Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya ebook + audiobook

Jacek Dehnel

(0)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 249 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 58 min Lektor: Leszek Filipowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 58 min Lektor: Leszek Filipowicz

Opis ebooka Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya - Jacek Dehnel

"Saturn", najnowsza powieść Jacka Dehnela, jednego z najgłośniejszych pisarzy młodego pokolenia, to przejmująca opowieść o życiu w cieniu geniusza. O niszczącej presji, jaką na syna wywiera potężny i despotyczny ojciec. Francisco Goya na początku XIX wieku jest u szczytu sławy i u progu starości. Maluje dużo dla dworu królewskiego, ale zlecenia spływają z całej Hiszpanii. Czas dzieli między pracę, polowania i podboje miłosne. Nie gnuśnieje nawet, gdy po ciężkiej chorobie traci słuch. Tylko syn Javier nie całkiem mu się udał: ślęczy nad książkami, nie garnie się do farb. Jednak Francisco nie rezygnuje, chce ukształtować Javiera na swój obraz i podobieństwo. Decyduje nawet o jego ożenku, a potem zaczyna podejrzanie kokietować synową. Może we wnuku geniusz malarski znajdzie swoje wcielenie? Saturn to rewers biografii wielkiego artysty, który przez życie „idzie, skacząc po górach", ale w jego domu częściej panują smutek, samotność i frustracja. Dehnel pokazuje, że genialny malarz to zarazem fanfaron i mitoman, przepełniony pychą i żądzami. Zastosowany w książce wielogłos narracyjny daje obraz edypalnego konfliktu, który dzieli Goyę i jego potomków.

Opinie o ebooku Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya - Jacek Dehnel

Fragment ebooka Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya - Jacek Dehnel

…archipelagi…

Jacek Dehnel

Saturn

Czarne obrazy z życia

mężczyzn z rodziny Goya

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011 

Wydanie I

Warszawa 2011

Motto: fragmentTarasu w RzymiePascala Quignarda w przekładzie Krzysztofa Rutkowskiego.

Redaktor serii: Dariusz Sośnicki

Redakcja: Marianna Sokołowska

Korekta: Magdalena Stajewska, Małgorzata Denys

Redakcja techniczna: Anna Hegman

Projekt okładki i stron tytułowych:

Mariusz Filipowicz, www.360stopni.com.pl

Fotografia autora: © Piotr Sunderland

W powieści i na okładce wykorzystanoCzarne obrazyFrancisca Goi, 

Wikipedia, creative commons:http://en.wikipedia.org/wiki/Black_Paintings

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-266-8

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

Mojej Mamie, malarce

Motto

Kiedy teraźniejszość nie cieszy i kiedy nadciągające miesiące niczego nie niosą oprócz powtórzenia, oszukuje się monotonię szturmami na przeszłość. Z tego, czego nie można nikomu opowiedzieć o swoim życiu, wyjmuje się drzazgi i puch, by umieścić je w pieleszach rzymskiej patrycjuszki lub siedzibach dawnych Hebrajczyków.

Pascal Quignard,Taras w Rzymie

Powiedz mi, kto wymyślił ojca, i pokaż mi gałąź, na której go powiesili.

 R.M.

I

mówi Javier

Przyszedłem na świat przy ulicy Rozczarowania. Dopiero kiedy miałem osiem czy dziesięć lat, usłyszałem, ukryty w spiżarni, jak nasza kucharka opowiadała szlifierzowi noży, skąd wzięła się ta nazwa: dawno temu czterech przystojnychmajogoniło piękną dziewczynę, biegnąc naszą ulicą, o tu, tuż pod oknami naszego domu, który wtedy jeszcze nawet nie stał, wzdłuż witryn sklepu z perfumami i złotymi wisiorkami, którego wtedy jeszcze nie otwarto i w którym nie urzędował jeszcze stary don Feliciano, bo nawet jego jeszcze nie było na świecie; a biegła ta dziewczyna, oj, biegła, a gonili ją cimajo,oj, gonili, aż złapali; a tacy byli namiętni, że poszarpali na niej całe suknie, zdarli mantylę i szal, którym przysłaniała twarz – i wtedy stanęli jak wryci. Bo pod atłasami i adamaszkami pokazało się cuchnące ciało, oblepiona suchą skórą trupia czaszka, szczerząca żółte zęby. Rozpierzchli się na wszystkie strony, ciało w jednej chwili obróciło się w pył, razem ze wszystkimi wstążkami i falbanami, a ulicę nazywano odtąd ulicą Rozczarowania. Tak mówiła kucharka, trzymając się – widziałem to przez dziurkę od klucza w drzwiach spiżarni – pod boki, krzepka, rumiana, oświetlana snopami iskier, a szlifierz, który opowieści nie znał, bo pochodził skądś spoza Madrytu, przykładał do wirującego kamienia kolejne noże i nożyczki, potakując i pomrukując między jednym zgrzytem żelaza a drugim. Ale ojciec – jestem o tym najzupełniej przekonany, nawet jeśli tego akurat nie powiedział, jeśli tego akurat nie wypluł z innymi obelgami, którymi mnie obrzucał – zawsze uważał, że ulica nazywa się tak, bo ja, Javier, przyszedłem na świat w domu, który stał właśnie przy niej, w alkowie na piętrze, w mieszkaniu portrecisty i wicedyrektora Królewskiej Manufaktury Tapiserii Santa Bárbara, a wkrótce malarza królewskiego, Francisca Goi y Lucientes.

