Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 653 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sankcja Bourne'a - Robert Ludlum

Choć Robert Ludlum - twórca i niedościgły mistrz gatunku nazywanego "thrillerem spiskowym" - zmarł kilka lat temu, nadal powstają powieści sygnowane jego nazwiskiem. Grono jego wiernych czytelników nie maleje. Wręcz przeciwnie - za sprawą niezwykle udanego cyklu ekranizacji powieści o Jasonie Bournie z Mattem Damonem stale się powiększa.

Bourne ma wreszcie szansę zakosztować normalnego życia - jako wykładowca uniwersytecki, David Webb. Choć nie zamierza powracać do dawnej tożsamości, ulega prośbie swego mentora i zgadza się mu pomóc w wyjaśnieniu śmierci byłego studenta. Za jego morderstwo odpowiada Czarny Legion, doskonale zakonspirowana islamska organizacja terrorystyczna, której korzenie sięgają Trzeciej Rzeszy. Legion planuje atak na USA. Aktywność terrorystów staje się pretekstem do eskalacji konfliktu między Centralą Wywiadu a NSA - dwoma największymi agencjami wywiadowczymi Stanów Zjednoczonych. Jason ponownie znajdzie się na celowniku...

Opinie o ebooku Sankcja Bourne'a - Robert Ludlum

Fragment ebooka Sankcja Bourne'a - Robert Ludlum

Wydanie elektroniczne

RO­BERT LU­DLUM

(1927-2001)

Ame­ry­kań­ski ak­tor, pro­du­cent te­atral­ny i pi­sarz. W la­tach 1945-47 słu­żył w pie­cho­cie mor­skiej. W 1951 ukoń­czył We­sley­an Uni­ver­si­ty. Od naj­młod­szych lat pa­sjo­no­wał się ak­tor­stwem. W wie­ku 16 lat po raz pierw­szy wy­stą­pił w sztu­ce na Broad­wayu. W la­tach 50-tych za­grał w po­nad 200 fil­mach te­le­wi­zyj­nych; był pro­du­cen­tem oko­ło 300 przed­sta­wień te­atral­nych. Jako pi­sarz za­de­biu­to­wał póź­no – ma­jąc 41 lat – po­wie­ścią Dzie­dzic­two Scar­lat­tich. Od­rzu­co­na po­cząt­ko­wo przez 10 wy­daw­ców sta­ła się be­st­sel­le­rem i za­ini­cjo­wa­ła osza­ła­mia­ją­cą ka­rie­rę li­te­rac­ką naj­bar­dziej zna­ne­go współ­cze­sne­go twór­cy thril­le­rów spi­sko­wych. Łącz­na sprze­daż ksią­żek Lu­dlu­ma prze­kro­czy­ła 300 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy w 32 ję­zy­kach. Za ży­cia pi­sa­rza uka­za­ły się 24 po­wie­ści; po jego śmier­ci – kil­ka­na­ście na­stęp­nych, z któ­rych więk­szość po­wsta­ła na pod­sta­wie po­zo­sta­wio­nych przez nie­go no­ta­tek i szki­ców, przy współ­pra­cy ta­kich au­to­rów jak Pa­trick Lar­kin, Ja­mes Cobb, Eric Van Lu­st­ba­der i Paul Gar­ri­son. Do naj­bar­dziej zna­nych thril­le­rów Lu­dlu­ma na­le­żą m.in.: Te­sta­ment Ma­ta­re­se’a, Toż­sa­mość Bo­ur­ne’a, Kru­cja­ta Bo­ur­ne’a, Mo­zai­ka Par­si­fa­la, Straż­ni­cy Apo­ka­lip­sy i Klą­twa Pro­me­te­usza. Wie­le z nich zo­sta­ło ze­kra­ni­zo­wa­nych – jako se­ria­le te­le­wi­zyj­ne lub peł­no­me­tra­żo­we fil­my ki­no­we.

Tego au­to­ra

RĘ­KO­PIS CHAN­CEL­LO­RA

PRO­TO­KÓŁ SIG­MY

KLĄ­TWA PRO­ME­TE­USZA

PIE­KŁO ARK­TY­KI

CZWAR­TA RZE­SZA

KRYP­TO­NIM IKAR

STRAŻ­NI­CY APO­KA­LIP­SY

MO­ZAI­KA PAR­SI­FA­LA

IM­PE­RIUM AKWI­TA­NII

STRA­TE­GIA BAN­CRO­FTA

ILU­ZJA SCOR­PIO

TOŻ­SA­MOŚĆ AM­BLE­RA

Ja­son Bo­ur­ne

TOŻ­SA­MOŚĆ BO­UR­NE’A

KRU­CJA­TA BO­UR­NE’A

UL­TI­MA­TUM BO­UR­NE’A

DZIE­DZIC­TWO BO­UR­NE’A

SANK­CJA BO­UR­NE’A

MI­STY­FI­KA­CJA BO­UR­NE’A

CEL BO­UR­NE’A

ŚWIAT BO­UR­NE’A

IM­PE­RA­TYW BO­UR­NE’A

RE­TRY­BU­CJA BO­UR­NE’A

Dy­na­stia Ma­ta­re­se

TE­STA­MENT MA­TA­RE­SE’A

SPAD­KO­BIER­CY MA­TA­RE­SE’A

Paul Jan­son

DY­REK­TY­WA JAN­SO­NA

ODY­SE­JA JAN­SO­NA

OPCJA JAN­SO­NA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE BO­UR­NE SANC­TION

Co­py­ri­ght © The Es­ta­te of Ro­bert Lu­dlum 2008 All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2009

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Krzysz­tof So­ko­łow­ski 2009

Re­dak­cja: Do­ro­ta Stań­czak

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ser­gey Kam­shy­lin/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-142-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Dana i Lin­dy Ja­riab­ka,

z po­dzię­ko­wa­niem i wy­ra­za­mi mi­ło­ści

Dzię­ku­ję

Nie­ustra­szo­nym re­por­te­rom „The Exi­le”. Przy­go­dy Bo­ur­ne’a w Mo­skwie i hi­sto­ria Ar­ka­di­na w Niż­nym Ta­gi­le nie zda­rzy­ły­by się bez ich po­mo­cy.

Greg­go­wi Win­te­ro­wi za za­in­te­re­so­wa­nie mnie lo­gi­sty­ką trans­por­tu gazu na­tu­ral­ne­go.

Hen­ry’emu Mor­ri­so­no­wi za po­my­sły, któ­ry­mi try­ska dniem i nocą.

Uwa­ga dla czy­tel­ni­ków

W mo­ich po­wie­ściach pró­bu­ję trzy­mać się fak­tów tak bli­sko jak to tyl­ko moż­li­we, lecz prze­cież owe hi­sto­rie są przede wszyst­kim dzie­łem wy­obraź­ni. By uczy­nić ich lek­tu­rę jak naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cą, tu i tam ko­rzy­stam z do­bre­go pra­wa twór­cy. Do­ty­czy to po­sta­ci, przed­mio­tów, a moż­li­we, że na­wet cza­su.

Ufam, że moi czy­tel­ni­cy przy­mkną oko na te drob­ne ano­ma­lie i będą się cie­szyć lek­tu­rą.

Prolog

Ko­lo­nia Kar­na o Za­ostrzo­nym Ry­go­rze 13,Niż­ny Ta­gił, Ro­sja; Cam­pio­ne d’Ita­lia, Szwaj­ca­ria

Czte­rej więź­nio­wie cze­ka­li na po­ja­wie­nie się Bo­rii Mak­sa opar­ci o brud­ne ka­mie­nie muru; chłód ścia­ny już daw­no prze­stał im do­ku­czać. Na wię­zien­nym spa­cer­nia­ku pa­li­li dro­gie, czar­no­ryn­ko­we pa­pie­ro­sy z ostre­go, ciem­ne­go tu­rec­kie­go ty­to­niu i roz­ma­wia­li swo­bod­nie, jak­by nie mie­li do ro­bo­ty nic lep­sze­go, niż wcią­gać w płu­ca gry­zą­cy dym i wy­dmu­chi­wać go kłę­ba­mi za­ma­rza­ją­cy­mi w lo­do­wa­tym po­wie­trzu. Nad ich gło­wa­mi roz­cią­ga­ło się bez­chmur­ne nie­bo, peł­ne błysz­czą­cych gwiazd, czy­nią­cych z nie­go bez­kre­sną, nie­zgłę­bio­ną ema­lio­wa­ną musz­lę. Wiel­ki Wóz, Ryś, Psy Goń­cze, Per­se­usz… te same kon­ste­la­cje pło­nę­ły na nie­bie nad Mo­skwą, nie­mal ty­siąc ki­lo­me­trów na po­łu­dnio­wy wschód stąd, a jed­nak jak­że róż­ni­ło się ży­cie w ko­lo­nii kar­nej od krzy­kli­wych, prze­grza­nych klu­bów Tre­gor­ne­go Wału czy Sa­dow­ni­cze­skiej.

W dzień więź­nio­wie pro­du­ko­wa­li czę­ści do im­po­nu­ją­ce­go czoł­gu T-90, a nocą? O czym mogą roz­ma­wiać męż­czyź­ni nie­ma­ją­cy su­mie­nia, nie­zna­ją­cy uczuć? Może to dziw­ne, lecz… o ro­dzi­nie. Ich po­przed­nie ży­cie de­fi­nio­wa­ły sta­bil­ność, po­wrót do domu, żony, dzie­ci, obec­ne zaś – po­tęż­ne ścia­ny Ko­lo­nii o Za­ostrzo­nym Ry­go­rze 13. Wie­dzie­li tyl­ko, jak za­ra­biać: za po­mo­cą kłam­stwa, oszu­stwa, kra­dzie­ży, wy­mu­sze­nia, szan­ta­żu, tor­tur, mor­der­stwa. Byli w tym bez wąt­pie­nia do­brzy, w prze­ciw­nym ra­zie by­li­by mar­twi. Żyli poza cy­wi­li­za­cją, jaką zna więk­szość lu­dzi. Po­wrót do cie­płej, ko­cha­ją­cej, zna­jo­mej ko­bie­ty, do­mo­we za­pa­chy: słod­kich bu­ra­ków, go­to­wa­nej ka­pu­sty, du­szo­ne­go mię­sa, pa­lą­ca ży­wym ogniem pie­przów­ka… wspo­mnie­nie kom­for­tu do­mo­we­go ży­cia bu­dzi­ło w nich no­stal­gię. No­stal­gia wią­za­ła ich tak pew­nie i moc­no jak ta­tu­aże, ty­po­we dla upra­wia­nych przez nich mrocz­nych za­wo­dów.

Mroź­ne po­wie­trze prze­szył ci­chy gwizd i wspo­mnie­nia męż­czyzn zga­sły; zni­kły jak olej­na far­ba, gdy po­lać ją ter­pen­ty­ną. Noc stra­ci­ła całą swą wy­ima­gi­no­wa­ną uro­dę i wraz z po­ja­wie­niem się Bo­rii Mak­sa sta­ła się zno­wu gra­na­to­wo­czar­na.

Maks był wiel­kim fa­ce­tem. Co dzień przez go­dzi­nę pod­no­sił cię­ża­ry, przez pół­to­rej go­dzi­ny ska­kał na ska­kan­ce, i tak od pierw­sze­go dnia po­by­tu w obo­zie. Jako za­wo­do­wy mor­der­ca na eta­cie Ka­za­chów, od­dzia­łu ro­syj­skiej grup­pe­row­ki, zaj­mu­ją­cej się han­dlem nar­ko­ty­ka­mi i kra­dzio­ny­mi, prze­my­ca­ny­mi sa­mo­cho­da­mi, cie­szył się swe­go ro­dza­ju sza­cun­kiem ty­sią­ca pię­ciu­set więź­niów Ko­lo­nii 13. Straż­ni­cy bali się go i gar­dzi­li nim. Re­pu­ta­cja wy­prze­dza­ła go jak cień o za­cho­dzie słoń­ca. Było w nim coś z oka cy­klo­nu, wo­kół któ­re­go wi­ru­ją wi­chry gwał­tu i śmier­ci – pią­te­go człon­ka gru­py li­czą­cej w tej chwi­li czte­rech męż­czyzn. Bo, Ka­zach nie Ka­zach, Maks mu­siał za­pła­cić za to, co zro­bił. Do­sko­na­le zda­wa­li so­bie spra­wę z tego, że je­śli Bo­ria po­zo­sta­nie bez­kar­ny, ich dni w obo­zie są po­li­czo­ne.

Uśmie­cha­li się. Je­den z nich po­czę­sto­wał Mak­sa pa­pie­ro­sem, inny po­chy­lił się, po­dał mu ognia, zło­żo­ny­mi dłoń­mi chro­niąc przed wia­trem pło­myk za­pał­ki. Trze­ci i czwar­ty chwy­ci­li Bo­rię za sta­lo­we ra­mio­na. Ten pierw­szy, przed chwi­lą trzy­ma­ją­cy pa­pie­ro­sy, te­raz miał w ręku wła­snej ro­bo­ty nóż, mo­zol­nie wy­ostrzo­ny w wię­zien­nych warsz­ta­tach i wy­mie­rzo­ny w splot sło­necz­ny prze­ciw­ni­ka. Do­słow­nie w ostat­niej chwi­li Maks zdo­łał go od­trą­cić do­sko­na­le wy­mie­rzo­nym ude­rze­niem ręki. Nie­mal w tym sa­mym mo­men­cie męż­czy­zna po­da­ją­cy ognia po­tęż­nym ha­kiem tra­fił go w pod­bró­dek.

Maks za­to­czył się, ude­rzył ple­ca­mi o pier­si dwóch więź­niów, któ­rzy nadal pró­bo­wa­li unie­ru­cho­mić mu ra­mio­na. Wy­ko­rzy­stał oka­zję, z ca­łej siły przy­dep­nął lewą nogą sto­pę jed­ne­go z na­past­ni­ków, a jed­no­cze­śnie uwol­nił lewą rękę, ob­ró­cił się i zgię­tym łok­ciem zdzie­lił męż­czy­znę po pra­wej stro­nie. Od­zy­skał swo­bo­dę ru­chów, przy­padł do muru, osło­nił tyły. Zy­skał na bez­pie­czeń­stwie, lecz czte­rech prze­ciw­ni­ków za­ata­ko­wa­ło bez wa­ha­nia. Pierw­szy szedł ten z no­żem, któ­ryś wsu­nął na pal­ce ka­stet: ka­wa­łek wy­gię­te­go me­ta­lu.

Roz­po­czę­ła się wal­ka: stęk­nię­cia bólu i wy­sił­ku, rze­ki potu, pla­my krwi. Maks był męż­czy­zną rów­nie po­tęż­nym jak prze­bie­głym; jego re­pu­ta­cja oka­za­ła się w peł­ni za­słu­żo­na, lecz cho­ciaż od­pła­cał cio­sem za cios, miał prze­ciw so­bie czte­rech zde­ter­mi­no­wa­nych prze­ciw­ni­ków. Rzu­cał na ko­la­na jed­ne­go, jego miej­sce zaj­mo­wał na­stęp­ny, z dwo­ma mu­siał wal­czyć bez chwi­li prze­rwy, dwóch in­nych prze­gru­po­wy­wa­ło się i pró­bo­wa­ło od­zy­skać siły. Ża­den z nich nie miał złu­dzeń; nie spo­dzie­wa­li się, że pój­dzie im ła­two, że Bo­rię da się po­ko­nać w pierw­szym, no, może w dru­gim ata­ku. Za­kła­da­li, że będą się zmie­niać i dzię­ki temu wresz­cie go zmę­czą. Oni mo­gli po­zwo­lić so­bie na prze­rwy, on nie.

