Scarlet. Saga Księżycowa tom 2 - Marissa Meyer - ebook

Scarlet. Saga Księżycowa tom 2 ebook

Marissa Meyer

4,4

Opis

Po raz pierwszy w Polsce – pełne wydanie Sagi Księżycowej w oryginalnej oprawie graficznej!

 

Baśniowo-futurystyczna opowieść, w której Czerwony Kapturek spotyka Kopciuszka.

 

Cinder - bohaterka pierwszego tomu bestsellerowej Sagi Księżycowej powraca i kolejny raz wpada w wielkie kłopoty. Tymczasem po drugiej stronie świata znika babcia Scarlet Benoit. Szybko okazuje się, że Scarlet nie wie o niej wielu rzeczy. Nie wie także o śmiertelnym niebezpieczeństwie, w jakim przeżyła całe swoje życie. A kiedy spotyka Wilka, pięściarza, który może posiadać informacje o miejscu pobytu jej babci, wzbrania się przez zaufaniem mu. Coś ją do niego jednak przyciąga. A jego do niej.

 

Kiedy Scarlet i Wilk wyjaśniają jedną tajemnicę, natychmiast napotykają na następną, a to prowadzi ich do Cinder. Teraz razem muszą stale być o krok przed Levaną, mściwą królową Księżycowych.

 

Przygoda trwa w tej świeżej opowieści, łączącej elementy baśni o Kopciuszku i Czerwonym Kapturku.

 

Saga Księżycowa to absolutny hit wydawniczy, który podbił serca czytelników na całym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
marlenagubin1

Nie oderwiesz się od lektury

Czytałam lata temu. Cudowana opowieść.
00

Popularność




KSIĘGA PIERWSZA

Nie wiedziała, że wilkto zły zwierz i wcale się go nie bała.

1

Scarlet sunęła właśnie w stronę alejki za tawerną w Rieux, kiedy jej ekraport zadzwonił, a potem odezwał się automatycznym głosem: Otrzymano kom dla Panny Scarlet Benoit zDepartamentu Ochrony Porządku Publicznego iOsób Zaginionych.

Jej serce podskoczyło, a ona sama w ostatniej chwili gwałtownie skręciła, by uniknąć uderzenia sterburtą statku o kamienną ścianę, po czym wcisnęła hamulce i zatrzymała się. Następnie wyłączyła silnik i sięgnęła po porzucony ekraport. Jego bladoniebieskie światło odbijało się od czujników kokpitu.

Coś znaleźli.

Policja w Tuluzie coś znalazła.

– Akceptuj! – krzyknęła Scarlet, prawie miażdżąc ekraport w dłoniach.

Spodziewała się wideolinku od detektywa przydzielonego do sprawy jej babci, ale dostała tylko ciąg czystego tekstu.

 

25 SIE 126 T.E.

RE: SPRAWA NR #AIG00155819, ZAŁOŻONA 11 SIE T.E. TEN KOMUNIKAT MA NA CELU POINFORMOWANIE SCARLET BENOIT Z RIEUX, FRANCJA, FE, ŻE Z DNIEM 28 SIE 126 O 15:42 SPRAWA ZAGINIONEJ OSOBY, MICHELLE BENOIT Z RIEUX, FRANCJA, FE, ZOSTAŁA ODRZUCONA Z POWODU BRAKU WYSTARCZAJĄCYCH DOWODÓW NA ZAISTNIENIE AKTU PRZEMOCY LUB NIEOKREŚLONYCH DOWODÓW PRZESTĘPSTWA. PRZYPUSZCZALNIE OSOBA TA ZNIKNĘŁA Z WŁASNEJ WOLI I/LUB POPEŁNIŁA SAMOBÓJSTWO.

SPRAWA ZAMKNIĘTA.

DZIĘKUJEMY ZA WSPIERANIE NASZEJ PRACY DETEKTYWISTYCZNEJ.

Po komie odtworzył się filmik policyjny przypominający wszystkim pilotom statków dostawczych, by przy włączonym silniku zapinali pasy bezpieczeństwa.

Scarlet wpatrywała się w mały ekranik, aż słowa zmieniły się w niewyraźną, czarno-białą plamę, a ziemia wydawała się uciekać spod statku. Plastikowy panel z tyłu ekranu zachrzęścił w jej zaciskającej się pięści.

– Idioci – zasyczała do pustego statku.

Słowa SPRAWA ZAMKNIĘTA wręcz się z niej naśmiewały.

Wrzasnęła gardłowo i trzasnęła ekraportem o panel sterujący statku – miała nadzieję, że wszystko rozbije się na kawałki plastiku, metalu i kabli. Po trzech solidnych walnięciach ekran zaledwie zamigotał niemrawo jak od słabego zakłócenia.

– Wy idioci!– Rzuciła ekraport na podłogę przed siedzeniem pasażera i opadła na oparcie, przeczesując palcami kręcone włosy.

Pas bezpieczeństwa wbijał jej się w klatkę piersiową, zupełnie jakby nagle postanowił ją udusić, więc odpięła go i kopniakiem otworzyła drzwi, ledwie ratując się przed upadkiem w cień alejki. Prawie zakrztusiła się przez odór tłuszczu i whiskey z pobliskiej tawerny, gdy łapała kolejne oddechy i próbowała racjonalnie poskromić swój gniew.

Pójdzie na posterunek policji. Teraz jest już za późno, więc jutro, z samego rana. Będzie spokojna i logiczna, wytłumaczy im, dlaczego ich założenia są niewłaściwe, a potem zmusi do ponownego otwarcia sprawy.

Scarlet przesunęła nadgarstek ponad skanerem przy bagażniku statku i szarpnęła go do góry mocniej, niż życzyłaby sobie tego hydraulika.

Powie temu detektywowi, że ma szukać dalej. Zmusi go, by jej wysłuchał. Zmusi go, by zrozumiał, że jej babcia nie odeszła z własnej woli i z pewnością się nie zabiła.

Na rufie statku stłoczone było pół tuzina plastikowych skrzynek i koszy wypełnionych warzywami, ale Scarlet ledwie je widziała. Była daleko, w Tuluzie, planując w głowie przebieg rozmowy. Odwołując się do każdego możliwego środka perswazji, do każdego strzępu swojej zdolności przekonywania.

Jej babci coś się stało. Coś było nie w porządku i jeśli policja ponownie nie podejmie poszukiwań, Scarlet pozwie ich wszystkich i upewni się, że każdy z tych tępogłowych detektywów straci uprawnienia i już nigdy nie znajdzie pracy, i jeszcze…

Złapała w obie dłonie po błyszczącym czerwonym pomidorze, odwróciła się na obcasach i obrzuciła nimi kamienną ścianę. Pomidory rozbryznęły się na niej, a ich sok i nasiona pociekły na stertę śmieci czekających na ubijarkę.

To sprawiło jej przyjemność. Złapała więc następne i przypomniała sobie powątpiewanie detektywa, gdy wyjaśniała mu, że takie znikanie nie jest normalne w przypadku jej babci. Wyobrażała sobie, jak pomidory rozbryzgują się na jego zadowolonej z siebie, małej…

Drzwi otworzyły się w chwili, gdy zniszczeniu uległ czwarty pomidor. Scarlet zamarła w połowie sięgania po kolejny, a właściciel tawerny oparł się o framugę. Wąska twarz Gillesa rozbłysła, gdy zobaczył papkowatą, pomarańczową plamę, którą Scarlet zrobiła na ścianie jego budynku.

– Lepiej, żeby to nie były moje pomidory.

