Wydawca: Buchmann Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 517 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ściana - David Baldacci

 

 

Najlepszy analityk CIA siedzi w więzieniu federalnym oskarżony o sześć morderstw. Jest geniuszem obdarzonym pamięcią ejdetyczną i był filarem rządowego programu wywiadowczego. Na tzw. Ścianie – monstrualnym ekranie, przez który przepływają w czasie rzeczywistym wszystkie dane wywiadowcze, potrafił skojarzyć tysiące faktów, zrozumieć ich logikę i przewidzieć konsekwencje. Co sprawiło, że dopuścił się tak potwornej zbrodni? Czemu milczy? Czy w ogóle rozumie sytuację, w jakiej się znalazł? Te i inne pytania nurtują parę prywatnych detektywów, Seana Kinga i Michelle Maxwell, niegdyś asów Secret Service, teraz poproszonych o pomoc przez adwokata oskarżonego. Wyniki śledztwa, które wywróci ich życie na nice, przejdą najśmielsze oczekiwania.

David Baldacci to jeden z mistrzów powieści sensacyjnej, pisarz niezwykle płodny – przynajmniej co roku ukazuje się jego nowa książka.

Jednym z jego najbardziej poczytnych cykli powieściowych jest seria z parą prywatnych detektywów, byłych agentów Secret Service, Seanem Kingiem i Michelle Maxwell. Trzymający w napięciu bestseller Ściana (The Sixth Man, 2011) jest najnowszą powieścią z tego cyklu.

Opinie o ebooku Ściana - David Baldacci

Fragment ebooka Ściana - David Baldacci

ŚCIA­NA

DA­VID BAL­DAC­CI

Prze­ło­ży­ła

Anna Ci­cho­wicz

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu The Si­xth Man

Prze­kład Anna Ci­cho­wicz

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Re­dak­cja Ja­cek Ring

Ko­rek­ta Ja­cek Ring, Mag­da­le­na Goł­da­now­ska

Skład TYPO

Co­py­ri­ght © 2011 by Co­lum­bus Rose Ltd.

All ri­ghts re­se­rved

© Co­py­ri­ght by GWF sp. z o.o., War­sza­wa 2013

ISBN 978-83-7881-842-7

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

Tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two Buch­manni Mag­da­le­na Woj­tas / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Prolog

Zatrzy­maj­cie to!

Męż­czy­zna sku­lił się nad zim­nym me­ta­lo­wym sto­łem. Cały był na­pię­ty, za­ci­snął po­wie­ki, a głos mu się ła­mał. Od­dy­chał tak, jak­by za chwi­lę miał na za­wsze prze­stać. Szyb­ki i nie­po­wstrzy­ma­ny po­tok słów wle­wał się przez słu­chaw­ki do jego uszu i za­le­wał mózg. Tu­łów opi­na­ła mu uprząż z gru­be­go płót­na, do któ­rej umo­co­wa­no wie­le czuj­ni­ków. Oprócz tego na gło­wie miał ob­ręcz z elek­tro­da­mi do po­mia­ru fal mó­zgo­wych. Po­miesz­cze­nie było ja­sno oświe­tlo­ne.

Z każ­dą por­cją sy­gna­łu au­dio i ob­ra­zów wi­deo ku­lił się, jak­by wła­śnie otrzy­mał cios od mi­strza wagi cięż­kiej, któ­ry nie­mal zwa­lał go z nóg.

Za­czął pła­kać.

W przy­le­głym, za­ciem­nio­nym po­ko­ju kil­ku męż­czyzn przy­glą­da­ło się w zdu­mie­niu tej sce­nie przez lu­stro we­nec­kie.

Na ścia­nie po­miesz­cze­nia, w któ­rym się znaj­do­wał szlo­cha­ją­cy czło­wiek, umiesz­czo­no ekran sze­ro­ki na dwa i pół me­tra, wy­so­ki na metr osiem­dzie­siąt. Ide­al­nie by się nadał do oglą­da­nia me­czów fut­bo­lu. Jed­nak prze­su­wa­ją­ce się po nim w za­wrot­nym tem­pie ob­ra­zy cy­fro­we nie przed­sta­wia­ły wiel­kich fa­ce­tów w jed­na­ko­wych stro­jach, wpa­da­ją­cych na sie­bie z im­pe­tem i w ten spo­sób po­zba­wia­ją­cych się na­wza­jem ko­mó­rek mó­zgo­wych. Nie, to były ści­śle taj­ne dane, do któ­rych do­stęp mia­ło bar­dzo nie­wie­lu.

Do­świad­czo­ny ob­ser­wa­tor do­strzegł­by w nich fa­scy­nu­ją­ce ob­ra­zy ujaw­nia­ją­ce dzia­ła­nia do­ko­ny­wa­ne po­ta­jem­nie na ca­łym świe­cie.

Z kry­sta­licz­ną ostro­ścią wi­dać było po­dej­rza­ne ru­chy wojsk w Ko­rei, wzdłuż trzy­dzie­ste­go ósme­go rów­no­leż­ni­ka.

Sa­te­li­tar­ne zdję­cia przed­się­wzięć bu­dow­la­nych w Ira­nie uka­zy­wa­ły pod­ziem­ne si­lo­sy ra­kiet da­le­kie­go za­się­gu, wy­glą­da­ją­ce jak wy­grze­ba­ne w zie­mi wiel­kie po­jem­ni­ki na ołów­ki, wraz z roz­grza­ny­mi do czer­wo­no­ści syl­wet­ka­mi czyn­nych re­ak­to­rów ją­dro­wych.

Na tar­gu w Pa­ki­sta­nie, na zdję­ciach wy­ko­na­nych z du­żej wy­so­ko­ści, zie­mia za­sła­na była wa­rzy­wa­mi i szcząt­ka­mi ludz­kich ciał – efekt za­ma­chu bom­bo­we­go.

W ma­te­ria­le prze­ka­zy­wa­nym w cza­sie rze­czy­wi­stym z Ro­sji kon­wój cię­ża­ró­wek woj­sko­wych wy­ko­ny­wał mi­sję, któ­ra mo­gła­by ze­pchnąć świat na kra­wędź no­wej woj­ny.

Z In­dii na­pły­wa­ły dane do­ty­czą­ce ko­mór­ki ter­ro­ry­stycz­nej pla­nu­ją­cej rów­no­cze­sne ata­ki na wraż­li­we cele, co mia­ło spro­wo­ko­wać nie­po­ko­je w re­gio­nach.

Z No­we­go Jor­ku po­cho­dzi­ły ob­cią­ża­ją­ce zdję­cia głów­ne­go li­de­ra po­li­tycz­ne­go z kimś, kto nie był jego żoną.

Z Pa­ry­ża nad­cho­dzi­ło mnó­stwo taj­nych in­for­ma­cji na te­mat prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Prze­su­wa­ły się tak szyb­ko, że wy­glą­da­ły jak mi­lion ko­lumn su­do­ku do­star­cza­nych z ko­smicz­ną pręd­ko­ścią.

Dane wy­wia­dow­cze z Chin su­ge­ro­wa­ły moż­li­wość za­ma­chu sta­nu.

Z ty­się­cy fi­nan­so­wa­nych z kasy fe­de­ral­nej cen­trów kon­so­li­da­cji da­nych wy­wia­dow­czych, roz­sia­nych po ca­łym kra­ju, na­pły­wa­ły in­for­ma­cje o po­dej­rza­nej dzia­łal­no­ści pro­wa­dzo­nej przez Ame­ry­ka­nów albo ob­co­kra­jow­ców na te­re­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Z państw człon­kow­skich gru­py Five Eyes – Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Wiel­kiej Bry­ta­nii, Ka­na­dy, Au­stra­lii i No­wej Ze­lan­dii – do­cie­ra­ła kom­pi­la­cja ści­śle taj­nych in­for­ma­cji, wszyst­kie o ko­lo­sal­nym zna­cze­niu.

I tak to pły­nę­ło, ze wszyst­kich za­kąt­ków świa­ta, do­star­cza­ne ma­so­wo, w wy­so­kiej roz­dziel­czo­ści.

Gdy­by to była gra na Xbox albo PS3, by­ła­by naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cą i naj­trud­niej­szą ze wszyst­kich, ja­kie kie­dy­kol­wiek stwo­rzo­no. Tyl­ko że tu nie było żad­nej fik­cji. Tu­taj w każ­dej se­kun­dzie każ­de­go dnia żyli i gi­nę­li praw­dzi­wi lu­dzie.

Tę ope­ra­cję zna­no na naj­wyż­szym szcze­blu spo­łecz­no­ści wy­wia­dow­czej jako „Ścia­nę”.

Czło­wiek sku­lo­ny nad me­ta­lo­wym sto­łem był mały i chu­dy, o skó­rze w od­cie­niu ja­sne­go brą­zu i krót­kich czar­nych wło­sach kle­ją­cych się do czasz­ki. Wiel­kie oczy za­czer­wie­ni­ły mu się od łez. Miał trzy­dzie­ści je­den lat, ale wy­glą­dał, jak­by po­sta­rzał się o dzie­sięć w cią­gu ostat­nich czte­rech go­dzin.

– Pro­szę, za­trzy­maj­cie to. Nie mogę tego znieść. Nie dam rady.

Na te sło­wa po­ru­szył się naj­wyż­szy z męż­czyzn po dru­giej stro­nie lu­stra. Na­zy­wał się Pe­ter Bun­ting. Miał czter­dzie­ści sie­dem lat i była to jego ope­ra­cja, żył nią, ani przez chwi­lę nie my­ślał o czymś in­nym. Znacz­nie po­si­wiał przez mi­nio­ne pół roku, z po­wo­dów zwią­za­nych bez­po­śred­nio ze Ścia­ną, a ści­śle mó­wiąc – pro­ble­mów ze Ścia­ną.

No­sił szy­te na mia­rę ma­ry­nar­kę, ko­szu­lę i spodnie. Cho­ciaż był atle­tycz­nie zbu­do­wa­ny, nig­dy nie upra­wiał wy­czy­no­wo spor­tu, a i ko­or­dy­na­cję ru­cho­wą miał nie­szcze­gól­ną. Ce­cho­wa­ła go na­to­miast po­nad­prze­cięt­na in­te­li­gen­cja i nie­spo­ży­ta żą­dza suk­ce­su. Col­le­ge ukoń­czył w wie­ku dzie­więt­na­stu lat, od­był stu­dia dok­to­ranc­kie na Stan­for­dzie i przy­zna­no mu sty­pen­dium Rho­de­sa. Ob­da­rzo­ny zo­stał w ide­al­nej pro­por­cji stra­te­gicz­ną wi­zją i ży­cio­wym spry­tem. Był bo­ga­ty i usto­sun­ko­wa­ny, acz­kol­wiek nie­zna­ny ogó­ło­wi. Miał wie­le po­wo­dów do szczę­ścia i tyl­ko jed­ną przy­czy­nę fru­stra­cji, a na­wet zło­ści. I wła­śnie te­raz na nią pa­trzył.

A wła­ści­wie na nie­go.

Bun­ting spoj­rzał na trzy­ma­ny w ręku elek­tro­nicz­ny tab­let. Za­dał temu czło­wie­ko­wi wie­le py­tań, na któ­re od­po­wie­dzi moż­na było zna­leźć w stru­mie­niu prze­pły­wa­ją­cych da­nych. Nie do­stał ani jed­nej.

– Po­wiedz­cie, pro­szę, że to czyjś głu­pi żart – ode­zwał się w koń­cu. Wie­dział jed­nak, że nie jest to moż­li­we. Lu­dzie w tym miej­scu nie żar­to­wa­li na ża­den te­mat.

Star­szy, niż­szy męż­czy­zna w wy­mię­tej ko­szu­li roz­ło­żył ręce w ge­ście bez­rad­no­ści.

– Pro­blem w tym, że zo­stał skla­sy­fi­ko­wa­ny jako E-Pięć, pa­nie Bun­ting.

– Aha, naj­wy­raź­niej ten Pią­ty so­bie z tym nie ra­dzi – od­wark­nął Bun­ting.

Od­wró­ci­li się, żeby jesz­cze raz po­pa­trzeć przez szy­bę, aku­rat w chwi­li, gdy czło­wiek po dru­giej stro­nie ze­rwał z uszu słu­chaw­ki i za­wył:

– Chcę wyjść! Na­tych­miast. Nikt nie mó­wił, że to bę­dzie coś ta­kie­go.

Bun­ting rzu­cił swój ta­blet na stół i oparł się ple­ca­mi o ścia­nę. Czło­wiek w tam­tym po­miesz­cze­niu na­zy­wał się So­han Shar­ma. Był ich je­dy­nym kan­dy­da­tem na sta­no­wi­sko Ana­li­ty­ka. Ana­li­ty­ka przez duże A. Wią­za­li z nim ol­brzy­mie na­dzie­je. Taki jest tyl­ko je­den.

