Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Schizofrenia. Moja droga przez szaleństwo ebook

Elyn R. Saks

5 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 503 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Schizofrenia. Moja droga przez szaleństwo - Elyn R. Saks

W książce Schizofrenia. Moja droga przez szaleństwo Elyn R. Saks pisze w sposób szczery i poruszający o swojej paranoi, niezdolności odróżniania urojonych lęków od prawdziwych, głosach rozbrzmiewających w głowie, nakłaniających do strasznych czynów. Wspomina także o przeszkodach, jakie musiała pokonać, aby stać się osobą, którą jest dzisiaj. "Książka jest zapisem wspomnień i refleksji potwierdzających, że osoba cierpiąca na psychozy dzięki lekom, psychoanalizie i odpowiedniemu wsparciu, może wieść twórcze życie, nawiązywać przyjaźnie i odnaleźć miłość". Oliver Sachs, autor książki Przebudzenia "Ta znakomita opowieść o życiu skłania do refleksji i schlebia wyszukanym gustom. Czytając ją, można się delektować". Leo Rangell, prezes Międzynarodowego Towarzystwa Psychoanalitycznego "Książkę powinien przeczytać każdy, kto interesuje się chorobami psychicznymi i ich leczeniem, niezwykłymi biografiami lub po prostu dobrą literaturą". Robert Michels, wykładowca medycyny i psychiatrii Uniwersytetu Cornella "Odważna, śmiała, poruszająca, do bólu szczera i inspirująca relacja z trwającej całe życie walki z demonami". Dilip V. Jeste, wykładowca psychiatrii i neurologii Uniwersytetu Kalifornijskiego Elyn R. Saks naucza w Gould School of Law na Uniwersytecie Południowokalifornijskim i wykłada psychiatrię na wydziale medycznym Uniwersytetu Kalifornijskiego. Jest również członkinią klinicznego stowarzyszenia badawczego w Nowym Centrum Psychoanalizy.

Opinie o ebooku Schizofrenia. Moja droga przez szaleństwo - Elyn R. Saks

Cytaty z ebooka Schizofrenia. Moja droga przez szaleństwo - Elyn R. Saks

Schizofrenia to choroba mózgu, która wiąże się ze znaczną utratą kontaktu z  rzeczywistością. Często towarzyszą jej urojenia – ustalone, lecz fałszywe poglądy – takie jak przekonanie, że zabiło się wielu ludzi, oraz halucynacje, które są błędnym postrzeganiem zmysłowym, na przykład widzenie człowieka z  nożem. W  chorobie tej mowa i  rozumowanie często ulegają takiemu zaburzeniu, że stają się niespójne.

Fragment ebooka Schizofrenia. Moja droga przez szaleństwo - Elyn R. Saks

Elyn R. Saks
Moja droga przez szaleństwo
Przełożyła Barbara Grabska-Siwek
Tytuł oryginału:I AM THE CENTER CANNOT HOLD. MY JOURNEY THROUGH MADNESS
Redakcja: MAŁGORZATA GRUDNIK-ZWOLIŃSKA
Korekta: JADWIGA PILLER, MARIANNA CHAŁUPCZAK
Projekt okładki: Panna Cotta
Zdjęcie na okładce: Fotolia
Redakcja techniczna: MARIUSZ TELER
Redaktor prowadząca: AGNIESZKA KOSZAŁKA
Skład i łamanie: Katka, Warszawa
Copyright © 2007 by Elyn R. Saks All rights reserved.
THE BELL JAR by Sylvia Plath Copyright © 1971 by Harper & Row, Publishers, Inc. THE BELL JAR by Sylvia Plath reproduced by permission of Faber and Faber Ltd. as publishers and © The Sylvia Plath Estate
Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2014
ISBN 978-83-7778-821-9
Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa, ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, 360 38 42; fax (48 22) 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77
Konwersja: eLitera s.c.

1

Kiedy byłam mała, niemal każdego ranka, gdy się budziłam, dzień był słoneczny, a nad niebieskozielonymi wodami pobliskiego Atlantyku rozciągało się przejrzyste niebo. Tak wyglądało Miami w latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych – przed powstaniem Disney Worldu, przed nadaniem South Beach bajkowości w stylu art déco, w czasach kiedy kubańską emigrację wciąż jeszcze tworzyło kilkuset wystraszonych ludzi, przybyłych na prowizorycznie skleconych łodziach, i jeszcze nie była ona źródłem wstrząsających przemian kulturowych. Miami było głównie miejscem, do którego uciekali w zimie zmarznięci nowojorczycy, dokąd moi rodzice przybyli (oddzielnie) ze Wschodniego Wybrzeża po drugiej wojnie światowej i poznali się w dniu, kiedy matka rozpoczęła studnia na Uniwersytecie stanu Floryda w Gainesville.