mówi Francisco

Kiedy Javier przyszedł na świat, jeszcze przy Calle de Desengaño, starsze dzieci już nie żyły; ani pierworodny, Antonio, ani Eusebio, ani mały Vincente, ani Francisco, ani Hermengilda; Marii de Pilar nie pomogło nawet imię, którym poleciliśmy ją pod opiekę Naszej Pani Saragoskiej. Nigdy nie powiedziałem tego Javierowi – bo w owym czasie starałem się nie rozpieszczać dzieci, wychować syna na prawdziwego mężczyznę, nie to, co teraz, kiedy serce mi zmiękło i zrobiła się ze mnie stara, lejąca łzy purchawa, w dodatku głucha jak pień, co bardzo pomaga w znoszeniu dziecięcych wrzasków – a zatem: nigdy nie powiedziałem tego Javierowi, ale kiedy La Pepa go urodziła i leżała w łóżku, wymęczona, z czarnymi kosmykami włosów przyklejonymi do mokrego czoła, na którym padające z okna światło kładło się wielką plamą, jak z bieli ołowiowej, poleciałem na miasto i krzyczałem do wszystkich znajomych i nieznajomych, że nie ma piękniejszego widoku w Madrycie niż ten chłopak.

Po nim próbowaliśmy dalej, licząc się z tym, że i on nie zostanie z nami zbyt długo. Moja świętej pamięci małżonka, Józefa Bayeu, czyli po prostu La Pepa, jeśli się nie stroiła, leżała w łóżku – albo w połogu, albo, jeśli poroniła, z kolejnymi krwotokami, zupełnie jak królowa Maria Luiza, jedno martwe dziecko za drugim. Kiedyś nawet próbowałem to sobie policzyć, i było tego ze dwadzieścia razy. Ale, niestety, przeżył tylko Javier. Niestety tylko i niestety Javier.

II

Starzy

Obrzydliwa jest starość. Jej zapachy i faktury. Cieknące oczy, przekrwione spojówki, wyłysiałe rzęsy i brwi, wiszące fałdy ciała, liszaje. Jej łapczywość w wysysaniu resztek, jej łakomstwo, rzucanie się na miskę z głośnym mlaskaniem.

Mówią, że pięknie jest zestarzeć się we dwoje. Czy piękniej robaczywieje się i parszywieje w towarzystwie niż samemu? Ze wszystkich sabatów świata najstraszliwszy jest sabat starości, na który młodzi, zamiast się zlatywać, przyczłapują z nałożonymi na gładkie twarze maskami z pomarszczonej skóry.

Oko, nie mniej słabe niż reszta ciała, widzi tylko najsilniejsze kontrasty: plamę światła na czubku nosa tuż nad ciemną kreską bezzębnych ust. Czarne, trupie cienie pod nawisami łuków brwiowych, a wokół nich jasne kręgi policzków i czoła. Błysk srebrnej łyżki nad zagłębieniem talerza, mlaskanie, wychudzone palce wychodzące z mroku szerokiego rękawa. I czarne, powiększone pożądaniem źrenice, otoczone białkami wytrzeszczonych oczu. Obeżreć się życia, zanim się skończy.

Och, z jaką odrazą patrzymy na swoich rodziców, kiedy zmieniają się w wyleniałe, niesyte bestie, popsute mechanizmy, cieknące naczynia.

Och, z jakim niezrozumieniem patrzymy na nasze dzieci, kiedy widzą w nas wyleniałe, niesyte bestie, popsute mechanizmy, cieknące naczynia. W środku jesteśmy nadal młodym chłopakiem z ambicjami, który jedzie do wielkiego miasta z jednym tylko zawiniątkiem; jesteśmy młodą, niebrzydką dziewczyną, która mówi sobie: „Och, życie, jeszcze zobaczymy, kto kogo!”.

