142 osoby interesują się tą książką

Opis

Na pierwszym roku studiów Olivia poznaje ekscentryczne i fascynujące rodzeństwo. I chociaż odnosi wrażenie, że Renée złożyła ją w darze bratu, decyduje się mimo wszystko wejść do gry, której zasad nie zna. Wraz z grupką przyjaciół tworzy dekadencki krąg – Satyricon. Spotykają się w dużym, starym mieszkaniu, żeby pić i dyskutować o sztuce, literaturze i erotyce, a także eksperymentować z własną seksualnością. Zakochana w Rufusie O – jak bywa nazywana przez przyjaciół Olivia – odkrywa mroczne strony swojej osobowości, które okazują się znamienne dla jej dalszego życia.

Piętnaście lat później, mając za sobą nieudane małżeństwo, Olivia powraca do domu letniskowego Bodinów, w którym Satyricon spędzał ostatnie, dionizyjskie wakacje. Na przyjęciu z okazji czterdziestych urodzin Renée Olivia zostaje skonfrontowana z dawnymi przyjaciółmi i Rufusem, w stosunku do którego wciąż nie potrafi być obojętna. Powracają do niej dawne wspomnienia o rautach, kłótniach i rozkoszy, a także o tragedii, do której doprowadziły studenckie zabawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału Satyricon
Przekład AGATA TEPEREK
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja LECH STASZKIEL
Korekta ANNA SALWA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych MACIEJ PIEDA
Zdjęcia na okładce © Family TV / Shutterstock
Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © Gertrud Hellbrand, 2018 Copyright © for the translation by Agata Teperek Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66500-03-7
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

1

Przyjęcie

.

Dom znajduje się na końcu jednej z licznych sörmlandzkich alei obsadzonych drzewami liściastymi. Na skrawku trawnika przed bramą zaparkowałam małego fiata pandę. Walizka nie jest szczególnie ciężka; niosę ją w ręce, idąc po żwirowej ścieżce. Żółty drewniany dom wygląda mniej więcej tak, jak go zapamiętałam. Na rabatach kwitnie kilka czerwonych róż, słońce odbija się od okien na piętrze, a ja czuję się dziwnie spragniona.

Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś zobaczę dom letniskowy rodzeństwa Bodinów. Jeśli ktoś by mnie o to spytał, pokręciłabym przecząco głową. Nigdy więcej tam nie pojadę. A mimo wszystko zrobiłam to: jak lunatyczka pognałam z pracy do mieszkania, wbiegłam po schodach, bo winda nadal była popsuta, spakowałam kilka ubrań i zbiegłam na dół. Wlokłam się zakorkowaną E4, jedząc kanapkę przy dźwiękach popołudniowej audycji w radiu. Zatrzymałam się w Kungens Kurvie, żeby zatankować, a potem ruszyłam dalej na południe. Wkrótce pokrywa chmur rozstąpiła się i słońce zalało pożółkłe zagajniki, pastwiska i pola. Zbliżała się jesień. Starałam się wmówić sobie, że w tym wyjeździe nie ma nic szczególnego. Będę świętować czterdzieste urodziny dawnej przyjaciółki. Długi weekend za miastem. Nic więcej.

– Halo?

Drzwi przeszklonej werandy nie są zamknięte na klucz, ale nikt nie odpowiada na moje wołania. Walizka uderza o stopień i przewraca się w progu. Chwytam ją ponownie i stawiam na wycieraczce. Słyszę jakiś hałas i podnoszę wzrok. Tuż obok drzwi prowadzących w głąb domu stoi młody mężczyzna. Wygląda na kogoś z Bliskiego Wschodu.

– Dzień dobry – mówię. – Zastałam Renée?

Kręci głową. W jednej ręce trzyma pomidora, w drugiej nóż kuchenny. Kiwa w stronę wyjścia.

– Jest nad jeziorem?

Znów przytakuje. Potem odwraca się i wchodzi do środka.

Słońce oślepia, ale nie grzeje. Powietrze jest przejrzyste, a wysypana żwirem droga nad jezioro sucha. Bez walizki moje kroki stają się lżejsze, przeciągam się i odruchowo prostuję plecy. Jestem tutaj. Naprawdę wróciłam. Musiałam oszaleć.

Trochę dalej przede mną, po las mieszany na horyzoncie, rozciąga się woda. Pastwisko dla koni na sąsiedniej posiadłości opada aż do brzegu. Pasie się na nim kilka klaczy ze źrebakami. Ktoś idzie drogą w moją stronę. Muszę przesłonić ręką oczy.

Minęły trzy lata, odkąd ostatni raz widziałam Renée. Schudła na twarzy, wysmuklała, ale dalej jest piękna w ten sam złowróżbny sposób co kiedyś. Ma nieco poirytowany wyraz twarzy: jakby przeglądała mnie na wylot, kiedy stoję skonsternowana pośrodku drogi.

Pod pikowaną kamizelką ma golf, a na nogach kalosze. Zawsze zazdrościłam jej włosów. Kiedy Oliver chodził jeszcze w pieluchach, a ja postanowiłam zrobić coś, żeby poprawić sobie nastrój, przyszło mi do głowy, że mogę ufarbować włosy na taki jasny, miodoworudy odcień – u Renée naturalny. Nie miałyśmy wtedy ze sobą kontaktu, nie dostawałam od niej nawet życzeń na Boże Narodzenie. Mimo to, całkiem niespodziewanie, siedziałam na regulowanym fotelu i starałam się opisać kolor jej włosów. Proszę sobie wyobrazić młodą Nicole Kidman. Taki rudawy miód. Żujący gumę fryzjer wzruszył ramionami. Trzeba będzie najpierw utlenić włosy, a potem ufarbować, wyjaśnił; dałam za wygraną i zamiast tego wybrałam delikatny kasztanowobrązowy odcień.

Renée jest już koło mnie, czuję jej zapach. Obcy, a tak dobrze znany. Ujmuje mnie za ramiona. Nic nie mówi, tylko patrzy na mnie, uśmiechając się delikatnie. A później całuje mnie w usta.

Z zewnątrz dom wygląda jak kiedyś, ale w środku został wyremontowany; drewnianą podłogę w przedpokoju pomalowano w biało-szarą szachownicę. Koło stolika na telefon stoją dwa wiklinowe fotele przykryte owczymi skórami.

Renée wchodzi do kuchni pierwsza. Znów widzę tego młodego mężczyznę. Nie może mieć więcej niż dwadzieścia lat. Stoi pochylony nad blatem, na którym leżą małe, rozwałkowane placki. Nie podnosząc wzroku, w pełnym skupieniu nakłada odrobinę mięsnego farszu na każdy kawałek ciasta. Na desce do krojenia widać mokre ślady po siekanych pomidorach; w kuchni pachnie czosnkiem i kuminem. Została doposażona od mojej ostatniej wizyty.

– Musiałam sporo pozmieniać w tym domu – wyjaśnia Renée, jakby czytała w moich myślach. – Mieszkam tu teraz praktycznie na okrągło.

– A twoi rodzice?