Mo­gło się wy­da­wać, że ich tak­ty­ka jest sku­tecz­na. Za­krwa­wie­ni, po­si­nia­cze­ni nie ustę­po­wa­li prze­cież ani na krok, aż je­den z nich do­stał kan­tem dło­ni w krtań; był to ten, któ­ry jesz­cze przed chwi­lą trzy­mał nóż. Za­to­czył się w ra­mio­na przy­ja­ciół, rzę­żąc i wal­cząc o od­dech jak wy­rzu­co­na na brzeg ryba; miał zmiaż­dżo­ną chrząst­kę pier­ście­nio­wa­tą. Maks zdą­żył wy­rwać mu z dło­ni nóż, nim fa­cet wy­wró­cił oczy i osu­nął się mar­twy na be­ton. Za­śle­pie­ni fu­rią i żą­dzą krwi po­zo­sta­li trzej rzu­ci­li się na nie­go jak wście­kli.

Gwał­tow­ność tego ata­ku omal się im nie opła­ci­ła. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a przedar­li­by się przez obro­nę Bo­rii… gdy­by nie wal­czył rów­nie spo­koj­nie jak sku­tecz­nie. W ciem­no­ści bły­snę­ły po­tęż­ne mię­śnie; od­wró­cił się do nich le­wym bo­kiem, dzię­ki temu sta­no­wił mniej­szy cel. Ciął no­żem szyb­ko, zręcz­nie, po­zo­sta­wia­jąc nie­wiel­kie, płyt­kie, lecz ob­fi­cie krwa­wią­ce rany. Była to sku­tecz­na obro­na przed tak­ty­ką wal­ki na wy­czer­pa­nie; zmę­cze­nie to jed­no, upływ krwi to coś cał­kiem in­ne­go.

Ko­lej­ny na­past­nik sko­czył ku nie­mu, po­śli­zgnął się we wła­snej krwi i upadł ude­rzo­ny w gło­wę. Sam cios spo­wo­do­wał wy­łom w obro­nie; wy­ko­rzy­stał go wię­zień z ka­ste­tem, za­da­jąc po­tęż­ny cios w bok szyi. Maks stra­cił rów­no­cze­śnie siły i od­dech. Na­past­ni­cy wy­bi­ja­li mu na cie­le ta­tu­aż ran i siń­ców, kie­dy z ciem­no­ści wy­ło­nił się straż­nik, do­łą­czył do wal­ki, zmu­sił na­past­ni­ków do co­fa­nia się wpraw­ny­mi cio­sa­mi pał­ki, bro­ni nisz­czy­ciel­skiej w stop­niu, któ­re­mu nie mógł do­rów­nać ka­wa­łek za­ostrzo­ne­go me­ta­lu. Pękł czyjś bark, ktoś upadł z wgnie­cio­ną czasz­ką, jesz­cze inny wię­zień pró­bo­wał uciecz­ki; za­trzy­mał go zmiaż­dżo­ny cel­nym ude­rze­niem trze­ci krąg lę­dź­wio­wy.

– Co ty wy­pra­wiasz? – wy­dy­szał Maks, pró­bu­jąc opa­no­wać od­dech. – By­łem pe­wien, że su­kin­sy­ny prze­ku­pi­ły wszyst­kich straż­ni­ków.

– Prze­ku­pi­ły. Tędy. – Straż­nik chwy­cił go za ło­kieć, wska­zał kie­ru­nek lśnią­cym koń­cem pał­ki.

Bo­ria spoj­rzał na nie­go, mru­żąc oczy.

– To nie jest dro­ga do cel.

– Chcesz się stąd wy­nieść czy nie?

Wię­zień ski­nął gło­wą, jak­by od­po­wia­dał twier­dzą­co, choć z wa­ha­niem. Bo­ria i jego wy­baw­ca po­bie­gli przez spa­cer­niak. Straż­nik przez cały czas trzy­mał się bli­sko muru, wię­zień ro­bił to samo. Za­uwa­żył, że po­ru­sza­ją się w pew­nym okre­ślo­nym ryt­mie, dzię­ki cze­mu uni­ka­ją pro­mie­ni ru­cho­mych re­flek­to­rów. Pew­nie na­wet za­czął­by się za­sta­na­wiać, kim wła­ści­wie jest ten fa­cet, ale nie miał na to cza­su. A poza tym mógł się spo­dzie­wać cze­goś w tym ro­dza­ju. Wie­dział, że jego szef, gło­wa Ka­za­chów, nie zo­sta­wi go, żeby gnił w Ko­lo­nii 13, je­śli nie z sym­pa­tii, to dla­te­go, że był po pro­stu zbyt cen­ny. Bo i któż był­by w sta­nie za­stą­pić Bo­rię Mak­sa? Ist­niał tyl­ko je­den taki czło­wiek: Le­onid Ar­ka­din. Ale Ar­ka­din – kim­kol­wiek był, nikt ze zna­jo­mych Bo­rii nig­dy go nie spo­tkał, nie wi­dział na­wet jego twa­rzy – nie pra­co­wał­by dla Ka­za­chów ani dla żad­nej in­nej ro­dzi­ny; był wol­nym strzel­cem, ostat­nim przed­sta­wi­cie­lem gi­ną­ce­go ga­tun­ku. Je­śli w ogó­le ist­niał, w co Bo­ria, szcze­rze mó­wiąc, wąt­pił. Do­ra­stał wśród opo­wie­ści o wszel­kie­go ro­dza­ju po­two­rach. Z ja­kie­goś nie­zna­ne­go po­wo­du Ro­sja­nie uwiel­bia­ją stra­szyć dzie­ci, Maks jed­nak nig­dy nie wie­rzył w te hi­sto­rie i nig­dy się ich nie bał. Nie miał po­wo­du, by bać się aku­rat tego upio­ra, Le­oni­da Ar­ka­di­na.

Straż­nik otwo­rzył drzwi umiesz­czo­ne w po­ło­wie jed­nej ze ścian. Znik­nę­li w nich w ostat­niej chwi­li; gdy tyl­ko drzwi się za­mknę­ły, pro­mień świa­tła padł na mur w miej­scu, gdzie sta­li jesz­cze przed se­kun­dą.

Ru­szy­li skrę­ca­ją­cym kil­ka­krot­nie ko­ry­ta­rzem i zna­leź­li się w dru­gim, pro­wa­dzą­cym do łaź­ni. Moż­na się było tyl­ko do­my­ślać, w jaki spo­sób za­mie­rza­ją omi­nąć sta­no­wi­ska war­tow­ni­cze. Mak­so­wi nie chcia­ło się mar­no­wać ener­gii na zga­dy­wa­nie, co jego prze­wod­nik są­dzi i pla­nu­je. Na ra­zie do­sko­na­le so­bie ra­dził, cze­mu więc te­raz mia­ło­by się to zmie­nić? Wy­da­wa­ło się oczy­wi­ste, że straż­nik jest za­wo­dow­cem. Do­kład­nie zba­dał ko­lo­nię, no i z pew­no­ścią miał za sobą ko­goś rze­czy­wi­ście wpły­wo­we­go. Bez jego po­mo­cy, po pierw­sze, by tu nie tra­fił i, po dru­gie, nie miał­by wszę­dzie swo­bod­ne­go do­stę­pu. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że ów czło­wiek dzia­łał na po­le­ce­nie sze­fa.

Zbli­ża­li się do łaź­ni. Bo­ria po­sta­no­wił prze­rwać mil­cze­nie.

– Kim je­steś? – spy­tał.

– Nie­waż­ne, kim je­stem. Waż­ne, kto mnie przy­słał.

Nie­na­tu­ral­na ci­sza wię­zien­nej nocy spra­wia­ła, że Maks do­strze­gał i sły­szał wszyst­ko. Straż­nik po­słu­gi­wał się nie­na­gan­nym ro­syj­skim, ale uważ­ne­mu spoj­rze­niu Bo­rii nie umknął fakt, że jego wy­baw­ca nie wy­glą­da ani na Ro­sja­ni­na, ani na Gru­zi­na, Cze­czeń­ca, Ukra­iń­ca czy Aze­ra. We­dług jego stan­dar­dów był nie­wy­so­ki, zresz­tą jak wszy­scy w po­rów­na­niu z Mak­sem, jed­nak cia­łem po­słu­gi­wał się w spo­sób zbli­żo­ny do do­sko­na­ło­ści. Re­ago­wał z szyb­ko­ścią bły­ska­wi­cy. Ema­no­wał nad­na­tu­ral­nym spo­ko­jem w peł­ni kon­tro­lo­wa­nej ener­gii. Po­ru­szał się wy­łącz­nie wte­dy, gdy mu­siał, a i wów­czas wkła­dał w ruch tyl­ko tyle siły, ile wy­da­wa­ło się nie­zbęd­ne. Pod tym wzglę­dem byli bar­dzo po­dob­ni, więc Bo­rii ła­two było do­strzec to, cze­go inni nie umie­li­by zo­ba­czyć. Oczy miał ja­sne, był po­waż­ny, nie­mal obo­jęt­ny, jak chi­rurg na sali ope­ra­cyj­nej. Ja­sne, gę­ste na wierz­chu gło­wy wło­sy przy­cię­te miał w spo­sób, któ­ry Bo­rii był­by nie­zna­ny, gdy­by nie jego za­mi­ło­wa­nie do za­chod­nich ma­ga­zy­nów i fil­mów. Praw­dę mó­wiąc, gdy­by nie wie­dział, że to nie­moż­li­we, po­wie­dział­by, że straż­nik jest Ame­ry­ka­ni­nem. Ale nie, to prze­cież nie­re­al­ne. Szef nie za­trud­niał Ame­ry­ka­nów, tyl­ko włą­czał ich do współ­pra­cy.

– A więc wy­słał cię Ma­słow? – Di­mi­trij Ma­słow był sze­fem Ka­za­chów. – Naj­wyż­szy, kur­wa, czas. Tu­taj pięt­na­ście mie­się­cy to jak pie­przo­ne pięt­na­ście lat!

Zna­leź­li się w łaź­ni. Straż­nik, nie fa­ty­gu­jąc się na­wet wy­ko­na­niem peł­ne­go ob­ro­tu, ude­rzył Bo­rię pał­ką w skroń. Maks, nie­bo­tycz­nie zdu­mio­ny, za­to­czył się na na­giej be­to­no­wej pod­ło­dze, śmier­dzą­cej stę­chli­zną, środ­kiem de­zyn­fe­ku­ją­cym i męż­czy­zna­mi nie­zna­ją­cy­mi po­ję­cia hi­gie­ny.

Fa­cet pod­szedł do nie­go z taką non­sza­lan­cją, jak­by był na spa­ce­rze z przy­tu­lo­ną do ra­mie­nia dziew­czy­ną. Ude­rzył po raz dru­gi nie­dba­le, nie­mal le­ni­wie. Mie­rzył w lewy bi­ceps; cios był moc­ny tyl­ko na tyle, by od­rzu­cić Mak­sa na wil­got­ną be­to­no­wą ścia­nę pod rząd prysz­ni­ców. Ale Bo­ria ni­ko­mu nie po­zwa­lał się tak trak­to­wać, ani straż­ni­kom, ani ko­mu­kol­wiek in­ne­mu, i kie­dy pał­ka za­czę­ła opa­dać, zro­bił krok w przód, za­blo­ko­wał cios ra­mie­niem. Raz prze­ła­maw­szy li­nię obro­ny prze­ciw­ni­ka, mógł się już brać do ro­bo­ty w spo­sób naj­bar­dziej od­po­wia­da­ją­cy sy­tu­acji.

W le­wej dło­ni trzy­mał nóż zdo­by­ty w bój­ce ze współ­więź­nia­mi. Pchnął nim, a kie­dy straż­nik uczy­nił taki ruch, jak­by chciał za­blo­ko­wać cios, ciął w górę, tak by ostrze swą dłu­go­ścią roz­dar­ło cia­ło. Mie­rzył w nad­garst­ki od spodu, w splot ar­te­rii, któ­ry raz prze­cię­ty czy­nił dłoń nie­uży­tecz­ną. Ale straż­nik po­tra­fił re­ago­wać rów­nie bły­ska­wicz­nie jak on i nóż prze­ciął nie cia­ło, lecz rę­kaw skó­rza­nej kurt­ki. Bo­ria miał jesz­cze czas, by po­my­śleć, że kurt­ka jest pew­nie wy­ło­żo­na ke­vla­rem lub in­nym nie­prze­ni­kli­wym ma­te­ria­łem, i twar­dy, po­kry­ty od­ci­ska­mi kant dło­ni na­past­ni­ka wy­trą­cił mu nóż. Ko­lej­ny cios od­rzu­cił go o kil­ka kro­ków. Maks po­tknął się o dziu­rę ście­ko­wą, pię­ta mu w niej uwię­zła, kop­nię­cie straż­ni­ka tra­fi­ło w ko­la­no. Roz­legł się trzask i prze­raź­li­wy chrzęst ko­ści ocie­ra­ją­cej się o kość.

Pra­wa noga Bo­rii Mak­sa ugię­ła się pod cię­ża­rem jego cia­ła. Straż­nik pod­szedł do nie­go po­wo­li.

– To nie Di­mi­trij Ma­słow mnie przy­słał, tyl­ko Piotr Zil­ber.

Bo­ria roz­pacz­li­wie pró­bo­wał uwol­nić sto­pę, któ­rej na­wet nie czuł.

– Nie wiem, o kim mó­wisz – stęk­nął.

Straż­nik chwy­cił go za ko­szu­lę na pier­siach.

– Za­bi­łeś mu bra­ta. Alek­sie­ja. Strza­łem w tył gło­wy. Zna­leź­li go pły­wa­ją­ce­go twa­rzą w dół w rze­ce Mo­skwa.

– To był… biz­nes. Tyl­ko biz­nes.

– Do­brze, niech bę­dzie. Ale to… jest spra­wa oso­bi­sta.

Ko­la­no tra­fi­ło Bo­rię wprost w ją­dra, spra­wia­jąc, że zwi­nął się wpół, lecz kie­dy straż­nik za­czął go pod­no­sić, ude­rzył czub­kiem gło­wy w jego pod­bró­dek. Krew z prze­cię­te­go ję­zy­ka spły­nę­ła przez zęby na bro­dę.

Maks wy­ko­rzy­stał chwi­lo­wą prze­wa­gę i za­dał cios pię­ścią w ple­cy, tuż nad ner­ką. Wi­dział, jak roz­sze­rza­ją się oczy straż­ni­ka; była to je­dy­na ozna­ka bólu. W za­mian otrzy­mał po­tęż­ne­go kop­nia­ka w strza­ska­ne ko­la­no. Padł i już nie miał siły wstać. To­nął w bólu jak w oce­anie, pró­bo­wał ja­koś nad nim za­pa­no­wać, by stał się zno­śniej­szy, lecz otrzy­mał ko­lej­ne­go kop­nia­ka. Wy­raź­nie czuł pę­ka­nie że­ber. Gło­wa opa­dła mu na cuch­ną­cą be­to­no­wą pod­ło­gę. Le­żał pół­przy­tom­ny, nie­zdol­ny wstać.

Straż­nik przy­kuc­nął obok nie­go. Gry­mas na jego twa­rzy spra­wił Bo­rii nie­ma­łą przy­jem­ność, ale ten dro­biazg miał być jego je­dy­ną po­cie­chą.

– Mam pie­nią­dze – wes­tchnął le­d­wie do­sły­szal­nie.

– Za­ko­pa­ne w bez­piecz­nym miej­scu. Nikt ich nie znaj­dzie. Wy­cią­gnij mnie stąd, to cię po­pro­wa­dzę. Do­sta­niesz po­ło­wę. Prze­szło pół mi­lio­na ame­ry­kań­skich do­la­rów.

Uda­ło mu się tyl­ko zde­ner­wo­wać czło­wie­ka, któ­ry go po­ko­nał. Otrzy­mał cios w ucho, po któ­rym przed ocza­mi za­bły­sły mu gwiaz­dy. Jego gło­wa pul­so­wa­ła bó­lem, któ­ry dla każ­de­go in­ne­go czło­wie­ka był­by nie do znie­sie­nia.

