Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 592 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Samozwaniec. Tom 4 - Jacek Komuda

Wydany w 2009 r., tom pierwszy powieści Samozwaniec, rozpoczyna duży cykl powieściowy Orły na Kremlu, którego akcja dzieje się podczas wyprawy Dymitra Samozwańca na Moskwę w latach 1604-1606.

Samozwaniec, to opowieść o największej awanturniczej wyprawie Polaków, porównywalnej z podbojami hiszpańskich konkwistadorów.

Jacek Komuda w swoich książkach stosuje prostą i sprawdzoną zasadę – historia jest sama w sobie barwna, co powoduje, że jest doskonałą podstawą do pisania książek.

Autor udowadnia, że w realiach historycznych można umiejscowić naprawdę porywającą fabułę, którą czyta się jak najlepszy kryminał.

I taka historia Polski jest znacznie ciekawsza od tej, którą znamy z podręczników szkolnych.

Opinie o ebooku Samozwaniec. Tom 4 - Jacek Komuda

Fragment ebooka Samozwaniec. Tom 4 - Jacek Komuda

Cykl Orły na Kremlu

Samozwaniec – tom 1Samozwaniec – tom 2Samozwaniec – tom 3Samozwaniec – tom 4Moskiewska ladacznicaCar z żelaza

Żołnierzom polskich misji wojskowych w Afganistanie, Iraku i we wszystkich tych miejscach, o których nie wiemy,

Rozdział XXI

Pijana Moskwa

Uściski kniazia Wasyla • Dydyński gniewny • Rozterki pana Jacka • Strach w cerkiewce • List z przeszłości • Pogoń • Nahaj i ladacznica • Krwawiąca dusza Anastazji • Kaźń Szujskiego • Na ratunek • Między Kremlem a szafotem • Dobryj car – słabyj car • Kniaziowska wolta

Die 5 julii nowego stylu, 25 iunii starego stylu Anno Domini 1605 Roku 7113 od stworzenia świata Pałac kniazia Skopina-Szujskiego na Kremlu Pod wieczór

Mości panowie bracia Polacy, wielce mnie mili dobrodzieje i przyjaciele nasi! Piję za zdrowie i wieczną przyjaźń Rusi z Rzeczpospolitą. Zdrowia żełaju batiuszce naszemu korolowi Zygmuntowi i młodemu kniażycowi Władysławowi. Niechaj żyje pan nasz, ojczulek umiłowany!

Nie do wiary! Kniaź Wasyl Szujski, który jeszcze trzy miesiące wcześniej obiecywał dostarczyć Dymitra Samozwańca w klatce, a Polaków przezywał Łżelachami i dziecinami, teraz pił ich zdrowie z carskiej czary. Z tej samej, w której odbierał garście niderlandzkich dukatów od Borysa Godunowa. Teraz, na uczcie w pałacu swego brata, cedził z niej nektar polsko-moskiewskiej przyjaźni.

Jacek Dydyński, stolnikowic sanocki, ledwie umoczył usta. Za to panowie Gąsiorowski i Bełza – wierni franci i faworyci kniazia – przekrzykiwali się w wiwatach. Nie było dla nikogo tajemnicą, że od chwili, gdy wojska carewicza Dymitra zajęły Moskwę, Wasyl Iwanowicz był bielszy i bardziej lacki niż orzeł na chorągwi króla jegomości. W dodatku nosił się po polsku, w adamaszkowym żupanie i szkarłatnej ferezji wyglądał prawie jak szlachcic lub magnat. Gdyby oczywiście któryś z polskich królewiąt miał capią bródkę, przenikliwe, żółte oczy i rozpychał się na ławie, jakby jego duma była przynajmniej trzy razy większa od rozdętego brzucha.

– Coś wam, batiuszka, przyjacielu drogi, Jacku Aleksandrowiczu, nie idzie w smak nasza skromna kniaziowska strawa. Pewnie pan stolnikowic jadał lepiej u siebie we dworze – pokiwał bródką kniaź Szujski.

Rzeczywiście – Dydyński nie tknął łabędzia, nie skusił się na bieługę, pojadł trochę kotłomy i skubał bliny, a po nich pierogi z farszem baranim i zajęczym.

– Dajże spokój, batiuszka – zagadał z boku krewny kniazia, Michał Wasylewicz Skopin-Szujski, młodszy i, dziwna rzecz, bez brody. – Batiuszka Jacek Aleksandrowicz pewnie zmęczony.

– I zniesmaczony – mruknął Jacek pod wąsem. – Zapraszasz mnie na wieczerzę, mości kniaziu, wiedząc, że służę u Jego Carskiej Mości. A potem w twojej obecności wygadują trzy po trzy o Dymitrze: że źle rządzi, że nie przestrzega obyczajów. Dalibóg czekam, kiedy go nazwiesz worem i rostrygą!

– Hospody pomiłuj, jeśli ja tak mówiłem – wybałuszył oczy Szujski. – Klnę się na mą brodę, że nie uroniłem ani słowa o batiuszce carze. Ja tylko chciałem ofiarować waszej miłości przyjaźń, a ty co, Jacku Aleksandrowiczu? Nie chcesz jej?! To co, my nie braty?! Jakże tak?

– Nie braty, oj, nie! – pokiwał głową durny i pijany Dymitr Szujski, młodszy brat Wasyla.

– Ja tak nie mówię – wycharczał Szujski – tylko nasi goście. – Wskazał palcem na Bełzę. – Przecie to Lachy, im wolno mówić, co chcą, wszak u was swawo... wolność znaczy.

– Przyjaźni waszej miłości nie odtrącam. Ale nie godzi mi się słuchać takich słów, jako towarzyszowi carskiej chorągwi husarskiej.

– Waszmość pan jesteś przyjacielem, wybawcą ojczulka Dymitra – dokończył składnie Skopin-Szujski i dał znak, aby sługa dolał wina do kielicha stolnikowica; o co było trudno, bo puchar był pełny prawie po brzegi. – Nie sumuj, mości panie bracie. My nie jesteśmy wrogami Dymitra. Ale wszak car teraz wolności nam ustanowi, kak w Polsze. To i nasze prawo mieć własne zdanie. Jak poseł u was na sejmie.

– Albo to – Szujski złapał krewnego za rękaw – nie są u was ludzie, jak wojewoda krakowski... ten, no... nuuuu...

– Zebrzydowski – wtrącił Skopin.