– Przeprowadzili się do Nicei. Przyjeżdżają tylko latem na jakiś tydzień.

Nadal stoi tu stara drewniana ława z oparciem i te same dawne szafki kuchenne z szufladami i drzwiczkami.

– To Aram – ciągnie Renée, ale ten poważny młodzieniec nawet teraz nie patrzy na mnie. Wydaje się głęboko pochłonięty tym, co robią jego dłonie: sprawnymi ruchami palców zawija farsz w ciasto i dociska brzegi widelcem.

– Mogę w czymś pomóc? – pytam.

Renée kręci głową.

– Chodź, pójdziemy na górę.

Dostaję służbówkę na końcu korytarza z widokiem na jezioro. Renée kazała wyszorować drewnianą podłogę. Tapeta jest reprodukcją dawnego secesyjnego wzoru ze stylizowanymi wiązkami kwiatów. Wzdrygam się na widok żelaznego łóżka: mosiężne kule przy zagłówku, narzuta, czarne lśniące nogi...

– Zostało tu przyniesione z dużej sypialni.

Słowa Renée potwierdzają to, czego się obawiałam. Uśmiecha się drwiąco, a ja czuję, że się rumienię. Muszę odwrócić się do okna. Po trawniku idzie Aram. Kieruje się ze szklarni w stronę werandy, ręce ma pełne czegoś, co wygląda jak świeżo zerwane zioła. Renée podchodzi i staje obok.

– Aram dokonuje cudów w szklarni. Jego ojciec był ogrodnikiem w dużej posiadłości koło Aleppo.

– Rozumie po szwedzku?

– U mnie uczy się więcej niż w ośrodku. – Renée śmieje się. – Jest pięknie położony po drugiej stronie jeziora. Ale wciąż są tam jakieś awantury, więc Aram trochę tu pomieszkuje.

Nie wiem, co powiedzieć, nie chcę sobie nawet wyobrażać, jakie zadania – poza gotowaniem i pracą w szklarni – ma tu Aram.

– Kiedy przyjadą pozostali goście?

– Jutro po południu – odpowiada Renée. – Mój brat też.

Posyła mi koci uśmiech, a ja znów się rumienię. Nic nie mogę na to poradzić. Jakby moje ciało nie chciało mnie do końca słuchać. Odkąd pamiętam, byłam podatna na wpływy innych.

Przez moment majaczy mi w głowie myśl, że to właśnie moje ciało przywiodło mnie z powrotem w to miejsce; a teraz mnie demaskuje, kiedy drwiący uśmiech Renée i jej znaczące spojrzenia przyprawiają mnie o dreszcze.

– Korzystaj z okazji i wypoczywaj. Chciałabym, żebyś jutro poznała kilka osób.

Na dworze szybko zapada tu zmierzch. Nie ma latarni, nie ma samochodów; tylko liście topoli słabo szeleszczą na wietrze. Wyciągam się na brzuchu sama w pokoju gościnnym, z twarzą wtuloną w złote hafty narzuty. Minęło piętnaście lat, odkąd byłam tutaj ostatnio; koniuszkiem palca wodzę po wzorze.

.

Pierwszy raz zobaczyłam Renée pewnego zimowego wieczoru przed klubem studenckim w Uppsali. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że jest arogancka. Właśnie wyszliśmy na podwórze – ja i dwóch chłopaków, z którymi chodziłam na filozofię. W przerwach na szczycie schodów spotykało się zazwyczaj te osoby z nowej grupy, które w ogóle warto było poznać. Może po prostu palacze mają w sobie małą domieszkę autoagresji, która sprawia, że stają się ludzcy. Tak właśnie poznałam Tony’ego i Jockego.

Renée też akurat paliła. Stała w mroku przed brzoskwiniowym budynkiem, otoczona grupką młodych mężczyzn, i nasze spojrzenia się spotkały.

– Wchodzicie? – spytałam. – Równie dobrze możecie od razu zawrócić.

Nie odpowiedziawszy, przyjrzała mi się, a ja odniosłam wrażenie, że nie przepada za dziewczynami. Później dyskutowałyśmy na ten temat wielokrotnie – o tym, że obie wolimy przestawać z mężczyznami. Wtedy jednak, każda z nas ze swoją niewielką męską armią za plecami, zmierzyłyśmy się wzrokiem.

– To prawda – przyznał Tony. – Impreza jest drętwa.

Było tak zimno, że wydychany przez nas dym utrzymywał się wokół niczym chmura, śnieg na chodniku był twardy i nierówny, ale w końcu znaleźliśmy otwartą knajpę. Renée postarała się, żebyśmy siedziały naprzeciwko siebie. Studiowała literaturoznawstwo, właśnie pisała pracę dyplomową. Sceptycyzm, z którym początkowo mi się przyglądała, przeszedł w żywe zainteresowanie.

– Jaką najbardziej perwersyjną rzecz robiłaś?

Znałyśmy się może dwadzieścia minut. Obok rozmawiali nasi koledzy, a bar wypełniał przyciszony gwar. Okna od ulicy były pokryte parą, siedzieliśmy jak w kokonie z wilgotnego ciepła. Pokręciłam głową, a ona się zaśmiała.

– Okej, przeformułuję pytanie. Jaka była twoja najbardziej zakazana fantazja?

Pochyliła się i popatrzyła na mnie z miną, która była tak ponaglająca, że też musiałam się roześmiać. Potem opowiedziała mi o swojej pracy. Pisała o – jak określiła to rzeczowo spokojnym głosem – animalistycznej radości staczania się. Ta radość miała znajdować wyraz w jednej ze scen powieści Émile’a Zoli Praca, w której młoda kobieta o wysokiej pozycji społecznej oddaje się robotnikowi w brudnej szopie. A także, rzecz jasna, w Pannie Julii Augusta Strindberga. Renée opisywała te destrukcyjne popędy jako „bunt osobowości”. Argumentację podpierała Manifestem futurystycznego pożądania Valentine de Saint-Point z tysiąc dziewięćset trzynastego roku, gdzie autorka twierdzi, że pożądanie szuka tego, co nieznane, w cielesności, a intelekt szuka tego, co nieznane, w duszy.

Renée udało się przekonać promotorów i wykładowców, że jej tezy są czymś w rodzaju feministycznego przewrotu; nowatorską dywersją, potwierdzeniem prawa kobiet do badania swoich nawet najmroczniejszych stron.

– Moje badania poruszają kompleksową problematykę związaną z płcią i klasą – zażartowała sama z siebie, a potem parsknęła ironicznym śmiechem i zapaliła papierosa.

Tamtego pierwszego wieczoru w barze, jeszcze zanim nasze palce i stopy zdążyły się ogrzać po wędrówce po skutych lodem ulicach Uppsali, Renée wyznała, że myślała o tym, żeby przespać się z budowlańcem. Usprawiedliwiająco wzruszyła ramionami:

– W celach badawczych.