– My­ślisz, że je­stem jak ty? Że nie wiem, co to lo­jal­ność?

– Straż­nik splu­nął mu w twarz. – Bied­ny Bo­ria. Za­bi­ja­jąc tego chłop­ca, po­peł­ni­łeś po­waż­ny błąd. Lu­dzie tacy jak Piotr Zil­ber nie za­po­mi­na­ją. I je­śli cze­goś na­praw­dę chcą, po­ru­szą nie­bo i zie­mię, żeby to osią­gnąć. Mają środ­ki.

– W po­rząd­ku. – Maks mógł już tyl­ko szep­tać. – Bierz wszyst­ko. Po­nad mi­lion.

– Piotr Zil­ber ska­zał cię na śmierć. Tyl­ko tyle mam ci do po­wie­dze­nia. No i oczy­wi­ście cię za­bi­ję. – Wy­raz twa­rzy straż­ni­ka zmie­nił się nie­znacz­nie, lecz wy­raź­nie. – Ale naj­pierw.

Chwy­cił po­ko­na­ne­go za lewe ra­mię i unie­ru­cho­mił je, przy­dep­tu­jąc mu nad­gar­stek. Z kie­sze­ni wy­jął so­lid­nie wy­glą­da­ją­cy se­ka­tor do przy­ci­na­nia ro­ślin. Ten wi­dok obu­dził Bo­rię z wy­wo­ła­ne­go nie­zno­śnym bó­lem le­tar­gu.

– Co ty wy­pra­wiasz?

Straż­nik nie mar­no­wał cza­su na od­po­wiedź. Chwy­cił go za kciuk, na któ­rym od spodu wy­ta­tu­owa­na była czasz­ka, po­mniej­szo­na ko­pia tej, któ­rą Bo­ria no­sił na pier­si. Sym­bo­li­zo­wa­ła ona jego wy­so­ki sta­tus w świe­cie mor­der­ców.

– Zil­ber nie tyl­ko chce, że­byś wie­dział, kto ka­zał cię za­bić.

Wy­ma­ga tak­że do­wo­du śmier­ci – oznaj­mił. Wło­żył kciuk po­mię­dzy ostrza se­ka­to­ra, ści­snął rącz­kę. Ofia­ra za­bul­go­ta­ła ci­cho; ów dźwięk przy­po­mi­nał taki, jaki wy­da­ją dzie­ci. Po wszyst­kim kat po­stą­pił jak rzeź­nik: owi­nął od­cię­ty pa­lec w na­wo­sko­wa­ny pa­pier, za­ło­żył gu­mo­wą opa­skę, wrzu­cił pa­ku­nek do pla­sti­ko­wej tor­by.

– Kim je­steś? – zdo­łał jesz­cze wy­szep­tać Bo­ria Maks.

– Na­zy­wam się Ar­ka­din. – Straż­nik roz­piął ko­szu­lę. Na pier­si wy­ta­tu­owa­ne miał dwa świecz­ni­ki. – Dla cie­bie: Śmierć.

Peł­nym gra­cji ru­chem skrę­cił ofie­rze kark.

• • •

Słoń­ce rześ­kie­go al­pej­skie­go po­ran­ka oświe­tli­ło Cam­pio­ne d’Ita­lia, ma­leń­ką, lecz wy­kwint­ną en­kla­wę wiel­ko­ści dwóch ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych, oto­czo­ną nie­mal do­sko­na­łym kra­jo­bra­zem Szwaj­ca­rii. Dzię­ki wy­jąt­ko­we­mu po­ło­że­niu nad wschod­nim brze­giem je­zio­ra Lu­ga­no ta oko­li­ca zdu­mie­wa­ła pięk­no­ścią, a jed­no­cze­śnie była ide­al­nym miej­scem za­miesz­ka­nia. Po­dob­nie jak Mo­na­ko Cam­pio­ne d’Ita­lia sta­ła się ra­jem po­dat­ko­wym bo­ga­czy, wła­ści­cie­li wspa­nia­łych wil­li spę­dza­ją­cych wol­ny czas w Ca­si­no d’Cam­pio­ne. Pie­niędz­mi i kosz­tow­no­ścia­mi zaj­mo­wa­ły się szwaj­car­skie ban­ki cie­szą­ce się za­słu­żo­ną sła­wą dys­kret­nych i do­sko­na­le bro­nio­nych przed wścib­stwem sił pra­wa i po­rząd­ku.

Wła­śnie to miej­sce, nie na­zbyt słyn­ne, wręcz idyl­licz­ne, Piotr Zil­ber wy­brał na pierw­sze oso­bi­ste spo­tka­nie z Le­oni­dem Ar­ka­di­nem. Skon­tak­to­wał się z nim przez po­śred­ni­ka; ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa nie po­wi­nien być z nim w ża­den spo­sób po­wią­za­ny. Od naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa Piotr wie­dział, że nie ist­nie­je coś ta­kie­go jak nad­mier­na ostroż­ność. Od­po­wie­dzial­ność przy­tła­cza czło­wie­ka uro­dzo­ne­go w ro­dzi­nie kry­ją­cej ta­jem­ni­ce.

Z wy­nie­sio­ne­go wy­so­ko punk­tu wi­do­ko­we­go, po­ło­żo­ne­go bli­sko Via To­to­ne, Zil­ber miał wspa­nia­ły, wręcz za­pie­ra­ją­cy dech w pier­siach wi­dok na czer­wo­no­brą­zo­we da­chy chat i blo­ków miesz­kal­nych, wy­sa­dza­ne pal­ma­mi pla­ce mia­stecz­ka, ciem­no­nie­bie­skie wody je­zio­ra i góry o szczy­tach ustro­jo­nych grzy­wa­mi chmur. Kie­dy tak sie­dział w swym sza­rym bmw, w roz­my­śla­niach prze­szka­dzał mu tyl­ko do­bie­ga­ją­cy od cza­su do cza­su war­kot mo­to­ró­wek po­zo­sta­wia­ją­cych po so­bie krzy­we sza­ble bia­łej pia­ny. A miał o czym my­śleć. Zdo­był kra­dzio­ny do­ku­ment i wy­słał go swą sie­cią w dłu­gą po­dróż do celu.

Po­byt tu pod­nie­cał go w bar­dzo nie­zwy­kły spo­sób. Ocze­ki­wa­nie na to, co mia­ło na­stą­pić, na po­chwa­ły – w tym te naj­waż­niej­sze: od ojca – prze­szy­wa­ło go ni­czym prąd elek­trycz­ny. Jesz­cze chwi­la, a od­nie­sie nie­wy­obra­żal­ne zwy­cię­stwo. Ar­ka­din za­dzwo­nił do nie­go z mo­skiew­skie­go lot­ni­ska z in­for­ma­cją, że ope­ra­cja za­koń­czy­ła się suk­ce­sem i że ma przy so­bie wy­ma­ga­ny do­wód jej po­wo­dze­nia.

Po­lo­wa­nie na Mak­sa nio­sło ze sobą pew­ne ry­zy­ko, lecz prze­cież ten czło­wiek za­mor­do­wał Zil­be­ro­wi bra­ta. Czyż­by ktoś spo­dzie­wał się, że na wieść o tym Piotr nad­sta­wi dru­gi po­li­czek? Za­po­mni o obe­ldze? Le­piej niż inni ro­zu­miał sta­now­cze po­le­ce­nie ojca: po­zo­sta­wać w cie­niu, nie wy­chy­lać się, nie opusz­czać kry­jów­ki. Uznał jed­nak, że ten je­den akt ze­msty wart jest ry­zy­ka. No a poza tym, wzo­rem ojca, wszyst­ko za­ła­twił przez po­śred­ni­ków.

Usły­szał ni­ski war­kot sil­ni­ka sa­mo­cho­do­we­go. Od­wró­cił się. Do punk­tu wi­do­ko­we­go zbli­żał się ciem­no­nie­bie­ski mer­ce­des.

Wiel­ki­mi kro­ka­mi nad­cho­dzi­ła je­dy­na na­praw­dę ry­zy­kow­na część ope­ra­cji; Piotr zda­wał so­bie spra­wę z tego, że nie może nic na to po­ra­dzić. Je­śli Le­onid Ar­ka­din po­tra­fił zin­fil­tro­wać Ko­lo­nię 13 w Niż­nym Ta­gi­le i za­bić Bo­rię Mak­sa, był ide­al­nym kan­dy­da­tem do wy­ko­na­nia na­stęp­nej za­pla­no­wa­nej przez nie­go ro­bo­ty. Tej, któ­rą wie­le lat temu po­wi­nien był wy­ko­nać oj­ciec. Te­raz syn miał oka­zję do­pro­wa­dzić do koń­ca to, cze­go z oba­wy o skut­ki nie za­ła­twił on. Do od­waż­nych świat na­le­ży. Zdo­by­ty do­ku­ment do­wo­dził, że dziś już nie pora na ostroż­ność.

Mer­ce­des za­trzy­mał się przy bmw. Wy­siadł z nie­go męż­czy­zna o ja­snych wło­sach i jesz­cze ja­śniej­szych oczach, po­ru­sza­ją­cy się z siłą i zręcz­no­ścią ty­gry­sa. Nie był ani szcze­gól­nie wy­so­ki, ani zbu­do­wa­ny tak po­tęż­nie jak więk­szość lu­dzi pra­cu­ją­cych dla ro­syj­skiej grup­pe­row­ki, nie­mniej pro­mie­nio­wał do­sko­na­le kon­tro­lo­wa­nym, groź­nym po­czu­ciem siły, co wręcz za­im­po­no­wa­ło Pio­tro­wi. Od naj­młod­szych lat ob­ra­cał się w to­wa­rzy­stwie nie­bez­piecz­nych męż­czyzn. Miał je­de­na­ście lat, kie­dy za­bił za­gra­ża­ją­ce­go mat­ce czło­wie­ka… i zro­bił to bez zmru­że­nia oka. Gdy­by się za­wa­hał tego dnia, na ba­za­rze w Azer­bej­dża­nie, jego mat­ka zgi­nę­ła­by z rąk skry­to­bój­cy. Owe­go czło­wie­ka, tak jak wie­lu in­nych po­ja­wia­ją­cych się w na­stęp­nych la­tach, wy­sy­łał Sie­mion Iku­pow, za­cie­kły wróg i ne­me­zis ojca, w tej chwi­li sie­dzą­cy bez­piecz­nie w swej wil­li na Via­le Mar­co Cam­pio­ne, może ki­lo­metr od miej­sca, w któ­rym Zil­ber spo­ty­kał się wła­śnie z Le­oni­dem Ar­ka­di­nem.

Nie po­da­li so­bie ręki, nie zwra­ca­li się do sie­bie po imie­niu. Ar­ka­din wy­jął z mer­ce­de­sa sta­lo­wą wa­li­zecz­kę, któ­rą przy­słał mu Piotr. Zil­ber wy­jął z bmw iden­tycz­ną. Po­sta­wi­li je obok sie­bie, otwo­rzy­li obie. W jed­nej znaj­do­wał się po­rząd­nie za­pa­ko­wa­ny kciuk, w dru­giej trzy­dzie­ści ty­się­cy do­la­rów w dia­men­tach, je­dy­nej wa­lu­cie, w któ­rej płat­ny za­bój­ca przyj­mo­wał wy­na­gro­dze­nie.

W tej chwi­li cze­kał cier­pli­wie. Jego zle­ce­nio­daw­ca od­pa­ko­wał łup, pa­trząc na je­zio­ro, jak­by ma­rzył o tym, żeby zna­leźć się na jed­nym z mo­to­ro­wych jach­tów, tną­cych prze­zro­czy­stą toń, od­da­la­ją­cych się od brze­gu. Kciuk Bo­rii Mak­sa skur­czył się nie­co w po­dró­ży z Ro­sji, wy­dzie­lał też nie­przy­jem­ny za­pach, dość zna­ny Zil­be­ro­wi; zda­rza­ło mu się już cho­wać człon­ków ro­dzi­ny i kra­ja­nów. Ob­ró­cił się tak, by słoń­ce pa­da­ło na ta­tu­aż, przyj­rzał mu się przez szkło po­więk­sza­ją­ce, któ­re ze sobą przy­wiózł. Na wszel­ki wy­pa­dek.

– To była trud­na spra­wa? – za­py­tał po dłu­giej chwi­li mil­cze­nia.

Ar­ka­din od­wró­cił się, przez chwi­lę pa­trzył mu pro­sto w oczy.

– Nie­szcze­gól­nie – od­parł krót­ko.

Piotr ski­nął gło­wą. Wy­rzu­cił kciuk za ba­rier­kę punk­tu wi­do­ko­we­go, za nim po­le­cia­ła wa­liz­ka. Ar­ka­din, bio­rąc to za po­twier­dze­nie, że wa­run­ki umo­wy zo­sta­ły speł­nio­ne, zaj­rzał do wo­recz­ka z dia­men­ta­mi. Wy­jął je­den z dro­go­cen­nych ka­mie­ni, się­gnął do kie­sze­ni po lupę ju­bi­ler­ską, obej­rzał go z praw­dzi­wym znaw­stwem. Ski­nął gło­wą za­do­wo­lo­ny z czy­sto­ści i bar­wy klej­no­tu.

– Co my­ślisz o za­ro­bie­niu po­trój­nej staw­ki? – spy­tał Piotr.

Ar­ka­din po­zo­stał nie­po­ru­szo­ny.

– Je­stem bar­dzo za­ję­tym czło­wie­kiem – po­wie­dział obo­jęt­nym gło­sem. Roz­mów­ca skło­nił gło­wę z sza­cun­kiem.

– Co do tego nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

– Przyj­mu­ję wy­łącz­nie zle­ce­nia, któ­re mnie za­in­te­re­su­ją.

– Czy Sie­mion Iku­pow jest wart za­in­te­re­so­wa­nia?

Płat­ny za­bój­ca stał nie­ru­cho­mo. Mi­nę­ły ich dwa spor­to­we sa­mo­cho­dy, kie­row­com wy­da­wa­ło się chy­ba, że są na to­rze Le Mans. Nie umil­kło jesz­cze echo ni­skie­go ryku ich sil­ni­ków, kie­dy po­wie­dział:

– To bar­dzo wy­god­ne, że znaj­du­je­my się wła­śnie na te­re­nie ma­leń­kie­go księ­stwa, w któ­rym miesz­ka Sie­mion Iku­pow.

Piotr się uśmiech­nął.

– No wła­śnie. Do­sko­na­le wiem, jak bar­dzo za­ję­tym je­steś czło­wie­kiem.

– Dwie­ście ty­się­cy. Na zwy­kłych wa­run­kach.

Zil­ber spo­dzie­wał się ta­kie­go wy­ni­ku ne­go­cja­cji. Zgo­dę wy­ra­ził ski­nie­niem gło­wy.

– Tyl­ko w przy­pad­ku na­tych­mia­sto­wej do­sta­wy.

– Zgo­da.

Ba­gaż­nik bmw szczęk­nął ci­cho. Znaj­do­wa­ły się w nim dwie wa­liz­ki. Z pierw­szej Piotr wy­jął sto ty­się­cy do­la­rów; dia­men­ty tra­fi­ły do wa­li­zecz­ki Ar­ka­di­na le­żą­cej na da­chu mer­ce­de­sa. W dru­giej były pa­pie­ry, w tym mapa sa­te­li­tar­na z za­zna­czo­ną po­sia­dło­ścią Iku­po­wa, li­sta za­trud­nia­nych przez nie­go ochro­nia­rzy i ze­staw pla­nów ar­chi­tek­to­nicz­nych, wśród któ­rych zna­lazł się sche­mat po­łą­czeń elek­trycz­nych ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem za­si­la­nia awa­ryj­ne­go i do­kład­nym roz­miesz­cze­niem czuj­ni­ków.