Cofnęła dłoń od pojemnika i wytarła ją w poplamione dżinsy. Czuła gorąco na twarzy i swój głośny, nierówny puls.

Gilles otarł pot z niemal łysej głowy i spojrzał na nią gniewnie, czyli tak jak zwykle.

– No?

– Nie były twoje – wymamrotała. Technicznie taka była prawda – należały do niej, póki za nie nie zapłacił.

Odchrząknął.

– No to odliczę sobie tylko trzy uni za sprzątanie tego paskudztwa. A teraz, skoro już skończyłaś ćwiczenie celności, może byłabyś łaskawa wnieść wszystko do środka? Od dwóch dni serwuję zwiędłą sałatę.

I wrócił do restauracji, zostawiając otwarte drzwi. Na ulicy rozległ się trzask talerzy i śmiech, dziwny i zaskakująco normalny hałas.

Scarlet właśnie walił się świat i nikt tego nie zauważał. Jej babcia zaginęła i nikogo to nie obchodziło.

Odwróciła się do bagażnika i złapała za brzegi skrzynki z pomidorami, czekając, aż serce przestanie tłuc się jej w piersi. Słowa z komu nadal bombardowały jej myśli, ale powoli się uspokajała. Pierwsza fala agresji odeszła wraz z rozbryźniętymi pomidorami.

Kiedy już była w stanie nabrać powietrza bez drgania w płucach, ustawiła skrzynkę na rudobrunatnych ziemniakach i wyszarpnęła ją ze statku.

Kucharze ignorowali ją, gdy unikała ich skwierczących patelni, podążając w stronę chłodnej spiżarni. Wsunęła pojemniki na półki, które w ciągu lat wielokrotnie opisywano markerem, zamazywano i opisywano ponownie.

– Bonjour, Scarling!

Scarlet odwróciła się, strzepując włosy ze spoconej szyi.

W drzwiach stała rozpromieniona Émilie, a oczy błyszczały jej od skrywanego sekretu. Wycofała się jednak na widok wyrazu twarzy Scarlet.

– Co…

– Nie chcę o tym mówić. – Scarlet przecisnęła się obok kelnerki i ruszyła przez kuchnię, ale Émilie prychnęła lekceważąco i podążyła za nią.

– To nie mów. Po prostu cieszę się, że cię widzę – powiedziała, łapiąc Scarlet za łokieć, gdy wychodziły z powrotem do alejki. – Bo on wrócił. – Mimo anielskich blond loków, które okalały twarz Émilie, jej uśmiech sugerował wyjątkowo diabelskie myśli.

Scarlet odsunęła się i złapała pojemnik z pasternakiem i rzodkiewką, przekazując go kelnerce. Nie odpowiedziała, niezdolna przejąć się, kim był ten on i dlaczego to takie ważne, że wrócił.

– To świetnie – powiedziała, ładując koszyk z pergaminowymi czerwonymi cebulkami.

– Nie pamiętasz, co? No dalej, Scar, ten pięściarz, o którym ci mówiłam… Oj, a może mówiłam Sophii?

– Pięściarz? – Scarlet zacisnęła powieki, kiedy jej czoło zaczęło pulsować bólem. – Serio, Ém?

– No nie bądź taka. Jest uroczy! W tym tygodniu był tu prawie codziennie i zawsze siada przy moim stoliku. To na pewno coś znaczy, nie? – A kiedy Scarlet nic nie odpowiedziała, kelnerka odstawiła pojemnik i wydobyła z kieszeni fartucha paczkę gum. – Zawsze jest milczący, nie tak jak Roland i jego grupa. Myślę, że jest nieśmiały… i samotny. – Wrzuciła sobie gumę do ust i poczęstowała Scarlet.

– Nieśmiały pięściarz? – Scarlet odmówiła gestem dłoni. – Słyszysz, co mówisz?

– Musiałabyś go zobaczyć, żeby zrozumieć. Ma takie oczy… – Émilie powachlowała się palcami, udając omdlenie.

– Émilie! – Gilles ponownie pojawił się w drzwiach. – Przestań paplać i chodź tu. Czwórka cię woła. – Obdarzył Scarlet spojrzeniem, które kryło w sobie nieme ostrzeżenie, że jeśli nie przestanie rozpraszać jego pracowników, to on odliczy jej z pensji kolejne uni. A potem znów zniknął w środku, nie czekając na odpowiedź. Émilie wywaliła język w jego stronę.

Oparłszy kosz z cebulą o biodro, Scarlet zatrzasnęła bagażnik i przecisnęła się obok kelnerki.

– Czy czwórka to właśnie on?

– Nie, on siedzi przy dziewiątce – mruknęła Émilie, łapiąc warzywa korzeniowe. – Och, ale ze mnie gapa! – krzyknęła, kiedy ponownie przechodziły przez parującą kuchnię. – Już tydzień temu miałam posłać ci koma z pytaniem o twoją grand-mère. Coś już wiadomo?

Scarlet zacisnęła zęby, gdy słowa poprzedniego komu rozbrzmiały jej w głowie jak klakson. Sprawa zamknięta.

– Nic – powiedziała, pozwalając rozmowie utonąć w chaosie kucharzy krzyczących do siebie nad ladą.

Émilie poszła za nią do samej spiżarni i też odstawiła niesiony towar. Scarlet zajęła się ustawianiem koszy, by zdążyć, zanim kelnerka postanowi powiedzieć coś optymistycznego.

– Nie martw się, Scar. Na pewno wróci. – Émilie odklepała wymaganą formułkę, zanim wycofała się do tawerny.

Od zgrzytania zębami Scarlet zaczynała boleć szczęka.

Wszyscy mówili o zniknięciu jej babci, jakby była zaginionym kotem, który znajdzie drogę do domu, kiedy zrobi się głodny. Nie martw się. Wróci.

Ale nie było jej już od ponad dwóch tygodni. Po prostu zniknęła, bez żadnego komu, bez pożegnania, bez ostrzeżenia. Przegapiła nawet osiemnaste urodziny Scarlet, choć przecież tydzień wcześniej kupiła składniki na jej ulubiony cytrynowy tort.

Żaden z robotników nie widział, jak odjeżdżała. Żaden z roboczych androidów nie nagrał niczego podejrzanego. Zostawiła swój ekraport, ale zapisane komy, kalendarz i historia przeglądania nie dostarczały żadnych wskazówek. Samo to, że zniknęła bez niego, było wystarczająco podejrzane. Nikt już nie wychodził z domu bez swojego ekraportu.

Ale nie to było najgorsze. Nie porzucony ekraport czy nieupieczony tort.

Scarlet znalazła także czip identyfikacyjny babci.

Jej czip. Zawinięty w kawałek płótna poplamiony jej krwią i pozostawiony jak mała paczuszka na kuchennym blacie.

Detektyw mówił, że tak właśnie robią ludzie, kiedy uciekają i nie chcą być znalezieni. Wycinają swoje czipy. Powiedział to w taki sposób, jakby właśnie rozwiązał całą zagadkę, ale Scarlet podejrzewała, że większość porywaczy także znała tę sztuczkę.

2

Scarlet dostrzegła Gillesa stojącego za piecem, nakładającego chochlą sos beszamelowy na kanapkę z szynką. Przeszła za ladę i krzyknęła dla zwrócenia uwagi, co przyjął z wyraźnym poirytowaniem.

– Skończyłam – oznajmiła, krzywiąc się w odpowiedzi. – Proszę, podpisz potwierdzenie dostawy.

Gilles nałożył górkę frites obok kanapki i przesunął talerz po stalowym blacie w jej stronę. – Zanieś to do pierwszego boksu. Będzie gotowe, jak wrócisz.

