48 osób interesuje się tą książką

Opis

Marcja nie jest zwykłą nastolatką. Choroby, z którymi zmaga się od dzieciństwa, sprawiły, że musiała dojrzeć zbyt szybko i zyskać bolesną świadomość własnych ograniczeń. Na swoim kanale na Youtubie opowiada o marzeniach o normalnym życiu – bez dręczących wizji, szpitali i trudnych relacji z rodziną. Na szczęście jest jeszcze Kofi, jedyny jasny punkt w życiu Marcji: oddany przyjaciel, dzięki któremu dziewczyna przeżyje swoje najpiękniejsze chwile.

Ale czy tajemnicze wizje to na pewno tylko wytwór jej chorej psychiki? A jeśli problemy sięgają znacznie głębiej?...

Mroczna, wciągająca opowieść, na której zaskakujący finał nie jesteście przygotowani!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Statyw. Jest.

Aparat. Jest.

Tło gotowe.

Muszę sobie wreszcie kupić lampę. Poproszę ojca. I tak mnie uważa za pasożyta. Wisi mi, co sobie o mnie pomyśli, gdy wyciągnę od niego kolejną kasę. Powinien się w ogóle cieszyć, że się do niego odzywam.

Ciemnowłosa kobieta siedząca na fotelu w rogu mojego pokoju patrzy na mnie karcąco. Gdy włączam kamerę, kręci głową z dezaprobatą. Nie jest ani stara, ani jakoś szczególnie młoda. Ma może trzydzieści kilka lat. Odkąd pamiętam, wygląda na tyle.

– Nic tym nie wskórasz – mówi krytycznie, a mnie jak zwykle przechodzą ciarki od jej zimnego tonu głosu. Przez tyle lat powinnam się już do niego przyzwyczaić.

– Może kogoś ocalę – odpowiadam.

– Bzdury. Naczytałaś się za dużo głupich książek.

Siedzi sztywno, prosto, dostojnie. Ma na sobie to samo ubranie co zwykle – prostą, ascetyczną sukienkę do kostek z długim rękawem, w kolorze przygnębiającego grafitu. Czuję od niej duszący zapach perfum, od którego kręci mi się w głowie. Jej twarz jest pociągła, smukła i blada. Włosy ma czarne, upięte mocno i nienagannie w wysoki kok, przez co jej czoło wydaje się gładkie jak tafla szkła. Duże szare oczy patrzą zawsze chłodno i z wyższością. Jej brwi są wiecznie ściągnięte i surowe; nos ostry, a usta wąskie, pociągnięte czerwoną szminką i zazwyczaj zaciśnięte w prostą kreskę. Nazywam ją Cruella, bo jak morderczyni dalmatyńczyków potrafi zmrozić krew w żyłach swoim spojrzeniem. Ale to tylko moje subiektywne odczucie. Wyłącznie moje, bowiem nikt prócz mnie jej nie widzi.

Przez tę kobietę, a raczej za jej sprawą, w wieku pięciu lat znalazłam się pierwszy raz u psychologa. Trafiłam do niego po tym, jak Cruella kazała mi rozpruć nożyczkami brzuch pluszowego wilka, bo podobno siedziała w nim mała dziewczynka. Wykonałam jej polecenie. W środku była tylko wata. Gdy wyjaśniłam mamie, że wypatroszyłam maskotkę, bo szukałam zjedzonej dziewczynki, od razu zabrała mnie na wizytę. Pani psycholog kazała mi rysować dom, moją rodzinę, po czym wyjaśniła mamie, że to naturalne, że dzieci w moim wieku fantazjują. Często mają wymyślonych znajomych. Jej zdaniem, nie było w moim zachowaniu niczego niepokojącego.

Lekarka z rejonu podzielała jej zdanie i mimo namów mamy nie uznała, że wizyta u psychiatry dziecięcego jest konieczna. Zapisała słabe tabletki uspokajające, i chyba wtedy Cruella na pewien czas zniknęła. Potem jednak znów się pojawiła, mimo że leków nie odstawiłam. Odwiedzała mnie w szkole, na podwórku, w sklepie. Wszędzie tam, gdzie było jej wygodnie. Początkowo bałam jej się panicznie; sądziłam, że przychodzi do mnie, bo źle się zachowuję, jestem niegrzeczna, jednak nawet gdy byłam posłuszna, miła, nie przeszkadzałam dorosłym i się nie odzywałam, też się zjawiała. Często wtedy chorowałam – gorączkowałam, było mi niedobrze, bolała mnie głowa. Za każdym razem mama podnosiła alarm i wiozła mnie do najbliższego lekarza lub na izbę przyjęć do szpitala. Cruella stawała wtedy w drzwiach i kręciła głową, mrucząc coś pod nosem.

Gdy wspominałam o niej lekarzom, zganiali omamy na wysoką gorączkę i dziecięcą wyobraźnię.

Dlatego z czasem przestałam komukolwiek mówić o Cruelli. Stała się częścią mojego życia. Zaakceptowałam ją i uznałam, że skoro lekarze nie widzą w tym niczego niepokojącego, mogę przywyknąć do jej obecności.

