332 osoby interesują się tą książką

Opis

Emocje to jej specjalność. Najnowsza powieść Agnieszki Lingas-Łoniewskiej to emocjonalna jazda bez trzymanki!

Konrad Klajzer zebrał od życia wystarczająco wiele ciosów. To, że wyszedł na ludzi, zawdzięcza wyłącznie przybranej siostrze Anicie i jej mężowi, słynnemu wśród zawodników MMA Kastorowi.

Inez pod okiem dziewczyn z fundacji FemiHelp dźwiga się z traumatycznych przeżyć, które naznaczyły ją na zawsze. Blizny ma nie tylko na przedramionach, które skrywa pod długimi rękawami niezależnie od pogody. Znacznie poważniejsze rany nosi w sercu.

Jego uratowały walki. Na ringu zmienia się w niezwyciężonego Saturna. Poza nim ma jedną słabość. Ją.

Ona dopiero co odzyskała psychiczną równowagę.

Ich związek, zdaniem przyjaciół, nie jest najlepszym pomysłem. A jednak rozumieją się bez słów. Bo oboje przeszli przez piekło, a mimo to przetrwali.

Okaleczeni przez życie, mogą pomóc sobie nawzajem. Tylko czy będą potrafili uporać się z demonami przeszłości? W końcu są takie rany, które nigdy się nie zagoją…

Saturn to trzeci tom serii Bezlitosna siła, opowieści o mężczyznach uprawiających walki MMA – każdy z nich ma za sobą mroczną historię, która go prześladuje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 222

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Diabeł, którego znasz, jest lepszy od nieznajomego.

(autor nieznany)

Prolog

Patrzyłem w jego tak znajome oczy, ale nie było w nich już nic z tego, co widziałem przed laty. Teraz czaiły się tam tylko zło i nienawiść.

Nie miał jednak pojęcia, że w moich oczach zobaczy to samo.

Szaleństwo, nad którym do tej pory umiejętnie panowałem, właśnie przerwało tamę.

I nawet jeśli spróbuje uciec z powrotem do piekła, skąd przybył, będę tam na niego czekał.

Bo i ja stamtąd przyszedłem.

Saturn

Rozdział 1

Imagine Dragons, Gold

Otworzyliśmy halę pod Wrocławiem, tuż przy zjeździe na Strzelin. Dzisiaj obchodziliśmy urodziny Anity, impreza miała być dopracowana w każdym calu, bo inaczej Kastor pourywałby nam łby. Od rana siedziałem na miejscu, bo chciałem wszystkiego dopilnować. Zamówiliśmy wielki tort, zaplanowaliśmy loterię z cegiełkami dla fundacji, w której moja siostra bardzo się udzielała.

Poza tym teraz to miało być moje miejsce pracy. Pierwszy koncert planowaliśmy za cztery miesiące – miał wystąpić jeden z modnych obecnie wykonawców muzyki pop. Choć bilety nie były tanie, sprzedaliśmy już niemal wszystkie. Pasowała mi ta praca. Nie miałem problemu z rozmowami z ludźmi, byłem odważny, niegłupi, dobrze wyglądałem, poza tym dzięki Polluksowi dostałem namiary na osoby, które mogły mnie wprowadzić w środowisko muzyczne, i wszystko zaczynało się rozkręcać. W dodatku miałem motywację. I chciałem nieco uspokoić siostrę, która nieustannie się martwiła, żebym czegoś nie odwalił.

Siedziałem w gabinecie na zapleczu hali i kończyłem odpowiadać na maile. W przyszłym tygodniu ruszał elektroniczny system rezerwacyjny, teraz go testowaliśmy i wszyscy pracownicy mieli obowiązek przeprowadzić kilkadziesiąt próbnych rezerwacji. Praca dawała mi kasę i satysfakcję, a treningi i walka pozwalały utrzymać ciało w formie i na jakiś czas wyłączały myślenie, żebym nie musiał wracać do wszystkich chorych rzeczy z przeszłości, które sprawiły, że czasami nie potrafiłem wyzwolić z siebie głębszych uczuć. Umiałem się tylko bić i wykonywać swoje obowiązki. Nie miałem życia osobistego poza przygodnym seksem, z tym nigdy nie było problemów. W podziemiu Saturn miał fanki, które niezwykle często oferowały mu swoje wdzięki. W klubie, gdy stałem za barem, dziewczyny więcej niż często wrzucały mi do pustych szklanek swoje numery telefonów.