Scarlet zjeżyła się.

– Ja u ciebie nie pracuję, Gilles.

– Bądź wdzięczna, że nie wysyłam cię do alejki ze szczotką. – Odwrócił się do niej plecami, ukazując białą koszulę pożółkłą od wieloletniego potu.

Palce Scarlet zadrżały na myśl o rzuceniu kanapką w tył jego głowy i porównaniu efektu z tym zostawionym przez pomidory, ale wyobrażenie szybko przesłonił widok surowej twarzy babci. Jak byłaby rozczarowana, gdyby wróciła do domu i dowiedziała się, że przez napad złości Scarlet straciła jednego z najwierniejszych klientów.

Ostatecznie wymaszerowała z kuchni z talerzem w dłoni i tuż za wahadłowymi drzwiami prawie straciła równowagę przez kelnera. Tawerna Rieux nie była miłym miejscem – podłogi się lepiły, meble stanowiły tanią zbieraninę stołów i krzeseł, a powietrze przenikał zapach tłuszczu. Ale w mieście, gdzie alkohol i plotki stanowiły ulubioną rozrywkę, w tawernie zawsze było tłoczno, zwłaszcza w niedziele, kiedy miejscowi robotnicy mogli zapomnieć o uprawach na całe dwadzieścia cztery godziny.

Scarlet czekała aż tłum się trochę przerzedzi i zwróciła uwagę na ekranety za barem. Wszystkie trzy pokazywały ten sam materiał, wałkowany w kółko od zeszłej nocy. Wszyscy mówili o dorocznym balu Wschodniej Wspólnoty, na którym gościła Księżycowa królowa. Na przyjęcie dostała się też dziewczyna-cyborg, która wysadziła kilka żyrandoli i próbowała zabić królową… A może nowo koronowanego cesarza. Najwyraźniej każdy miał inną teorię. Stopklatka na ekranach ukazywała zbliżenie na dziewczynę ze smugami brudu na twarzy i strąkami mokrych włosów ściągniętymi w nieporządny kucyk. Pozostawało tajemnicą, w jaki sposób w ogóle została wpuszczona na cesarski bal.

– Trzeba było zakończyć jej cierpienia, kiedy spadła z tamtych schodów – stwierdził Roland, stały bywalec tawerny, który wyglądał, jakby tkwił przy barze już od południa. Wyciągnął palec w stronę ekranu i udał, że strzela. – Ja bym posłał kulę prosto w głowę. I księżyc na drogę!

Kiedy pośród najbliżej siedzących rozniósł się zgodny pomruk, Scarlet z odrazą przewróciła oczami i ruszyła w stronę pierwszego boksu.

Natychmiast rozpoznała przystojnego pięściarza Émilie, częściowo z powodu zestawu blizn i siniaków na jego oliwkowej skórze, ale przede wszystkim dlatego, że był jedyną nieznaną twarzą w tawernie. Wyglądał bardziej niechlujnie, niż wynikało to z pełnego zachwytu opisu Émilie. Kołtuny włosów sterczały mu we wszystkich kierunkach, a wokół oka nabrzmiewał świeży siniak. Jego nogi wybijały pod stołem rytm jak nakręcana zabawka.

Stały już przed nim trzy inne talerze – puste, jeśli nie liczyć smug tłuszczu, kawałków sałatki jajecznej i nienaruszonych plasterków pomidora oraz liści sałaty.

Nie zdawała sobie sprawy, że się na niego gapi, dopóki jego wzrok nie zderzył się z jej spojrzeniem. Miał nienaturalnie zielone oczy, jak niezerwane kwaśne winogrona. Scarlet zacisnęła palce na talerzu, wreszcie rozumiejąc zachwyt Émilie. Ma takie oczy…

Przepchała się przez tłum i umieściła kanapkę na stole.

– Zamawiał pan le croque, monsieur?

– Dziękuję. – Jego głos ją zaskoczył. Nie był głośny i szorstki, jak oczekiwała, ale raczej niski i pełen wahania.

Może Émilie miała rację. Może on naprawdę był nieśmiały.

– Może jednak przynieść panu całą świnię? – zapytała, zbierając pozostałe talerze. – Oszczędziłoby to kelnerom biegania tam i z powrotem.

Jego oczy rozszerzyły się i przez chwilę Scarlet oczekiwała pytania, czy jest taka możliwość, ale potem skupił się na kanapce.

– Macie tu dobre jedzenie.

Powstrzymała drwiący komentarz. „Dobre jedzenie” i „Tawerna Rieux” stanowiły dwie frazy, które zwykle nie występowały w swoim towarzystwie.

– Walka musi niesamowicie zaostrzać apetyt.

Nie odpowiedział. Gniótł słomkę wystającą z napoju, a Scarlet widziała, że stół trzęsie się od uderzeń jego niespokojnych nóg.

– Cóż. Smacznego – powiedziała, zabierając talerze. Ale potem zatrzymała się i przechyliła je w jego stronę. – Jest pan pewny, że nie chce pomidorów? Są najlepszą częścią posiłku, wyrosły w moim własnym ogrodzie. Właściwie sałata też, ale nie była taka zwiędła, kiedy ją zrywałam. Zresztą nieważne, skoro pan nie chce sałaty. Ale co z pomidorami?

Twarz pięściarza straciła nieco na intensywności.

– Nigdy ich nie próbowałem.

Scarlet uniosła brew.

– Nigdy?

Po chwili wahania puścił szklankę, chwycił dwa plasterki pomidora i wcisnął je sobie do ust.

Wyraz jego twarzy zamarł w połowie przeżuwania. On sam zamyślił się na chwilę, patrząc w przestrzeń, po czym przełknął.

– Nie takie, jak oczekiwałem – stwierdził, spoglądając na nią. – Ale też nie okropne. Chciałbym zmówić trochę więcej. Można?

Scarlet poprawiła chwyt na talerzach, zapobiegając zsunięciu się noża do masła.

– Wie pan, ja tu właściwie nie…

– Pokazują! – powiedział ktoś przy barze, wywołując podekscytowane szepty w całej tawernie. Scarlet spojrzała na ekranety. Ukazywały bujny ogród, pełen bambusów i lilii, błyszczący od świeżego deszczu. Czerwona poświata z balu rozlewała się na szerokich schodach. Kamera znajdowała się nad drzwiami, zwrócona ku długim cieniom padającym na ścieżkę. Było pięknie. Spokojnie i cicho.

– Stawiam dziesięć uni, że jakaś dziewczyna zaraz straci na tych schodach stopę! – wrzasnął ktoś, powodując salwę śmiechu ze strony baru. – Ktoś przebija? No dawajcie, jakie niby mam szanse?

Chwilę później na ekranie pojawiła się dziewczyna-cyborg. Wypadła zza drzwi i pobiegła w dół schodów, niszcząc spokój ogrodu fałdami srebrnej sukni. Scarlet wstrzymała oddech, wiedząc, co się zaraz wydarzy, ale i tak drgnęła, kiedy dziewczyna potknęła się i upadła, a potem stoczyła ze schodów i niezręcznie wylądowała na samym dole, rozciągnięta na kamienistej ścieżce. Nie było dźwięku, ale Scarlet wyobraziła sobie ciężki oddech, z jakim tamta przewróciła się na plecy i spoglądała w stronę drzwi. Na schodach rozciągnęły się cienie, gdy nieznajome postaci stanęły nad dziewczyną.

Scarlet słyszała już tę historię kilkanaście razy, więc odnalazła na schodach zgubioną stopę, od metalu której odbijało się światło z sali balowej. Stopę dziewczyny-cyborga.

