Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 327 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Scarlett - Barbara Baraldi

Scarlett ma szesnaście lat i właśnie przeprowadziła się do Sieny.  Zostawiła za sobą wakacje, swoją najlepszą przyjaciółkę i  kiełkującą miłość do Matteo… W nowej szkole poznaje Umberto, który od razu okazuje jej zainteresowanie, jednak Scarlett odkrywa, że jej koleżanka z ławki Caterina jest w nim skrycie zakochana.  Co wybrać: miłość czy przyjaźń? Odpowiedź przychodzi sama podczas szkolnego koncertu, kiedy na scenę wchodzi chłopak o oczach jasnych jak lód i ich wzrok spotyka się w tłumie. Mikael, basista zespołu Dead Stones, pojawia się przy niej w najbardziej niespodziewanych momentach, by za chwilę zniknąć, a Scarlett nie potrafi oprzeć się jego magnetycznemu spojrzeniu.

Jednak Mikael jest zbyt piękny i zbyt niezwykły, by mógł być prawdziwy: tylko Umberto zdaje się znać jego sekret, lecz nie udaje mu się ostrzec Scarlett

Niedługo potem  w szkole ma miejsce niewyjaśnione morderstwo, a Scarlett pada ofiarą przerażającego ducha o płonących oczach.

Kim naprawdę jest Mikael? Jej aniołem stróżem czy prześladującym ją demonem?

Opinie o ebooku Scarlett - Barbara Baraldi

Fragment ebooka Scarlett - Barbara Baraldi

BARBARA BARALDI

BARBARA BARALDI

Scarlett

Tłumaczenie: Karina Burchardt

Tytuł oryginału: Scarlett

Tekst: Barbara Baraldi

© Copyright by Arnoldo Mondadori Editore S.p.A., Milano 2010

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2012

ISBN: 978-83-7895-553-5

Tłumaczenie: Karina Burchardt

Redakcja: Agnieszka Skórzewska

Korekta: Agnieszka Skórzewska, Renata Falkowska, Magdalena Adamska

DTP: Bernard Ptaszyński

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 96

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

PROLOG

Ulewa. Noc owija mnie w swój czarny aksamitny płaszcz. Kaptur naciągnięty na twarz, błąkam się zalana deszczem i łzami. Wątpliwości, strach; nie wiem już, w co wierzyć, komu wierzyć. Drżę... nie tylko z zimna. Emocje powstają we mnie jak wstrząsy, jak błyskawice, które przecinają niebo.

Park wygląda jak wyjęty z koszmaru. Rozmyte kształty drzew, mrok, w którym giną zarysy budynków. Na kilka chwil zastygam w bezruchu. Nie spodziewałam się, że zastanę drzwi niedomknięte. Skradam się na palcach. Nim się zorientuję, jestem w środku. W błyszczącej podłodze odbija się blado moja postać. Zdaję sobie sprawę z fatalnego błędu, jaki popełniam. Nie powinno mnie tu być, jednak zaciskam pięści i ruszam dalej. Muszę to wyjaśnić, muszę znaleźć odpowiedź.

„Komórka, Scarlett, wyciągnij komórkę!”.

Biorę telefon do ręki, wpisuję numer alarmowy. Podążam za hipnotycznym dźwiękiem, który prowadzi mnie w stronę krętych schodów w głębi sali.

Potężny grzmot, potem piorun rozświetla noc. Oświetla mnie niczym błysk flesza. Nie mogę powstrzymać krzyku. Serce wali jak dzwon.

Po omacku szukam włącznika światła. Właśnie wtedy widzę je przed sobą.

Oczy czerwone, żarłoczne, niczym oczy dzikiego zwierzęcia. Za ni mi mroczny cień, wysoki na co najmniej dwa metry. Próbuje mnie chwycić, lecz udaje mi się wyślizgnąć. Zaczynam biec. Krzyczę, a głos jak kawałek papieru ściernego z trudem przechodzi przez gardło.

Łapię oddech, patrzę do tyłu, już go nie widzę. Chyba go zgubiłam.

Nim zdążyłam to pomyśleć, czerwone oczy znowu były tuż przede mną.

Staram się uciec, potykam się i padam dłońmi na ziemię. Przeszywający ból. Komórka odskakuje na kilka metrów. Nie ma czasu, by ją podnieść. Wstaję, znowu potykam się i upadam na kolano.

Mroczny cień wyrasta nade mną. Ciemność nie pozwala mi przyjrzeć mu się dokładnie. Oczy przede mną błyszczą jak dwie krople krwi. Atakuje mnie bez wahania, brutalne uderzenie. Przelatuję kilka metrów niczym bezwładna lalka. Ból odbiera mi oddech.

Uderzam o ścianę i spadam na ziemię z hukiem. Kaszlę, czuję ucisk w piersi. Zaciskam pięści, chcę się podnieść, ale nic z tego. Cień jest już przede mną. Jego ręka jest jak obręcz, chwyta mnie za szyję i przyciska do ściany. Jego dotyk jest zimny jak stal, zapach jego skóry tak cierpki, że łzy napływają mi do oczu.

Kopię, drapię, szarpię się. Wszystko na nic. Nie mogę oddychać. Uścisk staje się silniejszy. Bolesne rzężenie. Jestem gotowa pożegnać się z życiem tym ostatnim spojrzeniem na czarne niebo przecięte milionami kropel spadającego deszczu. Słona kropla spada z moich rzęs i ścieka na usta.

– Mikael – szepczę.

I

Lato uleciało jak piękny motyl o kolorowych skrzydłach. Ledwie przysiadł na kwiecie moich wspomnień, a już odleciał w pośpiechu. I tak nadszedł koszmarny pierwszy dzień w nowej szkole. Bi cie serca takie samo jak co roku, lecz tym razem z innego powodu. W zeszłym roku biło z niecierpliwości – miałam znów spotkać moich znajomych, wśród nich Manuelę, która spędziła wakacje w domku nad morzem – (byłam gotowa zasłuchać się w jej wciągające, czasem pikantne opowieści), i Matteo, mojego najlepszego przyjaciela. A może nawet więcej niż przyjaciela.

W tym roku byłam przerażona. Przede mną czysta kartka, którą muszę zapisać od początku. Myję twarz mydłem w płynie o zapachu jagód i widzę się w lustrze zmienioną po nieprzespanej nocy. Zamykam oczy i szukam w wyobraźni mi ny, która wyrażałaby pewność siebie. Wychodzi mi z tego śmieszny grymas, biorę więc szczotkę i zabieram się energicznie za rozczesywanie włosów. Prze trwam ten pierwszy dzień z podniesioną głową, opanuję strach i tęsknotę, które raz po raz mnie nachodzą. Z dala od Cremony, z dala od moich nauczycieli, których zdążyłam już poznać i których przestałam się bać, z dala od rad Manueli i spojrzeń Matteo, z dala od wszystkiego tego, co dotąd uważałam za dom.

Przeprowadzka była męcząca i niespodziewana. Chwilę wcześniej rozmyślałam o wakacjach i problemach ostatnich dni szkoły. Chwilę później odkryłam, że czeka na mnie nowy dom i wszystkie związane z tym konsekwencje.

– Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Nie będę mogła nawet pożegnać się z moją klasą... Ja też jestem częścią tej rodzi ny, jeśli się jeszcze nie zorientowaliście.

– Skarbie, postaraj się nas zrozumieć. Nie mówiliśmy ci nic, żeby cię nie martwić. Wiem, jaka jesteś wrażliwa i nie chciałem, żeby ta wiadomość wpłynęła na twoje wyniki w nauce, zwłaszcza pod koniec roku szkolnego. – To odpowiedź Arrigo, mojego ojca. Kiedy rodzice zaczynają mnie wkurzać, zwracam się do nich po imieniu.