Każda rodzina ma swoje legendy, magiczne historie, które wiążą ze sobą jej członków; męża z żoną, rodziców z dziećmi, braci z siostrami. Pochodzenie etniczne, ulubione potrawy, albumy z wycinkami lub drewniany kufer na strychu czy opowieści o czasach, kiedy babcia coś oznajmiła lub wujek Fred poszedł na wojnę i wrócił z... Pierwsza historia, jaką usłyszałam ja i moi bracia, mówiła o tym, że nasi rodzice zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia.

Ojciec był wysoki, elegancki i dbał o kondycję fizyczną. Matka również była postawna, a także wytworna i ładna; miała ciemne kręcone włosy i towarzyskie usposobienie. Wkrótce po tym, jak się poznali, ojciec wyjechał na studia prawnicze, na których był jednym z najlepszych studentów. Z małżeństwa, które później zawarli, urodziło się troje dzieci: ja, półtora roku po mnie Warren, a trzy i pół roku po nim Kevin.

Mieszkaliśmy na przedmieściach północnego Miami w niskim domu z ogrodem, otoczonym płotem, gdzie rósł krzew kumkwatu, mangowiec i czerwony hibiskus. Zawsze mieliśmy psy. Pierwszy wciąż zakopywał gdzieś nasze buty, drugi nękał sąsiadów. Wreszcie trzeci, gruby i mały jamnik Rudy, okazał się prawdziwym stróżem. Pozostał z moimi rodzicami, kiedy wyjechałam na studia.

Gdy ja i moi bracia dorastaliśmy, rodzice stosowali pewną zasadę dotyczącą weekendów: sobota należała do nich (spędzali czas razem lub wychodzili wieczorem z przyjaciółmi na tańce i kolację do miejscowego nocnego klubu), a niedziela do nas, czyli do dzieci. Często rozpoczynaliśmy ten dzień, pakując się we trójkę do ich wielkiego łóżka, przytulając się, łaskocząc i śmiejąc. Później w ciągu dnia szliśmy do Greynolds Parku lub Everglades, do zoo lub na wrotki. Często też chodziliśmy na plażę; mój ojciec uwielbiał sporty i uczył nas, jak aktywnie spędzać czas. Kiedy miałam dwanaście lat, przeprowadziliśmy się do większego domu z basenem i tam nadal wszyscy bawiliśmy się razem. Bywało, że braliśmy motorówkę i jeździliśmy na nartach wodnych, a potem jedliśmy lunch na małej wyspie niedaleko brzegu.

Najczęściej razem oglądaliśmy telewizję – Flintstonów, Jetsonów, Leave It to Beaver, Rawhide i różne kowbojskie filmy, a w niedzielne wieczory program Eda Sullivana i filmy Disneya. Gdy zaczęto powtarzać serial Perry Mason, oglądałam go codziennie po szkole, zdumiona tym, że Perry nie tylko broni ludzi, ale także udaje mu się rozwiązywać zagadki wszystkich zbrodni. Oglądaliśmy Saturday Night Live razem w salonie, pałaszując ciasteczka Oreo z kremowym nadzieniem i czipsy ziemniaczane do czasu, aż nasi rodzice położyli temu kres w trosce o zdrowie i przestawili nas na owoce, jogurty i sałatki.

W domu zawsze rozbrzmiewała muzyka. Ojciec był fanem jazzu. Opowiadał nam, że w czasach jego młodości zamiłowanie do tego stylu uznawano za oznakę zbuntowania. Moja kolekcja płyt pokrywała się ze zbiorami Warrena – lubiliśmy Beatlesów, zespół Crosby, Stills & Nash, a także Janis Joplin. Różniliśmy się w opiniach o Monkeesach (ja ich lubiłam, a Warren nie znosił) i brat dokuczał mi niemiłosiernie, kiedy na ścianie mojej sypialni powiesiłam plakat Petera Noone’a z Herman’s Hermits.