Było jednak coś, a właściwie był ktoś, kto spędzał mi sen z powiek. Pierwszy raz zobaczyłem ją w zeszłym roku, kiedy przyjechałem do siostry do fundacji. Potem wiele razy spotykaliśmy się, rozmawialiśmy i od tamtej pory próbowałem sobie tłumaczyć, że oboje popełnilibyśmy wielki błąd, gdybyśmy to przenieśli na inny poziom. Ale ponieważ ona przyjaźniła się z moją siostrą, a także narzeczoną mojego szefa i przyjaciela, Polluksa, natykałem się na nią bardzo często. Dzisiaj też tu była, bo z ramienia fundacji czuwała nad organizacją aukcji. Przedmiotem aukcji były obrazy i rzeźby wykonane przez mieszkanki Domu dla Mam, który założyła Martyna. Patrzyłem z góry na salę, gdzie miała się odbyć główna impreza. Widziałem czerwonowłosą dziewczynę w czarnych krótkich spodenkach, ukazujących szczupłe opalone nogi. Włożyła do nich kolorową bluzkę z długimi rękawami, co mnie trochę dziwiło, bo było gorąco. Zawsze nosiła bluzki z długimi rękawami, to zauważyłem już dawno. Ale w czerwcu?

Inez układała z hostessami przedmioty przeznaczone na aukcję i odhaczała coś w notatniku. Wreszcie, jakby przyciągnięta moim wzrokiem, uniosła głowę z burzą wściekle czerwonych włosów i spojrzała na mnie. Jej wielkie oczy wpatrywały się wprost we mnie. A ja poczułem, że coś chwyta mnie za gardło. Pragnąłem jej towarzystwa i zarazem się go bałem. Bo gdy widziałem jej ufne niebieskie oczy, wiedziałem doskonale, że nie jestem facetem, któremu jakakolwiek kobieta mogłaby zaufać.

Odsunąłem się od okna i zająłem pracą. Po jakimś czasie ktoś zapukał do drzwi gabinetu i wszedł, nie czekając na zaproszenie. To była ona. Zawsze pachniała jak owocowy sad. O tak, miałem ochotę ssać jej skórę. Byłem pewien, że będzie smakować jak jakiś owoc. Pamiętałem jednak słowa Martyny, która po wspólnej imprezie w PantaRhei powiedziała, że Inez to dziewczyna, której los nakopał do dupy, i żebym się zastanowił, czy jestem gotowy dźwigać jej brzemię. Nie byłem gotowy, by dźwigać własne, więc co mogłem zrobić? Unikałem Inez, jak tylko mogłem, co było cholernie trudne, biorąc pod uwagę to, że nasze drogi ciągle się przecinały. Teraz stała w moim gabinecie i patrzyła na mnie wielkimi oczami.

– Stało się coś? – zapytałem.

– Konrad… – Na sam dźwięk mojego imienia w jej ustach poczułem, że dostaję gęsiej skórki. – Dzwoniły dziewczyny z fundacji. Dzieciaki zrobiły rzeźby z modeliny i Martyna powiedziała, że to też warto wystawić.

– I przychodzisz z tym do mnie? – Wstałem zza biurka, okrążyłem je i spojrzałem z góry na dziewczynę.

Sięgała mi do ramienia, była bardzo drobna i delikatna. Przypominała chochlika z czerwonymi włosami. Tak. Chochlika, którego chciałem rzucić na biurko i pieprzyć bez opamiętania. Odchrząknąłem, zrobiło mi się niewygodnie w spodniach, więc odszedłem na bezpieczniejszą odległość. Ale jej zapach i tak wwiercał mi się w nozdrza i już wiedziałem, o kim będę myślał, gdy jakaś inna laska będzie mi obciągać pałę.

– Nie mam prawka, może ktoś mógłby ze mną podjechać do fundacji po te rzeczy? – zapytała.

– Wszyscy są zajęci – powiedziałem.

– Okej, wezmę taksówkę. – Zmrużyła oczy.

Widziałem, że jest zła. A to mnie jeszcze bardziej nakręciło.

– I zapłacisz miliony. Pakuj się, zawiozę cię.

– Nie jestem jakimś bagażem. Sam się pakuj. – Zgrzytnęła zębami i chciała wyjść.

Dopadłem ją przy drzwiach. Złapałem za szczupłe ramię. Pierwszy raz jej dotknąłem i moje zwoje mózgowe doznały właśnie poważnego zwarcia.

– Coś ty taka przewrażliwiona? – Patrzyłem na nią.

Jej klatka piersiowa unosiła się gwałtownie, a kształtne piersi napierały na materiał bluzki. Nie chciałem być posądzony o molestowanie, ale nie mogłem oderwać od niej oczu. Musiałem nad sobą zapanować. Spróbowałem się uśmiechnąć. Co pewnie sprawiło, że wyglądałem jak chory psychicznie.

– Bo jesteś irytujący. Wiem, że mnie nie lubisz, ale nie mamy wyjścia, musimy współpracować – rzuciła cicho.

Widziałem, jak rozszerzyły się jej źrenice, kiedy znalazłem się blisko. W jakiś pokrętny sposób to sprawiło, że poczułem się bardzo dobrze. Byłem pierdolnięty.

Ja jej nie lubię? Dobrze, że tak myśli. To ułatwi mi sprawę, żeby trzymać łapy z daleka od niej.

– Okej, masz zamiar tutaj stać i się licytować, czy jednak pojedziemy po te rzeczy? – powiedziałem ostrzej, niż zamierzałem.

