Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 498 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Schiza - Paulina Grych

W samym centrum Szczecina stoi blok mieszkalny, zbudowany na gruzach dawnego cmentarza. Paulina Grych na murze tego bloku notuje historie jego mieszkańców, tworząc swoistą antropologię niedoskonałości.

Diana ma trzydzieści lat, chorobę psychiczną i Niemca, który ją utrzymuje. Przyjaciółka Diany, zdewociała Beata, wieczna dziewica, może się z kolei pochwalić rentą i rozpoznaną schizofrenią. Rudy Karol to niespełniony literat, Marek – były żołnierz otoczony przez kobiety – ucieka od kochającej babci i toksycznej ciotki w męski świat wojny. Bohaterowie Pauliny Grych mogą wpisać sobie do CV nieudane dzieciństwo, walkę z własnym i cudzym alkoholizmem i (często samobójczą) śmierć bliskich. Każde z nich zagubione, skrzywdzone i raniące innych. Wariaci. A może po prostu bardziej wrażliwi i pragnący miłości? Świat Diany, Beaty, Karola i Marka to dokładne zaprzeczenie świata telenowel, które chcą nam wyznaczać granice normalności. Autorka Schizy wydobywa z cienia „dziwnych” i samotnych, opowiada nam o ich przyjaźniach, miłościach i dramatach. Pokazuje, jak po raz kolejny próbują zacząć wszystko od nowa.

Opinie o ebooku Schiza - Paulina Grych

Fragment ebooka Schiza - Paulina Grych

Paulina Grych

schiza

Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2008 Wydanie I Warszawa 2008

Potłuczonym

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

sen o Rolandzie

Siedzi na kasie w pampersie. Powitanie, towar, czytnik, towar. Czasami paskowy kod nie wchodzi, więc musi wpisać cyfry. Dalej nic. Trzeba krzyknąć do koleżanki obok lub wezwać kogoś ważniejszego. Głupi stanik, a tyle kłopotu. Nareszcie dalej. Towar, czytnik, towar, wódka już zapłacona, ale klienci podmieniają i należy sprawdzać, czy zamiast zwykłej berbeluchy nie pojawił się drogi koniak. To samo jest z działem warzywa i owoce – powinna pamiętać, że tajemniczy sharon wygląda trochę jak pomidor, ale kosztuje dużo więcej.

Nigdy nie jadła sharona.

Dzisiaj ma zmianę na kasie bez przesuwanej taśmy, do dziesięciu produktów, jednak klienci mają gdzieś limity i w blaszanym korytku pojawiają się całe piramidy. Znowu coś spadło. Bagietka, niesforna bagietka, supermarketowy wypiek własny, paryski z nazwy, chrupiący, gdy ciepły. Potem gliniasty.

Nie lubi bagietek.

Ochroniarza lubi. Jest duży, ma ogoloną głowę, mocny kark, a biała koszula ciasno opina wielkie muskuły. Patrzy Niby na klientów, bo takie bystre obserwowanie to jego praca, lecz ona wie, że gapi się również na nią. Założyła nowe kolczyki, a w szafce na zapleczu schowała czerwone koronkowe majtki, rozcięte tam, gdzie trzeba.

Lubi karty płatnicze. Podają je z wyrazem wyższości osób należących do elity posiadaczy, chociaż zdarza się, że mądre urządzenie informuje o braku środków na koncie. Udają pomyłkę, udają głupich, szukają innej karty, szukają gotówki. Może się napić.

Może, bo upał. Pogoda zwariowała – połowa kwietnia, a tu tropikalne temperatury. Przy kasie stoi więc woda, by wredni dziennikarze nie tragizowali, że pracownicy supermarketów mdleją z gorąca. Trzeba pić manifestacyjnie. Niech pismak, który stanie w kolejce, widzi butelkę. Kierownik powiedział: „Nie będą darmozjady jedne, szmatławe gryzipiórki, nas szkalować”. Inspekcji pracy też należy pokazać dbałość o pracownika.

Sikać jednak nie wolno, dlatego siedzi na kasie w pampersie. Pomysł poddali dziennikarze, opisujący los pracowników sieci dyskontów, którzy jak niemal wszyscy niewolnicy z handlowych molochów mają niewiele przerw. Pielucha dla dorosłych z wkłademodour controli duże bawełniane majtki. W szafce czekają inne, niedobre na upał, udające tylko szlachetną koronkę, sztuczne i obcierające tyłek. Zdejmie bawełniane, ściągnie pampersa, podmyje się, by założyć czerwone seksowne cudo. I w tej ślicznej bieliźnie, pachnąca dezodorantem po trzy osiemdziesiąt dziewięć, będzie czekać na dużego mężczyznę. On kończy pracę o tej samej porze, jednak musi posiedzieć z kumplami, wypalić papierosa, opowiedzieć kilka dowcipów i porechotać. Z kantorka ochrony często dochodzi tubalny śmiech chłopaków. Są weseli zwłaszcza wtedy, gdy złapią złodzieja, któremu dadzą wycisk. Dobrze wiedzą, kogo mogą lać, kto nigdy się nie poskarży. Sprawę załatwiają prosto: kilka kopniaków w części miękkie, płaskie uderzenia dłonią w owłosioną skórę głowy.

Te same dłonie, bijące, dotkną kobiecych piersi, potem sięgną pod spódnicę. Kopiąca noga pomoże rozszerzyć jej uda. Ona wcale nie chce ich zaciskać, jednak wie, że muskularny chłopak lubi zdobywać. Znajdzie majtki, znajdzie rozcięcie. I wylądują gdzieś w toalecie, może w magazynie na workach. Płatki kukurydziane sprzedawane w promocji chrzęszczą, twarda cebula albo ziemniaki nie nadają się do miłości, więc niech będą milutkie rodzynki. Jego oddech papierosowy, wilgotny język i jej śliska wilgoć, wypieszczona palcami ochroniarza o byczym karku…

– Czy zbiera pani punkty? – pyta kasjerka.

Cisza.

– Siedem pięćdziesiąt dziewięć. Czy ma pani kartę? Czy zbiera pani punkty? – powtarza ta, którą przez chwilę była.

Diana wraca do rzeczywistości. Oczy przytomnieją. Chyba długo to trwało, bo kilka osób patrzy na nią z niechęcią.

– Nie, nie – zaprzecza i ze ściśniętej dłoni wysypuje monety.

Kasjerka liczy, kolejka mruczy z dezaprobatą, ale nikt nie mówi dowcipu o okradaniu dziecięcej skarbonki. Zgadza się. Jogurt, bardzo mały chleb, paczka ciastek oznaczona logo sieciowej taniości, niedrogie podpaski oraz paragon zostają zapakowane do woreczka.

– Dziękuję. Do widzenia – mówi Diana.

Ochroniarz spaceruje leniwie. Ona, niedoszła kochanka, spuszcza głowę i szybko mija mężczyznę, czując, że jeżeli ich wzrok by się spotkał, to on pozna jej myśli.

Nie siedzi na kasie w pampersie. I nigdy nie usiądzie. Wie nawet, że nie mówi się „na kasie”, lecz te, które tu pracują, tak nazywają swoje zajęcie. A ochroniarz w białej koszuli, silny chłopak o sokolim wzroku, wcale na nią nie patrzył. Jeżeli spojrzał, to nie była w jego oczach kobietą godną pożądania, lecz obiektem zawodowej obserwacji. Do męskiego patrzenia ma inne: stukające obcasami, wymalowane klientki w spódniczkach i z kolczykami w pępkach. Diana, ubrana w workowate rybaczki, wyciągniętą koszulkę, z włosami posklejanymi od potu, nie może być przedmiotem pożądania.

Przy ruchomej pochylni zwolniła. Kiedyś, w pierwszym tygodniu po otwarciu nowej galerii, gdy pierwszy raz jechała taśmociągiem dla ludzi, potknęła się. Ktoś ją podtrzymał, ale i tak upuściła torbę z zakupami. Potem na dole zbierała rozsypane produkty.

– Trzeba uważać – powiedziała jakaś elegancka kobieta.

Nikt jej nie pomógł. Patrzyli tylko. Zaaferowani, niby przez nieuwagę kopali jabłka i cebulę. Chce o tym zapomnieć, lecz zawsze, gdy mocno chwyta poręcz, ostrożnie stawiając stopę na sunącej powierzchni, widzi tamtą scenę. Już spokojnie, dzisiaj wszystko będzie dobrze, a zakupów ma niewiele. Jeszcze tylko krok i nareszcie stoi na pewnym gruncie – na posadzce z szarych płytek.

Wokół fontanny siedzą ludzie. Obserwują szumiącą kaskadę, rozmawiają, piją coś lub liżą kręcone lody w waflach. Krzesełka przy stolikach też są zajęte. Tam desery podają w pucharkach. Wymyślne, kolorowe, pełne owoców, słodkich sosów, bitej śmietany, rodzynek, orzechów i innych pyszności. Po piątym także zamówi wspaniały przysmak. Robert obiecał, że kiedyś usiądą przy stoliku, by zjeść wymarzony deser, ale teraz, gdy między nimi stanęło kurze udko, rozstali się na zawsze.

Robert przypomina tego ochroniarza. Obcina się na krótko, jak amerykański żołnierz. W sklepie z używaną odzieżą zawsze znajdzie wojskowe kurtki, a na przecenach wypatrzy koszulki w zgniłozielonym kolorze. Na szyi ma zawieszone srebrne nieśmiertelniki.

– Trzeba nazwisko i adres wygrawerować – mówi Irena. – Jak się znowu zgubisz.

Zazwyczaj dodaje coś o psach. Pod nosem, ale ojciec Roberta słyszy, jednak wcale nie protestuje. Śmieje się z dowcipu porównującego syna do kundla. Irena nie jest matką Roberta, chociaż robi wszystko, co matka robić powinna: sprząta, pierze i gotuje. Ma też obowiązki żony, bo żyje z jego ojcem, chociaż nie łączą ich ani ślub cywilny, ani kościelne przyzwolenie, dlatego gdy ksiądz chodzi po kolędzie, Irena przedstawiana jest jako daleka kuzynka.

Ta, która urodziła Roberta, nie lubiła prac domowych. Życia też nie lubiła. Pewnego wieczoru zapytała syna, czy odrobił lekcje. Postawiła na stole talerz kanapek z szynką. „Pogłaskała mnie po głowie, pocałowała i powiedziała, żebym był grzeczny – wspominał Robert kilkanaście lat później. – Jadłem, oglądałem telewizję. Usłyszałem trzask drzwi. Nie zastanawiałem się, po co wyszła… Może śmieci wyrzucić albo do sąsiadki”. Gdy ojciec Roberta wrócił z pracy, znalazł list. Matkę Roberta znaleźli po kilku miesiącach. Odra oddała napuchnięte ciało okaleczone przez śruby barek i ryby. Dzień pogrzebu Robert przesiedział w kącie pokoju, kiwając się rytmicznie.