– Mówią, że ta po lewej to królowa – odezwała się Émilie. Scarlet podskoczyła, bo nie usłyszała jej nadejścia.

Książę – nie, teraz już cesarz – zszedł po schodach i zatrzymał się, by podnieść stopę. Dziewczyna sięgnęła do brzegu sukni, naciągając ją na łydki, ale nie była w stanie ukryć plątaniny martwych kabli wystających niczym macki z metalowego kikuta.

Scarlet wiedziała, co mówiły plotki. Ta dziewczyna okazała się być Księżycową – nielegalnym zbiegiem i zagrożeniem dla ziemskiego społeczeństwa – a na dodatek oszukała cesarza Kaia. Niektórzy myśleli, że chodziło jej o władzę, inni, że o bogactwo. Jeszcze inni wierzyli, że próbowała wywołać wojnę, którą grożono od tak dawna. Ale niezależnie od jej intencji, Scarlet nie była w stanie stłumić ukłucia litości. W końcu to tylko nastolatka, nawet młodsza niż sama Scarlet. I wyglądała wyjątkowo żałośnie, leżąc u stóp tamtych schodów.

– Jak to szło? Zakończyć jej cierpienia? – zapytał jeden z gości przy barze.

Roland wystawił palec w stronę ekranu.

– Dokładnie. W życiu nie widziałem czegoś tak paskudnego.

Ktoś przy końcu baru wychylił się, żeby spojrzeć na Rolanda zza rzędu innych.

– Nie jestem pewien, czy się zgadzam. Moim zdaniem jest całkiem słodka, kiedy tak udaje bezbronną i niewinną. Może zamiast wysyłać ją z powrotem na Księżyc, mogliby pozwolić jej zostać ze mną?

Odpowiedział mu rubaszny śmiech.

Roland uderzył pięścią w stół, wprawiając w drżenie talerzyk z musztardą.

– Jasne, ta jej metalowa noga świetnie sprawdziłaby się w łóżku!

– Świnia – wymamrotała Scarlet, ale jej komentarz utonął w rechocie.

– Chętnie spróbowałbym ją rozgrzać! – dodał ktoś nowy, a stoły zadygotały od wiwatów i rozbawienia.

Scarlet ponownie poczuła w gardle wzbierającą wściekłość, więc częściowo trzasnęła, a częściowo upuściła talerze na blat stołu. Zignorowała zaskoczone spojrzenia wokół siebie i ruszyła przez tłum w stronę baru.

Oszołomiony barman patrzył, jak Scarlet spycha z blatu butelki z alkoholem i wspina się na bar ciągnący się na całej długości jednej ze ścian. Sięgnęła w górę, otworzyła panel ścienny nad półką ze szklankami do koniaku i wyrwała kabel netlinku. Wszystkie trzy ekrany zgasły, zabierając ze sobą pałacowe ogrody i dziewczynę-cyborga.

Wokół uniósł się ryk protestu.

Scarlet odwróciła się w ich stronę, przypadkiem zrzucając z baru butelkę wina. Szkło rozprysło się na podłodze, ale ledwie to zauważyła, machając kablem w stronę rozsierdzonego tłumu.

– Trochę szacunku! Ta dziewczyna zostanie stracona!

– Ta dziewczyna jest Księżycową – krzyknęła jakaś kobieta. – Powinna zostać stracona!

Zawtórowały jej kiwnięcia głów. Ktoś trafił Scarlet w ramię skórką chleba. Ta oparła dłonie na biodrach.

– Ona ma ledwie szesnaście lat.

Rozległ się ryk wielu argumentów. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni zerwali się na nogi i zaczęli krzyczeć, jacy Księżycowi są źli i że ta dziewczyna próbowała zabić przywódcę Unii!

– Hej, hej, uspokójcie się wszyscy! Dajcie Scarlet spokój! – wrzasnął Roland, ośmielony wypitą ilością whiskey. Wyciągnął ręce w stronę przepychającego się tłumu. – Wszyscy wiemy, że pochodzi z szalonej rodziny. Najpierw ta stara gęś gdzieś uciekła, a teraz Scar broni praw Księżycowych!

Dookoła rozległy się drwiny i gromki śmiech, ale Scarlet słyszała wyłącznie szum krwi buzującej w uszach. Nawet nie zdawała sobie sprawy, w jaki sposób zeszła z blatu, po prostu nagle znalazła się w połowie baru, a jej pięść właśnie dosięgała ucha Rolanda.

Kwiknął i odwrócił się w jej stronę.

– Co…

– Moja babcia nie jest szalona! – Scarlet złapała przód jego koszuli. – To właśnie powiedziałeś detektywowi, kiedy cię przepytywał? Powiedziałeś mu, że jest szalona?

– Oczywiście, że tak mu powiedziałem! – wrzasnął w odpowiedzi, zionąc odorem alkoholu.

Ścisnęła materiał, aż zabolały ją dłonie.

– I pewnie nie tylko ja. Bo skoro gnieździ się w tamtym starym domu, gada ze zwierzętami i androidami, jakby były ludźmi, goni ludzi ze strzelbą…

– Jeden raz. I to sprzedawcę androidów do towarzystwa!

– Ani ciut mnie nie dziwi, że babuszka Benoit uderzyła w ostatnią rakietę. Jak dla mnie to było do przewidzenia.

Scarlet mocno pchnęła Rolanda, który zatoczył się na próbującą ich rozdzielić Émilie. Kelnerka wrzasnęła i wpadła na stół, żeby nie dać mu się zgnieść.

Roland odzyskał równowagę i wyglądał, jakby nie mógł się zdecydować pomiędzy uśmiechem a grymasem.

– Lepiej uważaj, Scar, bo skończysz tak jak ta stara…

Nogi stołu zazgrzytały na kafelkach i nagle pięściarz uniósł Rolanda nad podłogę, obejmując go jedną ręką za szyję.

W tawernie zapadła cisza. Mężczyzna spokojnie trzymał Rolanda w górze, niczym lalkę, ignorując odgłosy duszenia się.

Mimo wrzynającego się w brzuch kantu blatu, Scarlet nie mogła oderwać wzroku od tej sceny.

– Należą jej się przeprosiny – powiedział pięściarz swoim spokojnym, beznamiętnym tonem.

Roland zabulgotał. Jego stopy wierzgały w poszukiwaniu ziemi.

– Hej, puść go! – krzyknął jakiś mężczyzna, zrywając się ze stołka. – Udusisz go! – Szarpnął pięściarza za nadgarstek, ale równie dobrze mógłby złapać żelazną belkę, bo ramię ani drgnęło. Mężczyzna zaczerwienił się i puścił, żeby wyprowadzić cios, ale gdy tylko się zamachnął, wolna ręka pięściarza podniosła się i zablokowała uderzenie.

Scarlet chwiejnie odsunęła się od baru, zauważając wyraźny tatuaż z pozornie przypadkowych liter i cyfr na przedramieniu pięściarza. LSOS962.

Ten nadal wyglądał na rozeźlonego, ale odrobina rozbawienia rozbłysła w jego oczach, jakby właśnie przypomniał sobie zasady gry. Powoli postawił Rolanda na ziemi, jednocześnie rozluźniając uścisk i puszczając pięść drugiego mężczyzny.

Roland odzyskał równowagę, chwytając się stołka.

– Co jest z robą nie tak? – wydusił, masując sobie szyję. – Jesteś jakimś szaleńcem spoza miasta?

– Okazałeś brak szacunku.

– Brak szacunku? – warknął Roland – A ty próbowałeś mnie zabić!

Gilles wypadł z kuchni, przebijając się przez wahadłowe drzwi.