Moi rodzice próbowali oceniać filmy, czy nadają się dla nas do oglądania. I tak Mary Poppins i Dźwięki muzyki były dla mnie dozwolone, ale jeden z filmów o Jamesie Bondzie (nie pamiętam teraz który, przypominam sobie tylko, że grał w nim Sean Connery) doprowadził do burzliwej dyskusji z moim ojcem: nie miałam wtedy jeszcze siedemnastu lat, a Bond z kieliszkami martini i dziewczynami w bikini stanowił strefę zakazaną.

Kiedy byłam w szkole średniej, pracowałam przez jakiś czas w stoisku ze słodyczami w miejscowym kinie – powtarzałam wciąż zdanie: „Czy podać do tego colę?” – i dzięki temu oglądałam wszystkie filmy, jakie tylko chciałam, a wiele z nich nawet kilkakrotnie. Billy Jacka widziałam chyba ponad dwadzieścia razy. W krótkim czasie przekonałam się jednak, że nie lubię filmów, które są przerażające lub pełne napięcia – odpadały więc horrory, a film Zagraj dla mnie, Misty z Clintem Eastwoodem, gdzie występowała postać szalonej kobiety-prześladowczyni, wytrącił mnie z równowagi na kilka tygodni. Kiedy pewnego wieczoru po zamknięciu lokalu kierownik kina został obrabowany, rodzice nakłonili mnie do porzucenia pracy.

Przyznaję, że dość ostro rywalizowałam z Warrenem. Jako najstarsza robiłam wszystko, aby być od niego lepsza; starałam się celować w tym, czego jako młodszy brat jeszcze nie potrafił. Pierwsza nauczyłam się jazdy na rowerze. Kiedy i on już opanował tę sztukę, po prostu jeździłam szybciej i na dłuższe dystanse. Pierwsza zaczęłam też jeździć na nartach wodnych, a potem robiłam to z większym zapałem niż Warren. Dostawałam dobre stopnie i starałam się, aby o tym wiedział. On zaś tak samo mocno się wysilał i też dobrze się uczył. Nasz tato nie lubił pochwał (uważał, że przewrócą nam w głowie), a więc nigdy nie wyrażał swojego uznania dla nikogo. Mama jednak nas chwaliła, więc Warren i ja rywalizowaliśmy o jej uwagę.

Jeśli chodzi o Kevina, to istniała między nami tak duża różnica wieku, że przez długi czas traktowałam go jak swoje dziecko. Jedno z moich najwcześniejszych i najwyraźniejszych wspomnień dotyczy chwili, w której Kevin zaczął raczkować, i radości, jaką odczuwałam, widząc, jak uczy się przemieszczać z jednego miejsca do drugiego. Nie tylko był młodszy od Warrena i ode mnie, ale także z natury bardziej towarzyski – łatwiej porozumiewał się z ludźmi i wydawał się bardziej zainteresowany samym przebywaniem w naszym towarzystwie niż rywalizowaniem z nami.

Jako w pewnym sensie praktykujący Żydzi bywaliśmy w synagodze i obchodziliśmy najważniejsze święta. W dzieciństwie posłano nas do szkoły hebrajskiej i mieliśmy też swoją bar i bat micwę[1]. Chociaż nigdy zbyt dużo się o tym nie mówiło, to w jakiś sposób dano mi do zrozumienia, że w wielu miejscach i okolicznościach ludzie pochodzenia żydowskiego nie są zbyt lubiani i trzeba być dyskretnym i porządnym, żeby radzić sobie z tym w życiu. Nie przestrzegaliśmy zasad koszerności (choć rodzice mojego ojca ich przestrzegali). Do rodzinnych historii należała opowieść o tym, jak moja matka – której rodzina nigdy nie kierowała się nakazami koszerności, a nawet ich nie znała – chcąc zrobić dobre wrażenie na przyszłych teściach i przekonać ich o swojej religijności, zamówiła homara na kolację w dniu, w którym mój ojciec przedstawił jej swoich rodziców.

A zatem na pierwszy rzut oka nasze życie rodzinne wydawało się przyjemne niczym z okładki czasopisma zaprojektowanej przez Normana Rockwella lub pogodna komedia sytuacyjna z lat pięćdziesiątych. Moja matka była właściwie kimś, kogo obecnie nazywa się gospodynią domową. Była w domu, gdy wracaliśmy ze szkoły, i zawsze dawała nam coś do jedzenia. Do dzisiaj płatki zbożowe na zimno są moją ulubioną przekąską, która poprawia mi nastrój. Nasza rodzina jadała posiłki razem i mimo że matka nie gotowała zbyt często (robiła to gosposia, a czasem zastępował ją ojciec i był w tym doskonały), to w spiżarni zawsze leżało ciasto (aczkolwiek ze sklepu), w lodówce świeże owoce, a w szafach wyprane ubrania.

