I tak już jest, że drogo płaci ten,który wybrał nic nie tracić.

Czesław Mozil, „W sam raz”

Rozdział 1.

– W Huci tłu­ką po ne­rach, żeby śla­du nie było, ci z Kur­wa­no­wa zdra­dza­ją. Jadą na Ba­gry i po krza­kach ta­kie rze­czy… – Baba od zie­leb­ców chwy­ci­ła się za gło­wę. – Słów bra­ku­je, żeby to na­zwać. To któ­re­go ogó­ra­sa wa­ży­my, ko­cha­niut­ka?

Dama z yor­kiem w roli ła­sicz­ki wska­za­ła in­te­re­su­ją­cy ją okaz. Sie­dem­na­ście cen­ty­me­trów, śred­ni­ca pięć, żad­nych prze­bar­wień. Praw­dzi­wy Da­vid Bec­kham wśród ogór­ków; im­po­nu­ją­cy na­wet dla do­świad­czo­nej w sie­ka­niu mi­ze­rii damy.

– Ten może być – szep­nę­ła, de­li­kat­nie się za­ru­mie­niw­szy. – I jesz­cze pę­czek szklar­nio­wych rzod­kie­wek.

– Do­bry wy­bór! – po­chwa­li­ła baba i wró­ci­ła do po­nu­rej wy­li­czan­ki. – Chło­py z Grze­gó­rzek, zno­wuż, to ci mają trzy ręce, bo jed­ną eks­tra przy du­pie do ści­ska­nia go­tów­ki…

– Zo­sta­ją jesz­cze dwie – za­uwa­żył eme­ryt z Grze­gó­rzek, ner­wo­wo na­cią­ga­jąc na po­ślad­ki old­sku­lo­wą wia­trów­kę po wnucz­ku gim­na­zja­li­ście.

– Obie lewe! – huk­nę­ła baba, się­ga­jąc po wa­ni­lio­wą cy­ga­ret­kę. – Tyl­ko im do­noś, a to, a tam­to. Ob­słu­ga ful­ser­wis na okrą­gło i jesz­cze pil­nuj, czy ci z domu nie wy­kra­da krysz­ta­łów, żeby po­wy­mie­niać na por­nu­sy.

– A nie my­śla­ła pani o cu­dzo­ziem­cach?

– Jesz­cze gor­si! Je­den taki Ho­len­der van Coś­tam to ci swo­ją żonę w chle­wi­ku trzy­mał i tu­czył żół­tym se­rem. Sple­śnia­łym! A pie­trusz­ki, pani ko­cha­na, nie chcesz? Po­li­czę dwie za jed­ną. Już pa­ku­ję!

– Zno­wu Niem­ce to per­wer­sy – wtrą­ci­ła są­siad­ka baby, han­dlu­ją­ca cy­tru­sa­mi. – Tyl­ko do Taj­lan­dii jeż­dżą, na sek­stu­ry­sty­kę. Z dzieć­mi, żół­ty­mi jak… – zni­ży­ła głos – pro­szę ja cie­bie, nie­doj­rza­ły po­ma­rańcz.

– Coś ta­kie­go – zmar­twi­ła się dama z ła­sicz­ką. – To jesz­cze po­pro­szę czte­ry po­mi­dor­ki, ale czer­wień­sze.

– Za­raz zwa­ży­my, ko­cha­niut­ka. O An­gli­kach bym mar­ne­go sło­wa nie rze­kła, żeby tak nie pili. Ale piją – gorz­ko cią­gnę­ła baba, wol­ną od pa­pie­ro­sa dło­nią pod­li­cza­jąc na­leż­ność. – Dla­te­go po­sta­no­wi­łam: ko­niec z fa­ce­ta­mi. Raz na za­wsze.

– Chciał­bym wie­dzieć, kie­dy był po­czą­tek – szep­nął do sie­bie eme­ryt.

– A cóż to Pana tak in­da­gu­je! Przyj­dzie taki i za­cze­pia nie­win­ną ko­bi­tę. Dla­te­go chłop­stwa nie zno­szę. Jak ro­ba­li! I będę tę­pić, tę­pić bez li­to­ści!

*

Zna­ko­mi­cie! Te­raz Dio­ni­zy po­dej­dzie i za­py­ta, gdzie mógł­by zna­leźć Brzy­twę. A je­śli baba wyj­mie swo­ją i chla­śnie po dżin­sach, od­ci­na­jąc do­rod­ne śliw­ki jego ją­der? Może le­piej wy­co­fać się za­wcza­su, nie ry­zy­ku­jąc ro­do­wych klej­no­tów? Ale prze­cież wie­dział, co go cze­ka. Ma­rian – mów mi Lans – De­be­ściak, sta­ry kum­pel i sze­fu­nio w jed­nym, ostrze­gał, jak bę­dzie.

– Naj­pierw pod­cho­dy ni­czym na ko­lo­niach dla szó­sto­kla­si­stów. Głu­pie za­da­nia i dziw­ne sztucz­ki nie­god­ne cza­su praw­dzi­we­go męż­czy­zny. Ale kie­dy wresz­cie do­trzesz do Brzy­twy – Lans bez­wied­nie po­tarł kciu­kiem krót­ką li­nię ser­ca prze­ci­na­ją­cą wnę­trze jego za­dba­nej, dy­rek­tor­skiej dło­ni – cóż, bę­dzie bo­la­ło.

– Ża­łu­jesz?

– Nie mia­łem wy­bo­ru. Jesz­cze ty­dzień, dwa i nor­mal­nie bym się wy­koń­czył.

– Z po­wo­du kota? – zdu­miał się Fio­troń. De­be­ściak wspo­mniał mu kie­dyś, że spra­wa do­ty­czy­ła ła­cia­te­go da­chow­ca, któ­rym opie­ko­wał się pod nie­obec­ność ku­zyn­ki. A może to ona opie­ko­wa­ła się ko­tem De­be­ścia­ka, Fio­troń sam już nie wie.

– Słu­chaj, sta­ry, i tak wy­chla­pa­łem ci za dużo. Gdy­by nie to, że w pierw­szej kla­sie od­da­łeś mi swo­je uko­cha­ne lego, a we wrze­śniu… – De­be­ściak za­wie­sił głos, za­sta­na­wia­jąc się, czy war­to po­ru­szać tam­ten, w grun­cie rze­czy bła­hy in­cy­dent w Sar­mac­kich Wy­wcza­sach.