– Co tu się dzieje?

– Ten gość próbuje rozrabiać – powiedział ktoś z tłumu.

– A Scarlet zepsuła ekrany!

– Nie zepsułam ich, idioto – wrzasnęła Scarlet, mimo że nie była pewna, kto to powiedział.

Gilles obejrzał martwe ekrany, masującego szyję Rolanda oraz stłuczone butelki i szklanki na mokrej podłodze.

– Ty – oznajmił, wskazując palcem pięściarza. – Wypad z mojej tawerny.

Scarlet poczuła skurcz w żołądku.

– On nic nie…

– Nawet nie zaczynaj, Scarlet. Ilu jeszcze zniszczeń masz zamiar dzisiaj dokonać? Czy ty chcesz, żebym zrezygnował z twoich usług?

Zjeżyła się. Nadal paliła ją twarz.

– Może po prostu zabiorę dostawę i zobaczymy, jak smakują twoim klientom zgniłe warzywa.

Gilles obszedł bar i wyrwał jej z ręki kabel.

– Serio myślisz, że masz jedyną działającą farmę we Francji? No naprawdę, Scar, zamawiam u was tylko dlatego, że twoja babcia urządziłaby mi piekło, gdybym tego nie robił!

Scarlet zacisnęła usta, powstrzymując się od pełnej frustracji uwagi, że jej babci już tu nie było, więc może faktycznie powinien zamówić u kogoś innego, jeśli ma takie życzenie.

Gilles zwrócił się z powrotem w stronę pięściarza.

– Powiedziałem wypad!

Pięściarz zignorował go i wyciągnął rękę do Émilie, która nadal kuliła się obok stołu. Miała zaczerwienioną twarz, a suknię zmoczoną piwem, ale była całkowicie zauroczona, kiedy pozwoliła podnieść się na nogi.

– Dziękuję – powiedziała szeptem, który poniósł się wśród niecodziennej ciszy.

Pięściarz wreszcie podniósł wzrok na niezadowolonego Gillesa.

– Pójdę, ale jeszcze nie zapłaciłem za posiłek. – Zawahał się. – Mogę też zapłacić za stłuczone szkło.

Scarlet zamrugała.

– Co?

– Nie chcę twoich pieniędzy! – wrzasnął Gilles, brzmiąc na oburzonego, co było dla Scarlet jeszcze większym szokiem. Przecież ciągle narzekał na brak pieniędzy i naciągających go dostawców. – Chcę, żebyś zniknął z mojej tawerny.

Spojrzenie zielonych oczu pięściarza podążyło ku Scarlet, która przez chwilę poczuła z nim nić porozumienia.

Oto oni, dwójka wyrzutków. Niepotrzebnych. Szalonych.

Z bijącym sercem odepchnęła tę myśl. Ten facet oznaczał kłopoty. Żył z bijatyki. A może nawet czerpał z niej przyjemność. Nie wiedziała, co gorsze.

Pięściarz odwrócił się i skłonił głowę, jakby przepraszał, po czym ruszył w stronę wyjścia. Scarlet patrzyła, jak odchodzi i nie mogła pozbyć się myśli, że mimo całej tej brutalności wyglądał równie groźnie co właśnie skarcony pies.

3

Scarlet wysunęła kosz z ziemniakami z najniższej półki, z łupnięciem opuściła go na ziemię, po czym postawiła na nim skrzynkę z pomidorami. Obok wylądowały cebule i rzepy. Musiała zrobić jeszcze dwa kursy, co rozwścieczało ją bardziej niż cokolwiek innego. Tyle, jeśli chodzi o wyjście z godnością.

Złapała za uchwyty kosza i uniosła całą konstrukcję.

– Co znowu robisz? – zapytał Gilles, stając w drzwiach, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.

– Zabieram je z powrotem.

Gilles westchnął głośno i oparł się o ścianę.

– Scar… Nie miałem tego na myśli.

– Jakoś w to nie wierzę.

– Słuchaj, lubię twoją babcię i lubię ciebie. Owszem, liczy sobie za dużo, a ty potrafisz być wyjątkowym kolcem w boku, no i obie jesteście czasem trochę szalone… – Wyciągnął ręce w obronnym geście, widząc, że Scarlet się jeży. – Hej, to ty wspięłaś się na bar i zaczęłaś przemowę, więc nie mów, że nie mam racji.

Zmarszczyła nos.

– Ale liczy się to, że twoja grand-mère prowadzi naprawdę dobrą farmę i nadal co roku macie najlepsze pomidory we Francji. Nie chcę rezygnować z waszych dostaw.

Scarlet przechyliła kosz, a małe czerwone kulki przetoczyły się, odbijając od siebie nawzajem.

– Odłóż je, Scar. Już podpisałem potwierdzenie dostawy.

I poszedł sobie, zanim Scarlet znowu straciła nad sobą panowanie.

Zdmuchnęła rudy lok z twarzy, odłożyła skrzynki i wkopała ziemniaki z powrotem na miejsce pod półkami. Słyszała, jak kucharze śmieją się z tego jadalnianego przedstawienia. Historia opowiadana przez kelnerów nabierała już znamion legendarności. Według kucharzy pięściarz rozbił butelkę o głowę Rolanda, pozbawiając go przytomności i łamiąc po drodze krzesło. I rozprawiłby się też z Gillesem, gdyby Émilie nie spacyfikowała go jednym ze swoich ślicznych uśmiechów.

Scarlet nie miała zamiaru prostować tego przekazu, więc wytarła zakurzone dłonie o dżinsy i wróciła do kuchni. Między nią a pracownikami tawerny czuć było chłodny dystans, kiedy podchodziła do skanera przy tylnych drzwiach. Nigdzie nie było widać Gillesa, za to z jadalni dobiegał chichot Émilie. Scarlet miała nadzieję, że tylko wyobraziła sobie te spuszczone spojrzenia. Zastanawiała się, jak szybko roznoszą się w tym mieście plotki. Scarlet Benoit broniła cyborga! Księżycowej! Wyraźnie uderzyła wrakietę, tak jak jej… Tak jak…

Przesunęła nadgarstek pod starym skanerem. Z przyzwyczajenia sprawdziła potwierdzenie dostawy, które pojawiło się na ekranie, upewniając się, że Gilles nie próbował orżnąć jej jak zwykle. Zauważyła, że faktycznie odjął trzy uni za rozbryźnięte pomidory.

 

687U PRZEKAZANO NA KONTO DOSTAWCY: FARMY I OGRODY BENOIT.

 

Wyszła tylnymi drzwiami, z nikim się nie żegnając.

Chociaż słoneczne popołudnie nadal było ciepłe, w porównaniu z duszną kuchnią cień w alejce wydawał się rześki. Scarlet pozwoliła, by pomógł jej ochłonąć, gdy zajęła się przestawianiem skrzyń na rufie statku. Była spóźniona. Dotrze do domu dopiero późnym wieczorem. A będzie musiała wstać wyjątkowo wcześnie, żeby pojechać na posterunek policji w Tuluzie. Inaczej straci cały dzień, podczas którego nikt nie podejmie działań, by odnaleźć jej babcię.

Dwa tygodnie. Całe dwa tygodnie, podczas których babcia była gdzieś tam, sama. Bezbronna. Zapomniana. Może… może nawet martwa. Może porwana, zabita i pozostawiona w jakimś ciemnym i mokrym rowie na końcu świata. Dlaczego? Czemuczemuczemu?

Scarlet poczuła łzy frustracji napływające do oczu, ale zamrugała, by je odpędzić. Zatrzasnęła klapę i ruszyła dookoła statku, ale nagle zastygła.

