Sceny rozbierane - Radosław Piwowarski - ebook
Opis

Jak rodzą się gwiazdy i kończą wielkie kariery? Co dzieje się na planie, za kulisami, w garderobie?

Historie towarzyszące powstawaniu filmu bywają równie pasjonujące co sam film.

Życie często przerasta kino. Radosław Piwowarski, jeden z najlepszych polskich reżyserów, zna wiele takich przypadków.  Wszystkie historie opowiedziane w tej książce zdarzyły się naprawdę: o mistrzu, który omal nie zginął, kręcąc film w języku, którego nie znał; o upartym autorze scenariuszy, czyhającym na decydenta nawet w toalecie; o cnotliwej debiutantce, która bardzo chciała powtarzać sceny jak najbardziej rozebrane; o bardzo znanym aktorze, który miał osobistego aniola stróża chroniącego go przed kontaktem z alkoholem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Radosław Piwowarski

scenyrozbierane

scena pierwsza

PIERSI

***

W drzwiach pojawia się młody kleryk i kiwa na Pawełka.

– Ekscelencja zaprasza.

A gdy Pawełek mija go, syczy do ucha:

– Tylko krótko. Mamy mecz.

Prywatne apartamenty biskupa w królującym nad miastem pałacu są skromne. Przystojny mężczyzna w sportowym dresie wyciąga do Pawełka ręce. Dłonie ma piękne. Profil męski, szlachetny. Emanuje władzą i dobrocią. Pawełek klęka i całuje go w rękę. Jest wzruszony.

– Ekscelencjo…

– Przestań! Dla ciebie jestem Janek. No, wujek Jan. – Podnosi chłopca. – Pawełku, doszły mnie wieści, że wszystko dobrze poszło.

– Super! Przywiozłem zaproszenie.

Mimo mroku, jaki wypełnia stare komnaty, wujek Jan czyta bez okularów:

– „Na uroczystą premierę filmu… W rolach głównych Paweł Węgrowski i Urszula Krawiec”. No, no…

Tarmosi czuprynę chłopca, jakby ten był małym ministrantem.

– Brawo! Z naszego miasta, jeśli dobrze pamiętam, nikt kariery aktorskiej nie zrobił. Będziesz pierwszy. A film dobry? Wypada mi iść?

– Świetny! Tylko…

Radość znika z pięknej twarzy biskupa. Czuje, że robak jakiś żre duszę chłopca. Coś jednak poszło nie tak. Wskazuje mu fotel, sam siada obok.

– Z jednej sceny jestem niezadowolony. Nie tak miała wyglądać.

– Chyba nie było w niej nic bardzo grzesznego?

Pawełek zaprzecza gorączkowo.

– Nie! Ja, wychowanek i ulubieniec Ekscelencji, nigdy bym się na coś takiego nie zgodził.

Ekscelencja wie o tym, a więc tym bardziej zakłopotanie chłopca wydaje mu się zastanawiające.

– To co to za scena?

Chłopak czerwieni się. Z tym rumieńcem jest jeszcze ładniejszy niż zwykle. Przyznaje się, rozkładając ręce.

– Scena rozbierana.

Biskup uśmiecha się, lekko rozbawiony.

– Występowałeś nago?

– W majtkach!

– W nagości nie ma nic złego. Nagość dziecka czy młodzieńca jest piękna. A ty jesteś tego najlepszym przykładem. Cóż więc się stało?

– Chodzi o uczciwość. Uczciwość w miłości.

– Nie ma miłości bez uczciwości.

– No właśnie! – wykrzyknął Pawełek z goryczą.

Biskup zawahał się.

– Chcesz się wyspowiadać?

W drzwiach ukazała się zaniepokojona twarz młodego kleryka. Znacząco spojrzał na zegarek. Na nogach miał piłkarskie korki. Ekscelencja dał znak, że widzi i rozumie.

– Zaczynajcie sami. – A gdy kleryk zniknął, zwrócił się do Pawełka: – No, czuję, że musisz to komuś opowiedzieć. O tych scenach rozbieranych. Słucham.

***

Łóżko. Po jego dwóch stronach, tyłem do siebie, ze spuszczonymi na ziemię nogami siedzą Pawełek i Urszulka. Ona w białej bluzce, trzyma pod pachą pluszowego misia i książeczkę w ciemnej oprawie. Pawełek skupiony patrzy w ziemię, zaciska pięści. Między nimi na łóżku stoi drabina. Facet na drabinie przypina flizelinę do żyrandola. W końcu schodzi, zabiera drabinę i melduje:

– I proszę bardzo. My gotowi.

– A aktorzy?! – woła ktoś.

Pawełek i Urszula kiwają głowami.

Teraz widzimy, że wokół starego metalowego łoża stoi kilku facetów, a każdy coś trzyma: ten kabel, tamten tyczkę; trzech obstawia wózek. Są też kobiety – pudernica i garderobiane. Reżyser przeciera okulary, nie wierzy.

– No proszę. Normalnie nie można się nikogo doprosić na plan. A dzisiaj nadkomplet. Zaraz. Kim pan jest? – Pytanie skierowane jest do faceta w garniturze.

– Ja?

– No pan, pan.

– BHP.

– Proszę natychmiast opuścić halę.

– Wypełniam tu swoje statutowe obowiązki.

– Inspektor dawno cycków nie widział – rzuca ktoś i wszyscy zaczynają się śmiać. Pawełek czerwienieje. Jemu jednemu chce się płakać. BHP wychodzi obrażone. Reżyser woła:

– No dobrze. Skupmy się. Pomóżmy naszym młodym aktorom. Niech każdy pomyśli o czymś przyjemnym. O jakimś ulubionym zwierzątku. O jakimś pejzażu. Albo o miłości. O czymś dobrym i pięknym!

Pawełek zamyka oczy. Widzi Watykan. Kopułę bazyliki. I twarz naszego papieża. Cóż może być piękniejszego? Papież uśmiecha się do niego.

***

Młodzi w strojach ludowych tańczą przed Ojcem Świętym. W pierwszej parze Pawełek z piękną Beatką. Papież uśmiecha się zadowolony – są tacy młodzi, tacy piękni! Koniec występu. Ojciec Święty jest prawdziwie wzruszony. Sekretarze rozdają tancerzom obrazki. Pawełek i Beata dostają je osobiście od papieża. Pawełek płacze ze szczęścia.

***

Dziewczyna na łóżku myśli o tacie. Dobroć, bezpieczeństwo, miłość – wszystko to było w jej ojcu, skromnym inżynierze z zakolami i srebrną odznaką NOT-u w klapie. Był najbardziej kochanym człowiekiem na świecie, a ona jego skarbeczkiem, małą Urszulką. Nie mówił o niej inaczej niż zdrobniale, choć już była o głowę od niego wyższa – śliczna dziewczyna, za którą oglądali się faceci, bezwiednie zawieszając wzrok na jej sterczących piersiach. Ich relacje były idealne. Przez całe życie tata robił jej śniadanie i kanapki do szkoły, dwa razy w tygodniu skodą odwoził na angielski i półtorej godziny czekał w aucie, studiując pisma techniczne, aż skończy się lekcja, by z nią wrócić do domu. W sobotę chodzili do kina albo na lody, a w niedzielę do kościoła. Urszulka była nie tylko ładna, lecz przede wszystkim skromna i dobrze wychowana. Od kilku lat opiekowała się babcią mieszkającą na przedmieściu. Dwa razy w tygodniu woziła jej w termosie obiad, karmiła, sprzątała. To babcia wskazała jej drogę życia. Tamtego dnia, gdy oglądały jakiś serial, z najpiękniejszą jakoby polską aktorką – babcia powiedziała: „Ty jesteś dużo ładniejsza. Ty byś się bardziej nadawała”. Urszulkę mocno zakłuło serce – czy to nie była przepowiednia? Dopełnienie przeznaczenia?! Właśnie tego dnia, gdy niosła termos z obiadem, robili na ulicy film. Jakiś chłopak z tubą poprosił, żeby przez dwie minuty nie przechodziła, „bo kręcą”. I gdy posłusznie stała, przyglądając się niezrozumiałym scenom, podszedł do niej przystojny mężczyzna i spytał, czy chciałaby postatystować.

– Chętnie – odparła. – Ale teraz nie mogę. Niosę babci obiad.

– Ile ci to zajmie?

– Babcia ma uschniętą rękę. Muszę ją karmić. To co najmniej dwie godziny.

– Postaraj się szybciej z tym uporać. I przychodź.

– Będą panowie tutaj kręcić?

– Nie. Przyjdź do Grand Hotelu. Tam mamy biura. Mój pokój to 323. Na pewno znajdziemy coś odpowiedniego dla takiej fajnej i grzecznej dziewczynki.

– Sygnet! Do roboty! – zawołał ktoś.

– Tak na mnie mówią. – Rozbrajająco przystojny mężczyzna uśmiechnął się i dodał: – To czekam. Nie zawiedź mnie!