Od maleńkiego dużo chorowałam i bardzo źle się czułam. Wraz z wiekiem zaczęły nachodzić mnie częste ataki paniki, lęki, depresja. Reasumując, odkąd pamiętam, czułam się fatalnie. Chodziłam z mamą od lekarza do lekarza, od szpitala do szpitala. Robiono mi setki badań, nawet nie zliczę, ile razy pobierano mi krew, ile razy sikałam do pojemnika na mocz i oddawałam kał na papier, by można było dostarczyć próbkę do laboratorium. Wykryto u mnie pasożyty, przechodziłam zatrucia, wysypki alergiczne, miewałam grypy i zapalenia płuc. Z zaburzeń psychicznych zdiagnozowano anoreksję. To przez nią w wieku jedenastu lat trafiłam pierwszy raz do szpitala psychiatrycznego. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że może ludzie po prostu tak mają, że chorują, może na tym polega ból istnienia? Jednak inne dzieci, które znałam, nie miały podobnych dolegliwości, nie cierpiały tak jak ja. To ze mną było coś nie tak.

I nadal jest, z tym wyjątkiem, że do tej pory uważałam, że naprawdę jestem poważnie chora. Teraz jednak mam istotne powody by sądzić, że moje dolegliwości, lęki, depresja mają całkiem inne podłoże, niż się wszystkim wydaje. Dzięki Cruelli wiem, co może być ich przyczyną. Bo Cruella czasami do mnie mówi. Bywa, że tak jak dzisiaj, odezwie się mrukliwym tonem, a wtedy zyskuję pewność, że nie zwariowałam. Ona istnieje naprawdę. Daje mi wskazówki, znaki, że z moją głową jest wszystko w porządku.

Czerwona lampka miga na aparacie.

– Cześć. Nazywam się Marcja Cal, a to jest mój kanał na YouTubie – mówię do obiektywu.

Cal to 2,54 centymetra. To bardzo mało. Dziewczynka o nazwisku Cal powinna być drobna i zgrabna niczym Calineczka. Tymczasem ja w wieku siedmiu lat, zamiast przypominać baśniową okruszynkę, która mieści się w łupince od orzecha, wyglądałam jak Muminek.

Ważyłam prawie czterdzieści kilo. Ale nie trwało to długo. Jako dziecko przechodziłam ze skrajności w skrajność. Raz byłam otyłym miśkiem z dusznościami i ciągłym kaszlem, a już po roku wychudzonym patyczakiem z bólem brzucha i ziemistą cerą. Stanowiłam niekończące się zmartwienie dla mojej mamy i zagadkę diagnostyczną dla lekarzy – a było ich wielu, różnych specjalności i z różnym stażem.

Przez liczne nieobecności na początku uczęszczania do szkoły nie miałam przyjaciół. Gdy wracałam na lekcje po dłuższej przerwie, słyszałam ciągłe docinki, na przerwach goniły mnie drwiące spojrzenia. Byłam niechcianym gościem na szkolnych korytarzach. Większość dni spędzałam w domu i szpitalach, co potęgowało moje odizolowanie od rówieśników. Wytykali mnie palcami, omijali szerokim łukiem. Byłam inna, skazana na samotność.

Wciąż tkwią we mnie te wspomnienia. Parszywa dzieciarnia. Na jakich dorosłych wyrosną, skoro już w podstawówce drwili z gorszych od siebie?

STOP. Nie gorszych.

Moja psycholog, Magda, zabrania mi myśleć o sobie w ten sposób. Poza tym, teraz mam idealną wagę. Wyszłam z niedowagi po anoreksji, chociaż od pewnego czasu jem znacznie mniej. Ale o tym później.

Większość osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że już w wieku siedmiu lat można zachorować na anoreksję wskutek depresji. Tylko że ja nie miałam depresji, ja po prostu w pewnym momencie straciłam apetyt. Nie czułam potrzeby jedzenia, nie czułam głodu, ssania w żołądku. Zupełnie jakby coś blokowało moje łaknienie. Na pewno przyczyniła się do tego Cruella. Za każdym razem gdy mama stawiała przede mną posiłek na stole – obiad, kanapkę, owoce, cokolwiek – zjawa syczała mi nad uchem: Nie jedz tego, nie jedz. To jest złe... Złe, złe, złe!

W trakcie najdłuższych okresów głodówki czułam się całkiem dobrze. Ale zdaniem lekarzy to było jedynie złudzenie, którego doznaje spora część anorektyczek.

Podobno twórczość martwych twórców sprzedaje się najlepiej. Nie wiem, co mnie czeka. Jeśli to, co najgorsze, to przynajmniej mój przekaz będzie wzmocniony. Otworzy wszystkim oczy na zbrodnię, która jest niemal niezauważalna i tak cicha, że może dziać się w pieleszach domowych, tuż za ścianą sąsiada, a on i tak nigdy się o niej nie dowie.

Z tego, co zauważyłam, wszyscy youtuberzy mają jakieś czołówki na początku filmików. Muszę podpytać Kofiego, skąd ściąga darmowe mp3 do swoich nagrań z meczów. Kofi jest moim przyjacielem, podkochiwał się we mnie w gimnazjum. Czas przeszły, bo od liceum już w ogóle nie poruszamy tej kwestii. To chyba jedyny temat tabu między nami. A raczej drugi, ale o nim akurat nikt nie wie prócz mnie. Po szkole gimnazjalnej Kofi zaczął uczyć się w tym samym ogólniaku co ja. Lubię go, bardzo. Jest szczery, pomocny, opiekuńczy, czasami mam wrażenie, że gdyby nie on, nie byłabym w stanie wielu rzeczy zrobić sama. Jest moim najlepszym przyjacielem, ale jest też chłopakiem, a co za tym idzie, nie zawsze mogę z nim otwarcie rozmawiać o typowo babskich sprawach. Od tego mam przyjaciółkę – Liwię.

