Sarajewskie Marlboro - Miljenko Jergović - ebook + książka

Sarajewskie Marlboro ebook

Jergovic Miljenko

0,0
30,00 zł

lub
Opis

Opowiadania "Sarajewskie Marlboro" ukazały się w 1994 roku, w trzecim roku oblężenia Sarajewa. Książka od razu otrzymała najważniejszą nagrodę literacką dla prozy (im. Ksavera Šandora Gjalskiego) i wkrótce została przełożona na kilka języków, a Jergović stawał się coraz bardziej znany w Europie.  Mieszkał już wówczas w Zagrzebiu, debiutował jednak w Bośni kilka lat wcześniej (1988) tomikiem poezji "Opservatorija Varšava" i przed "Marlboro" wydał jeszcze parę zbiorów poezji. Tytułowy wiersz tego tomu, "Obserwatorium Warszawa", opowiada o pogodnym zmierzchu ostatniego dnia sierpnia 1939 roku i profesorze astronomii, który cieszy się z warunków odpowiednich do badań. Wiersz ma podtytuł Nie czekając na barbarzyńców. Myślę, że tak jak profesor astronomii Jergović nie czekał na barbarzyńców, ale się ich spodziewał. Tym czekaniem-nieczekaniem i jakąś zapowiedzią kończy się pierwsze opowiadanie (jedyne w części pierwszej) "Sarajewskiego Marlboro". Mówi ono o wycieczce (i taki ma tytuł) z matką i kończy się tym, co zobaczył, kiedy nocą wracali do miasta: „niebo czerwone jak płonący dach nad światłami Sarajewa”.
Druga część, Rekonstrukcja wydarzeń, to 27 krótkich opowiadań z oblężonego, ostrzeliwanego i rażonego ogniem miasta. Ale pisarza interesuje tu nie sama wojna, tylko życie ludzi i ich losy w tej wojnie. Każde opowiadanie pokazuje jeden konkret, jeden szczegół, w którym zawiera się los człowieka. Tym, co u Jergovicia i w tych opowiadaniach, i w następnych książkach jest najistotniejsze, to relacja z codzienności, wyczucie osobności Sarajewa, wrażliwość, a przede wszystkim zrozumienie wielonarodowego miasta, o czym autor mówi przekonująco, ale bez deklaracji i ideologii. W opowiadaniu List, który do przyjaciela Bośniaka pisze czarnoskóry absolwent sarajewskiej uczelni, to on mówi o praktycznej, codziennej stronie tej wielokulturowości, której nie znalazł nigdzie indziej. Jest w tej książce także humor, niekiedy ironia, ale przede wszystkim głęboki smutek człowieka świadomego nieodwracalności wojennego spustoszenia, które jednych wygnało z kraju, innych zmieniło, zmusiło do samotności, w różny sposób okaleczyło albo pozbawiło życia.
Ostatnia część, "Who will be the fitness", zawierająca – tak jak część pierwsza – tylko jedno opowiadanie zatytułowane "Biblioteka", mówi o domowych bibliotekach, o książkach, z którymi się dojrzewało, które się pamięta, do których się wraca, i tych, po które nie sięgnie się nigdy, o nieoddanych właścicielom, niepodarowanych, o wszystkich domowych bibliotekach, które strawił ogień – albo ten, na którym ludzie gotowali jedzenie i który dawał im ciepło, albo największy, symboliczny, który strawił sarajewską bibliotekę. Ostatnie zdanie pierwszej prozatorskiej książki Jergovicia brzmi tak: „Jako płomień wszystkich płomieni i ogień wszystkich ogni, jako ostateczny mityczny proch i popiół zapamiętany będzie los sarajewskiej biblioteki uniwersyteckiej, sławnej Vjećnicy, której książki płonęły cały dzień i noc. Poprzedziły to huk i eksplozja, dokładnie rok temu. Może tego samego dnia i miesiąca, kiedy to czytasz. Pogłaskaj delikatnie swoje książki, cudzoziemcze, i pomyśl, że są prochem”.
Ogień zaczął i ogień kończy tę książkę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 154