***

Pawełek siedzi na łóżku, zerka ukradkiem pod poduszkę – tam ukrył obrazek, który dostał od Ojca Świętego. A obraz Watykanu oddala się – jak wtedy, gdy z nosem przy szybie patrzył z odjeżdżającego autokaru. W autobusie panuje euforia, eksplozja szczęścia. Wujek Jan intonuje Barkę, Pod żaglami Zawiszy, Jak dobrze nam zdobywać góry!. Pawełek śpiewa najgłośniej. O północy, pod Wiedniem, wujek przesiada się do swojej limuzyny i pruje do ojczyzny. Oni zostają na noc w motelu. Chichoty i bieganina między pokojami. Młodzi tancerze pieprzą się jak szaleni. To ze szczęścia, że tańczyli dla papieża i że wszystko się udało. Potem w wyniku tego nocnego postoju urodzi się kilka dzieciaków i powstanie parę małżeństw. Pawełek broni się przed swoją napaloną partnerką od oberka. Chowa się przed nią na schodach pożarowych. Ciągle przeżywa tamto spotkanie. Ze wstydu za cały zespół, który pije, ryczy i gzi się po wszystkich pokojach, przysięga Ojcu czystość. I że pójdzie w jego ślady. Najpierw zostanie aktorem…

Znajduje go Beata. Jej oczy dziko błyszczą w świetle napisu „wyjście awaryjne”.

– Narzeczony!

– Cicho!

– Avanti, amore!

– Cicho!

Chwyta jego rękę i wsuwa sobie pod majtki. Patrzy mu w oczy i śmieje się dziwnie.

– Czujesz?

– Zsikałaś się?

– Głupi jesteś? Nie musimy się spowiadać. Pobłogosławił nas.

Wszyscy wiedzą, że Pawełek i Beata są sobie przeznaczeni. Najładniejsi. On był wychowankiem Ekscelencji, ona córką najbogatszego budowlańca. Pawełek wyrywa rękę. Jest przerażony. Kobiety to diabły.

***

Czy Urszulka to też diabeł? O, nie, nie, nie! To anioł. Jest piękna jak cherubin. Złote włosy. I taka skromna, niewinna. Delikatna. Siedzą tyłem do siebie, ale Pawełek czuje drżenia od niej biegnące. Tylko dla niego. Nikt o tym nie wie. Aniołek nieznacznie stuka kolanem o metalową ramę łóżka. Ula to wymyśliła. Że jak będzie umierać ze strachu, to puści mu tak SOS. Sygnał dociera przez stare sprężyny na jego stronę, przeszywa skórę i pnie się nerwami do serca i gardła. Uratuję cię, Urszulko, nie dam ci zrobić krzywdy, Ojciec Święty jest z nami pod poduszką. Jak ci to przekazać? – próbuje stukać jednym kolanem o drugie. Spod łóżka dobiega zachrypły szept: „Chce się sikać, kurczę? Może dać ci basen?”. To przestaje stukać. A Urszulka znowu wysyła SOS!

***

Tak się składa, że Młodzieżowy Dom Kultury znajduje się tuż obok Grand Hotelu. W Domu Kultury są lekcje angielskiego dla dzieci i młodzieży. Oj, niełatwo tam się dostać! Po pierwszych czterdziestu pięciu minutach angielskiego Urszulka postanawia dowiedzieć się czegoś o pracy w filmie. Wybiera drogę przez podwórko – czekający w aucie tato jej nie widzi. Wszystko mu potem opowie, lecz czuje, że lepiej będzie na razie zachować to w tajemnicy. Z podwórka na podwórko i od podwórka wchodzi do hotelu. Uff… Co za uczucie… To jednak zupełnie inne wrażenia niż przy wejściu do zoo czy kościoła. Coś dużo bardziej podniecającego.

– Ja do filmu – mówi do recepcjonistki.

– Pan Sygnet jest u siebie, pokój 323.

– Wiem. – Dyga. – Dziękuję pani.

Sygnet cierpi. Głowa mu pęka. Żadne proszki nie pomagają, nic! Prosi o jedno. Żeby położyła mu dłonie na czole. I staje się cud! Niesłychane – Sygnet nie może się nadziwić. Jej dłonie o tych chudych paluszkach czynią cuda. Wszystko mija!

– Ty chyba wysyłasz jakieś fluidy!

– Tata mówi to samo. Też często boli go głowa. – Urszulka się cieszy.

Jak dobrze, że mają tyle wspólnego: czuje się bezpieczniej i prawie jak w domu. Sygnet jest niezwykle uprzejmy i bardzo interesuje się losem babci. O babci mogłaby opowiadać godzinę albo dwie, a tu już minęło czterdzieści pięć minut – muszę lecieć! Przez podwórko, przez Młodzieżowy Dom Kultury, i wpada do auta co do minuty. Tata się cieszy. Wszystko OK? Bardzo OK. Bardzo.

Czuje się jak Alicja po powrocie z drugiej strony lustra. Wypełnia ją słodka tajemnica. Te podróże na drugą stronę, do starego hotelu z czerwonymi kotarami, staną się jej narkotykiem, powolnym w niebo wstępowaniem, komunią, o której ciągle nie może opowiedzieć tacie czekającemu w skodzie. Po którymś razie wie, że nigdy mu nie opowie.

***

Palec z sygnetem leci nad górami jej piersi, nad połoninami jej brzucha, nad dolinami jej ud. Słyszy jego głos: „To nie ma końca. Lecisz samolotem, lecisz, lecisz jakby przez Drogę Mleczną, tyle tam świateł. Aż w końcu…”.

Jego dłoń ląduje na pasie startowym cipki.

– To jest Hollywood.

– Nie. Muszę iść. Angielski mi się kończy za piętnaście minut.

– Zdążymy.

– Nie. Tato od razu by poznał.

W holu hotelu stoi przed lustrem i przygląda się sobie:

– Boże, czy widać po mnie, co robiłam?

Ale czuje się rozgrzeszona. Ostatnim razem, gdy przyniosła babci obiad, powiedziała, że będzie grać w filmach: „Sama mi to wywróżyłaś”. Wtedy babcia dała jej tę książeczkę: „Ona ci pomoże. W najcięższych chwilach szukaj w niej ratunku”.

***

Łóżko. Urszulka kurczowo ściska książeczkę od babci. Reżyser przypomina.

– Zaczynamy od Jezusa. Liczycie w myślach do pięciu i wtedy ruszacie na siebie. Rozumiesz?

Posłusznie potakuje. Nad łóżkiem obraz – Jezus duma nad Jerozolimą. Na nocnym niebie chmury podświetlone niewidocznym księżycem, którego światło ledwo wydobywa z mroku zatroskaną twarz Jezusa. Pod nim kilka małych domków. W niektórych pali się w oknach, tam jeszcze nie śpią. Ktoś woła.

– Dopalcie Jezusa, ale ciut!

Po chwili na twarz Jezusa pada więcej światła. Jezus uśmiecha się zadowolony, jakby nie wiedział, co go wkrótce czeka.

– Kamera!

– Chwileczkę. Słyszę pociąg! – woła dźwiękowiec.

– To stop. Czekamy.

***

Wcześniej.

Dworzec w robotniczym mieście. Na peronie tata – żegna Urszulkę, która stoi w oknie. Ojciec przejęty i szczęśliwy – chucha w dłonie i zaciska pięści: powodzenia! Córeczka przesyła mu buziaczki i macha pluszowym misiem. Tata wypina z klapy swoją srebrną odznakę i wpina w misia. „W ten sposób będę zawsze przy tobie”, mówi, jak na inżyniera bardzo sentymentalnie. Dla ukochanej Urszulki wszystko. Ona, by dać mu buziaka, wychyla się z okna, aż prawie wypada. Widać, jak bardzo się kochają. Pociąg rusza.

Przedział. Dziewczyna długo patrzy za malejącym tatą. Zamyka okno i siada. W ostatniej chwili, zanim jej pupa opadnie na siedzenie, wsuwa się tam dłoń z sygnetem na palcu. Dziewczyna siada na dłoni. Sztywnieje, a potem patrzy w okno i uśmiecha się jak Mona Lisa. Pasażer obok jest niewidoczny, zakrywa się rozłożoną gazetą. Urszulka kładzie misia tak, by zakryć jego rękę, by w przedziale pełnym ludzi nikt nie widział, na czym siedzi.

***

Biuro filmu. Na ścianie wielki plakat z Marilyn Monroe. Wcale nie jest od niej gorsza, może nawet ładniejsza, tata jej zawsze powtarza – jesteś najpiękniejszą dziewczynką na świecie. Ciekawe, czy tamtej zdarzały się kłopoty z ojcem? Bo zawsze miała starszych od siebie mężów. I kochanków. W tym też Ula widzi jakieś podobieństwo i na myśl o tym rumieni się. Na szczęście nikt na nią nie patrzy. Sekretarka spisuje jej dane do umowy, a Sygnet czegoś szuka w szafie. W każdym razie to jest na pewno znak. Ona i ja. Fabryka snów.

Sekretarka podsuwa Urszuli umowę do podpisania. Ula chwyta się za brzuch. Mimo że wszyscy uśmiechają się do niej miło, motyle w brzuszku szaleją.