Często nachodzą mnie wyrzuty sumienia, że bezdusznie odtrąciłam uczucia Kofiego w gimnazjum, ale od początku zależało mi na nim wyłącznie jak na przyjacielu. Nic więcej. I chociaż z pozoru jesteśmy totalnie różni, to łączy nas wiele wspólnego.

Kofi jest Mulatem. Jego ojciec przyjechał z Nigerii do Polski na studia, gdzie poznał mamę Kofiego. Zaszła z nim w ciążę, urodziła, skończyła studia, a ojciec Kofiego po uzyskaniu dyplomu wrócił do Afryki, gdzie miał zobowiązania wobec swoich rodziców i wioski. Do tej pory przysyła im pieniądze na utrzymanie. Czasami wspiera ich też wujek – brat mamy. Kofiemu nie było łatwo, zwłaszcza w gimnazjum. Był wysoki i zwinny, wuefista zaproponował mu więc wstąpienie do szkolnej drużyny koszykówki. I choć część chłopaków zaakceptowała jego obecność, to byli i tacy, którzy zazdrościli mu jego sportowych umiejętności. Szydzili z jego koloru skóry; nieraz usłyszał, że jest brudasem, że śmierdzi. Drwili z jego matki, że to kurwa, która puściła się z murzynem.

Kofi mocno przeżywał każdą obelgę, czuł się intruzem we własnym kraju. Nie dał się jednak stłamsić, nie zrezygnował z treningów. Wtedy nie znaliśmy się jeszcze zbyt dobrze, mimo to potrafiłam sobie wyobrazić, jak mocno ranią go słowa tych pieprzonych gnojków. Chodziliśmy razem do klasy, byliśmy znajomymi na Facebooku, nie spędzaliśmy ze sobą czasu sam na sam, lecz mimo to coś nas do siebie ciągnęło. Pewnego dnia wysłał mi wiadomość z pytaniem, czy możemy się zobaczyć. Ojca nie było, zaprosiłam więc Kofiego do domu. Zjawił się po piętnastu minutach. Był prosto po zajęciach z SKS-u, spocony, zdyszany, poirytowany. Wyglądał, jakby ktoś go bardzo zranił. Gdy tylko zapytałam, co się stało, przygarnął mnie niespodziewanie do siebie i mocno objął. Cała się spięłam, lecz po chwili, kierowana jakimś nieznanym instynktem, wtuliłam się w jego szeroką pierś i również go objęłam. Czułam całą sobą jego wewnętrzny ból, rozpacz, niezrozumienie. Było mi go tak bardzo szkoda...

To był mój pierwszy raz, kiedy znalazłam się w objęciach chłopaka, do tego naprawdę przystojnego, chłopaka, za którym uganiają się dziewczyny. I mogłoby się wydawać, że powinnam coś poczuć. A tu nic. Żadnego dreszczu, żadnych motyli w brzuchu, nic z tego, o czym czytałam w książkach. Zero.

To jednak nie było ważne w tamtej chwili. Istotne było to, że dałam odczuć Kofiemu, że go rozumiem; że jestem równie nieszczęśliwa jak on; że jest mi źle w życiu. Wtedy jeszcze nie myślałam o samobójstwie, choć tkwiłam w permanentnej depresji, spowodowanej nieustannym bólem i chorobami.

Od tamtego wydarzenia spędzaliśmy sporo czasu razem. Kofi znosił moje humory, ja byłam jego oparciem. Przemawiałam mu do rozsądku w chwilach, gdy miał ochotę pozabijać tych pieprzonych rasistów, którzy nie dawali mu normalnie żyć w kraju, w którym się urodził. Im więcej przebywaliśmy razem, tym jaśniej Kofi dawał mi do zrozumienia, że chce się do mnie jeszcze bardziej zbliżyć. Wtedy już znałam siebie na tyle, by wiedzieć, że jestem jak mina przeciwpiechotna, która może rozwalić najpierw siebie, a później wszystkich wokół. Wolałam więc, żeby nie podchodził za blisko. Widywaliśmy się w szkole, u niego w domu i u mnie, ale tylko wtedy, gdy ojciec wyjeżdżał (bo nawet wolę nie myśleć, jak zareagowałby na wieść o tym, że widuję się z ciemnoskórym chłopakiem).

Czułam, że niebawem Kofi wykona kolejny krok, by pogłębić naszą znajomość, i się nie pomyliłam. Już gdy zaprosił mnie do kina, na jakiś łzawy romans, wyczułam, co się święci. Początkowo było normalnie, jak zwykle, zjedliśmy cały popcorn na reklamach, zaczął się film, jakaś romantyczna scena, i wtedy Kofi wziął mnie za rękę. Jego dłoń była ciepła, dużo większa od mojej. Wsunął swoje palce pomiędzy moje. Wiem, że powinnam była coś poczuć, jakiś przyjemny dreszcz, moje serce powinno zabić szybciej, ale ja nic nie czułam. Nie wyciągnęłam dłoni z jego dłoni, nie chciałam mu robić przykrości. I to był mój błąd, bo Kofi odczytał to jako przyzwolenie na coś więcej.