Pachnącego czosnkiem kurczaka upiekła Irena, która lubi prace domowe. Robert przyniósł jeszcze pół blachy placka drożdżowego z kruszonką, duży słoik bigosu, pomidory i ogórki. Zjedli kolację. On niczego Dianie nie bronił, a nawet sam dokładał na jej talerz. Nie bez powodu. Jeszcze nie skończyła posiłku, gdy zdjął spodnie. Miała na sobie tylko nocną koszulę, więc wystarczyło podniesienie bawełnianej szatki. Pocałował ją niezgrabnie w usta, boleśnie ścisnął pierś i włożył rękę między nogi. Dotknęła go, chociaż już dawno był gotowy. Przewalili się na bety, a ona myślała o drożdżowym cieście. Długo nie myślała, bo Robert jest szybki i zaraz kończy to, co pospiesznie zaczął.

Przed snem dała mu jego tabletki. Zażyła też swoje, popijając zimną herbatą. Dojadła ciasto i zanim lekarstwo zaczęło działać, sprawdziła, czy drzwi są zamknięte, a gaz wyłączony. Położyła się obok Roberta. Miejsca zostało niewiele, bo rozwalił się jak król.

Obudziła się przed świtem. Zmarzła, on zaś leżał okręcony kołdrą, dla niej zostawiając tylko skrawek. Wstała i poszła do kuchni. Nie zapaliła światła, po ciemku odnalazła resztkę pieczonego kurczaka. Ze smakiem obgryzła pachnące czosnkiem mięsko. Wróciła do łóżka.

Obudził ją krzyk Roberta:

– Gdzie jest udko?

Diana popatrzyła nieprzytomnie. Stał nagi z talerzem w dłoni.

– Gdzie jest udko? – powtórzył.

– Zjadłam.

Rzucił talerz na łóżko. Wolała tak myśleć, nie dopuszczając do siebie, że chciał w nią trafić.

– Robciu, co ty? – powiedziała łagodnie.

– Dziwka. Tłusta, głupia dziwka.

Ubierał się i pakował reklamówki, nie zapominając o lekach, słoiku, foremce z resztką ciasta, pomidorze oraz dwóch ogórkach, i cały czas powtarzał wstrętne słowa o jej dużej dupie, durnej gębie i kurewskim prowadzeniu. Nie pomógł ani szloch Diany, ani jej miłosne zapewnienia. Robert wyszedł, trzaskając drzwiami i zostawiając pustkę w niej oraz w lodówce.

Przeszukała portmonetkę, kieszenie spodni oraz kurtek, kryształową miseczkę pełną niepotrzebnych drobiazgów, a nawet wszystkie szuflady. Znalazła tylko kilka drobnych monet. Pożyczyła od sąsiadki pięć złotych, przyrzekając, że odda za dwa dni, gdy przyjdzie listonosz z rentą. Zanim poprosiła o pieniądze, powiedziała o rozstaniu z Robertem. Sąsiadka machnęła tylko ręką. Bo to pierwszy raz!

Teraz, gdy z jogurtem, chlebem, podpaskami i paczką ciastek wracała z supermarketu, spoglądała na swoje odbicie w błyszczących szybach wystaw, myśląc o słowach Roberta. Dziwką chyba nie była, ale tyłek miała duży. Tu ż po swoich dziewiętnastych urodzinach wyglądała jak te, które chodzą po wybiegach Paryża lub Mediolanu: rączki i nóżki niczym patyczki, wystające żebra, kościste biodra. Chude modelki przynajmniej patrzą, by nie przewrócić się na wysokich obcasach, ale oczy Diany, oczy wielkie i rozgorączkowane, nic nie widziały.

Biła na oślep. Uderzyła w coś białego, co próbowało ją złapać. Przegrała jednak walkę, bo inne potwory przybyły na odsiecz.

– Dziewczyno, coś ty z sobą zrobiła? – zapytał.

Nie miał białego kitla, lecz błękitną koszulę. Diana leżała w izolatce, przypięta pasami do łóżka, a nad nią pochylał się mężczyzna o szczupłej, pociągłej twarzy.

– Będziesz grzeczna? – zapytał. – Rozepnę cię.

Nie była grzeczna, bo gdy zbliżył dłoń do pasa krępującego jej nadgarstek, próbowała lekarza podrapać.

– Auć! – krzyknął teatralnie. – Kocica. Poleżysz tak, póki nie zmądrzejesz. Siostro, jeszcze jeden – powiedział do monstrum, które stało w kącie izolatki.

Coś ją ukłuło. Diana wybełkotała słowa protestu, ale nikt się tym nie przejął. Potwór wyszedł, zostawiając otwarte drzwi. Mężczyzna przysunął krzesło bliżej łóżka i usiadł. Z kieszeni wyjął paczkę jednorazowych chusteczek, by wytrzeć ślinę, która zgromadziła się w kącikach jej ust.

– Już lepiej – powiedział. – Dojdziesz do siebie. Obiecuję. Mam na imię Roland.

Lek powoli działał, więc Diana odpływała w senny niebyt, z poczuciem, że zawsze go szukała. Rolanda.

Znowu go nie było. Diana wróciła ze sklepu, wypiła jogurt i otworzyła paczkę ciastek. Z niechęcią spojrzała na talerz, który nadal leżał na łóżku; trochę sosu spłynęło na kołdrę. Miała nadzieję, że Robert wróci i zobaczy, co zrobił.

Siedziała na łóżku, obgryzając biszkopt tak, by na koniec została najlepsza część: kwaskowata galaretka oblana czekoladą. Jadła, myśląc o prawdziwych delicjach, bo te ciastka były tylko marną podróbką. Piątego, może czwartego, pójdzie do sklepu i kupi. Telefon stał na swoim miejscu. Milczał. Nikt – ani ten, który rzucił talerzem, ani ktokolwiek inny – nie chciał z nią rozmawiać. Wstała, a okruchy spadły na podłogę. Wybrała numer komórki, bo pewnie był w pracy. Nikt nie odebrał, automat powiedział, że abonent jest niedostępny. Wystukała kolejne cyfry; tutaj, po kilku głuchych sygnałach, mogła przynajmniej nagrać swój głos. Miało być ładnie, zwięźle i na temat, a wyszedł bełkot smutku, niepewności i oczekiwania.

Tamci, przed nim, byli poszukiwaniem. Inni, po nim, tylko próbą zapomnienia.

Zatelefonowała do Beaty, jednak oprócz: „Ojej, współczuję, jakie to smutne”, oraz rady, by w modlitwie szukała duchowego wsparcia, nie usłyszała nic, co mogłoby pomóc.

– On ma żonę i dzieci – dodała Beata na wieść o telefonie do Poznania. – Węzły małżeńskie są święte. Pamiętaj o tym.

Po rozmowie z koleżanką Diana zażyła południową porcję lekarstw. Zdjęła ubranie i położyła się do łóżka, nogą przesuwając talerz z resztkami tłuszczu. Odpływając w sen, myślała o tym, co zdarzyło się w izolatce.

Roland Witkowski nie był już szczupłym idealistą. Przytył trochę, zgolił hiszpańską bródkę, a jego ciemna, falująca czupryna zaczęła powoli znikać. Zaczesywał włosy, ale gdy powiał wiatr, na czubku głowy ukazywał się placek gołej skóry. Doktor nie potrafił się pogodzić z upływającym czasem, więc w tajemnicy przed żoną kupował środki zapobiegające łysieniu. Jako lekarz nie powinien wierzyć w ich skuteczność, lecz jako próżny mężczyzna miał nadzieję na cud.

Wysiadł z samochodu. Radośnie, jak chłopiec obdarowany nową zabawką, przycisnął autopilota i samochód wydał pożegnalny elektroniczny dźwięk. Roland zlustrował metaliczne cudo japońskiej techniki. Zadrapań nie było, trochę miejskiego kurzu, jedynie na tylnej szybie widniała rozbryzgana plama ptasiej kupy.

– Coś ty, kutasie, zeżarł? – mruknął, z gorliwością badacza przyglądając się wielobarwnej plamie pozostawionej zapewne przez gołębia. – Jagody jakieś czy co?

Pomyślał, że po obiedzie wróci do podziemnego garażu, by doprowadzić auto do porządku. W mieszkaniu pachniało smażeniną.

– Mielone? – zapytał.

Żona, w fartuszku okrywającym grafitowy kostium, jeszcze w szpilkach, wyjrzała z kuchni.

– Klopsiki szwedzkie – powiedziała.

– Z Ikei?

– Tak. Oglądałam sofy, więc…

– Po jaką cholerę? – przerwał. – Meble chcesz zmieniać?

Wzruszyła ramionami. Stanęła przy kuchennym stole i zaczęła energicznie mieszać sałatę.

– Telefonowała – powiedziała, patrząc nie na męża, lecz w miskę. – Nagrała się na sekretarkę.

– O Jezu – jęknął.

– Odsłuchaj i może…

– Nie ma mnie.

Natarczywy dzwonek wdarł się w sen. Diana otworzyła drzwi, pewna, że to on. Odsłuchał wiadomość, wsiadł do samochodu i przybył, żeby już na zawsze… Nie wiedziała, ile trwa podróż z Poznania, ale on zawsze lubił szybką jazdę, więc wiedziony miłością mógł błyskawicznie pokonać dwieście trzydzieści osiem kilometrów.

Przed drzwiami stał Karol z reklamówką w ręce. Uśmiechał się, nerwowo przestępując z nogi na nogę.

– Mogę się u ciebie wykąpać? – zapytał, gdy wszedł do przedpokoju.

– Gaz ci odcięli – stwierdziła Diana.

– No! – potwierdził z dumą, jakby niepłacenie rachunków było aktem odwagi. 

– Puszczę wodę i pogadamy - dodał, znikając w łazience.

Diana wiedziała, że zapowiadana rozmowa będzie monologiem Karola.

– Robert mnie rzucił! – zawołała, by przekrzyczeć szum wody i wykorzystać szansę na opowiedzenie własnej historii.

– Co?

– Robert mnie rzucił! – powtórzyła.

Wyszedł z łazienki w samych gatkach. Był drobny, niemal o pół głowy niższy od Diany. Jego bladą skórę pokrywały jasne piegi, jedynie na twarzy, szyi, karku i części rąk przybrały ciemniejszą barwę. Karol tak właśnie się opalał: w drobne łatki. Wysłuchał relacji z przebiegu wydarzeń, ani na chwilę nie przerywając swojego nerwowego tańca - przenoszenia ciężaru ciała z prawej nogi na lewą. Sam nic nie mówił, chrząkał tylko i pociągał nosem.

– Zadzwoniłam do doktora – dokończyła Diana.

– I co?

– Nie odebrał.

– Pewnie wyjechał – pocieszył Karol. – No, starczy tej wody. Wchodzę do wanny.