– Pro­szę pana? – ode­zwał się naj­młod­szy z męż­czyzn. Miał pra­wie trzy­dziest­kę, ale dłu­gie, nie­sfor­ne wło­sy i chło­pię­ce rysy spra­wia­ły, że wy­da­wał się dużo młod­szy. Jego grdy­ka prze­miesz­cza­ła się ner­wo­wo w górę i w dół jak win­da, któ­ra się za­cię­ła i kur­su­je mię­dzy dwo­ma pięt­rami.

Bun­ting po­ma­so­wał so­bie skro­nie.

– Słu­cham cię, Ave­ry – prze­rwał, żeby roz­gryźć kil­ka tum­sów. – Tyl­ko niech to bę­dzie waż­ne. Je­stem tro­chę ze­stre­so­wa­ny, jak się na pew­no zo­rien­to­wa­łeś.

– Shar­ma jest praw­dzi­wą Piąt­ką we­dług wszel­kich stan­dar­dów, ja­kie moż­na przy­jąć. Roz­kle­ił się, do­pie­ro kie­dy do­szedł do Ścia­ny. – Rzu­cił okiem na rzę­dy ekra­nów kom­pu­te­rów mo­ni­to­ru­ją­cych funk­cjo­no­wa­nie na­rzą­dów we­wnętrz­nych i mó­zgu Shar­my. – Jego ak­tyw­ność the­ta wy­strze­li­ła ostro w górę. Kla­sycz­ne eks­tre­mal­ne prze­cią­że­nie in­for­ma­cyj­ne. Za­czę­ło się mi­nu­tę po na­sta­wie­niu prze­pu­sto­wo­ści Ścia­ny na mak­si­mum.

– No tak, tyle to sam wi­dzę. – Bun­ting wska­zał Shar­mę, któ­ry te­raz le­żał na pod­ło­dze i pła­kał. – Ale po­twier­dzo­na Piąt­ka i mamy, co wi­dzi­my? Jak to moż­li­we?

– Głów­ny pro­blem w tym, że licz­ba da­nych, ja­ki­mi za­rzu­ca­ny jest Ana­li­tyk, ro­śnie w po­stę­pie geo­me­trycz­nym – od­parł Ave­ry. – Dzie­sięć ty­się­cy go­dzin wi­deo. Sto ty­się­cy ra­por­tów. Czte­ry mi­lio­ny od­no­to­wa­nych in­cy­den­tów. Dzien­na daw­ka ob­ra­zów sa­te­li­tar­nych li­czy się w wie­lo­krot­no­ści te­ra­baj­tów, a i to po prze­fil­tro­wa­niu. Wy­chwy­co­ne sy­gna­ły wy­ma­ga­ją­ce za­in­te­re­so­wa­nia wy­wia­du idą w ty­sią­ce go­dzin. Sam na­słuch z pól bi­twy mógł­by wy­peł­nić ty­siąc ksią­żek te­le­fo­nicz­nych. Ma­te­ria­ły na­pły­wa­ją w każ­dej se­kun­dzie każ­de­go dnia, w sta­le ro­sną­cej ilo­ści, z mi­lio­na róż­nych źró­deł. W po­rów­na­niu z da­ny­mi do­stęp­ny­mi za­le­d­wie dwa­dzie­ścia lat temu to tak, jak­by za­mie­nić na­par­stek wody na mi­lion Oce­anów Spo­koj­nych. Przy ostat­nim Ana­li­ty­ku znacz­nie spo­wal­nia­li­śmy prze­pływ da­nych, po pro­stu z ko­niecz­no­ści.

– Co ty wła­ści­wie chcesz mi po­wie­dzieć, Ave­ry? – spy­tał Bun­ting.

Mło­dy męż­czy­zna gwał­tow­nie za­czerp­nął tchu. Wy­raz twa­rzy miał jak czło­wiek, któ­ry zdał so­bie spra­wę, że pew­nie za­raz uto­nie.

– Nie­wy­klu­czo­ne, że do­tar­li­śmy do gra­nic moż­li­wo­ści ludz­kie­go umy­słu.

Bun­ting prze­niósł wzrok na in­nych. Ża­den nie spoj­rzał mu w oczy. Na­pię­cie w po­miesz­cze­niu było wy­czu­wal­ne.

– Nie ma nic po­tęż­niej­sze­go niż w peł­ni wy­ko­rzy­sty­wa­ny, w peł­ni dys­po­zy­cyj­ny ludz­ki mózg – rzekł Bun­ting spo­koj­nie. – Ja nie prze­trwał­bym pod Ścia­ną dzie­się­ciu se­kund, po­nie­waż ko­rzy­stam może z je­de­na­stu pro­cent sza­rych ko­mó­rek. To wszyst­ko, do cze­go je­stem zdol­ny. Ale przy E-Pięć mózg Ein­ste­ina wy­glą­da jak mózg pło­du. Na­wet Cray nie umy­wa się do nie­go. To kom­pu­ter kwan­to­wy z krwi i ko­ści. Po­tra­fi prze­pro­wa­dzać ope­ra­cje li­nio­wo, prze­strzen­nie, geo­me­trycz­nie, w każ­dym wy­mia­rze, w ja­kim jest to nam po­trzeb­ne. Jest ide­al­nym me­cha­ni­zmem ana­li­tycz­nym.

– Ja to ro­zu­miem, pro­szę pana, ale…

Głos Bun­tin­ga za­brzmiał bar­dziej na­tar­czy­wie:

– Do­wio­dło tego każ­de ba­da­nie, ja­kie prze­pro­wa­dzi­li­śmy. To jest ewan­ge­lia, na któ­rej opie­ra się wszyst­ko, co tu ro­bi­my. A co waż­niej­sze, to jest to, co zgod­nie z na­szym kon­trak­tem na dwa i pół mi­liar­da do­la­rów mamy do­star­czyć i na co li­czy każ­dy su­kin­syn w bran­ży wy­wia­dow­czej. Po­wie­dzia­łem to pre­zy­den­to­wi Sta­nów Zjed­no­czo­nych i wszyst­kim jego waż­niej­szym pra­cow­ni­kom. A ty mi te­raz mó­wisz, że to nie­praw­da?

Ave­ry pod­trzy­my­wał swo­je sta­no­wi­sko:

– Wszech­świat może się sta­le roz­sze­rzać, ale wszyst­ko inne ma gra­ni­ce. – Wska­zał po­miesz­cze­nie po dru­giej stro­nie szy­by, z nadal szlo­cha­ją­cym Shar­mą. – I może wła­śnie te­raz na nią pa­trzy­my. Na ab­so­lut­ną gra­ni­cę.

– Je­że­li masz ra­cję, je­ste­śmy udu­pie­ni. Cała cy­wi­li­za­cja jest udu­pio­na. Je­ste­śmy ugo­to­wa­ni. Już po nas. Ko­niec. Źli wy­gra­li. Idź­my wszys­cy do domu i cze­kaj­my na Ar­ma­ge­don. Niech żyją ta­li­bo­wie i Al-Ka­ida, pie­przo­ne skur­wy­sy­ny. Gra skoń­czo­na. Oni wy­gra­li.

– Ro­zu­miem pań­ską fru­stra­cję. Ale igno­ro­wa­nie oczy­wi­sto­ści nie jest do­brym wyj­ściem.

– W ta­kim ra­zie daj­cie mi Szó­ste­go.

Mło­dy czło­wiek wy­da­wał się oszo­ło­mio­ny.

– Nie ma ko­goś ta­kie­go jak Szó­sty.

– Gów­no praw­da! Tak samo nam się zda­wa­ło na te­mat Dwój­ki i ko­lej­nych, aż do Piąt­ki.

– Ale prze­cież…

– Znajdź mi cho­ler­ną Szóst­kę. Bez dys­ku­sji, bez wy­mó­wek. Po pro­stu to zrób, Ave­ry.

Grdy­ka mło­de­go czło­wie­ka gwał­tow­nie zje­cha­ła w dół.

– Tak jest.

– Co z Shar­mą? – spy­tał star­szy z męż­czyzn.

Bun­ting od­wró­cił się, żeby spoj­rzeć na łka­ją­ce­go nie­do­szłe­go Ana­li­ty­ka.

– Prze­pro­wadź­cie pro­ce­du­rę zwol­nie­nia, każ­cie mu pod­pi­sać te wszyst­kie do­ku­men­ty co za­wsze i po­wiedz­cie mu wy­raź­nie, że je­śli ko­mu­kol­wiek pi­śnie sło­wo na ten te­mat, zo­sta­nie oskar­żo­ny o zdra­dę i resz­tę ży­cia spę­dzi w wię­zie­niu fe­de­ral­nym.

Bun­ting wy­szedł. Ka­ska­da ob­ra­zów wresz­cie prze­sta­ła pły­nąć i w po­ko­ju za­pa­dła ciem­ność.

So­ha­na Shar­mę wy­pro­wa­dzo­no do cze­ka­ją­cej fur­go­net­ki. We­wnątrz znaj­do­wa­ło się trzech męż­czyzn. Kie­dy Shar­ma wsiadł, je­den z męż­czyzn ob­jął go za szy­ję, a dru­gą ręką oto­czył jego gło­wę. Po­tem szarp­nął rę­ka­mi w prze­ciw­nych kie­run­kach i Shar­ma osu­nął się ze skrę­co­nym kar­kiem.

Fur­go­net­ka od­je­cha­ła, wy­wo­żąc cia­ło praw­dzi­we­go E-Pięć, któ­re­go mózg po pro­stu prze­stał być wy­star­cza­ją­co do­bry.

DZIEWIĘĆ MIESIĘCY PÓŹNIEJ

1

Mały od­rzu­to­wiec twar­do ude­rzył w pas lot­ni­ska w Por­t­land, w sta­nie Ma­ine. Uniósł się tro­chę w po­wie­trze i ude­rzył zno­wu. Praw­do­po­dob­nie na­wet pi­lot za­sta­na­wiał się, czy zdo­ła utrzy­mać dwu­dzie­sto­pię­cio­to­no­wy sa­mo­lot na as­fal­cie. Wszyst­ko dla­te­go, że przy nie­sprzy­ja­ją­cym, sil­nym wie­trze mło­dy ka­pi­tan spró­bo­wał po­dejść do lą­do­wa­nia pod ostrzej­szym ką­tem i z więk­szą pręd­ko­ścią, niż za­le­cał pod­ręcz­nik jego li­nii lot­ni­czych. W ostrych po­ry­wach wia­tru, szpi­cy zim­ne­go fron­tu, skrzy­dła od­rzu­tow­ca ko­ły­sa­ły się w górę i w dół. Dru­gi pi­lot ostrzegł pa­sa­że­rów, że lą­do­wa­nie bę­dzie twar­de i de­li­kat­nie mó­wiąc, mało kom­for­to­we.

Miał ra­cję.

Za dru­gim ra­zem tyl­ne koła pod­wo­zia zła­pa­ły przy­czep­ność, przed­nia opo­na chwi­lę póź­niej. Na sku­tek gwał­tow­ne­go, stro­me­go scho­dze­nia do lą­do­wa­nia wię­cej niż kil­ku z czter­dzie­stu sze­ściu pa­sa­że­rów od­rzu­tow­ca, sie­dzą­cych w dwóch rzę­dach, za­ci­snę­ło dło­nie na po­rę­czach fo­te­li tak moc­no, że skó­ra na knyk­ciach im zbie­la­ła, nie­któ­rzy bez­głoś­nie szep­ta­li mo­dli­twę, ktoś szu­kał to­reb­ki, żeby do niej zwy­mio­to­wać. Kie­dy ha­mul­ce i ciąg wstecz­ny spra­wi­ły, że pręd­kość sa­mo­lo­tu zmniej­szy­ła się za­uwa­żal­nie, po­dróż­ni ode­tchnę­li z ulgą.

Pe­wien męż­czy­zna na­to­miast nie obu­dził się aż do chwi­li, gdy sa­mo­lot pod­ko­ło­wał do nie­wiel­kie­go ter­mi­na­lu. Sie­dzą­ca obok nie­go, wy­so­ka, ciem­no­wło­sa ko­bie­ta nie­wzru­sze­nie wy­glą­da­ła przez okno, cał­ko­wi­cie obo­jęt­na na tur­bu­len­cje przy po­dej­ściu i twar­de lą­do­wa­nie.

Gdy tyl­ko pi­lot pod­sta­wił sa­mo­lot do wyj­ścia i wy­łą­czył bliź­nia­cze sil­ni­ki tur­bo­od­rzu­to­we, Sean King i Mi­chel­le Ma­xwell pod­nie­śli się i się­gnę­li do schow­ków nad fo­te­la­mi po swo­je tor­by. Kie­dy wraz z in­ny­mi pa­sa­że­ra­mi prze­ci­ska­li się wą­skim przej­ściem mię­dzy rzę­da­mi, idą­ca za nimi bla­da jak płót­no ko­bie­ta rzu­ci­ła:

– Rany, to na­praw­dę było twar­de lą­do­wa­nie.

