Scenariusz mordercy - James Patterson, Marshall Karp - ebook
19,99 zł

lub
Opis

RED to wyjątkowy oddział policji stworzony przez burmistrza Nowego Jorku. Wybrani detektywi prowadzą śledztwa, w które są zamieszani ludzie z pierwszych stron gazet – politycy, aktorzy i sportowcy. Elita chroni elitę. W Nowym Jorku trwa festiwal filmowy, na który zjechały wszystkie gwiazdy Hollywood. Impreza rozpoczyna się tragedią – zabójstwem znanego producenta. Sprawę prowadzą detektywi Zach Jordan i Kylie MacDonald. Czeka ich żmudne i trudne śledztwo, bo morderca wymyślił precyzyjny scenariusz, wybrał głównych aktorów. Jest reżyserem krwawego widowiska i to od niego zależy, kto zginie, a kto przeżyje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 291




JAMES PATTERSON MARSHALL KARP

SCENARIUSZ MORDERCY

Tłumaczenie:

Podziękowania dla Charlene Black, Donny Cucchiary, Joan Fitzgerald, Lei Marie Ripy, Mary Lou Venuto i Priscilli Weed

– JP

Dla Howarda Schiffera i organizacji Vitamin Angels – ludziom, którzy odmienili moje życie

– MK

PROLOG

KAMELEON

I

PRZENIKANIE Z CZERNI DO OBRAZU:

WNĘTRZE KUCHNI – HOTEL REGENCY

NOWY JORK – DZIEŃ

Poranny szczyt w słynnej sali restauracyjnej dla możnych tego świata. KAMELEON wślizguje się do gwarnej kuchni. Jego rudawozłote włosy są teraz ciemne, skóra ma odcień miedziany. Pasuje do reszty, jest kolejnym bezimiennym Portorykańczykiem w stroju pomocnika kelnera. Nikt nie zwraca na niego uwagi.

Kameleon patrzył na te słowa w scenariuszu setki razy. Tego ranka miały się ziścić. Jego film w końcu wszedł w fazę zdjęciową.

– Akcja – wyszeptał, wchodząc tylnym wejściem do kuchni hotelu Regency.

Ktoś jednak zwrócił na niego uwagę.

– Ej, ty! – wrzasnął jeden z kelnerów w muszce i białej marynarce. – Śmigaj na salę i zanieś kawę do dwunastki.

Nie było to do końca zgodne ze scenariuszem, ale i tak wyszło lepiej, niż oczekiwał. Jak większość nowojorskich aktorów, Kameleon znał topografię restauracyjnej kuchni. Napełnił chromowaną karafkę zwykłą kawą, do drugiej nalał kawę bezkofeinową i wszedł przez drzwi wahadłowe na salę.

Obsada filmu okazała się lepsza od spodziewanej. Dzisiaj Nowy Jork rozpoczynał tygodniową ofensywę, w wyniku której zamierzał wydrzeć Los Angeles całkiem spory kawałek tortu, jakim jest biznes filmowy. Dlatego oprócz pojawiających się tu każdego dnia gości, czyli wpływowych brokerów ze Wschodniego Wybrzeża, na wypełnionej po brzegi sali siedziały hollywoodzkie szuje ubijające wielomilionowe interesy przy śniadaniu kosztującym setki dolarów. Wśród nich przy stoliku dwunastym brylował sam Sid Roth.

Gdyby ludzie szli do więzienia za rujnowanie karier, rozbijanie rodzin i łamanie dusz, Sid Roth odsiadywałby wielokrotne dożywocie. Jednak w przemyśle filmowym opłacało się być bezdusznym sukinsynem. W ciągu trzydziestu lat Roth przemienił Mesa Films z rodzinnego interesiku w potężne studio. W świecie filmu był bogiem, a pozostali czterej mężczyźni siedzący z nim przy stoliku pławili się w blasku jego sławy.

Kameleon zaczął nalewać kawę, gdy Roth, raczący swych kompanów opowieścią o jednej w hollywoodzkich wojenek, nakrył dłonią filiżankę i powiedział:

– Podaj mi jeszcze jeden sok pomidorowy.

– Oczywiście, proszę pana – odparł Kameleon. Jeden sok pomidorowy i pan Roth odegra epizodyczną rolę charakterystyczną, pomyślał.

Niecałe trzy minuty później podał zamówiony sok.

– Muchas gracias, amigo - powiedział Roth i opróżnił szklankę, nie patrząc już na kelnera.

Vaya con Dios, uprzejmie pożegnał go w duchu Kameleon, po czym wrócił do kuchni i wyszedł tylnymi drzwiami. Miał dziesięć minut na zmianę kostiumu.

Męska toaleta w hotelowym holu była elegancka i pusta. Ręczniki z materiału, orzechowe drzwi w każdej kabinie i oczywiście żadnych kamer.

Po zużyciu kilku chusteczek do usuwania makijażu ze śniadego Latynosa stał się białym młodzieńcem o dziecięcej twarzy. Strój kelnera zamienił na parę spodni khaki i jasnoniebieski golf.

Wrócił do holu i przystanął obok rzędu kabin telefonicznych, skąd mógł śledzić rozwój wydarzeń. Nie miał już na nie wpływu. Liczył tylko, że okażą się choćby w połowie tak ekscytujące jak w scenariuszu.

WNĘTRZE SALI RESTAURACYJNEJ W HOTELU REGENCY – DZIEŃ

Kamera kieruje się na OFIARĘ, która zaczyna odczuwać pierwsze oznaki działania fluorku sodu. Łapie się krawędzi stołu, chce wstać, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Czuje narastającą panikę, gdyż system nerwowy oszalał. Objawy są już pełne. OFIARA wymiotuje, macha rękami, w końcu pada twarzą w talerz z frittatą grzybowo-pomidorową.

– Skąd wiesz, że zamówi frittatę? – zapytała Lexi po przeczytaniu skryptu.

– Nieważne, co zamówi – odpowiedział Kameleon. – To tylko wypełniacz, coś musiałem napisać.

– Owsianka byłaby lepsza – stwierdziła Lexi. – Z jagodami. Jest bardziej filmowa. Skąd wiesz, że akurat tak to będzie wyglądało?

– To ogólny zarys. Do ostatniej chwili nie wiem, kim jest ofiara. Większość to improwizacja. Chcemy tylko, żeby facet zmarł w mękach.

Sid Roth nie zawiódł. Wszystko się zgadzało: wymiociny, panika w oczach, spastyczne ruchy. Tyle że zamiast upaść twarzą w talerz, zrobił kilka chwiejnych kroków, potknął się o sąsiedni stolik i padając na ziemię, rozbił sobie głowę o podstawę marmurowej kolumny. Wokół pojawiło się mnóstwo krwi – skromny bonus dla autora scenariusza.

– Dzwońcie po pogotowie! – krzyknęła jakaś kobieta.

– Cięcie – wyszeptał Kameleon.

Fantastyczne przedstawienie.

Zmierzając do metra, wysłał Lexi SMS-a:

Scena wyszła idealnie. Jedno ujęcie.

Kwadrans później jechał linią F i czytał „Variety”. Był jednym z wielu niebieskookich aktorów o jasnej karnacji walczących o utrzymanie się na powierzchni w Nowym Jorku. Właśnie zmierzał na kolejny występ o dziewiątej w Silvercup Studios.

II

Nowojorska branża filmowa potrzebuje kameleonów, a on był jednym z najlepszych. Jego zawodowy dorobek obejmował film Woody’ego Allena, serial „Prawo i porządek”, opery mydlane – w sumie co najmniej sto ról filmowych i przynajmniej dwa razy tyle występów w telewizji. Zawsze w tle. Bez słowa. Ani jednej roli pierwszoplanowej. Zamiast tego wtapianie się w tło.

Nie dzisiaj. Miał dość funkcjonowania jako jedna z twarzy w tłumie. Dzisiaj był gwiazdą. Producentem, reżyserem i scenarzystą. To był jego film. Kamerę miał w głowie. Wyjął z kieszeni kartki ze scenariuszem.

WNĘTRZE HALI ZDJĘCIOWEJ – SILVERCUP STUDIOS – DZIEŃ

Jesteśmy na planie kolejnej szmiry z IANEM STEWARTEM. Rzecz dzieje się na przyjęciu weselnym w latach czterdziestych dwudziestego wieku. Ian jest panem młodym. Pannę młodą gra DEVON WHITAKER. Zero talentu, tylko cycki. O połowę młodsza od Iana. Szczęśliwi nowożeńcy idą na parkiet. Setka GOŚCI WESELNYCH śledzi ich wzrokiem, siląc się na uśmiech. EDIE COBURN, grająca zazdrosną BYŁĄ ŻONĘ, wchodzi do sali. Jest wściekła. Goście są przerażeni. Kamera pokazuje zbliżenie jednego z nich. To prawdziwa gwiazda tej sceny. Kameleon.

Poczuł wibracje komórki. Spojrzał na ekran. Dzwoniła Lexi.

– Zgadnij, co się dzieje – wypaliła bez żadnych wstępów.

– Lex, nie możesz dzwonić do mnie co pięć minut. Jestem w strefie wolnej od telefonów. Mają tu fioła na tym punkcie.