Diana włączyła telewizor. Nie mogła znaleźć pilota, by podgłośnić, więc w ciszy patrzyła na kolorowe obrazki. Nie wstając, krzyknęła do Karola, by umył wannę, bo ostatnio syf straszny zostawił. Zapewnił, że zrobi porządek. Diana spojrzała na talerz w rogu tapczanu, potem powiodła wzrokiem po pokoju. Na ławie stały brudne naczynia, leżało też opakowanie po ciastkach, pudełka z lekami i stanik nie pierwszej świeżości. Chwyciła biustonosz i rzuciła go na stos ciuchów w kącie. Ubrań było tak dużo, że niemal całkowicie zakryły stojący tam od miesiąca odkurzacz. Tylko kawałek rury wystawał ponad stertę.

– Wymyłem – oznajmił Karol, wchodząc do pokoju. Był ubrany i wesolutki. – Dlaczego tak cicho? Mogę dziennik obejrzeć? – Wiadomości wieczorne nosiły już inne nazwy, ale on używał tej, którą zapamiętał z dzieciństwa.

Diana kiwnęła głową, nie pytając o wyłączony prąd. Karol sięgnął po pilota leżącego pod ławą. Zwiększył głośność, usiadł w fotelu i zaraz wstał, mrucząc pod nosem. Spojrzał na siedzisko.

– O! Butelka – powiedział bez większego zdziwienia.

– Zaniosę do kuchni.

Co zrobił. Po chwili Diana usłyszała metaliczny rumor.

– W garnki jakieś wlazłem – stwierdził po powrocie.

– Później wyniosę śmieci, bo trochę wali z wiadra.

Obejrzał wiadomości. Na siedząco nie mógł dreptać, ale cały czas poruszał lewą nogą, piętą wystukując monotonny rytm. Zmienił na prawą po pogodzie, gdy zaczął mówić o swoim nowym wierszu. Diana udawała, że słucha, chociaż tak naprawdę myślała o doktorze Rolandzie. Karol gadał, bawiąc się przyciskami pilota. Natrafił na powtórkowy odcinekM jak miłość,więc zamilkł. Bardzo lubił ten serial.

– Chce mi się spać – powiedziała Diana po półgodzinie spędzonej z Mostowiakami.

Karol mrugnął do niej. Wyczekującą miną o coś pytał, Diana jednak pozostała obojętna.

– To ja pójdę. Wezmę worek ze śmieciami – stwierdził z żalem, nie dodając, że to, co niekiedy bywa między nimi, zdarza się tylko przed snem…

Miał jedenaście lat, ognistą czuprynę, piegi i nic więcej. Rodzice harowali, ale nie dorobili się ani samochodu, ani kolorowego telewizora marki „Rubin” czy pralki automatycznej. W domu nie grał adapter albo szpulowiec, nie mówiąc o jakimś kasetowym cudeńku. Meblościanka, stół nakryty ceratą, haftowana serwetka pod szkłem na ławie, czarno-biały odbiornik i stare radio nikogo nie zachwycały. Nie kupowali niczego w Peweksie, więc na regale nie stały butelki po lepszych alkoholach. Balonówę dostawał tylko czasami i żuł ją przez parę dni, każdego wieczoru starannie zawijając w papierek, by starczyła na dłużej, a zabawne historyjki z bohaterami Disneya, dołączane do gumy, gromadził w pudełeczku po czekoladkach. Codzienność osładzał oranżadą w proszku zlizywaną z dłoni lub mlekiem skondensowanym, wyciskanym z tuby wprost do buzi. Bywało, że gdy zapowiadany przez wiele tygodni statek docierał nareszcie do portu przed Bożym Narodzeniem, ojciec przynosił zielone kubańskie pomarańcze. Zdarzało się to tylko wtedy, gdy skrzynka z owocami niefortunnie rozbiła się przy wyładunku. Rzadko je przynosił, chociaż skrzynki często leciały na nabrzeże, ale ojciec był dźwigowym i zanim zszedł, to przeważnie nic dla niego nie zostawało. Po powrocie z pracy powtarzał tylko:

– Nie będę, jak psy jakieś, rzucał się na barachło.

Ojciec Karola był uczciwy. Nie kupili sztucznej choinki, a o migoczących lampkach, które pojawiły się pewnej zimy w mieszkaniu marynarza z dziewiątego piętra, mogli tylko pomarzyć. Karol, chociaż dobrze się uczył i zeszyty prowadził starannie, nie liczył nawet, że na komunię dostanie rower. I nie dostał. Ale syn marynarza od lampek choinkowych, mimo złych ocen miał nowiutkiego pomarańczowego składaka.

– Rudy, chcesz pojeździć? – pytał.

– Tak.

– To mnie złap!

Karol biegł, aż mu tchu w płucach brakowało, ale tamten był szybszy. Później, po dwudziestu kilku latach, przeczytał w gazecie notatkę o synu marynarza, któremu rowery już przestały wystarczać, więc przerzucił się na samochody. Należał do dużego gangu i kradł auta. I ktoś w końcu go dogonił. Podczas policyjnego pościgu wpadł czarną beemką na drzewo. Nie przeżył. Może jednak uciekł na boskie łono? Prędzej w piekielne czeluście, bo złodziejstwem parał się przy okazji. Mówiono, że mordował na zlecenie.

Rudy, bez roweru i kolorowego telewizora, nikomu nie imponował. Wielu było w podobnej sytuacji, bo czasy oraz zwyczajny blok, ale w dziecięcym rankingu koleżeńskich związków z powodu ognistej czupryny oraz piegów Karol stał najniżej. Nie pomagały owoce z pracowniczej działki, którymi częstował kolegów. Zjadali, ale nadal był nikim.

Gdy Diana zaprzyjaźniła się z Karolem, była wiosna. Wybuchła niespodziewanie, tak samo jak w poprzednich latach, bez powolnego wzrostu temperatury. Jeszcze tydzień wcześniej padał gęsty, mokry śnieg, a zmarznięci ludzie ślizgali się na chodnikach. Zawiał wiatr, przynosząc falę ciepła, i brudna miejska breja zniknęła jednej nocy. Diana nie zmieniła ani zimowej kurtki, ani wełnianego nakrycia głowy: wychodząc z domu, założyła granatową czapkę z wielkim, krzywo przyszytym pomponem. Dopiero gdy wracała z apteki, poczuła, że słońce mocno przygrzało i temperatura jest wyższa niż dzień lub dwa wcześniej. A może trzy? Nie pamiętała, ile dni przesiedziała w domu, przemyśliwując poważną rozmowę z panią Witkowską.

Spotkały się przypadkiem przed szpitalem. Diana wychodziła z receptami, gdy na parkingu zobaczyła doktora Rolanda wsiadającego właśnie do samochodu. Przyspieszyła kroku, by zdążyć się przywitać. Nie był jednak sam – na miejscu obok kierowcy siedziała jakaś kobieta. Lekarka? Pielęgniarka? Nikt znajomy… Diana stanęła niepewnie obok schodów prowadzących do ciężkich drzwi oddzielających normalność od wariactwa, a Witkowski powiedział coś do swojej towarzyszki. Rozmawiali. Doktor wysiadł, lekko ukłonił się Dianie, obszedł auto i otworzył drzwi od strony pasażera. Kobieta wygramoliła się z samochodu. Spod błękitnego szala fantazyjnie okrywającego głowę widać było postrzępioną, jasną grzywkę. Blondynka miała na sobie granatowy, szeroki płaszczyk. Diana pomyślała z satysfakcją, że kobieta jest gruba i próbuje to ukryć. Doktor Roland Witkowski kiwnął ręką.

– Chodź – krzyknął.

A co tam… Diana ruszyła spod schodów.

– Dzień dobry – powiedziała, zbliżając się do samochodu.

– Chcę przedstawić ci moją żonę.

Żonę? Wiedziała, że była jakaś, w innym mieście, niemal rozwiedziona, bo nie idzie utrzymać małżeństwa na odległość… Byli jednak razem, a to, co z daleka wydawało się efektem miłości do kartofli, zasmażek i słodkości, w rzeczywistości świadczyło o rozkwicie uczucia.

– Ewa – powiedziała kobieta, wyciągając rękę.

Diana chciała ją uderzyć. Może w brzuch, by przekonać się, czy to bękart, a może tylko nadmuchany balon. Nie zrobiła tego, i z wysiłkiem podała jej dłoń.

– No, to ja sprawdzę olej, a wy sobie pogadajcie. Wsiądźcie do samochodu, bo tu zimno. Odwieziemy cię

– zarządził Roland. Otworzył tylne drzwi i lekko popychając Dianę, zmusił ją, by wsiadła. Żonę delikatnie umieścił na przednim siedzeniu.

Milczały, obserwując jego zmagania z klapą silnika. Zrezygnował, głośno krzycząc, że chyba zamarzło. Z bagażnika wyjął żółtą łopatkę oraz szmatkę. Zaczął czyścić okna, z napięciem zerkając do wnętrza samochodu.

– Lubisz go? – zapytała doktorowa.

– To dobry lekarz – Diana odpowiedziała wymijająco.

– Bardzo mi pomógł, proszę pani – dodała, akcentując dwa ostatnie słowa, by podkreślić przepaść między nimi, pacjentką i żoną doktora.

– Opowiadał mi o tobie. Roland przejmuje się swoją pracą, ale czasami… Czasami jest zbyt otwarty… Naiwny… Zwłaszcza wobec osób rozchwianych emocjonalnie – dokończyła po chwili.

– Nie zauważyłam – powiedziała Diana drżącym głosem.

– Zadurzyłaś się w nim – stwierdziła doktorowa. – Ja to rozumiem. Jest przystojny, starszy, opiekuńczy, ale to mój mąż i będziemy mieli dziecko… Musisz zrozumieć, że twoje telefony o różnych porach, wystawanie pod blokiem, a zwłaszcza te opowieści o czymś, co was rzekomo łączy, mogą Rolandowi zaszkodzić. Na razie na oddziale tylko kpią, żartują, jednak wystarczy, że ordynator poważnie potraktuje doniesienia o romansie między lekarzem a pacjentką. To pachnie procesem.

– Ale… – zaczęła Diana. – Nic nikomu nie mówiłam… Tylko…

Bałagan w głowie. Powiedziała? Nie? Surowy sędzia w jej głowie mówił: „Oskarżam o gadanie bez sensu, zwierzenia i myśli nieczyste. O marzeniach, w których izolatkowy dotyk stał się męską pieszczotą”. Co miała na swoją obronę? Tylko łzy, zamiast zapewnień o niewinności.

– Nie płacz – powiedziała pani Witkowska, podając Dianie jednorazową chusteczkę. – Znajdź sobie kogoś w swoim wieku… A on… On wcale nie jest taki fajny.

Jeszcze coś mówiła, ale Diana wiedziała, że kłamie. Nie, to nie mogła być prawda, jedynie bzdury zazdrośnicy. Skończywszy swe narzekania, Ewa Witkowska zastukała w szybę i doktor wsiadł do samochodu.

– Dianuś, już dobrze? – zapytał, patrząc z niepokojem na pacjentkę.

– Roland! – skarciła go żona. – Jedziemy.

– Ona płacze.

– Popłacze i przestanie. To dobre dla oczu i duszy. No, już! Wiesz, że mamy mało czasu.