Sean spoj­rzał na nią, ziew­nął i po­ma­so­wał so­bie kark.

– Tak?

Zdu­mio­na ko­bie­ta prze­nio­sła wzrok na Mi­chel­le.

– On żar­tu­je?

– Je­że­li le­cisz na skła­da­nym sie­dze­niu C-17 na ma­łej wy­so­ko­ści pod­czas bu­rzy i co dzie­sięć se­kund sa­mo­lot opa­da o trzy­sta me­trów, a obok masz spię­te łań­cu­cha­mi czte­ry wozy opan­ce­rzo­ne i za­sta­na­wiasz się, czy któ­ryś się nie urwie, nie prze­bi­je ka­dłu­ba i nie po­cią­gnie cię za sobą, to w po­rów­na­niu z tym dzi­siej­sze lą­do­wa­nie było mało uroz­ma­ico­ne – wy­ja­śni­ła Mi­chel­le.

– Dla­cze­go, na li­tość bo­ską, ro­bił pan coś ta­kie­go? – spy­ta­ła na­iw­nie ko­bie­ta.

– Sam so­bie za­da­ję to py­ta­nie każ­de­go dnia – od­parł sar­do­nicz­nie Sean.

Obo­je z Mi­chel­le mie­li ubra­nia, przy­bo­ry to­a­le­to­we i inne nie­zbęd­ne rze­czy w ba­ga­żu pod­ręcz­nym, mu­sie­li jed­nak za­trzy­mać się przy ta­śmo­cią­gu, żeby ode­brać za­my­ka­ną na klu­czyk wa­li­zecz­kę o wzmoc­nio­nych bo­kach. Na­le­ża­ła do Mi­chel­le.

Sean przy­glą­dał się jej z roz­ba­wie­niem.

– Je­steś kró­lo­wą od­praw naj­mniej­sze­go ba­ga­żu wszech cza­sów.

– Do­pó­ki nie po­zwo­lą od­po­wie­dzial­nym lu­dziom mieć na­ła­do­wa­ną broń na po­kła­dzie, będę zmu­szo­na sto­so­wać tę sztucz­kę. Wy­naj­mij sa­mo­chód. Za­raz wra­cam.

– Masz po­zwo­le­nie na cho­dze­nie tu z bro­nią?

– Miej­my na­dzie­ję, że nie bę­dzie­my mu­sie­li tego spraw­dzać.

Sean zbladł.

– Żar­tu­jesz, praw­da?

– W Ma­ine mogę jaw­nie no­sić broń. Do­pó­ki jest wi­docz­na, nie po­trze­bu­ję po­zwo­le­nia.

– Ale ty ją wkła­dasz do ka­bu­ry. Wte­dy jest ukry­ta. Ści­śle mó­wiąc, te­raz też jest ukry­ta.

Otwo­rzy­ła port­fel i po­ka­za­ła mu kar­tę.

– Dla­te­go na no­sze­nie ukry­tej bro­ni na te­re­nie Ma­ine mam waż­ne po­zwo­le­nie dla oso­by spo­za sta­nu.

– Jak je zdo­by­łaś? Do­wie­dzie­li­śmy się o tej spra­wie do­pie­ro kil­ka dni temu. Nie mo­głaś za­ła­twić po­zwo­le­nia tak szyb­ko. Spraw­dza­łem. To góra pa­pie­rów i sześć­dzie­siąt dni trze­ba cze­kać na od­po­wiedź.

– Mój tata przy­jaź­ni się z gu­ber­na­to­rem. Za­dzwo­ni­łam do nie­go, a on za­dzwo­nił do gu­ber­na­to­ra.

– To miłe.

Mi­chel­le po­szła do dam­skiej to­a­le­ty. W ka­bi­nie otwo­rzy­ła wa­li­zecz­kę i szyb­ko na­ła­do­wa­ła pi­sto­let. Wło­ży­ła go do ka­bu­ry, po czym prze­szła na wie­lo­po­zio­mo­wy par­king są­sia­du­ją­cy z ter­mi­na­lem, gdzie sku­pi­ły się fir­my wy­naj­mu sa­mo­cho­dów. Zna­la­zła tam Se­ana wy­peł­nia­ją­ce­go do­ku­men­ty po­trzeb­ne do wy­po­ży­cze­nia po­jaz­du na ko­lej­ny etap ich po­dró­ży. Mi­chel­le rów­nież wy­le­gi­ty­mo­wa­ła się pra­wem jaz­dy, jako że to ona mia­ła na ogół pro­wa­dzić. Nie dla­te­go, żeby Sean miał coś prze­ciw­ko kie­ro­wa­niu wo­zem, tyl­ko dla­te­go, że Mi­chel­le mu­sia­ła mieć wszyst­ko pod kon­tro­lą, więc nie chcia­ła mu na to po­zwo­lić.

– Kawa – po­wie­dzia­ła. – Jest ta­kie miej­sce w ter­mi­na­lu.

– Prze­cież wy­pi­łaś wiel­ki ku­bek w trak­cie lotu.

– To było ja­kiś czas temu. Przed nami dłu­ga dro­ga. Po­trze­bu­ję za­strzy­ku ko­fe­iny.

– Ja się prze­spa­łem. Mogę pro­wa­dzić.

Wy­ję­ła mu z ręki klu­czy­ki.

– Nie są­dzę.

– Ej, to ja pro­wa­dzi­łem Be­stię – przy­po­mniał, ma­jąc na my­śli pre­zy­denc­ką li­mu­zy­nę.

Spoj­rza­ła na dane wy­na­ję­te­go sa­mo­cho­du.

– W ta­kim ra­zie hy­bry­do­wy ford, któ­re­go za­re­zer­wo­wa­łeś, to żad­ne wy­zwa­nie. Praw­do­po­dob­nie roz­bu­ja­nie go do sześć­dzie­siąt­ki zaj­mie mi cały dzień. Oszczę­dzę ci bólu i upo­ko­rze­nia.

Wzię­ła eks­tra­du­żą czar­ną kawę. Sean ku­pił pącz­ka z po­syp­ką i je­dząc go, usiadł na miej­scu pa­sa­że­ra. Otrze­paw­szy ręce, od­su­nął fo­tel do tyłu, ale przy swo­im wzro­ście wciąż był nie­wy­god­nie zgię­ty. W koń­cu oparł sto­py o de­skę roz­dziel­czą.

– Stąd wy­ska­ku­je po­dusz­ka po­wietrz­na – ostrze­gła Mi­chel­le. – Wal­nie two­imi sto­pa­mi o szy­bę i am­pu­tu­je ci je, gdy ude­rzą w dach.

Zer­k­nął na nią z po­nu­rą miną.

– To po­sta­raj się, żeby nie wy­sko­czy­ła.

– Nie od­po­wia­dam za in­nych kie­row­ców.

– Cóż, upar­łaś się, żeby być szo­fe­rem… prze­pra­szam, oso­bą kie­ru­ją­cą, więc rób wszyst­ko, co mo­żesz, żeby mnie wieźć bez­piecz­nie i wy­god­nie.

– Tak jest, sir.

Milę je­cha­li w ci­szy, w koń­cu Mi­chel­le się ode­zwa­ła:

– Roz­ma­wia­my jak sta­re mał­żeń­stwo.

Po­pa­trzył na nią.

– Nie je­ste­śmy ani mał­żeń­stwem, ani sta­rzy.

Za­wa­ha­ła się.

– Ale spa­li­śmy ze sobą.

Sean już miał od­po­wie­dzieć, ale za­sta­no­wił się i tyl­ko coś mruk­nął.

– To wszyst­ko zmie­nia – stwier­dzi­ła.

– Dla­cze­go?

– To już nie jest tyl­ko pra­ca. To się zro­bi­ło oso­bi­ste. Gra­ni­ca zo­sta­ła prze­kro­czo­na.

Wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu, prze­no­sząc sto­py poza za­sięg po­dusz­ki po­wietrz­nej.

– I te­raz tego ża­łu­jesz? Ty zro­bi­łaś pierw­szy krok, o ile pa­mię­tam. Do­pa­dłaś mnie cał­kiem naga.

– Nie po­wie­dzia­łam, że cze­go­kol­wiek ża­łu­ję, bo nie ża­łu­ję.

– Ja też nie. To się sta­ło, po­nie­waż naj­wy­raź­niej obo­je tego chcie­li­śmy.

– No do­brze, więc gdzie te­raz je­ste­śmy?

Wyj­rzał przez okno.

– Nie je­stem pe­wien.

– Świet­nie. To wła­śnie chcia­łam usły­szeć.

Od­wró­cił się do niej, za­uwa­żył, że Mi­chel­le za­ci­ska zęby.

– Sam fakt, że nie je­stem pe­wien, co da­lej, nie umniej­sza ani nie try­wia­li­zu­je tego, co za­szło mię­dzy nami. To skom­pli­ko­wa­ne.

– Wła­śnie, skom­pli­ko­wa­ne. Jak za­wsze. Dla fa­ce­ta.

– Do­bra, je­śli dla ko­biet to ta­kie pro­ste, po­wiedz mi, co two­im zda­niem po­win­ni­śmy zro­bić. – Po­nie­waż nie otrzy­mał od­po­wie­dzi, kon­ty­nu­ował: – Po­win­ni­śmy uciec, zna­leźć księ­dza i po­łą­czyć się wę­złem mał­żeń­skim?

Spoj­rza­ła na nie­go, przy czym przód for­da lek­ko skrę­cił.

– Mó­wisz po­waż­nie? Tego chcesz?

– Ja tyl­ko rzu­cam po­my­sły, sko­ro ty, jak się wy­da­je, nie masz żad­ne­go.

– Na­praw­dę chcesz się ze mną oże­nić?

– A ty za mnie wyjść?

– To do­pie­ro by wszyst­ko zmie­ni­ło.

– Hm, no, zmie­ni­ło­by.

– Może nie po­win­ni­śmy się spie­szyć.

– Może nie po­win­ni­śmy.

Mi­chel­le po­stu­ka­ła pal­ca­mi o kie­row­ni­cę.

– Prze­pra­szam, że na cie­bie na­sko­czy­łam.

– Nie szko­dzi. Do­pie­ro co umie­ści­li­śmy Ga­brie­la w świet­nej ro­dzi­nie. To też była wiel­ka zmia­na. Te­raz le­piej się nie spie­szyć. My to ro­bi­my i być może po­peł­nia­my wiel­ki błąd.

Ga­briel był je­de­na­sto­let­nim chłop­cem z Ala­ba­my, nad któ­rym Sean i Mi­chel­le spra­wo­wa­li tym­cza­so­wą opie­kę po tym, jak jego mat­ka zo­sta­ła za­mor­do­wa­na. Obec­nie miesz­kał z ro­dzi­ną ich zna­jo­me­go, agen­ta FBI. On i jego żona za­ła­twia­li ofi­cjal­ną ad­op­cję Ga­brie­la.

– W po­rząd­ku – zgo­dzi­ła się.

– A te­raz mamy ro­bo­tę. Skup­my się na niej.

– Ta­kie są two­je prio­ry­te­ty? Pra­ca waż­niej­sza od spraw oso­bi­stych?

– Nie­ko­niecz­nie. Ale, tak jak po­wie­dzia­łaś, przed nami dłu­ga dro­ga. I chcę się za­sta­no­wić, dla­cze­go je­dzie­my do je­dy­ne­go w kra­ju pil­nie strze­żo­ne­go fe­de­ral­ne­go za­kła­du dla psy­chicz­nie cho­rych prze­stęp­ców, żeby się spo­tkać z fa­ce­tem, któ­re­mu gro­zi kara śmier­ci.

– Je­dzie­my dla­te­go, że ty i jego praw­nik zna­cie się od daw­na.

– Tyle wiem. Czy­ta­łaś o Ed­ga­rze Royu?

Mi­chel­le ski­nę­ła gło­wą.

– Pra­cow­nik rzą­do­wy miesz­ka­ją­cy sa­mot­nie na wsi w Wir­gi­nii. Pro­wa­dził cał­kiem prze­cięt­ne ży­cie, do­pó­ki po­li­cja nie od­kry­ła szcząt­ków sze­ściu osób za­ko­pa­nych w jego sto­do­le. Od tego mo­men­tu ży­cie Ed­ga­ra bar­dzo od­bie­ga od prze­cięt­no­ści. Do­wo­dy wy­da­ją się przy­tła­cza­ją­ce.

Sean przy­tak­nął.

– Roy zo­stał zna­le­zio­ny w sto­do­le, z ło­pa­tą w ręku, w spodniach po­bru­dzo­nych zie­mią, a sześć ciał le­ża­ło w dole, któ­ry naj­wy­raź­niej koń­czył za­sy­py­wać.

– Tro­chę trud­no coś z tym zro­bić w są­dzie – za­uwa­ży­ła Mi­chel­le.

– Nie­ste­ty Roy nie jest po­li­ty­kiem.

– Bo?