– Wiem, ale musiałam zadzwonić. Internet huczy o śmierci Sida Rotha.

– Skarbie, minęły trzy godziny. Faceci siedzący z nim przy stole na pewno wrzucili to na Twittera, zanim Roth padł na podłogę.

– Piszą, że to najpewniej zawał serca, natomiast TMZ twierdzi, że został otruty.

– TMZ to stek bzdur. Banda łowców taniej sensacji. Wszystko, co wrzucają na swoją stronę, to kłamstwo.

– Przecież to prawda.

– Tyle że oni o tym nie wiedzą – odwarknął. – I nie będą wiedzieli aż do sekcji zwłok. Ale im jest wszystko jedno. Wolą wypisywać brednie.

– Nie chciałam cię zdenerwować.

– To nie twoja wina. Po prostu psują mi scenariusz. Napisałem, że nikt nie może dowiedzieć się o otruciu do jutra. To dla mnie więcej warte niż te bzdety z Ianem Stewartem i Edie Coburn.

– Właśnie, jak idzie?

– Lexi, nie mogę teraz rozmawiać. Jestem na planie.

– To nie w porządku – odpowiedziała urażonym tonem. – Skoro nie mogę być tam z tobą, chciałabym chociaż, żebyś mnie informował.

– Informuję. Wysłałem ci swoje zdjęcie z garderoby.

– Świetnie. Będę miała wygaszasz ekranu z twoją fotką, na której przypominasz makaroniarza z „Ojca chrzestnego”. A ja nadal nie wiem, co się dzieje.

– W tym problem, Lexi. Nic się nie dzieje, absolutnie nic. Setka statystów siedzi tu od dziewiątej, a oni jeszcze nie nakręcili ani jednego ujęcia.

– Podali powód?

– Nic nam nie mówią, choć słyszałem, jak Muhlenberg, no wiesz, reżyser, nadawał komuś przez telefon, że Edie nie chce wyjść z przyczepy.

– Pewnie jest wkurzona na Iana. Na TMZ pisali, że ją zdradzał.

Kameleon odetchnął głęboko. Owszem, Lexi jest bystra. Podczas czteroletnich studiów na Uniwersytecie Południowej Kalifornii była jedną z najlepszych na liście. Ale obsesyjne zainteresowanie bzdetami typu horoskopy, hollywoodzkie plotki i internetowe rewelacje stępiało jej umysł.

– Nieważne, czy ją zdradza, czy nie – powiedział. – Jeśli Edie nie wyjdzie, Ian też nie.

– Muszą wyjść. Tak jest w naszym scenariuszu – zaoponowała Lexi.

Kameleon zaśmiał się krótko.

– Myślę, że Muhlenberg właśnie siedzi w przyczepie Edie i tłumaczy jej, co jest w jego scenariuszu.

– Hej, ty z komórką przy uchu!

Kameleon spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos. To był wkurzony asystent reżysera.

– Zakaz używania komórek na planie oznacza zakaz używania komórek na planie.

– Przepraszam. Siedzę tu całą wieczność, zacząłem się nudzić.

– Jesteś statystą – warknął asystent. – Płacą ci za nudę. Schowaj telefon albo wynocha.

– Oczywiście, proszę pana. – Kameleon osłonił dłonią aparat i wyszeptał: – Lex, muszę kończyć. Nie dzwoń już, dobrze?

– Cholera, skąd będę wiedziała, kiedy skończysz scenę?

– Zapewniam cię, że internet będzie o tym huczał – odparł Kameleon.

CZĘŚĆ PIERWSZA

NIEZRÓWNANI LUDZIE SHOW-BIZNESU

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Obudziłem się wściekły jak diabli. W spowitym ciemnością pokoju widziałem tylko cyfry 3:14 na wyświetlaczu elektronicznego zegara. Chciałem pospać jeszcze ze trzy godziny, ale jedynym środkiem nasennym, który znajdował się w mieszkaniu, był naładowany rewolwer leżący na nocnej szafce. Wolałbym go raczej użyć przeciwko kretynowi, który sprawił, że mój partner wylądował w szpitalu.

Włączyłem światło. Pod komodą leżała zwinięta fioletowa mata do jogi. Uznałem, że trzydzieści minut asan i pozycji psa z głową w dół pomoże mi w rozciągnięciu mięśni i zniwelowaniu stresu.

Zadziałało.

Kwadrans po czwartej, już wykąpany i ubrany, zasiadłem nad filiżanką zielonej herbaty. To nie był mój wybór. Erika, instruktorka jogi, zaklina się, że ten napój uleczy moje czakry i pomoże ciału znosić fizyczne oraz psychiczne trudy życia. Obiecałem jej, że spróbuję tej kuracji przez miesiąc, ale tylko za zamkniętymi drzwiami. Gdyby ktokolwiek w pracy wyczuł liście herbaty w moim oddechu, ludzie zabiliby mnie śmiechem.

Nazywam się Zach Jordan, jestem detektywem pierwszego stopnia w nowojorskiej policji.

W Nowym Jorku pracuje trzydzieści pięć tysięcy gliniarzy, a ja należę do siedemdziesięciu pięciu szczęśliwców wyznaczonych do pracy w Zespole do spraw Przestępstw Przeciwko Znanym Ludziom.

Zespół był pomysłem burmistrza. To facet o mentalności twardogłowego biznesmena, który uważa, że zarządzanie wielkim miastem przypomina zarządzanie linią lotniczą – najbardziej dbasz o stałych klientów z platynową kartą. W Nowym Jorku oznacza to persony nieprzyzwoicie bogate, wpływowe i sławne, czasem zresztą z niepojętych powodów.

Codziennie dbam o bezpieczeństwo miliarderów z Wall Street, gwiazd sportu z siedmiocyfrowymi kontraktami i ludzi show-biznesu. Z tymi ostatnimi mamy najwięcej pracy. Pewnie dlatego, że ich atrakcyjność przyciąga stalkerów, majątek przyciąga złodziei, a podłość charakteru kusi morderców.

Nazwa Zespół do spraw Przestępstw Przeciwko Znanym Ludziom wskazuje, że departament policji dysponuje oddziałem specjalnym oddelegowanym wyłącznie na potrzeby miejscowej śmietanki. Tak, właśnie tak, choć jest to zupełnie niepoprawne politycznie. Dlatego burmistrz poprosił, a tak naprawdę nakazał, żebyśmy tej nazwy nie używali.

Dlatego mówi się o nas: NYPD Red[1]. Dla gliniarza w Nowym Jorku to najlepsza możliwa robota.

Herbata ostygła, dodałem więc cukru i włożyłem kubek do mikrofalówki. Trzydzieści sekund później była cieplejsza i słodsza, co nie zmieniało faktu, że nadal była herbatą. Usiadłem przy komputerze i sprawdziłem pocztę. Był krótki mejl od Omara:

Cześć, Zach, dziś WIELKI DZIEŃ. Połamania nóg. LOL. Omar.

Kliknąłem „Odpowiedz” i napisałem:

Cieszę się, że jeden z nas uważa to za zabawne.

Omar Shanks jest, a raczej do ubiegłego tygodnia był moim partnerem. Policyjna drużyna softballowa grała z zespołem strażaków na dorocznym meczu charytatywnym, gdy jeden z zawziętych przeciwników usiłował powstrzymać Omara wślizgiem. W rezultacie złamał mu kostkę i zerwał więzadło krzyżowe przednie. Lekarze twierdzą, że leczenie Omara potrwa co najmniej cztery miesiące. Dzisiaj rano czeka mnie spotkanie z nowym partnerem, a ściślej mówiąc, z partnerką.

Nazywa się Kylie MacDonald. Mamy coś, czego partnerzy zwykle nie mają. Wspólny bagaż. Przynajmniej na razie nie chcę się zagłębiać w szczegóły, ale ogólny zarys mogę przedstawić.

To był mój pierwszy dzień w akademii policyjnej. Taksowałem wzrokiem innych rekrutów, gdy do sali weszła ona – opalona, złotowłosa bogini żywcem wyjęta z piosenki Beach Boys. Na ścianie wisiał defibrylator i miałem wrażenie, że za chwilę będę go potrzebował. Była zbyt piękna na policjantkę. O wiele lepiej pasowałaby na żonę gliniarza. Moją żonę.

Kilku innym musiała zaświtać w głowie ta sama myśl, ponieważ chwilę później zagarnął ją ocean testosteronu. Ignorowałem ją w myśl teorii, że dziewczynom takim jak Kylie bardziej podobają się faceci, którzy się nie przystawiają, nie ślinią na jej widok i nie obcinają pożądliwymi spojrzeniami. Po tygodniu zadziałało.

– Jestem Kylie MacDonald – zagadnęła pewnego dnia po zajęciach. – Jeszcze nie mieliśmy okazji rozmawiać.

– Tak, unikałem cię – burknąłem.

– Dlaczego?

– Z powodu koszulki.

– Jakiej koszulki?

– Tej, którą miałaś na sobie pierwszego dnia. Z logo Metsów.

– Niech zgadnę… Jesteś fanem Jankesów.

– Zdeklarowanym. Na śmierć i życie.

– Szkoda, że nie wiedziałam. Włożyłabym koszulkę z logo Jankesów. Specjalnie dla ciebie.