Próbowałam wyjaśnić im, dlaczego nie mogę opuścić Cremony, zwłaszcza w tym momencie mojego życia. Myślałam o Matteo i naszym ukradkowym pocałunku w pracowni fizycznej sprzed kilku zaledwie godzin. Ale decyzja już zapadła i musiałam się z nią pogodzić.

– Z kolegami ze starej szkoły będziesz mogła rozmawiać codziennie, przez telefon albo przez Internet.

Co mój oj ciec wie o Internecie?

– Scarlett, wiem, że będzie ci trudno odnaleźć się w obcym mieście, ale będziesz miała okazję zdobyć nowych przyjaciół – powiedział, wpatrując się we mnie swoimi wielki mi niebieski mi oczami.

Poczułam dziwny ucisk w żołądku. Chciałam powiedzieć mu, jak bardzo jestem sfrustrowana, ale słowa nie wychodziły z moich ust.

Mówienie o uczuciach jest dla mnie tak samo trudne, jak ich okazywanie. Złość czy wzruszenie biorą górę, oczy zachodzą mi łzami i wystarczy jedno słówko, a niechybnie się rozpłaczę. Zamiast zalewać się łzami, wolę zakończyć rozmowę i zamknąć się w bezpiecznej ciszy.

– Scarlett, pośpiesz się albo spóźnisz się do szkoły! – Głos mamy gwałtownie wyciąga mnie z morza wspomnień.

Wzdycham i rzucam jeszcze jedno niezadowolone spojrzenie mojemu odbiciu w lustrze. Co jest nie tak? Blondynka, proste włosy poniżej ramion. Fakt, końcówki są trochę rozdwojone. Czasami moje włosy są takie delikatne. Dotykam pieprzyka nad górną wargą. Pamiątka po mojej angielskiej babci.

Normalna, jestem zbyt normalna, w tym tkwi problem. Może powinnam ufarbować włosy? Gdy mam zły humor, nie wydają mi się popielate, raczej mysioszare. Może ognisty rudy, jak ten, który Manuela zaprezentowała w zeszłym roku po powrocie z wakacji? Wszyscy byli zachwyceni. A może powinnam obciąć je, wycieniować i ufarbować na czarno? To na pewno uwydatniłoby moje niebieskie oczy: są tak samo duże, jak oczy mojego ojca, ale mają taki szarawy odcień i...

Drzwi od łazienki otwierają się na oścież i Marco, mój młodszy brat, wpada jak burza:

– Ruszysz się stąd? Nie zrobisz się od tego ładniej sza! – docina mi. Podchodzi jeszcze jeden krok bliżej, wyrywa mi szczotkę, robi głupią minę, odwraca się i ucieka.

– Już ja cię urządzę! – krzyczę i gonię go po schodach. On śmieje się i wślizguje do kuchni. Zanim tam wejdę, zwalniam i zaciskam kciuki; mam nadzieję, że chociaż dzisiaj moja matka ma dobry humor. To byłby cud.

– Dzień dobry – mówię, zmuszając się do uśmiechu.

Widzę Marco na swoim miejscu, tuż obok telewizora, ale po szczotce nie ma już śladu. Na pewno kryje ją pod stołem. Rzucam mu spojrzenie, które odwzajemnia jedną ze swoich zwyczajowych min. Moje krzesło jest naprzeciwko okna. Mogę z niego obserwować to, co dzieje się na zewnątrz, wyłapywać ledwie zauważalne ruchy wielkiego samotnego drzewa, którego gałęzie unoszą się do góry ni czym ramiona osoby poddającej się. Dostrzegam między nami pewne podobieństwo.

– Jak ty się uczesałaś? Myślałam, że będziesz chciała zrobić dobre wrażenie na nowych kolegach, koleżankach i chociaż pierwszego dnia jakoś wyglądać. Nie widzisz, że ta koszulka jest wyblakła? – Mama jak zawsze mówi szybko i nie daje mi nawet szansy odpowiedzieć, zanim doda: – Muszę wreszcie zająć się twoją garderobą. Najchętniej nigdy byś ni czego nie wyrzucała, zupełnie jak twoja babcia. – Nie trzeba chyba mówić, że moja mama i babcia Evelyn, mama taty, ni gdy za sobą nie przepadały. Babcia żyje wspomnieniami, a każdy przedmiot przywołuje jedno z nich.

– Miałam na sobie tę koszulkę w pierwszy dzień szkoły w zeszłym roku. Po prostu mam nadzieję, że przyniesie mi szczęście – mamroczę. Nalewam sobie mleka, dosypuję płatki i zaczynam jeść z apetytem. – Poza tym, to ty zniszczyłaś ją w praniu, przez tę swoją obsesję prania wszystkiego w sześćdziesięciu stopniach.

– Nie mów z pełną buzią!

– Zresztą, efekt vintage to ostatni krzyk mody. – Teraz naprawdę się wkurzyła...

– Rób, jak chcesz, Scarle-tt. – Trafiony, zatopiony! Mama, kiedy traci cierpliwość, skanduje podwójne „t” na końcu mojego imienia, brzmi to wtedy bardzo groźnie: Scarle-tt. Nie mogę odpowiedzieć jej w ten sam sposób: ma na imię Simona.

Lubię swoje imię, choć trochę minęło, nim całkiem do niego przywykłam. Moja prababka miała na imię Scarlett. Ni gdy jej nie poznałam, ale babcia Evelyn mówi, że była do mnie bardzo podobna i na pewno bardzo chciałaby mieć wnuczkę, której mogłaby opowiadać historie o swoim długim życiu, niczym czarno-białe bajki. Urodziłam się kilka miesięcy po tym, jak zgasła, ni czym świeca wypalona przez życie pełne wielkich emocji i burzliwych miłości. Wyobrażam ją sobie trochę jak dark lady na emeryturze, w nieodzownych strojach total black i w fikuśnych czarnych woalkach, które pamiętam ze zdjęć.

Oczywiście Simona ze wszystkich sił opierała się temu, bym ja, stuprocentowa Włoszka, odziedziczyła tak egzotyczne imię. Ale tata jest mistrzem perswazji. Jak go znam, zwrócił jej uwagę na to, że będziemy miały takie same inicjały. Jakkolwiek to rozegrał, ostatecznie mama zgodziła się, by jej pierworodna córka miała imię niczym gwiazda z Hollywood.

– Gdzie tata? – pytam, by wypełnić ciszę.

– Wyszedł godzinę temu.

Od czasu, gdy przeprowadziliśmy się do Sieny, tata ma nadgodziny praktycznie codziennie, a do domu wraca tylko na noc. To chyba normalne, gdy zaczyna się nową pracę, zwłaszcza na wysokim stanowisku. Dlatego jestem cierpli wa, choć w domu przydałoby się nieco spokoju, a z Simoną, która wścieka się o byle co, nie jest to łatwe.

Najbardziej charakterystyczną cechą mojej matki jest bez wątpienia determinacja. Która czasami przeradza się w agresję. Metr sześćdziesiąt zwieńczone kopułą włosów o zmiennym kolorze; od zawsze fryzjerka, kilka lat temu zdołała wreszcie otworzyć własny salon, dając wyraz swojej niespotykanej zaradności. Nie wątpię, że było jej przykro go zostawić. Dla niej przeprowadzka do Sieny oznaczała rezygnację z tego, czemu poświęciła wiele lat pracy i zaangażowania. Teraz ma włosy w kolorze gorzkiej czekolady, ale jestem przekonana, że za kilka tygodni wróci do domu z zupełnie nowym kolorem, z pewnością bardziej krzykliwym. Moja matka uwielbia żywe kolory i mimo wąskich ust nie rezygnuje nigdy z jaskrawoczerwonej szminki.