De­be­ściak prze­bie­rał no­ga­mi już od maja. Że „ko­niecz­nie mu­si­my się wy­brać do smo­czej jamy”, że po to wła­śnie wró­cił ze Szwe­cji, cho­ciaż tyle mu pła­ci­li na pla­ców­ce w Mal­mö. Jesz­cze kil­ka lat, a był­by bo­ga­ty jak troll. Ale ko­niec le­niu­cho­wa­nia, pora wstać z wy­god­ne­go fo­te­la, sza­ble w dłoń, na koń i do boju!

– Po­ka­żę ci sta­ry, jak się wła­da ostrą bro­nią. A przy oka­zji prze­płu­cze­my ząb mą­dro­ści do­brym pol­skim ja­rzę­bia­kiem. Ja sta­wiam! – ku­sił De­be­ściak.

Co praw­da ostat­nią ósem­kę stra­cił tuż po obro­nie li­cen­cja­tu, ale od cze­go wy­obraź­nia. Zresz­tą wód­ka to tyl­ko na roz­grzew­kę. Na­praw­dę cho­dzi o zdro­we Po­la­ków sie­ka­nie. Tak dłu­go roz­mięk­czał gli­nia­sty opór pod­wład­ne­go i kum­pla opo­wie­ścia­mi o atrak­cjach cze­ka­ją­cych ich spra­gnio­ne pa­ła­sze, że raz ko­zie śmierć, Fio­troń uległ. Pój­dzie, zgo­da, ale tyl­ko w cha­rak­te­rze życz­li­we­go ob­ser­wa­to­ra, za­strzegł na­tych­miast.

– Ro­zu­miesz chy­ba, że w mo­jej sy­tu­acji. Żona…

– Co tam żona. A du­chy te­ściów? Wścib­scy są­sie­dzi? Obu­rzo­na opi­nia pu­blicz­na? Me­dia szu­ka­ją­ce ta­niej sen­sa­cji? I nade wszyst­ko wła­sne od­bi­cie w lu­strze! – De­be­ściak zro­bił prze­ra­żo­ną minę. – Dla­te­go masz u mnie sto punk­tów za od­wa­gę, sta­ry. Oraz gwa­ran­cję nie­ty­kal­no­ści. No chy­ba że zmie­nisz zda­nie. Wte­dy Lans bę­dzie zły!

Na­za­jutrz wy­szu­ka­li dwa klu­by biz­nes­me­na w oko­li­cach Bro­no­wic.

– Jed­na smo­cza jama to za mało, tyle we mnie żaru – oznaj­mił De­be­ściak, kle­piąc się po roz­por­ku.

Na pierw­szy ogień po­szły Sar­mac­kie Wy­wcza­sy, gdzie za­ofe­ro­wa­no naj­szer­szy wa­chlarz nie­ko­niecz­nie wy­kwint­nych roz­ry­wek, a na de­ser – go­rą­cy bi­gos. Albo żur, je­śli kto chciał uzu­peł­nić po­ziom utra­co­nych w bo­jach so­ków. Wkro­czy­li wi­ta­ni mrocz­nym uśmie­chem kar­to­fla odzia­ne­go w ochro­niar­ski uni­form A.D. 1612. Z ko­ry­ta­rzy­ka oświe­tlo­ne­go łań­cu­chem lam­pek sty­li­zo­wa­nych na ło­jo­we świecz­ki wy­pły­nę­ła wła­ści­ciel­ka Wy­wcza­sów, buj­na ka­ra­we­la w prze­bra­niu Pod­sto­li­ny. Oba ko­stiu­my wy­po­ży­czo­no przed laty z te­atral­nej gar­de­ro­by. Po mie­sią­cu wła­ści­ciel upo­mniał się o ich zwrot, ale nie­za­po­wie­dzia­na wi­zy­ta kar­to­fla prze­ko­na­ła go, by uznać stro­je za drob­ny po­da­ru­nek. W za­mian otrzy­mał za­pro­sze­nie na so­bot­nie igrasz­ki w sta­ro­pol­skim ja­cuz­zi (ze zniż­ką na ma­saż kró­lo­wej Ma­ry­sień­ki). O dzi­wo, po­dzię­ko­wał.

– Wi­ta­my Wiel­moż­nych Pa­nów! Za­pra­sza­my na po­ko­je! – ćwier­ka­ła Pod­sto­li­na, mru­ga­jąc fi­ra­na­mi sztucz­nych rzęs. – Si­kor­ki już cze­ka­ją w błę­kit­nym sa­lo­nie.

– No, sta­ry – szep­nął De­be­ściak, pod­krę­ciw­szy wy­ima­gi­no­wa­ne­go wąsa. – Pora chwy­cić byka za jaja i po­ka­zać.

– Chwy­cim, a jak­że, chwy­cim – za­pew­ni­ła Pod­sto­li­na, pro­wa­dząc ich do sa­lo­nu. – Ści­śniem tak, że nam wszyst­kim po­ka­że. Ale naj­pierw po­wi­tal­na wó­decz­ka.

Roz­la­no stol­ni­ka. Po trze­ciej set­ce Pod­sto­li­na uzna­ła, że naj­wyż­szy czas przed­sta­wić si­kor­ki.

– A oto praw­dzi­wa mi­strzy­ni buz­dy­ga­nu – wska­za­ła moc­no nad­kru­szo­ną tu i tam sza­tyn­kę. – Do­świad­czo­na ni­czym sła­wet­na Ewa Pier­do­lon­ka.