– Mar – odezwał się cicho tuż przy moim uchu, a wtedy na niego spojrzałam. Jego ciemne oczy lśniły, skóra pachniała wodą kolońską, oddech był przyśpieszony.

– Co tam? – zapytałam.

Nie odpowiedział, tylko nachylił się i zbliżył swoje usta do moich.

Nie mogłam się na to zgodzić, nie powinnam robić mu nadziei, zwodzić. Cofnęłam się i wysunęłam swoją dłoń z jego dłoni.

– Przepraszam, ale nie mogę – powiedziałam. – To nie twoja wina, to ja...

– Rozumiem – odpowiedział.

Od tego czasu nie rozmawialiśmy o tym zdarzeniu ani razu, lecz nadal się przyjaźniliśmy. Wszystko wróciło do stanu sprzed kina, nic się między nami nie zmieniło.

I za to tak lubię Kofiego – bo jest taktowny, nienachalny, bo potrafi zrozumieć.

Nie raz zbierałam się na odwagę, żeby mu wytłumaczyć, skąd moja niechęć do zbliżeń, ale nie chciałam zepsuć relacji między nami. Poza tym, co miałabym mu niby powiedzieć: że każdego dnia staram się po prostu przetrwać; że nie jestem na tyle silna, by się z kimś wiązać; że nie czuję w ogóle popędu seksualnego, do nikogo.

Mój stan to anhedonia[1] w czystej postaci. Wiem, że powinnam odczuwać jakieś przyjemności, zmysłowe, cielesne, emocjonalne czy duchowe, ale nie potrafię.

Moja sfera erotyczna to totalna porażka. I nie chodzi tu konkretnie o Kofiego ani też o moją orientację seksualną, bo dziewczyny w ogóle mnie nie pociągają. Ja po prostu mam jakąś pieprzoną barierę. Jedynie podczas pobytu w szpitalu mam wrażenie, że jestem w stanie ją przeskoczyć, jednak od razu po powrocie do domu wrażenie to pryska jak bańka mydlana.

Podobają mi się mężczyźni pod kątem wizualnym. Potrafię zapatrzyć się na piękno męskiego ciała, lubię stanowcze rysy twarzy. To trochę jak podziwianie rzeźby w muzeum, któremu towarzyszy uznanie dla artysty. W przypadku Kofiego mogę również wyrazić podziw dla Stwórcy: dobrze ci wyszedł ten chłopak, Panie Boże.

Dostrzegam wszystkie zalety fizyczne Kofiego. Nie jestem ślepa. Bardzo zmężniał od czasów gimnazjum, jego głos stał się niski, tubalny, ramiona ma szerokie, ciało umięśnione. Dostrzegam to, że jest atrakcyjny, a mimo to nie potrafię poczuć pożądania, choć bardzo bym chciała.

Jestem popsuta.

Może to wina depresji, może psychotropów? – chociaż już ich praktycznie nie biorę, tylko czasami coś na sen, gdy dopadnie mnie niepokój.

Czytanie erotycznych scen w książkach też mnie nie podnieca, chociaż uwielbiam czytać o miłości. Sama chciałabym napisać powieść. Bo książki to moje życie.

Z niektórymi tytułami potrafię się nie rozstawać nawet przez kilka miesięcy. Gdy któraś z powieści mnie wciągnie, czytam ją w kółko, non stop, od początku do końca. I znów od początku. Za każdym razem znajduję w niej coś nowego. Zaznaczam swoje ulubione fragmenty, by wracać do nich za jakiś czas. Czytam dużo w porównaniu z innymi osobami w moim wieku, mimo to z polaka ledwo wyciągnęłam trójkę na koniec drugiej klasy ogólniaka. Zdaniem nauczycielki nie potrafię mówić, w sensie – ładnie się wysławiać. To prawda, że trochę kiepsko u mnie z koncentracją, czasami ciężko mi dobrać odpowiednie słowa – to przez te leki na sen. Dlatego staram się ograniczać ich dawkowanie do minimum.

Co do mojej książki, obawiam się ją napisać całkowicie sama. Mam wrażenie, że mój styl jest zbyt chaotyczny, moje pióro zbyt niecierpliwe, bym mogła stworzyć spójną fabułę. Skontaktowałam się z autorką książek, która pisze dla młodzieży. Poradziła mi, żebym napisała całość, później będziemy szlifować tekst. Ucieszyłam się z jej propozycji, myślę nawet, że lepiej by było, gdyby wykorzystała mój tekst, na jego podstawie napisała książkę i wydała ją pod własnym nazwiskiem. Dzięki temu trafię do szerszego grona czytelników. Nie będę musiała przebijać się sama przez tysiące tytułów wydawanych rocznie.

Liwia, moja przyjaciółka, jest zupełnie odmiennego zdania:

– Oszalałaś? Będziesz się dzielić wszystkim z jakąś obcą babą? Zyskami, sławą...

Przewracam oczami.

– Nie liczyłabym na jakąś mega kasę i czerwone dywany. Zamierzam napisać dramat dla młodzieży, a nie obyczajówkę dla pań w wieku naszych mam.

– Nigdy nie wiadomo...