Stał tam znajomy pięściarz, opierając się o kamienny budynek. Obserwował ją.

Była zaskoczona, gdy poczuła gorącą łzę spływającą po policzku. Starła ją szybkim ruchem, zanim dotarła do linii ust. Scarlet odwzajemniła spojrzenie, oceniając, czy wyglądał groźnie, czy jednak nie bardzo. Stał kilkanaście kroków od statku, a wyraz jego twarzy wskazywał bardziej na wahanie niż niebezpieczeństwo, ale przy duszeniu Rolanda też wcale nie wydawał się groźny.

– Chciałem się tylko upewnić, że wszystko z tobą w porządku – odezwał się tak cicho, że ledwie go usłyszała przez mieszaninę odgłosów dochodzących z tawerny.

Oparła dłoń o tylną część statku, zirytowana własną nerwową reakcją, jakby nie mogła się zdecydować, czy powinna się przestraszyć, czy ucieszyć.

– Lepiej niż z Rolandem – odpowiedziała. – Jak wychodziłam, miał już sińce na szyi.

Jego oczy na moment podążyły w stronę kuchennych drzwi.

– Zasługiwał na więcej.

Uśmiechnęłaby się, ale po powstrzymywaniu złości i frustracji z całego popołudnia nie miała już na to siły.

– Szkoda, że w ogóle się wtrąciłeś. Panowałam nad sytuacją.

– Najwyraźniej. – Zmrużył oczy, jakby próbował rozwiązać jakąś zagadkę. – Ale bałem się, że wyciągniesz broń, a to by ci nie pomogło. To znaczy w zaprzeczaniu, że nie jesteś szalona.

Włosy zjeżyły jej się na karku. Ręka instynktownie ruszyła w stronę dołu pleców, gdzie skórę grzał mały pistolet. Babcia podarowała jej go na jedenaste urodziny razem z paranoicznym ostrzeżeniem: Nigdy nie wiesz, kiedy jakiś nieznajomy będzie próbował zabrać cię gdzieś, gdzie nie masz zamiaru iść. Nauczyła wnuczkę, jak go używać i od tego czasu Scarlet nie wychodziła bez niego z domu, nieważne, jak bardzo wydawało się to śmieszne czy niepotrzebne.

Minęło siedem lat, a ona była pewna, że nikt dotąd nie zauważył broni ukrytej pod jej zwyczajową czerwoną bluzą. Aż do teraz.

– Skąd wiedziałeś?

Wzruszył ramionami, a przynajmniej próbował, tylko ruchy miał zbyt spięte i urywane.

– Zobaczyłem rękojeść, jak wspinałaś się na blat.

Scarlet lekko uniosła tył bluzy, by odpiąć broń od paska. Próbowała odetchnąć uspokajająco, ale powietrze cuchnęło cebulą i śmieciami z alejki.

– Dzięki za zainteresowanie, ale nic mi nie jest. I muszę już iść… Spóźniam się z dostawami… i wszystkim innym. – Zrobiła krok w stronę drzwi pilota.

– Masz więcej pomidorów?

Zatrzymała się.

Pięściarz wycofał się w cień, wyglądając na nieco zmieszanego.

– Nadal jestem trochę głodny – wymamrotał.

Scarlet wyobraziła sobie, że wyczuwa zapach pomidorowego miąższu na ścianie za sobą.

– Mogę zapłacić – dodał szybko.

Potrząsnęła głową.

– Nie, w porządku. Mamy ich mnóstwo. – Wróciła na tył pojazdu, nie spuszczając z mężczyzny wzroku, i otworzyła klapę. Złapała pomidor i pęczek wykrzywionych marchwi. – Masz, te też można jeść na surowo – powiedziała, rzucając mu warzywa.

Bez problemu je złapał. Schował pomidor w wielkiej pięści, a drugą ręką chwycił marchew za koronkowy, liściasty trzon. Obejrzał ją ze wszystkich stron.

– Co to jest?

Zaśmiała się, zaskoczona.

– Marchewki. Serio pytasz?

Ponownie wydawał się zażenowany tym, że powiedział coś niecodziennego. Zgarbił ramiona w bezskutecznej próbie wydania się mniejszym.

– Dziękuję.

– Mama nigdy nie zmuszała cię do jedzenia warzyw, co?

Ich spojrzenia spotkały się i natychmiast zrobiło się niezręcznie.

Coś stłukło się w tawernie, a Scarlet aż podskoczyła. Zaraz potem wybuchły śmiechy.

– Nieważne. Są dobre, polubisz je. – Zatrzasnęła klapę i znowu ruszyła do drzwi, przesuwając identyfikator pod skanerem statku. Otworzyła drzwi, oddzielając się od niego jak ścianą. Reflektory rozbłysły i podkreśliły siniak wokół oka pięściarza, przez co wydał się ciemniejszy niż wcześniej. Mężczyzna cofnął się jak przyłapany przestępca.

– Zastanawiałem się, nie potrzebujecie może pomocy na farmie? – powiedział niewyraźnie, jakby chcąc jak najszybciej wypluć z siebie te słowa.

Scarlet zatrzymała się, nagle rozumiejąc, dlaczego na nią czekał i dlaczego zwlekał tak długo. Oceniła jego szerokie ramiona, rozwinięte mięśnie. Był stworzony do fizycznej pracy.

– Szukasz pracy?

Zaczął się uśmiechać, co wyglądało niebezpiecznie szelmowsko.

– Za walki nieźle płacą, ale to żadna kariera. Pomyślałem, że może dostanę zapłatę w jedzeniu.

Roześmiała się.

– Widziałam twój apetyt i myślę, że na takim układzie straciłabym ostatnią koszulę. – Zaczerwieniła się od razu, gdy to powiedziała. Niewątpliwie właśnie wyobrażał ją sobie bez koszuli. A jednak, ku jej zdumieniu, jego twarz pozostała spokojna i neutralna, więc szybko wypełniła ciszę, zanim mógłby zobaczyć jej reakcję. – Jak ty się właściwie nazywasz?

Znowu to niezręczne wzruszenie ramion.

– Na walkach mówią na mnie Wilk.

– Wilk? Jakie to… drapieżne.

Całkiem poważnie skinął głową.

Stłumiła szeroki uśmiech.

– Lepiej, żebyś ominął w życiorysie tę część o walkach.

Podrapał się po łokciu. W ciemności ledwie było widać znajdujący się w tym miejscu dziwny tatuaż. Pomyślała, że może go zawstydziła. Może Wilk stanowił ukochaną ksywkę.

– A na mnie mówią Scarlet. Tak, z powodu włosów. Trafna obserwacja.

Jego rysy złagodniały.

– Jakich włosów?

Scarlet oparła ramię o drzwi i podparła na nim brodę.

– Dobry refleks.

Przez chwilę wyglądał na prawie zadowolonego z siebie i Scarlet poczuła, że zaczyna lubić tego nieznajomego, tę anomalię. Tego wygadanego pięściarza o łagodnym głosie.

Z tyłu głowy zakłuło ją ostrzeżenie. Traciła czas. Jej babcia była gdzieś tam, w świecie. Sama. Przerażona. Martwa i w rowie.

Scarlet zacisnęła dłoń na ramie drzwi.

– Bardzo mi przykro, ale aktualnie mamy komplet. Nie potrzebujemy więcej pracowników.

Z oczu mężczyzny zniknął błysk i po krótkiej chwili znowu wyglądał, jakby czuł się niekomfortowo. Jakby był zdenerwowany.

– Rozumiem. Dziękuję za jedzenie. – Kopnął leżącą na chodniku tubkę po wystrzelonym fajerwerku, pozostałość po obchodach pokoju z ubiegłego wieczora.