Pod tą przyjemną powierzchnią kryły się jednak rzeczy bardziej skomplikowane, jak to przeważnie bywa w rodzinach. Moja matka i ojciec, podobnie jak inni rodzice, mieli zarówno mocne strony, jak i słabości. Byli niezmiernie sobie bliscy; właściwie zawsze bardziej lubili przebywać ze sobą niż z kimkolwiek innym, nie wyłączając niekiedy własnych dzieci. Nie różnili się w stylu od wielu par z lat pięćdziesiątych i wydawało się, że nie potrafią istnieć niezależnie od siebie. Moja matka okazywała ojcu swoją miłość przy ludziach, a on zachowywał się wobec niej mniej czule, choć nigdy nie był niegrzeczny ani nie okazywał jej lekceważenia. Po prostu zawsze było jasne, że to on rządzi. Moja matka, tak jak jej własna mama, mówiła: „Co tylko chcesz, kochanie”. Być może kiedyś miała jakieś ambicje zawodowe, skoro poszła do college’u, ale nigdy nie dowiedziałam się jakie. W każdym razie kierowała dobrze prosperującą firmą handlującą antykami, jaką rozkręcili razem z ojcem. W ciągu minionych lat niewiele się zmieniło w ich wzajemnych stosunkach. Niedawno matka oznajmiła mi, że zrezygnowała z własnych poglądów politycznych na rzecz tych wyznawanych przez ojca.

Jeśli chodzi o niego, to pomimo poczucia humoru, często graniczącego ze sprośnością, bywał dość bezwzględny w swoich opiniach i reakcjach. Innych traktował dosyć podejrzliwie, zwłaszcza gdy temat stanowiły pieniądze. Był pod tym względem taki sam jak jego ojciec.

Oboje rodzice jawnie wyrażali odrazę do religijnej bigoterii i dogmatyczności rasowej. Mogliśmy na przykład przeklinać, ile tylko chcemy, jednak używanie obraźliwych słów dla wyśmiania pochodzenia rasowego lub etnicznego było całkowicie i raz na zawsze zakazane. Miami wydawało się w tamtych czasach prowincjonalne (ojciec często mówił, że ma ono wszelkie wady dużego miasta, lecz nie posiada żadnych jego zalet), ale napięcie istniejące między miejscowymi Afroamerykanami a emigrantami kubańskimi oraz zamieszki w roku 1970 (podczas których nasza czarnoskóra gospodyni była nękana przez policję) nauczyły nas, że we mgle uprzedzeń nawet znajome otoczenie może stać się nieprzewidywalne i pełne przemocy.

Niezależnie od wad rodziców (i naszych) w latach mojego dzieciństwa nie brakowało w naszej rodzinie słów wyrażających miłość i nie brakuje ich teraz. Do dzisiaj moi rodzice otwarcie wyrażają miłość do wszystkich swoich dzieci, a nawet moi przyjaciele witani są uściskiem i pocałunkiem. Matka ani ojciec nigdy nie byli okrutni ani mściwi i nie narzucali nam dyscypliny karami cielesnymi. Po prostu od samego początku dawali jasne przekazy, że wiele od nas oczekują, a jeśli przekroczymy ustalenia, zaczną nas trzymać krótko.

Nigdy nie brakowało nam niczego z rzeczy materialnych. Moja rodzina zdecydowanie należała do klasy średniej i z czasem nasz majątek się powiększał. W swojej praktyce prawniczej ojciec zajmował się głównie nieruchomościami, handlem ziemią oraz planowaniem osobistym i majątkowym, a wszystkie te dziedziny rozwijały się podobnie jak samo Miami. Kiedy miałam trzynaście lat, rodzice otworzyli mały sklep z antykami i starociami w odległości pięciu minut od domu. Dobrze prosperował i rodzice zaczęli sprowadzać i sprzedawać różne przedmioty z Europy, a to oznaczało co roku dwie do trzech podróży do Francji, a także częste wyjazdy do Nowego Jorku.

