Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 553 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego - Grzegorz Piątek

Mityczny prezydent Warszawy zdjęty z piedestału!

Bohaterski prezydent, wzór patriotyzmu, mąż stanu – tak postrzegamy człowieka, który stał się symbolem walczącej Warszawy we wrześniu 1939 roku. Czy aby na pewno był tak idealny? Grzegorz Piątek rzetelnie i z pasją odtwarza życie i karierę Stefana Starzyńskiego. Pokazuje despotycznego polityka, ale i autentycznie zaangażowanego w sprawy miasta działacza, opisuje mity, które nawarstwiły się przez lata. Dzięki temu otrzymujemy wielowymiarowy, pasjonujący portret jednej z najbardziej znanych postaci przedwojennej elity.

Opinie o ebooku Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego - Grzegorz Piątek

Fragment ebooka Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego - Grzegorz Piątek

zakupiono w sklepie:

Legimi

identyfikator transakcji:

4314150

znak wodny:

Grzegorz Piątek

Sanator

Kariera Stefana Starzyńskiego

Copyright © by Grzegorz Piątek, MMXVI

Wydanie I

Warszawa MMXVI

Rodzicom

Część IDo ratusza

Rozdział 1Resztki

16 marca 1945 roku inżynier Wiśniewski przemierza ulice zniszczonego Mokotowa. Wojna jeszcze się nie skończyła, ale tutaj jest już po wszystkim. Daleko na zachodzie radziecka artyleria zamienia w stertę cegieł gotycką bazylikę w Kolbergu, a w bombardowanym przez RAF Würzburgu zginie do wieczora pięć tysięcy osób. Warszawa jednak najgorsze ma już za sobą. Od dwóch miesięcy miasto napełnia się życiem. W styczniu warszawiaków było 162 tysiące – głównie na dawno uwolnionej od Niemców Pradze oraz na Ochocie – teraz już 241 tysięcy1. Gdyby tylko domów przybywało tak szybko jak ludzi!

16 marca 1945 roku inżynier Wiśniewski wędruje po mieście i opisuje to, co z niego zostało, działka po działce, dom po domu. Na Szustra 72, róg alei Niepodległości, notuje:

Dom mieszkal. murow. I piętrowy – willa

stropy drewn. ogrzewanie: central.

stan obecny: brak jednej ściany (bomba)

stropy i dach zniszczone (– mury zarysowane).

Pod opisem wyrok: „nie nadaje się do odbudowy!”, a jakby mało było wykrzyknika, jeszcze wzmocniona podkreśleniem uwaga: „do rozbiórki na gruz”2.

Gdy Wiśniewski przyniesie notatki do Biura Odbudowy Stolicy, na Chocimską, ktoś przepisze je na maszynie, ujmie w przejrzyste tabelki, a szkice przeniesie na mapy. Śmierć miasta przyjmie postać linii i cyfr, martwotę podkreśli kolorowa kredka. Racjonalny, inżynierski sposób, by poradzić sobie z klęską, wygnać duchy i okiełznać chaos. Bez zbędnych emocji zdecydować, co do odbudowy, co do remontu, a co do rozbiórki. Willa przy Szustra 72, pochodząca z końca lat dwudziestych, okazuje się zbyt nowa i zbyt zniszczona, by wzbudzać sentyment. Mimo że to dom Stefana Starzyńskiego.

Dwa miesiące później w Warszawie jeszcze mocniej tętni życie. Liczba mieszkańców wzrosła do 366 tysięcy3 – to już jedna czwarta stanu przedwojennego. Rankiem 9 maja na Chocimskiej zbiera się tłumek pracowników Biura Odbudowy Stolicy. Formują pochód i ruszają w kierunku placu Unii Lubelskiej. Na czele idzie mężczyzna z przybranym na biało-czerwono drzewcem zwieńczonym okrągłą plakietką z napisem BOS. Za nim kilkudziesięciu pracowników z transparentem KONIEC WOJNY – POCZĄTEK ODBUDOWY4. Podobne, mniej lub bardziej zorganizowane grupki ciągną ze wszystkich zakątków miasta na plac Teatralny. Tam zleją się w dwudziestotysięczny tłum, który oficjalnie usłyszy, że wojna się skończyła – już nie tylko w Warszawie, lecz także w Kołobrzegu, Würzburgu i przede wszystkim w Berlinie.

Początek odbudowy. Plac Teatralny już odgruzowany, ale dokoła wciąż straszą ruiny. Lewe skrzydło ratusza całkowicie zburzone, wieża ścięta do połowy. W drzwiach, oknach i wewnątrz gmachu tkwią jeszcze resztki powstańczych barykad5. Przez okna sali Rady Miejskiej i prezydenckiego gabinetu, a także przez stalową konstrukcję dachu widać niebo. Na prawo od ratusza leży pałac Blanka. Leży nie tylko w sensie topograficznym, ale i fizycznym. Bo to głównie gruzy, kawałki mebli i fragmenty obrazów, dobranych kiedyś ze smakiem i znawstwem przez kustosza Muzeum Narodowego Stanisława Gebethnera, a później łapczywie w sporej części wywiezionych przez niemieckich urzędników6. Może gdzieś pod cegłami poniewiera się jeszcze popiersie Adolfa Hitlera, pod którym udzielano ślubów.

Willa Starzyńskiego na Mokotowie ostatecznie została odbudowana, z niewielkimi zmianami. Dziś jest siedzibą ambasady Maroka. Pałac Blanka podniesiono z ruin w latach pięćdziesiątych. Ratusz natomiast, jeszcze przed wojną krytykowany za pretensjonalny wystrój i niefunkcjonalność, bez większego żalu spisano na straty. Na zniwelowanym terenie stanął w latach sześćdziesiątych pomnik Bohaterów Warszawy, czyli warszawska Nike. Dopiero w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku w sukurs nostalgii za utraconym przedwojennym miastem przyszła kalkulacja ekonomiczna. Nike przesunięto, a jej miejsce zajął biurowiec ukryty za odtworzoną fasadą ratusza. Powróciła w formie sprzed remontu przeprowadzonego przez Starzyńskiego, wraz ze zrzuconymi wtedy bombonierkowymi, eklektycznymi ornamentami, wysokimi „francuskimi” dachami i lukarnami. Kondygnacje biurowca są znacznie niższe niż dawnego ratusza, więc strop nad pierwszym piętrem, pogrubiony o podwieszane sufity, bezceremonialnie przecina wysokie okna dawnej sali Rady Miejskiej.

Z ratusza dotrwały do naszych czasów nędzne resztki. Podczas powstania warszawskiego jeden z woźnych wyniósł z płonącego budynku mosiężną klamkę z wizerunkiem syrenki7, kawałek parkietu z sali Rady Miejskiej oraz jedenaście srebrzonych łyżeczek z herbem miasta i inicjałami ZM – Zarząd Miejski. Pod koniec lat siedemdziesiątych syn zapobiegliwego pracownika przekazał pamiątki do Muzeum Historycznego m.st. Warszawy. Po prezydencie też niewiele zostało – trochę zdjęć i dokumentów, trochę listów, zaproszeń i książek z dedykacjami przechowanych przez odbiorców. W kolekcji warszawskiego muzeum znalazł się order Virtuti Militari przyznany Starzyńskiemu przez Dowództwo Obrony Warszawy 24 września 1939 roku, kilka dni przed kapitulacją miasta. Odznaczenie wyniesione po upadku powstania z willi przy Szustra przekazała muzeum bratanica prezydenta, Krystyna Miedzińska8. Do zbiorów trafiła też srebrna papierośnica z gumką. Na brzegach wzorek, na wieczku rowki, na środku grawerunek – podwójne S. Nic szczególnego, ale ten monogram oznacza, że należała do Stefana Starzyńskiego.

Rozdział 2Legenda

Po Starzyńskim pozostało niewiele przedmiotów – ale jest legenda! Bohater, wizjoner, dobry gospodarz, wzór obywatela i żołnierza. W 2000 roku został uznany za „warszawiaka stulecia”9. Ma w Warszawie ulicę, a na niej rondo; kilka szkół nosi jego imię, a parę tablic upamiętnia miejsca, w których mieszkał, uczył się i pracował. Do tego – pomniki.

Prezydent zaczął tworzyć własną legendę jeszcze pod koniec lat trzydziestych, gdy umacniał swój wizerunek zatroskanego ojca miasta. Podczas kampanii wrześniowej zapisał się jako jeden z nielicznych dygnitarzy, którzy nie opuścili płonącej stolicy. Wtedy jednak wciąż był człowiekiem z krwi i kości, w dodatku reprezentował obóz rządzący i jeszcze niedawno uczestniczył w grze politycznej, a decyzja – której zresztą nie podejmował, ale ją firmował – o tym, że miasto ma się bronić do upadłego, bywała uważana za przejaw lekkomyślności i bohaterszczyzny.

Legenda zaczęła przerastać człowieka w piątek 27 października 1939 roku. Niemal miesiąc po kapitulacji miasta Starzyński wciąż zajmował stanowisko prezydenta Warszawy – już nie stolicy – choć był czujnie nadzorowany przez niemieckie władze okupacyjne. Podczas wrześniowej obrony miasta legło w gruzach 12 procent budynków, zginęło dziesięć tysięcy mieszkańców, a rannych zostało co najmniej pięćdziesiąt tysięcy10. Nikt nie znał przyszłości, ale architekci i urbaniści myśleli już o odbudowie Warszawy, obojętne pod niemiecką czy polską administracją. Nawet pierwsze prace porządkowe i drobne naprawy można było wykorzystać do nadawania miastu kształtu przybliżającego przedwojenne marzenia – dało się przebić potrzebne ulice, wyrównać gabaryty budynków, rozgęścić zatłoczone śródmieście. Fachowcy dyskutowali o tym ze Starzyńskim przed kapitulacją11. Rok wcześniej, mówiąc o potrzebie radykalnej przebudowy centrum, prezydent zapowiadał, że „Warszawa przejdzie jeszcze okres burzenia”12, ale nie mógł przypuszczać, jak prędko i w jak koszmarnych okolicznościach spełni się to proroctwo.

Właśnie 27 października złożył prezydentowi wizytę Lech Niemojewski – architekt, który niewiele zbudował, ale zapisał się jako krytyk i teoretyk, a także kierownik artystyczny prestiżowych projektów państwowych, takich jak pawilon polski na Wystawie Światowej w Paryżu w 1937 roku oraz wystrój statków pasażerskich „Batory” i „Piłsudski”. W 1938 roku wygrał rozpisany przez Zarząd Miejski konkurs zamknięty na przebudowę placu Zamkowego, a następnie na prośbę ratusza opracował koncepcję modernizacji Teatru Wielkiego, ale żaden z tych pomysłów nie doczekał się realizacji. 27 października nad placem Zamkowym sterczały wypalone mury, a za całkiem dobrze zachowaną fasadą teatru ziała czarna czeluść, lecz tym bardziej trzeba było działać. W imieniu środowiska architektów, urbanistów i konserwatorów Niemojewski zaoferował prezydentowi pomoc przy szacowaniu strat i planowaniu odbudowy. Starzyński wysłuchał go życzliwie i obiecał natychmiast porozumieć się z Wydziałem Planowania oraz powołać komisję rzeczoznawców13.