– Właśnie. Zebrzydowski. Co nazywa, w mowie i na piśmie, korola Zygmunta alchemistą, sodomczykiem?

Dydyński przygryzł wąsa, bo sam takie rzeczy wygadywał nieraz w karczmie nad beczką piwa, zresztą pamiętał jak dziś, że ojciec porąbał kiedyś w Sanoku portret Zygmunta, gdy w sejmie szła batalia o nowy wymiar czopowego. Ale to były domowe sprawy i głupio było przyznawać się do tego przed Moskalami.

– Tak i my chcemy... W zgodzie z prawem mieć własne stronnictwo. Jak jaśnie wielmożny mości pan Zebrzydowski. Jak książę Radziwiłł.

– I chcecie, żebym opowiedział się za wami? Znaczy stał się partyzantem domu i rodu kniaziów Szujskich?

– Właśnie rękę do waszej mości wyciągam – prychnął Szujski i naprawdę wyciągnął upierścienioną dłoń nad stołem zastawionym pucharami i półmiskami z jadłem. – Przyjdźże do nas i jedz chleb mój kniaziowski, Jacku Aleksandrowiczu!

Jacek siedział jak na szpilkach. Dłoń kniazia zakołysała się, wisiała w powietrzu jak konar wyschłego dębu, zadygotała.

– Mości panie Dydyński, nie chrzańże trzy po trzy! – zagrzmiał Bełza i obrócił się do Jacka z takim impetem, że przewrócił kubek z kwasem i wywalił bracki kołacz, który służył mu za talerz. – Po pierwsze, Dymitr nieprawym carem jest i źle rządzi, po drugie, to od kiedy jesteś jego zausznikiem? A nam się Dymitr nie podoba i dlatego zaraz, ot, choćby jutro, nasadzimy nowego.

Oczy Szujskiego błysnęły, opuścił rękę i zamiast dłoni stolnikowica chwycił czarę.

– Ot, waszmość pan już całkiem zmoskwiciał – rzekł Jacek do Bełzy. – Łatwo wam brechać przeciwko Dymitrowi, bo straciliście carską łaskę. Podziękowano wam za służbę i odprawiono jak psiarczyków spod progu.

– Bo jak psiarczycy zostaliśmy na jego suczej służbie po Nowogrodzie. Tak podziękował nam za rany spod Dobrynicz, za głód i poniewierkę.

– Dostaliście przecież lafę, zasługi i dobrą zapłatę. Jeszcze wam mało? Czego chcecie? Królewny Banialuki? Skarbów Kitaju? Wdzięków hurysy? A może car ma jeszcze każdemu z was wyswatać sułtanównę perską?

– Bodaj cię zabito! – krzyknął pijany Gąsiorowski. Zerwał się z ławy, porwał za szablę, ale Moskale i służba czuwali.

– Łapać go! Trzymać! – dyszał Dymitr Szujski.

Pięć par rąk przytrzymało warchoła.

– Żal serce ściska, jak się na was patrzy – dokończył niezrażony Dydyński. – Wy biedoty, siromachy. Siedzicie tu i użalacie się nad sobą, że was Dymitr pogonił. Będziecie pić i rzucać na niego kalumnie jak odpustowe dziady? Wracajcie lepiej do Polski!

– Panie Dydyński! – zakrzyknął Skopin. I dodał ciszej: – Ja bardzo proszę...

– Tak i upraszam o wybaczenie – rzekł Jacek i skłonił się dwornie przed Szujskimi. – Nie chciałbym sprowadzać niezgody pod dach domu, w którym mnie ugoszczono. Wybaczcie, wielki kniaziu, i pozwólcie się oddalić.

– Obrażasz nas! – jęknął Dymitr Szujski i nie wiedzieć czemu zaśmiał się głupkowato.

– Dokąd to, mospanie Dydyński? – zagrzmiał Wasyl Szujski. – Jakże to tak? Despekt nam czynisz, odrzucając przyjaźń i wyciągniętą rękę...

– Względem przyjaźni nie śmiałbym odrzucić waszych starań, kniaziu. Pozwól jednak, że decyzję podejmę na trzeźwo, nie przy kielichu.

– Decyduj szybko. I mądrze – zamruczał Szujski i wyszedł jednak, a raczej wytoczył się zza stołu niczym ciężki niedźwiedź, odsunął z drogi Skopina. – A przyjmij na drogę nasze błogosławieństwo i słowo.

– Bóg zapłać.

Szujski wyciągnął rękę – jak do ucałowania, ale miał do czynienia ze szlachcicem polskim, a nie jakimś parszywym dworianinem. Dydyński dłoń po prostu uścisnął, a Dymitr, widząc to, poderwał się zza stołu, wybałuszając oczy.

Wasyl przełknął despekt jak stary indor kluskę. Potrząsnął dłonią szlachcica.

– Wsiewo dobrowo żełaju – rzekł – a wstawże się za nami do Dymitra. Aby nam zaprowadził polskie wolności.

– Proś go waszmość pan o uczciwe prawa – dorzucił Skopin. – My Litwę waszą bardzo kochamy, chcemy, aby kniaziowie, bojary i diuki stały za senat, a dworianie za sejm. Patriarcha ojciec niechaj będzie za interrexa, a metropolici za radę przy carze.

– A nade wszystko, i na tym najbardziej nam zależy, aby nas do swej ręki dopuszczał, do posłuchania, o które na próżno się dobijam.

– Poproszę i spróbuję nakłonić cara, aby was wysłuchał, ale i do was mam prośbę.

– Nu mów, czego chcesz, rad wysłucham.

– Jeśli Wasza Książęca Mość chce mej przyjaźni, proszę o pomoc. W prywatnej sprawie.

– Oczywiście – odpowiedział za krewniaka Skopin. – Słuchamy.

– Mój stryj Michał Dydyński dostał się przed laty do moskiewskiej niewoli. Chciałbym go odnaleźć, a mówiąc prawdę, właśnie po to przyjechałem do Moskwy z carewiczem Dymitrem.

– Michaił Dydyński – powtórzył Skopin.

– Ty się nie frasuj, Dydyński, pomożemy – mruknął Wasyl, świdrując szlachcica żółtawymi oczami. – Byłem lata temu hołową w sądowej pałacie, już jutro każę diaczkowi sprawdzić pisma i zwoje. U mnie sądzili Lachów i Litwę, dużo ich było. Coś o batiuszce Michajle musi tam być! Przysięgam i całuję chrest, że ci pomogę!