Nigdy nie martwiliśmy się więc o to, że nie będziemy mieć wygodnego mieszkania, dobrego jedzenia czy też że ominą nas coroczne rodzinne wakacje. Rodzice oczekiwali, że pójdziemy na studia, i było jasne, że to oni za nie zapłacą. Kochali nas, byli pracowici, zdrowo ambitni (w interesie własnym i dzieci) i przeważnie życzliwi. Zapożyczając określenie z literatury psychologicznej, można stwierdzić, że byli „wystarczająco dobrzy” – wychowali troje dzieci na porządnych obywateli, a to nie lada wyczyn w ich oraz każdym innym wieku. Moi bracia wyrośli na wspaniałych ludzi; Warren jest maklerem giełdowym na Wall Street, a Kevin inżynierem budownictwa wodnego i lądowego w Miami. Obaj są znakomitymi fachowcami, mają żony i dzieci, które kochają z wzajemnością. To właśnie zamiłowanie do ciężkiej pracy i chęć sukcesu odziedziczyłam po rodzicach.

Krótko mówiąc, dali mi to i nauczyli mnie tego, czego potrzebowałam, by wykorzystać najlepiej swoje talenty i mocne strony. Obdarzyli mnie także cechami, które pozwoliły mi przetrwać (choć nie mogłam wcześniej przewidzieć ani zrozumieć, jak niezmiernie ważne stanie się to w moim życiu).

Kiedy miałam mniej więcej osiem lat, poczułam nagle potrzebę, aby niektóre rzeczy robić nieco inaczej, niż życzyli sobie rodzice. Nabrałam pewnych, jak by to powiedzieć z braku lepszego słowa, dziwactw. Na przykład czasem nie mogłam wyjść ze swojego pokoju, jeśli moje buty nie były ustawione w równym rzędzie w szafie lub przy łóżku. W niektóre wieczory nie mogłam zgasić światła w sypialni, dopóki nie poukładałam w podobny sposób książek na półkach. Gdy myłam ręce, musiałam je umyć po raz drugi, a potem trzeci. To oczywiście nie przeszkadzało mi robić tego, co powinnam – chodziłam do szkoły, jadłam posiłki, wychodziłam się bawić. Wszystko to jednak wymagało pewnych przygotowań, zachowania pewnych... środków ostrożności. Musiałam to robić. To po prostu była konieczność. Wystawiało to na próbę cierpliwość każdego, kto stał pod drzwiami sypialni lub łazienki, czekając na mnie.

– No chodź już, Elyn, bo się spóźnimy!

Albo:

– Miałaś być w łóżku czterdzieści minut temu!

– Wiem, wiem – odpowiadałam. – Muszę jeszcze tylko coś zrobić i wszystko będzie dobrze.

Wkrótce po pojawieniu się w moim życiu owych dziwactw dołączyły do nich nocne strachy, które nachodziły mnie pomimo całego tego zapobiegawczego ustawiania i wyrównywania wszystkiego. Nie działo się to co noc ani też w każdym tygodniu, ale na tyle często, że przestałam lubić porę kładzenia się do łóżka. Światła gasły i nagle w pokoju stawało się tak ciemno, że nie mogłam tego znieść. Nie miało znaczenia, że słyszę głosy rodziców z korytarza (jeśli tylko zdołałam zignorować dudnienie swojego serca); nie pomagało mi przypominanie sobie, że mój ojciec jest duży, silny, odważny i nieustraszony. Wiedziałam, że ktoś czai się tuż za oknem, czekając na właściwy moment, kiedy wszyscy zaśniemy i nikt nie będzie czuwał. Czy ten człowiek włamie się do środka? Co zrobi? Czy zabije nas wszystkich?

Po trzech lub czterech takich nocach wreszcie zebrałam się na odwagę i powiedziałam o wszystkim matce.

– Wydaje mi się, że ktoś staje za moim oknem – rzekłam cicho drżącym głosem. – W ogrodzie. Czeka, aż ty i tato zaśniecie, żeby wejść i nas dopaść. Albo skrzywdzić. Trzeba znaleźć kogoś, kto go przegoni. Może trzeba wezwać policjanta?

Matka spojrzała na mnie z taką życzliwością, że aż trudno było mi patrzeć jej prosto w oczy.

– Och, mój szkrabie – mówiła tak do mnie w chwilach czułości – tam w krzakach nikogo nie ma. Nikt nie chce nas skrzywdzić. To tylko twoja wyobraźnia. Może nie powinniśmy czytać tylu bajek przed snem. A może jemy za późno kolację i brzuszek płata figle twojej głowie. Nie bądź niemądra.

Z punktu widzenia mojej mamy to był koniec całej sprawy.