Opowiedziała mi, jak każdego dnia w drodze do biblioteki mija plac budowy. Za barierkami, między rusztowaniami i betoniarkami, kręcą się mężczyźni w kombinezonach roboczych. Właśnie odnawiają fasadę; uśmiechają się do niej spod kasków, a ona zwykle przystaje i ucina sobie z nimi pogawędkę.

– Ich ręce są czerwone od zimna – wypaliła bliska egzaltacji. – I zastanawiam się, jak by to było przespać się z którymś z nich. Na zimnie, za tym grubym, półprzezroczystym plastikiem, którym okręcili budynek.

Siedziałam oniemiała. Jasnorude włosy Renée biły własnym światłem. Niepasująca do swojej epoki dwudziestopięciolatka – ubrana jak dojrzała kobieta, ale z rysami dziecka. Większość chłopaków w naszym wieku nawet nie odważyłaby się do niej zbliżyć. Czy naprawdę myślała o tym, żeby oddać się przypadkowo wybranemu robotnikowi? Nie sposób było oprzeć się tej wizji, wiedziałam, że jak wieczorem wrócę do swojego studenckiego mieszkania, będę w samotności odmalowywać sobie tę scenę w myślach. Będę wyobrażać sobie Renée przyciśniętą do betonowej ściany za folią, zabawiającą się z co najmniej dwójką robotników, a ruch na ulicy będzie się toczył obok jak zwykle.

Zdawała się zadowolona, jakby przypuszczała, o czym rozmyślam. Potem znów pochyliła się do mnie nad stołem z subtelnym, przemądrzałym uśmiechem na ustach.

– Musisz poznać mojego brata.

Tamta zimowa noc wydawała się jeszcze chłodniejsza, kiedy ruszyliśmy dalej. Drzewa iskrzyły się od tysięcy kryształków, ale my zdążyliśmy już odtajać i teraz, kiedy szliśmy pijani z rumianymi policzkami, było nam przyjemnie ciepło. Renée powiedziała, że jest w połowie Francuzką.

– Moja mama pochodzi z Bretanii. Rufus bardziej ją przypomina. Ledwie można uwierzyć, że jesteśmy rodzeństwem.

Mieliśmy go znaleźć w jednym ze znanych nocnych klubów. Renée nalegała, że zapłaci za mój wstęp. Przeszliśmy obok szatni, nie zostawiając kurtek. Za barem znajdował się podłużny pokój z czerwonymi tapetami i obrazami na ścianach. W środku słychać było jedynie przytłumioną muzykę, a przy stolikach siedzieli ludzie i rozmawiali. Dosiedliśmy się do samotnego mężczyzny w głębi sali. Szczupłego faceta o drobnej lisiej twarzy.

– Charlie – powiedział i uniósł w naszą stronę kufel piwa.

Renée niecierpliwie rozejrzała się wokoło.

– Gdzie Rufus?

– Zaraz przyjdzie.

Siedziałam na skraju obitego skajem krzesła. Byłam zwrócona plecami do wyjścia i rozmawiałam z pozostałymi, jej brata zauważyłam więc dopiero, kiedy stanął przy naszym stoliku. Natychmiast zrozumiałam, co miała na myśli. Podczas gdy Renée wdała się w swojego jasnowłosego szwedzkiego ojca, jej brat odziedziczył ciemną karnację po matce. Rufus Bodin emanował chłodnym, ponadczasowym pięknem, które niepokoiło tych, którzy na niego patrzyli. Przypominał rzymskiego sukcesora; stał w czarnym płaszczu jak młody despota i Renée patrzyła na niego z zachwytem.

– Usiądź – powiedziała. – Jest tu ktoś, kogo musisz poznać.

Kiedy położyła rękę na moim ramieniu, dotarło do mnie, że to ja mam być niespodzianką tego wieczoru. Jakby właśnie ofiarowywała bratu wytworny podarek.

– Rufus, to jest Olivia.

Jego badawczy wzrok po raz pierwszy się na mnie zatrzymał.

Czy obudził mnie jakiś hałas? Przez szpary między zasłonami wpada światło starej żeliwnej latarni; słaby blask igra na bukiecikach kwiatów na ścianie. Obudzić się w tym domu po piętnastu latach, to jak obudzić się z koszmaru – i uświadomić sobie, że to wcale nie jest sen. Ostrożnie wymykam się na korytarz i zakradam do toalety. Wodoodporną tapetę zmieniono, na podłodze i ścianach są nowe kafelki. Przeglądam się w lustrze i myślę o tym, że nikt nie wie, że tu jestem. I nikt nie ma pojęcia, co teraz robię. Mogłabym pozostać w tym śnie, zostać pochłonięta przez ten dom, i nikt by się nie dowiedział, gdzie się podziałam.

Potrząsam głową. Biorę się w garść.

Przed drzwiami swojego pokoju odwracam się – kawałek dalej na korytarzu skrzypi podłoga. To Aram? Z potarganymi włosami i okręcony w pasie jedynie poszewką, zamyka ostrożnie drzwi do pokoju Renée, a później na palcach idzie do toalety. Nie widział mnie. Pospiesznie wchodzę do środka i wpełzam pod jeszcze ciepłą puchową kołdrę.

.

Kiedy schodzę na dół do kuchni, Renée jest już po śniadaniu. Sieka na blacie cebulę i intensywnie pachnącą szałwię. Dookoła niej stoi mnóstwo misek i półmisków na wieczorny szwedzki stół.

– Zostawiłam jedzenie na wierzchu. Bierz, co chcesz.

Za oknem świeci słońce. Liście osik rosnących na granicy działki błyszczą się jak złoto. Właśnie skończyłam kanapkę, kiedy dostaję esemesa. Od Olivera. Przysłał mi zdjęcie: stoi na tle morza, szeroko rozstawia nogi z płetwami i trzyma dużego dmuchanego delfina. Cała twarz mu się śmieje. Są tu ogromne rafy koralowe. Tęsknię za tobą, mamo.

Natychmiast odpisuję. Uśmiecham się pod nosem i Renée zwraca na to uwagę.

– Benjamin nie do końca wydawał mi się w twoim typie – mówi. – Od jak dawna jesteście w separacji?

Renée spotkała Benjamina tylko raz, trzy lata temu, na imprezie z okazji promocji swojej książki. Kiedy teraz wkłada dłonie do miski z farszem, dodaje szałwię i cebulę i zaczyna formować małe kotlety, dociera do mnie aromatyczny, ostrawy zapach jagnięciny.

– Nie mieszkamy już razem od pół roku.

Benjamin nie dowiedział się ode mnie zbyt wiele o rodzeństwie Bodinów. Słyszał, że miałam w życiu burzliwy okres. Ale nic więcej nie chciałam powiedzieć. Był moją szansą, żeby zostawić przeszłość za sobą. Miał zupełnie inną osobowość: był przede wszystkim pragmatyczny i racjonalny, może nawet trochę nudny.

Ale tego właśnie było mi trzeba. W tamtym czasie wciąż się zdarzało, że budziłam się nocami, gwałtownie oddychając, jakbym zaraz miała runąć na łeb na szyję w wilgotną, pachnącą lasem otchłań ciemności. Przez sen zdzierałam z siebie kołdrę, tak jakby ktoś próbował mnie przywiązać do łóżka. Ale Benjamin o nic nie pytał, kładł tylko swoją ciepłą dłoń na moich plecach i trzymał ją tam, aż znów zasnęłam.