– Iku­pow jest na miej­scu – po­wie­dział jesz­cze Zil­ber.

– Spo­sób, w jaki do­sta­niesz się do środ­ka, to już, oczy­wi­ście, nie moja spra­wa.

– Będę w kon­tak­cie.

Ar­ka­din uważ­nie przej­rzał do­ku­men­ty, za­dał kil­ka py­tań, po czym po­ło­żył pa­pie­ry na wierz­chu wa­li­zecz­ki, na dia­men­tach. Za­mknął ją, prze­niósł i rzu­cił na sie­dze­nie pa­sa­że­ra, jak­by nic nie wa­ży­ła, jak­by wy­peł­nia­ły ją ba­lo­ny.

– Ju­tro, tu­taj, o tej sa­mej po­rze – po­że­gnał go Piotr.

Sil­nik mer­ce­de­sa szu­miał ci­cho. Ar­ka­din włą­czył bieg, wy­je­chał na dro­gę. Za­do­wo­lo­ny Piotr Zil­ber ru­szył w stro­nę swo­je­go bmw. Zgrzyt ha­mul­ców i pisk opon po as­fal­cie cał­ko­wi­cie go za­sko­czy­ły. Kie­dy się od­wró­cił, zo­ba­czył mer­ce­de­sa ja­dą­ce­go wprost na nie­go. Znie­ru­cho­miał zdu­mio­ny. Co, do dia­bła, wy­pra­wia ten czło­wiek? Za­czął biec, ale było już za póź­no. Przed­ni zde­rzak mer­ce­de­sa ude­rzył go, przy­ci­snął do boku bmw. Oszo­ło­mio­ny, tra­cą­cy przy­tom­ność ze strasz­ne­go bólu, zdo­łał jesz­cze do­strzec, jak Ar­ka­din wy­sia­da z sa­mo­cho­du, zbli­ża się do nie­go po­wo­li.

Po­czuł, jak coś w jego cie­le pęka, po chwi­li ogar­nę­ła go zu­peł­na ciem­ność.

• • •

Przy­tom­ność od­zy­skał w wy­ło­żo­nym drew­nem ga­bi­ne­cie, peł­nym błysz­czą­ce­go mo­sięż­ne­go wy­po­sa­że­nia; na pod­ło­gach le­ża­ły is­fa­hań­skie ko­bier­ce bar­wy naj­róż­niej­szych klej­no­tów. Z po­zy­cji, w ja­kiej się znaj­do­wał, mógł wi­dzieć jesz­cze biur­ko z orze­cha wraz z fo­te­lem i ogrom­ne okno, za oknem zaś je­zio­ro Lu­ga­no, a da­lej góry po­kry­te za­sło­ną de­li­kat­nej mgły. Słoń­ce wi­sia­ło ni­sko na za­cho­dzie, rzu­ca­jąc na płasz­czy­znę wody cie­nie ko­lo­ru siń­ców się­ga­ją­ce bia­łych ścian Cam­pio­ne d’Ita­lia.

Przy­wią­za­no go do pro­ste­go drew­nia­ne­go krze­sła nie­pa­su­ją­ce­go do tego luk­su­so­we­go wnę­trza nie­mal tak jak on. Spró­bo­wał ode­tchnąć głę­bo­ko i aż wes­tchnął z bólu. Spoj­rzał w dół; pierś miał cia­sno owi­nię­tą ban­da­żem. Zro­zu­miał, że co naj­mniej jed­no że­bro ma zła­ma­ne.

– Wresz­cie wró­ci­łeś z kra­iny zmar­łych – po­wie­dział ktoś.

– A już się mar­twi­łem, że ci się to nie uda.

Piotr cier­piał, na­wet od­wra­ca­jąc gło­wę. Wy­da­wa­ło mu się, że każ­dy mię­sień jego cia­ła pło­nie. Ale cie­ka­wo­ści nie spo­sób mu było od­mó­wić; przy­gryzł war­gi i po­wo­li wy­krę­cał szy­ję, aż wresz­cie przed jego ocza­mi po­ja­wi­ła się syl­wet­ka męż­czy­zny, nie­wy­so­kie­go i przy­gar­bio­ne­go. Oku­la­ry za­sła­nia­ły jego wiel­kie, wod­ni­ste oczy. Na brą­zo­wej czasz­ce, po­marsz­czo­nej i po­bruż­dżo­nej jak pa­stwi­sko, nie było ani jed­ne­go wło­sa; jak­by nad­ra­bia­jąc swe nie­do­pa­trze­nie, na­tu­ra wy­po­sa­ży­ła go za to w wy­jąt­ko­wo ob­fi­te brwi ota­cza­ją­ce oczy wy­so­kim łu­kiem. Wy­glą­dał jak ka­ry­ka­tu­ra chy­tre­go le­wan­tyń­skie­go han­dla­rza.

– Sie­mion Iku­pow – po­wie­dział Piotr. Roz­kasz­lał się. War­gi miał sztyw­ne, jak­by ktoś wy­peł­nił mu usta watą. Czuł sło­no­mie­dzia­ny smak krwi. Prze­łknął z tru­dem.

Iku­pow mógł prze­su­nąć się tak, by Piotr nie mu­siał wy­krę­cać gło­wy, ale po­zo­stał na swo­im miej­scu. Roz­wi­nął gru­by ar­kusz pa­pie­ru i przyj­rzał mu się cie­ka­wie.

– Wiesz, te pla­ny są tak do­kład­ne, że o wła­snym domu do­wia­du­ję się z nich rze­czy, o któ­rych nie mia­łem po­ję­cia. Na przy­kład pod piw­ni­ca­mi jest jesz­cze je­den po­ziom. – Prze­su­nął po pla­nach krót­kim, gru­bym pa­lu­chem. – Po­dej­rze­wam, że trze­ba by wie­le pra­cy, żeby się do nich do­stać, ale kto wie, może i war­to? – Na­gle pod­niósł gło­wę, prze­szył Zil­be­ra spoj­rze­niem. – Na przy­kład moż­na by­ło­by uwię­zić cię wła­śnie tam. Wy­da­je się nie­mal pew­ne, że na­wet mój naj­bliż­szy są­siad nie usły­szał­by, jak krzy­czysz. – Uśmiech­nął się, zdra­dza­jąc, na czym sku­pia się cała jego ener­gia. – A bę­dziesz krzy­czał, Pio­trze. To ci mogę obie­cać. – Po­ru­szył gło­wą, naj­wy­raź­niej szu­kał ko­goś wzro­kiem. – Nie mylę się, praw­da, Le­oni­dzie?

Przed ocza­mi Zil­be­ra po­ja­wił się Le­onid Ar­ka­din. Jed­ną ręką chwy­cił go za gło­wę, pal­ce dru­giej wbił w mię­śnie szczę­ki. Zmu­sił go do otwar­cia ust, dłu­go przy­glą­dał się zę­bom. Zil­ber wie­dział, że szu­ka tego fał­szy­we­go, z kap­suł­ką śmier­tel­nej tru­ci­zny. Cy­jan­ku po­ta­su.

– Wszyst­kie jego – oznaj­mił w koń­cu mor­der­ca.

– Bar­dzo cie­ka­we – po­wie­dział z za­sta­no­wie­niem Iku­pow.

– Ja­kim cu­dem uda­ło ci się zdo­być te pla­ny?

Je­niec w mil­cze­niu cze­kał, aż to­pór spad­nie na jego szy­ję, tyl­ko na­gle za­czął drżeć na ca­łym cie­le tak gwał­tow­nie, że aż dzwo­nił zę­ba­mi. Iku­pow ski­nął na Ar­ka­di­na, któ­ry otu­lił cia­ło więź­nia gru­bym ko­cem. Sam przy­sta­wił so­bie krze­sło z drze­wa wi­śni i usiadł na­prze­ciw Zil­be­ra. Mó­wił tak, jak­by nie spo­dzie­wał się od­po­wie­dzi.

– Mu­szę przy­znać, że wy­ka­za­łeś się nie­zwy­kłą ini­cja­ty­wą. By­stry chło­pak wy­rósł na by­stre­go męż­czy­znę. – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Wca­le mnie to nie za­ska­ku­je. A te­raz po­słu­chaj: wiem, kim na­praw­dę je­steś. My­śla­łeś, że mnie oszu­kasz tymi cią­gły­mi zmia­na­mi na­zwi­ska? Praw­da wy­glą­da na­stę­pu­ją­co: wsa­dzi­łeś łapę w gniaz­do os, nie po­wi­nie­neś więc się dzi­wić, że cię użą­dlą. I to nie raz. Nie je­den raz. – Po­chy­lił się na krze­śle. – Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo gar­dzi­my sobą na­wza­jem, twój oj­ciec i ja, do­ra­sta­li­śmy ra­zem i kie­dyś by­li­śmy so­bie bli­scy jak bra­cia. A więc, z sza­cun­ku dla nie­go, nie będę cię okła­my­wał. Ten twój śmia­ły wy­pad na na­sze te­ry­to­rium nie skoń­czy się do­brze. Szcze­rze mó­wiąc, od po­cząt­ku ska­za­ny był na klę­skę. A wiesz dla­cze­go? Nie mu­sisz od­po­wia­dać, oczy­wi­ście, że wiesz. Zdra­dzi­ły cię twe przy­ziem­ne po­trze­by, Pio­trze. Ta cu­dow­na dziew­czy­na, z któ­rą sy­piasz od pół roku, na­le­ży do mnie. Wiem, wiem, je­steś pe­wien, że to nie­moż­li­we. Spraw­dzi­łeś ją, to twój mo­dus ope­ran­di. Prze­wi­dzia­łem, o co bę­dziesz py­tał, i do­pil­no­wa­łem, że­byś usły­szał od­po­wie­dzi, któ­re chcia­łeś usły­szeć.

Zil­ber, za­pa­trzo­ny w jego twarz, znów za­dzwo­nił zę­ba­mi.

Nie mógł prze­stać, choć z ca­łej siły za­ci­skał szczę­ki.

– Phi­lip­pe, pro­szę o her­ba­tę.

Chwi­lę póź­niej po­ja­wił się mło­dy, smu­kły chło­pak. Po­sta­wił srebr­ny an­giel­ski ser­wis na sto­licz­ku po pra­wej stro­nie go­spo­da­rza. Ni­czym ko­cha­ją­cy wu­jek, z uczu­ciem, Iku­pow na­peł­nił por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę i do­sy­pał do niej cu­kru. Po­tem przy­ło­żył ją do si­nych warg jeń­ca.

– Pij, pro­szę. To dla two­je­go do­bra. – Piotr pa­trzył mu w oczy. Iku­pow nie­mal na­tych­miast zo­rien­to­wał się, o co cho­dzi. – Ach tak, oczy­wi­ście – po­wie­dział i wy­pił łyk, po­ka­zu­jąc, że to na­praw­dę her­ba­ta, nic wię­cej. Tym ra­zem Piotr za­czął pić, po­cząt­ko­wo z tru­dem, po­tem wręcz łap­czy­wie. Kie­dy skoń­czył, Iku­pow od­sta­wił fi­li­żan­kę na spodek.

Zil­ber ja­koś opa­no­wał strach.

– Le­piej się czu­jesz?

– Po­czu­ję się le­piej, kie­dy się stąd wy­do­sta­nę.

– No cóż, oba­wiam się, że to może nie na­stą­pić zbyt szyb­ko. Je­śli w ogó­le. Chy­ba że od­po­wiesz mi na kil­ka py­tań.

Iku­pow przy­su­nął krze­sło bli­żej więź­nia. Wy­raz twa­rzy do­bre­go wuj­ka gdzieś znikł, jak­by go w ogó­le nie było.

– Ukra­dłeś coś, co na­le­ży do mnie – wark­nął. – Chcę to od­zy­skać.

– Nig­dy nie na­le­ża­ło do cie­bie. Ty też to ukra­dłeś.

W gło­sie Zil­be­ra było tyle jadu, że Iku­pow za­re­ago­wał.

– Nie­na­wi­dzisz mnie tak bar­dzo, jak ko­chasz ojca, Pio­trze. To twój pod­sta­wo­wy pro­blem. Ja­koś nie na­uczy­łeś się, że nie­na­wiść i mi­łość są w za­sa­dzie tym sa­mym uczu­ciem. Tymi, któ­rzy ko­cha­ją, moż­na ma­ni­pu­lo­wać z taką samą ła­two­ścią jak tymi, któ­rzy nie­na­wi­dzą.

Piotr za­ci­snął usta, jak­by sło­wa wro­ga po­zo­sta­wi­ły w nich gorz­ki smak.

– W każ­dym ra­zie się spóź­ni­łeś. Do­ku­ment jest w dro­dze.

Iku­pow zmie­nił się jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki. Twarz mu znie­ru­cho­mia­ła, nie zdra­dza­ła ni­cze­go. Jego drob­ne cia­ło na­pię­ło się, było jak śmier­cio­no­śna broń go­to­wa za­bi­jać.

– Do­kąd go po­sła­łeś?

Wię­zień wzru­szył ra­mio­na­mi. Twarz py­ta­ją­ce­go po­czer­wie­nia­ła od gwał­tow­nej fu­rii.

– My­ślisz, że nic nie wiem o ka­na­le in­for­ma­cyj­nym, któ­ry do­sko­na­lisz od trzech lat? Któ­rym wy­sy­łasz in­for­ma­cje i ma­te­ria­ły do ojca, gdzie­kol­wiek jest?

Po raz pierw­szy od mo­men­tu od­zy­ska­nia przy­tom­no­ści Piotr Zil­ber się uśmiech­nął.

– Gdy­byś wie­dział coś o tym ka­na­le, już byś go za­mknął.

Iku­pow od­zy­skał że­la­zną sa­mo­kon­tro­lę.

– Mó­wi­łem, że nie war­to z nim roz­ma­wiać – roz­legł się głos sto­ją­ce­go gdzieś z tyłu Ar­ka­di­na.

– Mimo wszyst­ko… są prze­cież pew­ne zwy­cza­je, na­le­ży ich prze­strze­gać. Nie je­stem zwie­rzę­ciem.

Zil­ber tyl­ko prych­nął. Go­spo­darz przyj­rzał mu się uważ­nie, a po­tem usiadł wy­god­niej, ele­ganc­ko pod­cią­gnął no­gaw­kę, za­ło­żył nogę na nogę, splótł gru­be pa­lu­chy na brzu­chu.

– Daję ci jed­ną, ostat­nią szan­sę na kon­ty­nu­owa­nie roz­mo­wy.

Ci­sza prze­cią­ga­ła się nie­zno­śnie, Iku­pow mu­siał ją prze­rwać.

– Pio­trze, dla­cze­go mi to ro­bisz? – wes­tchnął i spoj­rzał na Ar­ka­di­na. – Za­czy­naj.

Mimo że kosz­to­wa­ło go to wie­le bólu i trud­no­ści z od­dy­cha­niem, Piotr Zil­ber od­wró­cił gło­wę naj­da­lej, jak mógł, nie zdo­łał jed­nak do­strzec, co robi Ar­ka­din. Sły­szał tyl­ko cha­rak­te­ry­stycz­ny brzęk; ktoś prze­su­wał po dy­wa­nie me­ta­lo­wy wó­zek z na­rzę­dzia­mi.

– Nie prze­stra­szysz mnie – po­wie­dział.

– Nie za­mie­rzam cię stra­szyć – od­parł spo­koj­nie Iku­pow.

– Za­mie­rzam za­dać ci ból. Bar­dzo wiel­ki ból.

• • •

W kon­wul­sjach cier­pie­nia świat Zil­be­ra skur­czył się do roz­mia­ru ma­leń­kiej gwiazd­ki, punk­ci­ku na noc­nym nie­bie.