III

mówi Javier

Dobrze mu tam, we Francji. Wszystko mi tu powtarzają. Siedzi sobie, wdowiec z dala od grobu żony, zadowolony, stary lis, spasiony borsuk, posiwiały głuszec, maluje jakieś błahostki, fidrygałki, jakieś miniaturki na kości słoniowej, jakieś rysuneczki; Leocadia robi mu jedzenie, troszczy się, kroi jabłka na ćwiartki, osobiście, bo od służącej to mu nie smakuje, a potem oddaje się, komu popadnie – okazji w Bordeaux nie brakuje, ostatnio podobno jest z jakimś Niemcem, który nie wie nawet, że ona nie taka weiss, na jaką wygląda. Rosario, przepraszam, BIEDRONECZKA, nie mówi na nią inaczej niż „Biedroneczka”, siedzi koło niego i „razem tworzą”. On jednym ruchem coś rysuje, niekoniecznie zresztą obrazki odpowiednie dla dziewczynki w jej wieku, nawet jeżeli jest córką ladacznicy i niejedno widziała, a ona, koślawo, próbuje to powtórzyć. Krzywą linią tam, gdzie powinno być prosto, prostą tam, gdzie powinno być krzywo, a przede wszystkim nudną linią. Nudną, jednostajną, bez wdzięku. Potem stary bierze kolejną kartkę i – po prostu to widzę, widzę to – mrucząc coś niezrozumiale do siebie, tak jak zawsze mruczał, a jeżeli nie zawsze, to przynajmniej odkąd ogłuchł, jednym gestem z kartki papieru robi banknot: czarownicę lecącą na skakance, starego rogacza z młodą żonką (że też nie przychodzi mu do głowy, że portretuje samego siebie), skazańca duszonego garotą, słowem: idealny rysunek, na który od razu miałbym kilku kupców. I podaje temu bachorowi. A ona, mrugając oczami, kokosząc się przy nim na krześle, uśmiechając raz po raz, wysuwa mały język jaszczurki, odziedziczony z pewnością po matce, i „uzupełnia cienie”, czyli tą swoją tępą kreską pokrywa fałdy sukni, kawałki tła, czupryny. A stary mówi „jaśniej”, „ciemniej”, „jaśniej”. I tak pracując ochoczo i w pełnym porozumieniu, zamieniają banknot w gryzmoły, z których można co najwyżej robie tutki na tytoń.

mówi Francisco

Dobrze mi tu, we Francji, choć źle mi tu, w starości. Kiedy słońce jest mocne – choć nie tak mocne jak w Madrycie – widzę lepiej, i wtedy zabieram się do malowania. Nie mam już sił na duże płótna, zresztą nawet chodzę ledwo-ledwo, jest tu taki młody, który uciekł z Hiszpanii, de Brugada; spędza z nami sporo czasu i wyprowadza mnie na spacery, nauczył się nawet ze mną rozmawiać – nie tak jak wcześniej, pisząc na karteluszkach, które trudno mi odczytać, ale dłońmi, wedle systemu księdza Boneta. Przedwczoraj go za to zrugałem, bo wymachuje łapami, jakby chciał wszystkim dookoła pokazać, że stary Goya nie tylko ledwo giczołami powłóczy, ale i jest głuchy, głuchy, głuchy jak pień, jak kamień, jak pędzel, jak klamka, jak kłąb starych szmat poruszany czarną magią. Cuchnę chyba szczynami, bo mam chory pęcherz, ale sam tego nie czuję, już nie ten nos, co potrafił przez okno wywąchać soczystą cipkę idącą ulicą… widzę tylko, jak inni się krzywią, kiedy podchodzę za blisko, a że nie chcą mi zrobić przykrości, to ukrywają te grymasy, co jest jeszcze bardziej upokarzające. Noszę trzy pary okularów. Trzy pary okularów na jedynym nochalu. Nie takim znowu największym. Wzrok mnie zawodzi, ręka też. Wszystkiego mi brak – oprócz woli.

Przez jakiś czas zajmowałem się litografiami, rysowałem z pamięci byki… Brugada mi pomagał, stawiał kamień na sztalugach, mocował, a ja tam już sobie gryzmoliłem, skrobałem brzytwą, w drugiej ręce trzymając wielką lupę, bo bez niej niczego prawie nie widziałem – ale ze dwa razy kamień zerwał się ze sztalug, raz prawie zmiażdżył mi stopę, aż zarysował krawędzią czubek trzewika, za drugim razem łupnął o ziemię, kiedy mała Rosario stała ze trzy kroki dalej. Oczywiście cała praca na nic. A za tym drugim razem miałem piękną scenę, prawie skończoną. Dałem sobie z tym spokój. Na duże płótna tym bardziej nie mam siły, a moja Biedroneczka dorosła już do malowania i myślę posłać ją na nauki do Paryża, puściłem nawet parę listów, może Ferrer by ją umieścił u Martina, podobno jest niezły. Nie będzie na to szkoda pieniędzy. Bo i jest kogo kształcić, nie to, co ta dupa Javier, który do niczego się nie potrafi zabrać, leży tylko jak larwa, jak kawał tłustego mięsa w brytfannie, w zakrzepłych sokach, nie chce mu się do mnie przyjechać, nie chce mu się przenieść przez Pireneje tego spasionego tyłka, a ja, staruch, muszę jeździć w tę i z powrotem jak młody szczygiełek, bo inaczej nie zobaczę mojego ślicznego Marianito. Zupełnie jakby nie mogli zostawić na chwilę interesów, zresztą, jakie oni tam mają interesy, i przyjechać do stojącego nad grobem ojca. Ale jest Biedroneczka i na Biedroneczkę nie szkoda czasu, pokazałem nawet jej rysunki w Madrycie, wszyscy profesorowie Akademii byli zachwyceni i mówili, że to jak mały Rafael w spódnicy, jak mały Mengs w atłasach. Mengs przy niej to pętak. Świat nie widział drugiego takiego talentu. Siadamy więc razem, coś tam jej rysuję na świstku, a ona kopiuje uważnie, a ile jest w tym pracowitości, ile biegłości, jaka kreska śliczna! Niewyrobiona jeszcze, to prawda, ale czuć geniusz. Goya ten geniusz czuje. Ona sobie rysuje, Leocadia krząta się po domu albo wychodzi na miasto, w końcu kobieta musi mieć coś od życia, jesteśmy we Francji, nie w Hiszpanii, przecież nie będę jej trzymał w domu pod kluczem. Ona sobie rysuje, ja wyciągam z szuflady płateczki kości słoniowej, farby, cienkie pędzelki, i, patrząc przez szkło powiększające, najpierw kładę ciemny podkład z kopcia zdjętego z lampy, a potem kapię kilka kropli wody. Jakie tam światy, ile tam się kłębi postaci, duchów, pożądań – kaleki, więźniowie, brzuchate karły, stare wiedźmy; patrzę przez moją lupę i nadziwić się nie mogę, ile się może wydarzyć na takiej maleńkiej płytce, kiedy woda rozpuszcza sadzę. A potem, rach-ciach, zabieram się do malowania. Jak nie wyjdzie, a coraz częściej nie wychodzi, zdrapuję bez żalu, bo wiem, że woda rozpuszcza czerń w pełnej zgodzie z nurtem moich myśli i zaraz przywoła jeszcze coś lepszego. Coś boleśniejszego.