– To moja pierwsza umowa – tłumaczy się Urszulka.

– I od razu główna rola – śmieje się Sygnet.

Podpisuje. Ukradkiem zerka znad umowy w oczy Marilyn. Tamta uśmiecha się do niej.

– O czym pani teraz myśli? – pyta Sygnet.

– O tacie. Kupię mu rower.

– Zaniosę umowy do księgowości. – Sekretarka wychodzi. Zostają sami. Urszulka nadąsana.

– No i już, spoko. Co jest, no?

– Nie podoba mi się jedna scena – mówi Urszulka. – Ta rozbierana. Obiecałam tacie, że nigdy…

Przerywa. On wsuwa rękę w jej dekolt i wysupłuje pierś. Dużą, ładną. Ogląda z zachwytem. Potrąca różowy sutek. Całuje go, ssie i gryzie. Ula nad jego głową pokazuje język Marilyn. Mruczy.

– Daj spokój… No… Jeszcze ktoś zobaczy i pomyśli sobie.

Pukanie do drzwi. Odskakują. Urszulka w ostatniej chwili wpycha cycek do stanika. W drzwiach pojawia się rozpromieniona twarz chłopca.

– Nazywam się Paweł Węgrowski. Ja w sprawie umowy. To tutaj?

Urszula patrzy na chłopca rozbawiona. Ale śmieszny!

***

Dziewczyna na skraju łóżka, chłopiec na drugim, Jezus na ścianie – wszyscy przygarbieni. Nasłuchują, czekają. Urszulka ściska książeczkę.

– Pojechał – mówi ktoś. – Możemy!

Reżyser rozgląda się po ekipie. Mówi rozkazująco:

– Ty… Ty… I ty! Zamknąć oczy! Ile razy mam mówić?

Wskazani posłusznie zamykają oczy. On siada na krześle z napisem „Reżyser” i sam daje przykład. Zaciskając powieki, woła: „Kamera!”.

– Poszła!

– Akcja!

– Stop! Coś mi blikuje – mówi szwenkier, jedyny, który może patrzeć, bo musi. Odrywa oko od lupy, rozgląda się, mruga.

– Chyba misiek blikuje.

I rzeczywiście, to misiek blikuje. A konkretnie srebrna odznaka NOT na jego brzuszku. Afera. Urszulka nie chce oddać miśka. Gdy rekwizytor przynosi obcęgi i próbuje wyrwać misiowi odznakę z brzucha, dziewczyna wybucha płaczem. Pawełek kryje twarz w dłoniach. „Oni nie mają serca!”, wszystko w nim krzyczy. Cierpi. I to jak. Ale nikt na niego nie zwraca uwagi. Reżyser osobiście podsuwa Urszulce nakrętkę wypełnioną środkiem uspokajającym. Ona pije, mrużąc oczy – w tym momencie ktoś porywa jej z kolan książeczkę.

– Teraz! Kamera!

– Poszła!

Ula dygocze, dusząc szloch. Po jej policzkach lecą łzy jak groch.

– Stop! Pudernice!

Pawełek z drugiego brzegu woła: „A nie mówiłem, że tak będzie, nie mówiłem?”, ale teraz też nikt go nie słucha. Dwie pudernice skaczą przy Uli, a ona szepcze: „Przepraszam, bardzo przepraszam. Już dobrze”. Mężczyźni za kamerą oglądają zdobyczną książeczkę. To stara książeczka do nabożeństwa. Zbiór modlitw na każdą okazję. W środku jako zakładka zdjęcie: tata z córką stoją pod pomnikiem Kościuszki. Pudernice meldują:

– Aktorka gotowa!

***

W mieście, w którym będą kręcić, oboje są pierwszy raz. Wszystko jest tu niezwykłe. Tramwaje są niebieskie. A mostów jest podobno trzysta. Właśnie teraz stoją na moście, rzucając kaczkom bułkę.

– A wiesz, że Łódź leży nad siedmioma rzekami?

– No co ty? Byłem, nie widziałem ani jednej.

– Bo wszystkie są pod ziemią. Tata mi mówił. On wszystko wie.

– A wiesz, że Rzym leży na siedmiu wzgórzach?

– No co ty?

– Byłem tam i tańczyłem dla Ojca Świętego. To twoja pierwsza rola?

– Tak! Na próbnych zdjęciach było tyle lasek, a wybrali mnie. Niewiarygodne. Nie wiem, jak to się stało – dziwi się Urszulka. I dodaje cicho: – Wierzysz w przeznaczenie? Że musieliśmy się spotkać?

Potakuje. Nie może odpowiedzieć. Zaschło mu w gardle.

***

– No, dzieci? Już dobrze, tak? Jedziemy?

Chłopiec i dziewczyna, obróceni do siebie plecami, milczą. Reżyser rozgląda się po ekipie.

– Co ja mówiłem? No? Ty… Ty… I ty!

Wskazani posłusznie zamykają oczy. Reżyser siada na swoim krześle i też zamyka oczy.

– Kamera! Poszła! Akcja!

Jezus z obrazu spogląda w dół. Siedząca na łóżku blondynka zaczyna się rozbierać. Powoli rozpina guzik po guziku, zdejmując bluzkę. Uff… Ściąga z ramion i porządnie wiesza na krześle. Tak samo spódnica i rajstopy. Teraz ma odpiąć stanik. Z rękami przerzuconymi nad głową zamiera i obraca się, jakby chciała sprawdzić, czy już… Po drugiej stronie łóżka Pawełek, ściągając koszulę, zaplątał się w niej. Ma uwięzione ręce i głowę, miota się na skraju łóżka jak wariat w źle założonym kaftanie. Urszulka z rękami na zapięciu stanika czeka. Jezus zaniepokojony patrzy na chłopaka, też czeka. On zaplątuje się jeszcze bardziej i chyba dusi. Urszulka nie może dłużej powstrzymać śmiechu. Przewraca się na wznak i tarza po łóżku, wierzgając nogami.

– Stop!

***

Przedtem. Chodzą po mieście i liżą lody. Jak dzieci. Są piękną parą. Przyglądają się sobie w szybach wystawowych.

– Dobrze nas dobrali, nie? – stwierdza Urszulka i przytula się do Pawełka. On sztywnieje. Ona natychmiast odskakuje.

– O przepraszam. Masz dziewczynę?

– Nie – protestuje zdecydowanie. – A ty masz chłopaka?

– Tylko tatę – wzdycha smutno. – Ciągle myśli, że jestem jego małą córeczką. A jak u ciebie ze starymi?

– Nie mam.

Ojca nie miał, o matce wolał nie mówić. W mieście nie mówili o niej inaczej jak „Kwaśniewska” – od lat rządziła miastem i mężczyznami. Była najbardziej zaborczą kobietą, jaką znał. Ciągle było o niej w gazetach, baby brały z niej przykład, panoszyły się w mieście. Mężczyźni drżeli przed nią, uciekali, tak jak to zrobił jego prawdziwy ojciec. Zajęta porządkowaniem świata, mało zajmowała się synem. Chyba wolałaby, żeby był córką. W dzieciństwie wiązała mu chustkę na głowie i mówiła do niego „Kasiu”. Wtedy, jej na złość, został ministrantem. Jej władza nie sięgała pałacu. Biskup Jan był jej przeciwieństwem. Młodzież go uwielbiała. Chodzili na oazy. Grał z nimi w piłkę. A to dawał młodym czekoladę, to komórkę, gdy ich jeszcze nie było, czasami malcowi wesoło potarmosił czuprynę. Jak jeździł do aquaparku – po cywilnemu oczywiście – to zabierał ministrantów, pod warunkiem że nie będą do niego mówili „Ekscelencjo”, tylko „Janek” albo „wujku”. Pawełek zjeżdżał rurą, wujek robił po pięćdziesiąt basenów, dbał o kondycję – machali do siebie, to wszystko.

W liceum w klasie było ich tylko trzech, dziewuch dwadzieścia siedem. Były tak niewyżyte, że założyły drużynę piłkarską, zdobyły jakieś tam mistrzostwo. Raz w roku grały z klerykami z seminarium, ogrywając ich niemiłosiernie. Gdy patrzył, jak przewracają delikatnych kleryków, jak kopią ich i podcinają brutalnymi wślizgami, czuł w tym rękę matki i rosnącą braterską sympatię z kopanymi. Nie tylko wtedy myślał o seminarium. Tańcząc oberki i kujawiaki też. Ich zespół był znany szeroko poza województwem. Od trzech lat szykowali się do występu przed Ojcem Świętym, który załatwił im Jan. I on miał poprowadzić. Był najprzystojniejszy, najzgrabniejszy – skazany na pierwszą parę. Matka dobrała mu dziewczynę – piękną, silną córkę bogacza, który sponsorował tancerzy. Po trzech latach wywijania z nią, podrzucania i ściskania w pasie nie mógł znieść zapachu jej potu, nie cierpiał jej agresywności i gotowości na wszystko. Wszyscy w mieście czekali na ich bajeczny ślub. Obrazek Ojca Świętego uratował go tamtej nocy.