I rzeczywiście ucałował krzyż z diamentami, który nosił na szyi.

– Przyjdź, waszmość, za tydzień – rzekł Skopin. – Będziemy coś wiedzieć.

– A może waszmość grywasz w szachy? Bo ja namiętnie. A jakbyś chciał kiedyś partyjkę...

– Gram tylko w kości ze śmiercią – uciął Dydyński. – I zbyt wiele razy wygrałem, aby ryzykować kolejne partie bez potrzeby. W zamian za pomoc wstawię się za wami u cara. A muszę dodać, że mam wolny wstęp do Dymitra.

– Wiemy, wiemy, ojczulku – pokiwał głową Szujski. – Idźcie z Bogiem.

– Żegnajcie, wielki kniaziu.

Die 5 julii/25 iunii Kitajgorod, wieczór

Michał Skopin-Szujski odprowadził Dydyńskiego aż do samych wrót, pożegnał, pobłogosławił krzyżem. Obejrzał się jeszcze w stronę dworu, z którego dochodziły pijackie krzyki i śpiewy.

– Tfu. – Potrząsnął głową. – Wielka smuta.

Jacek dosiadł Sonki, przy której czuwał Nieborski, i ruszył ulicą Żytniczną. Wprawdzie dwór, gdzie znajdowały się kwatery husarskiej chorągwi carewicza, był tuż obok, ale Dydyński musiał przecież się pokazać. Teraz zaś ruszył do Nikolskich wrót, na Kitajgorod, bo jakoś nie chciał wracać do siebie.

Przejechali przez obwarowaną, wyniosłą Nikolską Basznię, obok beluard po drugiej stronie, gdzie armaty wyciągały pyski ku Moskwie. Zjechali na rozległy plac Czerwony. Zapadał zmierzch; daleko, nad baniastymi kopułami cerkwi, wśród białych chmur dogorywały ostatki czerwonej łuny zachodu.

Moskwa tęgo świętowała powrót i wjazd umiłowanego carewicza Dymitra. Plac Czerwony był jednym jarmarkiem, na którym pili, hulali, padali na ziemię, krzyczeli i tańcowali Moskale i polscy panowie. Jednak to ci ostatni nadawali ton zabawie. Chodzili całymi kompaniami od kabaku do kabaku, kłócąc się, targując, zaczepiając dziewki. Obok, po drogach wyznaczonych mościskami lub okrąglakami, jechały kawalkady koni, kolas i brożków. Wierzchowce w strusich piórach, z forgami i buńczukami, mieniące się od klejnotów i bisiorów, upstrzone czaplimi piórami i kitami czapki jeźdźców.

Skrzyły się diamentowe guzy żupic i delii, błyszczały szkofie. W pochodach szły dzielne polskie konie, turki, dzianety, andaluzy, fryzy. Jechały poszóstne karety, wózki, karawany, a na nich metresy i nałożnice, poubierane przez gachów według mody polskiej i hiszpańskiej – w sukniach, barwionych i trefionych włosach, z palcami ciężkimi od pierścieni. Panowie towarzystwo przechadzali się z ladacznicami, ciągnęli je na kwatery, popisywali się na koniach, tnąc łozy, godząc półkopiami do pierścieni.

Moskale pili. Jeszcze wspólnie – weseli i pogodzeni – łacinnicy ze schizmatykami. Zanurzali głowy w beczkach miodu, wina i gorzałki, polewali spocone łby, a pijacy walili się w błoto, w śmieci, zataczali. W tłumie kroczyli niedźwiednicy wiodący oswojone niedźwiedzie, szuci rozbawiali gawiedź historiami, skomorochowie rżnęli na gudkach i gęślach, szarpali struny lir, a linoskoczkowie kroczyli po sznurach rozpiętych – ku zgrozie patriarchy – przed samym soborem Wasyla Błogosławionego.

– Lachy? Jak tam ci się widzą? – spytała podstarzała bladź Maria Andriejewna Nikityna młodej, wymalowanej dziewki Jewdokii, zwanej przez gachów Jewną.

– Lachy? Jak nasi. Starczy mi dwóch na tydzień. Mimo że mężni, naród płochy, wytrwałości nie ma. Wolą zabawę jak pracę, niewiele cenią życie. Dać je w chwili zapału, poświęcić majątek, to u nich łatwo.

– Fantazji dużo, ale gdy im się słowa wyczerpią, do czynu i ochoty brak im, i sił – wtrąciła młodziutka Anna, która dopiero od miesiąca chadzała na plac Czerwony. – Mówić dużo lubią, czynić mało.

Faktycznie, Polacy mówili i pili. Tu i ówdzie wybuchały pijackie śpiewy, burdy, brzęk stali, piski niewiast, ryk wściekłości, przekleństwa, ale to wszystko cichło w tłumie. Warchołów rozwadzano, dobre wino spłukiwało gniew do rynsztoka, w którym leżeli pospołu Lachy z Moskalami, śpiąc snem sprawiedliwego, słodkim jak u dziecięcia w kołysce.

Dydyński nie ustrzegł się znajomych. Poznano go, ledwie zjechał na plac. Zaraz wyciągnęło się do niego kilka rąk, pokazywali go, krzyczeli, wznosili kufle i puchary, kubki i czary.

Ciągle pijaństwo, wciąż uczty. Nie miał już sił do tego wszystkiego.

– Mości panie Jacku – krzyczał pan Maciej Jedliński, towarzysz spod drugiej chorągwi husarskiej carewicza – dawaj z nami!

Szlachcic i jego kompani kroczyli dumnie w deliach i czamarach przewieszonych tylko przez jedno ramię. Aksamity i sukna podbite wilczurami wlokły się w kurzu i błocie, szare, sponiewierane.

– Chory jestem, słabuję – skłamał Jacek. – Następnym razem nie odmówię.

– Dobrodzieja delia po ziemi się wlecze – zauważył Nieborski.

– A i dobrze – roześmiał się Jedliński. – Niech psy Moskale wiedzą, że polskim panom nie zależy! Nas stać!

Jacek chciał jechać dalej, ale Jedliński przytrzymał go za rękaw ferezji.

– Pewnie waszmość nie wiesz, ale Zamoyski nie żyje.