– Na razie to ty dyskutujesz! – warknęła i podeszła do schodów. – Idziesz czy nie? – rzuciła w moją stronę.

Zgarnąłem z biurka kluczyki od samochodu, dokumenty i komórkę. Ruszyłem w dół schodów, patrząc na jej idealny tyłek, i wyobrażałem sobie, że daję jej kilka klapsów za jej niewyparzoną buźkę. Uśmiechnąłem się sam do siebie i gdy wsiadaliśmy do samochodu, byłem już nieco bardziej uprzejmy. Gdyby była świadoma, co chodzi mi po głowie, zapewne znowu rzuciłaby jakąś niewybredną uwagę, a wtedy już nie umiałbym nad sobą zapanować.

Byłem pewny jednego. W jej towarzystwie odczuwałem szereg emocji, które do tej pory były mi zupełnie obce. Chciałem na nią krzyczeć, bo mnie wkurzała. Chciałem ją pieprzyć, bo mnie pociągała. Ale bałem się dowiedzieć, co siedzi w jej głowie, bo czasami łapałem ją na tym, że patrzyła na mnie w szczególny sposób, od którego coś chwytało mnie za gardło i czułem słabość. A słabość to przekleństwo.

Ja, Saturn, wiedziałem o tym najlepiej.

***

Jechaliśmy w milczeniu. Całe szczęście, że grała muzyka, inaczej musiałabym słuchać jego oddechu. A nie chciałam. Trudno mi było znieść towarzystwo Konrada, a często nie miałam wyjścia, bo jako że mieliśmy wspólnych przyjaciół, ciągle gdzieś na siebie wpadaliśmy. Ale najgorsze w tym wszystkim było to, że bardzo mnie do niego ciągnęło. Był niesamowicie przystojny. Wysoki – na pewno miał ponad metr dziewięćdziesiąt, o gęstych ciemnobrązowych włosach, które zazwyczaj sterczały w różnych kierunkach, ze śniadą cerą, ciemnym zarostem i złotobrązowymi oczami. Te oczy były niesamowite, sprawiały, że nie można było oderwać wzroku od jego twarzy. Często zamieniały się jednak w szparki, kiedy ich właściciel mierzył kogoś wzrokiem od stóp do głów i po chwili rzucał jakiś sarkastyczny komentarz. A najczęściej rzucał go do mnie. Chociaż bardzo się pilnowałam, żeby nie dać nic po sobie poznać, byłam przekonana, że on wie, że mi się podoba. Chodziłam na jego walki, kibicowałam mu, a on z reguły traktował mnie jak upierdliwą młodszą siostrę. Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, miał obitą twarz. Pamiętam, że w nocy leżałam w łóżku i wspominałam moment, w którym nasze spojrzenia się spotkały. A przecież obiecywałam sobie, że będę unikać tak zwanych złych chłopców. Bo niewątpliwie Konrad Klajzer się do takich zaliczał.

Wiedziałam, że jego i Anitę łączy jakaś dziwna sprawa z przeszłości, na początku Konrad był tym złym, później jednak wszystko się wyjaśniło i zaprzyjaźnił się z Kastorem i Polluksem. Anita kochała go jak brata, chociaż nie łączyły ich więzy krwi. Ale one akurat mają niewiele do rzeczy, jeśli ludzi połączy coś dobrego. Zazdrościłam Kostkowi i Patrykowi, że mają siebie, zazdrościłam Anicie jej miłości do Konrada, zazdrościłam wszystkim, którzy mieli kogoś, do kogo mogli się zwrócić, kiedy wszystko zdawało się walić. Oczywiście były dziewczyny, wiedziałam, że zawsze mogę na nie liczyć, ale przecież każda z nich miała swoje życie. A diabły z przeszłości dopadały mnie dosyć często i nie mogłam obciążać tym przyjaciółek.

W milczeniu dotarliśmy do budynku, w którym mieściła się fundacja. Konrad podjechał pod wejście i spojrzał na mnie.

– Mam iść z tobą? Dużo tego masz? – zapytał.

– Nie, poradzę sobie. Zaraz wracam. – Wysiadłam i ruszyłam przed siebie pewnym krokiem.

Po chwili potknęłam się przy schodach.

Zerknęłam w stronę samochodu i dostrzegłam, że ten irytujący facet się śmieje.

– Cholera! – zaklęłam pod nosem.

Często przeklinałam, gdy byłam zdenerwowana. Albo robiłam wtedy coś głupiego. Jakiś niekontrolowany ruch, przez który stawałam się pośmiewiskiem. Wciąż próbowałam odzyskać poczucie własnej wartości po tym, co mnie spotkało. Najpewniej czułam się jednak wśród przyjaciółek albo za ladą recepcji w fundacji. Tam byłam u siebie. Gdy wchodziłam do tego budynku, moją skórę powlekał jakiś niewidzialny pancerz. Wiedziałam, że tam nikt mnie nie skrzywdzi. Gorzej było, kiedy wychodziłam. A przecież musiałam spotykać się z innymi ludźmi.