Z Javierem też tak siadywałem jak z Biedroneczką – myślałem sobie, że jeżeli mój tatuńcio, zwykły pozłotnik, spłodził takiego malarza jak ja, to czego mój syn dokona! Tak myślałem o nich wszystkich po kolei: o Antoniu, Eusebiu, Vincentem i Franciscu, a oni wszyscy umierali, mało który wyżył dość długo, żeby móc utrzymać w ręku ołówek, a co dopiero, żeby zadziwić świat swoim talentem; nawet z Javierem tyle razy było o krok, o odrobinę – jak wtedy kiedy miał ospę i całą noc nosiłem go na rękach, zamiast co namalować albo wyzamiatać jakąś dziewuchę, a on, rozpalony, zmęczony płaczem, zasypiał na chwilę i zaraz znowu się budził; kiedy powiedziałem o tym królowi, był tak wzruszony, że chwycił mnie za rękę i długo nią potrząsał, a potem zaczął grać na skrzypcach, co miało chyba świadczyć, że stary piernik mi współczuł. A że nie miał, jak w czasie występów przed dworem, drugiego skrzypka za kurtyną do odegrania trudnych pasaży, a ja nie byłem jeszcze głuchy, to lekko nie miałem… Cóż, każdy współczuje taką sztuką, na jaką go stać – ja współczułem moimi arcydziełami całej żywej, krwawiącej Hiszpanii, on współczuł choremu dziecku i jego ojcu rzępoleniem na skrzypkach. Dobre i to. Ale przecież nie tylko wtedy; całe dzieciństwo Javiera starałem się nie przyzwyczajać do niego; bałem się, że odejdzie jak poprzedni albo jak ci, których Pepa roniła później: krwawe strzępki, brud na prześcieradłach, potworności, których wolałbym, jak tylu innych, nie mieć przed oczami, a widzę je nieustannie – kiedy zamykam oczy, we śnie, na jawie, kiedy patrzę na kroplę wody rozpuszczającą czerń na płytce kości słoniowej, widzę nie tylko trupy rozstrzelanych pod murem, nie tylko zakonnice gwałcone przez francuskich żołdaków, ale i te paskudztwa, które z niej wychodziły: karły, homunkulusy, które dałoby się zmieścić w dłoni; jeden z przerośniętą głową, drugi w ogóle bez nóg, ohyda, ohyda.

Ale jeden się uchował, i to z nim siadywaliśmy, jak teraz z Rosario – ech, najpiękniejsze chwile, kiedy widziałem, jak stawał się wierną kopią swego własnego ojca, ba, jego, czyli moim, arcydziełem; jak wyjmował z kasety pędzle, szpachle, rozmaite druty i drapaki, jak przyglądał się różnym pigmentom i pytał, z czego się je robi… a jednak nie było w nim geniuszu; czułem to niemal od początku, ale oszukiwałem się, że coś z niego jeszcze wyrośnie; gdzie tam. Do gadania, paplania o pigmentach, o farbach to był pierwszy – ale kiedy miał się zabrać do płótna, do kartki, taki był grymaśny, nieśmiałym, a że się wstydzi, a że nie umie, a to, a tamto; aż zdawało mi się czasem, że robi to specjalnie, na złość, to zrugałem go kilka razy, huknąłem porządnie, jak na chłopaka, to się potem porobiło gorzej nawet. Nie chciał ze mną malować, nie chciał przychodzić do pracowni, coraz bardziej był gnuśny i mrukliwy. Nie wiem, skąd mu się to wzięło, z pewnością nie po mnie. Wychodzi, że po matce. A ona, rzeczywiście, mrukliwa, choć pracowita kobieta. Niewiele wiedziała, to i niewiele mówiła, tak lepiej. Tylko się stroić lubiła. Ale czy nie wszystkie one to lubią?