O drugiej po południu w gabinecie byli już tylko Starzyński i dyrektor Muzeum Narodowego – Stanisław Lorentz. Nagle weszło „dwóch oficerów gestapo, jeden wysokiego stopnia”, i zapytało, który z nich jest prezydentem. Starzyński domyślił się, że dalszy ciąg rozmowy nastąpi gdzie indziej, więc sięgnął po płaszcz i kapelusz. Od gestapowców usłyszał jednak, że nie musi się ciepło ubierać, bo pojedzie zamkniętym samochodem i niedługo wróci14. Gdy Lorentz również zaczął się szykować do wyjścia, jeden z oficerów powstrzymał go, mówiąc, że otrzymali polecenie, by przywieźć tylko prezydenta. Ponieważ Starzyński nie znał niemieckiego, poprosił Lorentza, by wyjaśnił gestapowcom, że potrzebuje go jako tłumacza, ale oficer się nie zgodził: „Dyspozycje są wyraźne, nikt nie może towarzyszyć”. Prezydent uścisnął dłoń Lorentza i bez słowa wyszedł w eskorcie dwóch mundurowych15. W sekretariacie czekał na spotkanie z prezydentem szef Wydziału Planowania Stanisław Różański16, ale ta rozmowa już się nie odbyła. Lorentz wyjrzał przez okno i odprowadził wzrokiem samochód, który ruszył z ratuszowego dziedzińca17. Nikt z urzędników więcej Starzyńskiego nie widział.

Prezydent nie wrócił na noc, nie wrócił też rano dnia następnego. Lorentzowi powierzono misję interweniowania u niemieckiego komisarza Helmuta Otto, który urzędował w sąsiednim pałacu Blanka, ale ten powiedział jedynie, że nie wie, co się stało ze Starzyńskim, i że nic nie wskóra. 28 października niemieccy oficerowie znów odwiedzili ratusz, prawdopodobnie w poszukiwaniu materiałów, które mogłyby obciążyć prezydenta18.

Dopiero po dwóch dniach w ratuszu podszedł do Lorentza nieznajomy mężczyzna. Nie przedstawił się, powiedział jedynie, że jest z aresztu i chce porozmawiać o braku żywności i opału. Lorentz odparł, że te sprawy nie leżą w jego kompetencjach, ale petent nalegał, że właśnie jemu na osobności musi przedstawić szczegóły. Gdy w końcu znaleźli się sam na sam w gabinecie, gość oświadczył: „Przysyła mnie prezydent Starzyński. Dziś go do nas przywieziono. To kartka od niego do pana”. Kartka spłonęła w czasie powstania, ale Lorentz z grubsza odtworzył jej treść z pamięci: „Będę się starał utrzymywać kontakt przez oddawcę. W śledztwie pytano mnie o – tu podane były liczne nazwiska. Proszę ich uprzedzić. Proszę przysłać słownik niemiecko-polski”. Słownik był potrzebny prezydentowi, by mógł wypełnić jakieś niemieckie kwestionariusze19.

Najpierw Starzyńskiego przesłuchiwano w siedzibie Gestapo w alei Szucha, potem osadzono w Areszcie Centralnym przy Daniłowiczowskiej, na tyłach ratusza. Ten dziwaczny budynek, wzniesiony jeszcze przez rosyjską administrację w stylu krakowskiego neorenesansu, w półświatku zwany pieszczotliwie „Bristolem”20, okazywał się tak samo przydatny kolejnym reżimom. Za caratu siedział w nim kilkukrotnie brat Stefana Roman Starzyński21, za sanacji, oprócz pospolitych przestępców, osadzano w nim osoby posądzane o działalność antypaństwową, teraz trafił do niego prezydent podbitego miasta.

Z „Bristolu” Starzyński został przeniesiony do więzienia na Rakowieckiej. Tam na jego ślad trafiła funkcjonariuszka służby więziennej, a jednocześnie agentka podziemnej Służby Zwycięstwu Polski, podkomisarz Michalina Wojciechowska. Z Rakowieckiej prezydent trafił na Pawiak. Był więziony na tak zwanej Serbii – dawnym oddziale kobiecym, gdzie trzymano go w całkowitej izolacji. W grudniu wychodził jedynie do odśnieżania. Pracownica więzienia, również agentka SZP, podkomisarz Irena Wirszyłło, załatwiła mu ubrania i fałszywe dokumenty oraz skompletowała konspiracyjną siatkę mającą ułatwić dobrze rozpoznawalnej osobie ucieczkę i zniknięcie. Gdy weszła do celi ze słowami: „Czas uciekać, panie prezydencie, wszystko gotowe, każda chwila opóźnienia może być zgubą”, Starzyński miał powiedzieć: „Zostanę, za wielu spośród was zapłaciłoby za mnie życiem, wytrwam do końca”22.

24 grudnia służba więzienna zwróciła przeznaczoną dla niego paczkę. Dalsze losy prezydenta, a także okoliczności jego śmierci stały się pożywką dla plotek i spekulacji. Przez dziesięciolecia rozważano co najmniej siedem hipotez. Za każdą przemawiała jakaś poszlaka lub świadectwo23. Dopiero w 2014 roku prokurator Małgorzata Kuźniar-Plota z Instytutu Pamięci Narodowej zakończyła wieloletnie śledztwo wnioskiem, że Stefan Starzyński nie został nigdzie wywieziony, tylko jeszcze w grudniu 1939 roku rozstrzelany w Warszawie, być może na terenie ogrodów sejmowych24.

Męczeńska śmierć wygładziła wszelkie rysy na wizerunku prezydenta, o zmarłych bowiem można mówić tylko dobrze. O tych, którzy oddali życie za ojczyznę – jedynie w superlatywach. W niepamięć poszły więc wątpliwości, niejednoznaczne i krytyczne opinie. Pozostała legenda.

Z oficjalnego panteonu bohaterów wojennych Starzyński został usunięty na krótko w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku jako „przedstawiciel faszystowskiego rządu”25. Wrócił na fali gomułkowskiej odwilży w wyniku starań grona przedwojennych przyjaciół i współpracowników. To oni ufundowali w 1958 roku pierwszy pomnik prezydenta. Projekt skromnego krzyża na cmentarzu Powązkowskim26 wykonała bezpłatnie pracownia Bohdana Pniewskiego – zaufanego architekta sanacyjnych elit, który przedwojenną estetykę narodowego modernizmu rozwinął w czasach odbudowy i socrealizmu, projektując gmachy sejmu PRL, Polskiego Radia, Narodowego Banku Polskiego czy Teatru Wielkiego.

Drugi pomnik również wyszedł spod ręki osoby, która miała okazję pracować dla Starzyńskiego. Tuż przed wojną Ludwika Nitschowa na zlecenie Zarządu Miejskiego wykonała stojący nad Wisłą pomnik Syreny. Wiele lat po wojnie z pamięci odtworzyła postać prezydenta. W 1967 roku swój projekt pokazała na wystawie w Zachęcie, ale nikt nie kwapił się z wykorzystaniem go w formie pomnika. Dopiero 16 stycznia 1981 roku w północnej części Ogrodu Saskiego odsłonił go bez wielkiej pompy wiceprezydent Warszawy Michał Szymborski. Za cokół posłużył relikt z czasów Starzyńskiego27 – żelbetowy blok wystający z parkowego trawnika, pozostałość po zburzonej rezydencji ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, zbudowanej według projektu Pniewskiego. Natychmiast posypały się pretensje, że pomnik jest za mały, za bardzo ukryty28. Starzyński, za życia korpulentny urzędnik, w powszechnej wyobraźni urósł do rangi herosa. „Nie od centymetrów zależy jego obecność między nami” – broniła swojego dzieła Nitschowa29, ale już w pierwszych relacjach z uroczystości dziennikarze zapowiadali rozpisanie konkursu na kolejny, w domyśle bardziej udany monument.

Nieżyczliwie przyjęty pomnik popadał w zapomnienie, „porastał mchem i rdzą, z napisu na cokole […] odpadały litery”30. W 2002 roku radni podjęli uchwałę o przeniesieniu figury, ale dopiero 15 września 2008 roku prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz odsłoniła ją w nowym miejscu31 – przy wejściu do szkoły imienia Stefana Starzyńskiego na Saskiej Kępie. Podczas ceremonii powiedziała:

W słowach hymnu waszej szkoły zawarte są jego marzenia, by Warszawa była w kwiatach, by Warszawa była wielka… Swoim entuzjazmem, pracowitością, energią i miłością do miasta potrafił zarazić rzeźbiarzy, poetów, urbanistów i zwykłych warszawiaków. Stefan Starzyński był Prezydentem zaledwie pięć lat, a ile dokonał, ile planów i pomysłów pozostawił. Jego idea, by Warszawa zwróciła się ku Wiśle, nie została zrealizowana za jego czasów. Mam nadzieję, że powstające Centrum Nauki Kopernik będzie takim miejscem. Jego wizje były na miarę XXI wieku.32

W Ogrodzie Saskim został tylko betonowy cokół. Kto podąży prowadzącą łukiem ścieżką z zatopionych w trawniku płyt chodnikowych, ten odczyta kontury wielokrotnie kradzionych liter – S, S, W. Za parę lat i ten ślad też się zatrze.

Z trzecim z pomników kłopot jest taki, że go widać. Podobno pierwotnie miał stanąć na dziedzińcu urzędu miasta, ale ostatecznie znalazł miejsce po drugiej stronie placu Bankowego, u stóp Błękitnego Wieżowca. Monument odsłonił 10 listopada 1993 roku – roku setnych urodzin Starzyńskiego – prezydent Warszawy Stanisław Wyganowski. W deszczowy dzień załopotały flagi: narodowe biało-czerwone i warszawskie żółto-czerwone, te drugie wprowadzone za prezydentury Starzyńskiego, a teraz przywrócone w ramach hurtowego powrotu do przedwojennej symboliki. Dwa lata wcześniej wróciła też dawna nazwa placu – Bankowy – i usunięto pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, zasłużonego dla Związku Radzieckiego polskiego szlachcica, którego imię plac nosił od 1951 roku. Tylko czasu nie udało się cofnąć do 1939 roku – pałace po zachodniej stronie to nie oryginał, lecz przekonująca powojenna rekonstrukcja. Na miejscu Wielkiej Synagogi błyszczała lustrzana elewacja Błękitnego Wieżowca, a na parterze długiego gomułkowskiego bloku niedługo miał ruszyć sklep pod nazwą Vabank, zgrabnie łączącą nostalgię za przedwojenną Polską, popkulturę PRL i wyobrażenie kapitalizmu jako pogoni za forsą, pogoni, w której każdy chwyt jest dozwolony.