Szybko uporałam się z rzeczami, które miałam zabrać na aukcję, przy wyjściu zajrzałam jeszcze do Liwii, która wypełniała dokumenty.

– Jadę do hali – poinformowałam.

– Jasne.

– Widzimy się wieczorem?

Spojrzała na mnie ślicznymi zielonymi oczami, które od pierwszego momentu wzbudzały zaufanie i poczucie bezpieczeństwa.

– Będę, ale mogę się spóźnić.

– Okej, zatem do zobaczenia. – Uśmiechnęłam się i pomachałam przyjaciółce.

Otworzyłam tylne drzwi auta i schowałam tam torbę z pracami dzieciaków. Konrad rozmawiał przez telefon. Kiedy siadałam z przodu, już skończył. Widziałam, że zmarszczył brwi i chyba był z czegoś niezadowolony.

– Możemy jechać – sapnęłam.

– Podskoczymy jeszcze w jedno miejsce.

– Dokąd?

– Do mnie. Muszę coś zabrać z mieszkania.

– Może mnie najpierw…

– A czy ja mam napisane na plecach „taksówka”? – Spojrzał na mnie i zmrużył oczy. – Poza tym mieszkam niedaleko. Przy placu Bema.

Westchnęłam i zapatrzyłam się w mijane ulice.

Nie zamierzałam wchodzić z nim w pyskówkę, chciałam jak najszybciej znaleźć się w hali, dokończyć pracę i pojechać do domu. Kątem oka widziałam, że Konrad kilka razy zerknął w moim kierunku, ale na szczęście się już nie odezwał. Podjechał na plac Bema i zatrzymał się przy jednym z poniemieckich bloków. Zgasił silnik i spojrzał na mnie.

– Idziesz ze mną? – spytał.

– Raczej nie.

– Boisz się wejść do mojego mieszkania? – parsknął.

Wiedziałam, że robi to po to, by mnie zdenerwować i sprowokować.

– Nie mam ochoty zwiedzać jakiejś podejrzanej speluny – odcięłam się.

– No, no, nieźle. W takim razie siedź grzecznie i niczego nie ruszaj. – Roześmiał się, a ja pokazałam mu środkowy palec.

Był irytujący, a jednocześnie często po prostu mnie rozbawiał. Lubiłam go obserwować, gdy stoi za barem, była w nim jakaś dziwna determinacja, wszystko, co robił, robił szybko i precyzyjnie. Podobnie było z treningami, sparingami czy walkami. Gdy ćwiczył na skakance, jego mięśnie pracowały jak precyzyjna maszyneria nastawiona na jeden cel: wygrać. Zawsze wygrywał. Jego walki wiele mnie kosztowały, ale chodziłam prawie na każdą. Musiałam widzieć, jak walczy i jak wygrywa. Jego siła i dokładność w jakiś sposób mnie uspokajały. Kiedy walił w gruszkę podczas ćwiczeń, każdy cios odbierałam tak, jakbym sama go wyprowadzała. Niszczyłam wtedy całą swoją pokręconą przeszłość i człowieka, przez którego znalazłam się w piekle. Konrad był moim osobistym bohaterem… Chociaż tak naprawdę nawet mnie nie lubił i zawsze traktował z góry.

Gdy byłam dziewczynką, nie umiałam marzyć, bo żyłam w świecie, który z marzeniami i nastoletnimi pragnieniami miał niewiele wspólnego. Teraz, gdy już się od tego uwolniłam, gdzieś głęboko wciąż czułam się dzieckiem. Wtedy dorosłam zbyt szybko, a teraz chciałam nadrobić stracony czas. W mojej głowie pojawiały się marzenia. Marzenia o… Konradzie. Wiedziałam jednak, że to do niczego mnie nie zaprowadzi. Na razie nie umiałabym jeszcze być z kimkolwiek. Może kiedyś, w przyszłości…

Ale na pewno nie będzie to Konrad. Saturn. Facet, który sam chyba jeszcze nie odbił się od dna.

***

Kiedy przyjechała do mojego domu, była wystraszona, ale i pełna nadziei. Miała tylko dziesięć lat, ja o trzy więcej i dużo za uszami. Mój ojciec związał się z jej matką, a ona miała być teraz moją siostrą. Tak powiedział ojciec. Złapał mnie za ramiona i ścisnął. Za mocno, jak zawsze, tak aby pokazać swoją przewagę fizyczną.

– Konrad, to jest Anitka. Masz ją traktować jak siostrę!

– A gdzie mama? – warknąłem, a on jeszcze mocniej ścisnął moje ramiona.

– Matka wyparła się i ciebie, i mnie. Teraz będziemy mieć nową rodzinę.

– Nie chcę!

Uderzył mnie w twarz i poczułem w ustach metaliczny smak krwi. To od razu mnie otrzeźwiło. Zawsze tak było, kiedy czułem krew, nieważne – własną czy cudzą. Dlatego stale wszczynałem bójki i najczęściej wygrywałem. Czekałem tylko na moment, kiedy wygram z nim…

– Nie interesuje mnie to, czego chcesz. Masz być dla Anity starszym bratem i chronić ją za wszelką cenę!