mówi Javier

Nie żeby i mnie nie pozwalał siadać tak koło siebie. Pozwalał. Jeśli tylko, oczywiście, był w Madrycie, jeśli tylko był w dobrym nastroju i miał dla mnie choćby odrobinę uwagi; bo bywało przecież, że malował całymi dniami, jak wściekły, mamrocąc pod nosem jakieś wielopiętrowe obelgi, a potem jeszcze długo w nocy, w cylindrze, do którego przymocowywał kilka świec, i to zawsze tych w najlepszym gatunku, dających najmocniejsze i możliwie białe światło; jeśli takich brakowało, robił awanturę, budził matkę i służbę i posyłał kogoś do sklepu, żeby walił w drzwi tak długo, aż właściciel wstanie, otworzy i sprzeda świece w najlepszym gatunku dla pana de Goya, znanego furiata. No i wyjeżdżał – dostawał jakieś zamówienie tu czy tam, malował ministra w jego majątku albo hrabinę w jej pałacu, albo wielkie płótno do jakiegoś kościoła, który musiał oczywiście zobaczyć na własne oczy, żeby wiedzieć, skąd pada światło, jakim odcieniem mieni się w słońcu kamień, z którego wymurowano ściany, z jakiej odległości i pod jakim kątem będzie się patrzyło, a zatem jakim skrótem się posłużyć.

Znikał na całe tygodnie, wszystko jedno, do pracy czy na polowania ze swoim przyjacielem ze szkoły, Zapaterem… Matkę tylko informował; zresztą nawet gdyby wiedziała, co mówił czasem o sobie i o Albie, gdyby nawet powiedział jej: jadę do księżnej i zamierzam dobrze się bawić, spuściłaby tylko oczy, bo tylko to umiała. No i podłożyć mu się, jeśli przyszedł czas na kolejną ciążę, na kolejne poronienie.

Ale kiedy miałem dziewięć lat, pojechał na długo – nie żeby mu się to nie zdarzało, tym jednak razem zniknął na dłużej, niż zapowiedział; przychodziły listy z Kadyksu, ale pisane cudzą ręką – już wtedy rozpoznawałem jego pochyłe, koślawe nieco pismo z długimi wąsami s i y – matka całymi dniami siedziała w swoim pokoju albo w nagłym napadzie przylatywała do mnie i zaczynała mnie ściskać i całować, gwałtownie, przesadnie, tak że chciałem się jak najszybciej wyrwać z tych krochmalonych mankietów i sztywnych koronek; jeśli w tej szamotaninie zdarzało mi się na nią zerknąć, widziałem, że oczy miała całe zapuchnięte od płaczu, obwiedzione cienką czerwoną kreską, przekrwione, tak że białka były zupełnie różowe; jej rysy zgrubiały od rozpaczy, tak jak zdarzało się to niekiedy w czasie ciąży; wyglądała żałośnie, więc jeśli tylko na nią spojrzałem, nie miałem serca wyrywać się dalej i zastygałem jak złapany w siatkę wróbel, kiedy się go weźmie do ręki, i czekałem, aż zaspokoi swoją potrzebę namolnego tulenia. Na ogół jednak udawało mi się uniknąć widoku jej twarzy, wierciłem się na prawo i lewo jak dziki, żeby tylko nie musieć na nią patrzeć – wtedy mogłem się wyrwać i uciekałem do kuchni albo na patio.

Wrócił potwornie zabiedzony, właściwie wnieśli go do domu, wspartego na ich ramionach, woźnica i służący – był sinawy, zielonkawy, jakby ulepiony z brudnego wosku, potwornie wychudzony, z głową obwiązaną białą chustą; ale najdziwniejsze było niemal zupełne milczenie, które temu towarzyszyło. Żadnych radosnych okrzyków, żadnych powitań, żadnego wydawania poleceń; jeśli matka musiała już coś powiedzieć, mówiła to szeptem, jakby bała się naruszyć podniosłą ciszę. Każdy szelest sukni, każde stuknięcie obcasa wydawało się zbyt głośne.

Dopiero wieczorem, kiedy służąca położyła mnie do łóżka, powiedziała mi: „Biedactwo, teraz masz zupełnie głuchego tatusia”.

Leżał potem w łóżku jeszcze przez parę miesięcy – twarz mu się zaokrągliła, zaczął rysować w kajecie, zrobił się marudny, jak to zdrowiejący mężczyzna. Cały czas o coś wołał albo wściekał się, że nie może malować; a ponieważ ogłuchł, był strasznie hałaśliwy; jego potężny głos słychać było w całym domu, od sklepu don Feliciano na parterze, gdzie szklane flakoniki z perfumami drżały od niego i cichutko brzęczały, aż po strych, gdzie wprawiał w ruch schnące prześcieradła. „Javieeeeer – wrzeszczał – Javieeeer, chodź do paaaapy!”, a ja uciekałem, gdzie się dało, tak jak wcześniej uciekałem z zaborczych uścisków matki.