Sean uśmiech­nął się.

– Gdy­by był po­li­ty­kiem, umiał­by od­wró­cić kota ogo­nem i po­wie­dzieć, że aku­rat wy­ko­py­wał tych lu­dzi, żeby ich ura­to­wać, ale spóź­nił się – już nie żyli. A te­raz jest prze­śla­do­wa­ny za to, że chciał zro­bić do­bry uczy­nek.

– Tak więc zo­stał aresz­to­wa­ny, ale nie uda­ło się go prze­słu­chać. Wy­sła­no go do Cut­ter’s Rock. – Mi­chel­le prze­rwa­ła na chwi­lę. – Tyl­ko dla­cze­go Ma­ine? Wir­gi­nia nie ma od­po­wied­nie­go miej­sca?

– Z ja­kie­goś po­wo­du to była spra­wa fe­de­ral­na. To ozna­cza za­an­ga­żo­wa­nie FBI. Kie­dy idzie o areszt dla stwier­dze­nia po­czy­tal­no­ści, fe­de­ral­ni de­cy­du­ją, gdzie umie­ścić de­li­kwen­ta. Nie­któ­re wię­zie­nia fe­de­ral­ne o naj­ostrzej­szym nad­zo­rze mają od­dzia­ły psy­chia­trycz­ne, ale uzna­no, że dla Roya po­trze­ba cze­goś wię­cej. St. Eli­sa­be­ths w DC zo­sta­ło prze­nie­sio­ne, żeby zro­bić miej­sce dla kwa­te­ry głów­nej De­par­ta­men­tu Bez­pie­czeń­stwa Kra­jo­we­go1, i ta nowa lo­ka­li­za­cja wy­da­wa­ła się nie dość bez­piecz­na. W tej sy­tu­acji Cut­ter’s Rock sta­no­wi­ło je­dy­ne od­po­wied­nie miej­sce.

– Skąd taka dzi­wacz­na na­zwa?

– Tam jest spo­ro skał, a ku­ter to… po pro­stu ku­ter. W koń­cu Ma­ine to stan nad­mor­ski.

– Za­po­mnia­łam o two­jej pa­sji że­glar­skiej. – Włą­czy­ła ra­dio i ogrze­wa­nie, bo prze­szedł ją dreszcz. – Boże, jaki ziąb, mimo że jesz­cze nie zima – po­wie­dzia­ła gder­li­wie.

– To jest Ma­ine. Tu bywa zim­no o każ­dej po­rze roku. Sprawdź so­bie sze­ro­kość geo­gra­ficz­ną.

– Ile to czło­wiek może się do­wie­dzieć, spę­dza­jąc w za­mknię­tej prze­strze­ni dłu­gi czas.

– Te­raz na­praw­dę roz­ma­wia­my jak sta­re mał­żeń­stwo.

Sean włą­czył na­wiew na cały re­gu­la­tor, za­su­nął za­mek bły­ska­wicz­ny wia­trów­ki i za­mknął oczy.

2

Michel­le jak zwy­kle mia­ła cięż­ką nogę, więc ford mknął mię­dzy­sta­no­wą 95, mi­ja­jąc mia­sta Yar­mo­uth i Brun­swick, w kie­run­ku sto­li­cy sta­nu, Au­gu­sty. Gdy Au­gu­sta zna­la­zła się za nimi, a na­stęp­nym du­żym mia­stem na tra­sie mia­ło być Ban­gor, Mi­chel­le za­czę­ła przy­glą­dać się oto­cze­niu. Po obu stro­nach au­to­stra­dy ro­sły gę­ste zi­mo­zie­lo­ne drze­wa. Świa­tło księ­ży­ca w peł­ni okry­wa­ło las sre­brzy­stą po­wło­ką, co na­su­wa­ło Mi­chel­le sko­ja­rze­nie z zie­lo­ną sa­ła­tą za­wi­nię­tą w wo­sko­wa­ny pa­pier. Mi­nę­li znak ostrze­ga­ją­cy przed ło­sia­mi prze­cho­dzą­cy­mi przez szo­sę.

– Łoś? – po­wie­dzia­ła py­ta­ją­co, zer­ka­jąc na Se­ana.

Na­wet nie otwo­rzył oczu.

– Zwie­rzę sta­nu Ma­ine. Le­piej się z nim nie zde­rzyć. Jest na­praw­dę cięż­ki. W do­dat­ku ma pa­skud­ny cha­rak­ter. Nie spo­strze­gła­byś się, jak już by było po to­bie.

– Skąd wiesz? Spo­tka­łeś się z ja­kimś?

– Nie, ale oglą­dam Ani­mal Pla­net.

Je­cha­li da­lej przez na­stęp­ną go­dzi­nę. Mi­chel­le nie­prze­rwa­nie prze­cze­sy­wa­ła wzro­kiem oko­li­cę z lewa na pra­wo ni­czym ra­dar. To był na­wyk wpo­jo­ny tak głę­bo­ko, że na­wet nie bę­dąc już w Se­cret Se­rvi­ce, nie po­tra­fi­ła się go po­zbyć. Zresz­tą moż­li­we, że jako pry­wat­ny de­tek­tyw wca­le nie chcia­ła się go po­zbyć. Dzię­ki temu w porę mo­gła do­strzec nie­bez­pie­czeń­stwo. A to się przy­da­je, zwłasz­cza je­śli ktoś pró­bu­je cię za­bić, a to jej i Se­ano­wi zda­rza­ło się dość czę­sto.

– Coś mi tu nie pa­su­je – stwier­dzi­ła.

Sean otwo­rzył oczy.

– Na przy­kład? – spy­tał, szyb­ko ska­nu­jąc wzro­kiem oto­cze­nie.

– Je­ste­śmy na dro­dze 95 pro­wa­dzą­cej z Flo­ry­dy do Ma­ine. To dłu­gi pas as­fal­tu. Waż­ny szlak ko­mu­ni­ka­cyj­ny. Tra­sa urlo­po­wa Wschod­nie­go Wy­brze­ża.

– Owszem. No i?

– No i je­ste­śmy tu tyl­ko my. Ża­den inny cho­ler­ny sa­mo­chód od pół go­dzi­ny nie prze­je­chał w jed­ną czy dru­gą stro­nę. Co to, była woj­na ato­mo­wa i nikt nam nie po­wie­dział? – Przy­ci­snę­ła gu­zik wy­szu­ki­wa­nia sta­cji ra­dio­wych. – Po­trze­bu­ję wia­do­mo­ści. Po­trze­bu­ję cy­wi­li­za­cji. Chcę wie­dzieć, że nie je­ste­śmy je­dy­ny­mi ludź­mi, któ­rzy zo­sta­li przy ży­ciu.

– Mo­żesz się uspo­ko­ić? Tu jest pust­ko­wie i to, że znaj­du­je­my się na mię­dzy­sta­no­wej, nie ma tu nic do rze­czy. Dużo prze­strze­ni, mało lu­dzi. Więk­szość miesz­ka w po­bli­żu wy­brze­ża, tam gdzie Por­t­land, skąd je­dzie­my. Po­zo­sta­ła część sta­nu to mnó­stwo zie­mi o ni­skim stop­niu za­lud­nie­nia. Kur­czę, okręg Aro­osto­ok jest więk­szy od Rho­de Is­land i Con­nec­ti­cut ra­zem wzię­tych. Ści­śle mó­wiąc, Ma­ine jest więk­sze od po­zo­sta­łych sta­nów No­wej An­glii ra­zem wzię­tych. A kie­dy mi­nie się Ban­gor i je­dzie się da­lej na pół­noc, robi się jesz­cze bar­dziej bez­lud­nie. Mię­dzy­sta­no­wa koń­czy się koło Ho­ul­ton. Stam­tąd moż­na je­chać dro­gą nu­mer je­den, cały czas na pół­noc, aż do gra­ni­cy z Ka­na­dą.

– Co tam jest?

– Pre­sque Isle, Fort Kent i Ma­da­wa­ska.

– I ło­sie?

– Przy­pusz­czam, że tak.

– Nie mo­gli­śmy po­le­cieć do Ban­gor? Mają tam lot­ni­sko, nie? Albo do Au­gu­sty?

– Nie ma bez­po­śred­nich lo­tów. Więk­szość moż­li­wych po­łą­czeń jest z dwie­ma albo trze­ma prze­siad­ka­mi. Trze­ba by le­cieć na po­łu­dnie aż do Or­lan­do i do­pie­ro stam­tąd na pół­noc. Mo­gli­by­śmy le­cieć z Bal­ti­mo­re, ale mu­sie­li­by­śmy się prze­sia­dać na La Gu­ar­dii, a to jest za­wsze ry­zy­kow­ne. Poza tym i tak mu­sie­li­by­śmy do­je­chać sa­mo­cho­dem do Bal­ti­mo­re. W ten spo­sób jest szyb­ciej i pew­niej.

– Je­steś nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem przy­dat­nych in­for­ma­cji. Czę­sto by­wa­łeś w Ma­ine?

– Je­den z by­łych pre­zy­den­tów, któ­re­go ochra­nia­łem, ma tu let­ni dom.

– Bush? W Wal­ker’s Po­int?

– Tra­fi­łaś.

– Ale Wal­ker’s Po­int leży w po­łu­dnio­wej część wy­brze­ża Ma­ine. W Ken­ne­bunk­port. Prze­la­ty­wa­li­śmy nad nim w dro­dze do Por­t­land.

– Pięk­na oko­li­ca. Go­ni­li­śmy Bu­sha na­szym ści­ga­czem i nig­dy nie mo­gli­śmy go do­rwać. Fa­cet ni­cze­go się nie boi. Jego trzy­dzie­sto­dwu­sto­po­wa Fi­de­li­ty III ma trzy za­bur­to­we sil­ni­ki Hon­dy o łącz­nej mocy po­nad dwóch ty­się­cy koni me­cha­nicz­nych. Uwiel­biał na peł­nym ga­zie wy­cho­dzić na otwar­ty wzbu­rzo­ny Atlan­tyk. Kie­dyś w ło­dzi po­ści­go­wej pró­bo­wa­łem się z nim zrów­nać. Wte­dy je­dy­ny raz po­rzy­ga­łem się na służ­bie.

– Ale tam­ten re­jon nie jest ta­kim pust­ko­wiem jak ten tu­taj.

– Nie, jest dużo gę­ściej za­lud­nio­ny. – Sean spoj­rzał na ze­ga­rek. – Tyl­ko że jest póź­no. Więk­szość miej­sco­wych praw­do­po­dob­nie wsta­je o świ­cie, żeby iść do pra­cy. Pew­nie leżą już w łóż­kach. – Ziew­nął. – Też bym chciał.

Mi­chel­le spraw­dzi­ła GPS.

– Koło Ban­gor zje­dzie­my z mię­dzy­sta­no­wej i skrę­ci­my na wschód, w stro­nę wy­brze­ża.

Sean ski­nął gło­wą.

– Je­dzie­my mię­dzy Ma­chias a East­port. Nad samą wodą. Dużo bocz­nych dróg. Nie­ła­two się tam do­stać, co ma sens, bo też nie­ła­two stam­tąd się wy­do­stać, gdy­by ja­kie­muś ma­nia­kal­ne­mu za­bój­cy uda­ło się uciec.

– Czy ktoś kie­dyś uciekł z Cut­ter’s Rock?

– Nic mi o tym nie wia­do­mo. Gdy­by na­wet, to miał­by do wy­bo­ru dzi­kie pust­ko­wie albo zim­ne wody za­to­ki Ma­ine. Nie­zbyt przy­jem­ne moż­li­wo­ści. W do­dat­ku miesz­kań­cy Ma­ine to lu­dzie z cha­rak­te­rem. Chy­ba na­wet ma­nia­kal­ni za­bój­cy wo­le­li­by z nimi nie za­dzie­rać.

– Dziś wie­czór spo­ty­ka­my się z Ber­gi­nem?

– Tak. W za­jeź­dzie, gdzie się za­trzy­ma­my – spoj­rzał na ze­ga­rek – za ja­kieś czter­dzie­ści mi­nut. A ju­tro o dzie­sią­tej rano mamy wi­dze­nie z Roy­em.

– Skąd wła­ści­wie znasz tego Ber­gi­na?

– Był moim pro­fe­so­rem pra­wa na Uni­wer­sy­te­cie Wir­gi­nij­skim. Wspa­nia­ły gość. Za­nim za­czął na­uczać, pro­wa­dził wła­sną prak­ty­kę. Kil­ka lat po moim dy­plo­mie wró­cił do za­wo­du. Oczy­wi­ście jako obroń­ca. Ma kan­ce­la­rię w Char­lot­te­svil­le.

– Jak to się sta­ło, że re­pre­zen­tu­je ta­kie­go psy­cho­la jak Ed­gar Roy?

– Chy­ba spe­cja­li­zu­je się w spra­wach bez­na­dziej­nych. Nie zmie­nia to fak­tu, że jest ad­wo­ka­tem z pierw­szej ligi. Nie wiem, co go łą­czy z Roy­em. Przy­pusz­czam, że to też nam po­wie.