– Czyli jesteś samotny? To tak jak ja. – Urszulka wzdycha.

– W ogóle ten film jest jakby o nas.

– No. Ale nie podoba mi się taka jedna scena. – Urszulka pochmurnieje.

Pawełek potakuje. Rozumieją się. Ona jak zawstydzona mała dziewczynka zakrywa twarz dłońmi.

– Myślisz, że każą nam się naprawdę rozebrać?

– Tak jest napisane w scenariuszu. „Leżą nadzy. Chłopiec całuje ją po piersiach…”.

– Przestań! To straszne – zadrżała. – Ja nigdy…

– Ja też – zaczerwienił się.

– Chyba umrę ze wstydu. Zobaczysz! Umrę.

Rozpłakała się. Była pierwszą dziewczyną w życiu, której zrobiło mu się żal. Tak ładnie płakała, tak bezradnie. Poczuł, że jako mężczyzna musi się nią opiekować. Powiedział tak zdecydowanie, że aż sam się zdziwił:

– Porozmawiam z panem reżyserem.

***

Reżyser był melancholikiem, który regularnie wpadał w szał. Jego władza na planie była chyba nawet większa niż Ekscelencji w pałacu. Pawełek od razu zauważył, że reżyser bardzo przypomina Jana. Nie był w jednej trzeciej tak przystojny, ale okazywał mu tyle samo serdeczności i zaufania. Nie głaskał go, nie tarmosił po czuprynie jak małego ministranta, a wręcz przeciwnie – podsuwał mu zakrętkę od whisky wypełnioną po brzeg żółtym płynem.

– Proszę, Pawełku. To siki Boga.

– Ja nie piję, panie reżyserze. Bardzo przepraszam.

– To bardzo dobrze, Pawełku. Wszyscy wielcy polscy aktorzy, z którymi pracowałem, musieli się w końcu zaszyć. Ty też jesteś zdolny. Im później zaczniesz, tym lepiej.

Reżyser przyjął go w swoim hotelowym apartamencie. Siedział rozbabrany na łóżku. Jego oczy pływały we łzach i w whisky. Pawełek przygotował całkiem sprytny wywód na temat zamiany sceny rozbieranej na scenę ubraną, ale nie zdążył powiedzieć ani słowa. Reżyser wyciągnął do niego ramiona, załkał.

– Przytul mnie.

Objęli się.

– Gizmo odszedł. Na zawsze.

– Przepraszam, nie rozumiem, panie reżyserze.

– Moja świnka morska. Jest już na wiecznych pastwiskach. To znaczy moja żona znalazła ją pod szafą. Trzy dni jej szukała.

– Proszę przyjąć moje kondolencje.

– Dziękuję, kochany, dziękuję. Napijesz się?

– Ja nie piję, panie reżyserze. Bardzo przepraszam.

– I bardzo dobrze. Gizmo też nie pił. Zostaw mnie samego.

***

Na wieść o fiasku negocjacji Urszulka załamała się. Kompletnie. Bezradnie kartkowała książeczkę od babci i szeptała z niedowierzaniem: „Nie, nie, nigdy! To koniec. Nie przeżyję”. Pawełek nieśmiało zaproponował, żeby załatwiła tę sprawę przez Sygneta, który miał pewne dojścia do reżysera.

Urszulka wybuchnęła:

– Przecież ja go nie znam!

– Ale gapi się na ciebie, pożera wzrokiem. Wszyscy to widzą.

– Bo wy wszyscy jesteście świnie! Ty też! Cały czas gapisz się na mój biust. Jak tylko skończy się film, idę na operację. Mam dość! Zobaczysz – utnę je!

I w szloch. Pawełek cierpi. Boże, nie może do tego dopuścić. Musi przekonać reżysera. A na razie przysięga, bije się w piersi.

– Przepraszam, nie będę patrzył, obiecuję.

***

Pawełek miota się po łóżku, dwie garderobiane na próżno pomagają mu wyplątać się z koszuli. Nie tylko Urszulka, lecz i cała ekipa pokładają się ze śmiechu. Sygnet ryczy najgłośniej. W końcu udaje się wyplątać Pawełka, ale kosztem porwania koszuli. Pawełek ma łzy w oczach. Ktoś woła:

– No dobrze, pośmialiśmy się i starczy. Mamy nową koszulę?

– Aktor gotowy! – wołają garderobiane.

– To robimy! Na miejsca. A co ty wyprawiasz?

Pytanie było do Urszulki, która wkładała bluzkę.

– Co? – pyta zdumiona.

– Tamto już mamy. Teraz od stanika. Po „akcja” liczysz do trzech i ściągasz.

Uwaga. Kamera!

***

Tak się złożyło, że haczyk przy drzwiach w łazience urwał się, gdy zaczęły jej rosnąć piersi. Od tamtego czasu tata zawsze przychodził do łazienki, gdy Urszulka leżała w wannie z zamkniętymi oczami i śpiewała. On długo i cicho szukał kremu lub żyletki i wpadał w coraz większe przygnębienie. Jej piersi ku ich wspólnemu przerażeniu nie przestawały rosnąć. Zdominowały ją. Nawet jak grała na skrzypcach, nikt nie słuchał, jak pięknie gra, tylko patrzyli pod skrzypce. Gdy wychodziła z tatą z kościoła, sąsiedzi parafianie kłaniali się tacie, patrząc na jej biust. Rówieśnicy po prostu czerwienili się i uciekali. To była jakaś kara. Przeglądała się w lustrze – widziała, jakie ma piękne oczy. Wyrażały tyle uczuć, odczuć, nastrojów, w jej oczach można było zobaczyć całą jej duszę, ale mężczyźni nie patrzyli w jej oczy. Nauczyła się garbić, chodzić w za dużych męskich swetrach. Nienawidziła swoich piersi! Im większe wzbudzały pożądanie, im bardziej mężczyźni rozbierali ją wzrokiem, tym bardziej zapiekała się w sobie i tuliła do taty.

***

Apartament hotelowy.

Reżyser patrzy na Pawełka zaintrygowany. Ten od piętnastu minut przekonuje go, że dużo lepiej by było, gdyby scena łóżkowa nie działa się w łóżku, tylko na spacerze, przy karmieniu kaczek. A jeśli już musi być w łóżku, to…

– To?

– Mamy taką propozycję, żebyśmy tę scenę zagrali w piżamach.

Reżyser zadumał się.

– Można w piżamach. Czemu nie? Możecie też zagrać w kożuchach. I czapkach. To byłoby nawet bardziej poetyckie. Tylko że to jest, Pawełku, jedyna scena rozbierana w naszym filmie. Jak nie ma sceny rozbieranej, to nikt nie przyjdzie do kina. Czy chciałbyś – pomyśl chwilę – by nikt nie przyszedł na nasz film? By szedł przy pustej widowni? I to najwyżej dwa dni.

– Ale Ulka… – Pawełek zaczerwienił się i zamilkł.

– No, czekam. – Reżyser nalał sobie nakrętkę. – No?

– Obiecała babci, że nigdy się nie rozbierze. Że prędzej umrze.

– Nie umrze. Zamkniemy okna, żeby jej nie zawiało – śmieje się reżyser.

– Niech się pan nie śmieje. Ona jest gotowa popełnić grzech śmiertelny. Chce się zabić.

– Wypierdalaj! – ryczy reżyser i rzuca w Pawełka butelką.

Oparte o lampkę zdjęcie Gizmo aż wylatuje pod sufit.

***

Zaufanie, jakim Urszulka obdarzyła Pawełka, wiara, że ją obroni, a w każdym razie – wymyśli coś, by nie musiała się rozbierać, dodawały mu męskiej, nieznanej przedtem siły. Sposób, w jaki na niego patrzyła i bezwiednie ściskała mu dłoń, gdy się przypadkiem mijali, sprawiły, że Pawełek doznał iluminacji. Pierwszy raz w kobiecie zobaczył nie diabła, lecz anioła. Nie bał się jej, a wręcz przeciwnie – starał się każdą chwilę spędzać w jej pobliżu. Wzruszała go. To, że przyjechała z miasta leżącego nad siedmioma ukrytymi pod ziemią rzekami, pasowało ją na księżniczkę. I tak jak księżniczki z bajek kochały tylko swojego tatusia i czekały w wieży na pojawienie się rycerza, tak ona mówiła tylko o tatusiu i tuliła pluszowego misia ze srebrną odznaką NOT. Czy to nie urocze? Wzruszała go w każdej chwili, ale najbardziej przy jedzeniu. Nie potrafiła przełknąć skórki kurczaka. Pieczonego kurczaka jedli na okrągło, w stołówce wytwórni nic innego nie było. Skórka była przypieczona i ładnie pachniała, ale Urszulka za nic nie zjadłaby skórki z ptaszka. Taka jest delikatna i wrażliwa. Więc Pawełek obdziera ze skóry udko swojego kurczaka i podsuwa jej białe mięso. Że on niby mięsa nie lubi. Oddawała mu w zamian skórkę ze swojego. Ona zjadała dwa udka, on dwie skóry. Czy to nie jest znak od Boga? Jeśli skórka z niedokładnie ogolonej nóżki kurczaka może tak połączyć dwie osoby, do tego przeciwnej płci – czy to nie jest miłość? Film, w którym grali, był opowieścią o pierwszej miłości, był filmem o nich. Ich miłość rodziła się na planie i w stołówce, i wszyscy to widzieli, uśmiechając się wyrozumiale. Jedynie Sygnet nie wyglądał na zadowolonego. Ukrywał to, ale cierpiał.