Oceny
0,0
0
0
0
0
0


Kolekcje



Tytuł oryginału: Sarajevski Marlboro
Wydanie polskie na podstawie: Fraktura, Zaprešić 2018
Wydawca: Bożena Kućmierowska
Redakcja i korekty: Joanna Pomorska
Redakcja techniczna: Danuta Przymanowska-Boniuk
Projekt okładki, stron tytułowych i opracowanie typograficzne: Janusz Fajto
Skład i łamanie: Janusz Fajto
Wydanie pierwsze
Copyright by Miljenko Jergović Copyright for the Polish translation by Magdalena Petryńska oraz Miłosz Waligórski i Maciej Czerwiński Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Akademickie SEDNO Spółka z o.o. Warszawa 2020
Wszelkie prawa zastrzeżone Kopiowanie, przedrukowywanie i rozpowszechnianie w całości lub we fragmentach jakąkolwiek techniką bez pisemnej zgody wydawcy zabronione
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Książka została wydana przy finansowym wsparciu Ministerstwa Kultury Republiki Chorwacji
ISBN 978-83-7963-112-4
Wydawnictwo Akademickie SEDNO Spółka z o.o.
00-696 Warszawa
ul. J. Pankiewicza 3
www.wydawnictwosedno.pl
Konwersja:eLitera s.c.

NIEOMIJALNY SZCZEGÓŁ BIOGRAFII

Wycieczka

Miejsce głowy jest na poduszce, cała reszta to istny koszmar. Czujesz, jak tracisz miękki grunt pod sobą. Kołyszą się wszyscy uśpieni ludzie, twoja skroń uderza w ramię matki. Uchylasz powiekę i widzisz taniec słupów pod nogami, złudzenie optyczne prostych figur geometrycznych, które zawraca cię w sen. Budzi cię niespodziewane uczucie mdłości, jesteś w autobusie, otoczony urzędnikami agencji finansowej[1], którzy jadą na wycieczkę do Jajca. Nikt oprócz twojej matki nie zabrał dzieci; musisz zobaczyć wodospady, stwierdziła surowo, i nie ma teraz znaczenia, że twoje wnętrzności pchają się na zewnątrz, że w głowie masz mętne bagno, które nigdy nie stanie się bystrym nurtem. Słyszysz w myślach rytmiczne stukanie grubej szyby autobusu, przed oczyma przemykają ci obrazy, te, co dopiero później, może za dziesięć lat, zmienią się w znane pejzaże szeroko rozumianych stron rodzinnych, o których z zachwytem i przesadą mówi się znajomym z innych krajów i innych stron rodzinnych.

Jest deszczowy dzień, pod mostami płynie wezbrana Bosna – pogoda całkiem nieodpowiednia na wycieczkę. Urzędnicy w średnim wieku wesoło gadają i obserwują jasnowłose sekretarki, które w wielkich torbach plażowych mają pieczone kurczaki, szminkę i grzebienie, tabletki plivadonu, olejek do opalania i małe kobiece rzeczy, których, jak dowiem się znacznie później, używa się tylko raz w miesiącu, ale ten raz zawsze wypada wtedy, kiedy jedzie się na wycieczkę albo idzie na jakąś imprezę.

Patrzysz, jak jakiś maluch wyprzedza autobus; jest w nim czterech chłopaków. Widziani z góry przypominają wesołe krasnale, które ten deszcz cieszy. Ścigają się po lśniącym, mokrym świecie z każdym, kogo napotkają. Wydaje ci się, że nikt inny z autobusu na nich nie patrzy. Ludzie są zajęci ważniejszymi sprawami; w środku tygodnia dostali wolny dzień i teraz trzeba go wykorzystać. Szczerbaty Džemo wziął wojskową manierkę, którą puszcza w koło i dla hecy podaje ją także tobie. Myślisz, że jest tam woda, ale uderza cię ostry zapach płynu, którym pielęgniarka przeciera ramię przed szczepieniem. W tym momencie twoje wnętrzności w końcu wydostały się na zewnątrz, siedzenie przed sobą obryzgałeś jakąś gorzką, żółtawą papką, taką lepką, że jeszcze długo zostanie w nozdrzach.