Nie da się ukryć, po­my­ślał Fio­troń, z prze­ra­że­niem ob­ser­wu­jąc mi­strzy­nię krą­żą­cą do­oko­ła ich dżin­sów mar­ki Die­sel. Czyj buz­dy­gan wy­bie­rze? Niech to bę­dzie De­be­ściak, niech bę­dzie, za­kli­nał los, bo­ha­ter­sko się uśmie­cha­jąc. Los dał się upro­sić; mi­strzy­ni ob­ra­ła wła­ści­wy cel. Le­d­wie jed­nak chwy­ci­ła ofia­rę za roz­pa­lo­ny do bia­ło­ści roz­po­rek, stał się cud. Jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki De­be­ściak roz­pły­nął się w po­wie­trzu, zo­sta­wia­jąc po so­bie sub­tel­ną smuż­kę naj­now­sze­go ken­zo. I Fio­tro­nia zmie­nio­ne­go w bry­łę soli. Se­kun­dę póź­niej usły­sze­li od­jeż­dża­ją­cą z pi­skiem be­em­kę. Fio­troń na­tych­miast od­zy­skał swo­bo­dę ru­chów, uiścił ra­chu­nek (sto zeta plus eks­tra za sta­ro­pol­skie po­wi­ta­nie) i po­gnał do tram­wa­ju. Ni­g­dy nie wspo­mi­na­li tam­tej so­bot­niej wy­pra­wy. De­be­ściak, zgod­nie z wy­zna­wa­ną od przed­szko­la za­sa­dą, że tłu­ma­czą się tyl­ko nie­win­ni. Fio­troń zaś z oba­wy, by nie stra­cić je­dy­ne­go przy­ja­cie­la. I przy oka­zji cie­płej po­sad­ki; był prze­cież świad­kiem… nie, nie cho­dzi wca­le o rej­te­ra­dę, a o to, co się zda­rzy­ło kil­ka se­kund wcze­śniej. Kie­dy Pier­do­lon­ka do­ko­na­ła słusz­ne­go wy­bo­ru, Fio­troń, ode­tchnąw­szy z ulgą, zwró­cił lek­ko gło­wę w stro­nę Lan­sa. Może chciał mu po­gra­tu­lo­wać albo do­dać otu­chy, sam już nie pa­mię­ta. Na­gle do­strzegł spoj­rze­nie De­be­ścia­ka i ska­mie­niał. W ja­sno­błę­kit­nych, pu­stych na ogół oczach kum­pla Dio­ni­zy do­strzegł roz­pacz bła­zna, któ­ry do­tarł na kra­wędź prze­pa­ści i uświa­do­mił so­bie, że nic już nie ma sen­su, żad­ne gier­ki, wy­głu­py ani po­pi­sy. A sko­ro nie, czy war­to cią­gnąć tę far­sę? Nie skacz, krzyk­nął w my­ślach Fio­troń. De­be­ściak pod­niósł znu­żo­ną twarz i na­gle zro­zu­miał, że Fio­troń wie. Usi­ło­wał się na­pręd­ce uśmiech­nąć, co przy­po­mi­na­ło nie­udol­ne pró­by wcią­gnię­cia przy­cia­snych sli­pów jed­ną (tę rza­dziej uży­wa­ną) dło­nią, a chwi­lę póź­niej znikł, nie­mal bez śla­du.

Na­za­jutrz uda­wał ra­do­sne­go jak za­wsze, ale Fio­troń nie dał się zwieść po­zo­rom. Z do­świad­cze­nia wie­dział, że nic tak nie nisz­czy przy­jaź­ni jak dług wdzięcz­no­ści za­cią­gnię­ty u wła­sne­go bos­sa. Na­wet je­śli to daw­ny kum­pel z pia­skow­ni­cy. Na szczę­ście De­be­ściak sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia, pół roku póź­niej spła­ca­jąc wszyst­ko wraz z od­set­ka­mi. Kie­dy nada­rzy­ła się ta wła­ści­wa oka­zja, pod­po­wie­dział Fio­tro­nio­wi, gdzie szu­kać ra­tun­ku. Brzy­twa, rzu­cił szep­tem, ide­al­ne roz­wią­za­nie dla to­ną­cych. Uczci­wie przy tym ostrzegł, że moż­na się za­ciąć.

– Ale war­to pró­bo­wać – do­dał szyb­ko, wrę­cza­jąc na­miar na zie­leb­co­wą babę.

Żad­nych in­nych wska­zó­wek, wes­tchnął Fio­troń, usi­łu­jąc do­trzeć do tej, któ­ra mia­ła mu po­móc. Któ­ra na pew­no mu po­mo­że, o ile tyl­ko on, Dio­ni­zy F. speł­ni wszyst­kie wa­run­ki. Na ra­zie prze­szedł trzy pró­by i miał wra­że­nie, że tuła się po gi­gan­tycz­nym urzę­dzie mia­sta, od­sy­ła­ny z po­ko­ju do po­ko­ju przez zi­ry­to­wa­ne jego py­ta­nia­mi urzęd­nicz­ki. Żeby cho­ciaż wie­dział, jak owa Brzy­twa wy­glą­da. Może to uła­twi­ło­by po­szu­ki­wa­nia.

– Wy­pa­try­wał­byś jej na uli­cy? – za­re­cho­tał De­be­ściak, za­raz jed­nak spo­waż­niał i gła­dząc się po cen­trum do­wo­dze­nia, usi­ło­wał zna­leźć od­po­wied­nie sło­wa opi­su­ją­ce apa­ry­cję po­szu­ki­wa­nej. – Więc, moc­no uprasz­cza­jąc, sta­ry, to po­wiedz­my… czer­wo­na to­yo­ta Hi­lux. To­por­na, bez wdzię­ku, trzę­sie jak dia­bli, ale za­wie­zie cię aż na dno, a stam­tąd za­wsze ła­twiej się od­bić. Zresz­tą sam się prze­ko­nasz, kie­dy już prze­krę­cisz klu­czyk w sta­cyj­ce.

*

– Słu­cham – nie­cier­pli­wi­ła się baba, od­pa­la­jąc od są­siad­ki ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. – Pan ży­czy…

– Ki­lo­gram sy­cy­lij­skich po­mi­do­rów, dwie świe­że figi, pięć doj­rza­łych li­mo­nek, awo­ka­do, spo­re­go ba­kła­ża­na i li­tro­wy sło­ik mio­du spa­dzio­we­go – wy­rzu­cił jed­nym tchem Dio­ni­zy. A niech tam, trud­no. Trze­ba się ja­koś wku­pić w ła­ski in­for­ma­to­ra. Przy oka­zji za­sko­czy żonę, zwłasz­cza mio­dem, na któ­ry są obo­je uczu­le­ni.

Bez sło­wa się­gnę­ła po słój. Ani cie­nia sym­pa­tii, o sza­cun­ku na­leż­nym klien­to­wi nie wspo­mi­na­jąc. Choć tak się sta­rał ba­bie za­im­po­no­wać, wy­bie­ra­jąc pro­duk­ty z jej naj­wyż­szej pół­ki. Na­wet rot­twe­iler dał­by się zmięk­czyć, ale nie ona. Mu­siał­by ją chy­ba po­łech­tać sam Da­vid Cop­per­field. A i to ukrad­kiem, sto­su­jąc so­bie tyl­ko wia­do­me sztucz­ki.

– Coś jesz­cze?

– Ow­szem. Po­pro­szę pacz­kę su­szo­nych ba­na­nów, czo­snek niedź­wie­dzi, dwa po­me­lo, świe­ży roz­ma­ryn, duży pę­czek ko­per­ku i wska­zów­kę, jak do­trzeć do… do Brzy­twy – wy­du­kał wresz­cie, za­sło­niw­szy gru­bym port­fe­lem oko­li­ce ją­der.