– Nig­dy nie wy­ja­śni­łeś, dla­cze­go Ber­gin nas wy­na­jął.

– Nie wy­ja­śni­łem, bo nie je­stem pe­wien. Za­dzwo­nił, po­wie­dział, że robi po­stę­py w spra­wie Roya i że w ra­mach przy­go­to­wań do pro­ce­su po­trze­bu­je, żeby za­ufa­ni lu­dzie wy­ko­na­li mu tro­chę ro­bo­ty śled­czej.

– Co za po­stę­py? Z tego, co czy­ta­łam o tej spra­wie, wy­ni­ka, że tyl­ko cze­ka­ją, aż mu wró­ci ro­zum, żeby mo­gli go ska­zać i wy­ko­nać wy­rok śmier­ci.

– Nie twier­dzę, że wiem, jaką teo­rię ma Ber­gin. Nie chciał o tym roz­ma­wiać przez te­le­fon.

Mi­chel­le wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– My­ślę, że wkrót­ce się tego do­wie­my.

Skrę­ci­li z mię­dzy­sta­no­wej na wschód i je­cha­li da­lej co­raz gor­szy­mi i bar­dziej krę­ty­mi dro­ga­mi. O bli­sko­ści oce­anu świad­czy­ło sło­ne po­wie­trze prze­do­sta­ją­ce się do wnę­trza sa­mo­cho­du.

– Rybi za­pach, mój ulu­bio­ny – za­uwa­ży­ła sar­ka­stycz­nie.

– Przy­wyk­nij do nie­go. Te­raz bę­dziesz czu­ła go wszę­dzie.

Wy­li­czy­ła, że znaj­du­ją się ja­kieś pół go­dzi­ny jaz­dy od celu po­dró­ży. Byli aku­rat na szcze­gól­nie pu­stym od­cin­ku dro­gi, gdy w sre­brzy­stą noc wdar­ły się świa­tła in­ne­go sa­mo­cho­du. Tyl­ko że ten sa­mo­chód stał na po­bo­czu. Mi­chel­le od­ru­cho­wo zwol­ni­ła, a Sean opu­ścił szy­bę, żeby le­piej wi­dzieć.

– Ma włą­czo­ne awa­ryj­ne – po­wie­dział. – Ktoś się roz­kra­czył.

– Po­win­ni­śmy się za­trzy­mać?

Za­sta­no­wił się.

– Tak my­ślę. Mogą tu na­wet nie mieć za­się­gu. – Wy­sta­wił gło­wę przez okno i przyj­rzał się sa­mo­cho­do­wi. – Wy­glą­da na bu­ic­ka. Czy ktoś wy­ko­rzy­sty­wał­by bu­ic­ka, żeby zwa­biać nic nie­podej­rze­wa­ją­cych kie­row­ców w pu­łap­kę? Wąt­pię.

Mi­chel­le do­tknę­ła pi­sto­le­tu w ka­bu­rze.

– Wąt­pię, żeby moż­na nas było za­kwa­li­fi­ko­wać jako nic nie­podej­rze­wa­ją­cych kie­row­ców.

Zwol­ni­ła i za­trzy­ma­ła for­da za sto­ją­cym na po­bo­czu sa­mo­cho­dem. Świa­tła awa­ryj­ne za­pa­la­ły się i ga­sły, za­pa­la­ły się i ga­sły. Na bez­kres­nym wy­brze­żu Ma­ine wy­glą­da­ło to jak mała po­żo­ga wznie­ca­na co chwi­lę w pu­st­ce.

– Ktoś sie­dzi za kie­row­ni­cą – za­uwa­ży­ła Mi­chel­le, wrzu­ca­jąc ja­ło­wy bieg. – Wi­dzę tyl­ko jed­ną oso­bę.

– Ten ktoś może się nas bać w ta­kiej sy­tu­acji. Pój­dę go uspo­ko­ić.

– Będę cię osła­niać na wy­pa­dek, gdy­by ktoś jesz­cze tam się przy­cza­ił.

Sean ru­szył do sa­mo­cho­du, pod­cho­dząc od stro­ny pa­sa­że­ra. Jego buty chrzę­ści­ły na ską­po wy­sy­pa­nym żwi­rem po­bo­czu. Od­dech uno­sił się w zim­nym po­wie­trzu jak kłę­by dymu. Gdzieś po­mię­dzy drze­wa­mi roz­legł się zwie­rzę­cy ryk i Sean przez mo­ment za­sta­na­wiał się, czy sły­szy ło­sia. Na Ani­mal Pla­net nie spre­cy­zo­wa­no, ja­kie dźwię­ki wy­da­je łoś, a on sam nie był aż tak za­in­te­re­so­wa­ny, żeby się tego do­wie­dzieć z in­ne­go źró­dła.

– Po­trzeb­na po­moc?! – za­wo­łał.

Jed­no mi­gnię­cie świa­teł awa­ryj­nych, dru­gie i żad­nej od­po­wie­dzi.

Spoj­rzał na swój te­le­fon, któ­ry ści­skał w dło­ni. On miał tu­taj za­sięg.

– Ja­kaś awa­ria?! Mamy we­zwać po­moc dro­go­wą?!

Nic. Sean był już przy sa­mo­cho­dzie, więc za­stu­kał w bocz­ną szy­bę.

– Halo? Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Przez okno wi­dział syl­wet­kę kie­row­cy. Był to męż­czy­zna.

– Pro­szę pana, do­brze się pan czu­je?

Fa­cet ani drgnął. Sean po­my­ślał, że kie­row­ca może miał za­wał. Mgła znad mo­rza prze­sło­ni­ła świa­tło księ­ży­ca. We wnę­trzu sa­mo­cho­du było tak ciem­no, że nie wi­dział zbyt wie­lu szcze­gó­łów. Usły­szał, jak otwie­ra­ją się drzwi sa­mo­cho­du. Od­wró­cił się i zo­ba­czył, że Mi­chel­le wy­sia­dła i z dło­nią na kol­bie pi­sto­le­tu cze­ka na ja­kiś sy­gnał.

– Chy­ba za­słabł albo miał za­wał.

Ski­nę­ła gło­wą i ru­szy­ła w jego kie­run­ku. Jej buty stu­ka­ły o as­falt.

Sean prze­szedł na stro­nę kie­row­cy i za­pu­kał w szy­bę. W ciem­no­ści do­strze­gał tyl­ko za­rys po­sta­ci męż­czy­zny. Czer­wo­ne świa­tło kie­run­kow­ska­zów oświe­tla­ło wnę­trze sa­mo­cho­du i za­le­wa­ło oto­cze­nie ja­skra­wym szkar­ła­tem, po czym znów za­pa­da­ła ciem­ność, jak­by sa­mo­chód w jed­nej se­kun­dzie roz­grze­wał się, a w na­stęp­nej stygł. Nie po­ma­ga­ło to Se­ano­wi obej­rzeć wnę­trza. Znów za­stu­kał w okno.

– Pro­szę pana? Do­brze się pan czu­je?

Chwy­cił klam­kę. Drzwi nie były za­blo­ko­wa­ne. Otwo­rzył je. Męż­czy­zna osu­nął się na bok, przy­trzy­my­wa­ny przez pasy. Sean chwy­cił go za ra­mię i po­sa­dził pro­sto. Pod­bie­gła Mi­chel­le.

– Za­wał? – spy­ta­ła.

Sean spoj­rzał w twarz męż­czy­zny.

– Nie – po­wie­dział sta­now­czo.

– Skąd wiesz?

Te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym oświe­tlił po­je­dyn­czą ranę wlo­to­wą mię­dzy ocza­mi męż­czy­zny. Krew i tkan­ka mó­zgo­wa roz­bry­zga­ne były po ca­łym wnę­trzu wozu.

Mi­chel­le po­chy­li­ła się bli­żej.

– Z przy­ło­że­nia – stwier­dzi­ła. – Wi­dać wy­lot lufy i musz­kę wy­pa­lo­ne na skó­rze. Tego nie zro­bił łoś. – Sean nic nie od­po­wie­dział. – Po­szu­kaj w jego port­fe­lu ja­kie­goś do­wo­du toż­sa­mo­ści.

– Nie mu­szę.

– Dla­cze­go nie?

– Po­nie­waż go znam – od­parł Sean.

– Co? Kto to jest?

– Ted Ber­gin. Mój daw­ny pro­fe­sor i ad­wo­kat Ed­ga­ra Roya.

3

Miej­sco­wa po­li­cja zja­wi­ła się pierw­sza. Za­stęp­ca sze­ry­fa okrę­gu Wa­shing­ton przy­je­chał sam po­obi­ja­nym i za­ku­rzo­nym ra­dio­wo­zem z rzę­dem an­ten przy­twier­dzo­nych do ka­ro­se­rii. Wy­siadł z wozu pa­tro­lo­we­go, z ręką opar­tą na bro­ni i wzro­kiem utkwio­nym w Se­anie i Mi­chel­le. Pod­szedł do nich, ma­jąc się na bacz­no­ści. Kie­dy wy­ja­śni­li mu, co się sta­ło, obej­rzał cia­ło, mruk­nął: „Niech to szlag” i czym prę­dzej we­zwał wspar­cie.

Pięt­na­ście mi­nut póź­niej dwa wozy pa­tro­lo­we po­li­cji sta­nu Ma­ine z Od­dzia­łu Te­re­no­we­go J do­tar­ły na miej­sce. Funk­cjo­na­riu­sze – mło­dzi, wy­so­cy i szczu­pli – wy­sied­li z sa­mo­cho­dów. Ich wy­pra­so­wa­ne nie­bie­skie mun­du­ry na­wet w sła­bym, przy­mglo­nym świe­tle ja­rzy­ły się jak ko­lo­ro­wy lód. Miej­sce zbrod­ni zo­sta­ło za­bez­pie­czo­ne. Sean i Mi­chel­le zo­sta­li prze­słu­cha­ni przez po­li­cjan­tów. Je­den z nich wkle­py­wał od­po­wie­dzi w lap­to­pa wy­cią­gnię­te­go z wozu pa­tro­lo­we­go.

Kie­dy Sean po­wie­dział, kim są, dla­cze­go są tu­taj i, co waż­niej­sze, kim był Ted Ber­gin oraz że re­pre­zen­to­wał on Ed­ga­ra Roya, je­den z po­li­cjan­tów od­szedł na bok i we­zwał przez ra­dio praw­do­po­dob­nie do­dat­ko­we po­sił­ki. Pod­czas ocze­ki­wa­nia na ich przy­by­cie Sean spy­tał:

– Wy, chło­pa­ki, sły­sze­li­ście o Ed­ga­rze Royu?

– Każ­dy tu­taj sły­szał o Ed­ga­rze Royu – od­parł je­den z po­li­cjan­tów.

– Dla­cze­go? – spy­ta­ła Mi­chel­le

– FBI bę­dzie tu nie­dłu­go – po­in­for­mo­wał ich inny funk­cjo­na­riusz.

– FBI?! – wy­krzyk­nął Sean.

Po­li­cjant po­ki­wał gło­wą.

– Roy jest więź­niem fe­de­ral­nym. Mamy wy­raź­ne in­struk­cje z Wa­szyng­to­nu. Co­kol­wiek się z nim dzie­je, oni mu­szą być we­zwa­ni. Wła­śnie to zro­bi­łem. To zna­czy po­wie­dzia­łem po­rucz­ni­ko­wi, a on ich wzy­wa.

– Gdzie jest naj­bliż­sze biu­ro te­re­no­we FBI? – chcia­ła wie­dzieć Mi­chel­le.

– W Bo­sto­nie.

– W Bo­sto­nie? Prze­cież je­ste­śmy w Ma­ine.

– FBI nie utrzy­mu­je ofi­cjal­ne­go biu­ra w Ma­ine. Wszyst­ko idzie przez Bo­ston.

– Da­le­ko stąd do Bo­sto­nu – za­uwa­żył Sean. – Bę­dzie­my mu­sie­li tu zo­stać do ich przy­by­cia? Obo­je je­ste­śmy zu­peł­nie wy­koń­cze­ni.

– Nasz po­rucz­nik jest w dro­dze. Mo­że­cie się z tym zwró­cić do nie­go.

Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach przy­je­chał po­rucz­nik i nie wy­ka­zał zro­zu­mie­nia.

– Pro­szę po pro­stu spo­koj­nie cze­kać. – Tyl­ko tyle miał do po­wie­dze­nia, po czym od­wró­cił się do nich ty­łem, żeby na­ra­dzić się ze swo­imi ludź­mi i rzu­cić okiem na miej­sce zbrod­ni.