Autobus zwalnia i zatrzymuje się na środku drogi. Kierowca wysiada, a za nim wszyscy pasażerowie. Matka każe ci zostać, ale nie chcesz być sam w autobusie. Podchodzisz do sporej grupy ludzi, prześlizgujesz im się między nogami i widzisz całkowicie zgniecionego malucha, z którego sterczy ręka. Matka zasłania ci dłonią oczy, nie patrzysz, dopóki nie posadzi cię znowu na fotelu. Bladzi podróżni wracają za tobą, nikt nie mówi ani słowa, tylko jedna z trzech blondynek narzeka, że to nam zepsuło wycieczkę. Jakie to? Nie pytasz, bo wiesz, że wypadłbyś głupio. Ludzie w maluchu są martwi, ale chyba tylko ciebie to nie wzrusza. Nikt ich nie znał, więc po co teraz rozpaczać? Džemo zaczyna opowiadać o wypadkach drogowych, które przeżył i o których słyszał. Myślisz, że każda podróż, jeśli Džemo mówi prawdę, kończy się w zgniecionym maluchu. Nie wydaje ci się straszne, że i twój autobus mógłby być obiektem czyichś bladych spojrzeń, a czyjaś matka zasłaniałaby oczy przed twoją ręką. Sytuacja nie jest nawet pozbawiona uroku. Nie wiesz dlaczego, ale przychodzi ci na myśl, że przyjemnie jest być w centrum takiej uwagi. Nie jest ci już niedobrze, napina ci się ptaszek w spodniach, a błogość przenika żyły. Wreszcie się obudziłeś i oprzytomniałeś. Zagadujesz matkę, machasz nogami, prosisz Džema o manierkę, rozśmieszasz otoczenie, jesteś w centrum uwagi i jest ci dobrze, jakbyś zginął.

Jajce jest zrobione z ogromnych klocków lego. Czyjaś wielka ręka ułożyła je jakby według schematu. Prawdziwy jest tylko wodospad. Wielki i groźny. Cały czas siedzisz pod pochyłym dachem w ogródku restauracji. Džemo opowiada o dziewczynie, która z powodu chłopaka skoczyła ze szczytu wodospadu. On, kiedy o tym usłyszał, skoczył także. Ale dziewczyna nie zginęła, tylko nazajutrz pojawiła się w mieście. Pytała ludzi, gdzie jest jej chłopak, a ludzie powiedzieli, że skoczył za nią. Zasmuciło ją to i znowu rzuciła się do wody. Nikt prócz ciebie nie wierzył Džemowi. Spytałeś go, czy chłopak po skoku pojawił się żywy. Nie. I nie potrafiłeś pojąć, jak kobieta, a kobiety są słabsze od mężczyzn, może raz ujść z życiem, a chłopak nie mógł ani razu. Zaproponowałeś Džemowi, żebyście skoczyli, i zobaczyłoby się, kto przeżyje. Džemo nie chciał.

Pod Jajcem, powiedział, są jakieś korytarze, z których, kiedy się do nich wejdzie, nie można wyjść. Wrzucają tam chłopców, którzy palą w szkolnych ubikacjach. To cię przeraziło. Nigdy nie paliłeś, ale ktoś mógłby pomyśleć, że może jednak, i wrzucić cię do środka. Straszne byłoby błądzenie przez całe życie w mroku.

Poszliście do jakiejś sali z portretami bohaterów. Tutaj towarzysz Tito zrobił Jugosławię[2]. Zapytałeś, czy towarzysz Tito zrobił także Jajce. Džemo odpowiedział, że nie, ale tak jakby. Tego nie zrozumiałeś. Według ciebie tylko towarzysz Tito był wystarczająco wielki, żeby ułożyć klocki lego nad wodospadem. To „nie, ale tak jakby” Džema mocno śmierdzi, jak i jego manierka.

W jakiejś restauracji jedliście wszyscy razem. Ty zjadłeś szaszłyki, które w drodze powrotnej w tym samym autobusie zwymiotowałeś. Nieważne, przyjemnie było je jeść.

Na dworze była już noc i nie wyprzedził was żaden maluch, nie zatrzymaliście się ani razu i nikt nie zginął. Džemo nie opowiadał więcej o wypadkach. Mówił o czymś innym, co chyba także nie było prawdą. Albo było prawdą tylko w tej jednej chwili, zanim wszyscy razem zamknęliście oczy i obudziliście się, kiedy niebo było już czerwone jak płonący dach nad światłami Sarajewa.

REKONSTRUKCJA ZDARZEŃ

Kaktus

Żyła w stałym lęku, że coś ważnego i pięknego w życiu przegapi. Często podróżowała, a jeszcze częściej wpadała w rozpacz, że nie podróżuje. Uważała, że prawdziwa zabawa i szczęście zawsze były gdzie indziej, miała mnóstwo planów, jak je schwytać za ogon, jak w nieustannym ruchu znaleźć ten kryształowy moment, kiedy, przynajmniej tak mówią sny, życie staje się bajką.

Pod koniec grudnia 1990 roku zadecydowała, że Nowy Rok przywitamy z tłumem nieznajomych ludzi na Hvarze. Podekscytowana przedstawiła tę decyzję jako propozycję, miałem kilka uwag, ale tak ją zasmuciły, że w końcu uznałem wyjazd za nasz wspólny pomysł. Przedostatniego dnia roku spotkaliśmy się na Marijindvorze. Był ranek, wczesny ranek, tramwaje jeszcze nie jeździły. Poznałem mnóstwo zblazowanych facetów i dziewczyn w odświętnych sukniach, które bezbłędnie kojarzą mi się z pijatyką. Nas dwanaścioro plus masa rzeczy, plus wesoła suka bokserka zajęliśmy miejsca w trzech samochodach. Dwa golfy ruszyły pierwsze, a za nim na poły rozwalony citroën dyane. Mieliśmy nim jechać my dwoje, łysiejący student elektroniki, jego gruba, brzydka dziewczyna i pies. Auto było oklejone taśmą samoprzylepną, wiało ze wszystkich stron, a nogi prawie wyłaziły przez podłogę. Wlekliśmy się nieznośnie wolno drogą na południe, gruba dziewczyna gadała o paryskich perfumach, a pies bezustannie puszczał głośne, smrodliwe bąki. Za każdym razem kokieteryjnie się uśmiechałem, rzucałem jakąś ogólną uwagę i diabelnie się starałem, by moja dziewczyna myślała, że świetnie się bawię. Na Ivan planinę dyane pełzła dwadzieścia na godzinę, w Konjicu dwa razy kichnęła i nieodwołalnie znieruchomiała. Bokserka znowu głośno walnęła nam prosto w nos i wesoło zaszczekała. Wysiedliśmy, zatrzymały się też golfy i rozpoczęła się narada, co robić. W każdej kombinacji my okazywaliśmy się nadwyżką. I kiedy już podjęto decyzję, kto pojedzie dalej pociągiem, a kto samochodem, ująłem ją za rękę i szepnąłem:

– Może jednak wrócimy?

Nie spojrzała na mnie gniewnie, jak oczekiwałem, tylko wzruszyła ramionami i westchnęła.

– Kto im to powie?

– Powiedz ty, jesteś mężczyzną.

– Lepiej ty, ty ich znasz. No i jeśli ja powiem, wypadnie, żeśmy się obrazili.

Oczywiście zaćwierkała, że my wracamy do Sarajewa. I miłe, i przykre decyzje zawsze umiałem w ładnych słowach przerzucić na innych.

Do pociągu zostało nam dwie i pół godziny. Usiedliśmy w zimnej, pustej sali hotelowej. Badaliśmy się nawzajem wzrokiem, prowadziliśmy grę drobnych czułych dotknięć.

– Naprawdę szkoda – skłamałem.

Ona obwiniała się, że zepsuła mi sylwestra. Pieszczotami i małymi męskimi sposobami przekonywałem ją, że tak nie jest.

– Przykro mi także z powodu prezentu.

Zawsze lubiłem dostawać prezenty, uparłem się więc, by ten akt dokonał się w Konjicu. Ona protestowała, bo sytuacja nie wydawała jej się wystarczająco uroczysta. Wciąż jeszcze miała nadzieję na ten kryształowy moment. Ale mówiłem już, że jestem mistrzem w przekonywaniu. Ostrożnie otworzyła plecak i jeszcze ostrożniej wyjęła z niego jubileuszowy winiak w pudełku.

– Otwórz!

Paczuszka była lekka i stało się jasne, że nie ma w niej butelki. Zresztą byłoby to głupie. W środku zobaczyłem coś ładnie zapakowanego w biały papier. Palcami pokazała mi, żebym otwierał jak najostrożniej. W miniaturowej doniczce był równie miniaturowy kaktus. Nie większy od kciuka nowo narodzonego dziecka.

Nigdy jej nie mówiłem, że nienawidzę roślin w pokojach. Wymagają uwagi i porządku, wymagają, żeby o nich myśleć, a ja nawet nie wiedziałem, jak trzeba myśleć o ludziach, których kocham. Kiedy umarła babcia, wszystkie kwiaty w moim pokoju uschły. Było mi smutno, choć ich nie znosiłem.

Uśmiechnąłem się, pocałowałem ją i w paru słowach wyraziłem zachwyt. Kiedy uwierzyła, że jest prawdziwy, wyjąłem Chanel 5 (kupowałem je oczywiście, myśląc o Marilyn) i eseje Susan Sontag O fotografii. Nigdy nie dawałem jej tylko książki, bo uważała, prawdopodobnie słusznie, że książki darowuję z myślą o sobie, nie o niej.

Kaktus ustawiłem w na poły słonecznym miejscu w moim pokoju, koło gipsowej figury świętego Vlaha i kamyka z dziurką pośrodku, który przynosi szczęście. Po kilku miesiącach zaczęła się wojna w Chorwacji, film Špeglja, Plitvice, Borovo Selo[3]...

Podlewałem go regularnie co pięć dni i starałem się nie przesuwać doniczki. Kiedyś dawno babcia mi powiedziała, że kaktusów nie wolno przestawiać. Mogą stać tylko w jednym miejscu. Nie ma większego znaczenia, jakie to miejsce i czy jest najładniejsze, ważne, żeby było ich. Dbałem o kaktusa i sam się sobie dziwiłem, jak to się dzieje, że nie robię mu krzywdy.

I zamiast zginąć jak wszystkie te sympatyczne podarunki, które kupcy specjalnie wystawiają przed świętami, on zaczął rosnąć. Stroszył kolce, delikatne jak u malutkiego jeża, tył i łagodnie przechylał się ku słońcu. Już nie wyglądał jak kciuk niemowlaka. Kiedy ona przychodziła do pokoju, była szczęśliwa, że kaktus nie utopił się w moim niedbalstwie.

– Zaczyna być podobny do ciebie.

– Kaktus?

– Właściwie nie do ciebie, tylko do pewnej części twojego ciała.

Ja niczego takiego, przyznaję, nie zauważyłem, ale kiedy to powiedziała, zacząłem go za takiego uważać. Kaktus stał się małym wesołym szczegółem w naszym życiu, tym szczegółem, który sprawia, że wszystkie miłości wychodzą z zadanych ram i stają się warte wspominania.

W dniach, kiedy został zniszczony Vukovar, poczułem lodowaty oddech na plecach. Życie stawało się bardzo poważną sprawą, inną niż wszystko, co o nim wiedziałem. Każdy błąd mógł być fatalny, czułem to, choć wciąż jeszcze nie rozumiałem jak i dlaczego.

Pod koniec marca 1992 roku ona wyjechała z miasta. Zdawało się, że wyjeżdża jak na wycieczkę. Bez pożegnania.

W pierwszych dniach kwietnia przeniosłem się do piwnicy. W koronę jabłoni trafił granat moździerzowy. Szyby popękały, a odłamek nie większy od ziarnka ryżu rozbił stare austriackie lustro na toaletce koło szafy. Szkło trzasnęło z regularnością południków na mapie geograficznej. Telefony wciąż jeszcze działały i spróbowałem jej to opowiedzieć. Nie rozumiała. Myślała pewnie, że trochę mi się pokręciło w głowie.

Co pięć dni szedłem na górę i podlewałem kaktusa. Teraz był przechylony w stronę pozycji czetników. Lękliwie patrzyłem ku słońcu i w każdej chwili oczekiwałem kuli. Na dole było ciepło, wilgotno i swojsko. Pachniało zgniłymi ziemniakami, pył węglowy szczypał w oczy. Pewnie i w macicy nie jest lepiej.

Ona uwierzyła, że śmierć istnieje tylko w Sarajewie. Stała się patetyczna i całkiem daleka. Pytała mnie, czy chcę, żebyśmy pojechali do Nowej Zelandii. Odpowiedziałem, że jestem w piwnicy, że ten kraj leży bardzo daleko i nie sądzę, abym był w nim szczególnie szczęśliwy. O kaktusa nigdy nie pytała. Ja nie chciałem o nim wspominać.

Ludzie się zmieniają, kiedy są sami w ciemności. To dzieje się nieodczuwalnie. Znam opowieść o człowieku, który zwyczajnie poszedł do łóżka, a rano obudził się zupełnie siwy. Nikomu nie umiał powiedzieć, co mu się śniło. W tamtych dniach żyłem w rozpaczliwym strachu przed zimnem.

Pewnego rana, piątego dnia, cała woda w mieszkaniu zamarzła. Dopiero wtedy przyszło mi do głowy, że kaktus źle znosi zimno. Wziąłem go do piwnicy i postawiłem naprzeciwko pieca, w którym paliliśmy miałem węglowym. Ani za blisko, ani za daleko. Dokładnie tak, jak według mnie odpowiada i kaktusom, i ludziom.

Nazajutrz leżał na krawędzi doniczki. Jak leżał? Zwyczajnie, czubkiem w dół, jakby słońce było gdzieś pod spodem. Podlałem go ostatni raz, choć wiedziałem, że to już koniec.

Wojna nauczyła mnie sztucznego uspokajania uczuć i nerwów. Kiedy ktoś zaczyna mówić o sprawach, które mogłyby mną szczególnie wstrząsnąć, w środku zapala mi się czerwona lampka, taka jak ta, która usuwa szumy z taśmy magnetofonowej, i nic już nie czuję. Ale kiedy myślę o tym kaktusie, nic nie pomaga. Jest niby mały derywat smutku, na pozór niegroźny, jak gorzki migdał i cyjanek. Niektórych ludzi od dawna smuciło, że konie umierają stojąc, a mnie zasmuca to, że kaktusy padają jak chłopczyk z ballady Goethego. Nie jest to nawet takie ważne, może tylko jako ostrzeżenie, że w życiu należy się wystrzegać szczegółów. I niczego innego.

Kradzież

W naszym ogrodzie rosła jabłoń, której owoce najlepiej było widać z ich okien. Nadaremnie Rade i Jela przynosili swoim córkom owoce z targu; żadne jabłko na świecie nie było tak atrakcyjne jak nasze. Kiedy rodzice szli do pracy, dziewczynki przeskakiwały płot i zrywały najdojrzalsze owoce. Przepędzałem je, rzucałem grudkami błota i kamieniami, broniłem swojej posiadłości, chociaż ani te jabłka, ani żadne inne specjalnie mnie nie pociągały. Żeby się zemścić, młodsza córka powiedziała mojej matce, że dostałem pałę z matematyki. Stara pognała do szkoły, przekonała się, że to prawda, i całymi dniami maltretowała mnie równaniami z dwiema niewiadomymi. Przez te iksy i ipsylony moje życie stało się nie do zniesienia, postanowiłem więc odpłacić się wszystkimi dostępnymi środkami. Dobrze się ukryłem i cały dzień czekałem na złodziejki. One się oczywiście pojawiły, ja wyskoczyłem z krzaków, złapałem młodszą za włosy i powlokłem do naszego mieszkania, żeby ją zamknąć w spiżarni, a jak matka przyjdzie z pracy, niech ją osądzi. Mała darła się i wściekle broniła, aż w końcu została mi w ręce garść włosów i strzępek skóry z jej głowy. Pobiegłem do domu i zamknąłem się na klucz, a po jakimś czasie usłyszałem Radego, który wrzeszczał pod oknem, że mnie zabije. To samo powtórzył mojej matce, ona odpowiedziała mu podobnie. Godzinami wymieniali z okna do okna wyzwiska. Ona wymyślała mu od gangsterów z Kalinovika, on się rewanżował cuchnącą rozwódką.

Przez następnych dwadzieścia lat nikt z nikim się nie witał, a siostry nigdy więcej nie przyszły kraść. Mijały sierpnie i wrześnie, jabłka były równie piękne, my rośliśmy, nie zamieniwszy ani jednego spojrzenia, rodzice starzeli się, nie zapominając wyzwisk. Dziewczyny wyszły za mąż i wyjechały w świat, ale wszystko pozostało tak samo.