Tkwił w za­mknię­tej klat­ce swe­go umy­słu, jed­nak mimo tre­nin­gu, mimo nie­kwe­stio­no­wa­nej od­wa­gi, nie umiał zde­fi­nio­wać i opa­no­wać bólu. Na gło­wie miał wo­rek cia­sno za­sznu­ro­wa­ny przy szyi. To ogra­ni­cze­nie stu­krot­nie wzmac­nia­ło ból, Piotr bo­wiem, choć nie­ustra­szo­ny, cier­piał na klau­stro­fo­bię. Dla ko­goś, kto nie wcho­dził do ja­skiń, nie­wiel­kich po­miesz­czeń, na­wet nie nur­ko­wał, kap­tur za­kre­ślał gra­ni­cę naj­gor­sze­go z wy­obra­żo­nych świa­tów. Zmy­sły mó­wi­ły mu wpraw­dzie, że nie jest za­mknię­ty, ale mózg nie chciał za­ak­cep­to­wać ich świa­dec­twa – był spa­ra­li­żo­wa­ny pa­ni­ką. Ból, któ­re­go Zil­ber do­świad­czał za spra­wą Ar­ka­di­na, był jed­nym, jego cho­ro­bli­we na­tę­że­nie czymś zu­peł­nie in­nym. Piotr czuł, jak w jed­nej chwi­li dzi­cze­je; zła­pa­ny w pu­łap­kę wilk, go­tów od­gryźć so­bie łapę. Umysł nie jest jed­nak łapą i od­gryźć go nie moż­na.

Le­d­wie sły­szał po­wta­rza­ne raz za ra­zem py­ta­nie, na któ­re znał od­po­wiedź. Nie chciał jej udzie­lić, lecz wie­dział, że w koń­cu to zro­bi, po­nie­waż głos obie­cy­wał, że po tym od razu zdej­mą mu kap­tur. Nie­mal osza­la­ły wie­dział już tyl­ko, że jest to ko­niecz­ne. Nie od­róż­niał już do­bra od zła, tego co słusz­ne, od tego co nie­słusz­ne, kłam­stwa od praw­dy. Miał przed sobą tyl­ko je­den cel: prze­trwać. Pró­bo­wał choć­by po­ru­szyć pal­ca­mi, ale po­chy­lo­ny nad nim prze­słu­chu­ją­cy unie­ru­cho­mił go, opie­ra­jąc się o jego dło­nie na­sa­dą swo­ich.

Piotr nie był w sta­nie wy­trzy­mać tego dłu­żej. Od­po­wie­dział na py­ta­nie.

Kap­tur po­zo­stał tam, gdzie był, na jego gło­wie. Zil­ber za­wył z wście­kło­ści i prze­ra­że­nia. „Oczy­wi­ście, że go nie zdję­li”, po­wta­rzał ci­chy, da­le­ki głos ja­kiejś jego drob­nej cząst­ki, któ­ra po­zo­sta­ła nor­mal­na. Bo gdy­by zdję­li, nie mie­li­by jak skło­nić go, żeby od­po­wie­dział na ko­lej­ne py­ta­nie. I na­stęp­ne.

A od­po­wie. Wie­dział, że od­po­wie. Na wszyst­kie. Zda­wał so­bie z tego spra­wę z mro­żą­cą krew w ży­łach pew­no­ścią. Cho­ciaż ja­kąś czę­ścią umy­słu poj­mo­wał, że kap­tur zo­sta­nie tam, gdzie jest, na za­wsze, miał za­miar zro­bić wszyst­ko, by tak się nie sta­ło. Inna moż­li­wość po pro­stu nie ist­nia­ła.

Ale te­raz, kie­dy mógł po­ru­szyć pal­ca­mi, po­ja­wi­ła się szan­sa.

Zdą­żył, nim znów wpadł w wir sza­leń­stwa. Pod­jął de­cy­zję. Przed sobą miał już tyl­ko jed­ną dro­gę i, wy­ma­wia­jąc ci­chą mo­dli­twę do Al­la­cha, zro­bił na niej pierw­szy krok.

• • •

Iku­pow i Ar­ka­din sta­li nad cia­łem Pio­tra Zil­be­ra, le­żą­cym na pod­ło­dze z prze­krzy­wio­ną gło­wą, i pa­trzy­li na zsi­nia­łe war­gi wraz z cien­ką, lecz do­sko­na­le wi­docz­ną war­stew­kę po­kry­wa­ją­cej je pia­ny. Iku­pow po­chy­lił się, wcią­gnął w płu­ca za­pach gorz­kich mig­da­łów.

– Chcia­łem mieć go ży­we­go, Le­oni­dzie – po­wie­dział zi­ry­to­wa­ny. – Mia­łem wra­że­nie, że wy­ra­zi­łem się wy­star­cza­ją­co ja­sno. Ja­kim cu­dem uda­ło mu się do­brać do cy­jan­ku?

– Uży­li wa­rian­tu, któ­re­go do tej pory nie wi­dzia­łem.

– Ar­ka­din też nie spra­wiał wra­że­nia za­do­wo­lo­ne­go z sie­bie.

– Fał­szy­we­go pa­znok­cia.

– Po­wie­dział­by nam wszyst­ko.

– Oczy­wi­ście. Już za­czął.

– A po­tem wziął na sie­bie obo­wią­zek za­mknię­cia so­bie ust. – Iku­pow po­trzą­snął gło­wą z nie­sma­kiem. – To, co się dziś sta­ło, może się oka­zać groź­ne w skut­kach. Miał bar­dzo nie­bez­piecz­nych przy­ja­ciół.

– Znaj­dę ich. I za­bi­ję – obie­cał Ar­ka­din.

Iku­pow po­trzą­snął gło­wą.

– Na­wet ty nie zdo­łasz po­za­bi­jać tylu na czas.

– Mogę skon­tak­to­wać się z Mi­szą.

– I za­ry­zy­ko­wać utra­tę wszyst­kie­go? Nie. Ro­zu­miem, co cię z nim łą­czy: naj­bliż­szy przy­ja­ciel, men­tor. Ro­zu­miem, że czu­jesz po­trze­bę po­roz­ma­wia­nia z nim. Spo­tka­nia. Ale to bę­dzie moż­li­we do­pie­ro wte­dy, kie­dy skoń­czy­my spra­wę i Mi­sza wró­ci do domu. To moje ostat­nie sło­wo.

– Ro­zu­miem.

Iku­pow pod­szedł do okna. Stał z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi na ple­cach, kon­tem­plu­jąc za­pa­da­ją­cą ciem­ność. Wzdłuż brze­gu je­zio­ra i na wzgó­rzu Cam­pio­ne d’Ita­lia błysz­cza­ły świa­tła. Przez dłu­gą chwi­lę mil­czał, przy­glą­da­jąc się od­mie­nio­ne­mu kra­jo­bra­zo­wi.

– Bę­dzie­my mu­sie­li przy­spie­szyć bieg wy­da­rzeń, to wszyst­ko – po­wie­dział w koń­cu. – A ty za­czniesz od Se­wa­sto­po­la. Użyj je­dy­ne­go na­zwi­ska, któ­re zna­my; tego, któ­re po­dał Piotr, nim po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. – Od­wró­cił się, spoj­rzał pro­sto w oczy Ar­ka­di­na. – Te­raz wszyst­ko za­le­ży od cie­bie, Le­oni­dzie. Ten atak jest w fa­zie pla­no­wa­nia od trzech lat. Opra­co­wa­no go, by pod­wa­żyć pod­sta­wy ame­ry­kań­skiej eko­no­mii. Jesz­cze tyl­ko dwa ty­go­dnie i sta­nie się rze­czy­wi­sto­ścią. – Bez­gło­śnie prze­szedł po ko­bier­cu.

– Phi­lip­pe da ci pie­nią­dze, do­ku­men­ty, broń, któ­rej nie spo­sób wy­kryć środ­ka­mi elek­tro­nicz­ny­mi… wszyst­ko, cze­go mo­żesz po­trze­bo­wać. Znajdź tego czło­wie­ka z Se­wa­sto­po­la. Od­zy­skaj do­ku­ment, a kie­dy już go zdo­bę­dziesz, prze­śledź ka­nał in­for­ma­cyj­ny aż do jego po­cząt­ku i za­mknij go, żeby już nig­dy nie zo­stał wy­ko­rzy­sta­ny prze­ciw­ko na­szym pla­nom.

Księga pierwsza

Rozdział 1

– Kim jest Da­vid Webb?

Sto­ją­ca przed jego biur­kiem w ga­bi­ne­cie Geo­r­ge­town Uni­ver­si­ty Mo­ira Tre­vor za­da­ła to py­ta­nie tak po­waż­nie, że Ja­son Bo­ur­ne po­czuł się w obo­wiąz­ku udzie­lić od­po­wie­dzi.

– Dziw­ne – po­wie­dział – ale o to nikt mnie jesz­cze nie py­tał. Da­vid Webb to spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie lin­gwi­sty­ki, oj­ciec dwój­ki dzie­ci ży­ją­cych so­bie spo­koj­nie i szczę­śli­wie na ran­czu w Ka­na­dzie z dziad­ka­mi, ro­dzi­ca­mi Ma­rie.

Mo­ira zmarsz­czy­ła brwi.

– Nie tę­sk­nisz za nimi?

– Strasz­nie za nimi tę­sk­nię – przy­znał Bo­ur­ne – ale szcze­rze mó­wiąc, znacz­nie im le­piej tam, gdzie są, niż by­ło­by tu­taj. Bo ja­kie ży­cie mógł­bym im za­pew­nić? No i jesz­cze to cią­głe za­gro­że­nie spo­wo­do­wa­ne toż­sa­mo­ścią Bo­ur­ne’a. Ma­rie po­rwa­no i gro­żo­no jej, żeby zmu­sić mnie do zro­bie­nia cze­goś, cze­go nie chcia­łem zro­bić. Nie do­pusz­czę, by ta sy­tu­acja się po­wtó­rzy­ła.

– Prze­cież wi­du­jesz się z nimi od cza­su do cza­su.

– Tak czę­sto jak to moż­li­we… ale to trud­ne. Nie mogę do­pu­ścić, by ktoś mnie śle­dził po dro­dze.

– Je­stem ca­łym ser­cem z tobą. – Mo­ira po­wie­dzia­ła to szcze­rze. Uśmiech­nę­ła się. – Mu­szę przy­znać, że to dziw­ne wi­dzieć cię na uni­wer­sy­te­cie, za biur­kiem. – Ro­ze­śmia­ła się.

– Mam ci ku­pić faj­kę i ma­ry­nar­kę z ła­ta­mi na łok­ciach?

Bo­ur­ne od­po­wie­dział jej uśmie­chem.

– Bar­dzo do­brze się tu czu­ję, wiesz? Na­praw­dę do­sko­na­le.

– Cie­szę się. Śmierć Mar­ti­na była cio­sem dla nas oboj­ga. Moim środ­kiem uśmie­rza­ją­cym jest pra­ca na peł­ny etat. Two­im: uni­wer­sy­tet i nowe ży­cie.

– Po­wie­dział­bym, że ra­czej sta­re ży­cie. – Ja­son ro­zej­rzał się do­oko­ła. – Ma­rie była naj­szczę­śliw­sza, kie­dy uczy­łem. Wie­dzia­ła, że co­dzien­nie wró­cę z pra­cy, zjem obiad z nią i dzie­cia­ka­mi.

– A ty? By­łeś tu naj­szczę­śliw­szy?

Twarz męż­czy­zny spo­waż­nia­ła, za­chmu­rzy­ła się.

– By­łem szczę­śli­wy z Ma­rie – po­wie­dział, pa­trząc Mo­irze w oczy. – Nie wy­obra­żam so­bie, że­bym po­tra­fił po­wie­dzieć to ko­mu­kol­wiek oprócz cie­bie.

– Rzad­ki kom­ple­ment, bio­rąc pod uwa­gę, że to wła­śnie ty go po­wie­dzia­łeś.

– Czyż­bym rze­czy­wi­ście tak oszczę­dzał na kom­ple­men­tach?

– Je­steś mi­strzem za­cho­wy­wa­nia ta­jem­ni­cy. Jak Mar­tin. Tyl­ko mam po­waż­ne wąt­pli­wo­ści, czy do­brze ci to robi.

– Je­stem ab­so­lut­nie pe­wien, że nie. Ale ta­kie ży­cie wy­bra­li­śmy.

– Sko­ro już o tym mó­wi­my. – Mo­ira usia­dła na krze­śle po dru­giej stro­nie biur­ka. – Przy­szłam tro­chę wcze­śniej na nasz umó­wio­ny lunch, bo chcia­łam po­roz­ma­wiać wła­śnie o sy­tu­acji w pra­cy, ale te­raz, gdy wi­dzę cię ta­kie­go za­do­wo­lo­ne­go, do­praw­dy nie wiem, czy mó­wić da­lej.

Bo­ur­ne tym­cza­sem wspo­mi­nał chwi­lę, kie­dy zo­ba­czył ją po raz pierw­szy: smu­kłą, zgrab­ną dziew­czy­nę we mgle, wi­ją­ce się czar­ne wło­sy ota­cza­ją­ce twarz. Sta­li na blan­kach Clo­isters od stro­ny Hud­son Ri­ver. Przy­szli tu po­że­gnać ich wspól­ne­go przy­ja­cie­la, Mar­ti­na Lin­dro­sa. Pró­bu­jąc go ra­to­wać, Bo­ur­ne wy­ka­zał się wy­jąt­ko­wym mę­stwem… lecz po­niósł klę­skę.

Dziś Mo­ira ubra­na była w weł­nia­ny ko­stium i je­dwab­ną, roz­pię­tą pod szy­ją bluz­kę. Jej twarz wy­ra­ża­ła siłę, nos mia­ła duży, piw­ne oczy wiel­kie, sze­ro­ko roz­sta­wio­ne, bar­dzo in­te­li­gent­ne, lek­ko sko­śne. Wło­sy dziew­czy­ny opa­da­ły na ra­mio­na w gę­stych fa­lach. Były w niej ja­kiś nie­zwy­kły spo­kój i pew­ność sie­bie; ta ko­bie­ta wie­dzia­ła, cze­go chce, i niech le­piej nikt nie pró­bu­je jej onie­śmie­lać lub prze­stra­szyć. Nikt, ani inna ko­bie­ta, ani ża­den męż­czy­zna.

Być może wła­śnie to Bo­ur­ne ce­nił w niej naj­bar­dziej. W ogó­le nie­po­dob­na do Ma­rie, pod tym wzglę­dem zde­cy­do­wa­nie ją przy­po­mi­na­ła. Nig­dy nie wy­py­ty­wał jej o zwią­zek z Mar­ti­nem, za­kła­dał jed­nak, że był to zwią­zek uczu­cio­wy; w koń­cu Mar­tin wy­dał mu po­le­ce­nie wy­sła­nia jej tu­zi­na czer­wo­nych róż, gdy­by spo­tka­ła go śmierć. Wy­peł­nił je po­słusz­nie, czu­jąc smu­tek tak do­tkli­wy, że aż go to zdzi­wi­ło.

Te­raz, sie­dząc wy­god­nie, ze smu­kły­mi no­ga­mi za­ło­żo­ny­mi jed­na na dru­gą, wy­glą­da­ła jak wzór eu­ro­pej­skiej biz­ne­swo­man. Po­wie­dzia­ła mu kie­dyś, że jest pół An­giel­ką, pół Fran­cuz­ką, ale w ge­nach cią­gle no­si­ła wspo­mnie­nie we­nec­kich i tu­rec­kich przod­ków. Była dum­na z tej go­rą­cej krwi, pa­miąt­ki po woj­nach, bi­twach, pło­mie­niach uczuć.

– Mów. – Ja­son po­chy­lił się, oparł łok­cie na biur­ku.

– Chęt­nie do­wiem się, co masz do po­wie­dze­nia.

Mo­ira ski­nę­ła gło­wą.