Doktorowa była twarda, a on chodził jak w zegarku. Diana rzadko przeklinała, ale wtedy, podczas jazdy do domu, bezgłośnie powtarzała wszystkie brzydkie słowa najlepiej charakteryzujące oboje małżonków. Pomogło. Przestała płakać, a gdy wysiadała, zdobyła się nawet na uśmiech i grzeczne podziękowanie za podwiezienie.

– Dianuś, w porządku? – zapytał doktor.

– Roland – z przyganą wycedziła pani Ewa.

Diana kiwnęła głową, mając nadzieję, że jej oczy mówią to, co myślała: „Mam cię w dupie, pantoflarzu!” W domu zmieniła jednak zdanie. Południowe tabletki zapewniające spokój kusiły żółtością tak samo jak słodkie kuleczki z orzeszkiem w środku. Dawno ich nie jadła, ale gdyby pigułkę dodać do pigułki, i jeszcze jedną, i jeszcze… Całą garść bez rozgryzania. Potem popić wodą. Zasnąć. Na wieki.

Były tylko dwie, a niezrealizowane recepty w kieszeni. Nie miała ochoty wychodzić. A co tam… Zażyła jedną tabletkę. Kłamała, głupia suka, kłamała o nieopuszczonej desce czy brudnych skarpetkach rzucanych pod krzesło. Nawet gdyby tak było, to ona, Diana, opuściłaby klapę i podniosła jego rzeczy. Bez gadania. Tubkę pasty do zębów nietrudno zakręcić, a bąki to każdy puszcza. Każdy. Wredna suka z tej doktorowej.

Te dwa lub trzy dni Diana spędziła w łóżku, kłócąc się z żoną doktora, rozważając każde jej słowo i wymyślając bystre odpowiedzi. Riposty. Tak, riposty…

Myśl o kolorowych cukierkach z orzeszkiem w środku wcale nie znikła. Diana ubrała się więc i poszła do apteki. Wracając, już pod blokiem, zdjęła czapkę. Podniosła głowę do góry i odszukała okna swojego mieszkania. Szóste. Wysoko. Gdyby tak…

– Dzień dobry pani! – drobny człowieczek w brązowej skórzanej kurtce wykończonej kożuszkiem pozdrowił ją serdecznie. Grzecznie uniósł czarną bejsbolówkę.

Diana zobaczyła gładko przyczesane rude włosy. Odpowiedziała, a jej nogi, tak same z siebie, wykonały coś, co było dorosłą wersją kindersztuby wpojonej przez babcię: grzeczne dziewczynki dygają. Rudy uśmiechnął się. Przystanął, uznając ten zabawny niby-skłon za zaproszenie do sąsiedzkich pogaduszek. Diana, chociaż widywała rudego często, nawet wtedy, gdy tylko pomieszkiwała w tym bloku, niewiele o nim wiedziała. Nie jeździł windą i można go było spotkać o różnych porach dnia.

– Mamy wiosnę – zagaił.

– Eee – odpowiedziała wymijająco.

Próbował jeszcze o pogodzie i wildze, która rano śpiewa, ukryta gdzieś w klonach. Na wyrecytowany wiersz ulubionego poety też nie zareagowała. Diana miała spuszczoną głowę. Zawiedziony rudy pożegnał się i już zamierzał odejść, gdy usłyszał jej niepewny głos:

– Proszę pana, czy gdyby ktoś wypadł z szóstego p iętra, to na pewno umrze?

Mężczyzna spojrzał w górę.

– Chyba tak, chociaż… – zastanawiał się przez chwilę.

– Mógłby zatrzymać się na którymś z balkonów. Pani widzi, jak są zbudowane. Wylądowałby na czwartym…

– A samobójca?

– Inna sprawa. Powinien wejść na poręcz balkonu, tam, gdzie są te skrzynki na kwiaty, odbić się i sru, w dół

– powiedział rudy, uniesieniem rąk, a później kiwnięciem głowy pokazując lot i uderzenie. – Stąd nie skaczą – dodał.

– Nie? – zdziwiła się Diana. – Dlaczego?

– Bo ja wiem. Na ten trawnik to wszystkie psy srają. Nawet samobójca nie chciałby w psich gównach leżeć. Podpaski czasem lecą – dodał, niepewnym uśmiechem pokrywając zażenowanie.

Spojrzeli oboje. Na skrawku ziemi rósł różany krzaczek. Było ciepło, ale roślina przetrwała niejedną zdradliwą wiosnę, pełną nagłych zmian temperatur, więc nieśmiało zaczęła wypuszczać pączki. Trawnik, zazieleniony po pierwszych promieniach ciepłego słońca, upstrzony był psimi kupami, petami i papierkami. Podpasek nie było. Patrzyli razem przez chwilę, a rudy mówił o tym, co wylatuje przez okna. Dużo jedzenia, bo to i chleb dla gołębi, i zepsuta pasztetówka dla kotów. Rok temu była impreza gdzieś wyżej, więc sąsiadce balkon sałatką zarzygali, a niestrawiony, pewnie marynowany grzybek przykleił się do okna. On sam, chociaż balkonu nie ma, bo mieszka na parterze, położył kiedyś pościel na parapecie i na wietrzonej kołdrze wylądował mu talerz z resztkami pomidorowej. Chodził po sąsiadach, chcąc oddać uratowane naczynie, lecz nie znalazł tego, komu zupa z makaronem nie smakowała.

– Różne rzeczy lecą… Ludzie nie – mówił dalej. – Z tamtego bliżej ulicy to tak. Raz mój ojciec szedł do pracy, do portu, na szóstą, a tuż przed nim: łup! Zima była, ciemno, i nawet nie przypuszczał, że to człowiek… No… U nas inaczej kończą ze sobą, powiedziałbym: kameralnie. Kiedyś jedna truła się gazem, ale ją uratowali, bo weszli przez balkon. Mąż ją rzucił, czy co… Ludzie gadali…

Rudy przerwał, by ukłonić się przechodzącemu mężczyźnie. Poczekał, aż ich minie.

– Mówili, że była lesbijką i spała z pijaczką spod dwunastki – wyszeptał. – A ten blok jest przeklęty. Całe osiedle też, ale nasz najbardziej!

– Dlaczego?

– Tu, jeszcze za Niemców, był cmentarz. Nie wiem jaki, podobno żydowski. Kiedyś przyjechała koparka i dziurę w ziemi zrobili. Rura pękła czy coś. Sam widziałem w wyrzucanej ziemi mnóstwo czaszek. Niektóre jeszcze z zęb ami.

– Może ofiary wojny. Ludzi wszędzie grzebano. Dziadek mi opowiadał, że jeden z placów nazywano nawet placem Sztywnych, bo odkryto tam masowe groby – siebie samą pocieszyła Diana. – Mogli zapomnieć.

– Nie – twardo zaprzeczył rudy. – Blok stoi na grobach, a ci, których spokój został naruszony, przeklęli miejsce i mieszkańców. Zupełnie jak w tym filmie o domu zbudowanym na starym cmentarzu, w którym straszyły duchy pochowanych Indian.

– Indianie? Tutaj, w Szczecinie? – zdziwiła się Diana.

– No nie, o filmie mówię – zniecierpliwił się rudzielec. – Zmarły to zmarły, więc wszędzie pragnie szacunku, a jak nie… – zrobił teatralną pauzę – …może straszyć, robić krzywdę, bo ma wielką moc.

– To zwykły blok – powiedziała Diana z niepokojem w głosie.

– Zwykły? – rudy zaśmiał się. – Widziała pani, ile tu upośledzonych dzieci mieszka? Są nawet bliźniaki z downem. Ile chorób! Wylewy, zawały, nowotwory…

– Pewnie azbest – Diana nieśmiało zaproponowała logiczne wyjaśnienie rzekomej klątwy.

– A te samobójstwa? Usiądźmy na ławce, to pani opowiem, co dzieje się w tym bloku – zaproponował. – Ja dużo wiem.

Wiedział, bo mieszkanie na parterze i wrodzona, niemal kobieca ciekawość, którą sam nazywał wyczulonym zmysłem obserwacji lub artystycznym okiem, oraz skrywana samotność wyrzutka sprawiały, że fascynował się życiem sąsiadów. Dokończył więc o tej kochającej inaczej, którą za odkręcenie gazu oskarżono o narażenie osób trzecich. Nie znał wyroku sądu, kobieta wyprowadziła się. Potem wspomniał innych samobójców: wisielca niepogodzonego z rakiem oraz wariata z trzeciego piętra.

– Skoczył do morza w Międzyzdrojach, więc chyba to się nie liczy – rozważał głośno. – Zwariował jednak tutaj. Byłem dzieckiem, gdy książki przez okno wywalał. Podobno doktor jakiś, a zgłupiał. Może od tych książek. Ja też mam dużo…

Diana nie usłyszała dalszego ciągu przemowy, w której rudy chwalił się swoją biblioteką. Zareagowała jedynie na słowo „doktor”.

– Lekarz? – zapytała.

– Co? – rudy przerwał monolog.

– No ten, który utopił się w morzu…

– Nie, fizyk czy matematyk. Dlaczego pani pyta?

– Ja… bo… – zająknęła się i umilkła.

Po chwili znalazła jednak słowa i opowiedziała rudemuo doktorze Rolandzie Witkowskim. Kiwał głową, stukał nogą, lecz ona, nie wyczuwając, że mężczyzna się nudzi, powodowana chęcią przekazania własnych lub cudzych dziejów, kontynuowała historię wielkiej miłości. Po kilku minutach monologu rudy z uwagą zaczął wsłuchiwać się w słowa Diany, bo szukał w nich literackiego tworzywa.

– No cóż… – powiedział, gdy skończyła. – Cóż… młoda pani jest, więc znajdzie pani kogoś odpowiedniego – zaczął niepewnie, bo zrozumiał, dlaczego pytała o ostatni lot z szóstego piętra. – Ja jeszcze nikogo nie znalazłem. Nawet nie szukam, bo mam o wiele ciekawsze zajęcia – dokończył tajemniczo.

Rudy miał nadzieję, że wzbudzi jej zainteresowanie i będzie mógł opowiedzieć o swoich udrękach twórczych. Nie zapytała. Chciała tylko wiedzieć, ile ma lat. Z trudem wyjawił datę urodzin, bo ukończona trzydziestka oddalała marzenie o krytykach literackich zachwyconych dojrzałymi dziełami młodziaka. Cały czas wierzył w udany debiut, chociaż oprócz wierszyka o matce, zamieszczonego w podstawówce w szkolnej gazetce ściennej, oraz listu do redakcji, który został wydrukowany w lokalnej gazecie, niczego więcej nie opublikował. Diana nie zdziwiła się jego wiekiem i powiedziała tylko, że dobrze wygląda. Sama była o dziesięć lat młodsza.

– Jak pani ma na imię? – zapytał.

– Diana.

– To śmieszne, bo ja jestem Karol.

– A co w tym… – nie dokończyła pytania, bo zrozumiała kontekst.