– Wątpię, żebyś ją miała.

– Zakład o pięć dolców, że mam?

– Zgoda.

Wyjęła komórkę i zaczęła przeglądać zdjęcia. W końcu znalazła to, którego szukała, i podała mi telefon.

Ujrzałem zdjęcie Kylie obejmowanej ramieniem przez skandalicznie przystojnego gościa w kapeluszu z logo Metsów na głowie. Kylie miała na sobie T-shirt z napisem „Jankesi”. Poniżej widniała dalsza jego część: „są do dupy”.

– Płać – wyciągnęła rękę.

Piękna i błyskotliwa. Jak mogłem się nie zakochać?

Dałem jej pieniądze. To, co nastąpiło później, to długa historia pełna radości i łez, szczęścia i rozpaczy. Bagaż, który zachowałbym na inny moment. Mogę jednak powiedzieć, jak się skończyła. Uroczystym ślubem kościelnym Kylie ze Spence’em Harringtonem, gościem ze zdjęcia w telefonie komórkowym.

To było prawie dziesięć lat temu. Teraz Kylie i ja mamy być partnerami. Niełatwo przyzwyczaić się do nowego partnera i układać sobie z nim współpracę. Jeszcze trudniej, gdy nadal jest się w nim beznadziejnie zakochanym.

Właśnie z tego powodu obudziłem się w środku nocy.

Wylałem zieloną herbatę do zlewu. Do diabła z czakrami. Potrzebowałem kawy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Bistro U Gerri znajduje się przy Lexington Avenue w niewielkiej odległości od dziewiętnastego komisariatu i dokładnie naprzeciwko Hunter College. O piątej rano nie ma tam ani jednego studenta, roi się za to od taksówkarzy, budowlańców i gliniarzy. Jeden z nich ma doktorat zamiast broni.

Cheryl Robinson jest psychiatrą w wydziale. Prócz doskonałego zrozumienia ludzkich zachowań oraz umiejętności słuchania, doktor Robinson ma coś, co odróżnia ją od reszty specjalistów, z jakimi miałem do czynienia. Jest olśniewająco piękna. Choć przysięga, że w dziewięćdziesięciu procentach jest Irlandką, ma ciemnobrązowe oczy, kruczoczarne włosy i cudowną karmelową karnację po babci Latynosce.

Spodobała mi się już na pierwszych zajęciach z negocjacji. Była jednak mężatką, co dla mnie oznacza kategorię „poza zasięgiem”. Ostatnio jej stan cywilny uległ zmianie, ale atrament na papierach rozwodowych jeszcze nie wysechł. Tego ranka siedziała sama w jednym z boksów. Sądząc z mowy ciała i smutku w oczach, nadal zmagała się z upiorami nieudanego związku.

Dla niektórych mężczyzn oznacza to jawne zaproszenie. Widzą w takiej kobiecie łatwy cel, istotę gotową do wypełnienia pustki przelotnym seksem bez zobowiązań, ale ja do nich nie należę. Zresztą byliśmy już z Cheryl dobrymi przyjaciółmi, a ona wyglądała na kogoś, kto bardziej potrzebuje przyjaciela niż chwili zapomnienia.

Kupiłem dwie kawy na wynos, jedną włożyłem do torby, drugą otworzyłem.

– Mogę się przysiąść? – zapytałem, sadowiąc się naprzeciwko Cheryl. – Wyglądasz jak dama w opałach, a ja mam w sobie nadczynny gen księcia na białym koniu.

– Sądziłam, że wszyscy gliniarze mają ten problem, ale ty jesteś pierwszy, który chce mnie podnieść na duchu – odparła.

– To dlatego, że cały czas widzą w tobie psychiatrę. Boją się, że jeśli usiądą i zaczną coś mówić, od razu będziesz ich analizować.

– A co tu jest do analizowania? Są stuknięci, więc zostają policjantami. Zostali policjantami, więc są stuknięci.

Przed nią leżały na stole otwarte saszetki z cukrem. Sięgnąłem po jedną.

– Ponieważ w dzieciństwie przeczytałem wszystkie książki z serii „Hardy Boys”, zgaduję na podstawie ilości cukru, że siedzisz tu około czterdziestu minut.

– Godzinę – uściśliła, zerkając na zegarek.

– Wynika stąd, że nawet psychiatrzy mają problemy, które nie pozwalają im w nocy spać.

– Problem jest jeden i ten sam. Fred.

– Myślałem, że rozwiedliście się dwa tygodnie temu. Na mocy prawa obowiązującego w stanie Nowy Jork Fred przestał już być twoim problemem, czyż nie?

– Wieczorem przysłał mi mejla. Jest zaręczony.

– Hm – powiedziałem, z namysłem kiwając głową i gładząc nieistniejącą kozią bródkę. – Und jak się z tym czujesz?

Zaśmiała się.

– To najgorsza imitacja Freuda, jaką słyszałam.

– Tak naprawdę to był doktor Phil, ale ty unikasz odpowiedzi na pytanie.

– Nie obchodzi mnie, że drań ponownie się ożeni, ale lepiej bym się czuła, gdyby proces zapominania o mnie trwał nieco dłużej niż dwa tygodnie.

– Ma pani rację, pani doktor. Mógłby się z tym wstrzymać, aż dojdziesz do siebie. O, widzę, że już doszłaś.

Znowu się zaśmiała.

– Miałam dość Freda już dwa lata przed rozwodem.

– Teraz inna będzie cierpieć. Jest remis.

– Dzięki. Moja kolej na wejście w rolę doktora. Dlaczego zerwałeś się dzisiaj tak wcześnie?

– Czeka mnie szalony tydzień. Do Nowego Jorku zwala się gromada ludzi z Hollywood. Chciałem się przygotować na ich przyjazd.

– Rozumiem. I nie ma to nic wspólnego z tym, że dzisiaj zaczynasz pracę z nową partnerką, która jest twoją byłą dziewczyną.

Cheryl Robinson znała moją historię z Kylie. Opowiedziałem jej o tym podczas przyjęcia z okazji przejścia na emeryturę jednego z policjantów. Cheryl umiała słuchać, a ja byłem dostatecznie pijany, by się przed nią otworzyć. I wcale tego nie żałowałem. To, że mogłem opowiedzieć o tym profesjonalistce w prywatnej rozmowie zadziałało terapeutycznie.

– Chyba masz rację. Kylie zaczyna dzisiaj. Dotąd nie podziękowałem ci, że pomogłaś jej zdobyć tę pracę.

Gdybym miał wymienić to, co absolutnie najpiękniejsze w Cheryl Robinson, to byłby to jej uśmiech. Zupełnie jakby uruchamiała go włącznikiem. W jednej chwili ciemne oczy rozjaśniały się, a pełne usta odsłaniały rząd białych zębów. Moja drobna złośliwa uwaga, na którą kto inny zareagowałby podobną złośliwością, u niej wywołała promienny uśmiech o mocy tysiąca megawatów.

– Brawo, detektywie – powiedziała. – Myśl, co chcesz, ale nie pomogłam Kylie MacDonald zdobyć tej posady. Sama to sobie zawdzięcza. Kapitan Cates poprosiła, żebym nieoficjalnie zerknęła w jej profil. Robił wrażenie. Wasza przeszłość nie zaszkodziła jej w karierze.

Wzniosłem kubek z kawą.

– Mam nadzieję, że nie zaszkodzi też mojej.

Cheryl nakryła dłonią moją dłoń. Omal nie upuściłem kubka.

– Zach – powiedziała miękko – przestań użalać się nad sobą. Pozwól przeszłości odejść i zacznij od nowa.

– Dobra rada, pani doktor – odparłem, kładąc rękę na jej dłoni. – Dobra dla nas obojga.

ROZDZIAŁ TRZECI

Zaniedbany budynek z czerwonej cegły ze zwieńczeniami z błękitnoszarego piaskowca i wykończeniami z terakoty, zlokalizowany przy Sześćdziesiątej Siódmej Ulicy między Trzecią Aleją i Lexington, jest siedzibą dziewiętnastego komisariatu od lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku. To solidna pięciopiętrowa budowla z miejscem dla więcej niż dwustu mundurowych i kilkudziesięciu oficerów śledczych, służących w rejonie Upper East Side.

To także idealna lokalizacja dla NYPD Red, ponieważ w całości podlega jurysdykcji miasta. Zajmujemy trzecie piętro wzdłuż północnej ściany, poza głównym nurtem zdarzeń, ale w zasięgu świateł i syren, niedaleko od pięciu miejskich gmin, z okazjonalnym widokiem na budynek Chryslera, jak dla mnie najpiękniejszego i najbardziej okazałego spośród charakterystycznych obiektów Nowego Jorku.

Siedziałem przy biurku, gdy usłyszałem ten głos:

– Siema, Szósty!

Poznałbym go na końcu świata. Okręciłem się na krześle i zobaczyłem ją: opadające na ramiona jasne włosy, błyszczące zielone oczy i irytującą złotą obrączkę na serdecznym palcu lewej ręki. Kylie MacDonald.

– K. Mac – powiedziałem.

– Co się dzieje, Szósty? Zapomniałeś mojego numeru? – zapytała. Podeszła bliżej i uściskała mnie na powitanie.