Próbowałam jej uwierzyć; naprawdę się starałam. Przyznałam się do swoich lęków Warrenowi, kiedy byliśmy w domu sami i usiłowaliśmy z całych sił pocieszać się nawzajem – razem dodawaliśmy sobie odwagi, żeby iść i sprawdzić, czy ktoś rzeczywiście stoi za drzwiami frontowymi. I oczywiście nigdy nikogo tam nie było. Moje lęki jednak nie znikły i przez długi czas zasypianie stało się osuwaniem w bezsilność. Walczyłam z tym co noc z głową pod kołdrą, aż w końcu całkowicie wyczerpana zapadałam w sen.

Mam siedem lub osiem lat i stoję w zagraconym salonie naszego wygodnego domu, patrzę na słoneczny dzień za oknem.

– Tato, czy możemy iść na plażę popływać?

– Mówiłem ci, Elyn, że muszę pracować – odburkuje mi. – A poza tym może padać. Ile razy mam ci powtarzać to samo? Czy ty w ogóle mnie słuchasz?

Tracę zapał na dźwięk jego głosu: rozczarowałam go.

I nagle dzieje się coś dziwnego. Moja świadomość (siebie, jego, pokoju, otaczającej mnie rzeczywistości) nagle staje się mętna, a może rozchwiana. Mam wrażenie, że się rozpuszczam. Czuję się – mój mózg tak to odbiera – niczym zamek z piasku, który rozmywają cofające się fale. Co się ze mną dzieje? To przerażające, błagam, niech już minie! Wydaje mi się, że jeśli będę stała zupełnie spokojnie i nieruchomo, wtedy to się skończy.

To doświadczenie jest o wiele dziwniejsze i trudniejsze do opisania niż skrajny lęk i przerażenie. Większość ludzi wie, na czym polega silny strach. Jeśli nie doznali tego sami, widzieli to na filmach, czytali o tym w książkach lub rozmawiali z kimś, kto się wystraszył – w każdym razie potrafią to sobie wyobrazić. Jednakże wyjaśnienie tego, co nazywam „dezorganizacją”, to zupełnie inna sprawa. Świadomość traci stopniowo spójność. Nasza jaźń się rozsypuje. Nie panuje już nad wszystkim. Pojęcie „ja” staje się zamglone, a solidny rdzeń, za pomocą którego doświadczamy rzeczywistości, rozpada się jak źle słyszalny sygnał radiowy. Nie ma już stałego punktu obserwacyjnego, z którego można spoglądać na zewnątrz, widzieć rzeczy, oceniać, co się dzieje. Żaden rdzeń nie zespala wszystkiego razem, nie dostarcza soczewek, przez które można oglądać świat, aby wydawać opinie i pojmować ryzyko. Przypadkowe fragmenty czasu podążają jeden za drugim. Widoki, dźwięki, myśli i uczucia nie splatają się ze sobą. Żadna zasada organizująca nie porządkuje następujących po sobie chwil i nie układa ich razem w logiczny spójny ciąg, w którym można by znaleźć sens. A wszystko to rozgrywa się w zwolnionym tempie.

Oczywiście mój tato nie zauważył, co się stało, ponieważ to wszystko działo się we mnie. Wystraszyłam się wtedy, ale intuicyjnie wiedziałam, że powinnam ukrywać to przed nim i wszystkimi innymi. To przeczucie – że istnieje tajemnica, którą muszę zachować – a także inne umiejętności maskowania, jakimi nauczyłam się posługiwać w walce z chorobą, stały się głównymi elementami mojego doświadczenia schizofrenii.

Pewnego wczesnego wieczoru, gdy miałam około dziesięciu lat, wszyscy byli przez jakiś czas poza domem z powodu, którego nie potrafię sobie teraz przypomnieć. Zupełnie sama czekałam, aż wrócą. W jednej chwili słońce zaszło; w następnej zrobiło się ciemno na dworze. Gdzie oni są? Powiedzieli, że do tej pory wrócą... Nagle z absolutną pewnością usłyszałam, że ktoś włamuje się do środka. Właściwie nie był to dźwięk, raczej przekonanie, pewien rodzaj świadomości. Poczucie zagrożenia.

To ten człowiek, powiedziałam do siebie. On wie, że nie ma w domu nikogo dorosłego; wie, że jestem sama. Co mam robić? Schowam się do szafy. Muszę być cicho. Oddychać powoli i spokojnie.