***

Na korytarzu Fabryki Snów. Ula się dąsa.

– Myślałem, że ci choć trochę na mnie zależy? Że coś dla ciebie znaczę.

Pawełek siedzi ze spuszczoną głową, na czole ma opatrunek – to od tej butelki reżysera. Boże, przecież on by dla niej wszystko… Ale ona też powinna go zrozumieć.

– Zrozum mnie. Nie mogę go prosić trzeci raz. Był dla mnie jak ojciec.

– Dobrze, dzidziusiu. – Urszulka całuje Pawełka w opatrunek jak małe dziecko. – Zrobię, jak mi radziłeś. Poproszę Sygneta. Może on coś wymyśli.

– Nie! – denerwuje się chłopak. – O nic nie proś Sygneta. Mam lepszy pomysł. Pogadam z Dymem.

Dym był najbardziej zaufanym człowiekiem reżysera, był jego Sancho Pansą. Chodził za reżyserem krok w krok na swoich krzywych nóżkach, zawsze uśmiechnięty i lekko pijany. Wystarczyło, by ich oczy spotkały się na ułamek sekundy, a Dym wiedział wszystko. W jakim pan jest humorze, czy wolno się odzywać, czy potrzebuje kielicha, dobrego słowa i czy rozpalać dymiarkę. I zdarzało się – a Pawełek nie raz był tego świadkiem, że po dobrym dublu reżyser bił brawo i wołał.

– Dym świetny! Mamy scenę.

Albo:

– Brawo, Dym! Reszta niech się uczy.

Dymiono w każdej scenie.

***

Pawełek zszedł do podziemi. W piwnicach wytwórni, na końcu długich korytarzy Dym miał swoją kanciapę. Kiedyś była to jedna z czterech kopuł Muzeum Zwycięstwa. Teraz zamiast armat i sztandarów wypełniały ją dziewczyny. Wszystkie były piękne, gołe i nieprzyzwoite. Pomiędzy nimi siedział niepozorny żylasty mężczyzna i moczył nogi w misce. Pawełek postawił przed nim świeżo zakupioną butelkę czystej.

– Mam zaszczyt być tu pierwszy raz. Nie dostałem ciastek, to chociaż to.

– Będą z ciebie ludzie. Tak uważamy z reżyserem – powiedział Dym bardzo poważnie. – Witamy. Rozgość się.

Pawełek dostrzegł dziewczęta. Setki biustów, nagich brzuchów, ud, blondynki, brunetki wisiały na wszystkich ścianach, wypełniały każdy kąt. Kolorowe, błyszczące, uśmiechały się zapraszająco. Pan Dym, widząc jego zdumienie, wskazał palcem.

– A tę – poznajesz?

Blondynka ze skakanką, ale za to bez majtek, jak wszystkie, uśmiechała się uroczo. Rzeczywiście kogoś przypominała. Kogo?

– To nie nasza Urszulka? Przyjrzyj się.

Rzeczywiście. O Boże. Dym zarechotał, odsłaniając swój jedyny ząb.

– Podobna, nie? Jutro robimy rozbierankę, kurczę. Porównamy, która ma lepsze zderzaki.

To nawet Sancho Pansa czekał na tę ich scenę? Czy wszyscy w tym mieście czekali tylko na to, by podejrzeć jego Urszulkę? Nawet taksówkarz wiozący go do wytwórni żałował, że nie będzie jutro na planie. „Cóż, taki los taksiarza. Taka scena zdarza się raz na pół roku. A z taką ładną dziewczyną to nie pamiętam, kiedy tu kręcono. A do tego taka porządna. Jak przyjechała do nas pierwszy raz, kazała się zawieźć do kościoła”.

– Do spowiedzi?

– Chyba nie. Wpadła tam i wypadła. I mówi do mnie: załatwione. Jedziemy.

A teraz Dym, prawa ręka i doradca reżysera. Wskazuje na dziewczynę ze skakanką, trze brodę i pyta Pawełka, jakby wiedział o przeznaczeniu, które ich połączyło, i o męce, która ich łączy.

– Jak myślisz… Ogoli bobra?

– Bobra?

– Broszkę.

– Aha. – Pawełek robi się czerwony. – Ja właśnie do pana w tej sprawie.

***

Urszulka i Pawełek na stanowiskach. Po dwóch stronach łóżka, plecami do siebie. Reżyser przypomina:

– Od rozbierania, dzieci. Kamera?

– Poszła. Łączyć. Akcja!

Rozbierają się. Pawełek uważnie, garderobiane błagały go, żeby nic nie porwał, to ostatnia koszula. Urszulka ściąga białą bluzkę. Składa starannie. Odkłada. Teraz stanik. Cholera. Nie może odpiąć. Walczy z zamkiem, walczy. Jezus zerka zaniepokojony. Taśma leci. Ekipa rozchyla szparki w oczach, zerka przez szparki. Co jest? Jeden reżyser siedzi z zamkniętymi oczami. On nie musi patrzeć. On to wszystko widzi oczyma duszy. Ale nozdrza mu drgają. Czuje coś, czego dusza nie widzi. Więc patrzy.

Po udach Urszulki wznosi się smużka dymu. Wypływa spod łóżka, oplata jej uda, idzie wyżej, otula jej brzuch i skrada się ku piersiom. Właśnie aktorce udało się pokonać zapinkę i zrzuca stanik! Reżyser ryczy:

– STOP!

Urszulka zakrywa się przerażona.

– Co jest, kurwa! Dym! Co ty robisz?

Spod łóżka Dym wystawia łeb.

– Nastrój.

– W tej scenie nie ma dymu! Zwariowałeś?

Dym najniewinniejszymi oczkami patrzy w oczy ukochanego reżysera. To mu się w głowie nie mieści. Nie wierzy. Dopytuje się.

– Jak to nie ma?

– Bo nie, kurwa! To jest scena miłosna. Skąd tu dym, kurwa? Kartofle im się w piwnicy zapaliły?

– Film bez dymu to nie film.

– Wypierdalaj!

– Kto tak powiedział? – pyta Dym, patrząc reżyserowi prosto w oczy.

Znowu wygrał. Bo wszyscy pamiętają, jak kiedyś na bankiecie, na samym jego początku, gdy byli trzeźwi, reżyser wzruszony oznajmił: „Film, który można opowiedzieć, nie jest dobrym filmem – powiedział kiedyś Michelangelo Antonioni. A ja wam mówię więcej – film bez dymu to nie film”. I wszyscy to zapamiętali. Jedenaste przykazanie.

Urszulka w tym czasie błyskawicznie odnalazła i włożyła stanik. A Dym, wygrzebując się spod łóżka obok Pawełka, westchnął: „Sam widzisz, próbowałem”. Teraz już nic jej nie uratuje.

***

Siedzieli w hotelu na schodach pożarowych ze scenariuszem w ręku. Hotel jest elegancki, pełen Niemców, a na tych schodach jest pusto, swojsko i ciemno. Pali się tylko napis EXIT.

– Ale miejsce, nie? To nasza sala prób – śmieje się cicho Urszulka. – Całowałeś się na schodach pożarowych?

Od godziny, jak tu weszli, jak skryli się tu przed światem, Pawełek myśli tylko o tym. O tamtych schodach w motelu pod Wiedniem. Tam, też na szczycie schodów, ukrył się przed Beatą, ale ona go znalazła. Boże, jak się bał. Co się z nią działo! Chciała go zgwałcić, była aż mokra z pożądania. Teraz też się bał – ale inaczej. Bał się, żeby Ulki nie urazić. Jutro scena. Będą się całowali, rozbierali i pieścili. Na oczach całego świata. Już się boją. Dlatego schowali się aż tu, siedzą w ciemności pod napisem EXIT i mają próbować. Rozbierać się, całować i wszystko. To był jej pomysł. Urszulka patrzy mu w oczy, aż go ciarki przechodzą.

– To co, całowałeś się już?

– Nie.

– Ja też nie. Znaczy na schodach. Ale nie myśl sobie, że się nie całowałam. Tata myśli, że ja jeszcze nie. Ale ciebie nie chcę oszukiwać.

– Ja też. W naszym zespole ludowym wszyscy ruchają się ze wszystkimi. Każda z każdym.

– To wy się na wsi tak bawicie? – Ula nie może ukryć podziwu.

– Tylko na wyjazdach. Ale ja nie. Przysięgam ci!

Kładzie głowę na jego ramieniu i drży. Szlocha. Nosem wciąga łzy. Boże, po co ja jej to mówiłem? Jak jej udowodnić, że ja to nie? Tak ją zranił, że teraz płacze. I coś tam szepcze przez nos.