– W po­rząd­ku. Wiesz już ode mnie, że Ne­xt­Gen Ener­gy So­lu­tions za­koń­czy­ła bu­do­wę ter­mi­na­lu płyn­ne­go gazu na­tu­ral­ne­go w Long Be­ach. Pierw­szy trans­port przyj­mie­my za dwa ty­go­dnie. No i wpa­dłam na po­mysł, któ­ry te­raz wy­da­je się kom­plet­nie sza­lo­ny, ale niech bę­dzie. My­śla­łam, że może zo­sta­niesz na­szym sze­fem bez­pie­czeń­stwa. Dy­rek­cja mar­twi się tro­chę, bo ter­mi­nal wy­da­je się cho­ler­nie ku­szą­cym ce­lem dla każ­dej gru­py ter­ro­ry­stycz­nej na świe­cie. Przy­pad­kiem się z nimi zga­dzam. No i nie znam ni­ko­go oprócz cie­bie, kto uczy­nił­by go bez­piecz­niej­szym.

– Czu­ję się za­szczy­co­ny, ale… mam tu pew­ne obo­wiąz­ki.

Prze­cież wiesz, że pro­fe­sor Spec­ter zro­bił mnie dzie­ka­nem wy­dzia­łu lin­gwi­sty­ki po­rów­naw­czej. Nie chcę go roz­cza­ro­wać.

– Bar­dzo lu­bię Do­mi­ni­ca Spec­te­ra, na­praw­dę. Nie ro­bi­łeś żad­nej ta­jem­ni­cy z tego, że uwa­żasz go za men­to­ra… że Da­vid Webb uwa­ża go za men­to­ra. Ale spo­tka­łam cię jako Ja­so­na Bo­ur­ne’a i to jego po­zna­łam do­brze przez te kil­ka ostat­nich mie­się­cy. Kto jest jego men­to­rem?

Twarz Bo­ur­ne’a się za­chmu­rzy­ła, tak jak po­przed­nio na wspo­mnie­nie Ma­rie.

– Alex Con­klin nie żyje.

Mo­ira po­ru­szy­ła się na krze­śle.

– Je­śli ze­chcesz pra­co­wać dla mnie, pa­mię­taj, nie bę­dziesz niósł żad­ne­go ba­ga­żu. O tym też war­to po­my­śleć. Bę­dziesz miał szan­sę zo­sta­wić za sobą ży­cie ich obu, i Da­vi­da Web­ba, i Ja­so­na Bo­ur­ne’a. Wkrót­ce lecę do Mo­na­chium, bo tam pro­du­ku­ją naj­waż­niej­szy ele­ment ter­mi­na­lu. Po­trze­ba mi rady eks­per­ta przy oce­nie spe­cy­fi­ka­cji.

– Na tym świe­cie eks­per­tów nie bra­ku­je.

– Ale nie ma ta­kie­go, któ­re­go opi­nii ufa­ła­bym jak two­jej. To spra­wa o klu­czo­wym zna­cze­niu. Po­nad po­ło­wa to­wa­ru wy­sy­ła­ne­go do Sta­nów Zjed­no­czo­nych prze­cho­dzi przez port w Long Be­ach, więc po­trze­bu­je­my spe­cjal­nych środ­ków bez­pie­czeń­stwa. Rząd ame­ry­kań­ski zdą­żył już po­ka­zać, że nie ma ani cza­su, ani spe­cjal­nej ocho­ty na ochro­nę trans­por­tu to­wa­rów ko­mer­cyj­nych, więc mu­si­my chro­nić je sami. Ter­mi­nal może być rze­czy­wi­ście za­gro­żo­ny, to po­waż­na spra­wa. Wiem, że je­steś eks­per­tem. Po­tra­fisz obejść naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne sys­te­my za­bez­pie­czeń. Nikt oprócz cie­bie nie za­sto­su­je nie­kon­wen­cjo­nal­nych środ­ków.

Bo­ur­ne wstał.

– Po­słu­chaj mnie, Mo­iro – po­wie­dział po­waż­nie. – Ma­rie była naj­więk­szą wiel­bi­ciel­ką Da­vi­da Web­ba. Po jej śmier­ci da­łem so­bie z nim spo­kój. Ale on nie umarł. Nie jest ka­le­ką. Żyje we mnie. Kie­dy za­sy­piam, śnię o jego ży­ciu, jak­by to było ży­cie ob­ce­go czło­wie­ka, i bu­dzę się, ocie­ka­jąc po­tem.

Czu­ję się tak, jak­by ja­kaś część mnie zo­sta­ła am­pu­to­wa­na. Nie chcę się tak czuć. Pora od­dać Da­vi­do­wi Web­bo­wi to, co mu się na­le­ży.

• • •

Ve­ro­ni­ca Hart lek­kim, wręcz bez­tro­skim kro­kiem prze­cho­dzi­ła przez je­den po­ste­ru­nek kon­tro­l­ny po dru­gim w dro­dze do bun­kra, ja­kim jest Za­chod­nie Skrzy­dło Bia­łe­go Domu. Mia­ła do­stać nową pra­cę na sta­no­wi­sku dy­rek­to­ra Cen­tra­li Wy­wia­du – bu­dzą­cą sza­cu­nek i trud­ną, zwłasz­cza po dwóch ze­szło­rocz­nych klę­skach: mor­der­stwie i po­waż­nym za­gro­że­niu bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go. A jed­nak nig­dy jesz­cze nie była tak szczę­śli­wa. Po­trze­bo­wa­ła po­czu­cia celu, to uwa­ża­ła za naj­waż­niej­sze; pra­ca zwią­za­na z ogrom­ną od­po­wie­dzial­no­ścią sta­no­wi­ła osta­tecz­ne uspra­wie­dli­wie­nie jej wy­sił­ków, nie­po­wo­dzeń oraz za­gro­żeń, któ­rych win­na była nie ona sama, lecz jej płeć.

No i po­zo­sta­wa­ła jesz­cze jed­na kwe­stia. W wie­ku czter­dzie­stu sze­ściu lat Ve­ro­ni­ca Hart mia­ła zo­stać naj­młod­szym dy­rek­to­rem CI, jaki kie­dy­kol­wiek peł­nił tę funk­cję. Przy­najm­niej dla niej nie było w tym nic dziw­ne­go. Nie­zwy­kła wręcz in­te­li­gen­cja w po­łą­cze­niu z że­la­zną de­ter­mi­na­cją uczy­ni­ły ją już naj­młod­szą ab­sol­went­ką jej uni­wer­sy­te­tu, a tak­że naj­młod­szym funk­cjo­na­riu­szem wy­wia­du woj­sko­we­go i naj­wyż­sze­go do­wódz­twa ar­mii, naj­młod­szym agen­tem pry­wat­nej fir­my wy­wia­dow­czej Black Ri­ver na lu­kra­tyw­nych pla­ców­kach w Afga­ni­sta­nie i Rogu Afry­ki; a co tam wła­ści­wie ro­bi­ła, kim do­wo­dzi­ła i do­kład­nie gdzie, nie wie­dzie­li na­wet sze­fo­wie sied­miu dy­rek­to­ria­tów CI.

A te­raz wresz­cie za­le­d­wie krok dzie­lił ją od szczy­tu, po­wy­żej któ­re­go w wy­wia­dzie nie ist­nia­ło już nic. Szczę­śli­wie prze­sko­czy­ła wszyst­kie płot­ki, omi­nę­ła pu­łap­ki, po­ko­na­ła la­bi­ryn­ty, na­uczy­ła się, czy­im być przy­ja­cie­lem, a komu po­ka­zać ple­cy. Zno­si­ła nie­usta­ją­ce oszczer­stwa do­ty­czą­ce jej ży­cia sek­su­al­ne­go, plot­ki o nie­sto­sow­nym za­cho­wa­niu, hi­sto­rie o tym, jak po­le­ga na in­te­li­gen­cji swych pod­wład­nych – męż­czyzn, któ­rzy po­dob­no mu­szą za nią my­śleć. Trium­fo­wa­ła raz za ra­zem, sta­now­czo prze­bi­ja­jąc koł­kiem ser­ca kłamstw i wię­cej niż raz spy­cha­jąc na dno ich au­to­rów.

W tym mo­men­cie swe­go ży­cia dys­po­no­wa­ła już siłą, z któ­rą trze­ba się było li­czyć, i cał­kiem słusz­nie roz­ko­szo­wa­ła się tą świa­do­mo­ścią. Spo­tka­nia z pre­zy­den­tem ocze­ki­wa­ła więc z lek­kim ser­cem. W tecz­ce nio­sła plik pa­pie­rów: jej wła­sny pro­jekt zmian, ma­ją­cych wy­cią­gnąć CI z ba­gna, w któ­rym po­zo­sta­wi­li ją Ka­rim al-Ja­mil i mor­der­stwo jej po­przed­ni­ka. Nikt nie był szcze­gól­nie za­sko­czo­ny tym, że w agen­cji pa­no­wał to­tal­ny ba­ła­gan, że mo­ra­le nig­dy nie było niż­sze, no i oczy­wi­ście tym, że no­mi­na­cja Hart bu­dzi­ła coś wię­cej niż nie­chęć sied­miu sze­fów dy­rek­to­ria­tów – sa­mych męż­czyzn – z któ­rych każ­dy wie­rzył, że to on po­wi­nien do­stać awans.

Cha­os i upa­dek mo­ra­le… to mia­ło się wkrót­ce zmie­nić. Vic­to­ria do­sko­na­le wie­dzia­ła, jak tego do­ko­nać, po­my­słów jej nie bra­ko­wa­ło. Ani przez chwi­lę nie wąt­pi­ła w to, że pre­zy­dent bę­dzie za­chwy­co­ny nie tyl­ko jej pla­na­mi, lecz tak­że szyb­ko­ścią, z jaką bę­dzie je wcie­lać w ży­cie. Or­ga­ni­za­cja wy­wia­dow­cza tak waż­na, tak istot­na jak Cen­tra­la Wy­wia­du nie może dłu­żej zno­sić bez­na­dziei, w któ­rej się po­grą­ży­ła. Tyl­ko an­ty­ter­ro­ry­stycz­na czar­na ope­ra­cja, Ty­phon, dzie­ło i uko­cha­ne dziec­ko Mar­ti­na Lin­dro­sa, pro­wa­dzo­na była nor­mal­nie, za co po­dzię­ko­wa­nia na­le­ża­ły się jej dy­rek­tor­ce, So­rai Mo­ore. So­raya prze­ję­ła kie­row­nic­two gład­ko, bez naj­mniej­szych pro­ble­mów, a jej agen­ci ko­cha­li ją i po­szli­by za nią w ogień. Je­śli zaś cho­dzi o resz­tę CI, to już jej za­da­niem było uzdro­wić agen­cję, do­dać jej ener­gii i dać po­czu­cie celu i sen­su dzia­ła­nia.

Za­sko­czy­ło ją, wręcz zszo­ko­wa­ło, kie­dy w Ga­bi­ne­cie Owal­nym spo­tka­ła nie tyl­ko pre­zy­den­ta, lecz tak­że Lu­the­ra La­Val­le’a, pana i wład­cę wy­wia­du w Pen­ta­go­nie, oraz jego za­stęp­cę ge­ne­ra­ła Ri­char­da P. Ken­dal­la. Igno­ru­jąc ich, prze­szła po mięk­kim, nie­bie­skim ame­ry­kań­skim dy­wa­nie uści­snąć dłoń go­spo­da­rza; wy­so­ka, smu­kła pla­ty­no­wa blon­dyn­ka o dłu­giej szyi. Fry­zu­rę mia­ła nie tyle mę­ską, ile prak­tycz­ną i su­ge­ru­ją­cą rze­czo­we po­dej­ście do pra­cy, ubra­na była w gra­na­to­wo­czar­ny ko­stium, czó­łen­ka na ni­skim ob­ca­sie, no­si­ła małe zło­te kol­czy­ki i tyl­ko tyle ma­ki­ja­żu, ile to ko­niecz­ne. Pa­znok­cie ob­ci­na­ła krót­ko.

– Sia­daj, pro­szę, Ve­ro­ni­co – po­wie­dział uprzej­mie pre­zy­dent. – Znasz Lu­the­ra La­Val­le’a i ge­ne­ra­ła Ken­dal­la.

– Oczy­wi­ście. – Ve­ro­ni­ca ski­nę­ła gło­wą nie­mal nie­do­strze­gal­nie. – Miło was wi­dzieć, pa­no­wie.

Było to twier­dze­nie bar­dzo da­le­kie od praw­dy. Nie­na­wi­dzi­ła La­Val­le’a – pod wie­lo­ma wzglę­da­mi naj­nie­bez­piecz­niej­sze­go czło­wie­ka w ame­ry­kań­skim wy­wia­dzie, tak­że dla­te­go, że ze wszyst­kich sił wspie­rał go nie­mal wszech­wład­ny E.R. „Bud” Hal­li­day, se­kre­tarz obro­ny. La­Val­le był ego­ty­stą po­żą­da­ją­cym wy­łącz­nie wła­dzy, świę­cie wie­rzą­cym, że ame­ry­kań­skim wy­wia­dem po­win­ni rzą­dzić wy­łącz­nie jego lu­dzie. Ży­wił się woj­ną jak inni lu­dzie mię­sem i ziem­nia­ka­mi. Była nie­mal pew­na, choć nig­dy nie umia­ła tego udo­wod­nić, że to on był au­to­rem co dra­stycz­niej­szych plo­tek na jej te­mat. Uszczę­śli­wia­ło go ruj­no­wa­nie ludz­kich re­pu­ta­cji, uwiel­biał stać dum­nie na sto­sie cza­szek po­ko­na­nych wro­gów.

La­Val­le prze­jął ini­cja­ty­wę w cza­sach Afga­ni­sta­nu i na­stęp­nie Ira­nu, wy­ko­rzy­stu­jąc cha­rak­te­ry­stycz­ne dla Pen­ta­go­nu mgli­ste okre­śle­nie: „Przy­go­to­wa­nie pola bi­twy na przy­by­cie żoł­nie­rzy”. Dzię­ki temu zdo­łał roz­sze­rzyć pre­ro­ga­ty­wy in­sty­tu­cji zbie­ra­ją­cej dane wy­wia­dow­cze dla Pen­ta­go­nu do tego stop­nia, że wkro­czył na te­re­ny za­re­zer­wo­wa­ne dla Cen­tra­li Wy­wia­du, po­wo­du­jąc tym spo­re za­mie­sza­nie. Wszy­scy w krę­gach wy­wia­dow­czych wie­dzie­li, że chce prze­jąć agen­tów CI i jej bu­do­wa­ną la­ta­mi mię­dzy­na­ro­do­wą siat­kę. Do jego mo­dus ope­ran­di pa­so­wa­ło to, że po śmier­ci za­rów­no Sta­re­go, jak i na­masz­czo­ne­go przez nie­go na­stęp­cy spró­bu­je tego do­ko­nać w naj­bar­dziej agre­syw­ny spo­sób. Dla­te­go też na jego wi­dok i na wi­dok jego wier­ne­go pie­ska w gło­wie Ve­ro­ni­ki roz­dzwo­ni­ły się dzwon­ki alar­mo­we.

Przed biur­kiem pre­zy­den­ta sta­ły trzy krze­sła usta­wio­ne w luź­ne pół­ko­le. Dwa z nich były już, oczy­wi­ście, za­ję­te. Dla Ve­ro­ni­ki Hart po­zo­sta­ło trze­cie; za­ję­ła miej­sce aż na­zbyt świa­do­ma tego, że ma po bo­kach męż­czyzn i że to z pew­no­ścią nie przy­pa­dek. Ro­ze­śmia­ła się w du­chu. Je­śli ci dwaj chcą ją onie­śmie­lić, spra­wić, by po­czu­ła się osa­czo­na, to… nie mo­gli się bar­dziej po­my­lić. I tyl­ko w Bogu na­dzie­ja, po­my­śla­ła jesz­cze, kie­dy pre­zy­dent za­czy­nał spo­tka­nie, że za go­dzi­nę ten mój chi­chot nie od­bi­je mi się czkaw­ką.