Przerażona czekałam w szafie w zupełnym mroku, aż moi rodzice wrócą do domu. Trwało to prawdopodobnie około godziny, ale mnie wydawało się wiecznością.

– Mamo! – Wydałam stłumiony okrzyk, otwierając drzwi szafy, tak że rodzice aż podskoczyli. – Tato! Ktoś jest w domu! Widzieliście go! Nic wam się nie stało? Dlaczego... was tak długo nie było?

Spojrzeli na siebie i ojciec pokręcił głową.

– Nikogo tu nie ma, Elyn – powiedział. – Nikt nie wszedł do środka. To twoje urojenia.

Ja jednak się upierałam:

– Ależ nie, słyszałam go. Ktoś tu był. Rozejrzyjcie się, proszę.

Ojciec westchnął i obszedł cały dom.

– Nikogo tu nie ma.

Poczułam się bardziej zlekceważona niż pocieszona. Mój strach przed zagrożeniem wiszącym w powietrzu nie ustał, po prostu przestałam opowiadać o nim rodzicom.

Wiele dzieci miewa podobne lęki w pustym domu, pokoju lub nawet znajomej sypialni, która nagle nabiera dziwnych kształtów, gdy światła gasną. Większość maluchów z tego wyrasta lub radzi sobie jakoś, włączając racjonalny umysł, który odgania złe licho. Ja nigdy tego nie potrafiłam. I mimo ożywionej rywalizacji z braćmi, dobrych stopni i siły, jaką czułam, jeżdżąc na nartach wodnych lub rowerze, zaczęłam jakby nieco kurczyć się w sobie, choć stawałam się coraz wyższa. Byłam pewna, że ludzie widzą, jaka jestem wystraszona, nieśmiała i zakompleksiona. Nie miałam wątpliwości, że o mnie mówią, kiedy wchodzę do pokoju lub z niego wychodzę.

W wieku dwunastu lat bardzo wstydziłam się nadmiaru kilogramów nabytych w okresie dojrzewania (oraz wzrostu, zbliżyłam się do metra osiemdziesięciu centymetrów) i z determinacją rozpoczęłam intensywne odchudzanie. W tym czasie moi rodzice zupełnie zrezygnowali z jedzenia chleba; wciąż mówili o potrzebie liczenia kalorii, zachowania zdrowia i atrakcyjnej, szczupłej sylwetki. Nadwagę uważali za coś złego i niezbyt pociągającego; świadczyła o tym, że ktoś jest łakomy albo brak mu samokontroli. W każdym razie rodzice bacznie nadzorowali wszystko, co spożywaliśmy.

Działo się to na długo przed nastaniem mody na bycie świadomym wszystkiego, co wkładamy do ust (skąd to pochodzi, jaką ma zawartość białka i węglowodanów i czy bardzo podnosi poziom insuliny), jaka obowiązuje obecnie. W tamtych czasach wiedza o zaburzeniach odżywiania była niewielka. Nikt nie zajmował się anoreksją czy bulimią i z pewnością nikt, kogo znaliśmy, nie chodził do lekarza lub specjalisty od zdrowia psychicznego w sprawie przybierania albo tracenia na wadze lub też czegokolwiek innego. Wiedziałam tylko, że zrobiłam się gruba i koniecznie muszę schudnąć. A więc zabrałam się do odchudzania.

Zmniejszyłam swoje porcje o połowę. Rozprowadzałam jedzenie po talerzu, żeby wyglądało na to, że je konsumuję. Odmawiałam spożywania ziemniaków i niedzielnego śniadania. W szkole zrezygnowałam z lunchu. Kroiłam mięso na małe kawałki, a potem na jeszcze mniejsze. Wyeliminowałam przekąski i nie tykałam deserów. Kilogramy zaczęły topnieć, przez jakiś czas nikt tego nie zauważał. Gdy wreszcie ktoś zwrócił na to uwagę, przy wzroście metr siedemdziesiąt pięć ważyłam zaledwie czterdzieści sześć kilogramów.

Pewnego wieczoru przy kolacji ojciec odchrząknął w sposób, który zapowiadał poważną rodzinną dysputę.

– Chłopcy, możecie iść teraz odrabiać lekcje – powiedział, a ja spojrzałam zaniepokojona na Warrena. Co się tutaj szykuje? – Matka i ja musimy porozmawiać z waszą siostrą o pewnej sprawie osobistej.

Chłopcy wyszli, nie omieszkując rzucić mi rozbawionego spojrzenia wyrażającego: „no i doigrałaś się”, które dobrze znałam. Złożyłam ręce na podołku i przygotowałam się na to, co ma nastąpić.