– To idę. – Wstaję i biorę do ręki plecak.

– Cześć – odpowiada mi zamyślona. Mały Marco wstaje i biegnie pocałować mnie w policzek, w jednej ręce łyżka umazana mlekiem, w drugiej szczot ka, którą wcześniej mi zabrał.

– Cześć, pajączku – mówię. Patrzy na mnie i składa usta w dzióbek.

– Trochę się boję pierwszego dnia w szkole – mamrocze szeptem.

– Jesteś dzielnym chłopcem. Wszystko będzie dobrze. – Gdyby wiedział, że boję się jeszcze bardziej od niego, na pewno nie brałby mnie za wzór.

– A co, jeśli mi się nie spodoba? – pyta, wpatrując się w czubek swoich butów.

– Spodoba ci się bardzo i nauczysz się wielu nowych rzeczy.

– Okej – mówi i siada z powrotem przy stole. Biorę głęboki oddech i wychodzę. Jesienne słońce Toskanii grzeje mnie z siłą, do jakiej nie jestem przyzwyczajona.

– Wszystko będzie dobrze – mówię sama do siebie i wielkim krokami przechodzę przez ogród.

II

Dom, do którego się przeprowadziliśmy, bardzo różni się od naszego mieszkania w Cremonie. Jest przestronny, ale robi wrażenie surowego, ze swoimi wielki mi oknami, które wyglądają jak zdziwione oczy. Otaczają go drzewa i śmieszne krzewy, okrągłe jak bezy. Z pierwszego piętra, gdzie są nasze sypialnie, opada drewniany daszek, który rozciąga się, niczym smutna bezzębna twarz staruszki, aż do trawnika pełnego stokrotek. Przez pierwsze dni po przeprowadzce siadałam na tym drewnianym daszku i patrzyłam w niebo. Miałam nadzieję dostrzec spadającą gwiazdę, by móc powiedzieć życzenie. Wiedziałam, o co bym poprosiła: żeby wrócić do Cremony i zacząć rok szkolny ze starymi przyjaciółmi. Zaczynało mi brakować nawet profesor Balboni, naszej matematyczki, surowej i nieco nieprzyjemnej, która nie znosiła blondynek, ponieważ, jak sama mówiła, jedna z nich ukradła jej kiedyś pierwszego (i ostatniego) narzeczonego. Tęsknię za naszą willową dzielnicą pełną pastelowych domków i ogródków, do których nie mogą wchodzić psy. Tęsknię za Birillo, psem sąsiada, który zaczynał szczekać o szóstej czterdzieści rano, precyzyjnie jak w zegarku, i za małym tarasem, gdzie chodziłam się uczyć.

Tu, w Toskanii, rządzi natura, wszechogarniającą ciszę przerywają tylko odgłosy nocy i stworzeń skrytych w jej ciemnym płaszczu. Za domem jest mała górka z dwiema huśtawkami zwróconymi w stronę pagórków o sinusoidalnym kształcie. Na jednym z tych pagórków jest wysoka, smukła wieża, widoczna z okna mojego pokoju. Robi wrażenie opuszczonej i zaniedbanej. Przypomina mi historie o porwanych księżniczkach i dzielnych kawalerach gotowych je ratować, smokach i czarodziejach, wróżkach i gadających kotach. Za dnia stara wieża traci, przynajmniej częściowo, swój romantyczny urok, którym promienieje w nocy, otulona w blask księżyca. Witam się z nią w myślach, nim przyspieszę kroku. Nie mogę dalej tego odkładać: dziś oficjalnie rozpoczyna się moje nowe życie w Sienie, w nowej szkole, z nowymi nauczycielami i nową klasą.

Byłoby miło, gdyby tata mnie odprowadził, ale trudno. Simona zaproponowała mi wprawdzie podwózkę, ale jestem pewna, że gdybym się zgodziła, skończyłoby się to kłótnią. W sumie szkoła jest dość blisko i mogę pójść pieszo. Czuję jednak, że to źle wróży, stawiać czoła temu nowemu rozdziałowi życia w pojedynkę. Przeraża mnie to. Ale mówię sobie, że przecież jestem już w trzeciej klasie i mogę sama dojść do szkoły.

Oto i ono, moje nowe liceum, nosi imię Świętego Karola, bo powstało na ruinach starego klasztoru. To prywatna szkoła otoczona parkiem pełnym wiekowych drzew i muszę przyznać, że gdy pierwszy raz ją odwiedziłam, poczułam zachwyt, ale też dreszcz przeszedł mi po plecach.

Zakładam na ramiona obydwie szelki plecaka. Nigdy wcześniej nie czułam się tak nieswojo. Prawdopodobnie w całych Włoszech, co ja mówię, na całym świecie jestem jedyną osobą, która nosi plecak w ten sposób. To wszystko wina mojej pierwszej nauczycielki i jej lekcji o konsekwencjach utrzymywania złej postawy, poza tym jako dziecko miałam lekką skoliozę. Zależy mi na moim kręgosłupie! Nawet jeśli miałoby mi to przynieść nieco wstydu wśród kolegów. Może nawet tego nie zauważą.

Boże, zdaję sobie sprawę, że myślę wyłącznie o głupotach. Zakładam włosy za uszy i staram się przybrać ten pewny siebie wyraz twarzy, którego nie udało mi się odnaleźć rano przed lustrem.

Tak chciałabym być bardziej pewna siebie, wejść do klasy z szerokim uśmiechem, z uniesioną głową, plecami prostymi, nawet bez pomocy plecaka. Tymczasem patrzę w podłogę, bardzo (za bardzo?) przejmuję się tym, co o mnie pomyślą inni, i czuję się tak mało interesująca.

Dotarłam. Taki poranny spacer świetnie koi nerwy. Kogo chcę oszukać? Jestem spięta jak najkrótsza struna skrzypiec. Czuję ucisk w żołądku. Przed oczami staje mi obraz mojego pustego miejsca w szkole w Cremonie i czuję, że zaraz się rozpłaczę. Przełykam ślinę, a potem podnoszę wzrok, by przegnać łzy. Dalej, Scarlett!

Dziedziniec szkoły pełen jest uczniów, mnóstwo obcych twarzy zlewa się w jedną. Wielkie zamieszanie, krzyki i śmiech. Przyjaciele spotykają się znów po wakacjach, pojedynczy rodzice odprowadzają mniej odważnych uczniów pierwszych klas. Spoglądam na listy wywieszone w przedsionku. Jestem w trzeciej Z; zet jak Zorro, zamaskowany bohater. A ja? Niezdarna bohaterka bez maski i bez chwały. Mijam zaspany tłum, by dostać się na schody prowadzące na trzecie piętro. W sali, której jeszcze nie widziałam, w korytarzu po lewej, rozpocznie się moje nowe życie.

III

Wbijam wzrok w podłogę, a włosy zasłaniają mi twarz, ni czym tarcza, za którą mogę się ukryć. Trzymając się poręczy, przeskakuję po dwa stopnie naraz, w drugiej ręce trzymam mój talizman. Prędzej czy później odłożę go na dno szuflady, nie jestem już małą dziewczynką. Ale ten dzień jeszcze nie nadszedł i dziś, jak nigdy, potrzebuję czuć pod palcami znajomy kształt gwieździstej kuli. Najzwyklejsza kauczukowa piłeczka, jedna z tych, które rzucone, odbijają się bez końca. Może dla innych, nie dla mnie.