Mimo że wszystko dokoła się zmieniło, pod pomnikiem Starzyńskiego 10 listopada 1993 roku, w przeddzień przywróconego sanacyjnego Święta Niepodległości, przez chwilę znów było jak przed wojną. W ceremonii uczestniczyli marszałek reaktywowanego senatu i prymas, delegacje wojska i młodzieży szkolnej. Prezydent miasta, w dobrze skrojonym płaszczu z wielbłądziej wełny i szaliku Burberry, z gładko zaczesanymi siwymi włosami i precyzyjnie przystrzyżonym wąsikiem, wyglądał jak ucharakteryzowany na prezydenta Mościckiego aktor, który na chwilę opuścił plan filmu o Warszawie lat trzydziestych.

O ile na pomniku Ludwiki Nitschowej Starzyński jest skromnym obywatelem, niepozornym biurokratą, który wyszedł zaczerpnąć powietrza w Ogrodzie Saskim i przypadkiem znalazł się na cokole, o tyle twórca rzeźby ustawionej na placu Bankowym, Andrzej Renes, przedstawił prezydenta jako charyzmatycznego wizjonera. Odlana z brązu postać, manierycznie wysmuklona, wyłania się z mapy przedwojennej Warszawy i zamaszystym gestem wskazuje w kierunku Mokotowa. Twarz nie zdradza wielkiego podobieństwa do pierwowzoru, tak samo jak szczupła sylwetka, a mapa wygląda jak zadarta krynolina. Pół kobieta, pół ryba nikogo już w Warszawie nie dziwi, ale prezydent, który od góry jest mężczyzną, a od dołu damą, wzbudził zrozumiałe kontrowersje33.

Następny, czwarty pomnik – znacznie skromniejszy – odsłonił prezydent Warszawy Lech Kaczyński we wrześniu 2004 roku przy mokotowskim domu Starzyńskiego, na rogu alei Niepodległości i ulicy Dąbrowskiego (dawnej Szustra). Tym razem bohater został upamiętniony niezbyt wysokim pylonem z polerowanego granitu, ze stylizowaną na art déco inskrypcją. Sześć lat później Lech Kaczyński, już jako prezydent Rzeczypospolitej, przyznał Starzyńskiemu pośmiertnie Order Orła Białego34. Minister w Kancelarii Prezydenta Paweł Wypych zapowiadał, że z tej okazji planowana jest „szczególna i podniosła”35 uroczystość. Formalnie odznaczenie zostało nadane, ponieważ Kaczyński podpisał postanowienie w tej sprawie, a kancelaria je opublikowała, ale trzy tygodnie później pod Smoleńskiem spadł rządowy samolot, z Kaczyńskim i Wypychem na pokładzie, i odbyły się zupełnie inne, choć na pewno szczególne i podniosłe uroczystości.

Piąty pomnik Starzyńskiego rośnie od jesieni 1939 roku. Składają się na niego wspomnienia, legendy i wyobrażenia o prezydencie. Jego fundament to kilka fraz: „Warszawa w kwiatach”, „Chciałem, aby Warszawa była wielka”, „Warszawa przyszłości”, „Warszawa wczoraj, dziś, jutro”, oraz kilka sztandarowych projektów przywoływanych bez wnikania w to, czy były realne, i bez precyzowania, czy rzeczywiście zainicjował je prezydent. Ten pomnik tworzą również Alarm Antoniego Słonimskiego i Pieśń o Stefanie Starzyńskim Jana Lechonia. Choć obydwa wiersze o obronie Warszawy zostały napisane później, już na emigracji, choć Słonimski wyjechał ze stolicy w pierwszych dniach września, a Lechoń przez cały ten czas był za granicą, w zbiorowej pamięci uchodzą za naoczne świadectwo i wielu jest przekonanych, że to Starzyński, a nie spikerzy Polskiego Radia, ogłaszał wrześniowe alarmy.

Pobieżnie znanego bohatera łatwo wykorzystać. W 2002 roku, przed wyborami prezydenta Warszawy, powoływali się na niego zarówno kandydat Sojuszu Lewicy Demokratycznej Marek Balicki, jak i Lech Kaczyński z Prawa i Sprawiedliwości. W innej kampanii inny kandydat SLD, Wojciech Olejniczak, posłużył się nawet epizodem z biografii Starzyńskiego. Na zarzut, że nie pochodzi z Warszawy, rezolutnie odpowiedział: „A wiedzą państwo, gdzie młodość spędził Stefan Starzyński? W Łowiczu” – czyli tam, gdzie Olejniczak36. Już jako prezydent stolicy Kaczyński chętnie nawiązywał do legendy swojego poprzednika. I tak na przykład wystawa zorganizowana przez ratusz latem 2005 roku, wzorem ekspozycji otwartej w 1936 roku przez Starzyńskiego została zatytułowana „Warszawa przyszłości”. Gdy jako prezydent Rzeczypospolitej Kaczyński postanowił przyznać Starzyńskiemu pośmiertne odznaczenie, minister Wypych podkreślał, jak wiele obaj prezydenci mieli wspólnego: „Był prezydentem stolicy, podobnie jak Lech Kaczyński mieszkańcem Żoliborza”37 (pomyłka – Starzyński był związany z Mokotowem).

W kampanii wyborczej do Starzyńskiego nawiązywała również Hanna Gronkiewicz-Waltz: „Platforma nie walczy o władzę dla władzy, jak robi to PiS. My po prostu chcemy, by Warszawa była taka, o jakiej marzył Stefan Starzyński – wielka i piękna! I taka, o jakiej marzył Jacek Kuroń – solidarna i obywatelska!”38. W 2013 roku legenda okazała się równie przydatna drugiej stronie jako oręż przeciwko Gronkiewicz-Waltz. Przed referendum w sprawie jej odwołania PiS rozwiesił na ulicach plakaty ze zdjęciem Starzyńskiego i wzniosłym sloganem „Oni marzyli o wielkiej Warszawie”.

Politycy nadużywają Starzyńskiego nawet w literaturze. Gdy w powieści Ziemowita Szczerka Siódemka Polskę najeżdżają obce wojska, prezydent Komorowski nie umie „się powstrzymać od skopiowania przemówienia Starzyńskiego z tym jego «a więc wojna»”39. Warto zauważyć, że Starzyński nigdy nie wygłosił takiego przemówienia – to również słowa spikera Polskiego Radia40, które legenda woli jednak przypisywać pomnikowemu bohaterowi.

Zdaniem Artura Żmijewskiego dobry pomnik „pamięta za nas, a w tym czasie nasza pamięć i nasz umysł mogą zająć się czymś innym”41. Zwolnienie z pamiętania ma swoje zalety, ale ponieważ Starzyńskiego otacza tak wielki kult, warto się zastanowić, co jest stawiane za wzór kolejnym pokoleniom. Istnieją wprawdzie biografie Starzyńskiego autorstwa Mariana Marka Drozdowskiego42 i niezwykle interesująca praca doktorska Piotra Janusa43, która oświetla zaniedbany przez Drozdowskiego przedprezydencki okres życia Starzyńskiego – jego działalność jako publicysty, ekonomisty i urzędnika. Ukazały się też antologia Wspomnienia o Stefanie Starzyńskim44 oraz dwa tomy tak zwanego archiwum prezydenta45 – to znaczy zbiór przemówień, odezw i artykułów, których wyboru dokonał niestrudzony Drozdowski. A jednak te publikacje pozostawiają niedosyt.

Starzyński, za życia bezustannie zajęty pracą i sprawami publicznymi, nadal ukrywa się za fasadą, którą sam wzniósł. Najwięcej śladów pozostawił po sobie w źródłach mających charakter oficjalny – artykułach i wywiadach publikowanych w prasie prorządowej, dokumentach miejskich i ministerialnych, zdjęciach z uroczystości, na których zasiada w prezydium albo wygłasza przemówienie (zawsze z kartki). W jego tekstach wciąż pojawiają się te same tezy i te same dane. Pozowane fotografie, propagandowe broszury i wystawy – materiał do budowy swojego pomnika Starzyński przygotował jeszcze za życia.

Prezydent zniknął we własnym mauzoleum, wraz ze swoimi poglądami, rozterkami, kompleksami i aspiracjami. Nikt nie zastanawia się, jakie namiętności nim kierowały, jakich dokonywał kalkulacji. Brakuje chłodnej oceny jego pozycji w świecie polityki, analizy metod, jakie stosował, by osiągać swe cele, oddzielenia rzeczywistego dorobku od planów i obietnic. A przecież za życia wzbudzał kontrowersje. Władysław Bartoszewski wspominał, że Starzyński przed wojną nie był powszechnie lubiany, a serca warszawiaków podbił dopiero we wrześniu 1939 roku46, kiedy jako jeden z nielicznych przedstawicieli władz nie opuścił Warszawy pierwszym dostępnym samochodem. Przedtem bywał nazywany przez prawicę „polskim bolszewikiem”47, lewica zaś, z której poniekąd się wywodził, uznawała go za przedstawiciela oderwanej od rzeczywistości piłsudczykowskiej elity. Dla wielu warszawiaków, zarówno z lewa, jak i z prawa, był nie ukochanym ojcem miasta, ale funkcjonariuszem państwa wyposażonego w policję polityczną, cenzurę i obóz odosobnienia, namiestnikiem piłsudczykowskiego klanu uzurpującego sobie kontrolę nad każdą dziedziną życia kraju – od przemysłu po poezję, od teatrów po samorządy lokalne. Julian Kulski – jeden z najbliższych współpracowników i przyjaciół Starzyńskiego – pisał, że swoją bezceremonialnością i rzeczowością wzbudzał u ludzi raczej „szacunek niż sympatię”48. Mimo tej i wielu innych relacji ukazujących niuanse wizerunku dobrego urzędnika i bohaterskiego żołnierza pełnowymiarowa postać zamieniła się w płaską i bezbarwną sylwetkę, na której można wyświetlać dowolne fantazje na temat utraconej dawnej Warszawy i II Rzeczypospolitej, dobrych rządów i bohaterstwa, w końcu poświęcenia.