Dwie mi­nu­ty póź­niej przy­je­chał ze­spół za­bez­pie­cza­nia do­wo­dów. Sean i Mi­chel­le, sie­dząc na ma­sce swo­je­go for­da, przy­glą­da­li się ca­łej pro­ce­du­rze. Ber­gin zo­stał ofi­cjal­nie uzna­ny za zmar­łe­go przez ko­goś, kto mógł być ko­ro­ne­rem albo le­ka­rzem są­do­wym – Sean nie pa­mię­tał, któ­ry sys­tem obo­wią­zu­je w Ma­ine. Z pod­słu­cha­nych uryw­ków roz­mów mię­dzy kry­mi­na­li­sty­ka­mi a po­li­cjan­ta­mi wy­ni­ka­ło, że kula nadal tkwi­ła w gło­wie de­na­ta.

– Brak rany wy­lo­to­wej, rana wlo­to­wa kon­tak­to­wa, praw­do­po­dob­nie broń ma­łe­go ka­li­bru – za­uwa­ży­ła Mi­chel­le.

– A jed­nak śmier­cio­no­śna – od­parł Sean.

– Każ­dy strzał z przy­ło­że­nia w gło­wę za­zwy­czaj jest śmier­tel­ny. Prze­bi­cie czasz­ki, prak­tycz­nie roz­py­le­nie tkan­ki mó­zgo­wej przez falę ude­rze­nio­wą, ma­syw­ny krwo­tok i ko­niec pie­śni.

– Znam prze­bieg tego pro­ce­su, dzię­ku­ję.

Ze swo­je­go miej­sca wi­dzie­li, jak po­li­cjan­ci zer­ka­ją na nich od cza­su do cza­su.

– Je­ste­śmy po­dej­rza­ni? – spy­ta­ła Mi­chel­le.

– Każ­dy jest po­dej­rza­ny, do­pó­ki nie oka­że się in­a­czej.

Ja­kiś czas póź­niej wró­cił do nich po­rucz­nik.

– Puł­kow­nik tu je­dzie.

– A kim jest puł­kow­nik? – spy­ta­ła grzecz­nie Mi­chel­le.

– Sze­fem po­li­cji sta­nu Ma­ine, pro­szę pani.

– Aha. Ale my już zło­ży­li­śmy ze­zna­nia – przy­po­mnia­ła.

– Obo­je zna­li­ście de­na­ta?

– Ja zna­łem – od­parł Sean.

– I je­cha­li­ście za nim aż do tego miej­sca?

– Nie je­cha­li­śmy za nim. Tłu­ma­czy­łem to już pań­skim lu­dziom. Mie­li­śmy się z nim tu spo­tkać.

– Był­bym wdzięcz­ny, gdy­by ze­chciał pan to wy­tłu­ma­czyć mnie.

Jed­nak je­ste­śmy po­dej­rza­ni, po­my­ślał Sean.

Na­stęp­nie omó­wił po ko­lei eta­py ich po­dró­ży.

– Nie wie­dzie­li­ście, że on tu jest? To chce pan po­wie­dzieć? Ale tak się zło­ży­ło, że by­li­ście pierw­si na miej­scu zbrod­ni?

– To praw­da – przy­znał Sean.

Męż­czy­zna zsu­nął swój ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem na tył gło­wy.

– Oso­bi­ście nie lu­bię zbie­gów oko­licz­no­ści.

– Ja też – po­wie­dział Sean. – Jed­nak one cza­sa­mi się zda­rza­ją. W tej oko­li­cy nie ma zbyt wie­lu do­mów i lu­dzi. Je­chał w to samo miej­sce co my, tą samą dro­gą. Do tego jest póź­no. Je­że­li w ogó­le ktoś miał­by się na nie­go na­tknąć, to praw­do­po­dob­nie my.

– Czy­li wca­le nie taki zno­wu zbieg oko­licz­no­ści – do­da­ła Mi­chel­le.

Męż­czy­zna nie spra­wiał wra­że­nia, że słu­cha. Przy­glą­dał się wy­brzu­sze­niu pod jej kurt­ką. Prze­su­nął rękę w stro­nę swo­jej bro­ni oso­bi­stej i gwizd­nął ci­cho. Na­tych­miast pię­ciu jego lu­dzi sta­nę­ło przy nim.

– Czy pani ma przy so­bie broń? – spy­tał.

Po­zo­sta­li funk­cjo­na­riu­sze za­mar­li w po­go­to­wiu. Sean do­my­ślał się z bo­jaź­li­wych spoj­rzeń dwóch po­li­cjan­tów, któ­rzy pierw­si ba­da­li miej­sce zbrod­ni, że cze­ka ich pie­kło za prze­ocze­nie tak oczy­wi­ste­go fak­tu.

– Mam – po­wie­dzia­ła Mi­chel­le.

– Dla­cze­go moi lu­dzie o tym nie wie­dzie­li? – Spoj­rzał prze­cią­gle na dwóch po­li­cjan­tów, któ­rzy zro­bi­li się bla­dzi jak księ­życ.

– Nie py­ta­li.

Po­rucz­nik wy­cią­gnął pi­sto­let. Po chwi­li sześć sztuk bro­ni ce­lo­wa­ło w Se­ana i Mi­chel­le. Z tej od­le­gło­ści trud­no by­ło­by spu­dło­wać.

– Chwi­lecz­kę – ode­zwał się Sean. – Ona ma po­zwo­le­nie. Poza tym z jej bro­ni nie strze­la­no.

– Obo­je ręce za gło­wę. Na­tych­miast.

Tak zro­bi­li.

Pi­sto­let Mi­chel­le zo­stał za­bra­ny i pod­da­ny oglę­dzi­nom. Ich prze­szu­ka­no, spraw­dza­jąc, czy nie mają wię­cej bro­ni.

– Peł­ny ma­ga­zy­nek, pa­nie po­rucz­ni­ku – za­ko­mu­ni­ko­wał je­den z po­li­cjan­tów. – Nie strze­la­no z nie­go ostat­nio.

– No cóż, nie wie­my też, od jak daw­na ten czło­wiek nie żyje. I tyl­ko jed­na kula. Wy­star­czy uzu­peł­nić ma­ga­zy­nek. Ła­twe.

– Ja go nie za­strze­li­łam – oznaj­mi­ła Mi­chel­le ka­te­go­rycz­nie.

– Gdy­by­śmy to zro­bi­li, wzy­wa­li­by­śmy po­li­cję? – do­dał Sean.

– Nie mnie de­cy­do­wać – po­wie­dział po­rucz­nik, po­da­jąc jed­ne­mu ze swo­ich lu­dzi pi­sto­let Mi­chel­le. – Do to­reb­ki i ozna­czyć.

– Mam po­zwo­le­nie na tę broń – rze­kła Mi­chel­le.

– Pro­szę po­ka­zać.

Po­da­ła mu do­ku­ment, któ­ry on szyb­ko prze­biegł wzro­kiem, po czym jej od­dał.

– Z po­zwo­le­niem czy bez, nie ma to zna­cze­nia, je­że­li uży­ła pani tej bro­ni, żeby za­strze­lić czło­wie­ka.

– De­nat ma małą ranę wlo­to­wą, nie ma wy­lo­to­wej – stwier­dzi­ła Mi­chel­le. – Przy strza­le z bli­skiej od­le­gło­ści wi­docz­ne by­ły­by ziar­na pro­chu wbi­te w skó­rę. Tu­taj proch naj­wy­raź­niej po­szedł za kulą, w ranę. Kształt otwo­ru lufy wy­pa­lił się w skó­rze. Wy­glą­da na ka­li­ber .22, może .32. Ten ostat­ni zo­sta­wia ślad ośmio­mi­li­me­tro­wy. Moja broń zo­sta­wi­ła­by dziu­rę pra­wie pięt­na­ście pro­cent więk­szą. Ści­śle mó­wiąc, gdy­bym strze­li­ła, przy­sta­wia­jąc mu pi­sto­let do gło­wy, kula prze­szła­by przez jego mózg, przez za­głó­wek, praw­do­po­dob­nie prze­bi­ła­by tyl­ną szy­bę i le­cia­ła­by jesz­cze oko­ło mili.

– Znam moż­li­wo­ści bro­ni tego typu, pro­szę pani. To hec­kler & koch ka­li­bru .45. Ta­kich sa­mych uży­wa­my w po­li­cji sta­no­wej.

– Aku­rat mój jest ulep­szo­ną wer­sją tego, z któ­re­go wy, pa­no­wie, do nas mie­rzy­cie.

– Ulep­szo­ną? Jak?

– Wasz mo­del jest star­szy i ra­czej pod­sta­wo­wy. Mój jest bar­dziej er­go­no­micz­ny i po prze­pro­jek­to­wa­niu ma ma­ga­zy­nek na dzie­sięć na­boi, a nie tak jak wasz, na dwa­na­ście. Żło­bio­na, ana­to­micz­na rę­ko­jeść z na­kład­ka­mi po­zwa­la mu sie­dzieć głę­bo­ko mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, co prze­kła­da się na więk­szą sta­bil­ność i kon­tro­lę od­rzu­tu. Ma też prze­dłu­żo­ny, obu­ręcz­ny me­cha­nizm spu­sto­wy i uni­wer­sal­ną szy­nę Pi­ca­tin­ny za­miast fir­mo­wej szy­ny ak­ce­so­ryj­nej do pi­sto­le­tów sa­mo­pow­ta­rzal­nych HK, jaką ma­cie wy. Lufa po­li­go­nal­na z pier­ście­niem ochron­nym. To kom­pak­to­wy mo­del o ma­sie dwu­dzie­stu ośmiu un­cji, po­ło­ży tru­pem wszyst­ko, co cho­dzi na dwóch no­gach. Pro­du­ku­ją go za­raz za gra­ni­cą sta­nu, w New Hamp­shi­re.

– Dużo pani wie o bro­ni?

– Jest mi­ło­śnicz­ką – wtrą­cił Sean, wi­dząc, że pro­tek­cjo­nal­ny ton gli­nia­rza roz­zło­ścił Mi­chel­le.

– A co? – wark­nę­ła. – Dziew­czy­ny mają być ciem­ne?

Po­rucz­nik nie­ocze­ki­wa­nie uśmiech­nął się, zdjął ka­pe­lusz i prze­su­nął dło­nią po swo­ich blond wło­sach.

– Do dia­bła, w tej czę­ści Ma­ine chy­ba każ­dy umie po­słu­gi­wać się bro­nią. Praw­dę mó­wiąc, moja mała sio­strzycz­ka za­wsze strze­la­ła le­piej ode mnie.

– Sam pan wi­dzi – po­wie­dzia­ła Mi­chel­le. Jego szcze­re wy­zna­nie szyb­ko zła­go­dzi­ło jej gniew. – Pro­szę spraw­dzić, czy mam na dło­niach śla­dy pro­chu. Ni­cze­go pan nie znaj­dzie.

– Mo­gła pani na­ło­żyć rę­ka­wicz­ki – za­uwa­żył.

– Mo­głam zro­bić wie­le rze­czy. Szu­ka pan tych śla­dów po strza­le czy nie?

Przy­wo­łał ge­stem jed­ne­go z tech­ni­ków, któ­ry na miej­scu pod­dał ba­da­niu za­rów­no Mi­chel­le, jak i Se­ana.

– Czy­ści – oświad­czył.

– Wow, i co pan na to? – spy­ta­ła Mi­chel­le.

Po­rucz­nik od­po­wie­dział py­ta­niem:

– Obo­je je­ste­ście pry­wat­ny­mi de­tek­ty­wa­mi?

Sean przy­tak­nął.

– Ber­gin za­an­ga­żo­wał nas, że­by­śmy mu po­mo­gli w spra­wie Ed­ga­ra Roya.

– W czym tu po­ma­gać? Fa­cet jest wi­nien, i tyle.

– Jak sam pan po­wie­dział, nie nam o tym są­dzić – rzekł Sean.

– Ma­cie li­cen­cję w Ma­ine?

– Zło­ży­li­śmy do­ku­men­ty i wnie­śli­śmy opła­tę – od­parł Sean. – Cze­ka­my na od­po­wiedź.

– To zna­czy nie ma­cie li­cen­cji?

– Prze­cież nie prze­pro­wa­dza­li­śmy jesz­cze żad­nych czyn­no­ści śled­czych. Do­pie­ro do­wie­dzie­li­śmy się o tej ro­bo­cie. Pa­pie­ry za­czę­li­śmy za­ła­twiać na­tych­miast. Ju­rys­dyk­cja, w któ­rej mamy li­cen­cję, ma wza­jem­ność z Ma­ine. To tyl­ko for­mal­ność. Do­sta­nie­my ak­cep­ta­cję.

– Lu­dzie, któ­rzy chcą być pry­wat­ny­mi de­tek­ty­wa­mi, mu­szą mieć ja­kie­goś ro­dza­ju spe­cjal­ne przy­go­to­wa­nie. Ja­kie jest wa­sze? Woj­sko? Ochro­na po­rząd­ku pu­blicz­ne­go?

– Se­cret Se­rvi­ce – po­in­for­mo­wał go Sean.