– Długo jeszcze będziemy się bawić w tę głupią grę z numerami? – burknąłem, wciągając w nozdrza znajomy zapach szamponu rozmarynowo-miętowego.

– Zgodnie z warunkami zakładu, do końca życia. A jeśli spotkamy się w piekle, to nawet dłużej. Co słychać, Szósty?

Kylie i ja mamy rywalizację we krwi. Kilka dni po naszej pierwszej rozmowie, kiedy przegrałem z nią zakład o pięć dolarów, założyliśmy się o znacznie więcej. Kto uzyska lepszy wynik na koniec akademii, ma prawo nazywać to drugie numerem z listy absolwentów ułożonej według uzyskanych punktów. Wśród dwustu siedemdziesięciu pięciu osób ukończyłem akademię na miejscu szóstym.

– Wszystko gra. A u ciebie, Pierwsza?

– Więc jednak pamiętasz mój numer.

– Chyba nigdy nie pozwolisz mi zapomnieć.

– Skoro zostaliśmy partnerami, będę ci o tym przypominać codziennie. Taka jestem. Ciągle nie mogę uwierzyć, że wzięli mnie do NYPD Red.

– A ja wierzę. Masz na koncie aresztowanie, o którym gazety informowały na pierwszych stronach.

– Gazety rozeszły się jak świeże bułeczki, ale góra się wkurzyła. – Posłała mi zabójczy uśmiech. – Nie udawaj, że nie znasz szczegółów, Zach.

– Słyszałem to i owo. Jeśli obiecasz, że będziesz się do mnie zwracać po imieniu, nie zapytam, czy to prawda.

– Wyduś to z siebie. Co słyszałeś?

– Na własną rękę dorwałaś gwałciciela sześciu pielęgniarek.

– To było w gazetach. Przestań udawać.

– Nie wyznaczyli ciebie do tej sprawy. Zrobiłaś to samowolnie. Brudny Harry w spódnicy. Samotna wilczyca. Nieobliczalna i groźna.

– Jego trzecią ofiarą była moja przyjaciółka Judy. Jest pielęgniarką w szpitalu na Coney Island. Skończyła zmianę o drugiej w nocy. Szła do metra, gdy ten facet zastąpił jej drogę, uderzył w twarz i zgwałcił. Nawet nie zadzwoniła pod dziewięćset jedenaście. Wybrała telefon do mnie. Zgłosiłam ten gwałt, a potem siedziałam z nią całą noc w szpitalu. Nazajutrz poprosiłam o przydzielenie mi tej sprawy.

– A oni odmówili, ponieważ miałaś do niej osobisty stosunek.

– Pokaż mi policjantkę pozbawioną uprzedzeń wobec seryjnego gwałciciela – odparowała. – Facet prowadzący śledztwo był stary, leniwy i głupi. Nigdy nie dorwałby tego zboka.

– Więc Jedynka postanowiła działać na własną rękę.

– To nie była skomplikowana sprawa. Drań nie zmieniał sposobu działania. Atakował na Brooklynie i chociaż zmieniał szpitale, zawsze wybierał taki, z którego prowadziła długa i ciemna droga do metra.

– Przebrałaś się za pielęgniarkę i zaczęłaś chodzić ze szpitala do metra. Ile nocy spędziłaś na polowaniu?

– Siedemnaście. Dorwałam go przy osiemnastej próbie.

– Miałaś wsparcie?

– Zach, nie miałam upoważnienia do tej akcji, więc wsparcia nie było. Miałam tylko broń i odznakę. I zadziałało.

– Na szczęście dla ciebie.

– Na szczęście dla wielu pielęgniarek. Samotna wilczyca czy nie, zrobiłam swoje. Złamałam parę zasad, ale niczego nie żałuję.

– Może dlatego przysłali cię do nas. My przez cały czas łamiemy zasady.

– My, Detektywie Porządnicki? Znam cię, Zach. Ty nie należysz do ludzi łamiących zasady. Jesteś Koziorożcem w każdym calu. Zorganizowany, uwielbia jasne struktury, nie kieruje się impulsami, mistrz powściągliwości.

– Nie wszyscy mogą być kowbojami.

– Pewnie dlatego zrobili nas partnerami. Jin-jang, punkt i kontrapunkt…

– Rozsądny glina i szalony glina – wszedłem jej w słowo.

– Powiedz mi coś o swoim partnerze.

– Omar Shanks nie jest tak ładny jak ty. Ani tak szalony.

– Wiesz, o co mi chodzi. Co z jego kolanem? Jestem tu tylko na okresie próbnym. Po powrocie Omara będą chcieli mnie odesłać. Muszę wiedzieć, ile mam czasu, by zrobić wrażenie na kapitan Cates. Jeśli jej zaimponuję, może mnie zatrzyma.

– Masz kilka miesięcy, ale musisz wiedzieć, że na Cates trudno zrobić wrażenie – odparłem.

– A jeśli ją wkurzysz, wylecisz jeszcze przed lunchem.

Podnieśliśmy głowy. Przed nami wyrosła nasza szefowa, kapitan Delia Cates.

Kylie wyciągnęła dłoń na powitanie.

– Detektyw Kylie MacDonald, pani kapitan.

W tej samej chwili rozległ się sygnał komórki. Cates sprawdziła, kto dzwoni, i skomentowała:

– Jeszcze nie ma ósmej, a zastępca burmistrza do spraw działania mi na nerwy dobija się do mnie już czwarty raz. – Wcisnęła zieloną słuchawkę. – Bill, daj mi chwilę, właśnie coś załatwiam. – Trąciła pięścią wyciągniętą rękę Kylie. – Witam w Red, pani detektyw. Poranna odprawa o dziesiątej. Jordan, bądź u mnie w biurze przed odprawą.

Przycisnęła telefon do ucha i odeszła.

Kylie patrzyła za nią bez słowa. Wiedziałem, jakie myśli chodzą jej po głowie.

– Nie próbuj tego analizować – powiedziałem. – Cates jest rzeczowa do bólu, nie bawi się w uprzejmości. Jeśli spodziewałaś się herbatki i babskich pogawędek, to czym prędzej o tym zapomnij. Przywitałyście się, a teraz do roboty. I nie próbuj jej imponować. Cates sprawdziła twoją teczkę. Nie byłoby cię tutaj, gdyby nie uznała, że się do tego nadajesz.

– Bardzo mi pomogłeś. Dzięki – odparła Kylie.

– Od tego są partnerzy.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Henry Muhlenberg mocno przycisnął dłoń do ust Edie Coburn. Wbiła mu zęby w skórę i gwałtownie odrzuciła głowę do tyłu, ale nie puścił. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował, to przypadkowa para uszu, która usłyszy okrzyk rozkoszy dobiegający z przyczepy Edie.

Jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. Jeden, drugi, trzeci. Potem osunęła się bezwładnie w jego ramionach.

Oderwał rękę od jej warg.

– Daj mi papierosa. Są na kontuarze – powiedziała.

Muhlenberg wstał z sofy i nagi przeszedł na drugi koniec przyczepy. Miał dwadzieścia osiem lat, był cudownym dzieckiem niemieckiego kina, kręcił ambitne filmy wychwalane przez krytyków i niezauważane przez widzów. Mając dość jeżdżenia dziesięcioletnim oplem i mieszkania w jednopokojowej klitce we Frankfurcie, sprzedał duszę za porsche 911, dom w Beverly Hills i kontrakt na trzy filmy.

Pierwszy okazał się klapą, drugi zarobił sześć milionów – co dla wytwórni niezależnej jest świetnym wynikiem, ale dla dużej oznacza katastrofę. Jeśli trzeci film nie podbije multipleksów, Muhlenberga czekał powrót do Niemiec i kręcenie teledysków dla garażowych kapel.

To była jego ostatnia szansa, a teraz ta suka Edie Coburn wycięła mu taki numer. Przyszedł do jej przyczepy, żeby wynegocjować rozejm między nią a jej mężem idiotą, Ianem Stewartem, który na nieszczęście partnerował jej w tym filmie. Wynegocjować? Raczej wybłagać, chowając dumę do kieszeni.

– Edie, proszę – powiedział. – Cała ekipa w komplecie i stu statystów czeka w gotowości, a licznik tyka. Każda minuta twojego uporu kosztuje studio tysiąc dolarów.

– Ian powinien najpierw pomyśleć, zanim zaczął dymać tę tlenioną cizię z cyckami z silikonu.

– Przecież nie wiadomo, czy to prawda. Plotka o Ianie i Devon to tylko plotka. Może puścił ją w obieg rzecznik prasowy studia, żeby podkręcić atmosferę przed premierą.

– Nie wiem, jak jest w Niemczech, Herr Muhlenberg, ale w Nowym Jorku wszystkie plotki są prawdziwe.

– Nie jestem terapeutą, nie zajmuję się małżeńskimi kłopotami. Wiem, że macie z Ianem problemy, ale wiem też, że jesteś profesjonalistką. Co cię skłoni do przebrania się i wyjścia na plan?

Edie miała na sobie krótkie niebieskie kimono w barwne pawie i kwiaty. Szarpnęła pasek i kimono opadło na podłogę.

Numerek w rewanżu. Muhlenberg spełnił jej wolę.