„Jeśli będzie ci źle albo będziesz tęsknić, ściśnij tę piłeczkę. To będzie jak dotknięcie gwiazd, twoje własne niebo zawsze pod ręką, gdzie wszystko jest dużo łatwiejsze” – powiedziała babcia Evelyn, kiedy lata temu mi ją podarowała. Mogłam mieć sześć lat, może trochę więcej, rozczochrane blond włosy, które kołtuniły się na końcach, i parę wielkich oczu gotowych, by poznać świat. Miesiąc wakacji w Londynie dobiegł końca i przyszedł moment, by pożegnać się z babcią, z jej czekoladowymi ciasteczkami oraz niezwykłymi opowieściami na dobranoc. Wzięłam do ręki tę błyszczącą kulę i spojrzałam pod światło na zatopione w niej gwiazdki, które, w zależności od kąta, pod jakim się patrzyło, układały się w coraz to nowe konstelacje. Uśmiechnęłam się i nasze pożegnanie wydało mi się mniej smutne. Od tamtej chwili ja i moja piłeczka-talizman jesteśmy nierozłączne.

Dochodzę do korytarza i skręcam w lewo, ni czym pulsujący punkcik na mapie. Bezskutecznie próbuję ignorować swój strach, który staje się coraz bardziej irytujący.

– Patrz, jak chodzisz! – krzyczy wysoki głos. Czuję uderzenie w ramię, otacza mnie chór skrzeczących śmie chów, a Sally, moja gwieździsta piłeczka, wypada mi z ręki. Ktoś chwyta ją w locie, a ja unoszę wzrok.

– Przepraszam, zamyśliłam się – odpowiadam mechanicznie.

Przede mną stoi dziewczyna, która wygląda, jakby właśnie zeszła z okładki kolorowego czasopisma. Jest wyższa ode mnie o co najmniej dziesięć centymetrów. Jej idealną sylwetkę podkreślają obcisłe dżinsy i biała koszula, której dwa ostatnie guziki celowo nie zostały zapięte. Ma długie platynowe włosy, a na ustach purpurową szminkę. Olśniewająca. W czarującym uśmiechu odsłania szereg białych zębów.

– Powinnaś uważać, jak chodzisz.

– Już cię przeprosiłam. Czy mogłabym odzyskać moją... – Słowa więzną mi w gardle. „Moja piłeczka” wydaje mi się zbyt dziecinne, a nie czuję się na si łach przyznać, że chodzę po szkole z talizmanem. Ograniczam się do lekkiego wskazania palcem w kierunku Sally, uwięzionej w jej dłoni o idealnie wymanikiurowanych paznokciach.

– Chciałabyś odzyskać swoją kauczukową piłeczkę? – pyta Lawinia. Poznaję jej imię, kiedy jedna z otaczających ją dziewczyn, wpatrzonych w nią jak w obraz, woła ją, a potem wpada w dziki śmiech.

Ale obciach! Rozglądam się w poszukiwaniu zgrabnego zdania, które wybawiłoby mnie z opresji, ale napotykam tylko ich kpiące spojrzenia. Są modnie ubrane, wyperfumowane i umalowane z wprawą, o jakiej mogę tylko pomarzyć. Czuję się nieswojo przy ich ostentacyjnej doskonałości.

– Tak – bąkam zawstydzona. W odpowiedzi Lawinia rzuca Sally do dziewczyny o długich, czarnych włosach, która stoi tuż przy mnie.

– Bardzo proszę, czy mogę ją odzyskać? – Staram się zachować spokój, choć nie jest to łatwe. Czuję, jak płoną mi policzki i pocą się dłonie. Brunetka rzuca Sally do innej dziewczyny, o złotych, kręconych włosach, ułożonych w burzę loków pachnących wanilią. Umięśnione ramię wdziera się w tę scenę i męski głos przerywa napięcie:

– Lawinia, widzę, że nie tracisz okazji, żeby zaprezentować się z najlepszej strony.

– Umberto, jak miło. Ty natomiast nigdy nie tracisz okazji, żeby zgrywać błędnego rycerza – odpowiada Lawinia. Obraca się na pięcie i odchodzi, a za nią pozostałe.

– To pewnie twoje – chłopak podaje mi Sally. Chwytam ją i ukrywam w tylnej kieszeni dżinsów. Ma pięknie umięśnione ręce; to pierwsza rzecz, jaką zauważam, także dlatego, że nie miałam jeszcze odwagi podnieść wyżej oczu.

– Dzięki – mamroczę i spoglądam w górę, gdzie napotykam jego wzrok.

Naprawdę niezły. Szerokie ramiona i szczupła sylwetka sportowca. Ma brązowe włosy i oczy oraz uśmiech, któremu nie sposób się oprzeć. Kiedy się uśmiecha, na twarzy pojawiają się dwa dołeczki, a oczy błyszczą mu intensywnie.

– Mam na imię Umberto.

– Scarlett. – Energicznie ściskam jego dłoń. Moja babcia mówi, że trzeba koniecznie ściskać ją energicznie, żeby być traktowanym poważnie. To dowodzi charakteru i szczerości.

– Masz piękne imię, Scarlett. Jesteś nowa? Zapamiętałbym cię, gdybyśmy się już spotkali. – Znowu się uśmiecha i patrzy mi głęboko w oczy.

Rumienię się.

– Tak, dopiero co się przeniosłam. Dziś powinnam zaczynać trzecią klasę w Cremonie, a tymczasem jestem tutaj, nieznajoma na wrogim terenie. – Po odzyskaniu mojego cennego talizmanu wróciła mi chęć do żartów, choć mówienie o moim rodzinnym mieście sprawia, że czuję ucisk w piersi.

– Do twoich usług, by uczynić te ziemie mniej nieznanymi i mniej wrogi mi. Przy okazji, nie zwracaj uwagi na Lawinię, ona już taka jest. Bawi ją dokuczanie nowym.

– Dobrze się znacie?

– Chodzi my do tej samej klasy. Jest córką inżyniera Locatelli. Nic ci nie mówi to nazwisko? Nie szkodzi, szybko

o nim usłyszysz, wystarczy, że pójdziesz na salę gimnastyczną.

– Inżynier uczy WF-u?

Umberto wybucha śmiechem. Znowu pojawiają się dołeczki, znowu myślę, że jest naprawdę słodki, znowu się rumienię.

– Jest bardzo bogaty. Lokalny przedsiębiorca, znany z poważnych kwot przekazywanych na rzecz szkoły. Ufundował, między innymi, naszą salę gimnastyczną.

Idziemy ramię w ramię. Umberto jest pierwszą sympatyczną osobą, którą tu spotkałam. Uśmiecham się do siebie.

– Wiesz, że kiedyś w tym miejscu stał klasztor? Zarys budynku pozostał ten sam, tak samo jak fasada. To zresztą jeden z niewielu elementów, które przetrwały odbudowę, oprócz starych manuskryptów zachowanych w bibliotece i wielowiekowych drzew na zewnątrz. Przepraszam... pewnie się zastanawiasz, czy zjadłem na śniadanie jakiś przewodnik. Po prostu interesuje mnie historia i archeologia.

– No co ty! To bardzo ciekawe – mamroczę. – Po prostu jestem trochę spięta. To mój pierwszy dzień...

– I pójdzie świetnie! Mówi łaś, że jesteś w trzeciej...?

– Zet.

– Dokładnie na wprost mojej klasy. Wygląda na to, że będziemy się częściej spotykać, Scarlett.

O rany! Nie wiem, co powiedzieć. Może lepiej, jeśli nic nie powiem. Tak, Scarlett, nie odzywaj się.

– Będziesz zatem mógł opowiedzieć mi coś więcej o klasztorze, starej bibliotece i o tych wszystkich ciekawych rzeczach.

No nie! Zabrzmiało to tak, jakbym sobie z niego żartowała.

– Zanudziłem cię, prawda? Obiecuję, że następnym razem będę mówił o czymś innym.