Starzyński nie ułatwił pracy biografom. Nie prowadził dziennika, a pamiętników nie zdążył spisać. Dokumentów urzędowych zachowało się znacznie więcej niż listów prywatnych. Nie utrzymywał bliskich stosunków z postaciami, które pozostawiły wylewne dzienniki czy plotkarskie wspomnienia. Choć przez całe dorosłe życie był blisko ważnych ludzi i instytucji, w centrum wydarzeń, które potem okazywały się historyczne, choć w końcu sam stał się człowiekiem instytucją, a potem człowiekiem legendą, w relacjach z lat dwudziestych i trzydziestych pojawia się stosunkowo rzadko. Nie przykuwa uwagi, jest nieco bezbarwny. Nawet jego urodę, wzrost czy głos wszyscy zapamiętali jako „przeciętne”. W książeczce wojskowej napisano: wzrost i waga średnie, włosy blond, twarz okrągła, oczy niebieskie, usta i nos normalne49. We wspomnieniach powraca jako „krępy, niezbyt wysoki, z gładko z przedziałkiem zaczesanymi włosami i niewielkim, krótko przystrzyżonym wąsikiem”50 albo „niewysoki, krępy jegomość, z dość pospolitymi rysami twarzy i w dodatku starannie czeszący swoje blond włoski «z rozdziałkiem»”51. Wyróżniają się tylko oczy: „Nie żeby duże, nie żeby oprawa, ale blask. […] Jego szare, rzeczywiście stalowe oczy patrzyły przenikliwie, blask oczu był mocny, chociaż nie groźny; częsty uśmiech był jakby uzupełnieniem sensu spojrzenia”52.

Ciekawy dla pamiętnikarzy stał się dopiero we wrześniu 1939 roku i potem – w retrospekcji – ale relacje spisywane po latach są mniej wiarygodne. Pamięć z czasem się zaciera, rzeczywiste przeżycia i szczere obserwacje ustępują schematom fabularnym albo relacjom wyczytanym u innych, opiniom przefiltrowanym przez kolejne doświadczenia.

Aby zbliżyć się do prawdziwego Starzyńskiego, trzeba choćby na chwilę zapomnieć o tym, jak potoczyła się historia. Trzeba próbować spojrzeć na nią tak, jak wtedy, gdy nie była jeszcze Historią, ale doświadczaną na bieżąco rzeczywistością, a bohater tej książki – jednym z uczestników życia publicznego, a nie późniejszym bohaterem. Trzeba wczytać się w te same gazety i pisma urzędowe, które czytali współcześni, w dzienniki i listy pisane spontanicznie, bez autocenzury, wsłuchać się w pogłoski i przypuszczenia wstrząsające ówczesną stolicą.

Niepostrzeżenie, bez świadomości kierunku, w którym sprawy zmierzają – tak przecież dzieją się dzieje.

Rozdział 3Los

Można znaleźć się na piedestale, wcale się na niego nie wspinając. Można planować karierę, wiązać swoją przyszłość z tą czy inną dziedziną lub ideą, ale zostać zapamiętanym zupełnie inaczej. Stefan Starzyński prawdopodobnie nigdy nie sądził, że będzie natchnieniem dla poetów i bohaterem czytanek. Nie ma dowodu, że zabiegał o urząd prezydenta Warszawy. Każdy dzień życia stawiał go wobec nowych decyzji, ale także oko w oko z zewnętrznymi okolicznościami, które wpływały na jego losy: krwawymi przewrotami i zmianami ustaw, wahnięciami pogody i kaprysami wpływowych osób, wybuchami epidemii, głośnymi krachami i powolnymi, niezauważalnymi jak ruch wskazówek zegara przemianami. Jak u Sartre’a – całe życie trzeba wybierać, chociaż nie wiadomo, co okaże się słuszne.

Kolejne zwroty w biografii Starzyńskiego chaotycznie zaprowadziły go ku męczeńskiej śmierci w grudniu 1939 roku. Ta śmierć zapewniła mu poczesne miejsce w pamięci zbiorowej, poezji patriotycznej i na raczej nieudanych pomnikach. Wystarczyłoby jednak, by spośród otwierających się codziennie możliwości Starzyński raz czy drugi wybrał – albo żeby wybrano za niego – inną, a zostałby zapomniany albo zapamiętany zupełnie inaczej. Prawdopodobnie przeszedłby do historii jako jeden z wielu polityków sanacyjnych – mężczyzn pełniących mniej lub bardziej sumiennie, ale raczej lojalnie, wysokie funkcje w ministerstwach, zarządach przedsiębiorstw państwowych, ligach i komitetach propagandy tego czy poparcia owego, którymi autorytarny reżim coraz szczelniej obudowywał się po przewrocie majowym.

Wybuch II wojny światowej mógł zaskoczyć Starzyńskiego w zupełnie innej instytucji niż stołeczny ratusz. Może nawet nie w Warszawie. W pierwszych dniach września, podobnie jak tysiące urzędników, otrzymałby nakaz ewakuacji w stronę Lublina, potem Łucka, wreszcie ku granicy rumuńskiej. Nie zostałby bohaterem. Wręcz przeciwnie. „Rzund! Rzund nas zostawił” – wołaliby za karawaną rządowych aut rozeźleni chłopi, a Starzyński byłby dziś wymieniany drobnym drukiem w przypisach do wspomnień z tamtych dni jako jeden z wielu tchórzliwych uciekinierów z zagrożonej stolicy. Tchórzem można nazwać kogoś, kto sam podejmuje taką decyzję i wie, jak dalej potoczy się historia. Ale kto wiedział? Jako funkcjonariusz państwowy Starzyński nie decydował o swoim losie. Rozkazano mu pilnować porządku w oblężonej Warszawie, ale jako sprawny i sprawdzony organizator równie dobrze mógł dostać polecenie koordynowania ewakuacji. I na pewno by nie odmówił. Przepełnionym oplem czy citroenem dotarłby w końcu do Rumunii, a stamtąd przedostałby się na Zachód. Emigracyjny rząd, który tymczasem powstał w Paryżu i składał się wyłącznie z przeciwników sanacji, internowałby go na szkockiej wyspie Bute, razem z dziesiątkami wojskowych i polityków53.

Może jednak Starzyński dałby sobie szansę zostania bohaterem i zamiast do Francji czy Wielkiej Brytanii spróbowałby przedrzeć się z powrotem do kraju? Bez żony, bez dzieci, bez majątku, bez pracy, bez opieki obozu piłsudczykowskiego, który dotychczas nadawał jego losom sens i kierunek, a teraz rozsypał się jak wieża z klocków, nie miał wiele do stracenia, poza życiem. Może zostałby w Warszawie złapany przez Niemców, a może dożyłby powstania warszawskiego i zginął dopiero latem 1944 roku? A jeśli jednak Anglia, to praca w sklepie albo piekarni54 – bez znajomości języka trudno o coś lepszego – maszynopis wspomnień zdeponowany w którejś z polonijnych instytucji, sprostowania, jak to naprawdę było w 1939 roku, cierpliwie wysyłane do emigracyjnych gazet. Po wojnie – jak niejeden z jego przedwojennych współpracowników – być może nie wytrzymałby bezczynności na wygnaniu. Przydał się nowej władzy sanacyjny wicepremier Kwiatkowski, może przydałby się i Starzyński? Jego antysowiecka retoryka mogła pójść w niepamięć, bardziej zasłynął jako zwolennik planowania gospodarczego i silnej roli państwa w gospodarce. Historycy i publicyści ocenialiby go teraz inaczej, a jeszcze inaczej, gdyby przydał się państwu tylko na parę lat, a potem trafił do więzienia na Rakowieckiej.

Ale Stefan Starzyński zginął z rąk niemieckich w Warszawie w grudniu 1939 roku. Każde ze zdarzeń, które prowadziły go od narodzin do tej śmierci, było tak samo decydujące jak inne, więc za moment zwrotny można uznać dowolne z nich. Przyjmijmy jednak, że był to 2 marca 1934 roku – dzień, w którym sanacyjny rząd postanowił przejąć kontrolę polityczną nad Warszawą. Demokratycznie wybrana Rada Miejska została rozwiązana i zastąpiona zarządem komisarycznym. Podobną operację przeprowadzono wcześniej między innymi w bastionie lewicy, czyli w Łodzi, oraz w Lublinie, gdzie dwa największe, zwaśnione kluby radnych – BBWR i endecja – nie mogły wybrać prezydenta. W 1934 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wprowadziło zarząd komisaryczny między innymi w Poznaniu, Wilnie, Kielcach i Suwałkach.

W każdym z tych miast powołanie tymczasowych władz było jak mały, zgodny z literą prawa zamach stanu i miało ten sam ideologiczny podtekst, co wcześniejszy przewrót majowy. To znaczy przekonanie o tym, że społeczeństwo do demokracji nie dorosło, że niepodległość wywalczona rękami piłsudczyków reszcie narodu trafiła się trochę mimochodem, że społeczeństwo – otumanione przez partie polityczne – ten drogocenny dar marnuje. Piłsudczycy nie mogli zaakceptować tego, że wolność przypadła w udziale również tym, którzy w latach walki o niepodległość nie byli gotowi do poświęceń, bo od wielkiej polskiej niewiadomej bardziej cenili sobie bezpieczeństwo i przewidywalność, jakie dawało życie pod ustabilizowanymi rządami zaborców, a i teraz ponad interes narodowy – przynajmniej w piłsudczykowskim rozumieniu tego pojęcia – przedkładali własny. Trzeba zatem oddać władzę tym, którzy wolność wywalczyli, przynajmniej do czasu, aż społeczeństwo do tej zdobyczy dojrzeje.

Stolica państwa sprawiała szczególny kłopot. Wprawdzie w wyborach do parlamentu w 1930 roku najwięcej głosów zdobyli w Warszawie kandydaci sanacji występujący pod szyldem Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, ale w ostatnich wyborach samorządowych, przeprowadzonych rok po przewrocie, w 1927 roku, piłsudczykowskie Zjednoczone Komitety Wyborcze Uzdrowienia Gospodarki Miejskiej zdobyły zaledwie 12 procent głosów i 16 ze 120 mandatów. Dało im to dopiero czwarty wynik, ex aequo z Żydowskim Blokiem Narodowym. Trzecie miejsce zajęła Komunistyczna Partia Polski z 16 procentami głosów, ale nie weszła do Rady Miejskiej, ponieważ jej lista została unieważniona. Druga była Polska Partia Socjalistyczna, który wywalczyła 27 mandatów, a najsilniejszy okazał się Gospodarczy Komitet Obrony Polskości Stolicy, czyli połączone siły skrajnie nieprzychylnej rządowi endecji i chadecji. Ugrupowania te stworzyły największy, liczący 47 osób klub w radzie miasta i zbudowały eklektyczną koalicję wokół swojego kandydata na prezydenta – inżyniera Zygmunta Słomińskiego55.