Kalectwo to obcość. Człowiek, który stracił rękę, to wcale nie ten sam człowiek co przedtem, tylko że bez ręki. To człowiek, który w miejscu ręki ma brak ręki, zupełnie nowy narząd, na który nie wolno patrzeć, o którym nie należy wspominać. Żeby nie sprawiać przykrości. Bo tak jak w ciele, w miejsce ręki wyrósł brak ręki, tak i w duszy w miejsce czegoś wyrósł brak czegoś, organ bolesny, jątrzący, tkliwy. A ci, którzy tracą jakiś zmysł, tracą nieporównanie więcej – cały świat dostępny tylko za pośrednictwem tego zmysłu; ba, więcej jeszcze. Nie tylko melodię zarzueli, nie tylko sposób, w jaki La Tirana wypowiadała ze sceny słowa, z tym gilgocącym w ucho gulgotaniem, gruchaniem, ale szum szeptów niosący się po sali, okrzyki dobiegające z dalszych rzędów, brawa, ta wspólna fala dźwięków, którą wszyscy, zespoleni, dziękowali jej za dźwięki, które posyłała zza rampy, jak dwa przeciwległe morza – setki gardeł widzów przeciwko jej jednemu, niezrównanemu gardłu. Asaínetes,przy których się kiedyś zaśmiewał, wszystkie te scenki z cwanymi pomarańczarkami i walecznymimajos,z przemądrzałymi doktorami i sprytnymi ulicznikami, którzy zawsze postawią na swoim – och, uczył się na pamięć piosenek i śpiewał je potem przy pracy, nawet po latach, kiedy nie słyszał sam siebie i potwornie fałszował; wszystko to utracił. Nie było też więcej szykowania się do wyjścia, wbijania się w szamerowane kurtki i obszywane złotem spodnie, z których taki był dumny (choć dawno już nie miał talii torera, o czym matka nigdy nie omieszkała wspomnieć pod nosem)… A nuty, które wysyłał swojemu ulubionemu Zapaterowi, nutysaínetesiseguidillas,ile miał z tym zachodu, biegania po straganach, żeby zdobyć najnowsze przeboje! Pakował to wszystko i nadawał pocztą konną do Saragossy, a wracając, mówił: „To moje ostateczne pożegnanie z muzyką, niech Martín się tym cieszy, od dziś przestaję chodzić do miejsc, gdzie mógłbym te piosenki usłyszeć… powiedziałem sobie, że muszę się, psiamać, trzymać jakiejś zasady i zachować pewną, psiamać, godność, właściwą mężczyznom!” – i tak mamrotał pod nosem całą drogę, do samego domu, a wieczorem i tak wychodził, ubrany w jedną ze swoich haftowanych kurtekmajo,i zaśmiewał się do łez z innymi, podobnymi sobie. Odkąd stracił słuch, już nigdy nie włożył kurtkimajo,nawet dla żartu, jakby były to ubrania zmarłego.

mówi Francisco

Są sprawy, o których nie sposób mówić. Można o nich tylko malować. A po prawdzie, nawet i to nie.

mówi Javier

Z łóżka zatem zwlókł się do sztalug obcy człowiek. Przede wszystkim obcy nam – bo nie dobiegały do niego żadne słowa; siedział w swojej pracowni jak ryba w akwarium, brunatnym, ciemnym, pokrytym dziwnymi glonami: zwojami płótna, szkieletami blejtramów, zeskrobaną farbą, i pracował bez wytchnienia, często nocami, przez co zużywał jeszcze więcej świec niż kiedyś, a ubrania i cała podłoga pracowni usiane były kroplami i perlistymi smugami wosku; brał wszystkie zamówienia, byleby udowodnić, że wciąż umie malować, zaczął chodzić na zebrania Akademii, żeby przeciąć wszystkie plotki, że „Goya się skończył”, które rozsiewali złośliwi pacykarze, i siedział na tych zebraniach, nic nie rozumiejąc, ale robiąc – tak to sobie wyobrażam – mądrą minę, jakby słyszał każdziuteńkie słowo i rozważał je głęboko; malował straszliwe obrazki na blasze – pożar, rozbitków na gołej skale, rozbójników zarzynających podróżnych, więzienie, szaleńców kłębiących się na korytarzach szpitala; do dziś mam w pamięci całe sceny: wykrzywione strachem twarze, powykręcane dłonie, rozpaczliwe gesty; podkradałem się tak blisko, jak się dało, i patrzyłem z ukrycia, zza jakiegoś płótna albo krzesła, jak posapując, pomrukując, odchodząc od obrazu i znów do niego podbiegając, nakłada na płótno tłustą, oleistą czerń kajdanów, bryzgi białej piany oblewające trupa, brunatnoczerwone, suche plamy – krew wsiąkającą w piasek pod kołami dyliżansu. Jeśli się zorientował, że stoję obok – dostrzegając mnie kątem oka, uczuwszy łaskotanie mojego oddechu na grzbiecie opuszczonej ku ziemi lewej dłoni albo po prostu odbierając wrażenie czyjejś obecności, kondensacji uwagi, tak jak zdarza się to czasem każdemu z nas, odwracał się gwałtownie i przepędzał mnie za drzwi; czasami nosiło to znamiona zabawy: pohukiwał, groźnie szczekał i warczał, łaskotał mnie pod pachami; z reguły jednak był naprawdę zły, zwłaszcza kiedy malował scenę z domu dla obłąkanych – od razu zakrywał ją płótnem i łapał za jakąś listewkę albo szmatę, żeby mnie wyrzucić z pracowni. Wysłał ją potem z listem Zapaterowi, nie wiem, co z nią zrobili jego spadkobiercy, a sobie namalował drugą, taką samą, parę lat później. Tak czy owak, nie umiałem się z nim porozumieć. On nie umiał jeszcze czytać z ruchu warg, ja prawie nie umiałem pisać; niecierpliwił się, kiedy powoli, mozolnie stawiałem kolejne litery, i próbował zgadywać słowa; jeśli mu się udało, czekał na następne, następne próbował zgadnąć, ale przy którymś z rzędu zapominał, jakie było pierwsze, i wściekał się jeszcze bardziej. Wtedy zrozumiałem, po co mamy duży dom. Duże domy są po to, żeby się unikać. A jeśli ktoś jest głuchy, jeszcze łatwiej się przed nim schować; można przebiec tuż za jego plecami z pokoju do pokoju – byle lekko, żeby nie poczuł stopami drżenia podłogi; ale kiedy ma się dziesięć lat, można biegać lekko, lekuteńko. Nauczyłem się prędko i wyraźnie pisać, żeby nasze rozmowy trwały jak najkrócej, a z tym jakoś przyszła ochota do czytania – ojciec nie przepadał za książkami, matka miała tylko książeczkę do nabożeństwa, ale w szkole u księży, poza potwornie nudnymi spisami modlitw, było trochę ciekawych książek z dawnych, lepszych czasów. Kiedy podrosłem i miałem w sobie więcej śmiałości, zdarzało mi się pytać niektórych ze znajomych ojca o książki, które szczególnie cenią – i jeśli nie znalazłem ich w bibliotece pijarów, przy następnej wizycie dopraszałem się, aby je pożyczyli; nie wolno było mi oczywiście nagabywać gości w salonie, ale mogłem stanąć przed nimi (wyprężony, ze spoconymi dłońmi) w sieni, kiedy wchodzili lub wychodzili z domu; często obrywałem po głowie od służącej albo od rodziców, ale zdarzało się, że dostawałem potem do ręki upragnioną książkę i w te pędy leciałem do pokoju, żeby ją zacząć czytać. Pan Martinez, który pewnego razu przyjechał na dłużej w interesach z Kadyksu i bywał u nas dość często, przekonywał ojca, żeby wysłał mnie do zagranicznych szkół, ale ojciec powiedział krótko: „Javier to malarz. Urodzony malarz. Ma to po mnie. Wszelka nauka poza nauką malowania to dla niego strata czasu. Nie mówiąc już o pieniądzach. Książki zresztą to samo, psiamać. Strata. Tyle dobrego światła marnuje”.