W końcu niepokój zniknął. Nasza egzystencja złapała drugi oddech. W kolejnych latach koncentrowaliśmy się wyłącznie na pracy, a w wolnym czasie uprawialiśmy sport, gotowaliśmy i spotykaliśmy się z przyjaciółmi. Nasze życie było racjonalne.

Rodzeństwo Bodinów prawdopodobnie zniknęłoby z naszej wspólnej pamięci, gdyby nie ta nieszczęsna fotografia. Kiedy zaszłam w ciążę, Benjamin załatwił nam zamianę mieszkania. Potrzebowaliśmy czegoś większego. Wszystko zostało zapakowane do pudeł. Nigdy nie grzebałby w moich rzeczach, naprawdę trudno mi sobie coś takiego wyobrazić, ale sterty starych prac z filozofii leżały na wierzchu; właśnie miał je sprzątnąć, gdy coś wyleciało ze stosu. Kiedy wróciłam do domu ze spaceru, siedział przy stole, a przed nim leżało to zdjęcie. Natychmiast ogarnęło mnie palące odrętwienie.

Było czarno-białe i przedstawiało mnie leżącą na boku. Z lekko rozchylonymi ustami. Górną część twarzy zasłaniała mi przepaska na oczy. A biała bluzka, którą miałam na sobie, była starannie rozpięta, żeby wystawał mi spod niej biust: nabrzmiałe sutki pod naprężoną linką, którą był okręcony mój tułów i która krępowała mi z tyłu ręce.

Skończyło się to naszą pierwszą naprawdę poważną kłótnią. Pamiętam, że myślałam wtedy o płodzie. Miał zaledwie szesnaście tygodni, ale ja wyobrażałam sobie, że słyszy nasze podniesione głosy i że to wspomnienie utkwi w jego nierozwiniętym małym mózgu jak czarny cierń.

Benjamin nie odpuszczał, dopóki nie przyznałam, że zdjęcie zrobił mi Rufus Bodin. Dał mi jasno do zrozumienia, co sądzi o moim byłym chłopaku. Jedyne, o czym mogłam wtedy myśleć, to to, jak zabawnie zabrzmiały te słowa. Nigdy nie uważałam Rufusa za swojego chłopaka, nawet wtedy, gdy pozwalałam mu robić ze sobą takie rzeczy, jakich nie mógł robić ze mną żaden inny mężczyzna, ani wcześniej, ani później.

Tak naprawdę to cieszyłam się na myśl, że na spotkanie autorskie Renée pójdę razem z mężem – swoim wysportowanym, blondwłosym, zdrowym mężem, o normalnych, zdrowych poglądach. Wyobrażałam sobie, jak Renée i Rufus dostrzegają nas, kiedy schodzimy po schodach do piwnicy na Skånegatan. Ta myśl budziła we mnie coś w rodzaju elektryzującej nerwowości. Założyłam krótką czarną sukienkę retro, której nie miałam na sobie, odkąd byłam z Benjaminem, a on lekko uniósł brwi, kiedy stanęłam przed nim w przedpokoju – z odsłoniętymi ramionami i w czarnych butach na obcasie.

Ale nie do końca było tak, jak sobie wyobrażałam. Lokal był pełen ludzi i wylądowaliśmy lekko speszeni przy barze: zbłąkani rodzice małego dziecka, którzy tu nie pasowali. W ręce trzymałam bukiet kwiatów. Kiedy Renée wreszcie do nas podeszła, kłujące łodygi róż zdążyły zostawić ślady na moich dłoniach. Podałam jej bukiet, a ona pocałowała mnie w usta, jakby ten cały czas w ogóle nie minął.

– Wspaniale cię widzieć, O.

O. Nikt mnie tak nie nazywał od wielu lat i zadrżałam, jakbym została przyłapana na czymś sprośnym. Benjamin, który stał cicho koło mnie, wyciągnął rękę i pogratulował jej książki. Renée podziękowała i zwróciła się do mnie.

– Chyba widziałaś dedykację?

Prawda była taka, że nie miałam jeszcze książki w ręku. Zresztą gdy tylko o niej usłyszałam, ogarnęła mnie niechęć. Już sam tytuł zdawał się szyderstwem.

Satyricon – taki tytuł nosi powieść rzymskiego pisarza Gajusza Petroniusza o miłości między mężczyznami oraz film Felliniego z lat sześćdziesiątych. Istniał też zespół metalowy o takiej nazwie. Nic z tego nie powstrzymało jednak Renée przed zatytułowaniem tak swojej rozprawy z historii idei – a teraz także jej eleganckiej wersji książkowej.

Dla mnie ta nazwa oznaczała pewien kodeks, wewnętrzny manifest, radykalny eksperyment kilkorga młodych ludzi. Pewną postawę, coś, co nazywaliśmy swoim sojuszem tamtej pierwszej zimy w Uppsali od wieczoru, gdy Renée zabawiała nas obrazowymi opisami satyrów, bogów płodności z mitologii greckiej; pożądliwych bóstw leśnych, które z członkami stale we wzwodzie ostrzyły sobie zęby na nimfy i driady. Nazywała to dionizyjską swawolą. Niech to podziała wam na zmysły! Żyjcie tak!

Teraz znajdowała się w centrum uwagi, otoczona barwną, acz homogeniczną grupą ludzi kultury niemających pojęcia, jakie cierpienie Renée i jej brat niegdyś spowodowali. Nasz Satyricon zakończył się katastrofą, a Renée teraz to eksploatowała i zbijała na tym kapitał.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, ktoś na szczęście podszedł i stuknął ją w ramię; wielbiciele poprowadzili ją w głąb lokalu, pragnąc przez chwilę pławić się w jej naturalnym świetle gwiazdy.

Ja z kolei podeszłam do stolika z książkami i otworzyłam gruby tom w lśniącej okładce. Rzeczywiście znajdowała się tam wydrukowana dedykacja: Dla O.

Zaparło mi dech, musiałam przełknąć ślinę. Dlaczego? Czy to rodzaj zadośćuczynienia? W takim przypadku powinna zadedykować książkę Charliemu. Renée nie chciała jednak marnować swoich względów na zmarłych. Wolała komunikować się z żywymi.

Kolejna grupka zeszła po schodach z poziomu ulicy; dwie śmiejące się kobiety przyodziane w sztuczne futra w towarzystwie kilku mężczyzn, którzy rozmawiając, rozglądali się w koło. Grupce przewodził Rufus.

Ostatni raz widziałam go, jak znikał w policyjnym radiowozie. Od wspólnych znajomych słyszałam później, że znalazł schronienie w Paryżu, gdzie rodzice mogli mieć na niego oko. Renée mówiła, że mieszka w Sztokholmie już blisko dziesięć lat, ale przez ten czas nie spotkałam go ani razu. Aż do tamtej chwili.