• • •

Bo­ur­ne za­my­kał drzwi swe­go ga­bi­ne­tu, kie­dy zza rogu wy­biegł Do­mi­nic Spec­ter. Na wi­dok przy­ja­cie­la zni­kła głę­bo­ka zmarszcz­ka na jego wy­so­kim czo­le.

– Da­vi­dzie, jak to do­brze, że zła­pa­łem cię, nim wy­sze­dłeś! – wy­krzyk­nął ura­do­wa­ny. Po czym, wcie­le­nie uprzej­mo­ści, ukło­nił się jego to­wa­rzysz­ce w sta­ro­świec­ki, eu­ro­pej­ski spo­sób.

– I pięk­ną Mo­irę, oczy­wi­ście. – Po­wie­dziaw­szy to, całą uwa­gę sku­pił na Ja­so­nie.

Spec­ter był nie­wy­so­kim męż­czy­zną, peł­nym ener­gii, mimo że prze­kro­czył już sie­dem­dzie­siąt­kę. Jego na po­zór do­sko­na­le okrą­gła gło­wa wy­ra­sta­ła nad li­nię wło­sów koń­czą­cych się na wy­so­ko­ści uszu. Oczy miał ciem­ne, prze­ni­kli­we, skó­rę opa­lo­ną na brąz. Sze­ro­kie usta spra­wia­ły, że przy­po­mi­nał uśmiech­nię­tą żabę go­to­wą sko­czyć z jed­ne­go li­ścia li­lii wod­nej na dru­gi.

– Mam drob­ny pro­blem i chciał­bym go z tobą prze­dys­ku­to­wać – po­wie­dział. Uśmiech­nął się roz­bra­ja­ją­co.

– Ro­zu­miem, że dziś wie­czo­rem nie masz cza­su. Czy mogę brać pod uwa­gę ju­trzej­szy obiad?

Bo­ur­ne po­znał, że pod uśmie­chem jego sta­re­go men­to­ra coś się kry­je, że męż­czy­zna ma ja­kiś pro­blem.

– A może spo­tka­li­by­śmy się na śnia­da­niu? – za­pro­po­no­wał.

– Je­steś pe­wien, że się dla mnie nie po­świę­casz, Da­vi­dzie? – spy­tał Spec­ter, choć na jego twa­rzy od­ma­lo­wa­ła się wiel­ka ulga.

– Na­wet wolę śnia­da­nie – skła­mał Bo­ur­ne. – Ósma?

– Wspa­nia­le! Już nie mogę się do­cze­kać.

Spec­ter ukło­nił się Mo­irze i od­szedł szyb­ko.

– Żywe sre­bro – po­wie­dzia­ła Mo­ira. – Gdy­bym ja mia­ła ta­kich pro­fe­so­rów.

– Stu­dia mu­sia­ły być dla cie­bie pie­kłem – za­uwa­żył Bo­ur­ne.

– Nie prze­sa­dzaj­my. – Ro­ze­śmia­ła się. – A poza tym stu­dio­wa­łam tyl­ko przez dwa lata. Po­tem ucie­kłam do Ber­li­na.

– Uwierz mi, gdy­byś spo­tka­ła na swej dro­dze ta­kie­go Spec­te­ra, two­je do­świad­cze­nia by­ły­by zu­peł­nie inne.

Omi­nę­li kil­ka grup stu­den­tów plot­ku­ją­cych i dys­ku­tu­ją­cych o wy­kła­dach. Prze­szli ko­ry­ta­rzem do drzwi, po kil­ku stop­niach ze­szli na czwo­ro­kąt­ny dzie­dzi­niec. Szyb­kim kro­kiem skie­ro­wa­li się do re­stau­ra­cji, w któ­rej mie­li zjeść ko­la­cję. Mi­ja­li ich stu­den­ci nie­mal bie­gną­cy ścież­ka­mi mię­dzy drze­wa­mi i traw­ni­ka­mi. Gdzieś w od­da­li grał ze­spół; wo­kół niósł się cha­rak­te­ry­stycz­ny dla wszyst­kich stu­denc­kich kam­pu­sów po­wol­ny, sen­ny rytm. Po nie­bie pły­nę­ły kłę­by chmur ni­czym kli­pry z wy­dę­ty­mi ża­gla­mi. Znad Po­to­ma­cu wiał wil­got­ny wiatr.

– Był czas, kie­dy wpa­dłem w głę­bo­ką de­pre­sję – mó­wił da­lej Bo­ur­ne. – Wie­dzia­łem, ale nie ak­cep­to­wa­łem; ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi, praw­da? Pro­fe­so­ro­wi Spec­te­ro­wi uda­ło się na­wią­zać ze mną kon­takt. Był jak koło rzu­co­ne to­ną­ce­mu. Naj­bar­dziej po­trze­bo­wa­łem po­czu­cia ładu i sta­bi­li­za­cji. Na­praw­dę nie wiem, co by ze mną było, gdy­by nie on. Jako je­dy­ny ro­zu­miał, że kie­dy po­grą­żam się w ję­zy­ku, je­stem szczę­śli­wy. Nie­za­leż­nie od tego, kim by­łem, jed­no po­zo­sta­wa­ło nie­zmie­nio­ne: moje zdol­no­ści ję­zy­ko­we. Ucze­nie się ję­zy­ka to jak po­zna­wa­nie hi­sto­rii, tyl­ko od środ­ka. Obej­mu­je woj­ny et­nicz­ne, re­li­gię, sprze­nie­wie­rze­nia, kom­pro­mi­sy, po­li­ty­kę. Moż­na się z nie­go na­uczyć tyle, bo kształ­to­wa­ła go hi­sto­ria.

Zdą­ży­li już opu­ścić te­re­ny uni­wer­sy­tec­kie. Szli 36th Stre­et w stro­nę re­stau­ra­cji 1789, ulu­bio­nej knajp­ki Mo­iry, miesz­czą­cej się w ra­tu­szu fe­de­ral­nym. Na miej­scu za­pro­wa­dzo­no ich na pię­tro, do sto­li­ka przy oknie. Sala wy­ło­żo­na była bo­aze­rią w sta­ro­świec­kim sty­lu, na sto­łach za­sta­wio­nych ele­ganc­ką por­ce­la­ną i szkłem pło­nę­ły świe­ce. Usie­dli na­prze­ciw sie­bie, za­mó­wi­li drin­ki. Bo­ur­ne po­chy­lił się przez sto­lik.

– Po­słu­chaj mnie, Mo­iro – po­wie­dział ci­cho.

– Za­mie­rzam po­wie­dzieć ci coś, o czym wie bar­dzo nie­wie­lu lu­dzi. Nadal prze­śla­du­je mnie toż­sa­mość Bo­ur­ne’a. Kie­dyś Ma­rie bar­dzo się mar­twi­ła, że de­cy­zje, któ­re mu­sia­łem po­dej­mo­wać, że to, co mu­sia­łem ro­bić jako Ja­son Bo­ur­ne, po­zba­wi mnie w koń­cu uczuć. Przyj­dę do niej, a po Da­vi­dzie Web­bie nie zo­sta­nie ślad. Nie mogę na to po­zwo­lić.

– Ja­so­nie, prze­cież od chwi­li, kie­dy spo­tka­li­śmy się, by roz­rzu­cić pro­chy Mar­ti­na, spę­dzi­li­śmy ze sobą spo­ro cza­su i nie za­uwa­ży­łam, byś utra­cił co­kol­wiek ze swe­go czło­wie­czeń­stwa.

Umil­kli. Kel­ner po­sta­wił przed nimi drin­ki, po­dał oboj­gu menu. Gdy tyl­ko od­szedł, Bo­ur­ne prze­rwał ci­szę.

– Na­wet nie wiesz, jak bar­dzo mnie po­cie­szy­łaś. Krót­ko się zna­my, owszem, ale już na­uczy­łem się ufać two­jej opi­nii. Nie je­steś po­dob­na do lu­dzi, któ­rych spo­ty­ka­łem do tej pory.

Mo­ira pod­nio­sła szkla­necz­kę. Wy­pi­ła łyk, ale nie spusz­cza­ła wzro­ku ze swe­go to­wa­rzy­sza.

– Dzię­ku­ję. To rze­czy­wi­ście wiel­ki kom­ple­ment, bio­rąc pod uwa­gę, kto go po­wie­dział. Zwłasz­cza że wiem, kim była dla cie­bie Ma­rie.

Bo­ur­ne za­pa­trzył się w dno szkla­necz­ki. Jego to­wa­rzysz­ka wy­cią­gnę­ła rękę nad sztyw­nym, bia­łym lnia­nym ob­ru­sem, uję­ła jego dłoń.

– Prze­pra­szam. Te­raz zno­wu ucie­kasz we wspo­mnie­nia.

Spoj­rzał na ich sty­ka­ją­ce się dło­nie; nie zro­bił nic, by prze­rwać kon­takt. Pod­niósł wzrok.

– Po­le­ga­łem na niej w wie­lu spra­wach, a te­raz oka­zu­je się, że co­raz bar­dziej się od nich od­da­lam.

– Czy to do­brze, czy źle?

– Nie wiem. Tak po pro­stu jest.

Na jego twa­rzy wi­dać było cier­pie­nie, ser­ce Mo­iry wręcz się do nie­go wy­ry­wa­ło. Przed za­le­d­wie kil­ko­ma mie­sią­ca­mi wi­dzia­ła go sto­ją­ce­go na mu­rach Clo­isters. Urnę z pro­cha­mi Mar­ti­na przy­ci­skał do pier­si tak moc­no, jak­by nie po­tra­fił się z nim po­że­gnać. Nikt nic jej nie po­wie­dział, ale i tak zo­rien­to­wa­ła się, jak wie­le ci dwaj zna­czy­li dla sie­bie na­wza­jem.

– Mar­tin był two­im przy­ja­cie­lem – po­wie­dzia­ła te­raz.

– Na­ra­ża­łeś ży­cie, żeby go ura­to­wać. Tyl­ko mi te­raz nie mów, że nic dla cie­bie nie zna­czył. A poza tym sam twier­dzisz, że nie je­steś już Ja­so­nem Bo­ur­ne’em, tyl­ko Da­vi­dem Web­bem.

– Toś mnie przy­ła­pa­ła – przy­znał z uśmie­chem.

Mo­ira nie za­re­ago­wa­ła. Była bar­dzo po­waż­na.

– Chcia­ła­bym cię o coś za­py­tać, ale nie wiem, czy mam pra­wo.

– Mo­żesz mnie py­tać o wszyst­ko – od­parł z rów­ną po­wa­gą, a ona ode­tchnę­ła głę­bo­ko i za­ry­zy­ko­wa­ła.

– Ja­so­nie, po­wie­dzia­łeś mi, że do­brze czu­jesz się na uni­wer­sy­te­cie, i je­śli rze­czy­wi­ście tak jest, to świet­nie. Ale wiem też, że ob­wi­niasz się za­rów­no o śmierć Mar­ti­na, jak i o to, że nie umia­łeś mu po­móc. Tyl­ko… jed­no mu­sisz zro­zu­mieć. Je­śli ty nie mo­głeś go oca­lić, to nikt nie mógł. Zro­bi­łeś co w two­jej mocy; je­stem pew­na, że on o tym wie­dział. Za to ja za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy nie my­ślisz cza­sem, że za­wio­dłeś Mar­ti­na… i że nie do­ra­stasz już do stan­dar­dów Bo­ur­ne’a. Za­da­łeś so­bie kie­dyś py­ta­nie, czy przy­ją­łeś ofer­tę pro­fe­so­ra Spec­te­ra i pra­cę na uni­wer­sy­te­cie tyl­ko po to, by po­zo­sta­wić za sobą ży­cie Ja­so­na Bo­ur­ne’a?

– Ależ oczy­wi­ście.

Po śmier­ci Mar­ti­na jesz­cze raz po­sta­no­wił zre­zy­gno­wać z ży­cia w po­go­ni i uciecz­ce, po­rzu­cić rze­kę nio­są­cą w swym nur­cie tyle mar­twych ciał co Gan­ges. Ale po­zo­sta­wa­ły wspo­mnie­nia. Te smut­ne pa­mię­tał. Inne, cie­nie wy­peł­nia­ją­ce ja­ski­nie jego umy­słu, wy­da­wa­ły się nie­po­zba­wio­ne kształ­tu, lecz gdy się do nich zbli­żał, od­da­la­ły się jak nie­sio­ne falą od­pły­wu. Po­zo­sta­wa­ły tyl­ko zbie­la­łe ko­ści tych, któ­rych za­bił, i tych, któ­rzy przez nie­go zgi­nę­li. Wie­dział, wie­dział z całą pew­no­ścią, że jak dłu­go od­dy­cha, tak dłu­go toż­sa­mość Bo­ur­ne’a bę­dzie żyć.

Kie­dy znów się ode­zwał, w jego oczach było cier­pie­nie.

– Mu­sisz przy­najm­niej spró­bo­wać zro­zu­mieć, jak trud­no jest mieć dwie oso­bo­wo­ści wal­czą­ce ze sobą przez cały czas. Każ­dą swo­ją cząst­ką, w każ­dej chwi­li ma­rzę tyl­ko o tym, by wy­rzu­cić jed­ną z nich na za­wsze z mo­je­go ży­cia.

– Któ­rą?

– I to jest ze wszyst­kie­go naj­gor­sze. Ile­kroć zda­je mi się, że wiem, uświa­da­miam so­bie, że nie znam od­po­wie­dzi na to py­ta­nie.

Rozdział 2

Lu­ther La­Val­le był rów­nie te­le­ge­nicz­ny jak pre­zy­dent, ale o jed­ną trze­cią od nie­go młod­szy. Miał wło­sy ko­lo­ru sło­my, za­cze­sa­ne gład­ko do tyłu jak u fil­mo­we­go aman­ta z lat trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych, i bar­dzo ru­chli­we dło­nie. Ge­ne­rał Ken­dall sta­no­wił jego prze­ci­wień­stwo ze swą kwa­dra­to­wą szczę­ką i ocza­mi jak pa­cior­ki; praw­dzi­wa esen­cja sztyw­ne­go ofi­ce­ra, po­tęż­nie zbu­do­wa­ne­go, mu­sku­lar­ne­go, za­pew­ne za­wró­co­ne­go eks­o­broń­cy w Win­con­sin albo Ohio Sta­te. W każ­dym ra­zie te­raz pa­trzył na swe­go sze­fa tak, jak ofen­syw­ny po­moc­nik pa­trzy na roz­gry­wa­ją­ce­go, dyk­tu­ją­ce­go sche­mat ata­ku.

Spo­tka­nie się roz­po­czę­ło.

– Lu­the­rze, po­nie­waż to ty po­pro­si­łeś o spo­tka­nie, są­dzę, że po­wi­nie­neś za­brać głos jako pierw­szy.

La­Val­le ski­nął gło­wą, jak­by to ustęp­stwo ze stro­ny gło­wy pań­stwa na­le­ża­ło mu się z sa­mej na­tu­ry rze­czy.

– Po ostat­nich klę­skach Cen­tra­li Wy­wia­du ku­mu­lu­ją­cych się w jej in­fil­tra­cji na naj­wyż­szym szcze­blu i zwią­za­nym z tym za­bój­stwem po­przed­nie­go dy­rek­to­ra na­le­ży wpro­wa­dzić ści­ślej­sze za­sa­dy bez­pie­czeń­stwa i kon­tro­li. Może to zro­bić wy­łącz­nie Pen­ta­gon.

Ve­ro­ni­ca po­czu­ła się w obo­wiąz­ku prze­rwać mu, nie do­pu­ścić, by zdy­stan­so­wał ją na star­cie.