– Do Brzy­twy? Po­lki zna­czy? To naj­le­piej przez chrzest­ną.

– A do tej chrzest­nej jak?

– Ci­cho, wła­śnie my­ślę. – Baba wzię­ła głę­bo­kie­go ma­cha, przy­mru­ża­jąc lewe oko. – Pój­dziesz pan na bus, co leci spod kar­fu­ra przy Za­ko­pian­ce, i po­cze­kasz na kurs do My­śle­nic. Wy­pa­truj pan ta­kiej wy­so­kiej, sma­gła­wej, z ogrom­nym afro.

– Na gło­wie?

– Na ko­la­nach. – Baba prze­wró­ci­ła oczy­ma. – Wia­do­mo gdzie, tyl­ko wam, chło­pom jed­no w gło­wie.

– Prze­pra­szam – bąk­nął, ku­ląc się za górą cy­tryn.

– Więc ta chrzest­na, za­pa­mię­taj pan, wy­so­ka, sma­gła, z afro NA GŁO­WIE, zwy­kle bie­rze ostat­ni kurs po Ja­nusz­ku. Po­dej­dziesz pan do niej, ku­pisz bi­let do My­śle­nic, nor­mal­ny, nie ulgo­wy, i do­pie­ro wte­dy za­py­tasz o Brzy­twę. W tej ko­lej­no­ści.

– Do­brze.

– Na tra­sie po­wie, co da­lej. No, to ra­zem dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć, dwa­dzie­ścia sie­dem. Niech bę­dzie dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć. Ra­ba­cik – oznaj­mi­ła to­nem kró­lo­wej pod­pi­su­ją­cej pierw­szy w tym roku akt uła­ska­wie­nia.

– Na­praw­dę dzię­ku­ję. Z ca­łe­go ser­ca. – Fio­troń wrę­czył pie­nią­dze i już miał ru­szyć z ko­py­ta, kie­dy baba osa­dzi­ła go jed­nym ostrym „zara”.

– Tak? – za­py­tał z trwo­gą w gło­sie.

– Za­ku­pów żeś pan za­po­mniał. To są wła­śnie chło­py. Bez gło­wy, nie dzi­wo­ta, że jaja rzą­dzą.

*

Mógł­by po­le­mi­zo­wać w kwe­stii jaj, ale po co? Wal­ka z cha­mem nie ma żad­ne­go sen­su, bo ten naj­pierw spro­wa­dzi nas do swo­je­go po­zio­mu, a po­tem roz­ło­ży na ło­pat­ki, wy­ko­rzy­stu­jąc prze­wa­gę wie­lu lat do­świad­cze­nia. Dla­te­go Fio­troń zro­bi to, co dla hi­gie­ny psy­chicz­nej naj­lep­sze: po­trak­tu­je babę od zie­leb­ców przed­mio­to­wo ni­czym in­for­ma­tor­kę w grze kom­pu­te­ro­wej. Uzy­skać od­po­wied­nie wska­zów­ki, za­pła­cić, ile trze­ba i wsko­czyć na wyż­szy po­ziom. Naj­waż­niej­sze to pa­trzeć w przy­szłość i ro­bić swo­je. Dzię­ki temu moż­na osią­gnąć na­praw­dę wie­le. On i Szar­lo­ta są tego ży­wym do­wo­dem. Po­tra­fi­li pla­no­wać. W ostat­ni dzień wa­ka­cji już wie­dzie­li, gdzie po­ja­dą zimą na nar­ty. W no­wo­rocz­ny po­ra­nek, na lek­kim kacu, ob­my­śla­li szcze­gó­ły na­stęp­ne­go Syl­we­stra, tuż przed Za­dusz­ka­mi ro­bi­li wio­sen­ne po­rząd­ki. Ostat­nio jed­nak… dziw­na spra­wa, kie­dy spy­tał Szar­lo­tę, co z Mi­ko­ła­jem, od­burk­nę­ła, że wy­ro­sła z dzie­cin­nych igra­szek. Wpraw­dzie za­raz do­da­ła, że mogą so­bie spra­wić akwa­rium, ale w jej gło­sie nie było daw­ne­go en­tu­zja­zmu. Wła­śnie dla­te­go Dio­ni­zy tkwi te­raz we mgle, pią­tą noc z rzę­du wy­cze­ku­jąc na chrzest­ną Brzy­twy. Czy ją roz­po­zna? No ra­czej; nie­wie­le ko­biet pro­wa­dzi busy, zwłasz­cza o tak póź­nej po­rze. Spo­rą na­dzie­ję po­kła­dał też w afro. Ta­kiej fry­zu­ry, na gło­wie czy gdzie in­dziej trud­no dziś nie za­uwa­żyć.

O, coś je­dzie, za­raz bę­dzie wia­do­mo, czy cze­ka go ko­lej­na noc we mgle. Bus za­ha­mo­wał ostro, Fio­troń na­tych­miast pod­biegł, szarp­nął za drzwicz­ki i zer­k­nął. Bin­go! Wgra­mo­lił się więc do środ­ka, z tru­dem prze­dzie­ra­jąc się przez sia­ty z za­ku­pa­mi i gę­stwi­nę afry­kań­skie­go bu­szu. Jed­nak to nie fry­zu­ra chrzest­nej zro­bi­ła na nim naj­więk­sze wra­że­nie, a wąsy. Ciem­ne i nad po­dziw, rzekł­byś po mę­sku, ob­fi­te. Fio­troń przy­po­mniał so­bie te­raz, że kie­dy już od­cho­dził z za­ku­pa­mi, baba na­po­mknę­ła o wą­sie. Spo­dzie­wał się jed­nak kil­ku wło­sków wy­ra­sta­ją­cych w ką­ci­kach ust. Ot, zwy­kły post­kli­mak­te­ryj­ny do­da­tek to­wa­rzy­szą­cy zwię­dłej szyi i przy­cia­sne­mu spodnium. Ale nie cze­goś rów­nie… do­sad­ne­go! Zro­zu­miał­by jesz­cze fry­wol­ny cha­pli­now­ski wą­sik u girl­sy tań­czą­cej w noc­nym klu­bie sty­li­zo­wa­nym na przed­wo­jen­ne nie­miec­kie ka­ba­re­ty. Ale nie wąs mar­szał­ka u pięć­dzie­się­cio­lat­ki z ogrom­nym afro na gło­wie. To zbyt do­słow­ne. I jesz­cze te za­pa­chy! Fio­troń, jako wier­ny użyt­kow­nik mon­deo, nie miał po­ję­cia, czym pach­nie pod­miej­ski bus, wy­peł­nio­ny czyn­ni­kiem ludz­kim po go­dzi­nach. Ta­nie piwo, nie­ko­niecz­nie świe­ży pot, pa­pie­ro­sy bez fil­tra, bia­ła kieł­ba­sa z gril­la i ca­ło­dzien­ne zmę­cze­nie. Wła­śnie miał ze­mdleć, kie­dy chrzest­na ocu­ci­ła go jed­nym cel­nym py­ta­niem: „do­kąd”.