– Słyszałeś te obrzydliwe plotki? Okropne.

– Coś tam słyszałem. Ale niechcący. Garderobiane mówiły.

– Chyba nie wierzysz w to? – pyta ona dramatycznie. I patrzy mu w oczy. – Sygnet ma żonę i dziecko. Chyba nie wierzysz, że ja mogłabym z nim? Prędzej bym umarła chyba. Ja z żonatym…?

Przez łzy wybucha śmiechem. Tak absurdalna jest to myśl, że można się tylko śmiać. Trzaskają metalowe drzwi przeciwpożarowe dwa piętra niżej. Ktoś szeptem woła:

– Uli…? Hej…? Jesteś tu?

To chyba głos Sygneta. Urszulka pociąga Pawełka za sobą, uciekają.

EXIT.

***

Stoją na dachu hotelu. Hotel jest wysoki. Pod nimi światełka wielkiego miasta. Mrugają neony. Jak zabawka przesuwa się pociąg świecący setkami okien. Nad nimi gwiazdy i światełka samolotu. Coś wspaniałego. Trzymają się za ręce, ich serca walą jak szalone, a świat wije się u ich stóp.

– Jerozolima – szepcze chłopak.

– Hollywood – szepcze dziewczyna.

– Skąd wiesz? Byłaś?

– Sygnet mi opowiadał. – Widząc, że zrobiła mu przykrość, dodaje żarliwie: – Pojedziemy tam niedługo. Razem. Pokażę ci.

I całuje Pawełka. Całuje w usta. Tuli się do niego. I drży. Odskakuje i grozi mu palcem.

– Dobra. Zagramy jutro tę scenę, jak chcą. Tylko nie patrz! Jak będziesz się gapił, za nic się nie rozbiorę.

***

Łóżko.

Urszulka ściąga stanik i ciska go hen. Pawełek zdjął koszulę. Czają się nadzy po przeciwległych stronach łóżka. Gasną światełka w ostatnich oknach w Jerozolimie. Znak, że pora ruszać do siebie.

Chłopiec odwraca się ku niej. Nie widzi jej pięknych piersi, ramion i brzucha – brnie ku niej na kolanach jak ślepiec, z wyciągniętymi rękoma. Zaciska powieki. Dziewczyna poprawia włosy i usuwa się z jego drogi. Boże, jaka jest piękna! Mężczyźni skupieni wokół łóżka otworzyli oczy i z zachwytu gryzą wargi. Dziękują Bogu, że trafił im się taki film, taka scena i taka aktorka. Później na całym świecie w kinach dużych i małych ludzie będą czuć to samo – że Bóg stworzył kobietę. Wszyscy są i będą szczęśliwi. Tylko chłopak nie jest – wręcz przeciwnie – ogarnia go panika. Klęczy na łóżku, macha rękami w poszukiwaniu partnerki i czuje się jak palant. Gdzie ona jest? Łóżko jest duże, szerokie, ale nie aż tak, by się nie spotkali. Zawraca, szuka, błądzi. W końcu pozwala sobie na ułamek sekundy otworzyć oko – dostrzega jej udo. Rusza w tę stronę. Jego wyciągnięte dłonie trafiają prosto na cycki. Super! Dzięki, Boże! Zakryje je, uratuje ją, zasłoni sobą. Przytula się do Urszulki – zamiera. Ona szepcze coś do niego. Mówi cichutko, do ucha, żeby dźwiękowiec nie słyszał. I Pawełek odrywa dłonie. Odsuwa się. Urszulka jest sama, piękna, jak Bóg stworzył, lepiej nie mógł. Wszyscy dookoła wstrzymują oddech. Jezus przestaje się uśmiechać. Chłopak jest sparaliżowany.

Dziewczyna kładzie się na wznak. Pociąga chłopca do siebie.

– Stop! – krzyczy reżyser. – Zrobione!

Garderobiane lecą ze szlafrokami. Pawełek siedzi, jakby dostał kijem w łeb. Urszulka zawiedziona.

– Nie robimy dubla?

***

Pałac Biskupi. Pawełek kończy swoją opowieść. Przedrzeźnia Urszulkę, składając usta jak mała zdziwiona dziewczynka.

– Nie robimy dubla? Nie robimy dubla?

– Co to jest dubel? – pyta Ekscelencja.

– Chciała to zagrać jeszcze raz.

Przez szlachetny profil Ekscelencji przemyka cień zniesmaczenia. Pawełek mówi z goryczą:

– No i tak ukradła mi scenę.

Biskup czegoś jednak nie rozumie. Trze czoło.

– A co ona ci szepnęła?

– Nie wiem, czy wypada.

– Mów!

Pawełek kładzie dłonie na piersiach Jana. Tak jak na piersiach Urszulki. I naśladując jej głos, syczy:

– Zasłaniasz mi cycki. Zabieraj łapy.

W drzwi wsuwa głowę kleryk. Niby to przypadkiem futbolówka wypada mu z rąk i się toczy. Jan wstaje.

– Teraz widzisz, jakie potrafią być kobiety – wzdycha Ekscelencja. – No, chodźmy do chłopaków!

scena druga

SZCZUR

***

Reżyser poleciał na spotkanie samolotem, mimo że do zdjęć były jeszcze trzy miesiące. Koń przyjechał tramwajem. Patrzyli na siebie wzruszeni. Obaj byli nie za wysocy, nie za ładni i trzeźwi. Ale łączyło ich jeszcze coś więcej. W ich oczach płonęła miłość. Miłość do filmu.

Reżyser oznajmił bardzo uroczyście.

– Koniu, potrzebny będzie szczur.

Był człowiekiem doświadczonym, wiele już widział. Dlatego tym razem chciał uprzedzić wszelkie możliwe przypadki i przyleciał samolotem trzy miesiące wcześniej.

Koń uśmiechnął się i oczka zaszkliły mu się łzami szczęścia. Film – jak konie – nie miał dla niego tajemnic. A pytanie reżysera było jak pierwszy kieliszek wódki zaczynający noc euforii. Zapytał podstępnie.

– Gumowy czy z gipsu?

Lubił wprowadzać reżyserów w zakłopotanie. Miał w rekwizytorni sześćdziesiąt gipsowych, czarnych szczurów!

– Żywy szczur, Koniu. Nieżywy będzie aktor. Po nim ma chodzić żywy, czarny szczur. Ten szczur ma zadanie aktorskie, rozumiesz?

– Mam tresowane gołębie. Mogą chodzić po trupie i gruchać.

Koń przejmował inicjatywę. Uwielbiał zaskakiwać reżyserów, podsuwając pomysły, które nie raz ratowały im film. Nie żądał za to opłaty, wystarczały mu specjalne prawa – z reżyserami i gwiazdami był na ty. Wycelował palec w pierś reżysera.

– I ten umarlak będzie się czuł jak w raju.

– Dobry pomysł.

Reżyser pokiwał głową z uznaniem. Odsunął paluch Konia na bok.

– Ale musi być szczur. Bo ten facet w filmie zjadł trutkę na szczury, nie na gołębie. I dlatego umarł, rozumiesz?

Koń pokiwał głową – czego miał nie rozumieć? Reżyserzy są po to, żeby wymyślać takie numery, a i tak w końcu kręcą, co on wykombinuje.

– Mam sposób, jak uśpić gołębie.

– Jak? – zainteresowała się sekretarka kierownika produkcji. – Obsrywają mi ciągle balkon.

– Trzeba je spić spirytusem – oznajmił Koń.

– Wykluczone! – żachnął się kierownik produkcji.

Jako były alkoholik wszędzie wietrzył podstęp.

– Nie ma mowy o żadnym piciu. Od razu wam zapowiadam, że faktura na spirytus nie przejdzie.

– Koniu…

Reżyser rozpoczął bardzo uroczyście.

– Jesteś podobno najlepszym fachowcem w tym mieście. Za trzy miesiące mamy zdjęcia. Po trupie ma chodzić szczur i grać. Dasz radę?

Koń położył ręce na piersiach. Wyglądał jak mały chłopiec, którego niesłusznie podejrzewają o wypalenie ojcu papierosów.

– Ja…?

Obmacywał się, jakby szukał serca. Albo ukrytej flaszki. Długo szukał. Miał taki własny timing. Budował napięcie. W końcu znalazł. Chusteczkę. Wytarł łzę z oka.

– Czy ja dam radę?

Pierwsze efekty specjalne wymyślił bardzo dawno temu. Chodził do szkoły podstawowej i po raz kolejny nie zdał z klasy pierwszej do drugiej. Ojciec, który był kowalem, w ogóle nie interesował się nauką syna, ale raz w roku sprawdzał cenzurkę i wpadał w szał. Mały Koń, wracając z rozdania świadectw, musiał coś wymyślić. I wymyślił: schował pod spodnie na tyłku dwie żelazne fajerki i dopiero potem pokazał ojcu świadectwo. Kowal jedną ręką chwycił go za kark, a drugą – tą od podkuwania koni – wymierzył takiego klapsa, że złamał sobie wszystkie kości w dłoni. Koń uciekł do stajni i schował się na górce, wciągnąwszy drabinę. Spędził tam trzy dni.