– Po­zwo­lę so­bie nie zgo­dzić się z tą opi­nią – po­wie­dzia­ła, kie­ru­jąc swe sło­wa bez­po­śred­nio do pre­zy­den­ta. – Czyn­nik ludz­ki w zbie­ra­niu da­nych wy­wia­dow­czych za­wsze le­żał w kom­pe­ten­cjach CI. Na­sze siat­ki są nie­po­rów­na­ne, po­dob­nie ar­mie kon­tak­tów pra­cu­ją­ce dla nas od dzie­się­cio­le­ci. Pen­ta­gon za­wsze spe­cja­li­zo­wał się w elek­tro­nicz­nych środ­kach wy­wia­du. Są to dwie róż­ne rze­czy wy­ma­ga­ją­ce in­nych me­to­do­lo­gii, in­ne­go spo­so­bu my­śle­nia.

La­Val­le uśmiech­nął się uro­czo, ni­czym przed ka­me­ra­mi Fox TV albo pod­czas roz­mo­wy z Lar­rym Kin­giem.

– Za­nie­dbał­bym swe obo­wiąz­ki, gdy­bym nie przy­po­mniał w tym mo­men­cie, że sy­tu­acja wy­wia­du zmie­ni­ła się ra­dy­kal­nie od dwa ty­sią­ce pierw­sze­go roku. Je­ste­śmy w sta­nie woj­ny. Moim zda­niem ta sy­tu­acja może trwać bez koń­ca i dla­te­go Pen­ta­gon wy­ko­rzy­stał swe do­świad­cze­nie, roz­sze­rza­jąc pole dzia­ła­nia po­przez two­rze­nie taj­nych ze­spo­łów per­so­ne­lu DIA oraz sił spe­cjal­nych pro­wa­dzą­cych sku­tecz­ne ope­ra­cje kontr­wy­wia­dow­cze w Ira­ku i Afga­ni­sta­nie.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, pan La­Val­le i jego ma­chi­na woj­sko­wa aż na­zbyt chęt­nie wy­peł­nia­ją każ­dą po­ten­cjal­ną próż­nię, a je­śli ta­kiej nie ma, to ją two­rzą. Wspól­nie z ge­ne­ra­łem Ken­dal­lem pra­gną stwo­rzyć ob­raz nie­koń­czą­ce­go się kon­flik­tu, w któ­ry mamy oczy­wi­ście uwie­rzyć. – Wy­ję­ła z tecz­ki ar­kusz pa­pie­ru, prze­czy­ta­ła: – „Jak wy­ni­ka z do­wo­dów, sys­te­ma­tycz­nie roz­bu­do­wy­wa­li oso­bo­we za­so­by zbie­ra­nia in­for­ma­cji, kie­ru­jąc je poza Afga­ni­stan i Irak, na te­ry­to­ria CI, czę­sto z ka­ta­stro­fal­nym skut­kiem”.

Pre­zy­dent rzu­cił okiem na wrę­czo­ne mu akta.

– Wpraw­dzie nie mam żad­nych za­strze­żeń co do ar­gu­men­ta­cji, Ve­ro­ni­co – przy­znał – ale wy­da­je się, że Kon­gres jest po stro­nie Lu­the­ra. Dał mu dwa­dzie­ścia pięć mi­lio­nów do­la­rów na opła­ca­nie in­for­ma­to­rów i re­kru­to­wa­nie na­jem­ni­ków w te­re­nie.

– To część pro­ble­mu, nie roz­wią­za­nie – po­wie­dzia­ła Ve­ro­ni­ca z na­ci­skiem. – Stoi za tym fał­szy­wa me­to­do­lo­gia, ta sama, któ­rą sto­so­wa­no od za­wsze, od OSS w Ber­li­nie w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. Płat­ni in­for­ma­to­rzy czę­sto zwra­ca­li się prze­ciw nam, słu­ży­li dru­giej stro­nie, dez­in­for­mo­wa­li. A je­śli cho­dzi o na­jem­ni­ków, mo­że­my po­słu­żyć się przy­kła­dem ta­li­bów i in­nych mu­zuł­mań­skich grup po­wstań­czych. Za­wsze, do ostat­nie­go czło­wie­ka, ob­ra­ca­ły się one prze­ciw nam, a ich człon­ko­wie sta­wa­li się na­szy­mi za­cie­kły­mi wro­ga­mi.

– Coś w tym jest – przy­znał pre­zy­dent.

– To prze­szłość – wark­nął gniew­nie ge­ne­rał Ken­dall. Z każ­dym sło­wem Ve­ro­ni­ki twarz co­raz bar­dziej czer­wie­nia­ła mu z wście­kło­ści. – Nie ma żad­nych do­wo­dów na to, że nowi in­for­ma­to­rzy lub na­jem­ni­cy, bez któ­rych nie wy­gra­my prze­cież na Bli­skim Wscho­dzie, mie­li­by nas za­wieść czy z nami wal­czyć. Wręcz prze­ciw­nie, do­star­czy­li in­for­ma­cji bę­dą­cych nie­oce­nio­ną po­mo­cą dla na­szych żoł­nie­rzy na polu bi­twy.

– Z de­fi­ni­cji na­jem­ni­cy sprze­da­ją swą lo­jal­ność tym, któ­rzy pła­cą naj­wię­cej. Stu­le­cia hi­sto­rii, od cza­sów rzym­skich, sta­no­wią wy­star­cza­ją­cy do­wód.

– Ta wal­ka na sło­wa do ni­cze­go nie pro­wa­dzi. – La­Val­le po­ru­szył się na krze­śle nie­spo­koj­nie, naj­wy­raź­niej za­sko­czy­ła go tak ostra obro­na CI. Ken­dall wrę­czył mu tecz­kę, któ­rą ten prze­ka­zał pre­zy­den­to­wi. – Wraz z ge­ne­ra­łem spę­dzi­li­śmy dwa ty­go­dnie, przy­go­to­wu­jąc tę oto pro­po­zy­cję re­struk­tu­ry­za­cji Cen­tra­li Wy­wia­du, któ­ra po­win­na roz­po­cząć się już dziś. Pen­ta­gon jest go­tów wcie­lić w ży­cie swój plan, gdy tyl­ko do­sta­nie­my apro­ba­tę pre­zy­den­ta.

Ku prze­ra­że­niu Ve­ro­ni­ki pre­zy­dent ode­brał akta, prze­rzu­cił je szyb­ko i od­dał jej.

– Co ty na to?

A ona go­to­wa­ła się z wście­kło­ści. Już ko­pa­no pod nią doł­ki. Po­cie­szy­ła się tym, że przy oka­zji od­by­ła wła­śnie do­brą lek­cję po­glą­do­wą. Nie ufaj ni­ko­mu, na­wet tym, któ­rzy spra­wia­ją wra­że­nie so­jusz­ni­ków. Aż do tej chwi­li była pew­na, że ma peł­ne po­par­cie pre­zy­den­ta. Nie po­wi­nien jej za­sko­czyć fakt, że La­Val­le, bę­dą­cy prze­cież tyl­ko tubą se­kre­ta­rza obro­ny Hal­li­daya, dys­po­no­wał siłą wy­star­cza­ją­cą, by do­pro­wa­dzić do tego spo­tka­nia. Ale to, że sam pre­zy­dent pro­po­no­wał jej roz­wa­że­nie moż­li­wo­ści prze­ję­cia jej agen­cji przez Pen­ta­gon, było obu­rza­ją­ce i szcze­rze mó­wiąc, tak­że w naj­wyż­szym stop­niu nie­po­ko­ją­ce. Na­wet nie do­tknę­ła pa­pie­rów, tyl­ko wy­pro­sto­wa­ła się na krze­śle.

– Pa­nie pre­zy­den­cie, te pro­po­zy­cje na­le­ży uznać za nie­istot­ne… w naj­lep­szym przy­pad­ku. Obu­rza mnie nie­ma­sko­wa­na w swej bez­czel­no­ści pró­ba roz­sze­rze­nia gra­nic im­pe­rium wy­wia­dow­cze­go tego pana kosz­tem Cen­tra­li Wy­wia­du. Po pierw­sze, Pen­ta­gon nie na­da­je się do kie­ro­wa­nia na­szą wiel­ką sie­cią agen­tów w te­re­nie, co już wy­ka­za­łam. I po­mi­jam fakt zdo­by­cia ich za­ufa­nia. Po dru­gie, ten za­mach stwa­rza nie­bez­piecz­ny pre­ce­dens dla ca­łej spo­łecz­no­ści wy­wia­dow­czej. Przej­ście pod do­wódz­two sił zbroj­nych nie przy­słu­ży się na­sze­mu po­ten­cja­ło­wi, nie po­mo­że w gro­ma­dze­niu in­for­ma­cji. Ra­czej prze­ciw­nie, jaw­na po­gar­da dla ży­cia ludz­kie­go, hi­sto­ria nie­le­gal­nych ope­ra­cji wraz z do­sko­na­le udo­ku­men­to­wa­nym mar­no­traw­stwem fi­nan­so­wym czy­nią z Pen­ta­go­nu bar­dzo złe­go kan­dy­da­ta na kłu­sow­ni­ka na cu­dzym te­re­nie, zwłasz­cza na te­re­nie CI.

Tyl­ko obec­ność pre­zy­den­ta skło­ni­ła La­Val­le’a do po­wstrzy­ma­nia ata­ku wście­kło­ści.

– Pa­nie pre­zy­den­cie, Cen­tra­la Wy­wia­du jest w roz­syp­ce. Na­le­ży do­pro­wa­dzić ją do po­rząd­ku naj­szyb­ciej jak to tyl­ko moż­li­we. Jak mó­wi­łem, nasz plan moż­na wpro­wa­dzić w ży­cie już dzi­siaj.

Ve­ro­ni­ca wsta­ła, wrę­czy­ła pre­zy­den­to­wi gru­by plik pa­pie­rów: swój plan uzdro­wie­nia CI.

– Pa­nie pre­zy­den­cie, obo­wią­zek zmu­sza mnie do po­wtó­rze­nia tego, co po­wie­dzia­łam w trak­cie na­szej roz­mo­wy, a co uwa­żam za naj­istot­niej­sze. Słu­ży­łam w woj­sku, ale przy­szłam tu z sek­to­ra pry­wat­ne­go. Cen­tra­la Wy­wia­du nie tyl­ko po­trze­bu­je oczysz­cze­nia, lecz tak­że musi za­cząć my­śleć w spo­sób nie­ska­żo­ny uprze­dze­nia­mi, któ­re już wpę­dzi­ły nas w tę sy­tu­ację nie do wy­trzy­ma­nia.

• • •

– Praw­dę mó­wiąc, dziś sam nie wiem, kim je­stem. – Ja­son Bo­ur­ne uśmiech­nął się, po­chy­lił nad sto­li­kiem i po­wie­dział ci­cho: – Po­słu­chaj, mam do cie­bie proś­bę: wyj­mij te­le­fon ko­mór­ko­wy tak, żeby nikt tego nie za­uwa­żył, i za­dzwoń do mnie. Po­ra­dzisz so­bie?

Cały czas pa­trząc mu w oczy, Mo­ira wy­ma­ca­ła te­le­fon i wci­snę­ła od­po­wied­ni przy­cisk szyb­kie­go wy­bie­ra­nia. Bo­ur­ne za­re­ago­wał na sy­gnał, udał, że z kimś roz­ma­wia, po czym roz­łą­czył się i po­wie­dział:

– Mu­szę iść. Coś się sta­ło. Prze­pra­szam.

Cały czas pa­trzy­ła mu w oczy.

– Nie mo­żesz choć­by udać, że ci przy­kro?

Po­smut­niał jak na ko­men­dę.

– Na­praw­dę mu­sisz iść? – spy­ta­ła nor­mal­nym gło­sem.

– Te­raz?

– Nie­ste­ty. – Bo­ur­ne po­ło­żył na sto­le kil­ka bank­no­tów.

– Bę­dzie­my w kon­tak­cie.

Ski­nę­ła gło­wą za­sko­czo­na, za­sta­na­wia­jąc się, co zo­ba­czył lub usły­szał.

• • •

Ja­son Bo­ur­ne opu­ścił re­stau­ra­cję. Zszedł po scho­dach, za­raz za drzwia­mi skrę­cił w pra­wo, prze­szedł ćwierć prze­czni­cy i wszedł do skle­pu z ce­ra­mi­ką ar­ty­stycz­ną. Usta­wił się tak, by przez szy­bę wy­sta­wo­wą wi­dzieć uli­cę, a jed­no­cze­śnie móc uda­wać, że prze­bie­ra wśród mi­sek i in­nych na­czyń.

Sklep mi­nę­ło kil­ka osób: ja­kaś mło­da para, star­szy pan z la­ską, trzy ro­ze­śmia­ne dziew­czy­ny, ale nie było wśród nich męż­czy­zny, któ­ry usiadł z tyłu, w rogu sali, nie­mal do­kład­nie pół­to­rej mi­nu­ty po nich. Bo­ur­ne zwró­cił na nie­go uwa­gę od razu, gdy tyl­ko ten się po­ja­wił. Kie­dy zaś po­pro­sił o sto­lik z tyłu, na­prze­ciw ich sto­li­ka, nie miał wąt­pli­wo­ści: ktoś go śle­dzi. Na­gle po­czuł do­sko­na­le zna­ny nie­po­kój, ten sam, któ­ry po­draż­nił mu ner­wy, gdy za­gro­żo­ne było ży­cie Ma­rie i Mar­ti­na. Mar­tin zgi­nął. Nie miał za­mia­ru po­zwo­lić zgi­nąć Mo­irze.

Jego we­wnętrz­ny ra­dar, obie­ga­ją­cy salę co kil­ka mi­nut, nie wy­krył in­nych za­gro­żeń, więc Ja­son cze­kał te­raz na ogon w skle­pie z ce­ra­mi­ką. Mi­nę­ło pięć mi­nut, nic się nie sta­ło. Opu­ścił sklep, prze­szedł przez uli­cę. Ko­rzy­sta­jąc z la­tarń i po­wierzch­ni od­bi­ja­ją­cych: okien, lu­ste­rek sa­mo­cho­do­wych, przez ko­lej­ne kil­ka mi­nut szu­kał wzro­kiem męż­czy­zny z re­stau­ra­cji. Wresz­cie pew­ny, że nie ma go w po­bli­żu, wró­cił do knajp­ki. Wszedł na pię­tro, ale za­trzy­mał się w mro­ku ko­ry­ta­rza, nie wcho­dząc do sali. In­te­re­su­ją­cy go czło­wiek sie­dział spo­koj­nie przy sto­li­ku. Ktoś, kto spoj­rzał­by na nie­go raz i dru­gi, był­by pe­wien, że fa­scy­nu­je go lek­tu­ra „The Wa­shing­to­nian”; ot, zwy­czaj­ny tu­ry­sta, w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak zbyt czę­sto zer­ka­ją­cy na Mo­irę.

Bo­ur­ne po­czuł, jak robi mu się zim­no. To nie jego tro­pio­no, lecz ją.

• • •

Kie­dy Ve­ro­ni­ca Hart mi­nę­ła ostat­ni punkt kon­tro­l­ny Za­chod­nie­go Skrzy­dła, z cie­nia wy­szedł Lu­ther La­Val­le. Zbli­żył się do niej, zrów­nał z nią krok.

– Do­bra ro­bo­ta – po­wie­dział chłod­no. – Na­stęp­nym ra­zem będę le­piej przy­go­to­wa­ny.

– Na­stęp­ne­go razu nie bę­dzie – od­par­ła Ve­ro­ni­ca.

– Se­kre­tarz Hal­li­day jest prze­ko­na­ny, że owszem. Ja też.

Zna­leź­li się w ci­chym we­sty­bu­lu z jego ko­pu­łą i ko­lum­na­mi.