Zacisnąłem pięści i kiwnąłem głową. Krew z ust kapała na drewnianą podłogę w moim pokoju. Nie wiedziałem wówczas, że ta dziewczyna naprawdę stanie się moją ukochaną siostrą. I będę musiał ją chronić przed nim. Moim ojcem. Że zrobię mnóstwo złych i chorych rzeczy. I tak bardzo się w to zaangażuję, że przestanę już odróżniać dobro od zła.

Rozdział 2

Walk The Moon, Shut Up and Dance

Siedzieliśmy przy stole, właśnie wjechał tort i wszyscy zaintonowali Sto lat dla Anity. Starałem się nie usiąść obok Inez. Miałem ją teraz naprzeciwko, co okazało się najgłupszym rozwiązaniem. Bo robiłem wszystko, by na nią nie patrzeć. Ale było to cholernie trudne, bo gdy tylko weszła do części restauracyjnej w hali rozrywki Polluksa, od razu poszybowałem ku niej wzrokiem i teraz, nawet gdy zamykałem oczy, siedziała mi w głowie. Zjawiła się na sali w tej cholernej czerwonej sukience z falbankami, w butach na platformie, w tym swoim niepowtarzalnym stylu… Każda inna wyglądałaby w tym, jakby urwała się ze zlotu dziwaków. Ale u niej wszystko współgrało. Nie tylko ja to widziałem. Na przykład pieprzony Mars, czyli Darek, brat Polluksa, który niedawno pojawił się w naszym świecie, a co ważniejsze – w naszym klubie, i często partnerował mi podczas sparingu. Był w porządku, ale teraz siedział koło Inez i śmiał się z czegoś, co powiedziała. Potem pochylił się ku niej, coś szepnął, a ona także wybuchła śmiechem. Miałem ochotę złapać go za łeb i wsadzić do wiadra z lodem, w którym mroził się szampan. Zanim jednak zdążyłem zrobić coś durnego, głos zabrał Kastor i wszyscy spojrzeli na niego.

– Dziękuję wszystkim za pomoc w zorganizowaniu urodzin mojej ślicznej żony. – Przytulił Anitę, która siedziała obok niego. – Anita chciałaby wam coś oznajmić.

– Dawaj, Anitka! – Martyna siedząca w objęciach Polluksa wyciągnęła zwiniętą pięść.

– Dajesz! – ryknęliśmy, a Kostek pokazał nam gest oficjalnie uznawany za niezbyt sympatyczny.

Wszyscy wiedzieli, że gdy nas trenował, był bezlitosny i ciągle darł się właśnie w ten sposób. To jego „Dajesz!” czasami śniło mi się po nocach.

– Okej. Zatem mam kilka newsów. Pierwszy to taki, że zdałam egzamin na prawko – powiedziała Anita z szerokim uśmiechem.

– O, kurczę. Zaczynam uprawiać home office! – Polluks teatralnie złapał się za pierś.

– Bardzo śmieszne, Patryk. Myślę, że nie masz się o co martwić, bo prawdopodobnie na tym świecie nie wyprodukowali jeszcze samochodu, który zadowoliłby mojego męża jako auto dla mnie. – Anita spojrzała krzywo na Kastora, a ten uśmiechnął się, bardzo z siebie zadowolony. – Kolejna sprawa to taka, że dostałam się na Uniwersytet Ekonomiczny. Będę studiować zarządzanie.

– Świetny wybór, Anitka. Zarządzasz Kostuchną lepiej niż dobrze. – Polluks roześmiał się, a wszyscy mu zawtórowali.

– Jasne, stary, to ja ostatnio latałem pięć godzin po cholernej Ikei, żeby znaleźć kubeczki i jakieś podkładki, które kazała kupić Martyna… – Kastor spojrzał na kumpla.

– Przepraszam, on sam chciał jechać. Ja byłam zajęta – zaoponowała Martyna.

– Super, tyko czemu zabrał mnie? – Kostek pokręcił głową. – Chciałem go udusić zasłoną i schować do namiotu w dziale dla dzieci.

– Zamknijcie się obaj! – Anita przewróciła oczami.

– Dobrze mówi! Dać jej wódki! – krzyknął ktoś.

– No właśnie z tym ostatnim to będę musiała się wstrzymać. – Anita uśmiechnęła się szeroko i znacząco dotknęła dłonią płaskiego brzucha.

– Ale że… – zaczęła Martyna.

– Co??? – zawtórował Polluks.

– A co myślałeś, że tylko ty masz monopol na fajne rzeczy? – Kastor wstał i przytulił żonę.

– Nasza rodzina się powiększy – wyjaśniła Anita. – W styczniu urodzi się… nasz syn.