– Nie będzie mi go brakowało – mruknął Dydyński. – Kiedy?

– Już tertio iunii obiit 1.

– Będzie zapał w Rzeczypospolitej. Zebrzydowszczycy podniosą głowy.

– Ba, właśnie. Król będzie miał z nimi zabawę. Nawet nie spojrzy na Moskwę i Dymitriaszkę.

– Da Bóg, zobaczymy.

– Bywajcie.

Dwie drogi otwierały się przed panem Jackiem. Kabak Daniłowa obok Nikolskich wrót, który jak ćmy oblegały bladzie i przechodki – niestety, wszystkie poważnego, by nie rzec wiekowego autoramentu. Albo cerkiew.

Wybrał tę drugą – obok Ziemskiego Prikazu. Przy Nikolskiej ulicy była mała cerkiewka z bierwion, opuszczona, waląca się, ogrodzona płotem z żerdzi.

– Pilnuj koni i czekaj tu – rozkazał Damianowi. – Nigdzie nie chodź. Ja zaraz wrócę.

Wszedł do cerkwi, zdejmując czapkę. Wewnątrz było pusto; lampka oliwna rozjaśniała stary, przeżarty przez szkodniki ikonostas, z którego spoglądały na szlachcica surowe wizerunki ruskich świętych. W porównaniu z pięknymi i wesołymi cerkwiami z Pogórza Sanockiego i Przemyskiego ten chram wyglądał niczym wnętrze trumny.

Jacek przeżegnał się, zmówił Ojcze nasz, potem uklęknął przy ławie, które w ruskich cerkwiach znajdowały się pod ścianami.

Nie zwrócił uwagi, że nagle skrzypnęły drzwi. Ktoś wśliznął się do świątyni. Dydyński nawet nie spojrzał w tamtą stronę – co go to wszystko obchodziło?

Obchodzić powinno, bo nagle poczuł na karku dotyk żelaza; ostrego. Jakiś cień jak nietoperz zakotłował się tuż obok, czyjeś ręce przycisnęły go do ławy...

– Nic to, nie ruszaj się, pułkowniku, czekaj, stój, będzie dobrze – zagadał jakiś głos.

Jacek chciał się poderwać, ale ostrze przesunęło się na szyję, więc tylko jęknął.

– Czego?!

– Nic, nic, nic – zagadał ktoś tak szybko, jakby odpalił organki. – Duszo moja łacińska, siedź i nie ruszaj się.

Dydyński spojrzał w bok, dostrzegł starca w mantii, haczykowaty nos. To oblicze...

Uspieński! Stary diabeł z młodą duszą.

Oprycznik, bies, morderca!

– Ciiiicho, nie bój, mój pułkowniku. Chi, chi, jaki tam pułkowniku... hetmanie?

– Zaraz się dowiesz, jak wezwę moich...

– Z przeciętym gardłem? – rzekł z powątpiewaniem oprycznik. – Cicho, duszyczko moja. Nie krzycz, hetmanie. Chcę tylko pogadać. Na razie.

– Kat z tobą pogada na Łubnom Miestie. Dobrze, że jesteś. Nie będę musiał daleko za tobą gonić.

– Gonić. On mówi: gonić, chi, chi, chi... Na razie to ja dogoniłem ciebie, Dydyński. Źle powiadasz, hetmanie. Ale słuchaj.

– Mów.

– Chytry ty jesteś, hetmanie. Chytry i sprytny nie jak lis... Jak łasica, o! Ale z Oprycznym Dworem nie wygrasz. Nie schowasz się. Tak i masz jedno wyjście. Słuchaj: pomożesz nam.

– Chyba ci rozum w kiszki poszedł i wyszedł siedzeniem.

– Chi, chi, nie, hetmanie. Pomożesz Dworowi. Teraz ty. Tak.

– Mówię, żeś się na rozumy z baranem zamienił.

– Nie, nie, mój hetmanie. – Prawa ręka upiornego starca trzymała puginał przy szyi szlachcica, a lewa poszukała czegoś w fałdach mantii. Uspieński złapał Jacka za kołnierz, szarpał, miął w rękach. – Pomożesz nam, bo tylko my grzeszni wiemy, gdzie szukać twego stryja Michała Dydyńskiego.

Dydyński, na ile mógł, wzruszył ramionami.

– Każdy tak może powiedzieć. Łżesz jak sobaka. Pomogę wam, a ty wykręcisz się sianem. Gdzie niby spotkałeś stryja? Nie powiesz mi chyba, że był oprycznikiem!

– Nie wierzy, patrzcie, mój hetman nie wierzy. To masz, czytaj. Nie tu, chodź do światła, hetmanie.

Dydyński poczuł, że oprycznik wciska mu w dłoń jakiś papier. Nacisk noża zelżał, szlachcic mógł wstać, powoli, podtrzymywany przez tamtego, rozłożyć kartkę, która okazała się rozpieczętowanym listem. Z puginałem przy gardle zbliżył pismo do światła, ręce zadygotały mu, gdy przeczytał...

Suplika do brata ukochanego Alessandra z Dedni

Bracie mój umiłowany, najdroższy, braciszku... Wiem, że wydałeś nas wtedy, w Połocku, Moskalom; nie wróciłeś posłany z ukrycia... Jednak ja ci to wszystko wybaczam, lata minęły, czasy są srogie. Jak Jezus Chrystus winy ci odpuszczam.

Jeno mnie wykup z tej srogiej niewoli, teraz, kiedy stanęło armistycjum w Jamie Zapolskim i będzie pokój między Rzplitą a Moskwą.

List ten wysyłam przez umyślnego człowieka; kupca. On powie ci, co czynić. Chcą za mnie Moskale z Prikazu Wojskowego trzy tysiące rubli, co daje półtora tysiąca naszych bitych talarów. Módl się za mnie, braciszku, bo czasy złe i niewola okrutna; już tu żyć nie mogę. Ratujże mnie na Boga żywego w Trójcy Świętej Jedynego.

Michał z Dedni Dedeński Pisano w Moskwie, miejsca zdradzić nie mogę Die ultima septembris A.D. 1582

Jacek poczuł, jak ręce zaczynają mu dygotać, a z oczu płyną łzy. To naprawdę był list stryja. Poznawał, widział ten podpis na jedynym bodaj kopiariuszu, jaki zachował się w silva rerum ojca. Stryj wybaczył bratu. Zdjął klątwę z rodu. I tak strasznie, tak żałośnie prosił o ratunek.