Ale ponad wszystko ojciec, głuchnąc, stał się obcy sobie samemu, dawnemu sobie; zmienił nawyki, ton głosu, sposób pracy; denerwował się o byle co. To prawda, zawsze był furiatem, ale teraz przypominał złapanego w potrzask wilka, który pokąsa każdego, kto się nawinie, choć z każdym wyskokiem i kłapnięciem zębami, wnyki głębiej jeszcze wbiją się w mięso i kość jego łapy.

IV

Kobieta z nożem

Ostre krzywizny uniesionych brwi, podbite sinozielonym cieniem, świadczą o współczuciu – i kto wie, może choroba współczuje choremu, którego trawi; ale nie przyszła tu z sentymentu; ma pracę do wykonania; włosy zebrała na czubku głowy i związała chustką, zakasała wysoko rękawy jak porządna służąca, która ma wysprzątać pokój, pozbyć się zbędnych gratów. Ale po co odsłoniła piersi, które, ledwie na czubkach okryte grubymi fałdami zmarszczonej koszuli, błyszczą szarym blaskiem chorego ciała? Z litości, żeby było na co popatrzeć w momencie największej grozy, tuż po cięciu, kiedy nóż opadł ze świstem i odjął, co miał odjąć, raz na zawsze?

Jak łatwo się odbiera. Wszędzie dookoła ktoś komuś czegoś odmawia, z czegoś wydziedzicza, czegoś pozbawia; w zbiegowisku – zegarka, uciętego zgrabnym ruchem; w trybunale – wolności; w łóżku, w skłębionych prześcieradłach – wianka; taki jest porządek świata. Choroba nie musi zatem nikomu specjalnie współczuć, sumiennie wykonuje swoją pracę, która jest częścią wielkiej, niezbywalnej całości – mięśnie ma od tego ciągłego rąbania solidne, nóż 

tylekroć ostrzony, że aż przykrótki u końca, ułamany może na jakiejś opornej kończynie czy zmyśle kurczowo trzymającym się ciała.

Co innego ofiara – traci się wyjątkowo trudno. Spójrz, z jaką desperacją chwyta za ramię – widać tylko kciuk, ześlizgujący się po podkasanym rękawie, i cielisty trójkąt – skrawek ramienia, którym zasłania głowę, przeczuwając, gdzie spadnie cios. Każde ścięgno ciała, każdy mięsień próbuje wydostać go z potrzasku; cały niemal wyturlał się poza obraz; jego twarz jest niewidoczna – i dobrze, bo gdybym miał go namalować, drżałaby mi ze wzruszenia ręka. Owszem, przeczuwa cięcie – momentalny ból, lepkość krwi bryzgającej z rany, słabość w kolanach, wlewające się w oczy, głębokie, czarne jeziora. Ale nie czuje jeszcze cięcia bliźniaczego, które pozbawia go całych rozległych rejonów życia, które zdają mu się oczywiste; będzie je potem widział gdzieś w środku, we śnie może, pod postacią kolejnych pokoi, pięknie umeblowanych, pełnych najdroższych mu ludzi. Drzwi tych pokoi zatrzaskują się z impetem, poruszane przez niewytłumaczalną siłę, aż zostaje zupełnie sam w długim korytarzu, po którego obu stronach ciągną się szeregi owych ciemnych, zatrzaśniętych na amen drzwi.