– Je­den do My­śle­nic, pro­szę – wy­szep­tał.

– Czte­ry piń­dzie­siąt. Drob­ny­mi, bo nie mam wy­dać.

– Chciał­bym też za­py­tać, jak do­trzeć do Brzy­twy.

– Do Po­lki zna­czy? – ode­zwał się ktoś z tyłu. – To naj­le­pij bez ogró­dek przy…

– Za­mknie dziób, bo z po­jaz­du wy­rzu­cę – wark­nę­ła chrzest­na.

– Już nic nie mó­wię, sze­fo­wo. Bu­zia na kłód­kę!

Chrzest­na bez sło­wa wrę­czy­ła Fio­tro­nio­wi wy­druk z kasy fi­skal­nej (er­zac bi­le­tu), wrzu­ci­ła do od­twa­rza­cza płyt­kę z naj­więk­szy­mi prze­bo­ja­mi Abby i po­mknę­li dro­gą na Za­ko­pa­ne, tu i tam wy­plu­wa­jąc ko­lej­ne­go pa­sa­że­ra. Wresz­cie, kie­dy zo­sta­li sami, chrzest­na ści­szy­ła mu­zy­kę i przy­gła­dziw­szy wąsa, po­da­ła ko­lej­ną wska­zów­kę. Tym ra­zem nu­mer te­le­fo­nu, za­pi­sa­ny na wy­mię­to­szo­nym bi­le­cie do kina. Dzi­siaj ko­cham, ju­tro tań­czę, od­czy­tał Fio­troń nie bez tru­du, i nie bez zdzi­wie­nia. Kto by po­my­ślał, że chrzest­na lubi ckli­we bol­ly­wo­odz­kie mu­si­ca­le.

– Do mo­je­go by­łe­go, Toś­ka. Te­le­fon – wy­ja­śni­ła, wi­dząc minę Fio­tro­nia. – Ma z Po­lką sta­ły kon­takt, przez książ­ki. Cią­gle tyl­ko la­ta­ją po tych bi­blio­te­kach, a po­tem jak te dwa mole! Rano, wie­czór, na­wet w nocy! Ja to tam nie mam gło­wy do czy­ta­nia – mruk­nę­ła wzgar­dli­wie, po­trzą­sa­jąc sfil­co­wa­ny­mi lo­ka­mi. – Aha, tyl­ko niech od razu po­wie, że cho­dzi o Brzy­twę. Żad­nych pod­cho­dów czy prze­bie­ra­nek za sza­lo­ne­go an­ty­kwa­riu­sza. Mój były za­raz wy­czu­wa ście­mę i po roz­mo­wie. Strasz­ny z nie­go cy­kor – do­da­ła to­nem, któ­ry miał tłu­ma­czyć wszyst­ko. – Więc tyl­ko szcze­rość. Pew­nie To­siek i tak rzu­ci słu­chaw­ką, ale nie ma co się zra­żać, tyl­ko niech pró­bu­je zno­wu. Aż tra­fi na otwar­tą li­nię.

Pod­je­cha­ła do pu­ste­go przy­stan­ku.

– Tu go wy­rzu­cę, bo da­lej nie ma sen­su. Za­raz bę­dzie prze­lo­to­wy z Za­ko­pa­ne­go. We­dług pla­nu po­wi­nien być kwa­drans temu.

– Może już je­chał?

– Bym za­uwa­ży­ła, po dro­dze. Ale gdy­by ja­kimś cu­dem się po­śpie­szył, to trze­ba ła­pać oka­zje. Póki są. – Mru­gnę­ła zna­czą­co. – Po­le­cam nie­miec­kie TIR-y. Bio­rą, co stoi. No to po­wo­dze­nia!

Gdy­by Fio­troń wie­dział, że bę­dzie ła­pać oka­zję o dzie­sią­tej w nocy! Chy­ba ni­g­dy nie zde­cy­do­wał­by się na tę po­dróż. Trwał­by da­lej w do­tych­cza­so­wym ukła­dzie, z drże­niem ocze­ku­jąc na ko­lej­ny fał­szy­wy krok. Co, je­śli ża­den by nie na­stą­pił (wszak obo­je z Szar­lo­tą są tacy ostroż­ni), a on by cze­kał i cze­kał, i cze­kał w nie­skoń­czo­ność? Po­twor­ne! Dla­te­go stoi w desz­czu, wy­pa­tru­jąc chęt­ne­go TIR-a. Przy­naj­mniej ma złu­dze­nie względ­nej kon­tro­li. A gdy­by, przy­szło mu na­gle do gło­wy, gdy­by tak po­roz­ma­wiać z żoną. Usie­dli­by so­bie wy­god­nie na ta­ra­sie, są­cząc po­po­łu­dnio­wą lat­te. Za­czął­by od fi­li­żan­ki Ro­sen­tha­la, po­tem po­ru­szył spra­wę czer­wo­ne­go swe­tra. Cho­ciaż, za­wa­hał się, może nie war­to do tego wra­cać. Prze­cież nic wiel­kie­go się nie sta­ło. Za­ję­ta roz­plą­ty­wa­niem łań­cusz­ka Szar­lo­ta nie za­uwa­ży­ła, że Dio­ni­zy ma na so­bie swe­ter z kasz­mi­ru. Jej ulu­bio­ny de­si­gner­ski kar­di­gan, któ­ry przy­wio­zła mu z Lon­dy­nu. Jak mo­gła nie za­uwa­żyć? Jak mo­gła prze­oczyć zmy­sło­wy od­cień ru­bi­no­wej czer­wie­ni, zwa­nej przez spe­cja­li­stów dzia­łu mar­ke­tin­gu Fer­ra­ri ros­so–cor­sa? Ona, któ­ra za­pa­rza­ła sen­chę w be­żo­wym im­bry­ku tyl­ko wte­dy, je­śli mia­ła do­pa­so­wa­ny ko­lo­rem strój i la­kier na pa­znok­ciach? A jed­nak prze­oczy­ła. Kie­dy za­py­tał, co ma wło­żyć, rzu­ci­ła tyl­ko ros­so–cor­sa, nie pod­no­sząc oczu znad to­a­let­ki.