Słomiński, wcześniej naczelnik Wydziału Technicznego, odpowiedzialnego głównie za infrastrukturę miejską, nie miał łatwych warunków do działania. Rozdrobnieniu politycznemu w Radzie, wymuszającemu ciągłe kompromisy programowe i personalne, oraz zaniedbaniom w gospodarce komunalnej i infrastrukturze, nadającym Warszawie pozór miasta nie do końca europejskiego, towarzyszyły nierozwiązywalne kłopoty finansowe. Od odzyskania niepodległości rząd zrzucał na samorządy lokalne coraz więcej obowiązków, zmniejszając przy tym swój udział w finansowaniu inwestycji czy usług publicznych. Miasto mogło pożyczać, ale do czasu. Około 1927 roku straciło wiarygodność kredytową, a niedługo później kryzys spowodował załamanie dochodów budżetu. Do tej pory dziurę łatano przelewami z dochodowych przedsiębiorstw komunalnych, ale i to źródło wyschło, gdy nadszedł kryzys ekonomiczny i warszawiacy zaczęli oszczędzać na biletach tramwajowych, gazie czy wodzie, na chlebie z miejskiej piekarni czy mięsie z miejskiej rzeźni. Gdy spadły wpływy do budżetu, zobowiązania zaciągnięte w tłustych latach okazały się zabójcze. Na początku lat trzydziestych inwestycje niemal stanęły w miejscu, normą stały się opóźnienia w wypłacie pensji pracownikom miejskim. Samorząd – największy pracodawca w Warszawie – musiał też łożyć na uposażenia tysięcy emerytowanych urzędników. W roku budżetowym 1933/1934 odprawy, renty i emerytury pochłaniały aż 8,7 procent miejskiego budżetu zwyczajnego (czyli bieżącego, bez wydatków inwestycyjnych)56. Według danych na 1 sierpnia 1934 roku 4127 emerytów kosztowało budżet 904 tysiące złotych miesięcznie57, a więc ponad 10 milionów złotych rocznie.

Za symbol kłopotów lub – jak przedstawiali to piłsudczycy – nieudolności magistratu uchodziły „nowoczesne ruiny”58, czyli rozgrzebane budowy. Jeszcze więcej było inwestycji od dawna planowanych i potrzebnych, ale nawet nierozpoczętych. Przed kryzysem finansowym powstały wspaniałe gmachy miejskich szkół imienia Stefana Batorego, Kopernika czy Sowińskiego, nazywane przez prasę z podziwem „pałacami”, ale termin ten nabrał sarkastycznego czy wręcz oskarżycielskiego zabarwienia59, gdy szkoły, nawet skromne, w ogóle przestano budować. To także dawało propagandową pożywkę piłsudczykom, pomijano jednak, że rząd, który niegdyś pokrywał połowę kosztów budowy szkół, w połowie lat dwudziestych cały ten ciężar przerzucił na władze lokalne. Jednocześnie w wiek szkolny zaczęły wchodzić roczniki z powojennego wyżu demograficznego60. Aby sprostać zapotrzebowaniu, w latach 1927–1931 należało zbudować 43 szkoły, a powstało ich jedynie 1361. W pierwszej połowie lat trzydziestych 15 ze 178 szkół powszechnych mieściło się w prowizorycznych drewnianych barakach, a aż 81 w wynajętych lokalach. Koszty najmu tych często niefunkcjonalnych i niespełniających warunków higienicznych budynków obciążały miasto (w budżecie na rok 1934/1935) na 2,38 miliona złotych62. Oszczędności przyniosłoby wybudowanie własnych gmachów, ale najpierw trzeba było znaleźć na to pieniądze. I tak koło się zamykało. Jednocześnie rząd wciąż nie mógł załatać dziury w budżecie państwa, więc nie chciał dzielić się wpływami z podatku dochodowego z samorządami. Zresztą w Polsce, jednym z najbiedniejszych krajów w Europie, nie było nawet komu zabrać.

W 1930 roku, gdy dobiegła końca trzyletnia kadencja Rady Miejskiej, rząd odmówił rozpisania wyborów. Tłumaczono, że najpierw należy od nowa stworzyć ustrój stolicy, a skoro prezydent kraju w uzasadnionych przypadkach ma prawo przedłużyć kadencję, to Rada wybrana w 1927 roku będzie pracować do odwołania. Rada usiłowała rozwiązać się sama, ale bez skutku. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych rzeczywiście trwały prace nad nowym ustrojem dostosowanym do wielkości i specyfiki stolicy. Zamierzano utworzyć województwo obejmujące nie tylko Warszawę, lecz także cały „region miejski”, czyli szybko rozrastające się satelickie miasteczka. Wiele wskazuje jednak na to, że jednocześnie rząd dążył do pogłębienia kryzysu w ratuszu, by móc go zażegnać, wprowadzając zarząd komisaryczny.

Na początku 1934 roku pretekstu do rozwiązania Rady Miejskiej dostarczyły kłopoty z przyjęciem budżetu na rok 1934/1935. Gdy Rada uchwaliła i – czego wówczas wymagało prawo – przedstawiła do zatwierdzenia preliminarz budżetowy, minister spraw wewnętrznych uznał, że wyliczenia są oparte na nierealistycznych przesłankach. Rada wstawiła między innymi po stronie dochodów kwotę pożyczki inwestycyjnej Skarbu Państwa w wysokości ponad dwóch milionów złotych, której rząd jeszcze nie przyznał63. Minister wezwał radnych do wprowadzenia poprawek w preliminarzu, a w jego nowej wersji dopatrzył się kolejnych wątpliwych pozycji, po których usunięciu pojawiała się w budżecie wielomilionowa dziura.

Choć sytuacja finansowa miasta była rzeczywiście zła, zdaniem Adama Szczypiorskiego, autora podstawowej pracy o warszawskim samorządzie w II Rzeczypospolitej, „powody rozwiązania władz miejskich albo nie były zgodne z rzeczywistością”, albo zostały uprzednio uzgodnione między zainteresowanymi64. Miałaby o tym świadczyć decyzja prezydenta Słomińskiego, który w trakcie przepychanek budżetowych między radnymi a ministerstwem podał się do dymisji65. W efekcie Zarząd Miejski został – jak później nazwał to Starzyński – „zdekompletowany”66, a rząd miał powód do wprowadzenia zarządu komisarycznego. Szczypiorski oceniał, że było to ze strony Słomińskiego posunięcie taktyczne, dokonane „za zgodą rządu i pod wpływem jego sugestii”67. Słomińskiego rzeczywiście ta decyzja kosztowała niewiele oprócz utraty prestiżu, ponieważ już w 1927 roku, obejmując urząd prezydenta, zagwarantował sobie, że w razie dymisji zostanie przywrócony na zajmowane wcześniej lub równorzędne stanowisko. Kiedy więc ustąpił, wiceprezydent Tadeusz Szpotański, który zgodnie z prawem przejął obowiązki Słomińskiego, powołał go natychmiast na wakujące stanowisko dyrektora dobrze prosperującego miejskiego przedsiębiorstwa tramwajowego68.

Szpotańskiemu przypadło również zadanie wprowadzenia do ratusza 3 marca nowego prezydenta, mianowanego przez rząd. Nie był to jeszcze Stefan Starzyński. Na razie pojawiał się w tle jako szef lokalnej organizacji Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem i nie mógł się spodziewać, że obca mu dotychczas tematyka samorządowa stanie się dla niego chlebem powszednim. Warszawa trafiła na krótko w szorstkie ręce Mariana Zyndrama Kościałkowskiego, wojewody białostockiego, wcześniej warszawskiego radnego. Według premiera Janusza Jędrzejewicza był to

wesoły, uczynny, o żywym temperamencie i dużej fantazji człowiek, w gruncie rzeczy dobry i koleżeński, miły kompan o nieskomplikowanej, ziemiańskiej duszy, skądinąd ze słabym bagażem intelektualnym i o zupełnie niepogłębionym światopoglądzie, ale z ogromną ambicją osobistą, żądzą władzy, chęcią rozkazywania i prowodyrstwa […] działacz raczej typu sejmikowego, poszukujący i zawsze umiejący znaleźć oddanych sobie szaraczków, gotowych do wykonywania jego rozkazów, pełen inicjatywy i życia, odważny i zuchwały, pewny siebie zawsze niczym niezamąconą zarozumiałością, myślący mało, ale działający szybko i sprawnie.69

Aby Kościałkowski objął fotel prezydenta Warszawy, wystarczył bezkrwawy biurokratyczny przewrót. Ale aby Starzyński wyszedł z drugiego szeregu i zajął najważniejsze miejsce, potrzeba było znacznie więcej. Jego losy potoczyłyby się inaczej, gdyby minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki prowadził mniej uregulowany tryb życia, wywiad działał nieco sprawniej, a państwo nie musiało wciąż zaciskać pasa. Minister zwykł jednak jadać obiad codziennie w tym samym miejscu i mniej więcej o tej samej porze, raport wywiadu wskazujący na zagrożenie jego życia zbyt późno trafił na odpowiednie biurko70, a drastyczne cięcia wprowadzone w resorcie przez samego Pierackiego doprowadziły zarówno do pozbawienia go ochrony osobistej, jak i do likwidacji wielu posterunków policji71, w tym na warszawskiej ulicy Foksal. Nieopodal, pod numerem 3, mieścił się klub Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. 15 czerwca 1934 roku Pieracki przyjechał tam, by jak zwykle zjeść obiad w odpowiednim towarzystwie. Dzień był ciepły, więc wielu gości, w tym świeżo mianowany premier Leon Kozłowski, gawędziło na tarasie z drugiej strony budynku. Ale na Pierackiego czekał tego dnia ktoś spoza towarzystwa – trzydziestojednoletni działacz Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Hryhorij Maciejko. Stał w sieni, a jego twarz zasłaniało rondo beżowego kapelusza. Widząc zbliżającego się ministra, spod zielonkawego płaszcza wyciągnął rewolwer, wystrzelił i rzucił się do ucieczki. Była 15.40, niecałe dwie godziny później Pieracki nie żył72.

Mord polityczny dokonany w biały dzień wywołał w społeczeństwie zrozumiały wstrząs. Tym bardziej ministerstwo nie mogło długo pozostać bez obsady. W stołecznych gabinetach, kawiarniach i redakcjach ruszyła giełda nazwisk. 28 czerwca, gdy premier Kozłowski udawał się do prezydenta Mościckiego z propozycją zmian w rządzie, w dobrze poinformowanym, sympatyzującym z obozem sanacyjnym „Kurierze Warszawskim” typowano na to stanowisko wojewodę lwowskiego, niedawnego prezydenta Krakowa Władysława Belina-Prażmowskiego73, ministra rolnictwa Bronisława Nakoniecznikowa-Klukowskiego lub „niektórych wysokich wojskowych służby czynnej”74. Endecki „Kurier Poznański” drukował rewelacje o walce „wewnętrznych prądów w obozie rządowym” i oprócz Nakoniecznikowa-Klukowskiego wymieniał wpływowego ideologa piłsudczyków Bogusława Miedzińskiego, przedstawianego jako zwolennik ostrych represji, lub ministra opieki społecznej Jerzego Paciorkowskiego75.