Po­rucz­nik po­pa­trzył na Se­ana i Mi­chel­le z wy­raź­nym sza­cun­kiem. Jego lu­dzie też.

– Obo­je?

Sean ski­nął gło­wą.

– Chro­ni­li­ście kie­dyś pre­zy­den­ta?

– Sean tak – po­wie­dzia­ła Mi­chel­le. – Ja nig­dy nie by­łam w Bia­łym Domu, aż do odej­ścia ze służ­by.

– Dla­cze­go pani ode­szła?

Sean i Mi­chel­le wy­mie­ni­li mię­dzy sobą szyb­kie spoj­rze­nia. Od­po­wie­dział Sean:

– Mia­ła dość. Chcia­ła ro­bić coś in­ne­go.

– Zde­cy­do­wa­nie dość.

Trzy kwa­dran­se póź­niej pod­je­chał jesz­cze je­den sa­mo­chód.

– To puł­kow­nik May­hew – oznaj­mił po­rucz­nik. – Mu­siał gnać na zła­ma­nie kar­ku, bo wy­da­je mi się, że dziś wie­czo­rem był gdzieś koło Sko­whe­gan.

Po­spie­szył przy­wi­tać prze­ło­żo­ne­go.

Puł­kow­nik był wy­so­ki i sze­ro­ki w ba­rach. Mimo pięć­dzie­siąt­ki za­cho­wał szczu­płą syl­wet­kę. Oczy miał spo­koj­ne i czuj­ne, spo­sób by­cia ener­gicz­ny i rze­czo­wy. Se­ano­wi przy­szło do gło­wy, że wy­glą­da jak z in­spi­ro­wa­ne­go Hol­ly­wo­odem po­li­cyj­ne­go pla­ka­tu re­kru­ta­cyj­ne­go.

Po za­po­zna­niu się z sy­tu­acją rzu­cił okiem na cia­ło, na­stęp­nie pod­szedł do nich. Do­ko­na­no wza­jem­nej pre­zen­ta­cji i May­hew prze­szedł do rze­czy:

– Kie­dy ostat­ni raz mie­li­ście kon­takt z pa­nem Ber­gi­nem?

– Przez te­le­fon, dziś po po­łu­dniu, oko­ło sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści. Chwi­lę przed tym, jak wsie­dli­śmy do sa­mo­lo­tu.

– Co po­wie­dział?

– Że spo­tka się z nami w pen­sjo­na­cie, w któ­rym mamy się za­trzy­mać.

– To zna­czy gdzie?

– Mar­tha’s Inn koło Ma­chias.

Puł­kow­nik apro­bu­ją­co po­ki­wał gło­wą.

– Wy­god­ne miej­sce, do­bre je­dze­nie.

– Miło sły­szeć – po­wie­dzia­ła Mi­chel­le.

– Coś jesz­cze od Ber­gi­na? E-ma­ile? SMS-y?

– Nic. Spraw­dza­łem przed lo­tem i po wy­lą­do­wa­niu. Pró­bo­wa­łem za­dzwo­nić do nie­go oko­ło dzie­wią­tej, ale nie od­bie­rał. Od razu włą­czy­ła się pocz­ta gło­so­wa, więc zo­sta­wi­łem wia­do­mość. Wia­do­mo mniej wię­cej, jak dłu­go nie żyje?

Puł­kow­nik zi­gno­ro­wał py­ta­nie.

– Wi­dzie­li­ście ja­kieś inne sa­mo­cho­dy?

– Żad­ne­go poza sa­mo­cho­dem Ber­gi­na – od­po­wie­dział Sean. – Cał­kiem pu­sty od­ci­nek dro­gi. Nie wi­dzie­li­śmy też nic, co by świad­czy­ło, że inny sa­mo­chód za­trzy­mał się obok jego, cho­ciaż je­że­li nie wy­cie­kał­by mu ja­kiś płyn, praw­do­po­dob­nie nie zo­sta­wił­by żad­nych śla­dów.

– I nie ma pan po­ję­cia, do­kąd mógł je­chać dziś wie­czo­rem?

– Cóż, za­kła­dam, że je­chał spo­tkać się z nami w Mar­tha’s Inn.

– Wie pan, gdzie Ber­gin miał się za­trzy­mać? U Mar­thy?

– Nie, zda­je się, że nie mia­ła wię­cej wol­nych po­koi. – Sean po­grze­bał w kie­sze­niach i wy­cią­gnął no­tes. Prze­rzu­cił kil­ka kar­tek. – Gray’s Lod­ge. Tam miał miesz­kać.

– Aha, też znam. Bli­żej East­port, ale nie tak przy­jem­nie jak w Mar­tha’s.

– Chy­ba spo­ro pan po­dró­żu­je – za­uwa­ży­ła Mi­chel­le.

– Owszem – po­wie­dział puł­kow­nik obo­jęt­nie. Spoj­rzał na sa­mo­chód. – Tyl­ko że je­że­li Ber­gin je­chał od stro­ny East­port, jego sa­mo­chód po­wi­nien zmie­rzać w prze­ciw­nym kie­run­ku. Wy je­cha­li­ście z po­łu­dnio­we­go za­cho­du. East­port jest na pół­noc­nym wscho­dzie. I nig­dy nie za­je­chał­by tak da­le­ko. Skręt do Mar­tha’s Inn znaj­du­je się pięć mil da­lej tą dro­gą.

Sean po­pa­trzył na sa­mo­chód, po­tem na puł­kow­ni­ka.

– Nie wiem, co po­wie­dzieć. Tak go zna­leź­li­śmy. Jego sa­mo­chód był usta­wio­ny w tym sa­mym kie­run­ku co nasz.

– Skom­pli­ko­wa­ne – po­wie­dział stróż pra­wa.

Sean obej­rzał się, bo aku­rat czar­ny esca­la­de za­ha­mo­wał z pi­skiem i wy­sie­dli czte­rej lu­dzie w wia­trów­kach FBI. Fe­de­ral­na ka­wa­le­ria z Bo­sto­nu wła­śnie przy­by­ła.

Za­raz bę­dzie dużo bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne, po­my­ślał Sean.

4

Agent do­wo­dzą­cy na­zy­wał się Bran­don Mur­dock. Był mniej wię­cej wzro­stu Mi­chel­le, chu­dy jak szcza­pa, ale uścisk jego dło­ni był za­ska­ku­ją­co moc­ny. Wło­sy miał gę­ste, ob­cię­te krót­ko, zgod­nie ze stan­dar­da­mi FBI, a brwi wiel­ko­ści gą­sie­nic. Naj­pierw zo­stał wpro­wa­dzo­ny w spra­wę przez po­rucz­ni­ka. Po­tem spę­dził kil­ka chwil sam na sam z puł­kow­ni­kiem May­hew, któ­ry wśród obec­nych był naj­wyż­szym ran­gą przed­sta­wi­cie­lem po­li­cji sta­nu Ma­ine. Na­stęp­nie obej­rzał cia­ło i sa­mo­chód. W koń­cu pod­szedł do Se­ana i Mi­chel­le.

– Sean King i Mi­chel­le Ma­xwell – stwier­dził.

W jego to­nie było coś, co ka­za­ło Mi­chel­le za­py­tać:

– Sły­szał pan o nas?

– Plot­ki z Wa­szyng­to­nu do­cie­ra­ją na pół­noc.

– Na­praw­dę? – rzu­cił Sean.

– Agent spe­cjal­ny Chuck Wa­ters i ja by­li­śmy ra­zem w aka­de­mii. Nadal je­ste­śmy w kon­tak­cie.

– To po­rząd­ny gość.

– Owszem. – Mur­dock zer­k­nął na sa­mo­chód. Po­ga­węd­ka się skoń­czy­ła. – Co mo­że­cie mi po­wie­dzieć?

– Mar­twy męż­czy­zna – za­czął Sean. – Rana po­strza­ło­wa gło­wy. Zna­lazł się tu­taj, po­nie­waż re­pre­zen­to­wał Ed­ga­ra Roya. Może ko­muś to się nie po­do­ba­ło.

Mur­dock ski­nął gło­wą.

– Może też to być przy­pa­dek.

– Czy zgi­nę­ły pie­nią­dze albo war­to­ścio­we przed­mio­ty? – spy­ta­ła Mi­chel­le.

– Z tego, co wie­my, to nie. Port­fel, ze­ga­rek i te­le­fon nie­tknię­te.

– W ta­kim ra­zie praw­do­po­dob­nie nie był to przy­pa­dek.

– De­nat mógł znać na­past­ni­ka – pod­su­nął Sean.

– Dla­cze­go pan tak są­dzi? – spy­tał na­tych­miast Mur­dock.

– Okno od stro­ny kie­row­cy.

– Co z nim?

Sean wy­ko­nał gest w kie­run­ku sa­mo­cho­du.

– Po­zwo­li pan?

Po­de­szli do bu­ic­ka.

Wszy­scy przy­glą­da­li się, kie­dy Sean wska­zy­wał okno, a na­stęp­nie cia­ło, wy­ja­śnia­jąc:

– Rana wlo­to­wa w gło­wie, duży roz­bryzg krwi. Brak rany wy­lo­to­wej, więc cała krew po­szła do przo­du. Jak z gej­ze­ru. Kie­row­ni­ca, Ber­gin, de­ska, fo­tel i przed­nia szy­ba są zbry­zga­ne krwią. Na­wet tro­chę jest na mo­ich rę­kach, bo otwo­rzy­łem drzwi i on się osu­nął, ale tu­taj nie ma. – Wska­zał czy­stą szy­bę.

– Po­nie­waż była opusz­czo­na, kie­dy padł strzał – po­wie­dzia­ła Mi­chel­le, a Mur­dock ski­nął gło­wą.

– A po­tem za­bój­ca pod­niósł ją z po­wro­tem, bo oczy­wi­ście nie mógł tego zro­bić Ber­gin – do­dał Mur­dock. – Po co?

– Nie wiem. Było ciem­no, mógł nie za­uwa­żyć, że szy­ba jest czy­sta, w prze­ciw­nym ra­zie roz­sma­ro­wał­by tro­chę krwi, żeby nas zmy­lić. Jed­nak tech­ni­ka ba­da­nia roz­bry­zgów krwi osią­gnę­ła taki po­ziom wy­ra­fi­no­wa­nia, że po­li­cja na­tych­miast przej­rza­ła­by ten ma­newr. Może też za­bój­ca włą­czył świa­tła awa­ryj­ne, że­by­śmy my­śle­li, że Ber­gin ma awa­rię czy za­trzy­mał się z wła­snej woli. Tyl­ko że kto za­trzy­mu­je się i opusz­cza szy­bę na pu­stej dro­dze, póź­nym wie­czo­rem? To wie­le mówi.

– Ma pan ra­cję. To zna­czy, że mu­siał znać tę oso­bę. Wni­kli­wa ob­ser­wa­cja – po­chwa­lił Mur­dock.

Sean po­pa­trzył na po­li­cjan­tów.

– Ale może być też inne wy­tłu­ma­cze­nie. Ktoś, kto go za­trzy­mał, mógł być w mun­du­rze.

Wszy­scy funk­cjo­na­riu­sze po­li­cji sta­no­wej po­pa­trzy­li na nie­go gniew­nie.

– To nie był ża­den z mo­ich lu­dzi, mogę za­pew­nić – ode­zwał się obu­rzo­ny May­hew.

– Dziś w nocy tyl­ko ja by­łem w tym sek­to­rze – do­dał je­den z po­li­cjan­tów. – I oczy­wi­ście nie za­strze­li­łem tego czło­wie­ka.

– Ni­ko­go nie oskar­żam – za­pew­nił Sean.

– On ma ra­cję – wtrą­cił Mur­dock. – To mógł być ktoś w mun­du­rze.

– Ktoś, kto tyl­ko się pod­szy­wał – uści­śli­ła Mi­chel­le.

– Trud­no by­ło­by to tu­taj prze­pro­wa­dzić – stwier­dził May­hew. – Zdo­być mun­dur, wóz pa­tro­lo­wy… poza tym ktoś mógł­by zo­ba­czyć. Duże ry­zy­ko.

– I tak mu­si­my to spraw­dzić – po­wie­dział Mur­dock.

– Od jak daw­na on nie żyje? – spy­tał Sean.

Mur­dock spoj­rzał na jed­ne­go z miej­sco­wych tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych, któ­ry udzie­lił od­po­wie­dzi:

– W chwi­li obec­nej mo­że­my przy­jąć, że śmierć na­stą­pi­ła oko­ło czte­rech go­dzin temu. Do­kład­niej czas zgo­nu bę­dzie zna­ny po sek­cji.

Sean zer­k­nął na ze­ga­rek.

– To zna­czy, że roz­mi­nę­li­śmy się z za­bój­cą o ja­kieś pół go­dzi­ny. Nie wi­dzie­li­śmy żad­ne­go mi­ja­ją­ce­go nas sa­mo­cho­du, więc kto­kol­wiek to zro­bił, mu­siał od­je­chać w prze­ciw­nym kie­run­ku albo skrę­cić w bok.