– Prze­cież mam go na so­bie. – W jego gło­sie nie było iry­ta­cji, ra­czej zdzi­wie­nie.

Szar­lo­ta omio­tła czuj­nym wzro­kiem tors męża.

– To przez po­śpiech – mruk­nę­ła. – Wiesz, jak nie cier­pię się spóź­niać do te­atru, a tu jak na złość wszyst­ko się plą­cze. Cho­ler­ny łań­cu­szek. No i jesz­cze bio­met dziś taki nie­ko­rzyst­ny.

Więc w po­rząd­ku? Może, gdy­by nie pe­wien dro­biazg: kie­dy Szar­lo­ta od­wró­ci­ła gło­wę, Fio­troń do­strzegł w oczach żony coś, cze­go wca­le się nie spo­dzie­wał.

*

– Nie ku­pu­ję żad­nych ksią­żek, ga­zet, sta­rych map ani ko­mik­sów. Je­stem wtór­nym anal­fa­be­tą na ren­cie – usły­szał Fio­troń, a za­raz po­tem trzask od­kła­da­nej słu­chaw­ki.

Na­wet nie zdą­żył wy­ja­śnić, że dzwo­ni w cał­kiem in­nej spra­wie. Chrzest­na Brzy­twy wspo­mnia­ła wpraw­dzie, że jej były mąż bar­dzo się boi nie­zna­jo­mych, ale taka re­ak­cja za­kra­wa­ła na pa­ra­no­ję. Naj­wy­raź­niej lęki chrzest­ne­go ule­gły, nie­cu­dow­ne­mu wca­le, po­mno­że­niu. Cóż, bę­dzie pró­bo­wać do opo­ru, jak Szar­lo­ta z fi­li­żan­ką Ro­sen­tha­la.

Wy­pa­trzy­ła „Smak let­nich dni” na Al­le­gro. Prze­czy­taw­szy opis por­ce­la­no­we­go cu­deń­ka, na­tych­miast wzię­ła udział w li­cy­ta­cji, prze­gry­wa­jąc do­słow­nie w ostat­niej se­kun­dzie. Pod­ję­ła jesz­cze czte­ry pró­by, wszyst­kie chy­bio­ne, co tyl­ko za­ostrzy­ło jej ape­tyt. Oczy­wi­ście mo­gła­by pod­bić cenę tak, żeby nikt nie od­wa­żył się li­cy­to­wać da­lej, ale to zu­peł­nie nie w jej sty­lu. Je­śli Szar­lo­ta Fio­troń ma ocho­tę coś zdo­być, wal­czy uczci­wie, nie idąc na skró­ty. Przez naj­bliż­sze ty­go­dnie tre­no­wa­ła re­fleks, li­cy­tu­jąc dro­bia­zgi, a kie­dy była już go­to­wa, przy­stą­pi­ła do gry wła­ści­wej i w ostat­niej se­kun­dzie prze­bi­ła ofer­tę o je­de­na­ście gro­szy. Zwy­cię­stwo mia­ło miej­sce w Dzień Świę­te­go Mi­ko­ła­ja, uzna­li za­tem obo­je, że to nie­zwy­kły pre­zent. Co praw­da kosz­to­wał trzy­sta dzie­więć zło­tych i rów­no­war­tość dwu­dzie­stu sied­miu pró­bek uni­ka­to­wych per­fum Ro­si­ne (re­kwi­zy­ty tre­nin­go­we, któ­re bez żalu po­da­ro­wa­ła te­ścio­wej), ale było war­to. „Smak let­nich dni” sta­nął na ho­no­ro­wym miej­scu, zdo­biąc ich kre­den­sik art déco.

I na­gle zda­rzył się wy­pa­dek. Fio­troń wszedł­szy bez pu­ka­nia do sy­pial­ni, za­stał żonę nad sko­ru­pa­mi fi­li­żan­ki.

– Jak to się sta­ło? – za­py­tał wstrzą­śnię­ty.

– Ście­ra­łam ku­rze nową mio­teł­ką i zbyt moc­no się za­mach­nę­łam. – Drżą­cy­mi dłoń­mi usi­ło­wa­ła ze­brać por­ce­la­no­we okru­chy. – Ach, w su­mie to nic ta­kie­go. Bzdu­ra. Już od je­sie­ni my­śla­łam o zmia­nie eks­po­zy­cji.

Czyż­by się prze­sły­szał? Prze­cież za­wsze mu po­wta­rza­ła, że w jej ro­dzi­nie sza­nu­je się prze­szłość, na­wet w po­sta­ci wy­tar­tej ły­żecz­ki. A tu pro­szę: bzdu­ra.

Po­czuł, że musi dzia­łać ener­gicz­niej. Za­raz po ko­la­cji wy­mknął się z domu niby po­sor­to­wać śmie­ci, żeby w spo­ko­ju po­roz­ma­wiać z chrzest­nym Brzy­twy. Drżą­cym pal­cem wy­stu­kał nu­mer. Sie­dem­na­ście dłu­gich sy­gna­łów i to wszyst­ko. Po­tem ko­lej­ne pró­by, wresz­cie, ty­dzień póź­niej, chrzest­ny pod­niósł słu­chaw­kę tyl­ko po to, by od razu wy­re­cy­to­wać zwy­cza­jo­wą (jak się póź­niej oka­za­ło) for­muł­kę. Żad­nych ksią­żek, map, ko­mik­sów, wtór­ny anal­fa­be­tyzm, ren­ta. O dzi­wo, do­dał jesz­cze „do wi­dze­nia”, a za­raz po­tem się roz­łą­czył, do­pro­wa­dza­jąc Dio­ni­ze­go do szew­skiej pa­sji. Po trzech po­dej­ściach Fio­troń po­my­ślał, że musi być rów­nie wy­trwa­ły jak Szar­lo­ta. Bę­dzie dzwo­nił do­tąd, do­pó­ki nie na­wią­że sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce­go kon­tak­tu. Co go­dzi­nę, co kwa­drans, co­dzien­nie.

Rozdział 2.

Wy­gra­na, je­śli moż­na tak to ująć, na­stą­pi­ła w sło­necz­ny kwiet­nio­wy po­ra­nek. Fio­troń dla od­mia­ny za­dzwo­nił z pocz­ty. Chrzest­ny, z ja­kichś nie­wy­ja­śnio­nych po­wo­dów ode­brał te­le­fon już po dru­gim dzwon­ku.