– Chi, chi, chi – zaśmiał się cienko Uspieński. – Widzisz, mój hetmanie, ja nie kłamię. Szukałeś w prikazach, przeglądałeś księgi... wiem, słyszałem. A wiesz, dlaczego wiem? Bo sam te pisma wyrwałem z ksiąg. To jak miałeś je znaleźć?

Przez chwilę dyszał.

– I jak będzie z naszym dogoworem? Będziesz nam służył, znajdziesz stryja. Nie, szukaj wiatru w polu.

Jacek zgniótł list w ręku.

– Jedyne, co mogę dla was zrobić, ojczulku Uspieński, to wstawić się do cara, aby wbicie na pal i darcie pasów zamienił ci na honorowe ścięcie mieczem. Nie proś mnie o infamię i zdradę, bo jestem człowiekiem bohaterskim. Nie będę sługą Oprycznego Dworu.

– Jesteś tak samo głupi jak Michaił.

– Znałeś go?

– Ba, znałem... Oczywiście. Też nie chciał przyjąć oprycznego kaftana. Dawno, za batiuszki Iwana. Zaszedłby daleko, tak, hetmanie.

– Znajdę go sam. A was zniszczę. Powywieszam jak psy razem ze Starcem!

– Płocho mówisz, mój hetmanie. Obrażasz mnie, chi, chi. A przecież ja wcale nie chcę, abyś szpiegował. Ot, przysługa za przysługę.

– Jaka przysługa?

– Chcę spotkać się z Dymitriaszką, gosudarem. Jedno spotkanie, kilka słów. To chyba możesz sprawić. Jesteś, chi, chi, chi, w łaskach.

– Spotkanie? – Jacek już nic nie rozumiał. – Przecież Dymitr każe obłupić cię ze skóry. A może chcesz go zabić?

– Chcę z nim porozmawiać. Możesz być przy tym, mój ty hetmanie.

– Wkupić się w łaski? Wyć o przebaczenie? Nie wierzę.

– Dwa słowa. Na osobności. Żadnych sztuczek. Sekretna schadzka za... wiadomość o stryju.

– Nie ma mowy.

– Daję ci dwa tygodnie. Jakbyś zmądrzał, hetmanku, napisz, kiedy i gdzie spotkamy Dymitra. Wsadź kartkę do dzbana, zalep szyjkę i utop w stawie, koło pomostu, w bogojawleńskiej Słobodzie. I pamiętaj: żadnej zdrady, oddal się i zapomnij, inaczej dzban poleży tam do sądnego dnia, a ty spotkasz stryja dopiero w niebie.

– Nie.

– Nie grzesz pychą. Myśl o tym. Z Bogiem.

I nagle sztylet się cofnął, chłodny napór ostrza na szyję znikł. Jacek zerwał się na nogi.

Ryzykował wiele – pchnięcie puginałem, chlaśnięcie po szyi, po ręku, ale w tej chwili wiedział tylko jedno: chciał dostać Uspieńskiego. Miał go na wyciągnięcie ręki, bez sług, bez Wałujewa, bez broni. W ciasnej cerkwi w sercu Moskwy.

A Moskwa była teraz polska!

Uspieński okazał się sprytniejszy. Kopnął podnoszącego się szlachcica w kolano, szarpnął za kołnierz delii. Jacek gruchnął na deski cerkwi z takim łoskotem, że aż próchno i kurz posypały się ze ścian. Oprycznik zniknął; kiedy trzasnęły drzwi, Polak dopiero zbierał się z podłogi.

Jak rozjuszony byk skoczył za prześladowcą. Wrota były zamknięte, ale cerkiew sypała się jak zmurszały pniak. Jedno kopnięcie i furta odskoczyła, Dydyński wypadł na zewnątrz, łapiąc za szablę...

Tylko po to, aby zobaczyć Uspieńskiego dosiadającego karego konia i ruszającego galopem w otwartą czeluść ulicy Nikolskiej. Pomknął jak wiatr w stronę Spasskiego monastyru, a Jacek mógł tylko stać i krzyczeć:

– Trzymaj! Łapaj! Wor ucieka.

Nikt go nie słyszał. Głos zginął w dźwięku dud i piszczałek niedźwiedników, wśród krzyków, muzyki wygrywanej na gęślach. Dydyński skoczył do koni i zatrzymał się bezradnie. Nigdzie nie widział Sonki, nigdzie nie było Nieborskiego. Zabili go czy jak?

– Damiaaaan! – rozdarł się szlachcic, szukając niewiernego sługi. – Sam tu! Bywaj! Dawaj konia!

Nieborskiego jednak pod cerkwią nie było. Nie było go za nią ani pod kabakiem. Nie stał pod Ziemskim Prikazem.

A tymczasem Uspieński uchodził w noc. Coraz dalej i dalej.

Zdyszany Jacek skoczył na plac Czerwony, wpadł między ławy, na których sprzedawano owoce. W duszy dojrzewało najgorsze przeczucie – oprycznik zabił, porwał czeladnika! Coś się stało? Ale co? Gardłowa sprawa? Śmierć?

I wtedy dojrzał między ławami znajomy krągły zad Sonki. Obok stał gniady podjezdek przywiązany do słupka. A Damian?

Wciśnięty między ławy i kramy, obłapiał właśnie jakąś dziewkę w szkarłatnej sukni, o włosach okrytych siatką i licu pomazanym barwniczką.

Gził się z murwą, kiedy jego pan potrzebował konia!

Dydyński podszedł do Sonki; jego nahaj z rękojeścią oprawioną w sarnią nóżkę zwisał z przedniego łęku. Jacek szarpnął za uchwyt i ruszył, nieubłagany, ponury, wściekły.

Jednym zamachem ciął z lewej; bicz przeciął ze świstem powietrze i spadł na plecy Damiana, zawinął się na bok skortezanki.

Zabolało, bo oboje aż podskoczyli, wypadli spod budy jak pies i suka z cieczką.

Stolnikowic wziął zamach i bił. Bił ze złością, chlastał krzyczącego, dygocącego sługę przez łeb, po rękach, po plecach, po żywocie. Ciął nahajem rozwrzeszczaną przechodkę po kibici, odpędził ją kopniakiem i zwrócił się do Nieborskiego.