– Elyn – zaczęła matka – twój tata i ja jesteśmy trochę zaniepokojeni z powodu...

– Za mało jesz – przerwał jej ojciec. – Jesteś za chuda. Musisz zacząć więcej jeść.

– Wszystko jest w porządku – zaprotestowałam. – Jem to, co wy. To, co wszyscy. Tyle że się rozwijam.

– Nie rozwijasz się, tylko stajesz się coraz wyższa – odparł ojciec. – Jesteś blada, mało przytomna przy stole i jesz tyle, co kot napłakał. Wyglądasz jak jeniec wojenny. Jeśli nie jesteś chora, a chętnie wyślę cię do lekarza, żeby to sprawdzić, powinnaś jeść trzy posiłki dziennie. A nawet jeśli nic ci nie jest, to z pewnością zachorujesz, jeśli dalej tak będziesz chudła.

Protestowałam, argumentowałam i broniłam swojego sposobu odżywiania.

– Wiem, co robię, i czuję się zupełnie dobrze – rzekłam.

– Nie podoba mi się twoja postawa – wtrąciła matka. – Ten sprzeciw, no i twój wygląd. Straciłaś kontrolę. Nie tego chcemy dla ciebie; a może właśnie dlatego to robisz? Czy to prawda?

Różne wersje tej rozmowy wciąż przerabiałam w następnych dniach i tygodniach. Rodzice obserwowali każdy kęs, jaki wkładałam do ust. Zauważali wszystko, czego nie zjadłam. Budzili mnie rano wcześniej, przygotowywali śniadanie, po czym siadali przy stole i patrzyli, jak próbuję jeść. W weekendy zabierali mnie na miasto na lunch, a potem na kolację. Gdy się sprzeciwiałam, grozili, że zabronią mi wychodzić z domu i zmniejszą kwotę, jaką dawali mi na kino. Powtarzali, że będą musieli „podjąć pewne kroki!”. Błagali mnie i przekupywali. Czułam, że ulegam ich intensywnym naciskom, nadzorowi połączonemu z nieustannymi kazaniami.

W końcu miałam już dosyć.

– Doprowadzacie mnie do szału! – zaprotestowałam. – Nie jestem chora. Nie zamierzam umrzeć. Wszystko ze mną w porządku. Wiem, co robię. Ostatecznie sama doprowadziłam do tego, że schudłam, i mogę z powrotem przytyć, jeśli tylko będę chciała.

Ojciec odparł z przebiegłą miną:

– No dobrze, udowodnij to. Jeśli uważasz, że wszystko możesz, to dowiedź tego. Przytyj ponownie.

Byłam wściekła. Ojciec zręczną manipulacją doprowadził mnie dokładnie do tego punktu, do którego dążył od tygodni: zmusił mnie do pokazania kart. Nie miałam innego wyboru, musiałam zgodzić się na to, czego się domagał. W przeciwnym wypadku stwierdziłby, że nie panuję nad sobą, i czułby się usprawiedliwiony, że może robić to, co uważa za stosowne (choć nigdy tego dokładnie nie określił).

A więc postanowiłam jeść, co nie było takie straszne, ponieważ zawsze lubiłam jedzenie, każde i o każdej porze – nie chciałam tylko być gruba. W ciągu trzech miesięcy odzyskałam prawidłową wagę.

– No i co? – triumfowałam. – Mówiłam, że wiem, co robię! Powiedziałam, że mogę przytyć, i to zrobiłam.

Czułam się jak zwycięzca – osiągnęłam jeden cel, a potem, gdy rzucono mi wyzwanie, potrafiłam dotrzeć do innego, zupełnie przeciwnego. I przez cały czas zachowałam pełną kontrolę – tak w każdym razie mi się wydawało.

Myślę czasami o tej dziewczynce, którą byłam. Nie będąc nawet jeszcze nastolatką, wykazywała godną podziwu siłę woli; mogła być uparta lub zawzięta, silna lub nieustraszona – a może była tylko kłótliwa. Brakowało jej jednak kontroli nad tym, co działo się w jej wnętrzu. I w bolesny sposób miała się o tym przekonać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Bar micwa – uroczystość żydowska, podczas której chłopiec staje się pełnoletni w ujęciu prawa (w dzień trzynastych urodzin). Bat micwa zaś to odpowiednik bar micwy dla dziewcząt (wszystkie przyp. tłum.).