***

Minęły trzy miesiące. Samolot zatoczył łuk nad miastem poprzecinanym odnogami rzek i wylądował. Na przylotach czekał Koń. Reżyser od razu zaatakował:

– Jest szczur?

– Jest.

– Zagra?

– Ćwiczy od trzech miesięcy. Śpi na mnie. Ja się nie ruszam całą noc jak trup.

Reżyser ucałował Konia. Było rano i byli trzeźwi. Pojechali do wytwórni. Wieczorem, po całym dniu narad, poszli na piwo. Koń mówił o swoim szczurze jak o dziecku. Miał na imię Kubuś. Nawet żona go polubiła i przynosi mu z bazarku pszenicę. Pod sklepem stuknęli się butelkami.

– Zdrowie Kubusia!

– Nowej gwiazdy polskiego kina!

Dwa tygodnie potem doszło do sławnej sceny z trupem. Do tej roli wybrano statystę rencistę; obiecano mu podwójną stawkę – był bardzo zadowolony. Posypany kredą leżał w altance. Nad miastem zachodziło słońce, ukryty za rogiem agregat mruczał jak najedzona kotka. Było pięknie – aż chciało się żyć! Reżyser zatarł ręce.

– Dajcie szczurka. Tylko delikatnie. Czytałem, że szczury są bardzo wrażliwe.

– Szczur na plan!

– Koniu, dawaj szczura. Raz-dwa!

Wokół kamery zebrała się cała ekipa, jak przy wydawaniu zupy. Pojawili się nawet ludzie z biura, którzy o tej porze już zawsze byli w domu. Wszyscy się uśmiechali w podnieceniu. Nie było tylko Konia. Słońce zachodziło. Kolejny asystent z wrzaskiem pobiegł go szukać. Trup się podniósł.

– Muszę do wygódki.

– Leżeć! – zawył reżyser.

– Idzie! – krzyknęła ekipa.

Ścieżką, zataczając się, nadchodził Koń. Szedł z opuszczoną głową i z każdym krokiem zwalniał. Ręce chował za sobą. Gdy stanął przed reżyserem, miał oczy małego chłopca, który wypił ojcu kowalowi bimber i teraz, przytrzymując fajerki w spodniach, oczekuje nieuchronnego klapsa.

– No? – Reżyserowi serce bije szybciej. – Gdzie Kubuś?

Koń wyciągnął ręce. W jednej trzymał zapasioną biało-rudą świnkę morską. W drugiej puszkę. Był to czarny lakier samochodowy w sprayu. Skierował puszkę na Kubusia.

– Pierdolnąć na czarno?

Kubuś ruszał wąsami. Przyglądał się reżyserowi zaciekawiony. Widocznie Koń dużo mu o nim opowiadał. Wszyscy inni też patrzyli na reżysera, nawet nieboszczyk. Świat się zatrzymał i czekał na decyzję.

Przez głowę reżysera przeleciało tysiąc różnych myśli, nawet bardzo oryginalnych. Na przykład taka, że jeśli teraz zabije Konia, wszyscy przyjmą to ze zrozumieniem. Albo taka, że jakby po trupie łaziły gołębie i gruchały, to może nawet byłoby lepsze, bardziej poetyckie. Albo że Andrzej Wajda powiedział mu kiedyś, gdy wrócił z USA, sam Andrzej Wajda powiedział, ściskając go za ramię: „Jedź tam, póki jesteś młody, leć, jutro dam ci na bilet, jak nie wyjedziesz stąd – będziesz całe życie żałował. Tu się nic nie da zrobić!”.

Kubuś ruszał wąsami, niepokoił się.

– Zostaw, jak jest – powiedział reżyser. – Dolepcie mu tylko ogon i niech gra w cieniu.

I tak świnka morska tresowana przez Konia zagrała szczura. O takich efektach to w Hollywood nawet nie śnią.

scena trzecia

GARB

***

Ważył czternaście kilogramów. Miał go na prawej łopatce, przez co chodził zgarbiony w lewo. Nie mógł prosto trzymać głowy. Nauczył się lewym okiem omiatać ziemię pod nogami, a prawym kręcić jak ptak, by widzieć świat przed sobą i z boku. Bycie garbusem miało też dobre strony: przepuszczano go do bufetu bez kolejki i wszyscy uśmiechali się: „Stary, wybacz, że to na ciebie padło, taki los, ktoś to musi dźwigać” – czytał w ich oczach. Facetom, którzy chcieli pogłaskać garb na szczęście, rzucał „odpierdol się!”, ale z chichoczącymi dziewczynami próbował wejść w układ. „Proszę bardzo, ale coś za coś. Ja ciebie też pogłaszczę – prawym okiem oceniał, co warto głaskać – po cycuszkach, zgoda?”. Czasami zgadzały się. „Grubas lubieżnik” mówiono o nim, ale mu to nie przeszkadzało. Zgodnie z umową musiał go dźwigać dwanaście godzin dziennie. W tym była godzina przerwy na lunch. „Boże, żeby raz dali schabowego” – marzył przygniatany garbem do talerza sałat. Nawet do obiadu go nie zdejmował. Los garbusa, ale daj Boże – jak najdłużej!

Był już czterdziesty dzień zdjęciowy. Wszyscy czekali na ten dzień, a on szczególnie. To scena bitwy w morzu. Kaskaderzy z całego świata, najlepsi z najlepszych, mieli się tłuc, spadać z łodzi, walczyć w wodzie, pod wodą, pośród wybuchów i gejzerów wody, a wszystko to filmowane z kilkunastu kamer. Próby trwały od kilku dni, naparzali się po nocach, po godzinach, nikt się nie skarżył na rany i siniaki. W grę wchodziła nie tylko ambicja zawodowa kaskaderów, którzy – jak wiadomo – są na tym punkcie kopnięci. Wszystkich ogarnęło jedno pragnienie – nakręcić bijatykę, która przejdzie do historii kina. I garbus czekał na ten dzień, jeszcze bardziej podniecony – choć ukrywał to i żartował jak zawsze. Nie traktowali go serio, miły, śmieszny aktor z dalekiego kraju. Wymyślił, że jak pokona wszystkich, zaistnieje pierwszoplanowo i zwróci na siebie uwagę reżysera. Dotąd, przez trzydzieści dziewięć dni, reżyser nie spojrzał na niego ani razu. Może dlatego, że jako najmniejszy, do tego przygnieciony garbem, nijak nie mógł się przebić przez tych wszystkich drabów do pierwszego, zazdrośnie strzeżonego szeregu. Do dziś. Dziś wszyscy się przekonają, kto tu jest prawdziwym aktorem.

A co może zrobić garbaty, gdy wokół niego naparza się stu wściekłych i żądnych krwi piratów? Zagra w poprzek. Na odwrót. Nie będzie walczył. Będzie śmieszny. Będzie się potykał i przewracał. I będzie piał jak kogut, i krzyczał po rosyjsku: „Na pomoszć, towariszci!”. Genialne, nie? Ciii, nikomu ani słowa. Nie brał udziału w próbach, udawał niedorajdę, prawdziwego garbusa. A w wyobraźni już smakował swój sukces. Widział, jak reżyser patrzy tylko na niego. Jak jest zaskoczony i rozbawiony. Tego nawet on by nie wymyślił. I podziwia pomysł rodaka. Tak. To nie mogło nie wypalić.

Wreszcie. Zagrzmiały działa, kule rozerwały burtę i pierwszy zastęp piratów z dzikim wrzaskiem wpadł do wody. Garbus się nie śpieszył. Czekał, aż dym się rozwieje. W morzu kotłowało się od facetów z szablami i rapierami. Na pokładzie został tylko on i z każdą chwilą był coraz lepiej widoczny. Teraz. Garbus przemienił się w koguta. Zapiał, machał rękami i śmiesznie biegał w kółko. Starczy. Potknął się o własne nogi i wypadł za burtę.

Garb obrócił go twarzą w stronę dna. Woda w oceanie była superprzejrzysta – zobaczył pod sobą ławicę kolorowych ryb. Grupa kręgowców była kilka metrów niżej i ze zdumieniem przyglądała się kotłowaninie na powierzchni. I jednemu, który spokojnie opada. Czy to coś nie jest gatunkiem rekina?

***

W Jeziorze Długim woda też była czysta, ale ryb się nie widywało. Często wypadał z łódki, pływał na kadecie w KS „Warmia”. Zapisała go tam ciotka, żeby nie zadawał się z menelami z podwórka, no i w klubie było dożywianie, a u ciotki bieda – jej miesięcznej renty starczało im na trzy dni. Staruszka była sprzątaczką, szorowała podłogi w Komitecie, podstawówce i kościele i od tego była garbata. Czasami masował jej garb, gdy za bardzo jęczała z bólu i nie dawała mu odpocząć w nocy. Spali w starym łóżku. Dwa nieszczęścia skazane na siebie – ona garbuska tercjarka, on – bękart ze skłonnościami do alkoholu i wygłupów. Był chudy i bystry – „Pamiętaj, mały, liczymy na ciebie!” – mówili mu w KS „Warmia”. I zdobył wicemistrzostwo Polski w kategorii młodzików do lat 15! Godzinę później dekoracja zwycięzców. Dostał czekoladę, dyplom i medal na szyję. Podczas zawieszania medalu pochylił się i spadł z podium – gdy go podniesiono, okazało się, że wicemistrz jest pijany. Nie dało się tego zatuszować i wywalili go. W każdym razie w Jeziorze Długim nauczył się dobrze pływać.