– Gdzieś był, z kurwy synu?! – ryczał. – Gdzieś polazł, jak ci kazałem! Kazałem czekać! Z końmi!

Nieborak pocztowy chciał uciekać, potknął się i wyciągnął jak długi. Zarobił trzy krótkie chlaśnięcia przez grzbiet, podniósł się – utytłany w błocie – i zbiegł, uszedł z krzykiem w noc.

Jego pan zatrzymał się zdyszany, serce waliło mu jak dzwon. I nagle zrozumiał, co uczynił, zaczął wołać, już ciszej, spokojniej:

– Damian, wróć! Zaraz! Na jednej nodze!

Pocztowy nie wrócił.

Die 7 julii n. st., 27 iunii st. st. Kitajgorod, kabak u Daniły Godzina pierwsza w południe

– Dymitr to zełgany carzyk, impostor, mnich Otriepiew, zbieg z klasztoru nasłany przez Zygmunta z Krakowa i rzymskiego papę – cedził słowa Wasyl Dydko, wpatrzony w brodate gęby słuchaczy. – Rostryga, wor, co chce razem z Lachami złodziejami zburzyć cerkwie i więcej! wytępić do szczętu naszą świętą wiarę grecką!

Słuchający skulili się za stołem.

– Powiadam wam, ojczulkowie, czart to, nie dziedzic batiuszki Iwana. Sami wiecie przecież, że prawego syna carskiego kazał zabić Borys Godunow.

Umilkł i przez chwilę dyszał głośno.

– Lachów do siebie dopuszcza, jezuitów słucha. Panoszy się lackie ścierwo po całej Moskwie... o, zresztą patrzcie!

Wasyl wskazał na środek kabaku, gdzie w rzeczy samej na ławie przy największym stole rozpierał się samotny Lach, nie dopuszczając do bliższej konfidencji żadnego Moskala. A gdyby jednak któryś z pijusów takiej konfidencji szukał, skutecznie odstraszała go leżąca na ławie nahajka i szabla z rapciami owiniętymi wokół pochwy.

Lach jednak nie słuchał gadaniny Dydki. Miał własne kłopoty. Pił gorzałkę od rana i rozmyślał. O propozycji Uspieńskiego.

Bał się. Nie wiedział, o co chodziło staremu oprycznikowi. Zresztą – na razie Jacek miał na podorędziu jeszcze jedną kartę, Szujskiego. I tę partię mógł rozegrać do końca. Coś za coś. Wieści o stryju w zamian za wstawiennictwo u Dymitra.

Nagle ktoś stanął przed nim. Dydyński podniósł oczy na zuchwalca i... zamknął je z powrotem. To była Anastazja. Przyszła tu z Żytniego Dworu.

– Mileńki – powiedziała – chodź do mnie. Wracaj na kwatery.

– Przyszłaś tu sama?

Pokiwała głową.

– Po co?

Skrzywiła się dotknięta, ale Jacek był tak pijany, że tego nie dostrzegał. W tej chwili jęki i żale Anastazji były mu potrzebne jak piąte koło u wozu.

– Jacku Aleksandrowiczu. Ja chcę z tobą pomówić.

– Nie teraz. – Opędził się ręką. – Później, mościa panno. Nie widzisz, że nie mam czasu?

– Skoro pijesz, znaczy, że masz.

– Dobrze, słucham?

– Chcę jechać z tobą do Polski.

Jacek drgnął.

– Dlaczego? Po co? Zresztą jeszcze nie jadę. Jestem na służbie. U cara, nie widzisz?

– Obiecywałeś... – wyszeptała jakby przerażona.

– Tak ci zbrzydła Moskwa? Prawosławna Ruś? Raj na ziemi?

– Gdzie potępieńcy zjedli moją rodzinę za hołomoru? A ze mnie uczynili... Wiesz co. O Jacku Aleksandrowiczu, mówiłeś...

– Mówiłem wiele... Ale o czym? Przypomnij mi, bo zapomniałem.

– O cerkwi. I że będziemy w niej razem.

– I co?

– Mówiłeś o ślubie.

Jacek przymknął oczy.

– Moja miła Anastazjo, nie przeczę, jesteś mi bliska. My, żołnierze, walczymy i giniemy sami, dobrze, że chociaż przez chwilę mamy kogoś blisko siebie.

– Chciałabym z tobą... Jak nie w cerkwi, to w kościele.

– Nie przeczę, że miałem nie raz wolę cubitum 2 z tobą jak cum uxore 3. Ale to zbyt proste, aby prowadziło do czegoś... poważnego.

– Nie mów mi niemczyzną...

– To szlachetna łacina.

– Niechaj nawet to będzie po diabelsku, ale powiedz mi zwykłymi słowami. Co dalej z nami? Ja tak dłużej nie mogę.

– Sama wiesz, że to niemożliwe. Pro discretione status et offici 4 mogę traktować cię jak ancillam 5, ale nie jak żonę.

W jej wzroku wyczytał złość i wzgardę.

– Nie mów do mnie tą, tą... przeklętą mową księży! Chcę wiedzieć...

– Dziś się nie dowiesz.

– Kiedy?

Milczał, bo nie miał siły, aby rozwiązać jeszcze i ten gordyjski węzeł.

– Myślałam, płakałam, modliłam się za ciebie.

– A co ty, do diabła, uważasz?! – wypalił. – Coś sobie myślała?! Byłem w opałach, byłem w niewoli jak żebrak, ale to nie zmienia jednej prostej rzeczy: ja jestem szlachcic polski. Eques polonus sum omnibus par 6! Miłe były mi twoje pudenda 7, ale nie licz na nic, bo jeśli idzie o sprawy... wiekuistej przyjaźni, to wybacz, ale mogę pojąć tylko... równą sobie. Znaczy... – uciekł wzrokiem na podłogę, wpatrywał się w mużyków pijących gorzałkę na ławie pod ścianą – szlachciankę. Miła mi jesteś, Anastazjo. – Wyciągnął rękę, ale umknęła mu swojej. – Obsypię cię złotem, moja królowo Moskwy, ale... jakże to tak? Żenić się? Ojciec nie zezwoli.

– Twój ojciec nie żyje!

– Brat wyśmieje. A ja jako żonę pojąć mogę taką, co jest intacta 8, to po łacinie, ale chyba zrozumiesz. Co wianek i smaczny kąsek zachowa dla męża, he, he. Nie obrażaj się, dziewko urodziwa, stój, nie uciekaj. Nie chciałem...