– Powinieneś pojechać do Paryża albo Tuluzy. W miastach jest więcej ofert pracy, poza tym pewnie już zauważyłeś, że tutaj ludzie nie przepadają za obcymi.

Przechylił głowę, a jego szmaragdowe oczy w świetle reflektorów wydały się jeszcze jaśniejsze. Wyglądał na prawie rozbawionego.

– Dzięki za radę.

Scarlet odwróciła się i wsiadła do środka.

Kiedy włączyła silnik, Wilk przysunął się ściany.

– Jeśli zmienisz zdanie i jednak będziesz chciała pracownika, to większość nocy spędzam w opuszczonym domu Morelów. Może niezbyt dobrze radzę sobie z ludźmi, ale sądzę, że na farmie poradziłbym sobie bardzo dobrze. – Rozbawienie dotarło do kącików jego ust. – Zwierzęta mnie kochają.

– Och, jestem tego pewna – odpowiedziała z fałszywą zachętą i zatrzasnęła drzwi. – Bo jak mogą nie kochać wilka? – wymamrotała.

4

Pobyt w niewoli zaczął się dla Carswella Thorne’a dość nieprzyjemnie, zwłaszcza w obliczu zakończonej katastrofą rewolucji mydlanej. Ale odkąd przeniesiono go do pojedynczej celi, stał się najprawdziwszym wcieleniem dżentelmena o dobrych manierach, dzięki czemu po sześciu miesiącach przykładnego zachowania wreszcie przekonał jedyną kobietę-strażniczkę, by pożyczyła mu ekraport.

Był prawie pewny, że nic by z tego nie wyszło, gdyby strażniczka nie uważała go za idiotę, który potrafi jedynie liczyć dni i szukać brzydkich obrazków zarówno tych znanych, jak i całkowicie wyobrażonych pań.

Oczywiście miała rację. Thorne nie pojmował technologii i nie dokonałby niczego na ekraporcie nawet z instrukcją dla początkujących o tytule: Jak uciec zwięzienia za pomocą ekraportu. Nie udało mu się ani uzyskać dostępu do swoich komów, ani połączyć się ze źródłami informacji, ani też wyłowić żadnych informacji o więzieniu w Nowym Pekinie i okalającym je mieście.

Ale z pewnością doceniał te sugestywnie niegrzeczne, nawet jeśli mocno przefiltrowane zdjęcia. Spędzał właśnie 228 dzień swojej niewoli na przeglądaniu ich i zastanawianiu się, czy Señora Santiago nadal była żoną tego cuchnącego cebulą faceta, kiedy spokój celi zakłóciły okropne zgrzyty.

Spojrzał w górę, mrużąc oczy w stronę gładkiego i błyszczącego, białego sufitu. Dźwięk ustał, a po nim nastąpiło szuranie. I kilka łupnięć. I więcej zgrzytu.

Thorne podciągnął nogi na leżankę i czekał, a dźwięk stawał się coraz głośniejszy, stopniowo się przybliżając. Ucichł na chwilę, po czym zaczął się od nowa. Mężczyźnie zajęło trochę czasu umiejscowienie tego nowego i dziwnego odgłosu, ale po dłuższym zastanowieniu doszedł do wniosku, że jest do dźwięk wiertarki.

Może któryś z pozostałych więźniów remontował sobie celę.

Dźwięk ustał, choć wspomnienie po nim nadal wprawiało ścianę w wibrację. Thorne rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego cela była idealnym sześcianem o gładkich, błyszczących i białych panelach na wszystkich sześciu powierzchniach. Zawierała całkowicie białą leżankę, wysuwaną ze ściany za pomocą przycisku toaletę i jego samego, ubranego w biały kombinezon.

Jeśli ktoś rzeczywiście robił remont, Thorne miał nadzieję, że jego cela będzie następna.

Dźwięk rozbrzmiał ponownie, tym razem jeszcze bardziej zgrzytliwy, po czym przez sufit przebiło się długie wiertło i spadło na środek podłogi w celi. A potem spadły jeszcze trzy kolejne.

Thorne wyciągnął szyję, kiedy jedno z nich potoczyło się pod leżankę.

Chwilę później z trzaskiem odpadł jeden z białych paneli, a z powstałej dziury przy okrzyku zaskoczenia wyłoniły się dwie nogi. Były obleczone w taki sam biały, bawełniany kombinezon, jak ten Thorne’a, ale zamiast prostych, białych butów dopełniających strój, stopy dyndające z sufitu były bose.

Na jednej była skóra.

Na drugiej płyty wypolerowanego metalu.

Dziewczyna ze stęknięciem puściła się sufitu i wylądowała na środku celi, wykończywszy skok przysiadem.

Thorne oparł łokcie na kolanach i pochylił do przodu, próbując przyjrzeć się towarzyszce bez opuszczania bezpiecznej pozycji przy ścianie. Była smukła, opalona i miała proste, brązowe włosy. Jej lewa ręka również była zrobiona z metalu.

Dziewczyna odzyskała równowagę, wstała i otrzepała swój kombinezon.

– Przepraszam – odezwał się Thorne.

Odwróciła się w jego stronę z dzikim spojrzeniem.

– Wydaje mi się, że pomyliłaś cele. Potrzebujesz pomocy, żeby wrócić do swojej?

Zamrugała.

Thorne uśmiechnął się.

Zmarszczyła brwi.

Zirytowanie dodawało dziewczynie urody, więc Thorne przypatrywał się jej, oparłszy brodę na dłoni. Nigdy dotąd nie spotkał cyborga, a zwłaszcza z żadnym nie flirtował, ale zawsze musi być ten pierwszy raz.

– Te cele miały być puste – stwierdziła.

– Wyjątkowe okoliczności.

Przyglądała mu się przez długą chwilę, nadal ze zmarszczonymi brwiami.

– Morderstwo?

Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Dziękuję, ale nie. Wywołałem bunt na placu. – Poprawił kołnierzyk. – Oprotestowywaliśmy mydło – dodał.

To zdezorientowało ją jeszcze bardziej, a Thorne zauważył, że nadal nie wyszła z pozycji obronnej.

– Mydło – powtórzył, zastanawiając się, czy go usłyszała. – Za bardzo wysusza.

Nic nie odpowiedziała.

– Mam wrażliwą skórę.

Jej usta otworzyły się i Thorne oczekiwał wyrazów współczucia.

– Ha – usłyszał tylko, bez żadnych oznak zainteresowania.

Wyprostowała się i kopnęła leżący pod swoim nogami panel z sufitu, po czym obróciła się wokół własnej osi, oglądając celę. Jej warga podwinęła się z irytacji.

– Głupia – wymamrotała dziewczyna, podchodząc do ściany po lewej stronie Thorne’a i opierając o nią dłoń. – Jedna cela w bok.

Jej rzęsy zatrzepotały nagle, jakby utknął w nich pył.

Warknęła i kilkukrotnie uderzyła się dłonią w czoło.

– Uciekasz.

– Nie w tej chwili – wycedziła przez zęby, nieznacznie potrząsając głową. – Ale tak, taki właśnie jest plan. – Na jej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy zauważyła ekraport na jego kolanach. – Jaki to model?

– Nie mam bladego pojęcia. – Wyciągnął go w jej stronę. – Kompletuję właśnie portfolio kobiet, które kochałem.

Odepchnąwszy się od ściany, wyrwała mu z dłoni ekraport i odwróciła urządzenie. Czubek jej cyborgicznego palca otworzył się, odsłaniając mały śrubokręt. Odkręcenie klapki od spodu ekraportu zajęło jej zaledwie chwilę.