– Czy to on? – Benjamin wziął mnie za rękę.

– Nie myśl o tym. Chodź, napijemy się piwa.

Tego wieczoru mieliśmy opiekunkę, mogliśmy więc skorzystać z okazji i zaszaleć. Przyszło wielu dawnych kolegów ze studiów w Uppsali, a Benjamin niespodziewanie spotkał przy barze znajomego. Lokal aż pękał w szwach. Pod wpływem alkoholu odprężyłam się, Rufusa nigdzie nie było widać. A potem nadszedł czas na to, żeby Renée przeczytała fragment książki. Zajęła miejsce na wysokim krześle w małym kręgu oświetlonym reflektorem, książkę położyła na kolanach.

– Baudelaire wiedział, że rozkosz zmysłowa kryje się w bólu... – zaczęła. – Już starożytni Grecy mieli głębsze zrozumienie seksualności niż nasza na wskroś skomercjalizowana, coraz bardziej poprawna politycznie kultura... Chciałabym przeczytać fragment wstępu.

Na początku reflektor jakby ją oślepiał, później jednak uśmiechnęła się, a ja miałam wrażenie, że nieustannie wlepia we mnie wzrok.

– Można porzucić miejsce. Można porzucić ludzi. Ale nie można porzucić siebie. Ta moralna istota, którą jest się za dnia, wraz z zapadaniem w nocny świat snów przeistacza się w istotę, którą jest się z natury: z pragnieniami wykraczającymi poza granice prawa i moralności. Takie mroczne królestwa daje się rozpoznać w sztuce. Włóczymy się po muzeach, dopada nas potworne uczucie: rozpoznajemy samych siebie...

Pierwszy raz od bardzo dawna słuchałam hipnotycznego głosu Renée, która monotonnie prawiła w ten dobrze mi znany sposób. Może to przez alkohol. Nagle zakręciło mi się w głowie.

Benjamin nadal siedział przy barze, wybrałam więc najprostszą drogę na zewnątrz: przecisnęłam się między słuchaczami i znalazłam schody. Wystarczy odrobina powietrza, a już poczuję się lepiej.

Na ulicy zapadł surowy zmierzch. Czuć było topniejący śnieg i wiosnę. Chwiejnym krokiem wyszłam na chodnik i udało mi się kilka razy głęboko odetchnąć, kiedy drzwi za mną się otworzyły.

Bez podnoszenia wzroku wiedziałam, że to Rufus. Musiał mnie zobaczyć na schodach. Instynktownie go wyminęłam i cofnęłam się do drzwi. Ale zanim zdążyłam je otworzyć, złapał mnie za nadgarstek.

– Puść mnie!

Ścisnął mnie mocniej. Dysząc, w końcu na niego spojrzałam.

W minionych latach aktywnie i celowo wypierałam każdą myśl o Rufusie Bodinie. Nie dopuszczałam do siebie nawet wspomnień. Przychodziło mi to z trudem, ale sądziłam, że mi się udało. Stopniowo zmusiłam samą siebie do zmiany. Pożądanie jest jak mięsień. Niestymulowane w końcu usycha. Przyzwyczaiłam się do życia w małżeństwie, i to także było racjonalne.

Ale kiedy stał tak blisko – kiedy czułam siłę emanująca z jego dłoni i patrzyłam mu w oczy – wydało mi się czymś całkowicie nienaturalnym, że należę teraz do kogoś innego. To uczucie było tak intensywne, że nieświadomie zaczęłam drżeć. Trzymał mnie mocno, aż sprawiało mi to ból, i nie mogłam zaprzeczyć, że brakowało mi takiego uścisku. Co za okropna świadomość. Oczy zaszły mi łzami i wymsknęło mi się:

– Mam męża. I dziecko.

Puścił mnie. Kiedy odwróciłam się, żeby odejść, nadal stał w miejscu i mi się przyglądał.

W połowie drogi na dół spotkałam Benjamina. Musiał dostrzec coś w mojej twarzy, bo ruszył dalej po schodach w górę.

– Ben, poczekaj!

Zignorował mnie. Nie miało to jednak znaczenia. Chodnik na ulicy był pusty.

Słyszę szuranie i patrzę przez okno. Widzę Arama, ciągnie po żwirze duże grabie. Wyglądają na stare i ciężkie. Za nim tworzą się rządki.

– Znudził ci się, prawda?

Renée nigdy nie potrafiła wyczuć, kiedy należy dać komuś spokój. Głowi się, czemu nie wyszło mi z Benjaminem, i muszę jej odpowiedzieć.

– Czy kiedykolwiek bywa to aż takie proste?

Rozpuszcza masło na patelni i zaczyna podsmażać kotlety z mielonej jagnięciny.

– A ty? – pytam.

Podąża za moim wzrokiem i wygląda przez okno, gdzie Aram walczy z grabiami. Jej oczy zwężają się.

– Ja mam swoje pisanie. Na rozkosz mogę sobie pozwolić tylko sporadycznie.

– A Rufus?

Pytanie to wymyka mi się jak niechciany odgłos ciała. Powinnam była ugryźć się w język, ale na to jest już za późno. Jak zwykle: moje ciało nie chce mnie słuchać.

– Chcesz wiedzieć, czy mieszka sam?

Renée potrząsa patelnią, tak że tłuszcz skwierczy. Para unosi się w stronę okapu, a po kuchni rozchodzi się nieco stęchły zapach jagnięciny.

– Rufus zawsze kogoś ma. A zarazem nie ma. Wiesz, o co mi chodzi.

Gwałtownie gotuje się we mnie złość. Coś w Renée sprawia, że czuję się nieswojo. Nieprzyjemnie obcuje się z ludźmi, którzy się nie zmieniają.

– On też niedługo skończy czterdzieści lat.

Renée posyła mi dezaprobujące spojrzenie. Uwagę na temat wieku uważa za nieistotną. Ale ja nie mogę się powstrzymać:

– Nigdy nie myślałaś o dzieciach? Czy żadne z was o tym nie myśli?

Znów potrząsa patelnią. Obraca kotlety. Żałuję tego, co powiedziałam. Mój atak wydaje się dziecinny, wręcz złośliwy. Co ja właściwie wiem o ich życiu?

Renée podchodzi do stołu. Patrzy na mnie dziwnie nieobecnym wzrokiem, wyciąga rękę w stronę mojej twarzy i chwyta kosmyk włosów.

– Brakuje mi twojego naturalnego koloru – mówi.

– Boże.

– Zawsze byłaś bardzo skromna, ale pamiętam, że miałaś piękne włosy.

Sama uważam, że są mysie, ale Renée już wtedy była odmiennego zdania. Odsuwam się i potrząsam głową.

– Tonuję je od piętnastu lat.

.