Ale na razie zawisł w tym krótkim momencie, kiedy nóż wisi jeszcze, zanim opadnie; kątem oka widzi, że trzecia, ciemna postać, która unosiła dłoń w geście – jak mu się wydawało – współczucia, jest tylko milczącą drewnianą figurą; a współczująca twarz choroby to maska z pobielonej tektury, za którą kryje się nie wiadomo kto.

V

mówi Javier

Dopiero kiedy sam już byłem dorosłym, żonaty, tuż po narodzinach Mariano, zrozumiałem nagle, myśląc zresztą o czymś zupełnie innym, że obraz Naszej Pani Saragoskiej w sypialni rodziców miał ramę ze specjalną kotarą, którą można było w każdym momencie zasunąć, właśnie dlatego że wisiał nad małżeńskim łożem, w którym mój ojciec tyle razy spełniał ślubne obowiązki wobec matki, a matka – wobec ojca. I że wielka szmata, która zawsze wisiała na kołku w narożniku pracowni, służyła dokładnie do tego samego: zasłaniania świętego obrazu w czasie sjesty, kiedy ojciec zamykał drzwi na klucz i „myślał o malarstwie”, do czego „potrzebował zupełnej samotności”, choć nie wypraszał wcale z pokoju modelki. Czy modelek, jeśli było ich akurat więcej.

Dopiero kiedy sam już stałem się dorosły i malowałem, czy może: kiedy często myślałem o malarstwie, zrozumiałem, że modelki wcale nie były mu potrzebne; w każdym razie nie tak jak innym artystom, którzy ustawiali jakieś zgodzone za kilka maravedów dziewuchy w pozach nimf i bogiń – oparte o ścianę, ułożone na skrzynkach, owinięte starą szmatą udającą pyszne jedwabie – i rysowali dokładnie linie cienia: patrzyli, gdzie światło oddziela się od ciemności, gdzie granica jest płynna, a gdzie ostra; jak perspektywa zmienia kolano, dłoń, pochylony kark w niezrozumiałe kształty. On znał ciało na pamięć: kobiece, męskie, zwierzęce. Żywe i martwe. Omdlałe. Nabite na pień drzewa, rozpłatane. Kłąb konia, mięśnie byczej szyi grające pod grubą skórą, gruźlaste palce biedaków, telepiący się tłuszczyk na brzuchu przekupki niesionej przez czarownice na sabat. Znał właściwe każdemu ciału, światła i cienie, sploty, skróty; cały ten teatr z ustawianiem rąk i nóg, narzucaniem draperii, obracaniem do słońca był mu zupełnie zbędny – a jednak dziewczyny przychodziły pozować, nawet kiedy malował obrazy bez choćby jednej kobiety. Szkicował je naprędce – zostawił w Madrycie całe pliki takich rysunków, które później posklejałem w albumy – jak rozpuszczały włosy, jak siedziały na taborecie ze złożonym wachlarzem w dłoni, jak okraczając nogami kufer, przeglądały się w małym lustrze, trzymanym oburącz nad głową. To, że je miał, najpierw na papierze, potem albo w trakcie – na kufrze, pod ścianą, oparte o sztalugi, różnie – stawało się jednak częścią obrazu, choćby przedstawiał rozstrzelanych powstańców, Wellingtona na koniu albo walki byków; to one, pomarańczarki znad Manzanares, praczki, służące, wchodziły w wątek i osnowę płótna, w lepkość gruntu i farb, w sypkie pigmenty. Tak samo jak kładzione pokotem cietrzewie, zające, jak sarny, które obalał za pierwszym złożeniem się do strzału. Nie mógł stworzyć czegoś z niczego – musiał najpierw na czymś położyć ręce, żeby później spod nich wyszła inna rzecz, żywa.

Matka albo udawała, że tego nie widzi, albo rzeczywiście nie widziała – może żaliła się na to swojemu spowiednikowi, może samej Matce Boskiej, może uważała, siostrzyczka malarzy, że tak po prostu być musi, bo gołe kobiety w domu to taka sama część życia żony artysty, jak ścieranie białego pyłu osiadającego na wszystkich meblach albo wytrzymywanie zapachu farb i terpentyny, że o wytrzymywaniu awantur nie wspomnę? Nie wiem.

Kiedy ojciec wyjeżdżał z rodzinnego domu, dostał od swojej matki błogosławieństwo i mały kajecik, w którym – poradziwszy się bardziej ustosunkowanego wuja – wypisała mu nazwiska najważniejszych ludzi w całej Hiszpanii: książąt, sędziów, biskupów, ministrów.

Kiedy