– Co robisz?

– Zabieram twój kabel wideo.

– Po co?

– Mój padł.

Wyrwała żółty kabelek z ekranu i rzuciła go z powrotem na kolana Thorne’a, po czym usiadła na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Thorne patrzył bez zrozumienia, jak przerzuca włosy na jedną stronę i otwiera panel u podstawy swojej czaszki. Chwilę później jej palce wyłoniły się z kabelkiem podobnym do tego, który właśnie mu ukradła, ale o poczerniałym końcu. Twarz dziewczyny zmarszczyła się w wyrazie koncentracji, podczas gdy ona sama instalowała nowy kabel.

Z pełnym zadowolenia westchnieniem zatrzasnęła panel i rzuciła stary kabelek obok Thorne’a.

– Dzięki.

Skrzywił usta, odsuwając się od niego.

– Masz ekraport we własnej głowie?

– Coś w tym rodzaju. – Dziewczyna wstała i ponownie przesunęła dłonią po ścianie. – No, o wiele lepiej. A teraz, jak… – Zamilkła i nacisnęła przycisk w kącie. Błyszczący, biały panel podjechał w górę, płynnie i precyzyjnie wysuwając toaletę. Jej palce zanurkowały w szparze pomiędzy wyposażeniem a ścianą, wyraźnie czegoś poszukując.

Thorne odsunął się od porzuconego na leżance kabla, wyrzucił z umysłu obraz dziewczyny otwierającej płytkę w czaszce i jeszcze raz stał się uosobieniem dżentelmena. Spróbował poprowadzić towarzyską pogawędkę podczas pracy – spytał, za co siedzi i skomplementował wysokiej jakości wykonanie jej metalowych kończyn – ale zwyczajnie go zignorowała. Aż zaczął się zastanawiać, czy naprawdę był oddzielony od żeńskiej populacji już tak długo, że zaczął tracić swój urok.

Ale to wydawało się mało prawdopodobne.

Kilka minut później dziewczyna najwyraźniej znalazła to, czego szukała i Thorne ponownie usłyszał mechaniczny odgłos wiertła.

– Kiedy cię zamykali – odezwał się – czy rozważyli fakt, że to więzienie może mieć pewne luki w systemie bezpieczeństwa?

– Wtedy nie miało. Ta ręka to nowy dodatek. – Zatrzymała się i wbiła spojrzenie w jeden z kątów wnęki, jakby próbowała dojrzeć coś przez ścianę.

Może to też potrafiła. Sam zrobiłby z czegoś takiego dobry użytek.

– Niech zgadnę – powiedział. – Kradzież z włamaniem?

Po długiej ciszy wypełnionej oglądaniem przesuwającego się mechanizmu dziewczyna zmarszczyła nos.

– Podwójna zdrada, skoro musisz wiedzieć. Do tego opieranie się aresztowaniu i nielegalne użycie bioelektryki. A, i jeszcze nielegalna imigracja, ale serio, myślę, że z tym to trochę przesadzili.

Zmrużył oczy, patrząc na tył jej głowy, aż lewe oko zadrżało mu w nerwowym tiku.

– Ile ty masz lat?

– Szesnaście.

Wiertło w jej palcu ponownie zaczęło się obracać. Thorne poczekał na przerwę w wierceniu.

– Jak się nazywasz?

– Cinder – odpowiedziała, po czym wróciła do robienia hałasu.

– Jestem kapitan Carswell Thorne – powiedział, kiedy dźwięk znowu ustał. – Ale zwykle ludzie mówią mi po prostu…

Więcej wiercenia.

– Thorne. Albo kapitanie. Albo kapitanie Thorne.

Nie odpowiedziała, za to ponownie wcisnęła dłoń we wnękę. Najwyraźniej próbowała coś przekręcić, ale chyba jej się nie udało, bo chwilę później usiadła i prychnęła z poirytowaniem.

– Wyraźnie potrzebujesz wspólnika – zauważył Thorne, wygładzając kombinezon. – I masz szczęście, bo ja akurat jestem mózgiem całej przestępczości.

Popatrzyła na niego spode łba.

– Spadaj.

– Ciężko wykonać to polecenie w obecnej sytuacji.

Westchnęła i strząsnęła kawałki białego plastiku z wiertła.

– A co zrobisz, jak już się wydostaniesz? – zapytał zatem.

Odwróciła się z powrotem do ściany. Zgrzytanie trwało jakiś czas, aż w końcu przerwała, by rozciągnąć szyję i pozbyć się bolesnego skurczu.

– Najkrótsza droga poza miasto prowadzi na północ.

– Och, moja mała, naiwna więźniarko. Czy nie sądzisz, że tego właśnie będą oczekiwać?

Dźgnęła wiertłem wnękę.

– Proszę, czy mógłbyś przestać mnie rozpraszać?

– Mówię tylko, że możemy pomóc sobie nawzajem.

– Zostaw mnie w spokoju.

– Mam statek.

Jej spojrzenie powędrowało ku niemu zaledwie na jedno uderzenie serca. Popatrzyła groźnie.

– Statek kosmiczny.

– Statek kosmiczny – powtórzyła przeciągle.

– Możemy być w połowie drogi do gwiazd w mniej niż dwie minuty, a zaparkowałem go zaraz za granicami miasta. Łatwo się do niego dostać. To co ty na to?

– Ja na to, że jak nie przestaniesz paplać i nie pozwolisz mi pracować, to nie będziemy w połowie drogi dokądkolwiek.

– Słuszna uwaga – odpowiedział, unosząc dłonie w geście poddania. – Po prostu przemyśl to w tej swojej ładnej główce.

Spięła się, ale nie przerwała pracy.

– Jak tak sobie o tym myślę, to ulicę stąd był kiedyś świetny bar z przekąskami dim sum. Mieli tam takie małe bułeczki z wieprzowiną, wyśmienite. Aromatyczne i soczyste. – Złączył palce, śliniąc się na samo wspomnienie.

Cinder ze ściągniętą twarzą zaczęła masować sobie kark.

– Może będziemy mieli czas, żeby zatrzymać się tam na chwilę i kupić coś na drogę. Przydałoby mi się po tym świństwie bez smaku, które nazywają tutaj jedzeniem. – Oblizał usta, ale kiedy spojrzał na dziewczynę, twarz miała jeszcze bardziej wykrzywioną bólem. Na skroni pojawiły jej się kropelki potu.

– Wszystko w porządku? – zapytał, sięgając w jej stronę. – Potrzebujesz masażu pleców?

Odpędziła go machnięciem.

– Proszę… – powiedziała, zasłaniając się rękami. Z trudem oddychała.

Thorne wpatrywał się w dziewczynę, gdy nagle jej obraz zafalował jak gorąco nad torami kolei magnetycznej. Cofnął się. Poczuł jak puls mu przyspiesza, a mózg zalewa dziwne mrowienie błyskawicznie rozchodzące się aż do zakończeń nerwowych.

Ona była… piękna.

Nie, boska.

Nie, idealna.

Jego serce mocno biło, a przez głowę przepływały mu myśli o czci i oddaniu. O uległości. I podporządkowaniu.

– Proszę – powtórzyła, osłaniając się metalową ręką. Brzmiała desperacko i musiała oprzeć się o ścianę. – Po prostu przestań mówić. Po prostu… zostaw mnie w spokoju.

– W porządku. – Nastało oszołomienie. Cyborg, współwięzień, bogini. – Oczywiście. Cokolwiek chcesz. – Cofnął się ze łzami napływającymi do oczu i usiadł na leżance.