Przed laty – ile to mogło być lat temu? Trzydzieści? No więc przed tyloma laty ciotka, rozkładając gazety na wyszorowanej podłodze, znalazła ogłoszenie: „Młody zdolny mężczyzna potrzebny do teatru”. Teatr. Nigdy nie była w teatrze, ale tyle razy ją przedrzeźniał i robił miny – to może być dla niego. No i praca lekka, nie jak na kolei, gdzie poszedł syn sąsiadki i na trzeci dzień ucięło mu obie nogi. Cichym, upartym skomleniem zmusiła go, żeby poszedł z ogłoszeniem.

Teatr Lalki i Aktora im. Czerwonego Kapturka mieścił się po drugiej stronie miasta, za torami. Ciężko tam było trafić – pewnie dlatego oprócz niego zgłosił się tylko jeden kandydat. Wzywano ich przed komisję i kazano na przemian naśladować głosy zwierząt – koguta, wilka, kury i myszy oraz ptaków leśnych. Zwierzątka te w postaciach kobiet siedziały w komisji i podpowiadały, wyraźnie faworyzując przy tym wysokiego konkurenta. W końcu ogłoszono, że wysoki wygrał, a on zajął drugie miejsce. Ale ciotka wymodliła – jeszcze tego samego dnia zwycięzca się wycofał, oświadczywszy: „Za takie pieniądze to ja pierdolę robić z siebie małpę”. Tak więc on dostał etat i pierwszą rolę – burego niedźwiedzia. Ćwiczył w domu – przynosił z komórki dwa wiadra węgla i dźwigał je wokół stołu.

– Gdzie jest wilk? Dzieci, widziałyście wilka?

– Uciekł, bo się ciebie boi!

Partnerowała ciotka znad balii pełnej mydlin. Zawód aktora to była ciężka fizyczna praca.

Kilkadziesiąt lat później zgłosił się na casting. Film był wielką międzynarodową produkcją. Światowej sławy reżyser, który miał wiele sympatii do Polski i nawet mówił po polsku, najpierw skrzywił się na jego widok, a potem spytał, w jakim języku może grać.

– W języku lisów, niedźwiedzi, sowy i żaby.

I zaczął wyć, skomleć, rechotać. Rozbawiło to reżysera.

– A umiesz chodzić jak garbus?

W jednej chwili przyjął postać ciotki garbuski. Zakuśtykał, pochylił się nad balią i ukląkł przygnieciony garbem przed reżyserem. Tak ciotka klękała co wieczór przy łóżku, w którym spali oboje, bo drugiego nie było.

– Okej. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz – powiedział sławny reżyser, a ciotka uśmiechnęła się z nieba.

Garb był wszyty w kostium. Do garderoby przychodził o świcie, jako jeden z pierwszych – piratów była setka, ale tylko on miał garb. Jednym wydłubywano oczy, innym urywano nogi albo ręce, wszystkim co dzień robiono blizny i rany. Pracował przy tym sztab specjalistów, ale i tak z dnia na dzień narastało opóźnienie. Na tropikalnej wyspie, gdzie cień palmy był minimalny i trzeba było wiele sprytu, by znaleźć w nim miejsce przed innymi, pot lał mu się spod garbu wiadrami, ale ani pisnął. Płacili tygodniówki. Jeszcze zanim zaczął grać, już spłacił długi i ostatnią ratę za auto. Jeśli uda mu się ponosić garb jeszcze miesiąc, daj Boże dwa!, kupią domek pod miastem, a córki pójdą do dobrych szkół! Po latach statystowania, proszenia, chodzenia po agencjach, po kilkunastu filmach w ojczyźnie, które nie dały mu nic poza dogłębną znajomością alkoholi – wreszcie był na wierzchu. Tak, to prawda – garb przynosi szczęście.

***

A teraz zrozumiał, że tonie. Garb nasiąkł wodą i ważył z czterdzieści kilo. Obrócił go – tonął twarzą do góry. Nad sobą, na powierzchni, widział cienie walczących. Gdzieś tam, nad nim, żaglowce waliły do siebie z armat, dźwięczały szable i rapiery, walczono o życie i sławę. „Kurwa, pomyślał, niedobrze”.

***

Gdyby ciotka tercjarka dziewica wiedziała, jaką pracę znalazła sierocie, zadałaby sobie największą pokutę. Okazało się, że w Czerwonym Kapturku jest jedynym zwierzaczkiem, który ma jaja. Wszystkie obok – koguty, zające, jeże, Lis Chytrusek, a nawet stary wilk – były kobietami albo kobietopodobnymi aktorkami. Wszystkie chciały mu chociażby matkować. Na trasach po okolicznych miasteczkach, PGR-ach, przedszkolach ocierały się o niego, zaglądały w oczy, tarmosiły czuprynkę i podsuwały kanapki. Wszystkie zapewniały, że liczą na niego, i przepowiadały nieuchronną karierę – że niedługo zagra na „żywym planie”. Mógł przebierać w matkach zwierzątkach, dożywianie miał lepsze niż w klubie, żył jak król. Ale on wybrał sobie złą królewnę. Była o dwadzieścia lat starsza, miała męża saksofonistę z restauracji Zamkowa i wielkie piersi. Tego potrzebował najbardziej. Ten niedoszły mistrz Polski w kadetach, chudy bury niedźwiedź, marzył tylko o jednym – zatopić się w tych wielkich cycach, wtulić jak niemowlę, ssać z nich mleko, być czyimś i mieć kogoś – opić się miłością. Koleżanka zła królewna okazała się bardzo miła i z ochotą spełniała marzenia. Z wyjątkiem jednego – nie chciała nawet słyszeć o rozwodzie z saksofonistą. Owszem – ona też go kochała: „Jak najbardziej, misiaczku, czyż nie daję ci miodziku, ile chcesz?”, ale o rozwodzie zabraniała nawet myśleć. Za jej plecami postanowił rozmówić się z mężem. Czekał pod Zamkową, aż tamten skończył koncert życzeń. Późno w nocy zastąpił drogę zataczającemu się mężowi, przedstawił się i wyznał swoją miłość. Błagał o oddanie mu królowej, która, jak zapewniał – też go kocha z wzajemnością. Saksofonista wysłuchał wszystkiego, położył mu rękę na ramieniu i spojrzał smutno w oczy.

– Chłopcze. Ratuj się. Spierdalaj.

***

Ostatni gwizdek, żeby się ratować – za długo już był pod wodą. Udało mu się ustawić w pionie i tak się wić, płetwować nogami, że ruszył do góry. Był coraz bliżej powierzchni, ogarniała go jasność, ale czarna krew zalewała mu głowę. „Nie umrę, muszę swoje zagrać” – postanowił i udało się. A gdy złapał haust powietrza, które prawie rozerwało mu płuca, już nie chciał umierać. „Jak dobrze, że jest szesnaście kamer! Któraś na pewno mnie złapie”. Wokół niego płonęły żaglowce, a w wodzie tłukło się kilkudziesięciu facetów. „Jak cudownie! Chłopcy są super! A teraz ja”.

– Tawariszczi! Na pomoszć! Tawariszczi!

Wykrzywia się, pluje wodą i bije rękami wodę. „Strasznie śmiesznie to musi wyglądać. Pirat, który nie umie pływać i woła po rosyjsku”. I rzeczywiście – zaraz któryś go dojrzał, podpłynął i zdzielił w łeb żelaznym hakiem. I to tak, że garbus znowu poszedł pod wodę.

***

Następnego dnia po rozmowie z mężem królowa nie tylko nie dała mu possać, ale i zatrzasnęła drzwi przed nosem.

– Kocham cię!


Czekała na to trzy lata. Była śliczna – każdy to mówił, zgrabna – każdy widział, do tego umuzykalniona, świetnie tańczyła – siedem lat w zespole „Sudeczanki”. W liceum wygrywała wszystkie konkursy recytatorskie do szczebla wojewódzkiego włącznie, we Wrocławiu skończyła dwuletnią szkołę na kierunku animator kultury i instruktor teatralny i… dupa. Do tego była podwójną misską – Miss Dolnego Śląska i Miss Internautów, a jej zdjęcia zdobiły kalendarz miasta. Wysłała je do wszystkich agencji, o jakich słyszała lub wyczytała i… też dupa. Przez trzy lata nic. Filmowiec z Warszawy, spotkanie odbyło się w Domu Kultury, poszła w najmniejszej mini, od razu ją wypatrzył, wziął nawet jej numer telefonu, ale powiedział prosto z mostu: