Wydawca: HarperCollins Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 237 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sanktuarium - Beverly Barton

Mercy mieszka w Sanktuarium, siedzibie Raintree, położonej w lasach Smoky Mountains (Karolina Północna). Obdarzona niezwykłymi zdolnościami empatycznymi jest strażniczką klanu i tradycji. Ma kilkuletnią córkę Eve o niespotykanych talentach paranormalnych. Nikt nie wie, kto jest ojcem Eve. Nikt nie wie też, że Ansara wysłali zabójcę, a celem jest Mercy. Wkrótce ma nastąpić ostateczny atak na Sanktuarium i całkowite zniszczenie klanu Reintree. Czy dobro ma szansę zwyciężyć ponownie? Doskonały thriller z domieszką zdolności nadprzyrodzonych. Plus namiętność i gorące uczucie…

Opinie o ebooku Sanktuarium - Beverly Barton

Fragment ebooka Sanktuarium - Beverly Barton

Beverly Barton

Sanktuarium

Przełożyła:

PROLOG

Niedziela, 9.00 rano

Owego czerwcowego dnia, zaledwie tydzień przed letnim przesileniem, Cael Ansara czekał, aż w sali tronowej w Beauport zbierze się rada królewska. On jedyny wiedział, jaki to przełomowy moment w historii ich ludu i jakie będzie mieć znaczenie dla przyszłości Ansarów.

Dwieście lat temu przegrali decydującą bitwę z odwiecznymi wrogami z klanu Raintree i cudem uniknęli całkowitej eksterminacji. Nieliczni ocaleni z pogromu znaleźli schronienie tutaj, na wysepce Terrebonne, gdzie – pokolenie za pokoleniem – zdobywali coraz większe wpływy i stawali się coraz liczniejsi. Jak feniks z popiołów, Ansarowie odrodzili się potężniejsi niż kiedykolwiek.

Członkowie rady nadchodzili jeden po drugim, wymieniali informacje na temat rozlicznych familijnych interesów prowadzonych na całym świecie i czekali na przybycie dranira. Judah Ansara, potężny władca, którego darzono respektem, odziedziczył ten tytuł po ojcu. Ich wspólnym ojcu.

Co powiedzą członkowie królewskiej rady Ansarów na wieść o śmierci swojego dranira? Cael wiedział, że musi działać szybko, zanim pozostali otrząsną się z pierwszego szoku. Musi przejąć kontrolę nad zgromadzeniem i upewnić się, że nikt mu nie odbierze należnego dziedzictwa. Oczywiście, będzie udawał zaskoczonego, jak wszyscy pozostali; odegra scenę rozpaczy po stracie przyrodniego brata, którego życie przerwała ręka skrytobójcy.

Zapowiem, że pomszczę śmierć Judaha, że skrócę o głowę jego mordercę, pomyślał.

Cael nie mógł powstrzymać lekkiego sardonicznego uśmieszku. Nawet jeśli kilkunastu królewskich doradców będzie go podejrzewało o to, że maczał ręce w zamachu na dranira, nikt nie będzie w stanie niczego mu udowodnić. Podobnie jak nikt nie będzie w stanie dowieść, że to on rzucił na zabójcę potężne magiczne zaklęcie, które dodało mu tyle mocy i sprytu, że stał się równy Judahowi, o ile nie silniejszy. Ostatnia przeszkoda stojąca na drodze Caela do nieograniczonej władzy zostanie usunięta. Wkrótce wszyscy się dowiedzą, że znalazł się ktoś, kto pokonał Niezwyciężonego Judaha.

Po latach oczekiwania, po upokorzeniach znoszonych jako syn z nieprawego łoża, po udawaniu pokory, która stawała mu kością w gardle, i całym tym snuciu intryg i manipulacją ludźmi, wkrótce zajmie należne mu miejsce króla. Czy nie jest pierworodnym synem swojego ojca, dranira Hadara? Czy nie jest równie potężny jak młodszy brat, Judah, a może nawet potężniejszy? Czy nie jest bardziej od brata godny tytułu władcy wszystkich Ansarów? Czy nie jest jego przeznaczeniem wymordowanie wszystkich członków klanu Raintree?

Judah twierdzi, że nie nadeszła jeszcze sprzyjająca chwila, że Ansarowie nie są gotowi na krwawą wojnę. Na ostatnim spotkaniu rady Cael odważył się przeciwstawić bratu.

– Jesteśmy potężniejsi niż kiedykolwiek. Na co czekamy? Czy boisz się naszych wrogów, mój bracie? Jeśli tak, ustąp mi miejsca. Sam poprowadzę Ansarów do zwycięstwa.

Cael był dobrze przygotowany. Wyznaczył zadania spiskowcom. Każdego wojownika wyposażył w zaklęcia. Przemyślał swój plan w najdrobniejszych szczegółach.

Najpierw Stein, najsilniejszy i budzący największą grozę spośród jego zwolenników, zabije Judaha. Potem Greynell zada cios, który ugodzi wroga prosto w serce, tym bardziej dewastujący, że odbędzie się to w ich rodowej siedzibie, na ziemi, którą traktowali jak sanktuarium i źródło siły całego klanu. W tym samym czasie Tabby uciszy na wieczność ich prorokinię Echo, aby nie zdążyła uprzedzić innych o nadchodzącej zagładzie.

Niestety, członkowie rady nie podzielili jego entuzjazmu. Spośród dwunastu osób poparła go tylko jedna kobieta – Alexandria, najpiękniejsza i obdarzona największą mocą wśród jego kuzynek, trzecia w kolejności spośród kandydatów do tronu. Do tej pory popierała Judaha, ale kiedy Cael obiecał jej miejsce u swego boku, przeszła na jego stronę bez wahania, aczkolwiek w największej tajemnicy. Oczywiście, nie miała pojęcia, że Cael nie zamierza dzielić się władzą z nikim, nawet z tak czarującą kobietą jak ona.

– Judah nigdy się nie spóźnia, to do niego niepodobne – zauważyła teraz Alexandria.

– Z pewnością ma ważny powód – odparł Claude Ansara, najlepszy przyjaciel Judaha jeszcze z chłopięcych czasów. Claude był drugi w kolejce do tronu, zaraz za Caelem, jako syn nieżyjącego stryja, młodszego brata ich ojca.

Wokół rozległy się pomruki, utyskiwania na opieszałość młodego dranira, spekulacje na temat powodów jego nieobecności. Do tej pory nigdy nie zdarzyło mu się spóźnić na posiedzenie rady.

Dlaczego telefon nie dzwoni? Cael zaczął się niecierpliwić. Dlaczego do tej pory nie wszczęto alarmu po śmierci Judaha? Stein dostał polecenie, by zaraz po zabójstwie ulotnić się z miejsca zbrodni i przyczaić w ukryciu do chwili, gdy Cael przejmie władzę i wezwie swych popleczników na ostateczną rozprawę z ludem Raintree. Już wkrótce. W dniu przesilenia słonecznego.

Kiedy Ansarowie zabiją ostatniego z Raintree, zapanują nad całą ziemią. A on, Cael, będzie panował nad nimi.

Drzwi do sali otworzyły się gwałtownie, jakby potężna wichura usiłowała wyrwać je z zawiasów. Człowiek, który wtargnął do środka i zmroził wszystkich przenikliwym spojrzeniem lodowatych szarych oczu, był rozgniewany i niebezpieczny. Czarne buty, czarne spodnie, poplamiona krwią biała koszula i podarta czarna kamizelka. Judah Ansara warknął jak wściekła bestia. Obecnym krew zastygła w żyłach. Zadrżały szyby w wychodzących na ocean oknach.

Cael poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy, a serce zamiera, gdy uświadomił sobie, że Judah wyszedł z zamachu obronną ręką. Pokonał wojownika walczącego pod wpływem najsilniejszej magii znanej Caelowi, a to oznacza, że Judah jest daleko potężniejszy, niż się wydawało jego przyrodniemu bratu. Ale w tej chwili nie ma to znaczenia. Podobnie jak fakt, że Stein jest zapewne martwy. Dużo ważniejsze jest pytanie, czy żył wystarczająco długo, by zdradzić swego mocodawcę?

– Dranirze Judahu! – Alexandria pośpieszyła w jego stronę, ale nie miała odwagi go dotknąć. – Co się stało? Wyglądasz, jakbyś wracał z pola bitwy.

Judah odwrócił się do niej gwałtownie i zmierzył ją wrogim spojrzeniem.

– Ktoś z mojego własnego klanu życzy mi śmierci. – Głos mu wibrował, z trudem opanowywał wybuch gniewu. – Stein zakradł się o świcie do mojej sypialni i usiłował zamordować mnie we śnie. Kobieta, którą wziąłem sobie na noc, była jego wspólniczką. Próbowała mi podsunąć zaprawiony narkotykiem napój. Głupcy, myśleli, że nie zwietrzę zagrożenia. Niepostrzeżenie zamieniłem drinki, więc moja niedoszła kochanka zapadła w głęboki sen. Byłem gotowy, gdy Stein wśliznął się do moich pokoi przez sekretne przejście, o którym wiedzą tylko członkowie królewskiej rady. Ktoś rzucił na niego potężne zaklęcie, które zwielokrotniło jego siły.

Cael uświadomił sobie, że nie ma czasu do stracenia. Musi zareagować z oburzeniem, inaczej podejrzenia zebranych skumulują się na nim.

– Insynuujesz, że to sprawka kogoś z nas?

– Niczego nie insynuuję. – Judah zmierzył Caela nieprzyjaznym wzrokiem. – Ale zapewniam cię, bracie, że odkryję, kto nasłał na mnie Steina, i się zemszczę.

Potarł dłonią ramię, a na koszuli pojawiła się nowa czerwona plama.

– Dobry Boże, ciągle krwawisz! – Claude podskoczył do przyjaciela i zaczął sprawdzać, czy na jego ciele nie ma innych ran.

– Kilka razy dźgnął mnie nożem. Drobiazg – uspokoił go Judah. – Stein był wyjątkowym wojownikiem. Ktokolwiek go wysłał, dokonał właściwego wyboru. Wśród wszystkich naszych wojowników zaledwie kilku dorównuje mi w walce.

– Jednak nikt nie ma twoich talentów – zapewniał członek rady, Bartholomew, gdy wszyscy okrążyli Judaha. – Przewyższasz nas pod każdym względem.

– Skoro walka ze Steinem miała miejsce o świcie – zapytała Alexandria – dlaczego wciąż jesteś zakrwawiony i masz odzienie w nieładzie? Nie mogłeś się wykąpać i przebrać przed spotkaniem?

Judah zaśmiał się posępnie.

– Kiedy już moi ludzie pozbyli się ciał Steina i jego wspólniczki, tej dziwki Drusilli, zamierzałem wziąć kąpiel i przygotować się do udziału w radzie, gdy pilny telefon ze Stanów Zjednoczonych, a dokładniej z Karoliny Północnej, zakłócił moje plany. Musiałem działać bez zwłoki. Miałem dłuższą naradę z Varianem, szefem naszych szpiegów.

Rozległ się narastający szmer wymienianych szeptem uwag i okrzyków zaskoczenia, aż głos zabrała jedna z najstarszych członkiń rady, Sidra.

– Powiedz, panie, czy telefon dotyczył poczynań naszych nieprzyjaciół?

Judah skinął głową i wlepił wzrok w Caela.

– Twój protegowany, Greynell, jest w Karolinie Północnej.

– Przysięgam...

– Nie przysięgaj, jeśli zamierzasz skłamać!

Cael trząsł się ze strachu, nienawidząc sam siebie za to, że boi się złości młodszego brata. Wyprostował się i odważnie spojrzał Judahowi w oczy. Stawi mu czoło. Jest mu równy. To on jest starszy i to jemu należy się tron Ansarów. Niepowodzenie spisku wymierzonego w obecnego dranira nie przeszkodzi mu w osiągnięciu celu. Niezależnie od tego, co powie czy zrobi Judah, nie zdoła powstrzymać biegu wypadków. Jest już za późno.

– Wiedziałeś, że Greynell pojechał do Karoliny Północnej? – zapytał Judah.

– Wiedziałem – przyznał Cael. – Ale nie wysyłałem go. Pojechał tam z własnej woli.

– Wiesz, w jakim celu? – warknął Judah.

Cael o niczym nie marzył bardziej niż o unicestwieniu brata tu i teraz, jednak nie miał zamiaru wystąpić przeciw niemu jawnie. Kiedy Judah w końcu umrze, nikt nie powie, że Cael ma na rękach jego krew.

– Tak, mój panie. Wiem, że niektórzy młodzi wojownicy rwą się do działania. Nie chcą odkładać wojny na potem. Niektórzy postanowili działać na własną rękę, zamiast w nieskończoność czekać na twój rozkaz.

Judah zaklął z wściekłości. Szyby w oknach zawibrowały i popękały. Z sufitu posypały się iskry. Marmurowa podłoga zakołysała się, a ściany zadygotały.

Claude położył Judahowi rękę na ramieniu i szepnął mu coś na ucho. Wszystko uspokoiło się tak nagle, jak się zaczęło, tylko popękane szyby z brzękiem roztrzaskały się na posadzce.

– Greynell ma zamiar wedrzeć się do Sanktuarium klanu Raintree – wycedził Judah.

Cael tylko przełknął ślinę.

– Kto jest jego celem?

Skłamać i powiedzieć: nie wiem? Wyznać prawdę? Cael poczuł, jak Judah sonduje jego umysł, szuka słabszych miejsc w chroniącej go zaporze. Gdyby nie był obdarzony wyjątkową siłą psychiczną, nie byłby w stanie stawić oporu brutalnej przemocy ze strony brata.

– Mercy Raintree – rzekł z szacunkiem w głosie.

Kobieta ta jest ich wrogiem, ale jej zdolności są legendarne nie tylko wśród członków własnego klanu, ale również wśród Ansarów. To najpotężniejsza empatka na ziemi.

– Mercy Raintree – powtórzył Judah śmiertelnie poważnie, w całkowitej ciszy – jest moja. Należy do mnie. I tylko ja mogę ją zabić.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Niedziela, 9.15 rano

Sidonia jak co ranka kręciła się po wielkiej kuchni, przygotowując śniadanie. Podobnie jak pozostałe pomieszczenia w tym starym domu, kuchnia niewiele się zmieniła w ciągu ostatnich dwustu lat, od czasu, gdy Raintree po raz pierwszy osiedlili się w leśnych ostępach Karoliny Północnej. Było to wkrótce po Wielkiej Bitwie.

Dante i Ancelina Raintree zajęli dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć akrów lasu nietkniętego ludzką stopą. W tym miejscu założyli siedzibę rodu Raintree, bezpieczne schronienie, w którym członkowie klanu mogli odzyskać siły po wyniszczającej wojnie. W ciągu dwustu lat dom był rozbudowywany i unowocześniany, ale pewne rzeczy pozostawały niezmienne od stuleci: honor, rodowa duma, powinności wobec własnego klanu i miłość do rodziny.

Główny budynek stał na szczycie pagórka u stóp wysokich gór, otoczony potężnymi starymi drzewami, w sąsiedztwie strumieni biorących swój początek w górskich źródłach. Okoliczne lasy tętniły życiem, pełno tu było dzikich zwierząt i ptaków. Oryginalną konstrukcję wzniesiono z drewna i głazów, ale sto lat temu obłożono ją cegłą. Dobudowano wtedy dwa skrzydła do centralnej budowli. W bezpośrednim sąsiedztwie rodowej siedziby wzniesiono dwadzieścia kilka zagubionych w zieleni domków. Niektóre były zamieszkane na stałe, inne służyły za siedzibę członkom klanu, którzy przybywali z wizytą do tego raju na ziemi. Każdy, w którego żyłach płynęła krew rodu Raintree, był tu mile widziany.

Sidonia była daleką krewną rodziny królewskiej. Wiele lat temu jako osiemnastoletnia dziewczyna przybyła tu, by pracować dla dranira Juliana i jego żony Vivienne, która była wtedy w ciąży z ich pierworodnym. Przez wiele lat książę Michael był jedynym dzieckiem w rodzinie. Przywiązał się do swojej niańki Sidonii. Stała się dla niego drugą matką. Kiedy wiele lat później ożenił się i został ojcem, bez wahania wybrał ją na piastunkę własnych dzieci. A kiedy siedemnaście lat temu Michael i jego ukochana żona Catherine zostali zamordowani, na Sidonię spadła opieka nad osieroconym rodzeństwem – Dantem, Gideonem i Mercy.

Dante mieszkał teraz w Reno, w Nevadzie, był właścicielem świetnie prosperującego kasyna i chwalił sobie kawalerski stan, choć świetnie wiedział, że cała rodzina oczekuje, aż wreszcie spłodzi prawowitego potomka. Jako dranir sprawował władzę nad całym klanem i zarządzał rodowymi finansami. Miał do tego szczęśliwą rękę, toteż w ciągu ostatnich dziesięciu lat zdołał podwoić rodzinny majątek.

Jego młodszy brat, Gideon, mieszkał w Wilmington i pracował jako policyjny detektyw. On również był samotny i bardzo zdecydowanie odżegnywał się od pomysłu, że mógłby się kiedykolwiek ożenić i mieć dzieci.

Ich najmłodsza siostra, Mercy, pozostała w siedzibie rodu i została Strażniczką Sanktuarium. Podobnie jak jej cioteczna babka, Gillian, Mercy była obdarzona niepospolitymi uzdolnieniami empatycznymi, toteż rola kapłanki rodu i strażniczki rodowych tradycji przypadła jej w sposób naturalny.

Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć akrów tego leśnego rezerwatu leżało na uskoku geologicznym, więc często dawało się odczuć niewielkie wstrząsy lub nawet trzęsienia ziemi. Ale Raintree umieli czerpać siłę nawet z energii produkowanej przez ruchy tektoniczne. Wiele lat temu trójka magów z królewskiej rodziny otoczyła cały ten teren potężną magią ochronną. Mercy i jej bracia co roku w dniu równonocy wiosennej odnawiali starodawne zaklęcie. Jego działanie było niezawodne. Jedynie osoba obdarzona większymi siłami magicznymi niż trójka królewskiego rodzeństwa mogłaby pokonać niewidzialną barierę chroniącą rodową siedzibę przed intruzami.

Sidonia wzdrygnęła się na wspomnienie przerażających opowieści o czarownikach Ansarów i morderczej walce stoczonej z nimi przed dwoma wiekami. Zginęli w niej prawie wszyscy wrogowie, poza nielicznymi niedobitkami, którzy gdzieś się ukryli i słuch po nich zaginął.

Sidonia zagniatała ciasto i udawała, że nie dostrzega małej dziewczynki, która weszła do kuchni na paluszkach. Może była to kwestia jej sędziwego wieku – w końcu miała już osiemdziesiąt pięć lat – ale kochała tę małą ślepo. Księżniczka Eve Raintree, śliczna, pełna wdzięku, nad wiek mądra mała psotnica, od pierwszej chwili zawładnęła sercem starej piastunki. Księżniczka Mercy urodziła dziecko w domu, we własnej sypialni na piętrze. Tylko Sidonia była przy tym obecna i to ona odebrała poród, zgodnie z życzeniem wychowanki. Poród był ciężki, ale odbył się bez komplikacji. Dziecko było okazem zdrowia i urody. Po matce odziedziczyło delikatne rysy i złociste włosy oraz czarowne zielone oczy, stanowiące znak szczególny wszystkich członków rodu Raintree.

Sidonia starała się nie myśleć o znamieniu, które dziecko miało na ciele. Znaku, o którym wiedziała tylko ona i Mercy. Ten jeden szczegół należy utrzymać w tajemnicy przed całym światem, nawet przed Dantem i Gideonem.

Eve skradała się za plecami Sidonii. Stara piastunka wstrzymała oddech, zastanawiając się, jakiego to psikusa wymyśliła dziewczynka dzisiejszego ranka. Nagle wałek do ciasta wyśliznął się jej z rąk, zatańczył w powietrzu i wylądował z hukiem na środku kuchni. Z okrzykiem udawanego strachu Sidonia odwróciła się i przycisnęła rękę do serca.

– Na śmierć mnie przeraziłaś, księżniczko.

– To moja nowa sztuczka – zachichotała Eve. – Mama mówi, że nazywa się le-wi-ta-cja. Myślę, że będę w tym mistrzynią.

– Na pewno jesteś wyjątkowo utalentowana, ale musisz się nauczyć kontrolować siły i używać ich mądrze. – Sidonia wytarła ręce w kwiecisty fartuch i pogłaskała dziewczynkę po policzku.

– Mama też tak mówi.

– Twoja mama jest bardzo mądrą kobietą.

– Jest bardzo ładna – stwierdziła z dumą Eve. – Ja też.

Sidonia roześmiała się. Znajomość własnych mocnych stron nie jest złą rzeczą.

– Tak, obie z mamą jesteście piękne.

Mercy miała równie piękną duszę jak ciało, lecz charakter małej Eve napełniał starą piastunkę niepokojem. Na ogół była dobrym i radosnym dzieckiem, jednak parę razy zdarzyło jej się wpaść w złość i właśnie wtedy Mercy i Sidonia miały okazję przekonać się, jak potężna i niepohamowana moc drzemie w sześcioletniej dziewczynce.

– Gdzie jest mama? Czy zje dziś ze mną śniadanie?

– Poszła w góry medytować. Niedługo wróci.

– Czy mama się czymś martwi? Dzieje się coś niedobrego? – Eve często przejawiała wyjątkowo dużą intuicję.

Stara kobieta zawahała się, ale Eve i tak mogłaby podejrzeć jej myśli, gdyby chciała, więc odparła tylko:

– O niczym nie wiem. Myślę, że po prostu odczuła taką potrzebę.

Sidonia podzieliła ciasto, ułożyła je na prostokątnych blachach i wsunęła do piekarnika.

– Mogę się napić soku jabłkowego? – zapytała Eve.

– Proszę bardzo.

Drzwi lodówki otworzyły się same, dzbanek z sokiem przeleciał przez kuchnię. Sidonia zdążyła go złapać, zanim opadł na stół.

– Nie popisuj się – skarciła wychowankę.

– Mama powiedziała, że praktyka czyni mistrza. Jeśli nie będę ćwiczyła, nie stanę się mistrzynią. – Eve westchnęła dramatycznie. – Mama martwi się o mnie. Uważa, że moje talenty są zdumiewające.

– Obie o tym wiemy. I obie się martwimy, bo jesteś zbyt młoda, żeby zapanować nad własną mocą. Dlatego mama każe ci ćwiczyć. Twoja mama i wujkowie też musieli się nauczyć właściwie wykorzystywać swoje zdolności.

– Ale ja jestem inna. Inna niż mama, wujek Dante i wujek Gideon.

Sidonię aż zatkało. Czyżby to dziecko poznało tajemnicę swego pochodzenia? Potrzasnęła głową z niedowierzaniem. Eve jest bardziej utalentowana niż jakiekolwiek dziecko z rodu Raintree, ale nadal to tylko dziecko. Nawet jeśli czyta w myślach dorosłych, nadal nie rozumie pewnych słów, którymi się posługują.

– Oczywiście, że jesteś wyjątkowa. Należysz do królewskiej rodziny. Twoja mama jest największą empatką na świecie, a wujek Dante jest dranirem naszego ludu.

Eve potrząsnęła głową energicznie, aż jej długie jasne loki zawirowały.

– Jestem czymś więcej niż Raintree.

Sidonia zadrżała. Nagle zdjął ją niewytłumaczalny lęk. Dziecko intuicyjnie wyczuwa prawdę, nawet jeśli nikt nie rozmawia z nim na dany temat. Nalała soku do szklanki i postawiła przed dziewczynką.

– Tak, jesteś czymś więcej niż Raintree. Jesteś jedyna i niepowtarzalna, mój skarbie.

Bardziej wyjątkowa, niż podejrzewasz, i nigdy się o tym nie dowiesz, jeśli tylko Mercy i ja zdołamy cię ochronić, zachowując w tajemnicy twój sekret.

Mercy siedziała na trawie z zamkniętymi oczami i dłońmi na kolanach. Gdy miała jakieś problemy, przychodziła tu medytować, zebrać myśli i siły. Światło słoneczne otaczało ją jak niewidzialna tkanina, lekka i ciepła. Wietrzyk dotykał jej pieszczotliwie, niczym najczulszy kochanek. To było jej prywatne święte miejsce, tu mogła się skupić na sprawie dla siebie najważniejszej.

Na rodzinie.

Wyczuwała zagrożenie. Nie wiedziała, jakie i skąd nadejdzie. Chociaż jej talent wiązał się głównie z empatią i uzdrawianiem, miała pewne zdolności do przewidywania przyszłości, jednak znacznie słabsze niż jej kuzynka Echo. Potrafiła też odbierać emocje i fizyczne doznania ludzi na znaczną odległość. Jako dziecko czasami nie wytrzymywała natłoku wrażeń, ale z upływem lat nauczyła się kontrolować swój talent. Była tak wyczulona, że chociaż obaj bracia skutecznie powstrzymywali ją przed nawiedzaniem ich umysłów, potrafiła odczytać strzępy ich emocji.

Dante i Gideon mają kłopoty. Nie wiedziała, jakie. Być może jest to normalny stres wynikający z komplikacji w życiu zawodowym. A może nieznane jej problemy w życiu osobistym.

Gdyby bracia potrzebowali pomocy, poprosiliby o nią. To wystarczało, by ją upewnić, że ich kłopoty mieszczą się w sferze normalnych ludzkich spraw i nie mają charakteru zdarzeń nadprzyrodzonych. Jej bracia są poza wszystkim dorosłymi mężczyznami, zdolnymi do tego, by o siebie zadbać bez opieki ze strony młodszej siostry.

Wiedziała z doświadczenia, że kiedy ich dusze potrzebują odnowy, a serca wzmocnienia, bracia wracają do rodzinnej siedziby zagubionej w odludnych górach Karoliny. Miejsce to było chronione potężną magią, zainicjowaną przez przodków dwa wieki temu, zaraz po Wielkiej Bitwie. Żadne żywe stworzenie nie mogło przekroczyć granicy bez zaalarmowania strażnika Sanktuarium. Teraz rolę tę pełniła Mercy. Przejęła ją po swojej ciotecznej prababce, Gillian, która stała na straży rodzinnej siedziby aż do śmierci. Miała wtedy sto dziewiętnaście lat. Przed Gillian była jej matka, Vesta, która została pierwszą strażniczką Sanktuarium na początku dziewiętnastego wieku.

Mercy odetchnęła głęboko, oczyszczając swoje ciało. Otworzyła oczy i spojrzała na dolinę rozpościerającą się u jej stóp. Późna wiosna w górach. Głęboki błękit nieba. Korony zielonych drzew, pnie wiekowych kolosów obok młodziutkich drzewinek. Zieleń soczysta i bogata, cudowna dla zmysłów. Niezwykła obfitość dzikich kwiatów, bogactwo barw i upajająca różnorodność zapachów.

Mercy nie pojmowała, dlaczego zamiast przyjemności płynącej z widoków i woni czuła naglący niepokój, który nie dotyczył braci ani nikogo z klanu Raintree. Ten niepokój dotyczył jej samej, jakby nagle obudziły się uśpione przed laty pragnienia. Odżywały tęsknoty, których się wyrzekła ze względu na obowiązki wobec rodziny i swego ludu. Kiedy tylko niepożądane emocje zakłócały jej życie, wspinała się na wierzchołek świętej góry i medytowała, by odzyskać wewnętrzny spokój. Jednak dzisiaj, z niewyjaśnionych powodów, lęk nie ustępował.

Czy powinna to uznać za znak?

Siedem lat temu pozwoliła, aby dręczący ją głód zaprowadził ją na manowce, do świata, na który nie była przygotowana, do związku, który wywrócił jej życie do góry nogami. Teraz zignoruje swój niepokój. A poza sporadycznymi wizytami u Dantego i Gideona nie zamierzała opuszczać bezpiecznego schronienia w rodowym Sanktuarium.

Już nigdy.

Pax Greynell, kuzyn Caela i Judaha, nie znał strachu. Czego miałby się bać? Był młody, silny i odważny. Urodzony wojownik. W jego żyłach płynęła królewska krew. Podobnie jak Cael, któremu z racji starszeństwa należał się tytuł dranira, on także pochodził z nieprawego łoża. Przez całe życie był lojalny wobec klanu, a w konsekwencji – wobec Judaha. Ale ostatni rok przyniósł spore zmiany. Podobnie jak grupa młodych, niecierpliwych wojowników, miał dosyć czekania, aż nadejdzie właściwa pora na rozprawę z nieprzyjaciółmi.

Cael obiecał im, że zapanuje nowy ład. Weźmie ich do swojej rady królewskiej. Podszeptywał, że Judah boi się konfrontacji. Ale choć Pax zaufał Caelowi i postanowił wesprzeć go w walce, nie wierzył, że Judah jest tchórzem. Judah Ansara nie boi się niczego i nikogo.

Ta myśl odebrałaby mu spokój, gdyby nie był chroniony magicznym zaklęciem rzuconym na niego przez Caela. Przez następnych czterdzieści osiem godzin nikt nie będzie w stanie go pokonać. Nikt go nawet nie zadraśnie. Dwadzieścia cztery godziny dają mu wystarczająco dużo czasu, by wykonać misję i uciec przed pościgiem. Następnie miał się przyczaić w ukryciu i czekać na rozkazy od Caela. Wezwie go, gdy przyjdzie pora na ostateczne starcie.

Nastawił ostrość w lornetce i obserwował Mercy Raintree, gdy wstała ze skały z gracją baletnicy. Jej włosy w ostrym słonecznym świetle miały złoty połysk. Była piękna. Gdyby była zwykłą śmiertelniczką, zgwałciłby ją, a dopiero potem uśmiercił. Jednak nie była ludzką istotą. Nie miał odwagi narażać swojej misji, niezależnie od tego, jak wielkie budzi w nim pożądanie.

Śledził ją, nie próbując podejść bliżej. Wydawała się tak blisko, zdana na jego łaskę i niełaskę. Cael zabronił mu podejmowania prób wtargnięcia na teren Sanktuarium; miał wywabić Mercy poza jego granice, daleko od magii otaczającej siedzibę klanu.

Greynell uśmiechnął się, zadowolony ze swojego sprytnego planu. Nic już nie ocali ślicznej księżniczki Mercy, jej życie za chwilę znajdzie się w jego rękach. Jest skazana na śmierć, jak obaj bracia Raintree i ich kuzynka Echo. Jeśli zostanie zgładzona rodzina królewska, najpotężniejsi ludzie klanu, nic nie uchroni całego ich ludu przed zagładą.

Niedziela. 3.15 po południu

Prywatny odrzutowiec wylądował w Asheville, w Karolinie Północnej, zaledwie pół godziny wcześniej. Na lotnisku na Judaha czekał już wynajęty samochód, więc bez zwłoki ruszył w drogę. Nie wiedział, ile ma czasu, zanim Greynell zaatakuje. Nie miał pojęcia, czy zdoła ocalić Mercy Raintree. Wiedział tylko, że jego młodszy kuzyn jest nieobliczalny, podobnie jak cała grupka młodych wojowników rwących się do walki.

Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ na chłopaka ma zdradziecki Cael i do jakiego stopnia udało mu się zatruć umysł Greynella.

Judah spodziewał się, że Cael podejmie próby ostrzeżenia swego poplecznika. W tej chwili przyrodni brat musiał już dostrzec, że jego telepatyczne zdolności zostały zamrożone i nie ma możliwości porozumiewania się myślami. Czy zyskał już świadomość, że nie docenił siły Judaha? Jak każdy egotyczny drań przeceniał własne możliwości, uważał się za większego maga niż młodszy brat. Co za głupiec! Może pokaz siły, jaki Judah dał mu teraz, gdy go praktycznie unieszkodliwił, uświadomi mu, jak dalece się pomylił.

Jedynym powodem, dla którego do tej pory nie wyzwał Caela na pojedynek, był fakt, że są braćmi. Nie miał wątpliwości, kto kryje się za porannym zamachem na jego życie, chociaż nie był w stanie tego dowieść.

Autostrada 74 prowadziła go na południowy zachód, w kierunku Great Smoky Mountains. Sanktuarium klanu Raintree przylegało do rezerwatu Indian Czirokezów. Lud Raintree miał z nimi liczne kontakty – były nawet małżeństwa mieszane – już na początku dziewiętnastego wieku, jeszcze przed wielką akcją wysiedlenia Indian z ich rodzimych terenów.

Judah znał dobrze historię wrogów, od dziecka wiedział, że jego przeznaczeniem będzie zemsta i doprowadzenie do śmierci każdego, kto ma w żyłach choćby kroplę wrażej krwi. Klan Raintree musi zniknąć z powierzchni ziemi. Cael i jego poplecznicy byli niecierpliwi i niemądrzy. Nie pojmowali, że przedwczesny atak grozi klęską. Cierpliwość jest kluczem do zwycięstwa. Wkrótce nadejdzie właściwy czas.

Jaka szkoda, że Mercy Raintree musi umrzeć, tak jak jej bracia i cały lud. Nic nie sprawiłoby mu większej przyjemności niż możliwość posiadania tak pięknej niewolnicy. Jednak nie można dopuścić do tego, by pozostał przy życiu jakikolwiek Raintree. Nawet Mercy.

To nie zmienia faktu, że Greynell nie ma prawa jej tknąć. Mercy należy tylko do niego, wie o tym każdy Ansarczyk. Tylko Judah ma prawo zabić ją i jej brata, Dantego. Tylko Judah wchłonie w siebie ich moce. Drugi brat, Gideon, należy do Claude’a. Cael nie posiadał się z wściekłości, gdy usłyszał, że Judah oddał kuzynowi prawo do zabicia Gideona Raintree.

Cael zawadzał Judahowi jak drzazga pod paznokciem. Starał się mu pobłażać, wybaczać przewiny, ale jego cierpliwość się wyczerpała. Cael stał się niebezpieczny i zaczął zagrażać nie tylko Judahowi, ale wszystkim Ansarom. Nie można odkładać na później ukarania go.

O siódmej czterdzieści dwie zadzwonił telefon. Mercy, Eve i Sidonia siedziały na ganku – Sidonia w swoim bujanym fotelu, Mercy z córeczką na huśtawce. W powietrzu brzęczały owady, słychać było rechotanie żab, ale to były jedyne odgłosy przerywające wieczorną ciszę.

Panował absolutny spokój.

Mercy ogarnęło przemożne uczucie, że za chwilę zdarzy się coś złego. Właściwie towarzyszyło jej od rana. Prawie oczekiwała na niedobre wiadomości, a kiedy nadeszły, zrozumiała powód swego niepokoju. Rzadko opuszczała Sanktuarium. Z upływem lat jej talenty stawały się coraz silniejsze i przebywanie w tłumie sprawiało jej fizyczny ból. Zewsząd bombardowały ją myśli i emocje innych ludzi. Wystarczyło, że na nich spojrzała, a co dopiero, gdy się niechcący o kogoś otarła. Wyczuwała cudzy ból, odbierała smutek i radość. Zaklęcia ochronne miały swoje skutki uboczne, więc starała się ich unikać.

Kiedy była nastolatką, po śmierci rodziców chciała zostać lekarką i ratować ludzi. Wierzyła naiwnie, że jej zdolność współodczuwania sprawia, iż potrafiłaby uleczyć najcięższe przypadki. Doktor Huxley, najstarszy lekarz w okolicy, który przyjaźnił się jeszcze z jej ojcem, zabierał ją czasem ze sobą, gdy obecność empatki mogła oznaczać dla jego pacjentów szansę na przeżycie. Po wielu latach nauki eksternistycznej Mercy dorosła i jako osiemnastolatka wyjechała, by uczyć się na Uniwersytecie Tennessee.

Było to podniecające, ale i przerażające doświadczenie. Rodzina pomagała jej jak mogła. Dante przysłał na studia kilku członków klanu, aby Mercy otaczali bliscy ludzie. Udało jej się skończyć wybrany kierunek, ale musiała się pożegnać z marzeniami o zawodzie lekarza. Jej talent okazał się w równym stopniu błogosławieństwem, jak przekleństwem.

Doktor Huxley nadal od czasu do czasu prosił ją o pomoc. Dzisiaj też tak było. O milę od granic posiadłości rodowej, na jednej z bocznych dróg, zdarzył się wypadek. Mercy mogła tam dotrzeć szybciej niż ktokolwiek inny.

Wskoczyła za kierownicę luksusowego samochodu terenowego, który dostała w prezencie od Dantego. Gdy wyjeżdżała na drogę, widziała w lusterku malejące postacie Eve i Sidonii. Machały jej na pożegnanie.

Po pięciu minutach jazdy poza granicami Sanktuarium natknęła się na dwa wraki. Najwyraźniej zderzyły się czołowo. Jakim cudem, skoro droga była prosta, a trudno o lepszą pogodę i widoczność? Czyżby jeden z kierowców był pod wpływem alkoholu lub narkotyków? Mercy zjechała na pobocze, a chwilę później nachylała się nad czerwonym sportowym samochodem, a raczej harmonijką z blachy, która z niego pozostała. Bez dotykania ciała kierowcy wiedziała, że jest martwy.

Mogła tylko życzyć jego duszy bezpiecznej drogi w zaświaty. W srebrnym fordzie wyczuła oznaki życia, a wkrótce usłyszała też jakieś odgłosy. Kierowca, mężczyzna w średnim wieku, miał klatkę piersiową zmiażdżoną kierownicą. Kobieta obok niego kręciła się i jęczała cicho, a jej twarz zalana była krwią – własną i kierowcy.

Mercy sięgnęła rękami przez wybite okno od strony pasażera i dotknęła rannej. Przestraszona kobieta zamarła w bezruchu, gdy Mercy zaczęła przejmować na siebie ból z jej poranionego ciała. Porozumiewała się z nią myślami, aby dodać jej otuchy.

– Mam na imię Mercy. Chcę ci pomóc.

– Jestem Darlene – wymamrotała z wysiłkiem kobieta. – Mój mąż, och Boże, mój mąż Keary...

Mercy sięgnęła w głąb samochodu i przesunęła palcami po ramieniu Keary’ego. Nie wyczuła oznak życia. Nie może już nic dla niego zrobić.

Skoncentrowała się na Darlene, na podtrzymaniu jej sił, zatamowaniu upływu krwi, uspokojeniu.

Trzęsła się z bólu, który przeszywał teraz jej ciało, był niemal nie do zniesienia. Musi zachować przytomność umysłu. Nie wolno jej zemdleć. Sięgnęła głębiej, do źródeł swojej magii i unikalnych talentów, którymi była obdarzona jako nieodrodna córka królewskiego rodu Raintree.

Judah już dwadzieścia mil wcześniej wyczuł zapach Greynella, ale od momentu wylądowania w Karolinie Północnej umiał zlokalizować miejsce, w którym przebywał młody wojownik. Gdyby chciał, mógłby wedrzeć się do jego umysłu i poznać jego myśli. Nie miał zamiaru wykorzystywać wszystkich swoich nadprzyrodzonych możliwości, aby nie spłoszyć młodego Ansarczyka. Nie obawiał się. Jeśli staną do walki, bez wysiłku pokona młodego kuzyna. Jednak dzisiaj stoczył już jedną zażartą walkę w obronie własnego życia i nie zamierzał utrudniać sobie zadania.

Zaparkował samochód w bezpiecznej odległości i zagłębił się w las. Mógł tu niemal wywęszyć ślad swojej ofiary. Wkrótce znalazł się w pobliżu bocznej drogi, zaledwie parę mil od granic rodowej siedziby klanu Raintree.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, odebrał potężny wstrząs, jakby dotarł do niego strumień świadomości. Miał wrażenie, że oto w swoim umyśle dostrzega kogoś, kogo powinien rozpoznać natychmiast, a było to tak silne, że zatrzymał się w pół kroku. Czyżby Cael oswobodził się z zaklęcia, którym go skrępował Judah, i teraz stara się odwrócić jego uwagę? To niemożliwe. Potężne wibracje, które odbierał, pochodzą od kobiety, nie od mężczyzny. I nie jest to Ansarka. Ta niezwykła istota, którą odbierał każdym swoim nerwem, nie jest nikim innym, tylko jego nieprzyjaciółką, Mercy Raintree.

Czuł ją tak, jakby była częścią jego duszy, jego mózgu. Znajdowała się równie blisko jak Greynell, i zajęta była leczeniem śmiertelnie rannej osoby. A więc Mercy jest kimś więcej niż potężną empatką. Łączy swój dar z talentem uzdrawiania ran ciała i ducha. Jakikolwiek ma powód, ratuje teraz życie zwykłej śmiertelniczki.

Dlaczego zawraca sobie głowę czymś tak błahym jak ludzkie życie? Judah nie był w stanie tego pojąć. Spala własne siły, wyczerpuje moc i staje się bezbronna wobec zabójcy, który czyha w cieniu. Właśnie po to Greynell zaaranżował wypadek na drodze. Wywabił Mercy z jej kryjówki i czekał na odpowiedni moment, by ją zabić.

Judah wchłaniał w siebie odblaski energii psychicznej emitowanej przez uzdrowicielkę. Docierały do niego fale ciepła, serdeczności, delikatności, współczucia dla wszystkich żywych stworzeń, przebłyski jej pięknej duszy. Jest dużo potężniejsza niż przed siedmioma laty. Jako dwudziestotrzylatka była zaledwie zalążkiem osoby, którą się stała. Dzisiaj jest zapewne jedyną kobietą na świecie, która dorównuje mu mocą i talentami.

Owinął się zaklęciem niewidzialności, zablokował wszelkie ślady swojej fizycznej i psychicznej obecności i wszedł głębiej w las. Zdał się na instynkt doświadczonego wojownika. Kiedy dotarł na miejsce, zobaczył, jak Pax Greynell zakrada się od tyłu do Mercy i zarzuca jej sznur na szyję. Uzdrowicielka była zbyt głęboko pogrążona w transie, by w porę dostrzec napastnika. Chwyciła rękoma za sznur, ale nie udało jej się rozluźnić dławiącej ją pętli.

Judah potrafił poruszać się szybko jak błyskawica, a tym razem sił dodawał mu gniew, że oto ktoś podniósł rękę na kobietę, która należy tylko do niego. Nikt nie ma prawa tknąć jego własności. O tym, kiedy umrze Mercy, zadecyduje tylko on, dranir Judah Ansara.

Greynell nie spodziewał się ataku, podobnie jak wcześniej jego ofiara. Judah zabił go, jakby był uciążliwym insektem. Rozluźnił sznur. Mercy głośno łapała powietrze, a u jej stóp osunął się na asfalt martwy napastnik.

Judah cisnął w niego strumieniem energii, który w mgnieniu oka spopielił zwłoki.

Zrobił to, po co przyszedł. Teraz mógł się oddalić, ale zatrzymywała go świadomość, że Mercy nadal jest w tarapatach. Zużyła niezwykle dużo energii na uleczenie rannej kobiety, a potem szamotanina z zabójcą i strach pochłonęły resztki jej sił. Jeśli zostawi ją bez pomocy, może pogrążyć się w nieodwracalnej śpiączce.

Odgłos syren alarmowych był sygnałem, że należy odejść. Jednak nie może zostawić Mercy samej. Jest śmiertelnie wyczerpana, a tylko on może ją ocalić.

Sidonia nie mogła usiedzieć na miejscu. Jeśli Mercy nie wróci do północy, zadzwoni do Dantego. Doktor Huxley telefonował dwie godziny temu i pytał, czy Mercy bezpiecznie dotarła do domu.

– Była na miejscu wypadku. Jedyna ocalała osoba powiedziała mi, że Mercy uratowała jej życie – wyjaśnił. – Nie wiem, czemu na mnie nie poczekała. Sam bym ją odwiózł, jeśli była zbyt słaba, żeby prowadzić.

– Martwisz się o mamusię? – zapytała Eve.

Sidonia odwróciła się zaskoczona. Dziewczynka stała w holu.

– Przecież już dawno położyłam cię do łóżka. Czy coś cię obudziło?

– Wcale nie spałam.

– Jest po jedenastej. Wszystkie grzeczne dziewczynki już śpią.

– Nie jestem grzeczną dziewczynką. Jestem Raintree. – Eve zmarszczyła brwi. – Jestem więcej niż Raintree.

Sidonia poczuła zimny dreszcz na plecach.

– Już to powiedziałaś i nie zaprzeczyłam. Nie będziemy o tym teraz rozmawiały. Idź spać. Mama będzie zmartwiona, jeśli wróci do domu, a ty nie będziesz leżała w łóżeczku.

– Niedługo wróci – wyjaśniła Eve. – Przed północą.

– Doprawdy? – spytała Sidonia z niedowierzaniem. – Skąd to wiesz?

– Widzę ją. Śpi, ale niedługo się obudzi.

Czy Mercy leży gdzieś nieprzytomna, bezbronna i bezsilna? Czy to właśnie widzi Eve?

– Wiesz, gdzie jest teraz? Pomożesz mi ją znaleźć?

– Jest w swoim aucie, tym od wujka Dantego. Na dworze jest ciemno. Ale jest bezpieczna. On z nią jest. Dotyka jej i daje jej swoją siłę.

– Kto? – Głos Sidonii drżał ze zdenerwowania. – Kto jest z twoją mamą? Kto dodaje jej siły?

Eve uśmiechnęła się słodko i figlarnie.

– Jak to kto! Mój tatuś, oczywiście.

ROZDZIAŁ DRUGI

Mercy Raintree była teraz jeszcze piękniejsza i dużo bardziej niebezpieczna niż przed laty. Judah wyczuwał promieniującą z niej siłę, choć leżała nieprzytomna. Podejrzewał, że ta kobieta siłą dorównywała obecnie nawet jemu.

Jakie to dziwne, że on, jej nieprzejednany wróg, przed chwilą ocalił ją przed zamachowcem, Ansarczykiem, a teraz karmi swą mocą jej nadwątlone siły, choć z łatwością mógłby jej skręcić kark lub samą myślą pozbawić życia. I zrobi to – we właściwym czasie. Wtedy, gdy Ansarowie zaatakują ludzi klanu Raintree i unicestwią cały ich ród. Nie popełnią tego błędu co przeciwnicy. Ansarowie nie zostawią przy życiu nikogo, ani jednej kobiety, ani jednego mężczyzny czy dziecka. Okaże pięknej Mercy miłosierdzie: zabije ją tak szybko i bezboleśnie, jak tylko to możliwe.

Kiedy tak leżała nieprzytomna w jego ramionach, usiłował wysondować jej umysł, ale nie był w stanie sforsować bariery. Wzniosła prawdziwy mur między sobą a światem zewnętrznym, skutecznie chroniła myśli przed podglądaczami. Gdyby się bardziej postarał, może by mu się udało zniszczyć zaporę, ale właściwie po co? Nie potrzebował od niej żadnych informacji. Gdyby nie głupota Greynella, nawet by go tu nie było.

Powieki Mercy drgnęły, jakby usiłowała wypłynąć na powierzchnię świadomości, jakby jej umysł usiłował pokonać mgłę, w której był pogrążony. Judah wiedział, że minie jeszcze sporo czasu, nim się przebudzi. Wysiłek związany z uzdrawianiem i walka o własne życie nadwątliły jej siły. Potrzebowała czasu, by odrodzić się wewnętrznie, choć przelał w nią własną energię życiową.

W jego ramionach wydawała się taka bezbronna. Nic bardziej mylnego. Otaczała ją magia znacznie silniejsza niż bariera, która strzegła dostępu do jej myśli.

Gdyby Greynell ją zabił, rozpętałoby się piekło. Najdosłowniej. Śmierć księżniczki Mercy zasiałaby szaleństwo w umysłach wszystkich ludzi należących do jej klanu, szczególnie braci. Przybyliby do Sanktuarium, by ją pomścić. Co by się stało, gdyby zaczęli podejrzewać, że mordercą był jakiś Ansarczyk? Gdyby przedwczesna śmierć Mercy zrodziła w Dantem i Gideonie podejrzenie, że wrogowie odrodzili się i są gotowi do kolejnej walki na śmierć i życie, Ansarowie – zamiast zasmakować pomsty i zwycięstwa – po raz kolejny stanęliby w obliczu zagłady własnego ludu.

Judah spojrzał na Mercy. Opierała mu głowę na ramieniu, oddychała równo i spokojnie. Delikatnie przesunął palcem po jej policzku. Wspomnienia przywiodły na myśl inny czas i inne miejsce, tylko kobieta u jego boku była ta sama. Przez wiele lat zabraniał sobie wracania myślami do tamtej nocy i stale łamał ten zakaz. Był jej pierwszym mężczyzną, odkrył przed nią wszystkie tajemnice ciała.

Kiedy się spotkali, wiedział, kim jest ta dziewczyna o niewinnych oczach. Jej pochodzenie było jednym z powodów, dla których postanowił ją uwieść. Uległa mu tak szybko i naiwnie, że aż go to rozbawiło. Czytał w niej jak w otwartej książce, nie potrafiła niczego udawać, chronić swego umysłu. Jej talenty ciągle nie były w pełni rozwinięte i nie do końca nad nimi panowała. Tymczasem on świadomie ukrył przed nią swoją prawdziwą naturę i tożsamość.

Spędzili ze sobą mniej niż dwadzieścia cztery godziny. Musiała rzucić na niego urok, bo nie był w stanie się nią nasycić. Miał wrażenie, że mógłby się w niej zatracić. Im bardziej ją posiadał, tym mocniej jej pragnął.

– Byłaś czarującą małą dziewicą – szepnął śpiącej Mercy. – Słodką. Soczystą. Jak owoc czekający na zerwanie.

Odruchowo pieścił smukłą szyję i przyłożył palce do pulsującej tętnicy.

Judah... Judah...

Usłyszał jej głos w głębi czaszki. Zaskoczony zacisnął mocniej palce, a kiedy zdał sobie sprawę z tego, co robi, gwałtownie zabrał dłoń.

Podświadomie wyczuwała jego obecność. Niedobrze. W jaki sposób wyjaśnić, co właściwie robi w tym odludnym miejscu akurat w momencie, gdy jakiś szaleniec usiłował ją zabić?

Musi ją odwieźć do domu, zanim odzyska świadomość i zażąda od niego wyjaśnień. Jeśli go nie zobaczy, może uzna, że był tylko senną halucynacją.

Czy kiedykolwiek jej się śnił? A może był wspomnieniem tak odległym, że już nie pamiętała jego rysów?

Co mnie to obchodzi? Ta kobieta nic dla mnie nie znaczy. Nie była ważna wtedy, tym bardziej teraz. Była tylko przelotną rozrywką.

Rozrywką, której wspomnienie nie przestawało go nawiedzać przez siedem lat. Spędzili ze sobą tylko jeden dzień i jedną noc. Z goryczą wspomniał moment, gdy obudził się w łóżku sam. Po dziewczynie nie było ani śladu. Rozgniewał się, że uciekła bez słowa. Rozsądek powstrzymał go przed poszukiwaniami. Przez wiele miesięcy próbował zgadnąć, czy odkryła, że straciła dziewictwo ze śmiertelnym wrogiem – i czy pobiegła poskarżyć się swoim braciom.

Nie wiedziała, kim jestem.

Zapalił silnik, zawrócił i skierował auto w kierunku rodowej posiadłości klanu Raintree. Zawiezie Mercy do domu. Zostawi ją tam i jak najprędzej wróci na lotnisko. Nie zostanie w Stanach dłużej niż to konieczne. Jego domem jest Terrebonne, gdzie Ansarowie żyją od dwustu lat. Kiedy odrzutowiec wyląduje, Judah zwoła radę królewską. Cael i jego zwolennicy muszą zostać powstrzymani, zanim przez swoją głupotę narażą przyszłość całego rodu.

Cael chce być dranirem. Chyba wszyscy wiedzą, że traktuje władzę jako coś, co mu się należy, i uważa, że przyrodni brat wyzuł go z dziedzictwa tylko z powodu lepszego urodzenia. Teraz Cael jest następcą tronu, co bardzo nie odpowiadało Judahowi. Wszyscy oczekują po dranirze, że się ożeni i spłodzi potomka. Jednak on nie miał zamiaru narażać bezbronnego dziecka na podłe intrygi Caela. Potrafił skutecznie chronić własne życie, ale uważał, że nie ma prawa wystawiać dziecka na takie ryzyko.

Po pięciu minutach znalazł się przed żelaznymi wrotami otwieranymi pilotem bez wysiadania z samochodu. Zanim przez nie przejechał, zaczął półgłosem recytować prastare formuły magiczne, by przełamać potężną barierę ochronną otaczającą Sanktuarium. Z Mercy ciągle uśpioną na przednim siedzeniu, jechał drogą wijącą się wśród drzew, aż znalazł się na szczycie wzgórza, gdzie majestatyczny stary dom królował nad rozciągniętą u jego stóp doliną.

Lampy zapalone na ganku świadczyły o tym, że ktoś w środku czeka na Mercy, zapewne bardzo zaniepokojony jej przedłużającą się nieobecnością. Mąż? Czy wybrała sobie kogoś z własnego klanu, czy może zdecydowała się poślubić zwykłego śmiertelnika?

Jakie to ma znaczenie? Ktokolwiek był w jej życiu – mąż, kochanek, czy nawet dzieci – wszyscy staną się pewnego dnia ofiarami Ansarów i zginą wraz z nią. Judah zaparkował samochód, wziął kobietę na ręce i skierował się w kierunku domu. Kobieta przytuliła się do niego instynktownie, jakby szukając schronienia w jego ramionach.

Judah powtarzał sobie, że ma serce z kamienia. Nie pozwoli, by go omamiła ta czarodziejka. Jest kobietą, jak każda inna. Przespał się z nią, jak z wieloma anonimowymi dziewczynami. Nie była wyjątkowa. Nic do niej nie czuł.

Kłamca, szydził jakiś złośliwy wewnętrzny głos.

Cael zaklął, miotając się bezsilnie po salonie swojej nadmorskiej willi, w której mieszkał od chwili, gdy dranir Hadar uznał go za syna. Niekochanego, nieplanowanego syna, bękarta. Był nieślubnym dzieckiem z przedmałżeńskiego romansu dranira, poczętym, zanim jeszcze poślubił swoją ukochaną Seanę. Uwielbiana małżonka kilka razy poroniła, zanim urodziła oczekiwanego następcę tronu, Judaha, i umarła w połogu. Wcześniejsze poronienia nie były dziełem natury, przyczyniła się do nich matka Caela, zła czarodziejka Nusi, biegła w rzucaniu uroków. Kiedy władca Ansarów dowiedział się o tym, skazał swoją byłą kochankę na śmierć – podczas publicznej egzekucji.

Cael zazgrzytał zębami, gniew płonący w nim od dzieciństwa nigdy nie gasł, a teraz podsycała go bezsilna wściekłość. Miał wrażenie, że rozerwie go na strzępy. W jaki sposób Judah zamroził jego telepatyczne zdolności? Jak on śmiał! Młodszy brat jest nie tylko bardziej niebezpieczny, ale i dużo bardziej potężny, niż się Caelowi wydawało. Jeśli Judah potrafi kontrolować wrodzone talenty innego Ansarczyka, trzeba znaleźć sposób, by mu to uniemożliwić.

Cael ryknął jak ranny niedźwiedź i walnął pięścią w ścianę, krusząc tynk, jakby to była papierowa tapeta.

– Cóż za temperament! – zakpiła Alexandria.

– Jesteś jak wąż, kuzynko. Wślizgujesz się po cichu i znienacka atakujesz swoje ofiary – rzekł ze złością.

Alexandria tylko się zaśmiała, głęboko i gardłowo.

– Nie jesteś moją ofiarą, ale sądząc po wybuchu złości, chyba nasz miłościwy dranir spłatał ci niezłego psikusa.

– Skąd wiesz? – Cael jednym susem pokonał dzielącą ich odległość.

– Ojej, więc to prawda? Judah rzeczywiście zamroził twoje talenty?

– Nieprawda!

– Być może zaklęcie dotyczy tylko twoich zdolności telepatycznych. Nie udało ci się skomunikować z Greynellem?

– Rozmawiałaś z Judahem?

– Nie, nie rozmawiałam – odparła Alexandria. – O ile wiem, nie było od niego żadnej oficjalnej wiadomości. Ale Claude porozumiewał się z dranirem telepatycznie, a tak się złożyło, że przypadkowo byłam tego świadkiem.

– Twoje działania nigdy nie są przypadkowe.

– To prawda. – Uśmiechnęła się z satysfakcją. – Trzymałam się blisko Claude’a, bo wiedziałam, że jeśli Judah się z kimś skontaktuje, to właśnie z naszym drogim kuzynem.

– Jeśli oczekujesz, że będę żebrał o informacje...

– Nie martw się. Teraz nie oczekuję niczego. Ale kiedy już zostaniesz dranirem, zamierzam królować u twojego boku.

– Wiesz, że tak. – Położył jej rękę na karku, przyciągnął do siebie, aż ich usta niemal się zetknęły. – Zostaniesz moją dranirą.

Alexandria westchnęła z zadowoleniem i zarzuciła mu ramiona na szyję.

– Greynell nie żyje – szepnęła. – Judah go zabił w obronie Mercy Raintree.

– Głupiec. Sukinsyn. Zabił jednego z naszych ludzi i ocalił Raintree. Rada się o tym dowie.

– Będzie specjalne posiedzenie zaraz po powrocie Judaha.

Caelowi z wrażenia na chwilę zabrakło tchu.

– W jakim celu? Chce prowadzić dochodzenie w sprawie zamachu na jego życie? Niczego się nie dowie. Nie ma śladu prowadzącego do mnie.

– Claude powiedział mi, że my, członkowie rady, musimy poprzeć dranira, żeby ukrócić działania grupki zdrajców w naszych własnych szeregach. Judah naprawdę wierzy, że jeszcze nie jesteśmy gotowi na zbrojną konfrontację. – Poważnie zajrzała Caelowi w oczy. – Czy jesteś całkowicie pewien wygranej, jeśli rozpętamy wojnę za kilka dni, w dniu przesilenia słonecznego?

– Oczywiście, że tak! I Judah nie może zrobić nic, żeby nas powstrzymać. Nie teraz. Wojownicy są gotowi. Zabił Greynella, ale nie zatrzyma innych. Nawet on nie może być w dwóch miejscach jednocześnie.

– Masz plan, o którym nie wiem? – Cael wyczuł, że puls kobiety przyspieszył. Była wyraźnie zaciekawiona i przejęta.

– Tabby jest w Wilmington. Uśmierci Echo Raintree. Potem na moje polecenie rozprawi się z Gideonem.

– Tabby to wariatka. A jeśli nie będziesz w stanie jej kontrolować? Czerpie z zabijania perwersyjną przyjemność. Może zwrócić na siebie uwagę.

– Wie, co ją spotka, jeśli mnie zawiedzie.

– Nasz sukces zależy w dużej mierze do uśmiercenia królewskiego rodzeństwa przed Bitwą. Tymczasem cała trójka ma się dobrze.

– Już niedługo. – Cael się uśmiechnął. – Dante jeszcze nie wie, jaka niespodzianka czeka go wieczorem. Gdy tylko Judah wróci na Terrebonne, naślę na Mercy innego wojownika.