Posypała się lawina gratulacji, uścisków. Odśpiewaliśmy kolejne Sto lat. Było głośno i wesoło. Potem rozpoczęła się aukcja, którą prowadziły Martyna i Inez. Pomagała im Liwia. Po oficjalnej części przyszedł czas na imprezę z DJ-em. Wyszedłem na patio, wziąłem piwo i oparłem się o słupek. Ostatnio wiele rzeczy zaprzątało mi głowę. To, o czym myślałem, że już minęło, znów się pojawiło i obawiałem się, że to dopiero początek. Poza tym ciągle stawała mi przed oczami pewna dziewczyna, co w obecnej sytuacji było mi potrzebne jak narty baletnicy.

Zszedłem po schodach i znalazłem się na trawie, gdzie w przyszłości Polluks chciał zbudować boisko. Oparłem się o deski wspierające patio i zamknąłem oczy. Nagle poczułem słodki kwiatowy zapach. Usłyszałem jakiś szelest. Stałem niemal pod schodami, więc byłem niewidoczny. Dojrzałem czerwoną falbaniastą sukienkę i usłyszałem cichy głos Inez. Wydawała się zdenerwowana.

– Skąd masz mój numer?

– Przecież wiesz, że z tym skończyłam!

– Oszalałeś?!

– Nie groź mi…

– Jak możesz mi to robić?

Potem chyba się rozłączyła, odeszła dalej i słyszałem jej cichy szloch. Poczułem ucisk w piersi, jakby mi ktoś sprzedał kopa. Ktoś zdenerwował tę słodką dziewczynę, która czasami wyglądała jak leśny chochlik, ale była też tak cholernie seksowna, że chciałem ją złapać wpół, przerzucić przez ramię i zabrać do siebie. Była cholernie ładna, miała świetne ciało, supercycki i siedziała mi w głowie jak pieprzona zadra w palcu. Wychyliłem się, nie mogła mnie dostrzec. Poszedłem za nią. Siedziała przy małym zagajniku, widziałem, że ma podniesiony rękaw sukienki i wpatruje się w swoją szczupłą rękę. Gdy mnie usłyszała, błyskawicznie opuściła rękaw.

– Co ty tutaj robisz? – spytała przestraszona.

Jej wielkie oczy zrobiły się jeszcze większe i widziałem w nich łzy. Otarła je szybkim ruchem i spojrzała na mnie butnie.

– Poszedłem się przejść. A ciebie łatwo nie zauważyć, krasnalu.

– Możesz powiedzieć, o co ci chodzi? – Stanęła przede mną i zadarła głowę.

Wyglądała przepięknie, jej małe słodkie usteczka były lekko rozchylone ze złości. Teraz już nie wiedziałem, czy wścieka się na osobę, z którą gadała, czy na mnie.

– Ale konkretnie o co pytasz? – zapytałem niepewnie.

– Gapiłeś się na mnie podczas kolacji, jakbym ci zabiła matkę.

– Nie mam matki. Ani ojca. – Objąłem się ramionami i patrzyłem na nią z góry.

Spłoszyła się i przez ułamek sekundy zrobiło mi się jej żal. Ale to szybko minęło. Rzadko kiedy czułem żal czy współczucie. Nawet jeśli gdzieś we mnie były, przez lata uczyłem się pokazywać obojętność, kłamać i grać kogoś całkiem innego. Miałem to opanowane do perfekcji. Tym bardziej wobec Inez, do której coś czułem, a to mnie przerażało. Dlatego musiałem nad tym panować, bo teraz miałem inne rzeczy na głowie. Jak zawsze. Od najmłodszych lat zawsze coś miałem na głowie.

– Przepraszam… – Zerknęła na swoje buty, a czerwone długie pasma włosów spadły jej na policzek. – Jesteś dla mnie taki niezrozumiały. Patrzyłeś na mnie podczas kolacji, jakbym ci zrobiła krzywdę.

– Naprawdę jesteś taka wyczulona na spojrzenia obcych ludzi?

Dostrzegłem w jej oczach niewypowiedziany żal.

– Nie jesteś obcy – szepnęła. – Ja po prostu…

– Co takiego? – Zmrużyłem oczy i widziałem, że bardzo się spięła.

Poczułem nieodpartą chęć, aby ją przytulić, ale tylko zacisnąłem dłonie w pięści i patrzyłem na nią w oczekiwaniu.

– Nie wiem, czego ode mnie chcesz. Gubię się. I boję.

– Boisz się mnie? – Pochyliłem się ku niej i zajrzałem jej w twarz.

– Czasami tak.

– Zupełnie niepotrzebnie. – Wzruszyłem ramionami.

– Okej, zapamiętam. Więc dlaczego byłeś zły w czasie obiadu?

„Oj, krasnalu… Może dlatego, że wolałbym, żebyś to koło mnie siedziała, do mnie szeptała i ze mną się śmiała”, pomyślałem.

Głośno powiedziałem jednak:

– Wydawało ci się. Od kiedy mnie tak uważnie obserwujesz i znasz moje spojrzenia? – parsknąłem.