– Tak. To znaczy, nie! Nie zanudziłeś mnie. Bardzo lubię książki. I historię. Przepraszam, jeśli...

– Nie przejmuj się. – Uśmiecha się. Nie jest słodki, zmieni łam zdanie, jest zabójczo przystojny.

– Opowiedz mi o Lawinii. Jest przewodniczącą komitetu powitalnego dla nowo przybyłych? – mówię, żeby odgonić niestosowne myśli.

– No cóż, wie, że jest piękna. Jest bogata i przywykła dostawać zawsze to, czego chce. Nie mówiąc już o tym, że wszyscy chłopcy za nią latają, a dziewczyny ustawiają się w kolej ce, żeby wejść do ekskluzywnego grona lawinianek.

– Lawinianek? – wybucham śmiechem.

– Tak je nazwałem. Wyglądają, jakby właśnie zeszły z wybiegu i wszystkie są córkami wpływowych ludzi z okolicy. Sofia, dziewczyna z długimi, czarnymi włosami, jest córką dyrektora. Miałaś też przyjemność poznać Federikę, która, o zgrozo!, jest z tobą w klasie, a poza tym to również kuzynka Lawinii. Już jesteśmy, oto twoja nowa sala.

Rozmowa z Umberto pomogła mi nieco ukoić nerwy. Dziękuję mu wielkim uśmiechem. On tymczasem kiwa głową w stronę dziewczyny o kasztanowych włosach ujarzmionych opaską. Na jego widok ona wyraźnie ożywia się i podchodzi do nas.

– Cześć, Umberto! Jak się masz? – pyta nieśmiało.

– Nieźle. Chciałem przedstawić ci moją nową koleżankę, która właśnie przeniosła się do Sieny. Scarlett, to jest Caterina. Caterina – Scarlett. – Ściskając sobie dłonie, patrzmy na siebie z niewymuszoną sympatią.

– Scarlett miała właśnie spotkanie trzeciego stopnia z Lawinią. Coś o tym wiesz, prawda?

– Lepiej zmieńmy temat. Skąd jesteś, Scarlett? – mówi spokojnym, miłym głosem. Ma słodki uśmiech i dwoje orzechowych, sarnich oczu.

– Z Cremony – mówię z wymuszonym uśmiechem, gdyż wizja mojej eksklasy wraca ze zdwojoną siłą. Dzwoni dzwonek, Umberto patrzy na mnie wesoło.

– Powodzenia, Scarlett.

Podoba mi się sposób, w jaki wypowiada moje imię. Zaraz potem zwraca się do Cateriny:

– Mogę ci ją powierzyć? – mówi, puszczając do niej oko.

Ona czerwieni się i odpowiada w pośpiechu:

– Nie martw się, jest w dobrych rękach. – Jeszcze dwie dziewczyny uśmiechają się do mnie, gdy przechodzimy przez salę w kierunku dwóch ostatnich wolnych ławek.

– Może być tu? – pyta Caterina.

– Jasne! – Czwarty rząd, pod oknem. Toskańskie słońce grzeje mnie przez szybę. Rzucam okiem na park w dole, na wzgórza widoczne na horyzoncie. Wyglądają jak porcje czekoladowego budyniu posypanego pi stacją. Wzdycham, wyciągając z plecaka zeszyty i piórnik. Pierwszy rozdział mojego nowego życia został zapisany. Poznałam dwie miłe osoby, pierwsze od czasu przeprowadzki do Sieny. Przy odrobinie dobrej woli rany po rozstaniu zaczną się goić, choć wciąż dręczą mnie myśli o Matteo i o tym, co mogło się wydarzyć.

IV

Przerwa oznacza chwilę oddechu w trakcie tego nerwowego poranka. Caterina dotrzymała słowa danego Umberto i starała się na wszystkie sposoby sprawić, żebym poczuła się dobrze i swobodnie. Podczas przerwy wykorzystała okazję i przedstawiła mi kilka nowych twarzy; kolejne imiona mieszające się z nazwiskami nauczycieli i ze wszystkimi nowymi informacjami, których nie zdążyłam jeszcze przetrawić. Mam nadzieję, że wszystkie zapamiętam i ni czego nie poplączę.

Jeszcze raz: Genziana to dziewczyna z rudymi włosami, nad którymi nie może zapanować. Ma dwa dredy, które giną w pomarańczowym gąszczu. Zrobiła je sama szydełkiem, symbolizują dwie miłości jej życia: ojca i siostrzyczkę. Nie zapytałam o jej mamę, skoro sama nic o niej nie mówiła, uznałam, że to nie na miejscu. Jest bardzo miła, wygląda jak żywcem wyjęta z filmu z lat siedemdziesiątych: szczupła sylwetka, buzia okryta piegami i delikatne zielone oczy. O energii kosmicznej mówi z tą samą swobodą, z którą podaje nazwisko nauczyciela od włoskiego czy tytuł książki do matematyki, jest wegetarianką i wierzy we wpływ gwiazd na nasze codzienne życie. Powiedziała, że mój znak zodiaku, lew, to znak ognia. Może dlatego jestem taka impulsywna i uparta; jeśli w coś wierzę, natychmiast się do tego zapalam i nie ma szans, bym zmieniła zdanie. Tak samo uparta jest moja mama, która jest spod barana, innego znaku ognia.

– Ogień z ogniem, awantura gwarantowana – stwierdza Genziana z uśmiechem. Nie zdając sobie z tego sprawy, idealnie opisała sytuację między mną a mamą. Potem dodała, że nieśmiałość i wrażliwość, które są tak wyraźne w moim zachowaniu, to cechy typowe dla znaków powietrza i na pewno mają związek z moim ascendentem.

– Nie mam bladego pojęcia o swoim ascendencie – wyznałam.

– Nie znasz swojego ascendentu? To niemożliwe! Ascendent, albo punkt ekliptyki, często bywa zwany po prostu pierwszym wrażeniem. Ma fundamentalne znaczenie! Najprościej mówiąc, odpowiada za to, jak postrzegają nas inni. Musimy koniecznie nadrobić twoje zaległości! – Obiecała, że w najbliższych dniach pomoże mi go obliczyć, a razem z tym Słońce, Księżyc i masę innych skomplikowanych rzeczy, które były jakoś szczególnie położone w dniu moich narodzin.

Są też Pietro, wysoki, rosły, milczący, o oczach, w których widać dobroć, i Lorenzo, klasowy przystojniak, chociaż nie w moim typie. Gra w szkolnej drużynie jako napastnik, ma czarne włosy i oczy oraz ramiona jak grecki posąg. Poznałam też Laurę, Loredanę i w końcu też Livio.

Livio przeniósł się do szkoły od tego roku, tak samo jak ja. Jest nieśmiały i ma nieco za dużo pryszczy. Z oczami ukrytymi za parą prostokątnych okularów, wydaje się typowym kujonem z problemami z samoakceptacją. Ale to tylko pierwsze, powierzchowne wrażenie. Ja sama wściekłabym się, gdyby oceniano mnie na podstawie instynktownej obserwacji trwającej najwyżej kilka sekund.

Livio od początku trzymał się z boku, dlatego, choć nigdy tego nie robię, pierwsza się do niego odezwałam. Chciałam zrobić na nim miłe wrażenie pomimo jego dziwnej koszulki. Nie mogłam oderwać oczu od wielkiego napisu: I’M AN ONLY CHILD.

– Jesteś jedynakiem? – zapytałam, żeby zacząć rozmowę. Wydał się zdziwiony i przez chwilę wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wskazałam jego koszulkę.

– Ach... – Pomyślał chwilę i w końcu odpowiedział: – Tak.

– A więc to także twój pierwszy dzień? – dodałam szybko.