Przy cenie tysiąca dolarów za minutę przestoju ten akt kosztował studio pięćdziesiąt cztery tysiące dolarów. Edie nie dorównywała nastoletniej gwiazdce grającej w jego ostatnim filmie, ale skoro dla ratowania kariery musiał przelecieć czterdziestosześcioletnią diwę… to cóż, mógł trafić o wiele gorzej.

Zapalił jej papierosa. Zaciągnęła się i dmuchnęła mu dymem prosto w twarz.

– Mam nadzieję, że nie czekasz na owację na stojąco. To był czysty biznes – powiedziała.

– Jasne. W takim razie powiadomię Iana, że będziesz na planie za trzydzieści minut.

– Tak, tylko nie zapomnij włożyć spodni.

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Heil Hitler! – rzucił Ian na widok wchodzącego do przyczepy Muhlenberga i wyprostował prawe ramię w geście pozdrowienia.

Nie było to zabawne ani za pierwszym razem, ani za setnym. Reżyser uśmiechnął się wymuszenie.

Bez makijażu Ian Stewart wyglądał na swoje pięćdziesiąt sześć lat. Był porywczym niepoprawnym kobieciarzem o rozbuchanym ego. Jeden z brukowców nazwał go „Russellem Crowe’em bez uroku”. Cała kariera Muhlenberga wisiała właśnie na nim.

– Odbyłem pogawędkę z Edie – zakomunikował Ianowi.

– Pogawędkę? Siedziałeś w jej przyczepie prawie godzinę. Co musiałeś zrobić? – zapytał Stewart, znacząco oblizując wargi.

– Daj spokój, Ian. To twoja wielka scena. Upierałeś się przy niej. Przez nią budżet filmu wzrósł o trzy miliony – przypomniał mu Henry. – Zrobiłem wszystko, co było trzeba. Edie jest gotowa. A teraz daj się ucharakteryzować, zanim twoja żona zmieni zdanie.

– Ja, mein Direktor. Danke schön. - Ian trzasnął obcasami.

Zdaniem Muhlenberga scena, którą mieli kręcić, była niepotrzebnym zawracaniem głowy. Eleganckie przyjęcie weselne. Ian jako pan młody. Devon Whitaker, dwudziestodwulatka, którą posuwał, jako panna młoda. Edie jako była żona wdziera się na wesele z bronią w ręku i strzela do szczęśliwych nowożeńców.

Pozory mylą. To miała być sekwencja snu, więc ten afektowany kabotyn koncertowo umierał przed kamerą, by wrócić na resztę filmu. To wszystko zaciemniało i tak już mętny scenariusz pisany przez czterech różnych autorów. Jednak Ian nie mógł sobie odmówić tego efekciarskiego chwytu. Palant.

– Słyszałeś, co się stało z Sidem Rothem? – zapytał Ian.

– Tak. Ponoć zmarł podczas śniadania w Regency. Zawał serca.

– Raczej otrucie, jeśli wierzyć plotkom. – Ian roześmiał się. – Jakoś mnie to nie zaskakuje. Sukinsyn miał mnóstwo wrogów. Aż dziw, że nikt nie ukatrupił go wcześniej.

– Widzę, że jesteś zdruzgotany – skomentował kąśliwie Henry.

– Jestem zachwycony. Po śmierci Rotha przesuwam się w górę na liście najbardziej znienawidzonych ludzi show-biznesu. Jeszcze trzech i wejdę do pierwszej dziesiątki.

– Jeśli to dla ciebie jakieś pocieszenie, tutaj jesteś numerem jeden – rzucił Henry. – Heil Hitler.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Kapitan Delia Cates jest policjantką w każdym calu. Urodziła się i wychowała w Harlemie w rodzinie gliniarzy, a dotychczasowa ścieżka kariery czyni z niej najlepszą kandydatkę na pierwszą w historii komendantkę nowojorskiej policji. Ma za sobą studia na Uniwersytecie Columbia, cztery lata w piechocie morskiej i dyplom sądownictwa karnego w John Jay College.

Przekroczyła czterdziestkę, jest dość atrakcyjna, ma ciemnobrązowe oczy, nieskazitelną kakaową cerę, ciepły serdeczny uśmiech i twardy charakter. Do tego jest urodzoną przywódczynią i najlepszą szefową, jaką miałem.

Nie każdego dnia wzywa mnie na rozmowę w cztery oczy. Dzisiejszym zaproszeniem zaskoczyła mnie akurat w chwili, gdy straciłem czujność. Wszedłem do jej biura za pięć ósma.

To było typowe dla Cates konkretne spotkanie. Wyjaśniła, czego chce, odpowiedziałem jej kilkoma wtrąconymi w odpowiednim momencie „uhm” i „pani kapitan” i wyszedłem na korytarz minutę później trochę bardziej rozdarty, niż kiedy wchodziłem.

Ruszyłem do sali konferencyjnej i usiadłem z Kylie oraz jedenastoma innymi śledczymi. Cates weszła tam dokładnie o ósmej.

– Dzień dobry, panie i panowie – zaczęła. – Jak wiecie, burmistrz rozwinął czerwony dywan długi na trzy tysiące mil popędzany nadzieją, że zdobędzie serca i portfele hollywoodzkich potentatów filmu. Nasze zadanie to zapewnić im spokój i bezpieczeństwo. Zasadniczo czeka nas to samo, co zwykle, tyle że w tym tygodniu mamy pod opieką pięć razy więcej ludzi. Większość wydarzeń będzie się toczyć za zamkniętymi drzwiami. Spotkania, lunche, objazdy po halach zdjęciowych i studiach montażowych, a wszystko to w ściśle nadzorowanym otoczeniu, najczęściej pod ochroną wynajętych przez nich ochroniarzy. – Rozejrzała się po nas. – Czeka nas jednak kilka publicznych imprez, a to zawsze przyciąga stalkerów, fanów, paparazzich i mnóstwo innych świrów. Największe przyjęcie odbędzie się dziś wieczorem w Radio City. Rozmawiałam z komisarzem z wydziału dochodzeniowo-śledczego w Midtown North. Ludzie już się gromadzą. Będziemy mieć co najmniej setkę mundurowych plus trzydzieścioro po cywilnemu, łącznie z wami. Mam dwie wiadomości, dobrą i złą. Zła jest taka, że to będzie bardzo długi i męczący dzień. Dobra, że burmistrz sypnął groszem i mamy w budżecie sporo pieniędzy za nadgodziny. – Przerwała na moment. – Na wtorek i środę zaplanowano mniej wydarzeń publicznych, ale znacie tych gości, lubią imprezować po ciężkim dniu, więc miejcie przy sobie telefon nawet w łazience. W czwartek… – Rozległ się sygnał jej komórki. – Wiecie już, o czym mówię?

Rozpoznaliśmy ten dzwonek. Cates nazywała go swoim „sygnalistą”. Każdemu, kto miał numer tego telefonu, przysługiwało absolutne pierwszeństwo przed wszystkimi innymi.

– Kapitan Cates – rzuciła, a potem przez piętnaście sekund słuchała z kamienną twarzą. – Już jedziemy. – Rozłączyła się. – Zły początek – oznajmiła, znów ogarniając nas wzrokiem. – Mamy martwego producenta z Hollywood na podłodze sali restauracyjnej hotelu Regency przy Sześćdziesiątej Szóstej i Park. Możliwe zabójstwo. Jordan i MacDonald, zajmijcie się tym.

Nie umiem wyjaśnić, co zdarzyło się potem. Kylie wstała i ruszyła do wyjścia, a ja siedziałem nieruchomo, zajęty myślami, które w nocy nie dawały mi spać. Kylie i ja byliśmy partnerami, a teraz czekało nas pierwsze wspólne śledztwo. Nie trwało to dłużej niż trzy sekundy, jednak dla Cates o trzy sekundy za długo.

– Jordan, idź – ponagliła mnie.

Poszedłem za Kylie.

Cates kontynuowała odprawę:

– Tych, którzy nie mieli okazji poznać jej wcześniej, informuję, że detektyw Kylie MacDonald jest nową partnerką Jordana. Dostała tymczasowy przydział do naszej grupy…

Tymczasowy przydział.

To były ostatnie słowa, które usłyszałem przed wyjściem. W tamtej chwili nie umiałbym nazwać towarzyszących mi uczuć.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Hotel Regency znajdował się zaledwie pięć minut drogi od komisariatu.

– Nie wierzę, że Cates już pierwszego dnia zleciła mi dochodzenie w sprawie zabójstwa – powiedziała Kylie, gdy wsiedliśmy do radiowozu.

– Możliwego zabójstwa – poprawiłem ją. – A ja nie wierzę, że zaprosiliśmy do Nowego Jorku te wszystkie grube ryby z Hollywood i jedna z nich straciła życie przed lunchem.

– Czego chciała Cates, kiedy wezwała cię przed odprawą?

– Nic ważnego.

– Cates jest zbyt zajęta, żeby wzywać kogoś z nas w nieważnej sprawie. Jeśli nie chcesz powiedzieć, to nie mów, ale nie kręć.

– Chciała wiedzieć, co z Omarem. Przekazałem jej najnowsze wieści – skłamałem nieudolnie.

Kylie nie dała się nabrać.

– Zach, jestem tu na okresie próbnym. Cates chce wiedzieć, czy się sprawdzę. A jak najlepiej się o tym przekonać? Kazać ci mieć na mnie oko i raportować.

– Bzdura. Cates sama podejmuje decyzje.

– Tak, ale to ty będziesz spędzał ze mną kilkanaście godzin dziennie. Na pewno zależy jej na twojej opinii.

Właśnie w tym celu wezwała mnie do gabinetu.

Kiedy stanęliśmy na czerwonym świetle przy Sześćdziesiątej Trzeciej i Park, odwróciłem się do Kylie.

– Mam nadzieję, że nie będziesz rozmyślała o takich bzdurach przez kilkanaście godzin dziennie.

– Zach, nie musisz mi nic mówić. Jeśli Cates cię o to prosiła, pewnie nakazała ci też milczenie. Jeśli ci to poprawi samopoczucie, mam nadzieję, że tak właśnie zrobiła.

– Dlaczego?

– Już wiesz, że jestem lepsza od ciebie, więc możesz raportować – odparła z uśmieszkiem. – Pod warunkiem, że Cates nie zapyta mojego męża. Spence nie chce, żebym pracowała tu na stałe.

Spence wie, że nie zapomniałeś o Kylie. Stanowisz zagrożenie. On nie chce, żebyś spędzał z jego żoną sześćdziesiąt godzin tygodniowo, powiedział mój wewnętrzny głos.

Choć znałem odpowiedź, chciałem ją usłyszeć od niej, więc spytałem:

– Dlaczego Spence nie chce, żebyś tu została?

– Pragnie mieć dziecko. Właściwie byłam już na to gotowa, ale kiedy pojawiła się szansa na Red, powiedziałam Spence’owi, że to moja wymarzona praca, i jeśli tam zakotwiczę, będziemy musieli odłożyć decyzję o dziecku na parę lat.

Spence nie rywalizuje z tobą, korygował mój wewnętrzny głos. On rywalizuje z pracą. Jeśli Kylie zostanie twoją partnerką, to nie zajdzie w ciążę. Co z tych spraw należy wyjawić Cates?

Przed hotelem z miejscu zakazu parkowania stał sznur limuzyn. Musiałem dać trzy sygnały kogutem, by kierowca pierwszej w ogóle raczył na mnie spojrzeć, i dwa następne, by niechętnie odjechał.

Wysiedliśmy z radiowozu.

– Jakie są zasady? – zapytała Kylie. – Jesteś wyższy rangą. Mam trzymać się w cieniu czy mogę wskoczyć w temat obiema nogami?

– Nie dzielimy partnerów na starszych i młodszych rangą – odparłem. – Jesteś tu, bo jesteś świetnym gliną. Poza tym Cates powiedziała, że ofiara to hollywoodzki producent, a ty jako żona faceta z branży rozumiesz, co tych ludzi nakręca.

– Mam dla ciebie złe wieści, Szósty. – Kylie potrząsnęła głową. – Nikt nie wie, co ich nakręca.

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Wszyscy na miejsca! – wrzasnął asystent reżysera. – Kręcimy.

Henry Muhlenberg wziął głęboki oddech. W końcu odzyskał kontrolę na planie. Dziewięć metrów dalej elegancki Kameleon w stylowym smokingu z szalowym kołnierzem jakby wyjętym z „Casablanki” pomyślał to samo.

– Klaps.

Rozległ się trzask, a po nim okrzyk asystenta reżysera:

– Akcja w tle.

Kameleon i dziewięćdziesięciu dziewięciu pozostałych statystów weszli w rolę gości weselnych, gawędząc, śmiejąc się i pijąc – a wszystko to bezgłośnie.

– Akcja! – zawołał Muhlenberg.

Nowożeńcy, czyli Devon Whitaker i Ian Stewart, weszli na parkiet. Zebrani goście przestali udawać, że rozmawiają, i zaczęli udawać oczarowanych tańcem szczęśliwej pary.

Zespół udawał, że gra. Muzyka miała zostać dodana do ścieżki dźwiękowej na etapie postprodukcji. Ian i Devon wirowali na parkiecie.

– Tańczymy, jeszcze, jeszcze – krzyknął do nich reżyser, czekając, aż aktorzy dotrą do oznaczeń na podłodze. – Teraz!

Na plan weszła Edie Coburn w szerokich spodniach o wysokim stanie w stylu Katharine Hepburn i luźnej jedwabnej bluzce w kolorze czekolady.

– Proszę, proszę! – zawołała, mierząc do nowożeńców z dziewięciomilimetrowego pistoletu sig pro. – Była pani Minetti w końcu spotyka obecną panią Minetti.

Tłum zareagował z właściwym w tej sytuacji przerażeniem. Muhlenberg zerknął na ekran kamery pokazującej zbliżenie. Edie Coburn była na pozór spokojna i zimna, ale w środku gotowała się z wściekłości. Nie musi specjalnie się wysilać, żeby grać zazdrosną eksżonę, pomyślał. Była świetna.

Ian odwrócił się w jej stronę bardziej zły niż przestraszony.

– Opuść broń, Carla. Jeśli to kolejna z twoich głupich melodramatycznych…

Edie strzeliła do panny młodej. Raz. Drugi. Koronkowy karczek sukni ślubnej zabarwiła krew. Devon osunęła się na ziemię. Ian wydał z siebie jęk i rzucił się ku Edie, która w tej samej chwili wystrzeliła ponownie. Na białej koszuli Iana pojawiła się rosnąca z każdą chwilą krwawa plama. Ian zachwiał się, a Edie strzeliła jeszcze raz. Jasnoczerwona krew tętnicza trysnęła na podłogę. Ian padł jak kłoda.

To była widowiskowa filmowa śmierć. Henry utrwalił ją czterema kamerami z różnych ujęć.

– Cięcie! – krzyknął. – Świetnie!

Asystent reżysera pomógł wstać zakrwawionej pannie młodej.

– Ian, pomóc ci? – zapytał.

Ian Stewart nie odpowiedział. Dyszał ciężko, z jego tchawicy wydobył się bulgot, gdy buchająca z niej krew spłynęła na parkiet.

Pierwszy zorientował się w sytuacji człowiek od efektów specjalnych. Pojemniczki ze sztuczną krwią umieszczone w ślubnym stroju eksplodowały jak należy, ale krew zalewająca Iana była jak najbardziej prawdziwa.

– To ostra amunicja! – wrzasnął, skacząc ku Edie i wyrywając jej broń.

Henry Muhlenberg był tuż za nim. Kucnął i ujął w dłonie głowę Iana. Teraz krew sączyła się strużką. Ian miał wykrzywioną twarz, szeroko otwarte usta i szeroko otwarte, niewidzące już oczy.

– Wezwijcie lekarza! – zawołał Muhlenberg, chociaż wiedział, że Ianowi nikt już nie zdoła pomóc.

Statyści poderwali się z miejsc. Jedni zastygli w bezruchu, inni płakali, niektórzy przysunęli się bliżej w poszukiwaniu lepszego punktu obserwacyjnego.

Kameleon stał wśród nich znieruchomiały. Był kolejną przerażoną twarzą w tłumie innych przerażonych twarzy.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Kiedy weszliśmy z Kylie do holu Regency, rzuciło się w naszą stronę trzech mężczyzn. Byli to dyrektor hotelu, szef kuchni i przedstawiciel spółki. Dyrektor poinformował nas, że jeden z gości miał atak serca, a prawnik zadeklarował gotowość pomocy z ich strony.

W minionej epoce śledczy uciąłby te okrągłe słowa stwierdzeniem „Bzdura, zależy wam tylko na tym, żeby gliniarze i nieboszczyk zniknęli stąd jak najszybciej, co pozwoli wam kontynuować lunch i udawać, że nic się nie stało”.

Dzisiaj nowojorska policja jest inna. Praktykujemy zasadę UPS, czyli Uprzejmość, Profesjonalizm, Szacunek. Dlatego podziękowałem im za pomoc, wymieniłem się wizytówkami i grzecznie poprosiłem o cierpliwość na czas koniecznych oględzin zmarłego.

– Mamy na sali defibrylator – powiedział dyrektor, jakby chodziło o próbę generalną dochodzenia w sprawie polisy ubezpieczeniowej – ale wygląda to na jeden z tych nagłych i śmiertelnych zawałów. Nie było czasu na ratowanie.

– Nie zdziwiłbym się, gdyby zmarły okazał się nałogowym palaczem – powiedział oficjel, który wyglądał na faceta wyznaczonego do zatuszowania sprawy. Potem zapewnił, że hotel oddaje nam wszelkie, jak to ujął, „zasoby” do dyspozycji, by pomóc w jak najszybszym wyjaśnieniu tej tragedii.

Prócz wózka do przewożenia bagaży, na który można wrzucić ciało i ukryć je za kontuarem recepcji, nie mogłem sobie wyobrazić, o jakie zasoby mu chodzi.

Nie miałem też pojęcia, jak opisują salę restauracyjną w prospektach reklamowych, ale ja nazwałbym ją Elegancją Starych Majątków. Pluszowe dywany, ciężkie kotary, jedwabne tkaniny na ścianach, tapicerowane krzesła – wszystko w różnych odcieniach złota. Jaskrawo z nimi kontrastowały brązowawoczerwona kałuża i leżące na ziemi ciało mężczyzny. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że ten gość definitywnie nie wróci do Los Angeles pierwszą klasą.

– To Sidney Roth z Bell Air w Kalifornii, pięćdziesiąt trzy lata.

Tę informację podał nam Chuck Dryden, technik kryminalistyki o bystrym oku, niezwykłych zdolnościach i świetnym wyczuciu. Konkretny do bólu, zawsze przechodził do sedna, nie wdając się w pogawędki.

Przedstawiłem go Kylie, choć pewnie uznał to za stratę sześciu sekund swego cennego czasu.

– Jaka jest przyczyna śmierci? – zapytałem. – Hotelowe szychy twierdzą, że to zawał serca. Według mnie ucieszą się z każdej zesłanej przez Boga przedwczesnej śmierci, która uwolni ich od konieczności wypłaty odszkodowania.

– Ofiary zawału serca zwykle nie zanieczyszczają gaci – powiedział Dryden. – Podejrzewam otrucie, ale pewność zyskamy dopiero po sekcji i badaniu na zawartość toksyn.

– Dzięki.

Chuck skinął głową i wrócił do pracy.

– Słyszałeś? – szepnęła Kylie. – Powiedział: otrucie.

– Powiedział, że podejrzewa otrucie.

– Oby miał rację. Jeszcze nigdy nie pracowałam nad zabójstwem z użyciem trucizny – oznajmiła podekscytowana.

– Czy mogę dać ci radę?

– Jasne.

– Mnóstwo ludzi na nas patrzy. Spróbuj powściągnąć tę radość.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Nic tak dobrze nie wpływa na pozbycie się gości z pełnej restauracji, jak zakrwawione ciało. Powiedziano nam, że kiedy Roth upadł na podłogę, ktoś krzyknął: „Dzwońcie pod dziewięćset jedenaście!”. Potem wszyscy zgodnie zawołali: „Rachunek!”.

Zanim zaczęliśmy przesłuchiwać dwóch pierwszych świadków, ubranych w uniformy pracowników hotelu, większość pozostałych potencjalnych świadków zdążyła już opuścić budynek. Na szczęście to był Regency, nie Starbucks, więc Philippe, uczynny i bardzo pomocny, chociaż sztywny kierownik sali, zajrzał do notatek z rezerwacjami i odtworzył rozmieszczenie gości przy stołach od chwili otwarcia do chwili śmierci Rotha.

– Pan Roth siedział przy stole dwunastym z czterema innymi gośćmi – powiedział. – Dwóch z nich jest tu nadal.

Wskazał dwóch mężczyzn po trzydziestce siedzących przy stole w rogu. Między nimi stały srebrna karafka i dwie filiżanki.

Jeden z nich wyszczerzył zęby w uśmiechu i zamachał.

– Nie wygląda na przejętego śmiercią Rotha – zauważyłem. – Do kogo tak macha?

– Do mnie. Znam go. To kolega Spence’a – wyjaśniła Kylie.

Gdy podeszliśmy do stołu, mężczyzna podniósł się z krzesła.

– Kylie, wiedziałem, że jesteś gliną, ale nie sądziłem, że spotkamy się w takich okolicznościach.

– To mój partner, detektyw Zach Jordan – powiedziała Kylie. – Zach, to Harold Scott.

– Przyjaciele nazywają mnie Scotty. – Uścisnął mi dłoń. – A to jest Randy Pisane. Jedliśmy śniadanie z Sidem Rothem – dodał.

– Dzięki, że zostaliście. Powiecie nam, co się stało?

– Roth był w świetnej formie i zaczął nas raczyć opowieściami o hollywoodzkich potyczkach. Pracował ze wszystkimi, z Eastwoodem, Newmanem, Brando, z największymi z największych. Gdyby choć połowa tych historyjek była prawdziwa…

– Scotty – weszła mu w słowo Kylie – co się stało przy stoliku?

– Krótko mówiąc, nagle wstaje, rzyga, dostaje ataku i pada na podłogę. Rozbija sobie głowę, krew jest wszędzie. To było straszne. Na filmach widzi się o wiele bardziej przerażające rzeczy, ale w prawdziwym życiu, to jest hm… rzeczywiste. Okropne.

– Czy Roth złapał się za serce albo za ramię? – zapytała Kylie.

– Nie wiem. – Scotty wzruszył ramionami. – To działo się zbyt szybko. A wymioty przyprawiły mnie o mdłości.

– Chodzi ci o to, czy chwycił się za serce, jakby dostał zawału? – wtrącił Pisane.

– Tak.

– Nie, nic takiego nie zrobił. Nie jestem lekarzem, ale przez dwa sezony pracowałem przy „CSI: Kryminalne zagadki Miami”. To, co stało się z Rothem, wyglądało jak w odcinku, w którym gość został otruty.

– Chodziło o zatrucie pokarmowe? – zapytałem.

Pisane spojrzał na mnie jak na głupka.

– Nie! O truciznę. Nie oglądasz „Kryminalnych zagadek Miami”?

– Więc mówisz o zabójstwie. Czy Roth miał wrogów?

Obaj zaśmiali się krótko.

– Lista byłaby o wiele krótsza, gdybyś zapytał, czy miał przyjaciół – powiedział Scotty.

– Scotty ma rację – przytaknął Pisane. – Wrzuć jego nazwisko do Google’a. Był z niego kawał skurczybyka, ale wszyscy chcieli z nim pracować, bo zarabiał kupę forsy.

Podziękowaliśmy im i wróciliśmy do Drydena, który nadal obfotografowywał stolik numer dwanaście.

– Jeden ze świadków potwierdza twoją teorię – oznajmiłem. – Twierdzi, że zaobserwował u Rotha symptomy wskazujące na otrucie.

– Jest lekarzem? – zapytał rzeczowo Dryden.

– Nie, pisze scenariusze do „Kryminalnych zagadek Miami”.

– To bzdury, nigdy tego nie oglądaj.

Philippe słusznie kazał wstrzymać się z uprzątnięciem stolika Rotha. Stało tam nadal pięć talerzy, pięć filiżanek kawy, pięć szklanek z wodą i jedna pusta szklanka po soku.

– To Rafe. – Skinął na pracownika restauracji. – Był kelnerem pana Rotha.

– Gdzie siedział pan Roth? – zapytałem.

Rafe bez słowa wskazał szklankę po soku.

– Chuck – zwróciłem się do Drydena – powkładaj to do torebek i oznacz, ale kiedy zaczniesz sprawdzać w laboratorium, to proszę, zacznij od tej szklanki.

– Możesz jeszcze sprawdzić wszystko w kuchni – dodała Kylie. – Na wypadek gdyby ktoś usiłował otruć wszystkich obecnych w restauracji, a Roth okazał się pierwszą ofiarą.

Chuck skinął głową niemal niezauważalnie, co można było uznać za oznakę zgody.

– Rafe, to ty przyniosłeś sok panu Rothowi? – zapytałem kelnera.

– Nie. W kuchni był pomocnik kelnera. Jakiś nowy Latynos. Posłałem go do stolika, żeby nalał kawę. Kiedy tam poszedł, Roth kazał mu przynieść sok pomidorowy. Wrócił do kuchni po sok i podał go Rothowi.

– Jak się nazywał?

– Nie wiem. Jak mówiłem, był nowy – odpowiedział Rafe.

– Gdzie jest teraz? – drążyłem.

Rafe wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia. Nie ma go ani tutaj, ani w kuchni. Pewnie poszedł do domu.

Odwróciłem się do Philippe’a, który pokręcił głową.

– Dzisiaj nie było tu żadnego nowego pomocnika kelnera. To bardzo pracowity tydzień. Przy wzmożonym ruchu polegam tylko na zatrudnionych na stałe. Nie wiem, kto przyniósł sok.

Zadzwoniła moja komórka. To była Cates.

– Mów – rzuciła.

– Jesteśmy w Regency. Podejrzewamy zabójstwo. Wygląda to na morderstwo pierwszego stopnia, ale musimy dać czas szczurom laboratoryjnym na sekcję. Wracamy na posterunek.

– Nie – zaoponowała. – Jedźcie do Silvercup Studios. Tam jest kolejne ciało. Ian Stewart. Aktor.

– Co się stało? – spytałem.

– Został zastrzelony.

– Są świadkowie?

– Co najmniej stu – odparła Cates. – A jeśli żaden z nich nie okaże się pomocny, mamy wszystko na nagraniu.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Dałem Philippe’owi mój adres mejlowy i poprosiłem o przesłanie listy wszystkich obecnych w sali restauracyjnej podczas zdarzenia. Na samym początku miał umieścić nazwiska dwóch pozostałych mężczyzn, którzy jedli śniadanie z Rothem i ulotnili się przed naszym przyjazdem.

Poprosiłem też Rafe’a, by usiadł z policyjnym rysownikiem i z jego pomocą stworzył portret pamięciowy pomocnika kelnera, ale na widok gotowego szkicu wiedziałem, że była to strata czasu. Rozpowszechnianie portretu Portorykańczyka wyglądającego jak milion innych Latynosów od Williamsburga po hiszpański Harlem nie miało najmniejszego sensu.