Nie pasowali do siebie. Różnili się wiekiem, wzrostem i wagą. Zupełnie jak tamci brytyjscy bohaterowie kolorowych czasopism, idole masowej wyobraźni, których pięknie rozpoczęte małżeństwo – bo to i karoca, i suknia bajkowa, i wiwatujące tłumy – skończyło się tak samo brzydko jak związki zwykłych ludzi. Tamtej wiosny księżna Diana jeszcze żyła.

Za kobietą i mężczyzną przypadkowo noszącymi książęce imiona nie stał dynastyczny obowiązek podtrzymania królewskiego rodu, i dlatego Diana i Karol nie widzieli w sobie nawzajem potencjalnych kochanków. Mimo to opinia blokowa z miejsca połączyła ich w parę, uśmiechając się z politowaniem. Sąsiedzi mieli temat do rozmów, plotek i domysłów snutych w windzie, na korytarzach czy podczas spacerów z psami. Z końcowym wnioskiem, że swój do swego ciągnie…

W ciągu następnych tygodni już nie na ławce, ale w obu mieszkaniach, nowi znajomi opowiadali sobie życie swoje i innych. Karol dowiedział się, że dziadek Diany, dekarz, czasami pił w „Gdaku”, a babcia malowała paznokcie pięknym paniom. I brwi im przyczerniała, i siedziała skulona na małym stołeczku, by doprowadzić ich stopy do porządku. Karol odwdzięczał się opowieściami o ojcu portowcu oraz mamie motorniczej na tramwaju. Mówił ładnie, więc Diana niemal widziała małego, rudego Karolka, stojącego przy oknie w… pralce. Rodzice pracowali na zmiany i niekiedy, wczesnym świtem, gdy jedno musiało iść zarabiać na chleb, a drugie jeszcze z zarabiania nie wróciło, synek spędzał samotne pół godziny, najdłużej trzy kwadranse, we frani. Mama lub tata obkładali synka poduchami, by się nie przewrócił, i stawiali pralkę z Karolkiem na niskiej szafce pod oknem. Nie płakał, miał w rączce jakąś zabawkę albo kawałek bułki i spokojnie patrzył w poranek, oczekując rodzica oraz wolności.

– Jak się zesikałem albo i gorzej, to bez problemu mogli mnie całego wyprać – powtarzał Karol, śmiejąc się z własnego dowcipu.

Nie wszystkie wspomnienia z dzieciństwa były zabawne, bo dziadek, który pił w „Gdaku”, spokojnie odsypiał alkoholowe zapomnienie, ale jego syn, czyli wujek Diany, po wódce wpadał w szał, więc pozostali członkowie rodziny musieli uciekać i niejedną godzinę spędzili na skrzypiących schodach starej kamienicy w centrum miasta. Mówiłao tym na pozór bez emocji, jak o czymś, co wydarzyło się bardzo dawno lub komuś zupełnie innemu. Pamiętała jednak. Pamiętała wszystkich pijaków o cuchnących oddechach, cukierki oblepione drobinami tytoniu, później nachalne spojrzenia, poklepywania, a nawet macanki w korytarzu czy kuchni. Mówili: „Cycuszki już masz!” Przemykała przygarbiona.

Karol wolał historie sąsiedzkie. Wieżowiec był dziesięciopiętrowy, a on mieszkał w nim od samego początku, i dlatego znał dużo opowieści. Diana chłonęła banalne informacje o nazwiskach, pracy, zamożności i zwyczajach. Karol wolał te niebanalne, przeczące słowom piosenki, jakoby w domach z betonu nie było wolnej miłości.

– Była taka jedna, chyba na szóstym, która facetów zmieniała jak rękawiczki – zaczął któregoś razu. – Wprowadziła się z mężem, podobno milicjantem czy jakimś ubekiem, ale on prędko ją rzucił. Dziwne ciuchy nosiła i paliła takie cienkie, brązowe papierosy…

Diana drgnęła, ale Karol nic nie zauważył.

– Ile to razy wracała po nocy! – kontynuował. – Nie sama, zawsze uwieszona na jakimś facecie. Wypić lubiła. Czasami znikała na całe miesiące… Tak… Raz to sąsiad szedł w niedzielę rano do kościoła, a ona leżała na dole. Szumu narobił, bo myślał, że zabita… Żyła jednak, tylko nawalona jak stodoła.

– Widziałeś ją wtedy? – zapytała Diana.

– No – potwierdził. – Nie wiem, jak się nazywała. Była podobno malarką… I dziecko miała, ale ta dziewczynka rzadko tu przychodziła, chociaż… – zamilkł, bo Diana wpatrywała się w obraz wiszący nad jej łóżkiem.

Karol zbladł.

– Przepraszam – wydukał. – Przepraszam, nie pomyślałem…

I wtedy, by zagadać gafę, opowiedział o swoim wstydzie: głupim wybryku, z powodu którego na długie lata przylgnęło do niego przezwisko Siusiak, a w blokowej opinii pozostał tym, na kogo trzeba uważać.

Tamto zdarzyło się pewnego lipcowego, upalnego dnia. Grupa dziewcząt z podwórka rozłożyła kocyki na trawniku obok trzepaka. W siatkach przyniosły butelki z kompotem, ciastka, a nawet kanapki. Chłopaków nie było. Karol posiedział trochę na metalowej rurze, potem wywinął parę zgrabnych przewrotek. Udawały, że nie widzą małpich figli. Gadały.

– Karolku, chodź do nas – krzyknęła Iza, blondynka z piątego.

Nie zareagował. Zawisł na trzepaku.

– Przestań, bo ci się ręce wyciągną. Chodź do nas – ponowiła zaproszenie.

Leniwie, powoli, by nie pomyślały, że mu zależy, zszedł.

– No, czego chcecie? – zapytał, gdy znalazł się przy kocykach.

– Usiądź – powiedziała Iza. – Tutaj, koło mnie.

A co tam… Usiadł. Dziewczyny miały na sobie letnie, kolorowe sukienki w kwiaty, tylko Iza była w stroju niemal plażowym: krótkie spodenki i staniczek robiony na szydełku. Karol jako jedyny z towarzystwa nie wiedział, że ta blondynka już od wiosny miesiączkuje, więc dlatego udaje, że należy do grona kobiet.

– Masz dziewczynę? – zapytała.

Wszystkie zachichotały. Mruknął wymijająco i zerwał źdźbło trawy, które włożył do ust. Gryzł je, by nie uczestniczyć w rozmowie. Iza nie dawała za wygraną.

– Karolku, a nagą kobietę widziałeś? – zapytała.

Napiła się kompotu z butelki, oblizała wargi i patrzyła wyczekująco.

– Pewnie – odrzekł.

– Chyba matkę – stwierdziła któraś z dziewcząt.

– Jezu! – jęknęła inna, bo matka Karola, spracowana i piegowata jak syn, pięknością nie była.

Karol zdenerwował się.

– A wy co? – krzyknął, wypluwając trawkę. – Może faceta gołego widziałyście? – I zerwał się z kocyka.

Iza, niezrażona wybuchem, poprawiła staniczek.

– Nie – powiedziała głosikiem dziecka, jakim przecież była. – Pokaż nam.

Patrzył na jej pogardliwie wydęte usteczka i zmrużone oczy. Rozejrzał się na boki. Upalne przedpołudnie, a krzaki wokół. Nikt nie szedł. Rozpiął spodnie. Pokazał.

Może ktoś oprócz dziewcząt to zobaczył. Pewnie jednak same wygadały.

– Zboczeńca wyhodowałam! Zboczeńca! – krzyknęła wieczorem matka Karola, lejąc go trzepaczką do dywanów.

Dużo później ta sama Iza, nadal mieszkająca na piątym, ale już gruba po ciążach, z żylakami na opuchniętych nogach, z limem podbitym przez męża, zatrzymała kiedyś Karola. Przeprosiła za tamto. Przeprosiła, chociaż zdarzało się, że w czasie babskich pogaduszek, gdy tylko trochę wypiła, opowiadała koleżankom, że pierwszym fiutem, jakiego w życiu zobaczyła, był fiut rudego Karola z parteru.

– A było na co popatrzeć! – dodawała lubieżnie, nie chcąc pamiętać o innych zapatrzeniach, zazwyczaj kończących się kłopotami.

Karol przyjął przeprosiny, bagatelizując wydarzenie sprzed wielu lat. Wydarzenie, które według matki doprowadziło do śmierci ojca. Co prawda umarł dopiero osiem lat później, ale podobno z powodu zgryzoty związanej ze spłodzeniem zboczeńca. Sam Karol cierpiał bardziej. Pokazanie części ciała zazwyczaj ukrytych pod ubraniami kojarzyło mu się z upokorzeniem i laniem, więc nie chodził nawet na plażę, nie mówiąc o zdjęciu spodni przed jakąkolwiek kobietą.

Wysłuchawszy wstydliwej historii, Diana wzruszyła tylko ramionami. Po długim wstępie wygłoszonym przez Karola spodziewała się czegoś strasznego, a usłyszała opowieść o zaprezentowaniu jedynej rzeczy, którą mógł się pochwalić. Wychowała się w starej kamienicy, gdzie w brudnych bramach, w kątach podwórek, przy śmietniku czy w śmierdzących kocimi sikami piwnicach dzieciaki różne rzeczy robiły i niejedno pokazywały.

– Nie jestem zboczeńcem – powiedział Karol, gdy skończył.

– Nie jesteś – przyznała Diana.

Od drugiego dnia znajomości byli po imieniu, a przez tygodnie poznawania własnych historii zbliżyli się do siebie.

– Bałem się matki – wyznał. – Po śmierci ojca ciągle mnie pilnowała. Nawet jak studiowałem, to musiałem spowiadać się z każdej godziny.

Zachował dla siebie informację o tym, że trzepaczka szła w ruch, gdy pojawił się w domu niezgodnie z planem zajęć na uczelni. Niekiedy matka czekała na przystanku tramwajowym po to tylko, by przez całą drogę powrotną narzekać i zapowiadać karę.

– Spodnie zamykała w szafie na klucz, a po mieszkaniu musiałem łazić w podartych dresach – wyznał.

Gdy umarła, nie poczuł wolności. Rzucił studia, pracował byle gdzie, pisał wiersze oraz powieści, których bohater nie był rudzielcem z parteru i nie bał się kobiet.

Duża, powolna Diana, o oczach zdziwionego dziecka, tak często nieobecnych, zapatrzonych w siebie, nie przerażała Karola. Przy niej, a nie tylko na zapisanych kartkach, mógł być kimś innym. I bywał, a ona, zasypiając, czuła palce oraz język Rolanda. Nie otwierała oczu, by czar działał.

anioł wszystko wie

Anioły atakują znienacka. Wolą jednak, gdy Beata jest sama, więc najczęściej wybierają łazienkę. W dużym pokoju, wcale nie takim dużym, ale większym niż ten zajmowany przez jej siostrę z mężem i dwojgiem dzieci, są dwie kanapy. Na tej obitej zielonym materiałem, stojącej bliżej okna, śpią rodzice. Druga, której wytarcia i zapadnięcia ukrywa włochata narzuta, należy do Beaty. Kanapa wciśnięta jest w małą wnękę. W innych mieszkaniach o mniejszym zagęszczeniu lokatorów to miejsce wykorzystywane bywa jako namiastka jadalni. U nich też tak było, ale po weselu siostry, które wyprawiono w domu i z oszczędności, i dla przyzwoitości, by w oczy ludzkie widoczną już ciążą nie świecić, stół rozkręcono. Tego samego dnia, gdy blat oraz nogi owinięto w stare zasłony i schowano w piwnicy, kanapę Beaty wyniesiono z pokoju, który do tej pory dzieliła z młodszą siostrą. Regalik z książkami upchnięto w korytarzyku, ale później rozpadł się ze starości, a książki – dziewczyńska literatura, lektury szkolne oraz te o finansach i bankowości – podzieliły los stołu. Zapakowane w szary papier oraz folię, czekały w piwnicy wypełnionej wonią zepsutych kartofli. Czekały na lepsze czasy, na wyprowadzkę i ponowne lata regałowej świetności. Beata wiedziała, że nic już z nich nie będzie, bo jeśli nie zostaną zjedzone przez myszy albo nie zawilgotnieją, to nieprzyjemny zapach pozostanie w nich na zawsze. Ubrania Beaty oszczędzili. Musiały odejść z pokoju, jednak znaleziono im miejsce w szafie rodziców.

Stół pojawia się w mieszkaniu z okazji świąt kościelnych oraz prywatnych: imienin, urodzin lub rocznic ślubu. Wtedy wszyscy mogą zjeść normalnie, wygodnie, a nie przy ławie-jamniku albo na dwie tury w kuchni. U Beaty rzadko jada się razem. Rano w dni powszednie śpi, więc nie wie, jak wyglądają poranki pełne kłótni, dziecięcego płaczu, dobijania się do łazienki i narzekania – na to pieprzone życie. Lepiej, że śpi, bo szwagier nie przebiera w słowach, więc mówi zwyczajnie, tak jak czuje i umie. Rzuca wulgarne określenia, rozdaje klapsy i jeszcze klepie swoją żonę po chudej, płaskiej pupie. Niby zalotnie, niby miłośnie, ale jednak z gniewem, bo znowu musieli być cicho i w najważniejszym momencie dziecko chciało pić.

– A w łeb chcesz? – pyta tatuś zdyszany. – Śpij, gnoju.

Mówi „gnoju”, bo zawsze to ten młodszy przerywa mu zaloty. Gdy tak powie, chłopiec zaczyna płakać.

– Ja go… – nie kończy, odkłada miłość na później i szykuje się, by zrobić porządek.

– Daj spokój – szepcze żona. – Pójdę do niego. Mam bliżej.

Ma bliżej, bo śpi z brzegu, a on przy ścianie. Siada na tapczaniku, obciąga koszulę, ponieważ nigdy nie są całkiem nadzy, wstaje i podchodzi do piętrowego łóżeczka. Dwa kroki i już może utulić p łaczącego. Grucha uspokajająco, podaje szklankę z sokiem, okrywa starszą córkę śpiącą na górze. Wraca do męża.

– No, jestem – mówi kobieta. – No – popędza go po chwili.

– Już mi się nie chce – odpowiada mężczyzna i odwraca się do niej plecami.

Czasami jednak nawet dziecko nie przerywa spełnienia. Beata słyszy miarowy skrzyp starego tapczana, sapanie i stłumione jęki dochodzące zza ściany. W nocy zazwyczaj śpi, ale okrągły księżyc świecący na ciemnym niebie odbiera moc tabletkom, a ona przewraca się z boku na bok. Wtedy, za pierwszym razem, było lato i jasna poświata wpadała do mieszkania. Ciepło, okna otwarte, więc z ulicy dochodziły nocne hałasy: nieliczne samochody, zgrzyt tramwaju na zakręcie, pijackie wrzaski i brzęk tłuczonego szkła. Zaczęła się modlić, powtarzała już któryś raz prośby do tej błogosławionej między niewiastami, gdy w bezgłośny szum słów wdarło się coś niepokojącego. Przerwała, myśląc, że to anioł żąda jej uwagi, ale on nigdy się tak nie zachowywał. Odgłosy dochodziły jednak nie z głowy, lecz zza ściany. Po chwili zrozumiała, co to jest. Naciągnęła kołdrę. Zakryła dłońmi uszy. Próbowała wrócić do błagalnych słów, lecz nie mogł a sobie niczego przypomnieć. Gorąco. Może przestali? Nie wiedziała przecież, jak długo to trwa. Skąd miała wiedzieć?

Odsłoniła uszy, odsunęła kołdrę, by wsłuchiwać się w ciemność i ścianę. Trwało. Rytmicznie. Jękliwie. Sapiąco. Wiedziała, że to grzech, ale nie mogła się powstrzymać. Poczuła ciepło, jednak nie takie zwyczajne, letniej nocy, lecz inne i gdzie indziej. Dziwny żar, lekko piekący, jak po użyciu gorszego mydła zamiast łagodnego żelu.

– Ciszej – usłyszała szept szwagra, dochodzący zza ściany.

Beata też tak mówi. Nie do mężczyzny, nie w takich chwilach, których nigdy nie zaznała, i nigdy głośno. Tamtej nocy przeczekała akt miłości małżeńskiej, ich wizyty w łazience oraz zapalone światło w kuchni. Słyszała, że szwagier otworzył lodówkę, zaszeleściła folia i zabrzęczały słoiki lub butelki. Mlaskał, potem coś pił. Beknął głośno.

Przeczekała. Po długim czasie, gdy mieszkanie zabrzmiało znajomymi dźwiękami nocy: chrapaniem ojca, poświstywaniami matki i ciszą za ścianą, Beata poszła do łazienki.

– Nieładnie, kwiatuszku, nieładnie – powiedział anioł.

– Wiem – odrzekła. – Przepraszam.

– Nieładnie, nieładnie – powtórzył anioł.

– Proszę… Chcę… Muszę skorzystać z toalety. Odejdź.

Tamtej nocy rozumiejący anioł odszedł. Milczał nawet wtedy, gdy po ciemku odnalazła lodówkę i plastikową butelkę, z której pił szwagier. Otworzyła, przytknęła do ust. Czy pocałunek mężczyzny ma smak napoju pomarańczowego kupionego w dyskoncie spożywczym po złoty siedemdziesiąt pięć groszy za dwa litry? Czy czuć w nim tylko słodycz aspartamu? Anioł nie pomógł. Pewnie nie wiedział, bo i skąd? Milczał, a później pozwolił spokojnie zasnąć.

Pojawił się rano. Początkowo tylko jeden, dopadł ją w łazience. Prosiła, by poczekał chwilę, ponieważ nie można rozmawiać, siedząc na sedesie i…

– Ty nie wymawiaj się przyzwoitością – zażądał anioł o surowym głosie. – Jesteś obrzydliwa. Podsłuchujesz. Seks ci się zamarzył, co?

– Nie – zaprzeczyła.

– Głupia cipa – warknął anioł.

– Nie mów tak – poprosiła Beata. – Jak masz na imię? – spróbowała załagodzić, nawiązać kontakt i może inaczej poprowadzić rozmowę.

– Gówno cię to obchodzi! – wrzasnął anioł.

Zasłoniła uszy. Powinna była dokończyć to, co zaczęła, wytrzeć się, umyć ręce, a potem wyjść z łazienki. Jednak zapomniała o majtkach i upokarzającej czynności. Zamknęła oczy. Zaczęła kiwać się miarowo.

– Kwiatuszku… kwiatuszku… – powiedział ten dobrze znany, łagodny głos. – Nie przejmuj się. Zrób, co miałaś zrobić. Umyj się, ubierz, a po śniadaniu weź tabletki. Pamiętasz, co mówił lekarz. Nie wolno… - …brać leków na pusty żołądek – dokończyła Beata.

– No widzisz, kwiatuszku. Mądra jesteś.

– A tamten… To, co w nocy… – zaczęła nieskładnie.

– On już odszedł. Przegoniłem go. Nerwowy jest. Może mu lekarza albo i tabletek trzeba? Pójdzie do doktora od chorych głów – zażartował anioł.

Beata uśmiechnęła się. Tylko na chwilę.

– Zgrzeszyłam – przyznała ze smutkiem.

– Kwiatuszku, ty najlepiej wiesz, co robi się z grzechami.

Pewno, że wiedziała.

Tamtego ranka, już umyta, ubrana, ze śniadaniem i porcją pigułek w żołądku, uklękła przy łóżku. Wszyscy wyszli, więc mogła spokojnie się pomodlić. Po południu poszła do spowiedzi. Ksiądz ją pocieszył. Znowu, po przyjęciu komunii świętej, była czysta. Czystość trwała kilka tygodni, aż do następnej bezsennej nocy, do dźwięków dochodzących zza ściany i smaku innego napoju. Porzeczkowego? Landrynkowej oranżady? I znowu usłyszała głos gniewnego anioła. Nazywał ją wulgarnie, a jego słowa bardzo przypominały określenia użyte kiedyś przez szwagra. Tuż po ich ślubie, po zapakowaniu stołu, wyprowadzce regału i kanapy, Beata usłyszała rozmowę młodego małżeństwa.

– Ona jest w porządku – przekonywała jej siostra. – Cicha, spokojna, pomodli się, do kościoła pójdzie. To wszystko.

– Wkurwia mnie. Nie lubię takich milczków – powiedział szwagier. – A jak się dziecko urodzi, to co będzie? Diabła w nim zobaczy, chwyci nóż i zabije.

– Przestań. Beata nigdy nie była agresywna. Tylko dwa razy leżała w szpitalu. Bierze tabletki i…

– Myślę, że tej głupiej cipie chłopa trzeba – przerwał szwagier. – Po dobrym pieprzeniu przestałaby słyszeć te swoje głosy.

Mówił coś jeszcze o przeczyszczaniu komina… Beata była oburzona podsłuchanymi słowami, ale nie chciała, by tak brzydko ją nazywał, więc starała się jak mogła. Rozmawiała ze szwagrem, pytała, jak było w pracy, czasami podgrzewała mu zupę albo odsmażała ziemniaki. Powoli przekonywał się do niej. Nie miał wyjścia, bo o własnym mieszkaniu mogli tylko pomarzyć. Jednak dziecka, gdy pojawiło się na świecie, nie zostawiali pod jej opieką i nie pozwolili, by wychodziła z wózkiem na spacer.

– Zmęczy cię – powiedział szwagier. – Płacze tylko i płacze.

Tak naprawdę mówił o własnym zmęczeniu. Beata, wracając z kościoła, widywała niekiedy, jak pod pozorem wyjścia do sklepu wyrywał się z domu. Był zawodowym kierowcą, więc nie pił z osiedlowymi chłopakami, skorymi do alkoholowych libacji na świeżym powietrzu. Siedział sam na ławce i palił papierosa za papierosem.

– W domu nie mogę – wyjaśnił kiedyś, gdy go mijała.

Beata uśmiechnęła się rozumiejąco i chciała iść dalej, ale szwagier poprosił, by usiadła.

– Czy ona kiedykolwiek przestanie tak ryczeć? – zapytał.

– Ząbkuje – wyjaśniła Beata.

– Wiesz, czasami boję się sam siebie, że nie wytrzymam i… – nie dokończył. Wyjął z paczki papierosa, włożył w usta, przeszukał kieszenie. Znalazł zapalniczkę i zapalił. Zaciągnął się głęboko, a potem patrzył na smużkę wydychanego dymu. – Boję się, że ją uderzę. Jest taka maleńka, ale… Na razie jakiś wewnętrzny głos mnie powstrzymuje… – Spojrzał na Beatę z zażenowaniem, bo to przecież ona była specjalistką od głosów. – Znaczy nie głos, tylko…

– Sumienie – pomogła Beata.

– No właśnie – przytaknął z ulgą.

– Nie uderzysz. Gdy się zdenerwujesz, to zacznij oddychać, powoli, przytrzymując powietrze w płucach. O tak, jakbyś palił papierosa…

– To pomoże?

– Powinno. Możesz też wyobrazić sobie, że to ciebie coś boli. Żołądek albo podrażnione dziąsła. Wtedy zrozumiesz stan córeczki, wejdziesz w jej skórę, a to pozwoli na zrozumienie i odnalezienie w sobie empatii – streściła dobrze wyuczoną lekcję.

– Czego? – dopytał.

– Empatii, czyli współodczuwania.

– Współczucia?

– Tak.

– Skąd to wiesz?

– Kiedyś na oddziale dziennym mieliśmy zajęcia z panią psycholog. Radziła, jak walczyć ze stresem, z lękami.

Szwagier roześmiał się.

– Mnie by się przydał taki oddział – powiedział. – A takich… – Szukał przez chwilę łagodnego słowa, które nie dotknęłoby Beaty. Najwyraźniej informacje o empatii zadziałały. – A takich z ulicy przyjmują?

– Trzeba być chorym – wyjaśniła.

– Szkoda. No, wypalę jeszcze jednego i pójdziemy do domu.

Tego wieczoru wrócili razem. Potem, po kilku tygodniach, znowu na ławce i przy papierosach szwagier wyjawił Beacie swój plan poprawy pieprzonego życia.

– Chcę pojechać do Niemiec – powiedział. – Mam kolegę w Kolonii. Znajdzie mi robotę na budowie. Zarobię i kupię mieszkanie. Moje dziewczyny sobie poradzą. Są rodzice, ty jesteś. Będę przyjeżdżał – tłumaczył Beacie i samemu sobie. – Przecież za te pieniądze, co mi tutaj płacą, to do usranej śmierci nie zbiorę na własny kąt.

W domu, podczas awantury, zdanie o niemożliwym życiu powtórzył wielokrotnie. Był płacz siostry. Zamknęła się w łazience. Tłumaczył przez drzwi, ale słyszał monotonne beczenie, rzadko przerywane słowami o tym, że już jej nie kocha, że w tych całych Niemczech skurwi się i ją zostawi samą z małą córeczką. Mało to takich?

Szwagier stał pod drzwiami łazienki, matka jazgotała, by przestali, bo co sąsiedzi powiedzą, ojciec oglądał telewizję, ciągle pogłaśniając, by móc usłyszeć wiadomości z kraju i ze świata. O dziecku nikt nie pomyślał, więc Beata poszła do pokoju młodego małżeństwa, zupełnie sprawnie zmieniła zasikaną pieluchę, potem podgrzała mleko i nakarmiła siostrzenicę, która mimo hałasu wcale nie płakała. Beata, wsłuchując się w odgłosy awantury, czekała na dziecięce beknięcie. Bała się, gdyż dawniej w domu nigdy nie słyszała kłótni. Bywały drobne różnice zdań, ale nigdy tak głośne, bo dotychczas żyli przecież godnie, spokojnie, po chrześcijańsku. Nawet jak siostra oznajmiła, że musi wyjść za mąż, rodzice tylko trochę poburczeli. Szwagra przyjęli jak syna, którego nie mieli.

Awantura trwała do telewizyjnych informacji sportowych. Ojciec wstał i podszedł do drzwi łazienki. Odsunął młodego zapewniającego o miłości.

– Wyjdź – powiedział do córki.

Siostra zabuczała.

– Wyjdź, bo mi się kupę chce – wyjaśnił. – Za chwilę będzie źle. Zdejmę spodnie i zrobię tutaj. Będziesz sprzątać.

– Weź wiadro – odpysknęła mu.

– Wiadro jest w łazience – powiedział ojciec.

Beata, z dzieckiem na ręku, wyjrzała z pokoju.

– Cholera, tato, nie – powiedział szwagier, bo stary już rozpiął rozporek.

Siostra Beaty głośno wydmuchała nos. Otworzyła drzwi.

– Wyłaź. Szybko – popędził ojciec. – A zamek wymontuję – doszło po chwili zza drzwi. – W Niemczech można dobrze zarobić. Kupicie sobie mieszkanie i we własnej będziecie robić, co chcecie – dodał, ucinając lamenty.

Potem wszyscy, gdy dziecko zasnęło w łóżeczku, zasiedli przed telewizorem, by obejrzeć kolejny odcinekMjak miłość.

Szwagier, z błogosławieństwem teścia, ze wspomnieniem naburmuszonej miny młodej żony, zaopatrzony w termos i kanapki na drogę oraz przykazania na później, wyjechał do Niemiec. Często telefonował, przelewał pieniądze, a na święta Bożego Narodzenia zjawił się w dwupokojowym mieszkanku z paczkami. O nikim nie zapomniał. Beacie, którą kiedyś nazwał głupią cipą potrzebującą chłopa, też przywiózł prezenty: pudełko czekoladek oraz biały sweterek.

– Mięciuśki, nie? – powiedział, gdy przytuliła wełenkę do twarzy. – Rozmiar chyba dobry… No, przymierz.

Pasował. Trochę za bardzo opinał brzuch, ale Beata, chociaż zawsze wybierała szersze stroje, by zakryć nielubianą część ciała, chętnie nosiła wełniany sweterek od szwagra. On zauważył, że jest obcisły, i następnym razem przywiózł bluzeczkę o stosownym kroju. Gdy kupił samochód, mógł przyjeżdżać częściej, więc w domu bywał co dwa tygodnie. Pracował, zarabiał, a podczas jednej z wizyt spłodził siostrze Beaty drugie dziecko. Po wzajemnych oskarżeniach o nieuważność młodzi małżonkowie musieli wyznać głównym lokatorom, że pojawi się nowy członek rodziny.

– Jak my się pomieścimy? – narzekała matka.

Pomieścili się, chociaż w mieszkaniu zapanował większy rozgardiasz, którego nikt nie potrafił opanować. Beata, by odpocząć, zamykała się w łazience, uciekała do kościoła albo szła z wizytą do Diany, u której był wolny pokój. Zagracony, z krzywo powieszonymi obrazami na pomarańczowych ścianach, z wersalką przykrytą ubraniami i torbami, ale był. Diana czasami mówiła o wynajęciu, jednak zwlekała z decyzją, więc Beata mogła odnaleźć u koleżanki nieco spokoju, marząc o dniu, w którym odzyska własny kąt, kupi nowy regalik i przyniesie książki z piwnicy. Może całkiem nie zaśmierdły? Wiedziała, że ustawi je równo, tematycznie: fachowe na górnych półkach, a beletrystykę niżej. Mimo że siostra ze szwagrem wpłacili tylko część pieniędzy i na placu budowy wylano dopiero fundament, Beata liczyła dni do ich wyprowadzki. Później, gdy podstawa domu okrzepła, raz w miesiącu wsiadała do autobusu i jechała na peryferie, by obejrzeć postępy prac. „Niech się mury pną do góry” – śpiewała w myślach słowa starej piosenki, które brzmiały jak modlitewne błaganie. Pięły się i Beata zaczęła odkładać część renty na własny telewizor. Nie lubiła serialu, który wszyscy oglądali.

– Sprawdziłeś tę firmę? – zapytała szwagra z niepokojem w głosie. – Czytałam w gazecie, że ci dilerzy to strasznie oszukują.

– Sprawdziłem – pocieszył.

Szwagier dalej pracował w Niemczech, ale bywało, że i miesiąc spędzał w kraju, czekając na lepszą robotę. W Polsce chwytał się dorywczych prac: robił remonty, najczęściej kładł kafelki i glazurę, czasami coś przewoził. Nie mówił źle o Beacie, a ona w bezsenne noce, gdy księżyc odbierał moc tabletkom, podsłuchiwała miłosne zmagania.

Anioł, ten o gniewnym głosie, wulgarny i bezimienny, miał pretensje o zastanawianie się nad smakiem męskiego pocałunku. Kilka razy krzyczał na Beatę, ale potem przestał. Zniknął tak nagle, jak się pojawił. Został tylko anioł łagodny, który pewnego ciepłego poranka powiedział:

– Kwiatuszku, zadzwoń do Diany, bo ona ma kłopoty.

Powinna była wiedzieć, że z dwóch nieszczęść wielkie szczęście nie powstanie, a z dwóch chorób – samo zdrowie. Pomyślała jednak o podobieństwach, które się przyciągają. Widywała pary połączone mizernym wzrostem, białymi laskami lub kolebiącym chodem. To było naturalne. Skłaniało do życzliwych komentarzy o wspólnocie losów i łatwiejszym przejściu przez życie, gdy ślepy wiedzie ślepego, a kulawy kuśtyka przy kulawym. Scaleni nieszczęściem, z błogosławieństwem otoczenia nie odzyskiwali wzroku czy sprawnych nóg, ale było im na pewno raźniej. Akceptowano takie związki. Rozumiano pary o mieszanym kalectwie: on nie widzi, że ona ma coś z biodrem. Gorzej było, gdy zdrowy wiązał się z chorym. Dziwiono się, bo chłop jak świeca, a z karlicą się prowadza. Przecież to maleństwo jak dziecko wygląda. Zboczeniec jakiś? O pedofilach ciągle w telewizji mówią, więc może on z takich? Komentowano, jeśli kobieta ładna i sprawna wiązała się z kaleką. Ot, pewnie na pieniądze łasa…

Irena myślała tak jak większość, a że Diana i Robert wyglądali niemal jak rodzeństwo, więc z czystym sumieniem połączyła tych dwoje. Oboje byli wysocy, lekko opuchnięci od leków, które zatrzymują wodę, a i apetyt zwiększają. Chorowali, ale tylko u chłopaka rozpoznano schizofrenię, i dlatego miał wyższą rentę z dodatkiem na opiekę, a środkami komunikacji miejskiej mógł jeździć za darmo. Pasowali do siebie.

Irena znała Dianę od dziecka, bo była fryzjerką i pracowała z jej babcią. Pamiętała malutką dziewczynkę, która prosiła o nakręcenie włosów. Znała rodzinne historie, więc gdy Diana została sama, trochę się nią zajęła. O prawdziwej opiece nie mogło być mowy, ponieważ Irena, przez lata dręczona przez męża pijaka, musiała zadbać o siebie, ale czasami dzwoniła do dziewczyny, zbierała dla niej ciuchy i przynosiła torby z jedzeniem. A gdy nachlany mąż Ireny zaprószył ogień i spalił siebie oraz mieszkanie, a ona z jedną reklamówką w ręce znalazła przytulisko u długoletniego kochanka, w jej głowie powstał pomysł połączenia dobrego z pożytecznym.

Irena nie miała własnych dzieci, jednak podejmując decyzję o wprowadzeniu się do mężczyzny, musiała zgodzić się na matkowanie jego synowi, który tylko na pozór był dorosły. Robert zbliżał się do trzydziestki, miał posturę napakowanego dresiarza, ale bał się tłumu, i dlatego w supermarkecie lub na rynku wymagał dyskretnej opieki.

– Trzymaj się mnie – szeptem powtarzała Irena. – Nie gap się, debilu jeden, na byle co, tylko idź przy mnie.

Chodził posłusznie. Kilka razy jednak go zgubiła i chłopaki z monitoringu w Realu mieli robotę. Znajdywali Roberta przy stoisku sportowym lub muzycznym. Kiedyś skulił się za promocyjną stertą papieru toaletowego. Irena poszła z ochroniarzami.

– Robert, kretynie jeden, już jestem – mówiła czule i głaskała chłopaka po głowie. – A wy, mięśniaki jebane, czemu się śmiejecie? – krzyknęła, spoglądając na strażników. – On jest chory – wyjaśniła, gdy szybko spoważnieli, zaskoczeni jej wybuchem.

Irena prała, sprzątała i gotowała. Spała z ojcem Roberta, a chłopaka wyzywała czasami od idiotów, debili i kretynów, jednak on wcale się nie obrażał. Pomagał dźwigać torby z zakupami, bo jej kręgosłup, nadwerężony wieloletnim staniem przy fryzurach klientek, nie pozwalał na noszenie ciężarów. Z powodu choroby przeszła na rentę, ale o pieniądze nie martwiła się: jej mężczyzna, pracowity geodeta, dobrze zarabiał. Czasami myślała, że powinni zalegalizować związek, by w razie czego nie została znowu na lodzie. Problemem był Robert: mogła mu matkować, ale gdyby mąż umarł, miałaby dodatkowy kłopot. Lata słuchania historii kobiet i własne zmaganie się z życiem odarły Irenę z wiary, że coś samo się zrobi. „Samo to grzmi” – powtarzała często.

Irena musiała więc działać. Kiedyś, sprzątając pokój Roberta, znalazła pod łóżkiem kolorowe pisemka. Przysiadła i zaczęła przeglądać, uśmiechając się pod nosem. Duży, strachliwy chłopak, który w supermarkecie skrywał się za rolkami papieru toaletowego, był jednak mężczyzną. Wcześniej traktowała go jak dziecko, a tu proszę: modelki o oczach dziecka, z silikonowymi biustami, ochoczo prezentujące nagie łona. Irena zakończyła oglądanie, odkurzyła dywan i położyła pornosy na miejsce.

– Czy Robert miał już kobietę? – zapytała wieczorem ojca chłopaka.

– Co? – dopytał. – Tak… Chyba… Nie, no tak. Zachorował po rozstaniu z… jak jej było… Dorotka czy jakoś tak. O, wiem! Wioletka. Tru ł się przecież.

– Może mu nie dawała?

– Irenka, zlituj się… Studiowali na jednym roku, jeździli razem pod namiot, więc pewnie coś między nimi było… Gumkę w portfelu nosił – dodał szeptem, zawstydzony własną wiedzą o intymności syna. – Dlaczego pytasz?

– Robert potrzebuje kobiety – wyjaśniła Irena.

– A skąd ja mu babę wezmę? Do burdelu mam go zaprowadzić?

Irena żachnęła się, ponieważ nie o płatnej miłości myślała. No, może na chwilę pojawił się taki pomysł, zaraz odrzucony za sprawą wizji wspólnego – jej i Roberta – wyjścia do domu rozpusty, pocieszania i uspokajania: „Nie ma się czego bać, kretynie”. Zakupy mogła z nim robić, jednak czułe głaskanie podczas swawoli z dziwką było niewykonalne. Irena chciała połączyć dobre dla Roberta z pożytecznym dla siebie. A tak to co? Poszedłby do agencji, wrócił i znów mieliby go na głowie.

Ojcu Roberta przedstawiła Dianę jako cichą, skromną, niebrzydką dziewczynę z dobrego domu. Babcia bardzo pracowita, dziadek wzięty fachowiec, matka malarka, wujek inżynier, a ona teraz sama na świecie została. Irena pominęła konkrety, zwłaszcza bulwersujące opowieści zasłyszane od fryzjerek i klientek, zgodnie ze starą zasadą, że mężczyzna nie musi o wszystkim wiedzieć. Odrzuciła zwierzenia Diany: o zakazanej miłości do doktora Rolanda Witkowskiego oraz o tych wszystkich, którzy byli przed nim i po nim. Może lepiej dla Roberta, że Diana chętnie dawała? Irena zostawiła dla siebie wiedzę o chłopakach z liceum, kolegach z podwórka czy imprezowych szaleństwach, okraszoną stwierdzeniem dziewczyny, że działo się to dopiero wtedy, gdy skończyła lat siedemnaście, bo wcześniej była grzeczna i czekała na tego jedynego. Ten pierwszy, student politechniki z pięknym autem, nie wytrzymał gadania Diany o ślubie. Rzucił ją po dwóch tygodniach bzykania w samochodzie, na prawo i lewo opowiadając, że jest popieprzona, ale chętna. Plotka poszła w świat, a Diana chciała, by ją lubili, więc nie odmawiała, wierząc, że zabawy na obcych tapczanach lub w parku doprowadzą do weseliska. Irena wspomniała natomiast o chorobie, skądinąd dużo lżejszej niż u Roberta, mimochodem wypowiadając złotą myśl, że w tym kraju łatwo stracić władze umysłowe. Do licznych zalet Diany – prawdziwych, domniemanych i całkowicie wymyślonych – dodała najważniejszą: dwupokojowe mieszkanie w centrum miasta.

Ojciec Roberta zgodził się. Nie miał innego wyjścia: Irena była przekonująca, a i sam dobrze wiedział, jak trudno żyć bez kobiety. Dziękował za swoje szczęście. Niełatwo jest poznać taką, która zaakceptuje mężczyznę z psychicznie chorym synem. Nie sądził, że papierosa w dłoń męża Ireny włożyła boska opatrzność, jednak marny koniec pijaka przyjął jak cudowne zrządzenie losu. Skończyli z ukradkowym, szybkim seksem i nareszcie mogli spać w jednym łóżku, mieszkanie zaś – przez lata smutne, męskie wnętrze, przytłoczone wspomnieniami i chorobą – rozjaśniło się wraz z przybyciem Ireny. Zarządziła wielkie sprzątanie, kupiła kolorowe obrusy i serwetki, w oknach zawiesiła nowe firanki, a na parapetach postawiła rośliny. Była wesoła i piękna: filigranowa, ale o kształtach kobiecych, z miodowymi włosami ułożonymi w ładny kok. Natapirowana konstrukcja i wysokie obcasy dodawały jej wzrostu, a stroje oraz makijaż ujmowały lat. Miał szczęście.

W pewne wrześniowe, sobotnie popołudnie zostało zaproszone na ciasto i herbatkę przyszłe szczęście Roberta. Irena nie chciała odkładać wizyty, chociaż chłopak po ataku terrorystycznym w Nowym Jorku, gdy całe dni spędzał przed telewizorem, wciąż na nowo przeżywając śmierć innych, zrobił się niespokojny, i dlatego musiał zwiększyć dawkę leków. Nie pomagały tłumaczenia, że to sprawa Amerykanów, Arabowie zaś nie mają pojęcia, gdzie leży Szczecin. Irena pocieszała, że nie wymówią nawet nazwy miasta. Robert wiedział lepiej i mimo zachęt nie chodził z Ireną po zakupy. Do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych też nie poszedł.

– Pierdykną w „Pazim”, a ZUS jest obok – wytłumaczył Robert. – To najwyższy budynek – powiedział z miną znawcy

– A wieżowiec telewizji nie jest wyższy? – zapytała Irena.

Zaprzeczył, ale ziarno niepokoju zostało zasiane. Gdy jechali nad jezioro Głębokie i ojciec Roberta z ronda skręcił w aleję Wojska Polskiego, chłopak zaczął krzyczeć. Stary nie wiedział, o co chodzi, więc zatrzymał samochód niedaleko budynku telewizji.

– Syneczku, co się stało?

Syneczek, skulony na tylnym siedzeniu, wył, jakby go zarzynali.

– Jedź dalej – zarządziła Irena.

– Ale…

– Kurwa, jedź. On boi się Osamy. Ubzdurał sobie, że następny atak będzie na ten wieżowiec.

Robert przez całą drogę płakał. Nieco uspokoił się nad jeziorem. Zupełnie dobry humor przywróciły mu kanapki i ciasto oraz zapewnienia ojca, że z powrotem pojedzie naokoło.

Diana przyszła w sobotę. W przedpokoju, jak każda dobrze wytresowana osoba, zdjęła buty, mając w głowie przykazania kobiet, że tak właśnie należy robić, bo podłogi w polskich domach są u święcone odkurzaniem, myciem i pastowaniem. Dostała więc kapcie robione na szydełku.

– Mam specjalne dla gości – wyjaśniła Irena. – Łatwe do prania.

Po przywitaniach i prezentacji zasiedli przy stole. Rozmowa nie kleiła się, tylko Irena paplała jak najęta. Robert siedział naburmuszony, Diana wodziła wzrokiem po pokoju, a ojciec chłopaka próbował przerwać słowotok konkubiny uwagami o pogodzie. Ciasto i herbata niewiele pomogły, bo Irena, obawiając się zwierzeń Diany, która chętnie opowiadała o doktorze Rolandzie Witkowskim, nie dawała nikomu dojść do głosu. Co prawda, przykazała

Dianie, by ta nie wspominała o fascynacji, ale kto ją wie, z czym może wyskoczyć.

– Bardzo smaczne ciasto – pochwaliła dziewczyna.

– No – mruknął Robert.

– A pan lubi słodycze? – zapytała Diana.

– No, lubię – potwierdził Robert.

– A co wy tak na „pan” i „pani”? – włączyła się Irena. – Młodzi jesteście, więc mówcie do siebie po imieniu.

Diana uśmiechnęła się przyzwalająco, skromnie opuszczając oczęta na talerzyk z sernikiem.

– No dobra – zgodził się Robert.