– Tak. – Moja dobra wola rozbijała się o jego całkowi ty brak zdolności do prowadzenia rozmowy. Poddałam się zatem i ograniczyłam się tylko do uśmiechu i pokazania mu uniesionego kciuka na znak „będzie super”. Odpowiedział, unosząc swój kciuk, po czym odwrócił się na pięcie. Dopiero wtedy dostrzegłam drugą część napisu na koszulce: I KILLED MY BROTHERS.

Wybuchłam śmiechem. Pomijając T-shirt, rozumiem jego sytuację i wyobrażam sobie, jak bardzo musi się czuć samotny.

Siedząc pod wielkim dębem, cieszymy się długą przerwą. To ogromne drzewo, jego rozłożyste, nisko rosnące konary dają przytulne schronienie. Genziana je sojowe „nie wiadomo co”. Ja i Caterina gotową przekąskę z automatu. Moja jest całkiem niezła: miękka bułeczka nadziana wiśniową marmoladą.

– Latem poznałam pewnego chłopaka. – Genziana z chytrym uśmieszkiem przygryza wargi i zbiera palcem okruszki ze swojej bułki. – Nazywa się Elia, pochodzi ze Szwajcarii. Blondyn, niebieskie oczy, krótko mówiąc: mój typ. Poznaliśmy się podczas imprezy nad morzem, w ośrodku tuż obok plaży nudystów – zawiesza głos i znowu chytrze się uśmiecha.

– Nudystów? Znaczy taka plaża, gdzie chodzi się... – Cateri na robi się czerwona i nie kończy pytania.

– Gdzie chodzi się nago, żeby wejść w kontakt z naturą. Przychodzi my na świat nadzy i nie ma nic złego w harmonii ludzkiego ciała. Uprzedmiotowienie ciała rozpowszechniane przez media jest źródłem spaczonego spojrzenia na nagość.

– Możliwe, ale ja wstydzę się nawet wyjść w kostiumie. Trzeba być pewnym siebie, żeby pokazać się, jak nas Pan Bóg stworzył.

– To dlatego, że wszyscy dążą do wspólnego wzorca doskonałości promowanego przez telewizję i czasopisma. Wzorca, który niszczy oryginalność i charakterystyczne cechy poszczególnych osób, by sprowadzić wszystko do wspólnego mianownika: duże cycki, wydęte usta i mały nosek. Poza tym powiedziałam tylko, że obok była plaża nudystów, a wy od razu myśli cie o jednym.

– Mój mózg został ciężko doświadczony wydarzeniami dzisiejszego poranka i nie nadaje się do myślenia – interweniuję.

Wybuchamy śmiechem. Genziana ma rację – tak bardzo chciałabym być zadowolona ze swojego wyglądu i akceptować się w pełni taką, jaka jestem, aby to, co dotąd uważałam za wadę, stanowiło po prostu jedną z moich cech.

– Wróćmy do Elii. Przystojny, inteligentny. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? – pyta rozmarzona Genziana.

– Ja wierzę raczej w uczucie budowane dzień po dniu z podziwem i szacunkiem. Dla mnie miłość nie musi iść w parze z fajerwerkami, ze światem, który wywraca się do góry nogami; to raczej ciepłe gniazdo, gdzie czujemy się bezpieczni i kochani – mówi Caterina.

– Gdyby tak było, mogłabyś wybrać kogo kochać rozumem, a nie sercem.

– Gdybym mogła wybrać kogo kochać, nie czekałabym od roku, żeby zauważył mnie ktoś, kto chyba nawet nie wie, że jestem dziewczyną – wzdycha Caterina.

– Czyli jesteś zakochana! – krzyczy Genziana i z podekscytowania aż unosi się na kolanach.

– Być może, ale nie powiem wam ni gdy o kogo chodzi! Możecie sobie darować pytania. – Caterina odgrywa śmieszną scenkę zaszywania sobie ust niewidzialna nicią.

– Zaszyła sobie usta. Nie może mówić. Co my teraz zrobi my, Scarlett? – żartuje Genziana.

Cieszę się, że nie zadawały mi żadnych pytań na ten temat. Słuchałam w ciszy, mając nadzieję, że nie będą namawiały mnie do zwierzeń. Prawdę mówiąc, rozmowa o miłości mnie krępuje. Nie mam zbyt wielu doświadczeń. Cóż, prawdę mówiąc, nie mam żadnych. I to nie dlatego, że brakowało okazji. Problem w tym, że zbyt mocno wierzę w miłość i zawsze chciałam, nawet z pierwszym pocałunkiem, poczekać do momentu, gdy będę naprawdę zakochana. Aż sytuacja się skomplikowała.

Między mną a Matteo zawsze była chemia. W Cremonie był moim przyjacielem, powiernikiem. Jeśli pokłóciłam się z mamą lub tęskniłam za babcią Evelyn, a w szkole wszystko szło nie tak, wiedziałam, że mogę na niego liczyć. Wystarczył jeden uścisk, jedno jego słowo i wszystko się jakoś układało. Ile czarno-białych filmów, zamiast uczyć się, obejrzeliśmy popołudniami w jego domu, na białej kanapie miękkiej jak letnia chmura i ile odbyliśmy rozmów o sensie życia, których nigdy nie doprowadzaliśmy do końca...

Matteo, Manuela i ja, nierozłączni przyjaciele. Forever friends – obiecaliśmy sobie kiedyś. Chwyciliśmy się za ręce, aby przypieczętować naszą przysięgę i zaczęliśmy śpiewać na cały głos poprawioną wersję tej pięknej piosenki: Forever friends, we want to be forever friends.

Kto wie, czy naprawdę pozostaniemy przyjaciółmi, mimo wszystko. Czy może odległość przetnie łączącą nas więź i wszystkie obietnice zginą jak łzy na deszczu.

Jeszcze raz widzę tę scenę, jak film w zwolnionym tempie. Ostatni dzień szkoły, ostatnia godzina rozpoczęta ostatnim dzwonkiem. Koniec roku, początek letnich wakacji. Wtedy jeszcze nieświadoma decyzji o przeprowadzce do Sieny, którą za parę godzin przekaże mi oj ciec.

– Muszę z tobą porozmawiać – powiedział Matteo.

Poczekaliśmy, aż tłum rozejdzie się i ucichnie dźwięk wesołych rozmów naszych kolegów z klasy. Potem pusta sala od fizyki, tylko on i ja wśród tych wszystkich urządzeń i probówek, milczących świadków czegoś, czego nigdy bym się nie spodziewała.

– Co chcesz mi powiedzieć? Jedziesz jako wolontariusz do Afryki, czy może w końcu postanowiłeś zjechać Europę autostopem? – zapytałam.

Uśmiech zszedł mi z ust, gdy zobaczyłam, że jego wyraz twarzy pozostaje śmiertelnie poważny, prawie zmartwiony.

– Myślę, że się w tobie zakochałem.

Stałam jak wryta, zabrakło mi słów. On zbliżył się, zatrzymując się kilka centymetrów od moich ust. Ja bez ruchu, niezdolna powiedzieć czegokolwiek, niezdolna nawet oddychać. Stałam jak zaczarowana, dopóki jego usta nie dotknęły delikatnie moich. Łagodny pocałunek, nieśmiała pieszczota.

– Pomyśl o tym... – powiedział. Wyszedł z sali, zostawiając mnie zagubioną wśród wątpliwości i pytań, termometrów i baterii.