Dramatyczne wydarzenia początkowo nie miały żadnego wpływu na los Starzyńskiego, a wiadomość o zamachu na Pierackiego dotarła do niego z dala od Warszawy, na sześciotygodniowym urlopie76. Również dla mieszkańców stolicy zbrodnia znaczyła początkowo jedynie pożegnanie z sięgającą XVIII wieku nazwą ulicy Foksal. Następnego dnia po zamachu Kościałkowski uroczyście nadał jej imię zamordowanego ministra77. Ale 28 czerwca o trzeciej po południu, gdy prezydent podpisał dekret o powołaniu następcy Pierackiego, okazało się, że w Warszawie zmieni się znacznie więcej. Ku zaskoczeniu obserwatorów życia politycznego78 tekę otrzymał właśnie Kościałkowski79. Podobno wysunął go sam marszałek Piłsudski, któremu podobało się to, jak kandydat „czyści Warszawę”80. Nominacja ta być może była korzystna dla rządu, ale sprawiała kłopot w stolicy, której jeszcze trzy miesiące wcześniej obiecywano stabilizację dzięki zarządowi komisarycznemu. Pompatycznie ujął to później sam Starzyński:

Powołanie więc prezydenta stolicy na stokroć odpowiedzialniejsze stanowisko ministra spraw wewnętrznych – wywołać musiało w Warszawie uczucie podwójne: i radości, i smutku. Każdy warszawianin dumnym być musiał, że najwyższe czynniki państwowe powierzyły rządy nawą wewnętrzną Państwa temu, który zapoczątkował dzieło realnego przekształcenia Warszawy w rzeczywistą stolicę Państwa – ale z drugiej strony każdego mieszkańca musiała przejąć smutkiem troska o dalszy los stolicy.81

30 czerwca Kościałkowski przekazał obowiązki wiceprezydentowi Józefowi Ołpińskiemu82, ale było jasne, że to tylko chwilowe zastępstwo. Ledwie ucichły spekulacje na temat rekonstrukcji rządu, zaczęło się typowanie kandydatów na tymczasowego prezydenta Warszawy. Publikowane przez prasę pogłoski miały świadczyć o tym, że „były tarcia i rozgrywki w grupie rządzącej”83. Ale czy dworskie rozgrywki nie są normą, gdy wakuje tak ważne stanowisko?

Nowego gospodarza stolicy wybrało pięciu najbardziej wpływowych polityków sanacyjnych podczas nieformalnego spotkania zaaranżowanego 2 lipca 1934 roku przez marszałka sejmu Kazimierza Świtalskiego. Rząd, a szczególnie odpowiedzialny za ustrój Warszawy resort spraw wewnętrznych, zaprzątały wtedy zupełnie inne tematy: powódź pustosząca Małopolskę i Lubelszczyznę oraz niesławny „obóz izolacyjny” w Berezie Kartuskiej, który premier polecił zorganizować już dwa dni po zamachu na Pierackiego84 dla wszelkich domniemanych i faktycznych „wichrzycieli”. Kwestia obsady stanowiska tymczasowego prezydenta Warszawy była więc jednym z wielu wątków rozmowy, wcale nie najważniejszym. Świtalski, wówczas u szczytu kariery politycznej, zaprosił premiera Kozłowskiego, ministra spraw zagranicznych pułkownika Józefa Becka, prezesa BBWR pułkownika Walerego Sławka oraz byłego premiera, posła BBWR, pułkownika Aleksandra Prystora. Świtalskiemu, niegdyś gorliwemu wykonawcy poleceń, schorowany marszałek pozostawiał coraz więcej swobody i wymieniał go – obok Sławka – jako przyszłego kandydata na prezydenta Rzeczypospolitej85. Teraz jednak potrzebny był prezydent Warszawy. Jak zanotował gospodarz spotkania, chodziło jedynie o kogoś, kto przez pięć tygodni zajmie się bieżącym zarządzaniem stolicą i zorganizuje wybory do Rady Miejskiej, które w myśl obowiązującej ustawy należałoby rozpisać najpóźniej pół roku po rozwiązaniu poprzedniej, a więc we wrześniu. Zebrani uzgodnili, że Warszawą przez jakiś czas zaopiekuje się Starzyński86.

Inauguracja prezydentury Stefana Starzyńskiego w sali Wielkiej ratusza, 2 sierpnia 1934. W pierwszym rzędzie od lewej: NN, posłanka BBWR generałowa Zofia Berbecka, wiceprezydent miasta Medard Downarowicz, wiceprezydent Józef Ołpiński, minister spraw wewnętrznych Marian Zyndram Kościałkowski, Stefan Starzyński, wiceminister spraw wewnętrznych Władysław Korsak, wiceprezydent Tadeusz Szpotański, wiceprezydent Jan Pohoski.

Stefan Starzyński był wówczas wiceprezesem Banku Gospodarstwa Krajowego, urlopowanym wiceministrem skarbu, szefem BBWR w warszawskim Śródmieściu. Cieszył się reputacją energicznego menedżera, który z powodzeniem przeprowadził już niejedną trudną misję. „Starzyńskiego, jak się postawi na szynach, to będzie jechał naprzód. W pewnym momencie trzeba go przestawić na inne szyny i znowu będzie jechał, jechał”87 – miał powiedzieć Świtalski. Julian Kulski – jeden z nielicznych serdecznych przyjaciół, dodawał po latach, że aby „jechać”, Starzyński „musiał być jednak przekonany, że cel i zadanie jest godne jego wysiłku. Gdy tak było, pracował jak nikt inny”88.

W prasie pojawiały się wprawdzie jeszcze inne nazwiska – Aleksandra Prystora89 czy byłego komisarycznego prezydenta Lwowa Jana Strzeleckiego90, ale już 11 lipca rządowa bulwarówka „Dzień Dobry!” wydrukowała na pierwszej stronie portret Starzyńskiego opatrzony informacją, że „nie ulega już prawie żadnej wątpliwości”, iż to on obejmie władzę w warszawskim ratuszu91. Nie wiadomo, czy sam zainteresowany wówczas już zgodził się na objęcie stanowiska, czy publikacja była sposobem nacisku, by przestał hamletyzować.

Wreszcie w poniedziałek, 30 lipca 1934 roku, późnym popołudniem publiczna tajemnica została oficjalnie potwierdzona. Na posiedzeniu rządu na wniosek ministra Kościałkowskiego92 tymczasowym prezydentem Warszawy mianowano Stefana Starzyńskiego. Jednocześnie rząd podjął starania, by kadencję tę uczynić jak najmniej tymczasową93. Choć z ustawy samorządowej wynikało, że wybory należy rozpisać najpóźniej do września, to inny przepis uprawniał prezydenta Rzeczypospolitej do nadawania w drodze dekretów największym sześciu miastom specjalnych statutów. Już 12 lipca Rada Ministrów, wiedząc zapewne, kto został namaszczony na następcę Kościałkowskiego, przyjęła projekt rozporządzenia o tymczasowych organach ustrojowych m.st. Warszawy94, przedłużający ich mandat aż do 31 marca 1936 roku. I choć rozporządzenie zostało w końcu wydane dopiero pod koniec września95, Starzyński, obejmując urząd tymczasowego prezydenta, wiedział, że będzie go piastował dłużej niż pięć tygodni. Dlatego zwrócił się z prośbą do prezydenta Mościckiego o zwolnienie ze stanowiska w Banku Gospodarstwa Krajowego i 29 sierpnia otrzymał dymisję96.

W dniu inauguracji prezydentury przez Starzyńskiego na łamach „Robotnika” ukazał się złośliwy komentarz, w którym stwierdzano, że „przez szereg miesięcy p. Kościałkowski poznawał gospodarkę Warszawy, a gdy już poznał, odwołano go, a mianowano na jego miejsce p. Starzyńskiego. Teraz [on; wszystkie wtrącenia w cytatach pochodzą od autora] również poświęci kilka miesięcy na badanie tajemnic gospodarki stołecznej”97. Wprowadzając swojego następcę do ratusza i wiedząc już o zamiarze przedłużenia jego kadencji, Kościałkowski mógł z pełną odpowiedzialnością zadeklarować, że porządki w Warszawie, a także przebudowa jej ustroju, zajmą jeszcze przynajmniej kilkanaście miesięcy. Dopiero w 1936 roku miała się zacząć „era rozkwitu, budowanego w drodze dobrze zrozumianego samorządu przez samo społeczeństwo”98. Demokracja miała więc powrócić, gdy mieszkańcy stolicy trochę zmądrzeją.

Nieoficjalnie Kościałkowski ponoć dodawał: „Myślę, że Starzyński to dla Warszawy wygrany los na loterii”99. Dla Starzyńskiego, którego kariera na początku lat trzydziestych utknęła w martwym punkcie, objęcie tego stanowiska też było darem losu.

Rozdział 4Żołnierz

Na przełomie lipca i sierpnia 1934 roku dziennikarz podpisujący się inicjałami A.W. – prawdopodobnie Adam Wolmar – pospieszył na daleki Mokotów, by przeprowadzić wywiad z nowym prezydentem stolicy. Nie należało oczekiwać drapieżnego materiału. „Kurier Poranny”, gazeta, która zamówiła tekst, należał do kontrolowanego przez piłsudczyków koncernu Prasa Polska. Jego pisma nie zajmowały się krytykowaniem posunięć władz, lecz wyjaśnianiem ich działań zwykłym ludziom.

Reporter wyruszył z Marszałkowskiej, na której początku, pod numerem 3/5, w zmodernizowanych halach dawnej fabryki dywanów mieściły się redakcje i drukarnia koncernu. Na placu Unii Lubelskiej urywały się nagle niczym klif rzędy ośmio-, a nawet dziewięciopiętrowych kamienic. Kończyła się też gładka, asfaltowa nawierzchnia i zaczynały kocie łby100. Jeszcze dwadzieścia lat wcześniej tu biegła granica Warszawy, a w połowie lat trzydziestych zaczynała się jej młoda dzielnica – Mokotów. Po prawej stronie placu widać było zamarłą od trzech lat budowę komendy straży pożarnej101.

Po minięciu klasycystycznych rogatek oblepionych drewnianymi budami102 dziennikarz podążył główną arterią Mokotowa – Puławską. Już nie szosą, ale jeszcze nie miejską aleją, „szeroką, ale jakoś dziwnie zdeformowaną, kaleką”103. Domy, które miały przejść do historii architektury – kamienica Wielopolskich na rogu Narbutta, z długimi wstęgami okien i modnie zaokrąglonym narożnikiem, czy ciąg eleganckich apartamentowców Wedla między Narbutta a Madalińskiego – nie zostały jeszcze nawet narysowane. Na razie widać było „odrapane, koszarowe kamienice, poprzetykane parterowemi ruderami”104, glinianki i drewniane chałupki, zajezdnię tramwajową i carskie koszary. Takie kontrasty były w ówczesnej Warszawie czymś normalnym – widać je na zdjęciach i w statystykach. Na początku lat trzydziestych spośród 24,8 tysiąca budynków tylko 69,1 procent miało ściany ogniotrwałe, czyli murowane, a aż 30,1 procent było z drewna105. Jak wspominał urzędnik Starzyńskiego Cyprian Odorkiewicz, „w reprezentacyjnym śródmieściu górna linia domów wyglądała często jak wyszczerbiony grzebień. […] W wyniku bezplanowej zabudowy, do okazałych kamienic tuliły się jednopiętrowe ruderki, jeśli nie parterowe drewniaki, jak ten na Nowym Świecie, który wieczorem mamił oczy pióropuszem neonowej reklamy «Szukasz szczęścia, wstąp na chwilę»”106.