– Szu­kam Brzy­twy! – huk­nął mu w ucho Fio­troń tak zde­spe­ro­wa­ny, że za­po­mniał się na­wet przy­wi­tać. – Brzy­twy, pań­skiej chrze­śni­cy, w bar­dzo waż­nej, po­uf­nej spra­wie. Bła­gam o po­moc!

– Dzień do­bry – ode­zwał się chrzest­ny.

– Nie sprze­da­ję ksią­żek ani map, po­trze­bu­ję tyl­ko wska­zów­ki, gdzie znaj­dę Brzy­twę!

– Cóż za ab­sur­dal­ny po­mysł z tymi ma­pa­mi. I skąd wła­ści­wie ma pan mój nu­mer?

– Od by­łej żony. To zna­czy pań­skiej by­łej żony. Jeź­dzi mer­ce­de­sem Sprin­te­rem na tra­sie Kra­ków–My­śle­ni­ce.

– Jak wy­glą­da?

– Nie wie­rzy mi pan – zmar­twił się Fio­troń.

– Po pro­stu je­stem cie­kaw. Nie wi­dzie­li­śmy się z He­le­ną od upad­ku muru ber­liń­skie­go. I cza­sem, jak­by to ująć, łez­ka za­krę­ci się w oku. To była, pro­szę pana, bar­dzo atrak­cyj­na ko­bie­ta. A cha­rak­ter jak u peł­nej krwi ara­ba!

– Są­dzi­łem, że mają pań­stwo sta­ły kon­takt, choć­by przez chrze­śni­cę.

– Mamy, te­le­fo­nicz­ny. Ale trud­no, że­bym pod­czas wy­mia­ny uro­dzi­no­wych ży­czeń py­tał żonę, jak obec­nie wy­glą­da. Mo­gła­by mnie uznać za pry­mi­tyw­ne­go sam­ca i skre­ślić, pro­szę pana, raz na za­wsze. A ja nie chcę po­grze­bać tych strzęp­ków szans… – ner­wo­wo prze­łknął śli­nę. – Dla­te­go za­py­ta­łem pana, choć pro­szę mi wie­rzyć, to bar­dzo krę­pu­ją­ce.

Fio­troń spo­sęp­niał. Czy war­to wda­wać się w nie­smacz­ne szcze­gó­ły, psu­jąc pięk­ne, bo za­mglo­ne wspo­mnie­nia? A może wła­śnie war­to, może chrzest­ny do­ce­ni od­zy­ska­ną przed laty wol­ność i wresz­cie za­cznie się cie­szyć ży­ciem. O ile to moż­li­we. W ser­cu tak szczel­nie wy­peł­nio­nym lę­kiem i tę­sk­no­tą zwy­kle brak miej­sca na inne emo­cje.

– Nie wiem, cze­go pan ocze­ku­je.

– Praw­dy.

Ła­two po­wie­dzieć: praw­dy. Nikt nie żąda ni­cze­go wię­cej, a kie­dy już do­sta­nie na spodecz­ku ma­leń­ki jej ką­sek, mdle­je albo się ob­ra­ża.

– A za­tem – za­czął ostroż­nie Fio­troń – pana była mał­żon­ka nie ma obec­nie zna­czą­cej nad­wa­gi ani zbyt wie­lu zmarsz­czek. Nie ma też si­wych wło­sów, wy­sta­ją­ce­go za­nad­to brzu­cha ani znisz­czo­nych dło­ni.

– A co ma?

– Cie­ka­we spodnie z bor­do­wej sa­ty­ny, wi­sior z bursz­ty­nów, kow­boj­skie buty z imi­ta­cji wę­żo­wej skó­ry, im­po­nu­ją­cą fry­zu­rę afro i wąsy. Bar­dzo za­dba­ne.

– Stroj­ni­sia. Ale co zro­bić. Cał­kiem jesz­cze do rze­czy, pro­szę pana, to i w pre­ten­sjach. Z pew­no­ścią wie­dzie buj­ne ży­cie.

Fio­troń wzdry­gnął się, ale nie sko­men­to­wał. Żeby czym prę­dzej zmie­nić te­mat, zno­wu po­pro­sił o kon­takt do Brzy­twy.

– W trze­ci wto­rek mie­sią­ca pra­cu­je w ba­rze We­so­ły Ogó­rek, w so­bo­ty bywa na wie­czor­kach ta­necz­nych w ja­kimś przy­tul­nym, są­dząc z na­zwy, lo­ka­li­ku Co­con, przy Ga­zo­wej. Zna­ko­mi­cie tań­czy ar­gen­tyń­skie tan­go, więc bez tru­du ją pan do­strze­że wśród in­nych, mniej uzdol­nio­nych tan­ce­rek. Jesz­cze raz dzię­ku­ję za fa­scy­nu­ją­cy opis He­len­ki. Będę miał o czym roz­my­ślać w dłu­gie je­sien­ne wie­czo­ry. Do wi­dze­nia.

I to wszyst­ko? Fio­troń po­czuł się jak nad­gor­li­wy stu­dent, któ­ry od ty­go­dni usi­łu­je usta­lić ter­min trud­ne­go eg­za­mi­nu, a kie­dy wresz­cie do­pa­da pro­fe­so­ra w to­a­le­cie, ten wpi­su­je mu piąt­kę, nie­mal za dar­mo­chę. A może owa piąt­ka to złu­dze­nie? Może chrzest­ny tyl­ko dow­cip­ko­wał? Na­zwał prze­cież przy­tul­nym lo­ka­li­kiem mod­ny ge­jow­ski klub, je­den z naj­więk­szych w oko­li­cy. I jesz­cze to tan­go. Od De­be­ścia­ka Fio­troń wie, że w Co­co­nie rzą­dzą ra­czej ukła­dy w sty­lu chip­pen­da­le. A za­tem spóź­nio­ny pri­ma­apri­li­so­wy żar­cik? W tej sa­mej chwi­li Fio­troń zro­zu­miał: Brzy­twa pró­bu­je chro­nić chrzest­ne­go przed jego roz­bu­cha­ną wy­obraź­nią, uży­wa­jąc bez­piecz­nych sfor­mu­ło­wań. Czy bę­dzie też chro­nić jego? A może, de­mon­stru­jąc so­li­dar­ność płci, wy­bie­rze Szar­lo­tę i udo­wod­ni Dio­ni­ze­mu, że nic się nie dzie­je?