– Chy­ba że był pie­szo – rzekł Mur­dock, roz­glą­da­jąc się po po­grą­żo­nym w mro­ku te­re­nie. – Ale je­że­li miał na so­bie mun­dur, po­ru­szał­by się sa­mo­cho­dem. Wąt­pię, żeby Ber­gin za­trzy­mał się tyl­ko dla­te­go, że zo­ba­czył ko­goś w mun­du­rze idą­ce­go dro­gą.

May­hew od­chrząk­nął.

– Moi lu­dzie prze­szu­ka­li te­ren i nic nie zna­leź­li. Do­kład­niej­sze po­szu­ki­wa­nia prze­pro­wa­dzi­my rano.

– Gdzie jest ja­kaś naj­bliż­sza inna dro­ga? – spy­tał Sean.

– Oko­ło pół mili stąd, w tam­tym kie­run­ku – po­in­for­mo­wał go po­rucz­nik, wska­zu­jąc na wschód.

– Za­bój­ca tam mógł za­par­ko­wać swój sa­mo­chód – po­wie­dział Mur­dock.

– Zbyt ry­zy­kow­ne – za­opo­no­wa­ła Mi­chel­le. – Sa­mo­chód zo­sta­wio­ny na ta­kiej dro­dze na­tych­miast wzbu­dził­by po­dej­rze­nia. Spraw­ca nie miał­by pew­no­ści, że po­li­cja nie ze­chce spraw­dzić wozu.

– Czy­li był wspól­nik – pod­su­mo­wał Mur­dock. – Cze­ka w sa­mo­cho­dzie. Spraw­ca idzie przez za­ro­śla, żeby nikt go nie zo­ba­czył na dro­dze, wra­ca do sa­mo­cho­du i od­jeż­dża­ją.

Sean zwró­cił się do stró­ża pra­wa, któ­ry pierw­szy przy­był na miej­sce zbrod­ni:

– Czy pod­czas wie­czor­ne­go pa­tro­lu albo ja­dąc tu­taj, wi­dzia­łeś ja­kiś sa­mo­chód za­par­ko­wa­ny tak jak ten?

Gli­niarz po­krę­cił gło­wą.

– Ale przy­je­cha­łem z tego sa­me­go kie­run­ku co wy – za­strzegł.

– Na­sze wozy pa­tro­lu­ją oko­licz­ne dro­gi, szu­ka­jąc ewen­tu­al­ne­go po­dej­rza­ne­go – po­wie­dział May­hew. – Jed­nak mi­nę­ło już kil­ka go­dzin i spraw­ca może być da­le­ko. Albo gdzieś się za­me­li­no­wał.

– Cie­kaw je­stem, do­kąd je­chał Ber­gin – ode­zwał się Mur­dock.

– No wła­śnie. Miał się z nami spo­tkać w Mar­tha’s Inn – od­parł Sean. – Tyl­ko że, jak już wie­my, je­chał w złym kie­run­ku. Do Mar­tha’s Inn mu­siał­by skrę­cić wcze­śniej, je­że­li je­chał z East­port.

Mur­dock się za­my­ślił.

– To praw­da, czy­li nadal nie wie­my, do­kąd je­chał. Je­że­li nie na spo­tka­nie z wami, to gdzie? I z kim?

– Może od­po­wiedź jest pro­sta – wtrą­ci­ła się Mi­chel­le. – Po­wiedz­my, że z ja­kie­goś po­wo­du był gdzieś na po­łu­dnio­wy za­chód stąd i je­chał do Mar­tha’s Inn na spo­tka­nie z nami. Wte­dy je­chał­by tą samą dro­gą i w tym sa­mym kie­run­ku co my.

Wszy­scy za­czę­li roz­wa­żać taką ewen­tu­al­ność. Mur­dock spoj­rzał na puł­kow­ni­ka.

– Ja­kiś po­mysł, do­kąd mógł po­je­chać, je­że­li ta teo­ria oka­za­ła­by się słusz­na?

May­hew po­tarł nos, za­sta­na­wia­jąc się.

– Nie­wie­le tam jest, chy­ba że od­wie­dził ko­goś w domu.

– A Cut­ter’s Rock? – spy­tał Sean.

– Gdy­by je­chał z Gray’s Lod­ge do Cut­ter’s, w ogó­le nie zna­la­zł­by się na tej dro­dze – wy­ja­śnił po­rucz­nik, a May­hew przy­tak­nął. – W do­dat­ku Cut­ter’s jest te­raz za­mknię­te. Po zmro­ku żad­nych od­wie­dza­ją­cych.

– Czy znał tu ko­goś, o kim wspo­mniał w roz­mo­wie z wami? – zwró­cił się Mur­dock do Se­ana.

– Je­dy­ną oso­bą, o któ­rej z nami roz­ma­wiał, był Ed­gar Roy.

– No tak, jego klient – po­wie­dział Mur­dock.

– Ro­zu­mie­my, że Roy jest na li­ście fe­de­ral­nej. Je­śli dzie­je się coś, co ma z nim choć­by da­le­ki zwią­zek, zo­sta­je­cie we­zwa­ni.

– Gdzie pan to sły­szał? – wark­nął Mur­dock. Naj­wy­raź­niej ta in­for­ma­cja była po­uf­na.

Po­li­cjant, któ­re­mu się wy­psnę­ła, zro­bił się czer­wo­ny jak bu­rak, ale na szczę­ście dla sie­bie stał za ple­ca­mi agen­ta.

– Wy­da­je mi się, że po­wie­dział mi o tym Ber­gin, kie­dy roz­ma­wia­li­śmy dwa dni temu. Wy oczy­wi­ście wie­cie, że re­pre­zen­to­wał Roya, praw­da?

Mur­dock się od­wró­cił.

– Do­bra, kończ­my ro­bo­tę w te­re­nie. Chcę mieć zdję­cia i film oraz każ­de włók­no czy włos, od­cisk pal­ca, ślad DNA, ślad sto­py i wszyst­ko, co tu znaj­dzie­cie. Jaz­da.

Mi­chel­le spoj­rza­ła na Se­ana.

– Chy­ba stra­cił do nas sym­pa­tię.

– Mo­że­my je­chać? – spy­tał Sean gło­śno.

– Jak tyl­ko po­bie­rze­my wa­sze od­ci­ski pal­ców, wy­ma­zy do DNA i od­ci­ski obu­wia – od­parł Mur­dock, od­wra­ca­jąc gło­wę w ich stro­nę.

– Oczy­wi­ście, żeby nas wy­klu­czyć z gro­na po­dej­rza­nych – do­dał Sean.

– Idę za do­wo­da­mi tam, do­kąd pro­wa­dzą.

– Już spraw­dzi­li mój pi­sto­let – po­wie­dzia­ła Mi­chel­le. – Obo­je zo­sta­li­śmy też pod­da­ni te­sto­wi pa­ra­fi­no­we­mu, z wy­ni­kiem ne­ga­tyw­nym.

– Dla mnie to bez zna­cze­nia – usły­sze­li w od­po­wie­dzi.

Sean nie re­zy­gno­wał:

– Ber­gin nas wy­na­jął. Nie mie­li­śmy po­wo­du go za­bi­jać.

– Cóż, jak na ra­zie mamy tyl­ko wa­sze sło­wo na po­twier­dze­nie, że pra­co­wa­li­ście dla nie­go. Bę­dzie­my mu­sie­li to spraw­dzić.

– W po­rząd­ku. Ale jak już po­bie­rze­cie od nas prób­ki?

– Po­je­dzie­cie tam, gdzie mie­li­ście się za­trzy­mać. Tyl­ko nie wol­no wam opusz­czać tego re­jo­nu bez mo­je­go ze­zwo­le­nia.

– Może pan to zro­bić? Prze­cież nic nas nie ob­cią­ża.

– Je­ste­ście istot­ny­mi świad­ka­mi.

– Nie wi­dzie­li­śmy nic, cze­go pan by nie wi­dział – za­opo­no­wał Sean.

– Nie wda­waj­cie się w py­sków­kę ze mną na ten te­mat, bo nic nie wskó­ra­cie – ostrzegł Mur­dock. – Wiem, że dla Chuc­ka tacy jak wy to su­per­go­ście, ale ja to co in­ne­go.

– To tyle w kwe­stii za­wo­do­wej kur­tu­azji – mruk­nę­ła Mi­chel­le.

– To jest śledz­two w spra­wie za­bój­stwa, a nie mecz to­wa­rzy­ski. Po­czu­wam się do kur­tu­azji je­dy­nie wo­bec ofia­ry.

Po tych sło­wach Mur­dock od­ma­sze­ro­wał.

– My­ślę, że na­praw­dę już nas nie lubi – pod­su­mo­wa­ła Mi­chel­le.

– Nie mo­że­my mieć mu tego za złe. By­li­śmy na miej­scu zbrod­ni. On nas nie zna. W do­dat­ku jest pod pre­sją, i to sil­ną. No i ma ra­cję. Jego za­da­nie po­le­ga na zna­le­zie­niu mor­der­cy, a nie no­wych przy­ja­ciół.

– Jak na skrzy­dłach w nie­ca­łą go­dzi­nę. Z sa­me­go Bo­sto­nu. Do­tar­li tu tak szyb­ko, jak­by przy­le­cie­li śmi­głow­cem. Spra­wa tego Ed­ga­ra Roya ma wy­so­ki prio­ry­tet.

– Naj­wy­raź­niej. Cie­ka­we dla­cze­go?

Kie­dy po­bra­no od nich prób­ki do zba­da­nia DNA, pod­szedł do nich po­rucz­nik.

– Mój czło­wiek po­wie­dział mi, że to on był dla was źró­dłem in­for­ma­cji o FBI. Do­ce­niam, że go kry­li­ście. To mo­gło­by za­szko­dzić jego ka­rie­rze.

– Nie ma spra­wy – po­wie­dzia­ła Mi­chel­le. – Jak się na­zy­wasz?

– Eric Do­bkin.

– Po­słu­chaj, Eri­cu – zwró­cił się do nie­go Sean. – Wy­glą­da na to, że FBI jak zwy­kle od­sta­wia po­kaz siły, więc wszy­scy po­win­ni­śmy po­ma­gać so­bie na­wza­jem.

– W jaki spo­sób?

– Jak się cze­goś do­wie­my, przyj­dzie­my z tym do cie­bie.

– My­śli­cie, że to jest mą­dre? Cho­dzi mi o to, że to prze­cież FBI.

– My­ślę, że to jest mą­dre, do­pó­ki nie oka­że się, że nie jest.

– Tyl­ko że to dzia­ła w dwie stro­ny – wtrą­ci­ła Mi­chel­le. – My po­ma­ga­my wam, wy po­ma­ga­cie nam.

– Ale te­raz to jest śledz­two fe­de­ral­ne.

– Więc po­li­cja sta­nu Ma­ine po pro­stu pod­ku­li ogon i uciek­nie? Ta­kie jest wa­sze mot­to?

Do­bkin wy­pro­sto­wał się z god­no­ścią.

– Nie, pro­szę pani. Na­sze mot­to brzmi…

– Sem­per aequ­us. Za­wsze spra­wie­dli­wi – do­koń­czy­ła Mi­chel­le. – Wy­szu­ka­łam so­bie.

– Tak­że nie­za­leż­ność, uczci­wość, współ­czu­cie i do­sko­na­łość – cią­gnął Do­bkin. – To jest ze­staw na­szych pod­sta­wo­wych war­to­ści. Nie wiem, jak jest w Wa­szyng­to­nie, ale tu­taj się ich trzy­ma­my.

– Ko­lej­ny po­wód, że­by­śmy pra­co­wa­li ra­zem.

– Ale nad czym tu pra­co­wać? Zo­sta­li­ście wy­na­ję­ci przez fa­ce­ta, któ­ry te­raz nie żyje.

– Mu­si­my się do­wie­dzieć, kto go za­bił.

– Dla­cze­go?

– Był moim przy­ja­cie­lem. – Sean na­chy­lił się bli­żej po­li­cjan­ta. – Nie wiem, jak wy za­ła­twia­cie spra­wy tu­taj, w Ma­ine, ale tam skąd po­cho­dzę, nie po­rzu­ca­my na­szych przy­ja­ciół dla­te­go, że ktoś ich za­bił.

Do­bkin cof­nął się o krok.

– Ma pan ra­cję.

Mi­chel­le uśmiech­nę­ła się.

– W ta­kim ra­zie na pew­no bę­dzie­my się wi­dy­wać od cza­su do cza­su. – Po­da­ła mu jed­ną z ich wi­zy­tó­wek, do­da­jąc: – Pod tymi nu­me­ra­mi te­le­fo­nów pan nas zła­pie.

Po­tem włą­czy­ła sil­nik, wdep­nę­ła pe­dał gazu i ford od­da­lił się z dużą pręd­ko­ścią.