Jest już prawie ciemno, kiedy zjawiają się pierwsi goście. Girlanda z różnokolorowymi lampkami oświetla jabłonkę rosnącą najbliżej przeszklonej werandy. Pod barwnymi latarenkami stoją ludzie i palą. Wypatruję wśród nich Rufusa, ale jeszcze nie przyjechał. Jest sporo ludzi kultury, znajomi ze studiów w Uppsali i koledzy Renée z Uniwersytetu Sztokholmskiego. Rozpoznaję Lilly Valdemar. Wszyscy wiedzą, że pracuje jako krytyczka literacka w „Dagens Nyheter”. Jest anorektycznie szczupła i ma ciemne, poważne oczy. Rozgląda się po domu z niemal egzaltowaną miną.

– Teraz rozumiem, dlaczego tak rzadko bywasz w mieście. Przecież to istny raj.

– Właśnie zamieniam mieszkanie na mniejsze – odpowiada Renée. – W Sztokholmie potrzeba mi tylko miejsca, gdzie będę mogła przenocować. Pisaniem zajmuję się tutaj.

– Naprawdę świetnie to rozumiem – odpowiada jej przyjaciółka tym samym dziwnie podekscytowanym głosem.

Renée czerpie przyjemność z oprowadzania gości po pokojach. Jest zadowolona z remontu; cały dom nosi teraz jej piętno. Kiedy dochodzimy do kuchni, Aram właśnie wyjmuje z piekarnika podgrzane pierogi. Kobiety obsypują go pochwałami po szwedzku i choć nie rozumie wszystkiego, uśmiecha się nieśmiało.

– Musiałam zerwać całą podłogę i usunąć schowek na drewno. – Renée kładzie rękę na moim ramieniu. – Tak, ty zresztą sama wiesz, jak zniszczona była kuchnia, prawda? O?

Lilly Valdemar i inni odwracają się natychmiast w moją stronę. Na dźwięk pieszczotliwego przezwiska rumienię się – jakbym stała w samej bieliźnie, a wszyscy inni byli w pełni ubrani. Mam nadzieję, że nikt tego nie skojarzy, ale O to bezpośrednie nawiązanie do głównej bohaterki książki Pauline Réage, klasyki powieści erotycznej.

Renée pożyczyła mi tę książkę tamtej pierwszej zimy w Uppsali. Skuliłam się z nią na łóżku w akademiku i kiedy czytałam o tym, jak biedna O zostaje wywieziona przez kochanka do położonego na wsi pałacyku, gdzie dniami i nocami jest poddawana seksualnym torturom, nie mogłam przestać myśleć o Rufusie. Opisy tego, jak nieczuli mężczyźni chłostają i maltretują O, były odpychające. A jednak czytając tę książkę, czułam, jakbym została wywołana do odpowiedzi. Jakby tekst sprzed kilku dekad czegoś ode mnie chciał, jakby patrzył na mnie, dotykał mnie, uśmiechał się do mnie ukradkiem. Jakby szeptał do mnie: to ty.

Pod wpływem wina musującego goście rozochocili się i poziom hałasu wzrósł; w salonie jest około trzydziestu osób. Niektórzy siedzą w grupkach na sofach i fotelach, inni stoją i wyglądają przez panoramiczne okno. Zapadający ciemnogranatowy jesienny mrok zbiera się nad jeziorem.

Mój kieliszek jest prawie pusty, idę do stołu z butelkami i dolewam sobie wina. Znów zerkam w stronę drzwi. Spóźnianie się na czterdzieste urodziny własnej siostry jest w stylu Rufusa – kiedyś też zawsze wyrafinowanie się spóźniał. Staram się nie myśleć o tym, że zaraz wślizgnie się przez paciorkową zasłonę, która dzieli salon od przedpokoju.

Renée ma na sobie sukienkę, która odsłania jej szczupłe plecy aż po talię. Pod jasną skórą dostrzec można łopatki, łagodnie zaznacza się kręgosłup, a wyżej wysmukły łuk szyi wślizguje się pod jej kok. Pamiętam, że kiedyś dała mi do przymierzenia podobną sukienkę. Obróciła mnie o sto osiemdziesiąt stopni przed stojącym lustrem, tak że we wpadającym przez okno świetle mogłam zobaczyć własne plecy, a później cicho powiedziała mi do ucha: Człowiek, który odsłania plecy, jest śmiały i opanowany. Bo napastnik przeważnie atakuje od tyłu.

Teraz stoi pośrodku salonu z kieliszkiem w dłoni – otoczona zarówno wrogami, jak i przyjaciółmi. Ludzie zawsze kłębili się dookoła Renée, gotowi ukraść dla siebie tyle jej blasku, ile tylko zdołali. Kiedy stuka widelcem w kieliszek, wszyscy niemal natychmiast milkną. Gwar cichnie, a spojrzenia kierują się w jej stronę.

– Jesteście zapewne głodni? – woła.

Na stole stoi rozstawione jedzenie: tarty, chleb, sałatka z batatów i kotlety jagnięce. Są też malutkie dolmades, a w miskach egzotycznie pachnące pasty. W dużym koszu leżą pierogi.

Renée robi kilka kroków, podchodzi do Arama i obejmuje go ramieniem.

– Pozwólcie, że przedstawię wam gwiazdę wieczoru – mówi. – Znajdujący się za mną bufet utrzymany jest w syryjskim stylu. Cieszę się, że poznałam tego fantastycznego młodego mężczyznę, którego jeszcze kilka miesięcy temu nie było w ogóle w Szwecji. W tym krótkim czasie pomógł mi doprowadzić do porządku szklarnię. Wiele warzyw pochodzi z domowej uprawy. Tak, po prostu sami musicie spróbować. Proszę o brawa dla mojego przyjaciela Arama.

Ściska jego ramiona, Aram stoi w milczeniu, wyraźnie speszony skupioną na sobie uwagą. Renée po matczynemu targa mu włosy i unosi kieliszek, a goście klaszczą.

– Zabierajcie się więc teraz do jedzenia! I dolewajcie sobie wina!

Pierogi Arama są soczyste i dobrze doprawione. On sam stoi trochę z boku, na brzegu jednego z kręgów, więc podchodzę do niego i mówię:

– Są pyszne!

Patrzy na pieroga w mojej ręce i uśmiecha się ostrożnie. Kiwa głową.

– Renée – mówi. – Ona lubi.

Jej imię w jego ustach brzmi jak niski, ochrypły odgłos zwierzęcia. Tak jakby przyjemność sprawiało mu wypowiadanie go, jakby imię to smakowało niczym dobre wino.

Też się uśmiecham, ale on patrzy już w inną stronę, szuka Renée w skupisku ludzi, i ona tam jest, z nagimi plecami, odwrócona do nas bokiem. Stoi razem z dwoma młodszymi mężczyznami, których nie znam. Dochodzę do wniosku, że muszą to być robotnicy, o których opowiadała, ci, którzy pomagali jej przy remoncie. Nie dziwi mnie, że zaprosiła ich na przyjęcie: zawsze miała słabość do mężczyzn w kombinezonach roboczych. Teraz są swobodnie ubrani w koszule i marynarki. W ich postawie dostrzec można coś zdrowego i naturalnego, co wyróżnia ich spośród pozostałych gości.