Do­syć, po­sta­no­wił, wsu­nąw­szy kar­tę te­le­fo­nicz­ną do kie­sze­ni mod­nych spodni. Nie bę­dzie się mar­twić na za­pas, ab­so­lut­nie! Za­miast wieść ja­ło­we roz­wa­ża­nia, musi się za­sta­no­wić, gdzie naj­ła­twiej na­mie­rzy Brzy­twę. W klu­bie, w mo­rzu pół­na­gich, i spo­co­nych ciał? Wpraw­dzie ko­biet tam jak na le­kar­stwo (co mu oznaj­mił roz­cza­ro­wa­ny tym fak­tem De­be­ściak), ale wi­zy­ta w ta­kim miej­scu jest ab­so­lut­nie nie do przy­ję­cia dla czło­wie­ka z pew­nym dy­stan­sem wo­bec no­wych, jak­by to ująć, oby­cza­jo­wych tren­dów. Poza tym trze­ba by­ło­by za­tań­czyć, a on cóż, za­trzy­mał się na we­sel­nej wer­sji „dwa na je­den”.

Po­zo­sta­je We­so­ły Ogó­rek. Miej­my na­dzie­ję mniej fry­wol­ny niż na­zwa, szep­nął do sie­bie Fio­troń. Pój­dzie tam, roz­po­zna Brzy­twę, opo­wie o drę­czą­cych go po­dej­rze­niach i… na­gle ogar­nął go nie­po­kój. Ma przed sobą dzie­więć dni cze­ka­nia na ten wła­ści­wy wto­rek. Bez żad­nych za­dań! Uświa­do­mił so­bie na­gle, że bie­ga­nie od baby do chrzest­ne­go było swo­istym bło­go­sła­wień­stwem. Miał na co po­na­rze­kać, ale też miał się na czym sku­pić. Co te­raz? Mógł­by zno­wu po­je­chać w Ta­try, gdzie od­po­czy­wał je­sie­nią po szko­le­niach. Ach, cóż to było za miej­sce, wes­tchnął z roz­rzew­nie­niem. Niby żad­nych eks­tra­wa­gan­cji czy luk­su­sów. Stan­dar­dy obo­wią­zu­ją­ce na po­łu­dnie od Li­ma­no­wej, a jed­nak Fio­troń do dziś wspo­mi­na wspa­nia­łe wi­do­ki, wy­god­ne łóż­ko (odro­bi­nę tyl­ko skrzy­pią­ce), do­mo­we piwo, chło­dzo­ne w po­to­ku, schlud­ną, ma­ło­mów­ną go­spo­dy­nię i przede wszyst­kim świ­niar­ki. Fio­troń do­strzegł je od razu, za­gu­bio­ne w stad­ku zwy­kłych owiec gór­skich. Dwie smu­kłe pięk­no­ści o wą­skich pyszcz­kach i skłę­bio­nej sza­rej sier­ści. Pa­trząc na de­li­kat­ną syl­wet­kę sto­ją­cej obok ma­cior­ki, Fio­troń nie ro­zu­miał, jak moż­na było za­prze­pa­ścić taki skarb. Zgo­da, rasa nie­co pry­mi­tyw­na w po­rów­na­niu z bia­łą owcą nie­miec­ką, mało wy­daj­na, pło­chli­wa i póź­no doj­rze­wa­ją­ca. Ale poza tym same za­le­ty. Nie­wy­bred­na, sa­mo­wy­star­czal­na, wszech­stron­na. Po pro­stu ide­ał. Przy tym praw­dzi­wy ra­ry­tas; w ca­łym kra­ju nie ma wię­cej niż dwie­ście zwie­rząt. Wszyst­kie w kon­tro­lo­wa­nych ho­dow­lach albo we wro­cław­skim zoo. Jak tra­fi­ły tu­taj, wo­lał nie py­tać. Jesz­cze wy­stra­szy go­spo­dy­nię, na­ra­ża­jąc świ­niar­ki na śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo. Musi za­tem mil­czeć, do­pó­ki nie bę­dzie go­tów do dzia­ła­nia. A bę­dzie, kie­dy wresz­cie od­kry­je, co na­praw­dę ze­psu­ło się w jego związ­ku.

Zresz­tą po­wiedz­my so­bie szcze­rze, Fio­troń nie ma cza­su na wy­pra­wę w góry. Pły­wa­nie, te­nis, lek­cje ro­syj­skie­go, ma­saż shiat­su (zna­ko­mi­ty na ból bar­ków), no i oczy­wi­ście pra­ca. Wy­da­wa­ło­by się, że nie zo­sta­je wie­le go­dzin na my­śle­nie, a jed­nak. Trze­ba wy­my­ślić so­bie nowe za­da­nia, któ­re od­wró­ci­ły­by uwa­gę od tego, co boli. Pro­ste, choć wy­ma­ga­ją­ce no­wych, nie­spraw­dzo­nych pro­ce­dur. Dzię­ki nim te dzie­więć dni upły­nę­ło­by rów­nie szyb­ko jak wa­ka­cje. No pra­wie, wes­tchnął, przy­po­mi­na­jąc so­bie za­raz, że musi się przy­go­to­wać do roz­mo­wy z Brzy­twą. Jako spe­cja­list­ka zada mu wie­le krę­pu­ją­cych, bo oso­bi­stych py­tań. Bę­dzie drą­żyć i roz­kła­dać ich mał­żeń­stwo na czyn­ni­ki pierw­sze. Po­pro­si też o li­stę „nie­po­ko­ją­cych symp­to­mów”, któ­re zmo­ty­wo­wa­ły Dio­ni­ze­go do szu­ka­nia po­mo­cy poza związ­kiem. Nie jest dłu­ga, uświa­do­mił so­bie na­gle, musi więc zdwo­ić czuj­ność.

Nie, oszczę­dzi im oboj­gu upo­ka­rza­ją­cych szo­pek ze śle­dze­niem. Nie bę­dzie grze­bał w kom­pu­te­rze Szar­lo­ty ani prze­szu­ki­wał jej oso­bi­stych rze­czy. Bę­dzie tyl­ko bar­dziej uważ­ny, nic po­nad­to. Nic po­nad­to, po­wtó­rzył na głos i na­tych­miast się wzdry­gnął. To ta­kie, ta­kie (dłu­go szu­kał wła­ści­we­go sło­wa, ucie­ka­jąc przed do­sad­nym „nie­go­dzi­we”) … nie­przy­jem­ne. Jak no­sze­nie ko­lej­ny dzień tej sa­mej ko­szul­ki z pla­mą po musz­tar­dzie. Co gor­sza, na­dal bę­dzie mu­siał ją wkła­dać, a to dla­te­go, po­my­ślał ze zło­ścią, że Szar­lo­ta za­cho­wu­je się ina­czej niż na po­cząt­ku.

Od­cho­ro­wy­wał wte­dy ko­lej­ny tok­sycz­ny ro­mans: z