– Wiadomo, jak ktoś w naszym wieku będzie chciał to przeczytać, to prędzej ściągnie z chomika, niż kupi egzemplarz w księgarni. Wattpad aż kipi od tego typu wynurzeń dla nastolatek. Ludziom szkoda kasy na książki.

– Tobie nie szkoda.

– Jestem w mniejszości.

– I nie będzie cię wkurzać, że nazwisko tej pisarki znajdzie się na okładce, nie twoje?

– Nie piszę tej książki dla sławy.

– Ale dlaczego? Mówię ci, że to będzie hit. Wiesz, ile osób ma podobne problemy jak ty? Tylko że oni nie mają odwagi, by o nich mówić. Ty masz. Źle zrobisz, jeśli zdecydujesz się na współpracę z tą pisarką.

– Liwia, przesadzasz. Ona ma doświadczenie, kontakty z wydawnictwami...

– Ja też! To znaczy, mogę mieć, jeśli tylko zechcę. Pomogę ci. Będę twoją menedżerką, każde wydawnictwo przyjmie cię z pocałowaniem ręki. Wystarczy, że im zapłacisz. Kurek, ten booktuber, robił ostatnio live’a na YouTubie z przedstawicielem wydawnictwa „Nowy Print”. Dajesz im kasę, a oni zajmują się wszystkim: redakcją, wydaniem, promocją. Twoja książka będzie w salonach księgarskich w całym kraju.

– I nie wydaje ci się to dziwne, że musisz im płacić?

– Ale to ci się zwróci. I jeszcze na tym zarobisz! Tak mówili w tym wywiadzie u Kurka. Sama się przekonasz. Ja się już tym zajmę, rozeznam się, poczytam. A ty kołuj kasę od starego i pisz! Pisz i nakręcaj filmiki. Na sto tysięcy subów ogłosisz wydanie swojej książki.

W jednym z Liwią się zgadzam, zamierzam zyskać sto tysięcy widzów na kanale, lecz robię to z powodu, o jakim ona nie ma pojęcia.

Nie wiem jeszcze, jak osiągnę tak dużą liczbę obserwatorów, na pewno nie zamierzam odgrywać w filmikach dramy, wylewać swoich żalów, skarżyć się, jak źle mi się żyje, jaka jestem nieszczęśliwa. Nie potrzebuję widowni dla podniesienia poczucia własnej wartości, dla połechtania ego, dla nakarmienia narcystycznych aspiracji czy poprawy humoru. Potrzebuję widowni, by przekazać stu tysiącom nastolatków coś bardzo ważnego.

– Cześć. Nazywam się Marcja Cal, a to jest mój kanał na YouTubie.

I git. Teraz muszę wyjść na zewnątrz zapalić papierosa. Strasznie się podjarałam tym pierwszym filmikiem. Wiem, że palenie jest niemodne, co gorsza niezdrowe, chociaż i tak nic mi już chyba bardziej zaszkodzić nie może. Nic na to nie poradzę, że lubię palić. Przyznaję, jestem uzależniona.

Cruella twierdzi, że palę przez moją mamę.

A ja chcę wierzyć, że jestem dla mamy najważniejszą osobą na ziemi. Chcę wierzyć, że mama chce dla mnie jak najlepiej; że stara się, jak może, bym nie chorowała; że chce zrozumieć, skąd wzięła się u mnie depresja, anoreksja, ciągłe bóle głowy i brzucha, a najbardziej chyba chce dociec, dlaczego próbowałam się zabić.

A próbowałam się zabić trzy razy. Ostatnim razem prawie mi się udało.

Zaciągam się papierosem. Jakie to cudowne uczucie. Nie cierpię tych etykiet na opakowaniach papierosów z ludźmi chorymi na raka. Wszystko psują. Palę dla spokoju, relaksacji, a oni mnie straszą wyłupiastym okiem i utratą wzroku.

He, he, he. Przynajmniej nie będę musiała oglądać potworności tego świata i wkurwiających ludzi, którzy po nim chodzą.

Zaciągam się po samą przeponę i wypuszczam kłąb dymu na chłodne jesienne powietrze. Jak mi dobrze.

– Marcja, będziesz jadła obiad? Jest rosół. – Słyszę wołanie z okna.

– Nie – odpowiadam, czując jak ssie mnie w żołądku, ale muszę być twarda.

To moja mama. Nina.

Wie, że palę. Często pali razem ze mną. Jest wtedy taka rozluźniona. Bardzo lubię te chwile, gdy siadamy sobie na ławeczce, palimy i rozmawiamy, o wszystkim, o głupotach. Tak naprawdę są to nieliczne momenty, kiedy czuję tak głęboką bliskość z mamą. Patrzy na mnie z radością w oczach, uśmiecha się. Dym papierosowy kojarzy mi się właśnie z tymi chwilami, z  poczuciem bezpieczeństwa.

Znowu rosół... Masz nie jeść, rozumiesz? – Za moimi plecami rozlega się ostry głos Cruelli. Odwracam się. Jędza stoi z rękoma założonymi na piersi, w swojej staromodnej kiecce. Czoło ma zmarszczone, oczy zmrużone dla ochrony przed promieniami popołudniowego słońca. Jest tak wyraźna, jakby naprawdę istniała. Wyciągam żarzącego się papierosa w jej stronę.

– Chcesz macha?

Cruella marszczy nos, jakby wyczuła zapach dymu, ale przecież to niemożliwe.

Musisz z tym skończyć, to jest kolejna rzecz, która cię truje – zwraca się do mnie moralizatorskim tonem. Wkurza mnie, zwłaszcza gdy mówi zagadkami. Zauważam jednak, że im jestem starsza, tym więcej jest mi w stanie powiedzieć, tym częściej do mnie przychodzi, tym więcej rozmawiamy.

Gaszę papierosa o klepisko i wrzucam do słoika z wodą, pełnego petów, który stoi na parapecie. W chwili kiedy to robię, znika cała magia palenia, poczucia bezpieczeństwa, relaksacji. Pojawia się smród i rozczarowanie. Nie pierwszy raz uświadamiam sobie, że palenie jest głupie i wcale go nie potrzebuję, bo uczucia, które wywołuje, są złudne.

– Masz rację, muszę z tym skończyć raz na zawsze. To był ostatni papieros. Dosyć trucia.

Przechodzę przez ogród w stronę drzwi frontowych. Zapach rozgrzanych słońcem bylin na skalniaku łaskocze mnie w nozdrza. To mama zajmuje się pielęgnacją roślin i koszeniem trawy. Lubi to. Ma swój własny ogródek warzywny, namiętnie uprawia zioła, oleandry, konwalie, powojniki, hortensje. Do prac domowych ma pomoc w osobie pani Olgi, która przychodzi raz w tygodniu i za dwie dychy na godzinę robi błysk.

Podziwiam ją. Nie dałabym rady sprzątać cudzych kibli, zmieniać brudnej pościeli. Zwłaszcza tej u mojego brata. Bóg jeden wie, co on wyczynia pod kołdrą w nocy. Te góry zmiętolonych chusteczek higienicznych, wylewających się rano z jego kosza na śmieci, to niby skąd? Całoroczny katar sienny? Nie sądzę. Wolę sobie nie wyobrażać, jak wygląda jego pościel.

I to jest kolejna rzecz, której nie potrafię zrozumieć u mojego brata. Dziewczyny ślinią się na jego widok, jak pies z wścieklizną. Wiem, bo to widzę w szkole. Liwia też się w nim podkochuje, odkąd pamiętam. Za każdym razem, gdy mija Bruna u mnie w domu, robi się czerwona jak grzebień indora. Nie raz zastanawiałam się, czy nie przyjaźni się ze mną tylko dlatego, że kocha się w moim bracie. Ale musiałaby mieć nierówno pod sufitem, żeby spędzać ze mną każdy dzień tylko po to, żeby przez minutę zostać zaszczyconą znudzonym spojrzeniem mojego brata.

Bruno jest inteligentny i bystry. Ale prędzej umrę, niż mu powiem, że tak myślę. Już bez tego zachowuje się jak zadufany palant. Jest ode mnie o rok starszy. Matka wpadła ze mną po jego urodzeniu. Wydawało jej się pewnie, że karmienie piersią to niezawodny środek antykoncepcyjny. Ledwo ogarnęła się z pierwszym dzieckiem, a tu drugie pchało się na świat.

Podobno ojciec nawet palcem nie ruszył, by jej pomóc w naszym wychowaniu. Wiem, bo mi babcia mówiła. Mama mojej mamy. Bardzo nie lubi mojego taty. Domyśliła się, jakim jest sukinsynem, po tym jak pobił Bruna. Żaden ośmiolatek, nawet po akrobacjach na drabinkach, nie powinien mieć takiej ilości fioletowych pręg na plecach, jaką miał mój brat. Chciała wezwać policję, ale matka jej zabroniła. Powiedziała, że załatwi sprawę z ojcem. Nie załatwiła. Za to, że zwróciła mu uwagę i podważyła jego metody wychowawcze, sama oberwała drewnianą deską do krojenia w głowę. Wiem, że jest z nim tylko dla pieniędzy; nie raz mówiła o tym w złości. Mama nie jest materialistką, myślę, że po prostu chce nam zapewnić godny byt. Sama wychowała się w niedostatku – babcia rozwiodła się, gdy mama miała trzy latka, bo dziadka podobno zamknęli w więzieniu. Co zrobił? Nie wiem. Babcia nigdy nie porusza tego tematu. Nie mam pojęcia, czy dziadek nadal żyje, czy wie, że ma wnuczkę.

Mama jest z wykształcenia farmaceutką. Tuż po studiach poznała mojego ojca, kupował witaminy w aptece, w której pracowała. Był od niej o rok starszy, piękny i czarujący. Jeszcze tego samego dnia zjedli razem kolację w drogiej żydowskiej restauracji. Ojciec od zawsze miał dużo pieniędzy (dziadkowie są bardzo dziani), zaimponował mamie inteligencją, wykształceniem, stanowiskiem w firmie i zamożnością. Dziesięć miesięcy później urodził się Bruno, a rok po nim, w święto uchwalenia konstytucji, przyszłam na świat ja; a mama już nigdy nie wróciła do pracy.

Mój brat uczęszcza do tego samego ogólniaka co ja, tylko że do ostatniej, maturalnej, klasy. Rodzice uznali, że skoro mam kłopoty psychiczne, to najlepiej będzie, jeśli Bruno będzie nade mną czuwał w szkole. Tak bardzo ucieszył się z tego zadania, że przez pierwszy miesiąc mojej nauki w szkole udawał, że mnie nie zna. Dopiero gdy te suki z II b zaczęły mnie kocić, przypomniał sobie, że ma siostrę. Co prawda trochę się spóźnił, bo zdążyłam poznać już smak wody z klozetu. Kiedy wparował do damskiej toalety, walczyłam o oddech. We trzy mnie małpy trzymały, ale kiedy go tylko ujrzały, puściły. Zbluzgał je niemiłosiernie, kazał im wypieprzać, po czym zajął się swoją młodszą siostrzyczką. Nie wiem, co im później zrobił, co powiedział, ale nigdy więcej mnie już nie tknęły.

Bruno nie ma dziewczyny na stałe, a przynajmniej żadnej nie przyprowadził nigdy do domu. Widziałam go kilka razy w szkole z jakąś laską z równoległej klasy. Wisiała mu na szyi, wpatrzona w niego jak w obraz Matki Boskiej, podczas gdy on debatował z kumplami z zespołu o ostatnim sparingu.

Mój brat jest członkiem drużyny siatkarzy. Mają na koncie kilka medali zdobytych w zawodach wojewódzkich. Matka jest z niego strasznie dumna, ojciec ma gdzieś jego wyczyny sportowe. Ale jego nigdy się nie zadowoli, a Bruno jest na tyle rozsądny, że nawet nie próbuje tego robić. A przynajmniej nie pokazuje tego po sobie. Jest bardzo pewny siebie i ma wysokie poczucie własnej wartości, podobno to cecha pierworodnych. Mama stara się jeździć na wszystkie zawody Bruna – filmuje smartfonem jego asy serwisowe, bloki, ataki, i wrzuca na stronę drużyny na Facebooku, którą sama założyła i którą administruje. Wiem, trochę to dziwne. Matczyna miłość nie zna granic.

Mama jest naprawdę spoko. Interesuje się moją szkołą, gotuje mi to, co lubię, a nie lubię za wiele. W sobotę jemy rosół jedynie na włoszczyźnie, bez natki pietruszki. Na drugi dzień pomidorowa, tylko z ryżem. W poniedziałek naleśniki wyłącznie z dżemem truskawkowym. We wtorek pizza na cienkim cieście, margherita. W środę pierogi z serem i jogurtem, na słodko. W czwartek zupa warzywna krem, z grzankami na oliwie z oliwek, w piątek kopytka z cukrem i cynamonem. W sobotę rosół, a potem powtórka menu z ostatniego tygodnia.. Muszę mieć stabilizację – tak twierdzi moja psycholog. A ja się z nią zgadzam. Odwala mi, gdy dzieje się coś nieoczekiwanego.

Wracając do żarcia. Mięsa nie tknę, ryb też nie. Jak mogę jeść coś, co miało oczy, bijące serce, żyło i zostało zabite? Mam już obcykane wszystkie religie świata, chcę wiedzieć, co czeka mnie po śmierci. W reinkarnację wierzę chyba najbardziej. Dlatego między innymi sprzeciwiam się spożywaniu czegoś, co przed momentem było istotą żywą. Gdy tylko pomyślę, że po śmierci będę krową albo świnią – pasioną paszą, ściśniętą w klatce, taplającą się kopytami czy racicami w gównach koleżanek niedoli – tylko po to, by jakiś łajdak w zakrwawionym fartuchu ubił mnie siekierą, albo jakaś niunia zapłaciła za fragment mojego karku kartą płatniczą w mięsnym, po to by przypieczono mnie na grillu z okazji rozpoczęcia sezonu letniego, dostaję ataku paniki. Kiedyś często miewałam takie ataki. Teraz rzadziej. Wpadam wtedy w histerię i rozpieprzam wszystko, co podejdzie mi pod ręce, albo wręcz odwrotnie, zamieram i popadam w kilkutygodniową depresję. Na ciężkie stany mam swój niezawodny zestaw: trójpierścieniowy lek przeciwdepresyjny plus neuroleptyk – choć już dawno nie szprycowałam się mocnymi lekami. Ostatnio wystarcza mi coś na uspokojenie na noc, i Paralityk. Tak nazywa się mój kot (dawkowanie przez cały dzień i w nocy wskazane). Uwielbiam go przytulać. Głaszczę go po miękkim szarym futerku, a on mruczy i wyciąga się rozkosznie. Kocham go tak bardzo, że gdy wieszałam się za pierwszym razem, nie mogłam powstrzymać łez, że już nigdy go nie zobaczę. Był wtedy młodym kociakiem, teraz jest dostojnym kocurem. Pewnie dzięki niemu mnie odratowali, bo podobno miauczał tak głośno, że aż zagłuszał muzykę. Matka weszła wtedy do mnie na górę. Głupio wyszło. Biedaczka nie mogła otworzyć drzwi, bo powiesiłam się na klamce.

Do dzisiaj mam wyrzuty sumienia. Ale to nie ona miała mnie znaleźć. O tej porze powinna być na zajęciach z trampolin – matka skacze, bo uważa, że jest za gruba. Bruno wyszedł z domu do kumpla. To ojciec miał mnie zobaczyć jako pierwszy. Celowo nastawiłam głośno muzykę, bo wiedziałam, że to go rozzłości. Gdy wracał z pracy, a w domu było zbyt głośno, dostawał białej gorączki. Tamtego wieczoru miał wejść na górę, otworzyć z trudem drzwi do mojego pokoju z zamiarem solidnego opieprzu i... SURPRISE!