Czasami lepiej byłoby, gdybym się zamknął, serio.

Dostrzegłem w jej oczach złość.

– Nie chcesz rozmawiać normalnie, okej. Kiedyś myślałam, że… – Potrząsnęła głową i chciała odejść.

Błyskawicznie złapałem ją za ramiona.

– Nie lubię, gdy się do mnie coś mówi i nie kończy. Albo ucieka. Jeśli zaczęłaś, to bądź łaskawa skończyć.

– I kto to mówi? Traktujesz mnie jak upierdliwą młodszą siostrę, której trzeba non stop dokuczać!

– Uwierz mi, nawet przez moment nie pomyślałem o tobie w ten sposób.

– Yhym, jasne! – fuknęła. – Więc nie wiem, czemu zachowujesz się tak… jak…

Przyciągnąłem ją do siebie gwałtownie. Widziałem, jak rozszerzają się jej źrenice. Zawsze się tak działo, gdy znajdowałem się blisko niej.

– Tak, właśnie tak, nieznośny krasnalu! – mruknąłem, wsunąłem dłoń w jej gęste włosy i pochyliłem się ku niej.

Chyba chciała coś powiedzieć, ale nie dałem jej szansy. Drugą ręką przyciągnąłem ją do siebie, wiedząc, że jak ja czuję teraz jej krągłości, tak ona czuje mnie. Całego. Podnieconego i twardego. Moje usta dotknęły jej ślicznych warg, które śniły mi się po nocach. I nie były to grzeczne sny. Jej zapach mnie odurzył, a smak całkowicie odebrał zdolność myślenia. Czułem, że opiera dłonie na mojej piersi, ale mnie nie odpycha. Wsunąłem język do jej ust i zacząłem ją całować tak, że czułem ten cholerny pocałunek we wszystkich zakamarkach ciała. Mimo to cały czas się kontrolowałem. Lecz wtedy ona… stanęła na palcach, aby być bliżej mnie, i jęknęła. Ten jęk przeszedł przez moje ciało jak błyskawica i umiejscowił się w i tak twardym fiucie, który wbijał się w jej biodro.

Wtedy mi odbiło. Całkowicie. Moja dłoń wylądowała na jej piersi, którą zacząłem pieścić przez materiał sukienki, a druga zacisnęła się na kształtnym małym tyłeczku. Oderwałem się na moment od jej ust i szepnąłem:

– Chodźmy na górę. Do mojego biura.

I to był, kurwa, błąd.

Odepchnęła mnie, zaczęła nerwowo poprawiać rękawy sukienki. Nie patrzyła na mnie, drżała. Była spłoszona. I zła.

– Nie jestem jak panny z PantaRhei! – warknęła.

– Ale jakoś nie protestowałaś? – Uśmiechnąłem się.

– Właśnie nie mam pojęcia dlaczego! Chyba przez chwilę przestał mi działać mózg.

– Wydaje mi się, że często cię to dopada – rzuciłem.

– Idź się utop! – Posłała mi wkurzone spojrzenie i pobiegła w stronę patio.

A ja zawołałem za nią:

– Ale przynajmniej wiesz, że nie traktuję cię jak siostry!

Gdy zniknęła w budynku, najpierw chciało mi się śmiać, a potem zrobiło mi się głupio. Ja byłem głupi, zachowywałem się jak skończony idiota. Miałem jej unikać, a dopuściłem do czegoś takiego. Miałem być dla niej w porządku. Ale z tej sytuacji wyszły dwie dobre rzeczy. I jedna beznadziejna. Dobre było to, że pocałunek z tą dziewczyną okazał się wart wszystkiego, a moje zachowanie pewnie sprawi, że ona nie będzie chciała mieć ze mną nic wspólnego, o co przecież cały czas mi chodziło. A ta beznadziejna… Naprawdę nie wiedziałem, jak teraz będę trzymał łapy z daleka od niej. Zapomniałem, że to czasami jest obosieczna broń. I teraz najwyraźniej zostałem nią trafiony.

***

Wróciłam na imprezę i próbowałam się uspokoić. Wypiłam drinka i usiadłam z wyrazem wkurzenia na twarzy. Podszedł do mnie Darek.

– Wszystko gra? – zapytał.

– Tak różnie – burknęłam.

– Dziewczyna w takiej ładnej sukience powinna szaleć na parkiecie.

– Wszystkim dziewczynom to mówisz?

– Tylko tym w ładnych sukienkach. – Uśmiechnął się, jego ciemne oczy rozbłysły, wyciągnął w moim kierunku wytatuowaną rękę i poruszał palcami dłoni. – No, makowa panienko, chodź. Jeśli jest dupkiem, nie ma sensu się nim zamartwiać.

– Jest najbardziej dupkowatym z dupków. – Wstałam i ujęłam jego dłoń.