W pierwszych dniach wojny policja przeprowadziła rewizję w mieszkaniu Radego i Jeli, znalazła dwie strzelby myśliwskie i karabin automatyczny. Sąsiedzi się przerazili, mówiło się tylko o tym, kogo i jak Rade chciał i mógł zabić. Rade przestał wychodzić z mieszkania. Prawdopodobnie czekał, kiedy w końcu po niego przyjdą. Jela chodziła na targ, po pomoc humanitarną i po wodę, aż do dnia, kiedy dziesięć metrów od niej wybuchł granat i urwał jej rękę. Wtedy sąsiedzi po długim czasie znowu zobaczyli Radego. Sto lat starszy niż zaledwie przed kilkoma miesiącami, wyszedł z domu z garnuszkiem zupy i trzema pomarszczonymi cytrynami. Codziennie z wzrokiem przykutym do asfaltu chodził do szpitala, panicznie przestraszony, że jego oczy mogłyby napotkać jakieś inne oczy.

W tym wojennym sierpniu jabłka obrodziły ładniejsze i lepsze niż kiedykolwiek. Nie było takich od rajskich czasów. Wdrapałem się na czubek drzewa, skąd było widać pozycje czetników na Trebeviciu. Pochylony nad przepaścią rwałem je z takim zapałem, z jakim Sknerus McKwacz rozrzuca pieniądze po skarbcu. Kiedy dosięgłem to, które było tylko pół metra od okna Radego, zobaczyłem go w głębi pokoju. Jak skamieniały wisiałem na gałęzi, Rade cofnął się o parę milimetrów. Nie wiem dlaczego, ale nie chciałem, żeby wyszedł.

– Co słychać, wujku Rade?

– Uważaj, synu, wysoko jesteś, żebyś nie upadł...

– Jak się czuje ciocia Jela?

– Cóż, trzyma się tej odrobiny życia jedną ręką. Mówią, że wkrótce wyjdzie ze szpitala.

Rozmawialiśmy tak długie dwie minuty. Jedną ręką trzymałem się gałęzi, w drugiej ściskałem reklamówkę z jabłkami. Poczułem jakąś słabość, większą niż wszystkie granaty, niż znalezione i nieznalezione karabiny. Wysoko w koronie drzewa, pod jego oknem, wszystko, co wiedziałem o sobie i o innych, traciło sens.

– Wiesz, synu, kiedy stracisz rękę, długo ci się wydaje, że ją masz. To coś z psychiką. Noszę jej tę trochę czegoś, co ugotuję, ale nie ma w tym życia. Patrzę na fasolę, na cienką zupkę, i mówię Jelo, a ona nic. Potem ona mówi Rade, a ja nic. My, synu, jesteśmy akurat na tyle żywi, żebyśmy się nawzajem widzieli i stwierdzili, że żywi nie jesteśmy. To wszystko. Patrzę teraz na te jabłka, jest w nich tyle życia. Ich to nie dotyczy, one nie wiedzą. Nie śmiem nawet o nich wspomnieć...

Wychyliłem się ku oknu i podałem mu reklamówkę. Patrzył na mnie zaskoczony, pokręcił głową. Ścisnęło mnie coś w gardle i tylko ruszałem ustami. Wisiałem tak pół minuty, jeśli czetnicy mnie widzieli, na pewno byli zaskoczeni. Rade trząsł się jak człowiek, z którego naprawdę nic już nie zostało. Tylko to drżenie nieszczęsnego zwierzątka. W końcu wyciągnął rękę, ale wciąż nie mógł nic powiedzieć.

Nazajutrz Rade przyszedł do nas i setki razy przepraszając, że nie chciałby przeszkadzać, dał nam coś zawiniętego w gazetę. Poszedł tak szybko, że o nic nie zdążyłem go zapytać. W paczuszce był mały słoiczek z marmoladą z jabłek.

Jela wkrótce wyszła ze szpitala. Nadal żyli zamknięci za swoim oknem, a Rade wychodził tylko po pomoc humanitarną. Kiedyś, gdy stał w kolejce za moją matką, szepnął: „Dziękuję”. I powtórzył, że w jabłkach jest życie.

W następnych miesiącach ludzie w mundurach dwa razy przychodzili po niego, zabierali go i przyprowadzali z powrotem. Sąsiedzi zerkali przez dziurki od klucza i po to chyba, żeby uspokoić sumienia, przypominali sobie o tamtych strzelbach. Niektórzy powtarzali, że Rade jednak chciał kogoś zabić, inni milczeli. Już sama myśl o nim wywoływała ból. Najprościej byłoby go nienawidzić, ale jakoś się nie dało.

Nie