Mam w głowie zamęt. Matteo zawsze był moim najlepszym przyjacielem, prawie jak starszy brat, choć urodził się tylko kilka miesięcy wcześniej. Ta jego niespodziewana deklaracja, krótko przed przeprowadzką, to był bolesny cios od losu i do dzisiaj nie umiem, albo nie chcę, zrozumieć, co do niego czuję. Więcej się do niego nie odzywałam, nawet przez telefon. Być może wziął to za odmowę albo czuł się zawstydzony, ale też się nie odzywał. Wszystko zatrzymało się, zamrożone w tej jednej chwili, w pracowni fizycznej. Poprosi łam Manuelę, żeby powiedziała mu o mojej przeprowadzce. Wiem, czasem brakuje mi odwagi.

– Halo, Scarlett? – słyszę głos Genziany.

Otrząsam się z myśli.

– Przepraszam... zamyśliłam się.

– Przyznaj się! Z radości, że już ni gdy nie usłyszysz głosu Cateriny oddałaś się kontemplacji piękna płynącego z ciszy – Caterina nie daje się sprowokować, milczy i unosi ręce w geście bezradności wobec swoich zaszytych ust.

– Cześć, dziewczyny, jak się bawicie? – Głos Umberto włącza się w rozmowę, a Caterina, która kompletnie się go nie spodziewała, robi się czerwona jak burak.

– Wyśmienicie. A ty? – kokietuje.

– Świetnie, nie widać?

– Czy ty aby nie zaszyłaś sobie ust igłą i nitką? – podpuszcza ją Genziana. Caterina udaje, że nie słyszy i zakłada nogę na nogę, by dodać sobie powagi.

– I jak Cat, czy matematyka to dla ciebie wciąż tylko czyjś punkt widzenia? – pyta Umberto, prezentując swój śliczny uśmiech.

Caterina jąka się:

– Po twoich lekcjach idzie mi dużo lepiej.

– Super. Znaczy, że jeśli nie dam rady zrealizować swoich planów na przyszłość, zawsze zostanie mi kariera prywatnego nauczyciela.

– I będziesz mógł zawsze liczyć na wierną klientkę – mówi Genziana. Cateri na szczypie ją w ramię.

– Scarlett, chciałabyś kontynuować naszą wycieczkę po najpiękniejszych zakątkach Liceum Świętego Karola? Powiedzmy... jutro podczas przerwy?

Nieprzygotowana na tę propozycję, tym razem ja robię się czerwona.

– Okej – mówię.

Dzwonek wyjątkowo rozbrzmiewa w idealnym momencie, wybawiając mnie z opresji. Umberto się żegna, a my we trzy udajemy się w stronę sali. Caterina znowu milczy.

V

Koniec lekcji! Bardzo potrzebowałam spokoju, dlatego zaszyłam się tutaj. Chodzę i rozglądam się z zapartym tchem. Książki. Całe góry książek, albo raczej regały, które dzielą się na niekończące się rzędy tomów ułożonych w ścisłym porządku. Raj. Czytanie to dla mnie ucieczka w nieznane światy, pełne przygód i emocji. Po strasznej kłótni z mamą, gdy jestem zawiedziona albo, zupełnie bez powodu, czuję, jakby brakowało mi kawałeczka serca, uciekam do świata książek. Od zawsze.

To babcia Evelyn ze swoimi opowieściami na dobranoc nauczyła mnie kochać historie. Historie, które przeżywamy ramię w ramię z głównym bohaterem. Historie miłosne, przygodowe, z dreszczykiem – nieważne. Ważne, aby uciec daleko od rzeczywistości. Na krótką chwilę lub na wiele godzin, które należą tylko do mnie i które wiążą mnie nierozerwalnie z tym, kto tę historię wymyślił i z bohaterem przeżywającym ją w świecie z papieru i snu, gdzie żyć będzie wiecznie.

Nigdy nie widziałam tak wyposażonej biblioteki. Przechodzi się z literatury angielskiej do śródziemnomorskiej, książki w tłumaczeniu i w oryginale, eseje i powieści wraz z całym działem poświęconym tylko thrillerom. Babcia oszalałaby ze szczęścia. Uwielbia kryminały i zazwyczaj demaskuje winnego już na pierwszych stronach. Nie mam pojęcia, jak ona to robi.

Idę dalej długim korytarzem o ścianach z jasnego marmuru, stoją tu gdzieniegdzie ciężkie orzechowe stoły, przy których jacyś uczniowie czytają w ciszy.

„Cisza”, co za piękne słowo. Zwłaszcza po dzisiejszym natłoku myśli.

Dochodzę do salki z odtwarzaczem płyt DVD. Nie mogę uwierzyć, jest też Nightmare before Christmas, film, z którego wzięło się imię mojego talizmanu, Sally. Łapię się na tym, że uśmiecham się do siebie jak dziecko.

Wracam do głównego korytarza i nachodzi mnie chęć ślizgania się po błyszczącej podłodze, jakby to było lodowisko. Mam stąd widok na całą bibliotekę i dostrzegam galerię na wyższym piętrze, a na niej kolejne tomy ustawione w masywnych rzeźbionych szafach, które wyglądają jak z dziewiętnastowiecznego obrazu. Prowadzą tam kręcone schody. Przeciskam się wąskim przejściem między dwoma regałami, strzeżony mi przez mędrców Oświecenia. Czy tam kilka tytułów na grzbietach, wzywających do krzewienia nauki, by wyjść z mroków niewiedzy. Zbliżam się do schodów. Niestety, przejścia nie ma. Czerwony aksamitny sznur, rozciągnięty na całej szerokości, strzeże wejścia. Gdyby tego było mało, jest jeszcze ręcznie wypisana tabliczka: ZAKAZ WSTĘPU. Jaśniej się nie da...

Co takiego szczególnego mają w sobie książki trzymane tam na górze? Staram się coś podejrzeć, kiedy niespodziewany głos za plecami sprawia, że podskakuję.

– W rzeczywistości wiemy coś tylko wtedy, gdy wiemy niewiele, wraz z wiedzą przybywa wątpliwości.

– Goethe! – wykrzykuję.

– Chylę czoła przez pani kulturą, mademoiselle – mówi nieznajomy.

To lekko zgarbiony, wysoki i chudy mężczyzna. Nosi okulary bez oprawek, które nie przyćmiewają blasku jego oczu, błękitnych jak morze, i bladożółtą koszulę. Na szyi łososiowa mucha. Srebrne refleksy we włosach i głębokie zmarszczki kłócą się z dziecięcym uśmiechem, który rozświetla mu twarz.

Ponieważ czuję do niego natychmiastową sympatię, pozwalam sobie na wyznanie:

– Właściwie to nie kwestia kultury. Kilka lat temu babcia podarowała mi księgę aforyzmów. Nauczyłam się ich na pamięć, na wypadek krępujących sytuacji. Jeśli ktoś jest nieśmiały, trudno mu dobrać właściwe słowa we właściwym momencie.

Mężczyzna wybucha nieopanowanym śmiechem, który dosłownie zgi na go w pół.

– Edoardo, bibliotekarz z zamiłowania – przedstawia się złapawszy oddech. – Zdradzę ci sekret – dodaje z naciskiem. – Jestem prawie tak stary, jak te książki zgromadzone piętro wyżej.

– No właśnie. Nie można ich przejrzeć?

– Ależ nie, potrzebne jest specjalne zezwolenie. To niezwykle stare manuskrypty należące do klasztoru, który niegdyś stał w tym miejscu. Także meble na piętrze to nieliczne oryginały, które przetrwały odbudowę budynku. – Jest w jego głosie nuta goryczy. – Teraźniejszość często nie słucha mądrego głosu przeszłości i woli ignorować jej ostrzeżenia, zamiast przyjmować je z wdzięcznością. – Mówiąc to, dotyka kciukiem złotego pierścienia, który błyszczy na jego lewej dłoni. Wygląda jak herb. – W archiwum szkoły zachowały się stare zdjęcia, które pokazują, jak to kiedyś wyglądało. Ale widzę, że twoje oczy szukają już innych historii.