Taki miałam plan.

Ale ojciec został w robocie. Matka zapomniała na zajęcia ręcznika, a że poci się jak mysz, to się wróciła. Usłyszała muzykę i miauczącego jak hamujący pociąg Paralityka, weszła na górę i...

Ściska mnie w gardle, jak o tym myślę.

Idę zjeść ten rosół. Mama zrobiła go specjalnie dla mnie.

A jeszcze mała dygresja – ojciec, po roku niezmiennego obiadowego menu, zaczął stołować się bliżej swojego miejsca pracy. Tak, w soboty i w niedziele też pracuje. Czasami nie ma go w domu nawet kilka tygodni. I chwała Bogu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Książka, która wprawiła mnie w osłupienie,historia, która złamała mi serce.

Schizis to nie tylko wciągająca opowieść, lecz także mądra i niesamowicie ważna lektura!

AGNIESZKA RYBSKA, BLONDERKA.PL

Przerażająco realna, bezlitośnie uzależniająca.

Poczuj Schizis na własnej skórze, a gwarantuję, że nic już nie będzie takie samo.

AGATA WRÓBLEWSKA, @SNIEZNOOKA

Schizis – powieść, której na pewno nie można nazwać zwyczajną. To nietuzinkowa, nieprzewidywalna, pokręcona historia, która niesie ze sobą bardzo ważny przekaz.

Katarzyna Ewa Górka, @katherine_the_bookworm

Schizis to historia, która w głównej mierze skupia się na emocjach oraz walce z własnymi lękami.

KAROLINA GLINIECKA, @CZEKOLADOWYSTWOREK

Podążanie śladami głównej bohaterki skłania do refleksji i nakazuje zastanowić się nad tym, jak łatwo można kogoś skrzywdzić powierzchowną oceną. A jeśli do tego dołożymy nastoletnią miłość, to otrzymamy historię emocjonującą i pełną niespodzianek.

DOMINIKA MATUŁA, WWW.DOMI-CZYTA.PL

Czasami życie jest zbyt trudne, by móc normalnie funkcjonować, prawda? Chciała żyć, ale bała się życia? Dlaczego? Melissa Darwood przeszła samą siebie, bo takiej historii się nie spodziewacie!

MARGARETA STANEK, @WITCHMARGO

Autorka stworzyła nietuzinkową powieść trzymającą w napięciu już od pierwszego zdania, pełną zwrotów akcji oraz ukazującą masę problemów ludzi chorych psychicznie. Utwór wzrusza, a na koniec wstrząsa czytelnikiem.

MONIKA BROMBOSZ, @RECENZJEPODRUGIEJSTRONIE

Niebanalna, wciągająca, zaskakująca i przede wszystkim bardzo ważna powieść. Schizis to książka, która Was zszokuje.

EWELINA NAWARA, @EWELINA.NAWARA MYFAIRYBOOKWORLD.PL

To książka, która elektryzuje, zaskakuje i boleśnie zmusza do refleksji, stawiając nam ważne pytania egzystencjalne i poruszając wiele tematów społecznych.

JUSTYNA LEŚNIEWICZ, @KSIAZKO_MILOSCI_MOJA

Historia inna niż wszystkie. Niezwykle realna i prawdziwa opowieść o dziewczynie zmagającej się z depresją i problemami zakorzenionymi głębiej, niż sięga ludzki wzrok.

BARBARA BANDYK, @ZACZYTANA.BOOK

Ta książka różni się od innych. Codzienne życie, problemy psychiczne, ocieranie się o śmierć, ale w tym wszystkim chęć na normalne życie – nie odejdziecie od tej książki nawet na moment.

PAULINA NOWACZYK, @1001 ROMANSÓW

Niezwykła powieść Melissy Darwood, która zapewnia czytelnikom nie tylko rozrywkę, ale otwiera oczy na pewne aspekty życia. Wejdź do świata Schizis i przygotuj się na emocjonalny rollercoaster!

KATARZYNA CHRZEŚCIJAN, @KASIA_RECENZUJE

Ta powieść jest tak wciągająca, że pochłonęłam ją w jeden dzień. Kolejna książka Melissy, na której się nie zawiodłam i bardzo polecam!

KATARZYNA ŚLIMAK, @TEXT_SMS

Rewelacyjna i niesamowicie wciągająca historia o bardzo wyjątkowej nastolatce. Ile w tej powieści skrajnych emocji, ile nieprawdopodobnych splotów akcji! Nie potrafiłam się od niej oderwać.

JUSTYNA MICHALSKA-SZEWCZYK

RECENZJE W DUECIE @TINA_BOOKLOVER

Przypisy

[1] Za Wikipedią: Anhedonia – brak lub utrata zdolności odczuwania przyjemności (zarówno zmysłowej, cielesnej jak i emocjonalnej, intelektualnej czy duchowej) i radości.
Text copyright © by Melissa Darwood, 2020 Copyright © for this edition by Media Rodzina Sp. z o.o., 2020
Projekt graficzny okładki, skład i łamanie: Andrzej Komendziński
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Niniejsza książka jest dziełem fikcyjnym. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
ISBN 978-83-8008-794-1
Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznańtel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.