Zamiast chodników A.W. widział na Puławskiej głównie cuchnące rowy, zamiast tramwaju – sunący niespiesznie „samowarek”, czyli kolejkę parową do Grójca, która z nowoczesną komunikacją miała tyle wspólnego, co koza z centralnym ogrzewaniem. Z chaotycznej arterii „ciasnemi szyjami wybiegają długie linje przecznic rozkwitających na końcach bukietami małych, otoczonych ogródkami domków”107.

Jedna z tych przecznic to ulica Szustra (dziś Dąbrowskiego). Na jej zakończeniu, między Różaną, Kazimierzowską, Odolańską a pasmem błota czy zielska, które w przyszłości miało się zamienić w asfaltową Trasę N-S, od pięciu lat stała kolonia Domy Spółdzielcze. To najdalej wysunięta macka miejskiej cywilizacji, dalej rosły już tylko ziemniaki i zboże. Narysowane przy linijce ulice przechodziły w swobodnie biegnące polne drogi108, a w oddali majaczył maszt radiostacji na forcie mokotowskim. W ostatnim domku tej kolonii czekał na A.W. ktoś, kto miał zrobić porządek z tym wszystkim, co dziennikarz z niesmakiem po drodze oglądał.

Od pierwszych chwil widać było, że Starzyński to człowiek czynu. Przyjął A.W. „bez marynarki, w sportowej koszuli. Jego krępa, tryskająca zdrowiem i energią postać zdawała się nie mieścić w ramach pokoików nowoczesnej willi”109. Nowoczesna to może za dużo powiedziane – nie była ani awangardowa w stylu, ani zaawansowana technicznie. Ściany były masywne i murowane, stropy drewniane, a dach kryty tradycyjną dachówką. W dostatnim europejskim mieście dom nowego prezydenta zostałby uznany za równie przeciętny, jak uroda jego właściciela. Ale nie w Warszawie. Z badań przeprowadzonych na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, a więc wtedy, gdy Starzyński wprowadzał się na Szustra, wynika, że mieszkał o wiele lepiej niż przeciętny obywatel. Własny ustęp miała zaledwie jedna trzecia stołecznych mieszkań110. Aż 42 procent składało się tylko z jednej izby (w Berlinie 3 procent), w ponad trzech tysiącach mieszkań okien było mniej niż pokoi, a za w pełni nowoczesne („odpowiadające warunkom kulturalnym”) uznawano jedynie 12,7 procent111. Najgorsze warunki panowały w domach robotniczych: aż dwie trzecie z nich oferowało lokatorom mniej niż pięć metrów kwadratowych na osobę, co uważano wówczas za minimum zdrowotne. Robotnicy warszawscy mieszkali gorzej niż ci z Łodzi czy Zagłębia Dąbrowskiego112. Warto też przypomnieć, że w przeciętnym stołecznym mieszkaniu żyło 4,6 osoby113, tymczasem Starzyński dzielił dach nad głową jedynie z żoną – dzieci nie mieli.

Fotograf „Kuriera Porannego” uwiecznił prezydenta na ogrodowej ławce, jak siedzi w wyglansowanych butach, noga założona na nogę, sylwetka trochę wycofana, spojrzenie nieco spłoszone. Prezentuje się tak, jak opisał to Julien Bryan, amerykański korespondent, który pięć lat później fotografował oblężoną Warszawę: „heavy set and extremely well tailored”114 – mocnej postury i doskonale obszyty.

– Czy pan prezydent jest zadowolony ze swego stanowiska? – pyta rytualnie A.W.

– Proszę pana, jestem przede wszystkim żołnierzem i cechy żołnierskie przenoszę w działalność publiczną i przyjmuję każdy wyznaczony posterunek.115

W tych dniach żołnierzem nazwał Starzyńskiego również prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, generał Roman Górecki. Gratulując mu przejścia z banku do ratusza, mówił: „Na placówki zagrożone w czasie wojny posyła się zawsze najdzielniejsze jednostki, najlepsze oddziały. W swej działalności publicznej wszyscy jesteśmy żołnierzami i powierzenie min[istrowi] Starzyńskiemu placówki tak odpowiedzialnej jest dowodem uznania jego zdolności, charakteru i dotychczasowej działalności”116.

Stefan Starzyński z wojska odszedł trzynaście lat wcześniej, 13 lipca 1921 roku, w stopniu kapitana117. A jednak wciąż przedstawiał się i był przedstawiany jako żołnierz. Jak wspominał dyplomata, a później wiceminister skarbu Kajetan Morawski, po przewrocie majowym „znaczna ilość stanowisk administracyjnych, od najwyższych do najniższych, obsadzona była oficerami różnych stopni, a dodatkową kontrolę sprawowały ustanowione przy władzach i urzędach centralnych Biura Wojskowe”. Zmilitaryzowanie instytucji cywilnych „odbiło się wyraźnie nie tylko na ich metodach pracy, ale nawet na języku i obyczajach […]. Nie było prawie dziedziny, czy będzie nią polityka narodowościowa, czy organizacja turystyki, czy pobór podatków, czy zagadnienie walutowe, czy nawet sprawa opery warszawskiej, gdzie by się ich [wojskowych] działalność i inicjatywa nie przejawiały”118. Rzeczywistość porządkowali i opisywali, używając określeń rodem z koszar: żołnierz, placówka, oddział, komendant, służba, front, rozkaz. W chwilach uroczystych wymawiali je z emfazą i pisali wielką literą.

W swym pierwszym prezydenckim wywiadzie Starzyński przedstawiał się nie tylko jako żołnierz, ale i jako stary warszawiak. Tytułował się wręcz „dzieckiem Powiśla”119. Rzeczywiście, przyszedł na świat 19 sierpnia 1893 roku120 przy ulicy Dobrej 35 (numer hipoteczny 2804), między Zajęczą a Drewnianą, w okolicy niegdyś regularnie zalewanej przez rzekę, potem oblepionej błotem, przysypanej sadzą, owianej wyziewami z fabryk oraz fetorem śmieci zwożonych tu z lepszych dzielnic – a lepsza była prawie każda. Autor wydanego w tym samym roku przewodnika po Warszawie miał o Dobrej do powiedzenia tyle, że to ulica równoległa do Wisły, zamieszkana przez ubogą ludność, oferująca malownicze widoki na tyły wytwornego Krakowskiego Przedmieścia121. Nocne spacery po okolicy odradzał.

Dom przy ulicy Dobrej 35, prawdopodobne miejsce urodzenia Stefana Starzyńskiego, 1937.

Nie tylko spacerowicze, lecz także fotografowie rzadko zapuszczali się na Powiśle. Mógł ich zniechęcać zarówno brak wartych uwiecznienia obiektów, jak i zwykła obawa o życie czy kosztowny sprzęt, nie wspominając o różnicach klasowych. Nie ma pewności, jak wyglądał dom, w którym urodził się Stefan Starzyński. Zdjęcie wykonane w 1937 roku, już za czasów jego prezydentury, powstało dla potrzeb Referatu Gabarytów – komórki powołanej w ratuszu do zinwentaryzowania chaotycznej zabudowy stołecznych ulic. Dokumentacja kontrastu małomiasteczkowych domków i siedmiopiętrowych kamienic miała posłużyć do analiz urbanistom, którzy chaos chcieli zamienić w spójną, harmonijną kompozycję. Fotografia posesji przy Dobrej 35 jest nieostra, a kadr niestaranny. Rzuca się w oczy drewniany parkan – jeden z setek ustawionych w Warszawie na zarządzenie władz, by zasłonić nieurządzone, zabałaganione parcele. Prostopadle do chodnika stoi jednopiętrowy, jasno otynkowany domek. Wejście do mieszczącego się na parterze sklepu czy warsztatu znajduje się poniżej poziomu ulicy. Dom jest więc starszy niż bruk i tory tramwajowe na Dobrej, które ułożono dopiero w drugiej dekadzie XX wieku. Może to właśnie dom, w którym urodził się Stefan Starzyński? Z prawej strony widać jeszcze wyciętą w parkanie furtkę. Prowadzi na podwórko, na którym stoi kolejny domek, z nieotynkowanej cegły, wyższy od pierwszego o wysokie poddasze. Może to ten? Ostatecznie nie ma to większego znaczenia, bo to, że Stefan przyszedł na świat w Warszawie, choć dobrze wyglądało w biogramie prezydenta miasta, miało jednak niewielki wpływ na jego formację. Mniej więcej rok po narodzinach syna Starzyńscy przeprowadzili się (przez Żyrardów i wieś Sierżniki122) do Łowicza, i to tam, a nie w Warszawie, „dziecko Powiśla” spędziło trzynaście kolejnych lat życia.

Stefan w wieku około trzech lat.

Ojciec Stefana – Alfons Karol (ur. 1860) – pochodził z wioski Michały koło Łęczycy123; matka – Stefania Jadwiga Maria z Lipskich (ur. 1862) – przyszła na świat w Kieleckiem. Oboje byli typowymi przedstawicielami „zmieszczanionej szlachty warszawskiej”124 – herbowych szaraczków z Kongresówki, którzy licznie osiedli w Warszawie w drugiej połowie XIX wieku, gdy zniesienie pańszczyzny i represje popowstaniowe wywróciły do góry nogami odwieczny porządek polskiej wsi. „Wszyscy ci ludzie, mali czy wielcy, cieszący się faworem fortuny czy przez nią opuszczeni – pamięć rodową na ogół zachowali. Wiedzą, skąd wyszli, kim są”125 – pisał o takich jak oni Jan Emil Skiwski. Wyobrażenie lokum Starzyńskich – i tego na Powiślu, i tego w Łowiczu, na Zduńskiej 34 – można więc śmiało złożyć ze stereotypów na temat mieszkań średniozamożnych obywateli o ziemiańskich korzeniach. Większość sprzętów wyraźnie dworskiego, wiejskiego pochodzenia. Ciasnota otulona w kilimy i makatki, na których wiszą rodzinne i patriotyczne pamiątki, może jakieś skrzyżowane szable. Na półkach książki, wśród nich romantyczno-patriotyczny kanon. Wiemy, że u Starzyńskich czytało się Trylogię, a później napoleońskie powieści Gąsiorowskiego i Popioły126. Ani ojciec, ani matka nie mieli jednak wyższego wykształcenia – aby zdobyć dyplom, musieliby wyjechać do którejś z metropolii imperium Romanowów albo za granicę. W dodatku Alfons cierpiał na zaburzenia słuchu i mowy. Początkowo pracował w urzędzie, ale gdy w 1882 roku wziął ślub z Jadwigą, otworzył na Powiślu „pracownię artystyczno-rzeźbiarską”, produkującą „ozdobne talerze, tace, szkatułki, pudełka, świeczniki”, wystawiane i nagradzane medalami w Warszawie, Jekaterynburgu, Petersburgu, Moskwie czy Niżnym Nowogrodzie127, a na boku – pamiątki patriotyczne z orzełkami i stosownymi inskrypcjami128. Jadwiga dorabiała, ucząc francuskiego, ale jej głównym zajęciem długo był dom i wychowywanie synów.