Podziękowałem Philippe’owi i gestem wskazałem Kylie wyjście. Przy drzwiach czekała hotelowa nieświęta trójca.

– Macie kamery monitorujące w sali restauracyjnej? – zapytałem.

Dyrektor przeszył mnie takim wzrokiem, jakbym spytał o wizjery w łazienkach dla gości.

– To Regency – odparł. – Nasi goście cenią sobie dyskrecję i troskę o ich prywatność.

– A co się dzieje na zapleczu? Obserwujecie personel kuchenny?

– Obserwowaliśmy – dyrektor spojrzał na szefa kuchni – ale Etienne usunął kamery, kiedy zaczął tu pracę dwa lata temu.

Krzepki szef kuchni machnął ręką w geście oznaczającym, że nie żałuje tej decyzji.

– Obecność kamer mnie obraża, poza tym przeszkadza w pracy – powiedział.

Kiedyś skwitowałbym te słowa stwierdzeniem w rodzaju: „Bez kamer łatwiej napluć gościowi do talerza, jeśli kogoś wkurzy”, ale przypomniałem sobie nauki wyniesione z treningu wrażliwości i powiedziałem:

– Będziemy potrzebować listy wszystkich, którzy dziś rano pracowali w kuchni.

– Dobrze – odparł Etienne.

Moja prośba nie spodobała się przedstawicielowi spółki.

– Detektywie, czy to naprawdę konieczne? To przecież atak serca.

– Prowadzimy policyjne dochodzenie. Teraz musimy już iść, ale jeszcze wrócimy, by porozmawiać.

– Chwila! – zawołał Etienne. – Musimy szykować lunch. Jak długo jeszcze ten… ten… – Wskazał ciało leżące na dywanie.

Jestem pewien, że widok martwego Rotha obrażał go i przeszkadzał równie mocno jak obecność kamer.

– Przykro mi, że tyle to trwa. Ciało z pewnością zniknie za kilka minut. Dziękuję za okazaną cierpliwość – powiedziałem, stosując klasyczną formułkę, jaką kelnerzy raczą klientów, gdy zamówiona przed godziną kolacja nadal nie wyłania się z kuchni.

Wątpię, czy szef kuchni Etienne docenił tę ironię w moim wydaniu.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Kylie odezwała się, dopiero gdy wsiedliśmy do radiowozu.

– Jak na parę śledczych z wydziału zabójstw niewiele wyśledziliśmy – zauważyła.

– Z technicznego punktu widzenia na razie nie ma czego wykrywać. Jedyny świadek, który twierdzi, że to zabójstwo, żyje z pisania scenariuszy serialu kryminalnego. Chuck Dryden wie, że to trucizna, ale oficjalną wersję przedstawi dopiero po serii badań w laboratorium.

– Daj spokój, Zach – zaoponowała Kylie. – Mógł to już zrobić na miejscu zdarzenia. Jeśli chcesz znać moje zdanie, to niektórzy gliniarze są zbyt drobiazgowi.

– Zarzucasz mu drobiazgowość? Kylie, facet jest bardziej naukowcem niż policjantem. Jego praca polega na drobiazgowości.

Posłała mi łobuzerski uśmiech, który po chwili zamienił się w głupawy chichot małolaty.

– To cię złapałam – powiedziała. – Naprawdę sądzisz, że mam problem z gliniarzami, którzy ściśle trzymają się przepisów?

– Wybacz, ale masz opinię takiej śledczej, która pracuje po wariacku.

– Tak było kiedyś. Nowa ja jest wzorową skautką. Moim celem jest działanie według zasad, zaimponowanie kapitan Cates i praca z tobą przez parę następnych lat.

I nie zajść w ciążę, dopowiedziałem w myślach.

Skręciłem na wschód w Pięćdziesiątą Dziewiątą Ulicę, minąłem Bloomingdale’s i przeciąłem Trzecią Aleję. Przed sobą mieliśmy most prowadzący do Queens.

– Widzę, że nie wracamy na posterunek – zauważyła Kylie.

– Dzwoniła Cates. W Silvercup Studios była strzelanina.

– Boże, Spence tam jest.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem zdjęcie Spence’a Harringtona w jej telefonie, zarabiał na życie pisaniem scenariuszy dla telewizji i był ekschłopakiem Kylie. Dziesięć lat później jest głównym producentem kręconego w Nowym Jorku serialowego hitu o policjantach.

Chciałbym powiedzieć, że szczerze go nie znoszę, ale Spence jest porządnym facetem. Kylie rzuciła go przed laty, gdy zaczynała karierę jako stróż prawa, a on był uzależniony od kokainy. Spence jednak nie chciał jej stracić. Nie zdradzając się ani słowem, poszedł na odwyk. Dwadzieścia osiem dni później pojawił się czysty i zdesperowany. Poprosił Kylie o ostatnią szansę, którą dostał. Metamorfoza Spence’a była niezwykła, prawdziwa i zupełna. Rok później wzięli ślub.

Kiedy tylko Kylie usłyszała o strzelaninie w Silvercup Studios, z twardej policjantki przemieniła się w zaniepokojoną żonę.

– Wybacz – powiedziałem. – Ofiarą jest Ian Stewart. Nie wiedziałem, że Spence pracuje w Silvercup.

– Kręci nowy serial – wyjaśniła z widoczną ulgą. – Znowu policyjny i znowu cholernie dobry. Przygotowuje pilota serialu dla hollywoodzkiej śmietanki na środowy wieczór. A wszystko dlatego, że burmistrzowi zależy na przekonaniu grubych ryb, jaką radością jest filmowanie strzelanin w Nowym Jorku.

– Burmistrz wdepnął w niezłe gówno. Przyjemność filmowania strzelanin w Nowym Jorku zyskała właśnie nowe znaczenie.

Kylie wyjęła telefon i wcisnęła przycisk szybkiego wybierania.

– Cześć, skarbie, to ja. Wszystko w porządku?

Nawet nie będąc detektywem, domyśliłbym się, kogo nazywa skarbem.

– Spence jest cały i zdrowy – zwróciła się do mnie.

– Pozdrów go ode mnie.

– Zach cię pozdrawia. Wiedziałeś, że w wytwórni była strzelanina? – Zamilkła, słuchając odpowiedzi. – Dlaczego nie zadzwoniłeś, żebym się nie martwiła? – Tu nastąpiła dłuższa pauza. – Och, nie sprawdzałam poczty. Następnym razem dzwoń. Zach nie będzie miał ci za złe.

– Czego mam nie mieć za złe?

– Spence nie dzwonił, ponieważ to mój pierwszy dzień, a on nie chciał zawracać nam głowy.

– Żaden kłopot, Spence! – zawołałem.

– Jesteśmy w radiowozie. Na moście. Dostaliśmy informację o zastrzeleniu Iana Stewarta.

Nastąpiła długa pauza, podczas której Kylie słuchała Spence’a.

– Słuszna uwaga. Dzięki. Ja też cię kocham. – Rozłączyła się.

– Jaką słuszną uwagę usłyszałaś od Spence’a? – zapytałem.

– Ludzie mówią, że to był wypadek, ale on w to nie wierzy.

– Dlaczego nie?

– Powiedział, że do takich dupków jak Ian Stewart nie strzela się ot tak, przypadkiem.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Zanim Silvercup Studios stały się centrum produkcji filmowej w Nowym Jorku, mieściła się tam piekarnia. Nie żartuję. Do początku lat osiemdziesiątych firma Silvercup White produkowała tu gąbczasty chleb tostowy wyrabiany z mąki, wody i powietrza, stanowiący podstawowy pokarm pokolenia moich rodziców.

Jak napisał kiedyś pewien gazetowy kalamburzysta, ktoś w końcu się zorientował, że robienie filmów przynosi więcej kasy niż wyrabianie ciasta. Przynajmniej kiedyś było to takie proste wyliczenie, ale efekt jest taki, że po trzydziestu latach Silvercup stało się największym studiem filmowym i telewizyjnym w północno-wschodnich Stanach.

Jedyną pozostałością z czasów świetności jest niezniszczalny napis „Silvercup”, który dominuje nad okolicą i rzuca się w oczy już na moście wiodącym do Queens. Wystarczyło usunąć słowo związane z pieczywem i zamienić je na „Studios”.

Na zjeździe z mostu skręciłem w prawo i znalazłem się wśród magazynów, warsztatów samochodowych i całej reszty industrialnego szkaradztwa decydującego o charakterze Long Island City. Przed kompleksem budynków przy Dwudziestej Drugiej Ulicy stały już trzy radiowozy z posterunku sto ósmego. Jeden z mundurowych dał mi znak, żebym wjechał przez główną bramę.

Bob Reitzfeld czekał na parkingu. Bob to emerytowany porucznik nowojorskiej policji, który uwielbia się chwalić, że jedyną rzeczą, jaka mu nie wyszła, to nicnierobienie. Odszedł na emeryturę z pełną pensją, próbował golfa, tenisa i wędkarstwa, a po trzech miesiącach uznał, że żadnego z tych zajęć nie polubi, i zatrudnił się jako ochroniarz w Silvercup za piętnaście dolarów za godzinę. Dwa lata później awansował na ochroniarza najważniejszego miejsca.