O rany! Nic mu nie umknie.

– Tak, patrzyłam na pański pierścień. Jest bardzo nietypowy – mówię i nie mogę powstrzymać rumieńca.

– ToBalzana. Stary symbol Sieny. Albo raczej jeden z symboli, jest bowiem jeszcze wilczyca karmiąca bliźniaki, dokładnie taka jak w Rzymie. To prezent ślubny od mojej żony. Pamiątka z zamierzchłych czasów... Ale proszę, zwracaj się do mnie po imieniu.

Uśmiecham się. Jest naprawdę sympatyczny.

– A o czym są te stare manuskrypty?

– O życiu, o starożytnej wiedzy, o historii. Kiedyś niewiele osób mogło sobie pozwolić na obcowanie z kulturą. Nie była dostępna dla wszystkich. Wiedza była i jest najcenniejszym dobrem na świecie, bo daje nam wolność. Duchowni byli wśród nielicznych, którzy mieli ten przywilej.

Mój wzrok pada znowu na kręcone schody, po których nie mogę wejść. Wiele bym dała, by móc dotknąć kawałka historii.

– Będę cię często odwiedzać. Dla mnie czytanie jest równie niezbędne, co jedzenie, sen czy oddychanie. Wiem, wydaje się, że przesadzam. Moja mama mówi, że urodziłam się w złych czasach, bo za bardzo wszystko przeżywam i najmniejsza rzecz może się dla mnie stać tragedią. Może nie jest do końca w błędzie, lepiej bym się czuła w czasach poetów wyklętych. Nudzę cię?

– Nie możesz mnie znudzić, jeśli mówisz o książkach. À propos, nie powiedziałaś mi jeszcze, jak się nazywasz, ciekawska młoda damo.

– Scarlett – odpowiadam. – Jestem wielką fanką owadów. – I wskazuję palcem jego muszkę.

Znowu wybucha gwałtownym śmiechem, a ja myślę, że łatwo będzie zaprzyjaźnić się z tym mężczyzną, który wydaje się żyć w innym wymiarze, wśród postaci z papieru i snów, które rodzą się w wyobraźni pisarzy.

– Zatem do zobaczenia!

– Do zobaczenia, Scarlett. I pamiętaj: książka to przyjaciel, który cię ni gdy nie zawiedzie.

– Kto to powiedział?

– Edoardo Tacconi, bibliotekarz z zamiłowania – odpowiada z ukłonem.

VI

– Co tam robisz?

Mój braciszek jest za domem, na huśtawce. Buja się, wyciągając stopy do góry; wygląda, jakby się zrywał do lotu.

– Bawię się w dotykanie chmur – odpowiada poważnie. – Tu w Sienie wyglądają na większe.

Siadam na huśtawce obok niego. Patrzę na swoje stopy: mam na sobie moje ulubione buty, czarne All Stary z różowym brzegiem. Na pięcie jest wielka gwiazda. Uwielbiam gwiazdy, wszędzie je rysuję, wprawiają mnie w dobry nastrój. W moim pokoju w Cremonie urządziłam sobie własne gwieździste niebo. Z pomocą taty, bo sama, nawet stojąc na palcach na krześle, nie mogłam dosięgnąć sufi tu.

Samoprzylepne gwiazdki różnych rozmiarów, które błyszczały blado, gdy zgasiło się światło. Wieczorem zasypiałam, marząc o wielkich miłościach i zorzach polarnych, fioletowym niebie i nieskończonych możliwościach, jakie daje życie, po jednej na każdą gwiazdkę wiszącą na sufi cie. Ciekawe, kto zajmie po mnie mój pokój? Jakiś marzyciel? A może ktoś, kto uzna, że to głupie i infantylne szukać nieba na sufi cie w pokoju.

– Jak minął pierwszy dzień?

– Dobrze, ale wolałam siedzieć w domu i rysować.

– Ja też, co myślałaś?

Marco mnie naśladuje. Myślę, że to jego sposób na okazywanie mi uczucia.

Uwielbiam rysować. Od najmłodszych lat bazgroliłam na wszystkim; to był mój sposób na przywłaszczenie każde go przedmiotu, choćby tylko w wyobraźni. Rysowałam mamę, tatę i babcię Evelyn, nasz dom i zabawki, o których marzyłam. Rysowałam psa i kota, na które moja mama ni gdy nie chciała się zgodzić.

– Opieka nad szczeniakiem to zbyt wielki obowiązek – mówiła, ostrzegawczo unosząc palec.

– Ale to ja się nim zajmę! Będę dobrą mamą, obiecuję – przysięgałam, robiąc wielkie oczy, tak jak zawsze, gdy chcę wzbudzić litość.

– Nie rób takich oczu! Przez ile dni będziesz się nim zajmować? Dzień, najwyżej dwa, a potem spadnie to na mnie. I tak mam już dość na głowie.

Tym sposobem nigdy nie miałam zwierzątka i chociaż nie wiem do końca, jak to jest, i tak mi tego brakuje.

Zmierzch nas zaskakuje. Białe chmury rozpływają się, a niebo zapala się kolorami od fioletu po róż.

Chciałabym zadzwonić do Manueli, zapytać, jak poszedł pierwszy dzień w szkole w Cremonie. Czy choć trochę za mną tęsknią? Chciałabym usłyszeć głos Matteo. Tymczasem zamykam oczy i staram się powstrzymać łzy.

– Smutno ci? – pyta Marco. Ma sześć lat, ale jest bardzo bystry jak na swój wiek.

– Nie, tylko patrzę na to czerwone niebo. Zastanawiam się, czy krwawi, bo musi ustąpić miejsca ciemności.

– Wcale nie krwawi, je lody truskawkowe – mówi to z taką powagą, że prawie mu wierzę.

Jestem strasznie zmęczona, ale nie mogę spać. To pewnie przez tę dzisiejszą adrenalinę. A może dlatego, że na dole rodzice strasznie się kłócą, a ja nie mogę się do tego przyzwyczaić. Tak jest cały czas od dnia przeprowadzki. Powód jest zawsze ten sam: tata jest stale w pracy, a mama musi ciągle sama podejmować różne decyzje. Tata za każdym razem recytuje tę samą kwestię:

– Nowa praca to nowe wyzwania. Mogłabyś okazać trochę więcej zrozumienia: przecież możesz się teraz zajmować rodziną w pełnym wymiarze godzin. Mogłabyś przestać mnie atakować, gdy tylko przekroczę próg.

W tym momencie zaczyna się piekło:

– Jakbym miała jakiś wybór! Poinformowałeś mnie o swoim awansie i musiałam rzucić wszystko, żeby tu z tobą przyjechać. A mój salon? A moje zobowiązania wobec pracownic? A moje szczęście? Jeszcze o nim pamiętasz?

– Jak mógłbym zapomnieć, skoro powtarzasz mi to każdego dnia?

– Nie powinieneś zatem mówić pewnych rzeczy! Zresztą twoja praca zawsze była ważniejsza od mojej. Ty awansujesz, my się nie liczymy! Zostawiłam swoje marzenia i efekt wielu lat poświęceń, żeby przyjechać tu z tobą, i skończyłam jako kura domowa. I jeszcze powinnam ci dziękować i nie zawracać ci głowy głupotami, które dotyczą twoich dzieci.

– To także dla nich haruję do nocy. Podjęliśmy wspólną decyzję, żeby zapewnić im lepszą przyszłość. Zaraz pomyślę, że nie możesz ścierpieć, że zostawiłaś swój salon w imię dobra dzieci, że jesteś po prostu egoistką!

– Ja... egoistką? To dobre.

Chowam