Łowicz, spokojny i stosunkowo dostatni zakątek na zachodnich rubieżach Rosji, to świat dzieciństwa Stefana i jego starszych braci – Mieczysława (ur. 1891) i Romana (ur. 1890). Zarówno warsztat ojca, jak i mieszkanie znajdowały się w samym środku miasta, przy polsko-żydowskiej handlowo-rzemieślniczej ulicy Zduńskiej. Stamtąd było już tylko parę kroków na Stary Rynek, gdzie mieściło się Realnoje Ucziliszcze – Szkoła Realna, czyli siedmioklasowe gimnazjum męskie, do którego jeden po drugim szli bracia Starzyńscy. Innych szkół niż rosyjskie nie było, ale rodzice nastawiali synów niechętnie do zaborców. Grunt przygotowywała matka, która we wspomnieniach najstarszego z braci jawi się jako depozytariuszka pamięci rodowej, a więc i narodowej („szlachta” znaczyła przecież „naród”). Roman dostał nawet imię po dziadku ze strony mamy, uczestniku powstania listopadowego, i jej bracie, który jako piętnastolatek zginął w powstaniu styczniowym. „W swej dziecinnej wyobraźni widziałem siebie jako ich następcę, który – jak oni – będzie walczył z powodzeniem lub bez powodzenia” – wspominał czterdzieści lat później129. Do rodzinnej anegdoty przeszła przygoda małego Mieczysława, który swojej koleżance, Wierze, córce rosyjskiego wojskowego, oświadczył, że nie chce się z nią bawić, „bo wyście nam ziemię zabrali”. Dziewczynka zarzekała się, że bawi się tylko swoim piaskiem, ale Mietek się uparł. Sprawa otarła się o matkę Wiery, która słusznie zwróciła uwagę sąsiadce, że podsłuchane w domu patriotyczne frazy mogą sprowadzić na rodzinę niebezpieczeństwo130.

Jadwiga nie była jedyną polską matką, która karmiła dzieci opowieściami o romantycznych buntownikach, legendarnych przodkach i historycznych bohaterach131, a jednak mało kto rwał się do walki o niepodległość. Większość piśmiennych Polaków traktowała patriotyczną literaturę jako pociągającą fantazję, a nie jako przewodnik po rzeczywistości. Wiedli spokojne życie w ramach imperiów, zamiast wykrwawiać się w walce, ryzykować majątki i rodziny. Do zaspokojenia uczuć narodowych wystarczała lektura wydawanych po polsku gazet, śmiech na przedstawieniach Fredry (w Łowiczu wystawiała jego komedie półamatorska trupa) czy zbiórka datków na pomnik Mickiewicza. W bardziej niebezpieczne rejony zaprowadzili braci Starzyńskich dopiero agitatorzy z Warszawy, którzy umieli im tłumaczyć teraźniejszość na przemawiające do wyobraźni przeciwstawienia: my–oni, młodzi–starzy, Polacy–Rosjanie.

31 stycznia 1905 roku nadarzyła się okazja, by wypełnić patriotyczną treścią atrakcyjny dla każdego pokolenia młodzieży schemat pokoleniowego buntu przeciwko dorosłym i opresyjnej instytucji. Tego dnia uczniowie starszych klas łowickiej Szkoły Realnej dołączyli do strajku, który trzy dni wcześniej wybuchł w warszawskich gimnazjach przeciwko nauczaniu po rosyjsku, indoktrynacji uczniów, tępieniu swobody myśli i wypowiedzi. 2 lutego strajkujący przybili na drzwiach szkoły listę dziewięciu postulatów. Żądanie polskiej, neutralnej światopoglądowo szkoły było dla władz nie do przyjęcia, więc strajk ciągnął się miesiącami. Później, już po odzyskaniu niepodległości, Stefan mógł chwalić się udziałem w buncie, ale jako dwunastolatek był za młody, by odegrać w nim większą rolę. Po latach wspominał: „Mieliśmy żal do starszych, że nas nie informowali i nie dopuszczali do akcji bicia szyb i walki z łamistrajkami. Toteż zmuszeni byliśmy ograniczyć się do własnej kampanii przeciw kolegom łamistrajkom z naszej klasy, co się wyrażało bądź w słownych, bądź nawet w rękoczynnych potyczkach ulicznych w razie spotkania”132. Z kontekstu politycznego mógł rozumieć mniej niż Roman czy Mieczysław, ale któż nie poddałby się atmosferze?

Nastoletni Stefan Starzyński jako uczeń łowickiej Szkoły Realnej, początek XX wieku.

Opiekę nad strajkującymi uczniami objął specjalnie powołany komitet rodzicielski, w którym działała także matka chłopców. W mieszkaniu Starzyńskich organizowano lekcje zastępcze, czyli komplety, podczas których młodzież miała przyswajać program ze sprowadzanych z Galicji polskich podręczników. Pierwszoklasistę Stefana uczył piątoklasista Roman, Romana zaś jakiś siódmoklasista133. Poziom nauczania dzieci przez nieco starsze dzieci musiał być niski, ale strajk trwał miesiącami. Zadanie wzięli więc na siebie najpierw rodzice, a potem specjalnie ściągnięci przybysze z Warszawy. Wśród nich był Marian Falski, towarzysz „Rafał”, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, któremu miejsce w historii zapewniła nie działalność polityczna, lecz wydany już w wolnej Polsce elementarz z Alą i kotem. Tymczasem jednak zajmował się on kształceniem i indoktrynacją łowickich uczniów i uczennic. W miarę jak młodzież się radykalizowała, coraz większej rezerwy nabierali dorośli. Wielu nie podobał się wpływ, jaki na ich dzieci mieli charyzmatyczni młodzi nauczyciele, a zwłaszcza socjalistyczna agitacja. Piotr Janus pisze:

konflikt, który wybuchł w Łowiczu pomiędzy Komitetem Rodzicielskim a młodzieżą, był przejawem szerszego zjawiska. Był to rodzaj sporu pokoleniowego, dotyczącego postaw wobec zaborcy, pojmowania patriotyzmu, walki o niepodległość. Rok 1905 i strajk szkolny były jednocześnie, jak słusznie zauważył Roman Wapiński, okresem kształtowania się nowego pokolenia ideowego. Nazwał je pokoleniem przełomu.134

Wytrwałość buntowników została wynagrodzona – po dziewięciu miesiącach strajku władze nie zgodziły się wprawdzie na spolszczenie szkół państwowych, ale zezwoliły na zakładanie prywatnych szkół polskich, co w samej Warszawie w krótkim czasie doprowadziło do otwarcia kilkudziesięciu placówek. Również w Łowiczu rodzice zorganizowali w dawnym hotelu przy ulicy Dworcowej trzyklasową polską szkołę męską. Od początku 1906 roku uczęszczali do niej Stefan (II klasa) i Mieczysław (III klasa)135.

Willa Stefana Starzyńskiego przy ulicy Szustra 72 (obecnie Dąbrowskiego 72), 1938.

W dalszej perspektywie przywiązanie do patriotycznych haseł przyniosło braciom Starzyńskim życiowy sukces, czego – rzecz jasna – nie mogli przewidzieć i wykalkulować. Gdyby byli rozważniejszymi młodzieńcami, nie zaliczaliby się później do elity odrodzonej Polski – wąskiej grupy weteranów, których łączyło wspólne doświadczenie frontowe i kult Józefa Piłsudskiego, przeświadczonych o tym, że posiedli naturalne prawo do rządzenia Polską. Roman Starzyński wyjaśniał:

Pokolenie nasze […] przeżyło Wielką Wojnę, uczestniczyło w szeregu rewolucyj i przewrotów, przetrwało kryzysy polityczne i gospodarcze, widziało wiele i wiele się nauczyło. W Europie nazwano je pokoleniem «Kombatantów», które z tytułu zasług poniesionych dla swego kraju ma prawo decydować o jego losach. Nic więc dziwnego, że rządzi ono we Włoszech, w Polsce, w Niemczech, domaga się władzy we Francji…136

Dzięki wczesnemu zaangażowaniu w konspirację, a potem w Legiony, bracia Starzyńscy zajęli wysokie stanowiska w wojsku i prestiżowych instytucjach cywilnych. W połowie lat trzydziestych żyli na ponadprzeciętnej stopie, mieszkali pod dobrymi adresami, z dala od ruder Powiśla i krzywych uliczek Łowicza, a po stolicy poruszali się samochodami. Wszyscy trzej mieli rozległe znajomości i wgląd za kulisy polityki. Najnowszymi wieściami i opiniami wymieniali się przy niedzielnych obiadach, przeważnie u Romana i Haliny Starzyńskich. Podobno przy stole wybuchały tak zażarte spory, że pewnego dnia gospodyni zażądała, by Mieczysław, który najdłużej pozostał czynnym wojskowym, zostawiał szablę w przedpokoju137. Nieuniknione wśród tak dobrze poinformowanych i wpływowych osób utarczki nie zmieniały jednak tego, że dla zewnętrznych obserwatorów bracia Starzyńscy mówili jednym głosem.

Rozdział 5Bilans

„Żołnierski, godny miał pogrzeb – On, który jako osiemnastoletni student stanął w szeregach Związku Walki Czynnej, aby potem przez całe swoje życie, czy to na polu chwały wojennej, czy na katedrze wykładowcy, czy na wysokich, a tak zasłużonych stanowiskach, które kolejno piastował, czuć się zawsze i wszędzie ŻOŁNIERZEM KOMENDANTA”138.

Gdyby życie Stefana Starzyńskiego przerwała jeszcze przed wojną naturalna śmierć, podobnie brzmiałaby relacja z jego pogrzebu. Opis ten dotyczy jednak pochówku jego brata Romana, który umarł na zawał serca w lipcu 1938 roku. Lawetę z trumną ciągnął sześciokonny zaprzęg, a z całego kraju zjechały trzy tysiące żałobników139