– Nie wiedziałam, że jesteś taki.

– Jaki?

– Okrutny. Podły... Jak Lach, papieżnik, czart, diabeł!

– Jeszcze mnie nie znasz. Chodź tutaj!

Poderwała się z krzykiem, przewracając garniec z gorzałką. Krzyczała, machała rękoma. Wreszcie wybiegła z kabaku.

Nie zatrzymała się na placu Czerwonym. Nie stanęła w Nikolskich wrotach. Na szczęście nie miała myśli, aby rzucić się do fosy – zresztą i tak nie było w niej wody. Wpadła jak burza na Kreml, popędziła do Żytniego Dworu, gdzie w izbie na piętrze były kwatery husarskich pocztów Dymitra.

Gdy wbiegła do izby, byli w niej Świrski i Nieborski. Ostatni leżał na posłaniu, a stary pocztowy przykładał mu nasączoną w gorzałce szmatkę do pleców pooranych nahajem Dydyńskiego.

Nie zatrzymała się przy nich – pognała do komory. Tu siadła na ławie. Nie chciała szlochać, ale łzy same płynęły z jej oczu.

Co miała zrobić? Dokąd iść? Teraz... po tym wszystkim.

Ocierała oczy i tylko dygotała.

Minęła długa chwila, nim ozwały się kroki. Damian... Podszedł do niej, spoglądał długo; wreszcie wyciągnął rękę, dotknął, przytulił ją ostrożnie jak skarb. I wtedy Anastazja zapłakała krótko, urywanie.

Die 10 julii n. st., 30 iunii st.st. Plac Czerwony, Łubnoje Miesto Godzina dziesiąta rano

Dydyński i Świrski wracali z kiermaszu w strzeleckiej Słobodzie, gdzie kupowali zamki, skałki i proch, kiedy uwagę Jacka zwróciło zbiegowisko na placu Czerwonym. Z krętych i wąskich ulic – Warwarskiej, Ilińskiej, od strony Mytnego Dworu i Moskworieczieskich wrót, ciągnął różnobarwny tłum mużyków, posadzkich ludzi, chołopów, dworian. Letnie, wzorzyste szuby mieszały się z szarymi świtami i koszulinami, szłyki i kuczmy z czapkami i kapturami, a niedźwiedziowate postacie kitajgorodzkich kupców i bogaczy gniotły się w ścisku z chudymi skomorochami i sprzedawcami pierogów.

Tłum walił prosto ku cerkwi Wasyla Błogosławionego, do Łubnego Miesta – okrągłego podestu otoczonego na szczycie kamiennym murem. Przed ściskiem bronił go potrójny rząd odpychających tłum styliskami berdyszy moskiewskich strzelców, wielkich i okrutnych niczym tureckie półksiężyce.

– Będą kogoś tracić – zaciekawił się Świrski.

– Zaraz sprawdzimy.

Siedzieli na koniach, mieli też luzaka, co dawało im przewagę nad moskiewskim mirem, czyli tłuszczą. Torując sobie drogę, przepychając posadzkich, wygrażając i tłukąc nahajkami, dotarli w pobliże podwyższenia. Tłum wył i krzyczał.

– Patrz, dobrodzieju – zagadał Świrski – Bosman tam stoi.

Dydyński zobaczył na podwyższeniu dobrze, a właściwie źle mu znajomego Piotra Fiodorowicza Basmanowa. Obok kat – żwawy ruski mużyk z odsłoniętą głową i włosami przyciętymi równo nad karkiem – bawił się toporem, udając, że rzuca nim w gawiedź, i wzbudzając popłoch wśród mużyków.

– Pamiętasz?

– Jak nie pamiętać kurwisyna.

– Czekaj, będzie jeszcze okazja do wyrównania rachunków. Bądź cierpliwy, odpłacimy mu pięknym za nadobne.

– Dobrze, że tu jesteśmy. W tłumie możemy pogadać. A pogawędzić musimy.

– Tak? – zapytał półprzytomnie Dydyński. – A co się stało?

– Uważaj, waszmość, na Damiana.

– Dlaczego?

– Wścieka się jak wilk. Wygaduje na waszą mość, co ze śliną spłynie. Ja tylko was ostrzegam, on może podziękować za służbę.

– Niech idzie – wzruszył ramionami Dydyński. – O, wa, wielka mi siurpryza. Jego prawo. Wolny jest. Ale nie frasuj się, panie Świrski, nie rzuci.

– Rzuci.

– Gdyby chciał, już by to zrobił. Jednak wolał być u mnie pocztowym niż atamanem nad Donem. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, ale fantazja kozacka na dzikim wilku.

– Nie byłoby tego wszystkiego, mocium panie, gdyby nie ladacznica... Ta cała Anastazja. Chłop się zadurzył i nie wie, co to dyskrecja. Ona go podburza, ona przyczyną. Gdyby wasza mość...

– Mam ją wygnać?

– Kijem i kańczugiem pokazać drogę.

– Zła rada.

– Wasza mość tak mnie słucha jak kuśnierz krakowski Przeczyna, co miał małżonkę nadobną, a pół wieku młodszą. Tej żonie dosiadał podołka zbójnik Ciachorowski, z czego miał dobrą zapomogę. A kiedy stary sługa donosił o tym Przeczynie, gniewał się o to kuśnierz, nie dawał mu posłuchu, czasem nawet kijem bił. Nie minął rok, a zagląda do skrzyń, do sepetów, a tam pusto. Wykierowała go murwa publiczna, co i woźnice z nią obcowali. I tak były dla Przeczyny na starość torba i kij, że nie słuchał rad wiernego sługi.

Dydyński wzruszył ramionami.

– Ona podburzy Damiana do czegoś złego. Nie daj Bóg, aby uczynił krzywdę waszej miłości.

Jacek nie słuchał. Bo nagle zobaczył coś, co sprawiło, że włosy stanęły mu dęba. Od strony Frołowskich wrót, ulicą między targowymi ławami, strzelcy gnali trzech skazańców przybranych we wzorzyste, bogate szaty.

Tłum zawył, poleciały grudy błota i kamienie, kiedy wstępowali na Łubnoje Miesto. Dydyński poznał pierwszego – podstarzałego Moskala z brodą. To był Wasyl Szujski, jego niedoszły adorator. Szedł blady, z ponurą miną, ubrany świetnie – jak na ślub, a za nim postępowali bracia: Dymitr i Iwan.