Nie widzą świata poza Renée i pochylają się do niej, żeby dosłyszeć, co mówi. Aram i ja dalej stoimy obok siebie i patrzymy, jak kładzie ręce na ich ramionach, czule, jakby chciała ich obu przytulić, zarazem odrzuca głowę do tyłu i natychmiast rozlega się jej śmiech, diaboliczny, ale zarazem pogodny.

W oczach Arama dostrzec można dopiero co obudzoną zazdrość; przypominają słońce gwałtownie i znienacka przesłonięte przez chmurę w pogodny dzień. To taki gęstniejący rodzaj mroku, który znam wręcz za dobrze.

Wreszcie zjawia się Rufus. Jest spóźniony, ale akurat o tyle, o ile wypada. W palcie-jesionce z ciemnej wełny, krojem niewiele różniącej się od jego wiecznie czarnych trenczy z młodzieńczych lat – przeciska się do Renée. Na jego widok robotnicy instynktownie odsuwają się na bok. Rufus przyćmiewa ich i niepokoi. Wielu gości milknie i jakby wygłodniale patrzy na rodzeństwo – z równą dozą ciekawości, co zgorszenia – kiedy Rufus obejmuje Renée w pasie i całuje w usta.

W tej chwili nikt inny się dla niej nie liczy. Prowadzi go do stołu, wskazuje różne potrawy i grucha mu coś poufnie do ucha, wkłada do ust oliwkę, a on broni się bez przekonania. Renée robi to samo z kotlecikiem jagnięcym. A on bierze od niej wszystko, jak dobrze wytresowany pies. Łakomie gryzie kąski, jego szczęki nadal się poruszają, kiedy obraca się i rozgląda po pokoju. Niektórzy mężczyźni są jak wino: im starsi, tym lepsi. Mijające lata nie skalały jego urody, ale ją wyostrzyły. Jego twarz oklapła. Odcisnęło się na niej cierpienie i może znudzenie. Takie już jest życie. Nawet ktoś taki jak Rufus Bodin musi otrzymać swój przydział rozczarowań.

Nie widziałam go, odkąd chwycił mnie za rękę na Skånegatan przy okazji promocji książki. Ale teraz, kiedy wodzi wzrokiem po zbiorowisku, wiem, że właśnie mnie tutaj szuka. To nieuniknione; wiedziałam o tym już wtedy, kiedy zadzwoniła do mnie Renée, a ja zgodziłam się przyjść. Wszystko się zmienia, a zarazem nic, kiedy nasze spojrzenia się spotykają.

To samo robił tamtej pierwszej zimy w Uppsali: obserwował mnie. Przyglądał mi się, sądząc, że tego nie dostrzegam. Oczywiście zaczęłam się z nimi zadawać. Rodzeństwo Bodinów oczarowało mnie od pierwszej chwili jak wciągająca powieść, której nie sposób odłożyć. Taka już jest młodość: impresjonistyczny potok spotkań. Przyjaźń po prostu się przytrafia. Dopiero z czasem pojawia się bardziej pragmatyczne podejście do kontaktów międzyludzkich – zwyczaj, żeby szybko robić wstępny bilans zysków, które może przynieść nowa znajomość – a wtedy kurczy się przestrzeń życiowa.

Francuska matka Rufusa i Renée wychowała ich na chodzące anachronizmy. Chłodną swadę potrafili włączać jak przełącznikiem – nagle i synchronicznie – rozmawiając ponad głową kogoś, kto milkł osłupiały. Ludzie nie mieli pojęcia, że są rodzeństwem, uważali za pewne, że to para.

Mieszkali w centrum, w starym budynku, który stał nietknięty od lat trzydziestych. Piętno ich dziadka – średnio znanego historyka i ekscentryka, który w drugiej połowie życia tu zamieszkiwał – pozostało niezatarte. We wszystkich pokojach na podłodze leżały perskie dywany. Na ścianach wisiały obrazy z mitologicznymi pejzażami, tu i tam stały kunsztownie wykonane rzeźby zwierząt i gipsowe posągi greckich atletów i bogiń.

Podczas pierwszej wizyty zatrzymałam się przy jednym z obrazów. Przedstawiał satyra trzymającego w objęciach nagą nimfę. Oba ciała wyróżniały się na tle ciemnej leśnej roślinności; wyglądało to tak, jakby satyr właśnie zbudził nimfę i usiłował ją uprowadzić. Nimfa instynktownie broniła się, ale ruchy obojga wydawały się wyczekujące i opieszałe, jakby znajdowali się na granicy pożądania i przerażenia. Jakby nic nie było jeszcze między nimi przesądzone. Nie mogłam się temu oprzeć: stanęłam przy kominku i wpatrywałam się w coś, co musiało być reprodukcją jakiegoś słynnego obrazu.

– Alexandre Cabanel. Koniec dziewiętnastego wieku. Romantyczny, prawda?

Renée podeszła i stanęła obok mnie.

– Domyślasz się chyba, jakie robił na mnie wrażenie, kiedy byłam dzieckiem. Nie mogłam oderwać wzroku.

Uśmiechnęła się do siebie.

– Wiesz, że już w starożytnym Egipcie przedstawianie kobiecej cery jaśniejszej niż męska należało do zasad sztuk plastycznych? Czy nie jest to poetyczne?

Nagle uświadomiłam sobie, że przestała obserwować obraz.

– Ona chyba trochę ciebie przypomina? – Przyjrzała mi się z profilu.

– A satyr? Kogo on ci przypomina?

Później przyszło mi spędzić jeszcze niejeden wolny wieczór w mieszkaniu rodzeństwa Bodinów na Kronhjortsgatan. Niemal zawsze przybierało to uroczystą formę: obowiązkowych posiadówek przed wypadem do baru lub po nim albo długich rozpustnych kolacji. Ich przyjaciel Charlie wyśmienicie gotował. W lecie zwykle zasilał swój studencki budżet, pomagając w renomowanych restauracjach serwujących à la carte. Czuł się dobrze w starej kuchni Bodinów, wychwalał kuchenkę gazową i cieszył się uwagą publiczności – siedzieliśmy przy kuchennym stole, gdy on w krótkim fartuchu przyrządzał jedzenie. Później jedliśmy przy stole w salonie, elegancko udekorowanym zastawą z duńskiej Królewskiej Fabryki Porcelany i sztywnymi od krochmalu serwetkami. Po posiłku piliśmy kawę z koniakiem. Wciąż był tam barek dziadka z likierami i różnymi gatunkami mocnych trunków. Butelki stały rzędem na podświetlanych półkach przy ścianie z lustrem w przestronnym eleganckim barku ze szlachetnego drewna.

Ukradkiem przyglądałam się Rufusowi. Nie sposób było się na niego napatrzeć. Zawsze z paczką dunhilli w zasięgu ręki. Powolnie otwierał wieczko długimi palcami i delikatnie wyciągał papierosa, później obracał go w palcach, co zdawało się trwać całą wieczność, a ja jak zaczarowana obserwowałam każdy najmniejszy ruch. Aż mocno skrępowana dostrzegłam, że mnie na tym przyłapał. W jego ciemnozielonym, jakby sprośnym spojrzeniu coś płonęło, a kiedy z zainteresowaniem spoglądał mi prosto w oczy, zdawało się to zarazem pociągające i zgubne.