Pociągnął mnie na sam środek parkietu, z łatwością torując nam drogę przez tłum. Był przyrodnim bratem Polluksa i ci dwaj coraz bardziej się do siebie przywiązywali. Miał poczucie humoru i zdawał się być beztroski, ale ja wiele razy widziałam, że to tylko poza. Jako kumpel sprawdzał się jednak doskonale. Zbliżyliśmy się na jakiejś imprezie i bardzo dobrze nam się rozmawiało, czułam się swobodnie w jego towarzystwie.

Zaczęliśmy tańczyć, trochę się wygłupialiśmy i na chwilę zapomniałam o tym telefonie… Ale nie mogłam zapomnieć o pocałunku Konrada, który we własnej osobie stał oparty o słupek i przypatrywał się nam, gdy tańczymy.

– Oho, chyba wiem, o którego dupka chodzi. – Darek złapał mnie w pasie i przysunął do siebie.

– Nie mam czasu i ochoty na jego niestabilność emocjonalną – fuknęłam.

– Ale zabawić się jego kosztem możemy – rzucił z szelmowskim uśmiechem.

– Myślałam, że się kumplujecie. – Uniosłam głowę i spojrzałam w prawie czarne oczy Darka.

– Oczywiście. A także obijamy sobie ryje na ringu. Myślę, że go to bardzo podkręci i najbliższy trening będzie jeszcze lepszy.

– Ty chyba jesteś trochę dziwny. – Pokręciłam głową i się uśmiechnęłam.

– To wielki eufemizm, makowa panienko.

Przewróciłam oczami na to określenie.

– To jak go zdenerwujemy? – zapytałam.

– Tak. – Objął mnie jeszcze mocniej, przechylił do tyłu i poczułam jego usta w swoich włosach.

Po chwili obrócił mnie bardzo umiejętnie, jakbyśmy brali udział w Tańcu z gwiazdami, i położył dłonie tuż nad moimi pośladkami.

– Wariat! – Roześmiałam się.

– I zaraz się zacznie – zdążył mi szepnąć do ucha, kiedy koło nas pojawił się wyraźnie wkurwiony Konrad.

– Co ty odpierdalasz, Mars? – Usłyszałam jego głęboki i nieco chropowaty głos.

– Nie widać? Tańczę z piękną dziewczyną.

– Idź, zobacz, czy cię nie ma przy barze.

– Pójdę, jeśli ona tego zechce. – Darek spojrzał Konradowi w oczy.

Byli tego samego wzrostu, ja pomiędzy nimi wyglądałam jak przedszkolak wśród koszykarzy. Parsknęłam śmiechem. Spojrzeli na mnie obaj, Darek z humorem, a Konrad… miał coś takiego w oczach, że poczułam dziwny dreszcz na plecach, w brzuchu, nawet w palcach u nóg.

Konrad pochylił się ku mnie i spytał cicho:

– Zatańczysz ze mną?

Raczej wyczytałam to z jego ust, niż usłyszałam w tym hałasie.

– Okej. – Spojrzałam na Darka. – Okej, naprawdę.

– Jasne, makowa panienko. – Mrugnął do mnie i jeszcze na koniec pocałował w rękę, patrząc złośliwie na Konrada, który zdawał się zgrzytać zębami.

Byłam trochę wstawiona, trochę wkurzona i trochę rozbawiona, więc cała ta sytuacja, dla mnie irracjonalna, wprawiła mnie w zaskakująco dobry nastrój. Poczułam dłoń Konrada na talii, przysunął mnie do siebie, objęłam go za szyję. Dobrze, że włożyłam buty na platformach, dzięki temu miałam oczy na wysokości jego ust. I był to zajebisty widok.

W tym momencie rozległ się głos Darka z didżejki:

– A teraz specjalny kawałek dla mojego kumpla z klatki. Wsłuchaj się w słowa, stary, to nie będziesz miał problemów.

– Co za kutas – warknął Konrad.

Usłyszeliśmy kawałek Shut Up and Dance.

– Masz zamiar tak stać? – Zaczęłam tańczyć, skakałam, śmiałam się, a Konrad stał i patrzył na mnie tak, że miałam wrażenie, że albo zaraz pójdzie walnąć Darka, albo rzuci się na mnie.

Ale on się uśmiechnął, złapał mnie za ręce i zaczął mną tak obracać, że tiulowe falbanki furkotały, a ja już nie wiedziałam, gdzie jest parkiet i czy jesteśmy na nim sami, czy nie. Kiedy piosenka się skończyła, a następny kawałek był wolniejszy, Konrad nie pozwolił mi odejść, lecz przytulił do siebie. Słyszałam, jak mocno bije mu serce. Moje biło w podobnym rytmie. Ten taniec był cholernie męczący.

– Gdzie się nauczyłeś tak wywijać? – spytałam, gdy kołysaliśmy się w milczeniu.

– Można powiedzieć, że wychowałem się w klubach, knajpach, agencjach towarzyskich. Imprezowałem od trzynastego roku życia. Poza tym lubię taniec.

– Tak samo jak walki – zauważyłam.

– Nie, walki lubię bardziej. – Uśmiechnął się kącikiem ust.

Westchnęłam. Był cholernie