Renée uśmiechała się ze swojego końca stołu. Mój brat jest mężczyzną idealnym... Powiedziała mi to jakby mimochodem. Może już wtedy domyślałam się, że sam fakt, że tak czuje, oznacza pewną skrywaną troskę. Dotąd jej bratu wystarczało jednak to, że przyglądał mi się z pewnego dystansu, a ja robiłam wszystko, żeby zamaskować swe ambiwalentne uczucia: pociąg i nerwowość, które w nieunikniony sposób we mnie wywoływał.

Dopiero tamtego wieczoru, kiedy świętowaliśmy w ich mieszkaniu dzień Trzech Króli, Rufus dotknął mnie po raz pierwszy. Jak zawsze siedzieliśmy w małej, ciepłej kuchni. Charlie serwował opalane crêpes, biliśmy brawo, gdy płomienie wystrzeliwały z patelni, a on, udając przerażonego i krzycząc, przykrywał patelnię pokrywką, żeby stłumić ogień. Kiedy później ruszył przodem do salonu i postawił gorącą patelnię na stole – Trzeba jeść je od razu, kiedy są jeszcze chrupiące! – zauważyłam, że Rufus kroczy tuż za mną w naszym pochodzie do salonu. Przy stole odsunął mi krzesło, a ja, zanim usiadłam, popatrzyłam na niego; udawał, że nie ma w tym nic szczególnego, i kolacja upłynęła jak zawsze w miłej atmosferze.

Wypiliśmy kawę i Renée zaraz zaczęła nalegać, byśmy gdzieś wyszli. Było zimno. Po kilku dniach odwilży temperatura spadła poniżej zera, przez co ulice i chodniki pokrywała zdradziecka warstwa lodu. W pewnej chwili jakoś zostałam kawałek z tyłu, a Rufus szedł obok mnie. Kątem oka widziałam, że na mnie zerka, i czułam się onieśmielona, dziwnie brakowało mi tchu. Sparaliżowana jego spojrzeniem stałam się nieuważna. Ciemne bruzdy lodu utworzyły się przy zebrze i kiedy mieliśmy przejść przez ulicę, poślizgnęłam się. On jakby tylko na to czekał, sekundę przed upadkiem zdążył mnie złapać. Powściągliwy uścisk był pospieszny, ale pozostawił po sobie utrzymujący się we mnie ślad.

Kiedy niczym rozmarzona defilada wkroczyliśmy do jednego z lokali, Rufus wciąż trzymał się blisko mnie. Renée i pozostali szli przodem w kierunku wolnego stolika, my posłusznie podążaliśmy w milczeniu. Cały czas delikatnie trzymał rękę na moich plecach, a ja przez kurtkę czułam ucisk jego palców. W chwili, kiedy mijaliśmy bar, zdałam sobie sprawę, że kilka kobiet patrzy w naszym kierunku. Jedna z nich – jasna blondynka – odprowadzała nas wzrokiem, który wydawał się wręcz nienawistny.

Pozostali zdążyli już zająć miejsca, więc Rufus i ja wylądowaliśmy naprzeciwko siebie. Obok mnie siedział Charlie. Byłam mu za to wdzięczna, działał na mnie poniekąd neutralizująco. Jednocześnie zauważyłam, że tamta blondynka, z prawie białymi włosami i bladą cerą, dalej siedzi przy barze i zerka w naszym kierunku.

– Kto to? – spytałam. – Ta, która się na nas gapi?

Rufus i Charlie wymienili spojrzenia. Charlie objął mnie i dał mi buziaka w policzek.

– Uważaj! Jesteś cały tłusty na twarzy – skomentował to niezadowolony Rufus z drugiej strony stołu.

Charlie chwycił moją głowę, pochylił się i demonstracyjnie wytarł usta o mój policzek. Nie mogłam powstrzymać śmiechu.

– Fakt, przytyłem pięć kilo – powiedział. – Wiecie, że człowiek może być nie tylko gruby, ale jeszcze mieć chore serce od crêpes? – I z żalem dodał: – Ale nie przeszkadzaj!

W ten oto sposób odwrócili moją uwagę od dziewczyny przy barze, ale chwilę później, kiedy stałam w toalecie przed długim rzędem umywalek, ta nagle wyrosła obok mnie. Po drugiej stronie drzwi huczała muzyka, a kabiny za nami zdawały się puste – byłyśmy tam tylko we dwie.

– Okej – powiedziała. – Nie znam cię. – Miała niski głos, a jej jasne oczy ciskały pioruny. – Ale dobrze ci radzę. Strzeż się go.

Nie spuszczając ze mnie wzroku, lekko przechyliła głowę. Jedną ręką zsunęła ramiączko sukienki i zobaczyłam, że pod nim ma na skórze czerwone ślady. Wyglądało to jak blizna. Jakby ktoś próbował wyryć tam litery.

– Strzeż się Rufusa – powtórzyła, a jej blada twarz nabrała kolorów, kiedy uderzyła do niej krew. Przed drzwiami zatrzymała się i odwróciła do mnie.

– To diabeł wcielony.

Przytłumione światło w barze było przyjemne i wiele wybaczało, pod wpływem alkoholu umysł robił się dziurawy jak sito. Rufus siedział naprzeciwko mnie, bez pytania coś mi zamówił. Pozostali dalej tkwili przy barze, a on przyglądał się, jak piję.

– Rozmowa?

Spojrzałam na niego. Wciąż miałam przed oczami blade ramię tamtej dziewczyny, czerwone ślady. A na wyciągnięcie ręki złowrogie oblicze Rufusa zainteresowanego tylko mną.

– Opowiesz coś? – spytał. – Zadasz jakieś pytanie? To się właśnie nazywa rozmowa.

Ciepły koniak smakował słodko i dało się wyczuć gruszkę. Tego drinka nie było w karcie.

– Nie wiem, co mam powiedzieć.

– Dlaczego?

Muzyka wprawiała stolik w drżenie. Głos Rufusa przebijał się jednak przez gwar jak nóż przez miękkie masło.

– Zaczerwieniłaś się trochę.

Uniósł rękę ku mojej twarzy, jakby chciał mnie dotknąć, ale potem opuścił ją z powrotem na stolik, nawet mnie nie muskając. Bardzo prawdopodobne, że policzki płonęły mi od alkoholu. Ale przede wszystkim to jego intensywne spojrzenie sprawiało, że krew napłynęła mi do twarzy.

– Boisz się mnie?

Poczułam się dziwnie zmęczona. Nie mogłam kłamać.

– Tak.

– To dobrze.

Jego słowa były jak smagnięcie batem i sprawiły, że krew wartko popłynęła z mojej twarzy prosto między nogi. Spowodował taką reakcję mojego ciała, nawet mnie nie dotykając – było to upokarzające, a zarazem nie sposób było się temu oprzeć.

Myśl o tym, że wyrył takie