Kat przestał się bawić toporem. Zarzucił go na ramię; ostrze błysnęło złowrogo w słońcu. Basmanow dał znak i tłum się uspokoił.

– W imię najjaśniejszego, przesławnego i niezwyciężonego, z bożej miłości cara i wielikowo kniazia Dymitra Iwanowicza, wsieja Rusi samodzierżcy, włodzimierskiego, moskiewskiego, nowogrodzkiego księcia. Cara kazańskiego, astrachańskiego, gosudara pskowskiego, wielkiego kniazia smoleńskiego, twerskiego, juhorskiego, kandyskiego, peremskiego, siewierskiego, wackiego, wiackiego, bułharskiego i innych mnogich ziemi obładitiela.

Zapadła cisza.

– Wydaje się na śmierć w ręce kata kniazia Wasyla Iwanowicza Szujskiego, kniazia Dymitra Iwanowicza Szujskiego i brata pomienionych Iwana Iwanowicza. Za to, że złowrogo knuli przeciwko Jego Carskiemu Wieliczestwu, że razem z kupcem Fiodorem Koniewem i medykiem Kostią chcieli zagrabić świętą koronę Monomacha. Że breszyli słowem i czynem. Obrażali święte carskie imię, zwąc batiuszkę cara Dymitra Iwanowicza rostrygą, worem, lackim szpiegiem, impostorem!

– Doigrali się – jęknął Dydyński. – Kto mi teraz pomoże?

– Ojczulkowie prawosławni! – zakrzyczał Szujski do tłumu. – Zlitujcie się nade mną! Wstawcie do cara! Umieram za prawdę i wiarę!

Tłum nie zlitował się ani trochę. Wył i gwizdał, krzyczał i wygrażał. Jakiś oberwany skomoroch przedarł się aż na stopnie kamiennego szafotu, obrócił zadem do kniazia, podciągnął koszulinę, wypiął chudy zadek i puścił gazy jak ze starej armaty. W chwilę później zarobił kopniaka od jednego ze strzelców. Po drugiej stronie szpaleru ojciec pokazywał swej małej córeczce wymowny gest – przeciągając dłonią po gardle. Dziecko spoglądało na to szeroko otwartymi oczyma.

– Na śmierć!

– Dobrze tnij, kacie!

– Zabójcy! Zabójcy Dymitra, słoneczka naszego! Do piekła!

– Daj Boże zdrowia carowi, ojczulkowi naszemu!

– Świrski! – ryknął nagle Jacek. – Za mną!

– Na szafot?

– Do Dymitra. Musimy coś zrobić!

I nagle pan Dydyński zawrócił konia i poszedł poprzez tłum prosto ku Frołowskim wrotom. Bił Sonkę nahajem, kłuł ostrogami, potrącał i tratował ludzi – nie było czasu!

Obalili starą babę, potrącili sprzedawcę pierogów, rozgonili skomorochów, dziadów i drapichrustów. Wypadli na most, poszli kłusem, bo tłum gęstniał; przebili się obok strzelców.

Basmanow dał znak katu. Ten zerwał z ramion Szujskiego kaftan – jedwabny i błyszczący terlik – wzorzysty, zdobiony bogato w romby i kwadraty.

Tłum wył i śpiewał pobożne pieśni.

Die 10 julii n. st., 30 iunii st. st. Kreml, Granowita Pałata, po dziesiątej rano

Plac Soborowy przed pałatą był opustoszały. Wiatr porywał tumany piasku, niósł je ku ścianom Archangielskiego soboru, wył na drewnianej dzwonnicy przed cerkwią Narodzin Chrystusa i Iwanem Wielkim. Dydyński zeskoczył w biegu, cisnął wodze Sonki Świrskiemu i wbiegł na ganek pałaty, popędził po zadaszonych schodach do głównego wejścia. Wmieszał się w tłumek Polaków i Moskali. Niespodziewanie u wrót do Świętej Sieni powitał go zgrzyt krzyżowanych partyzan; niemal zderzył się z wamsem opiętym na obfitym kałdunie Jakuba Margereta.

– Jego Carskie Wieliczestwo nie przyjmuje! – oznajmił dowódca straży.

– Mam prawo wchodzić do cara, kiedy zechcę! – zagrzmiał Dydyński. – Z wieściami!

– Puszczajcie, do diabła rogatego! – ozwały się z tyłu znajome głosy. Jacek rozpoznał ponurego drągala Bełzę, Borszę i kilku innych towarzyszy i rotmistrzów – osobliwie tych, których ostatnio spotkał u Szujskich na uczcie.

– Mości panowie, kniazia Wasyla ścinają! Pomóżcie!

Pchali się do sieni; halabardnicy odpierali ich drzewcami. Margeret krzyknął, zadudniły kroki kolejnych pludraków; biegli na pomoc od Krasnych wrót i carskiego pałacu.

– Puszczajcie! – odkrzyknął Bełza. – Do cara, zanim będzie za późno!

– Kupczyk usłyszał, że Szujski na cara brechał, podał cedułę Słońskiemu, ten dał Dymitrowi! Ot, bieda!

– Na szable! Na szable z nimi! – wydzierał się Gąsiorowski.

– Stój, głupi. – Borsza uderzył tamtego po ręku. – Szable? Pod bokiem cara? Chcesz dołączyć do Szujskiego?!

Dydyński przymknął oczy, skulił się; już słyszał świst topora, jakby to jemu mieli ścinać głowę.

Die 10 julii n. st., 30 iunii st. st. Plac Czerwony, Łubnoje Miesto, po dziesiątej

– Zawiniłem tobie, wielki kniaziu Dymitrze Iwanowiczu, caru gosudaru wsieja Rusi, ale zmiłuj się nade mną i odpuść mi głupstwo moje! – wołał żałośnie Szujski z Łubnego Miesta w stronę Frołowskich wrót i wyniosłych kopuł Kremla. Łzy ściekały po jego pomarszczonej gębie, ręce trzęsły się, ramiona dygotały, kiedy kat szarpnął go za sarafaniec, ale potem zreflektował się i najpierw rozwiązał wzorzysty pas.

Tłum wył i krzyczał. Wygrażał, bawił się. Nieczęsto od czasów Iwana Groźnego ścinano kniazia; wtedy zresztą publiczne kaźnie były tak częste, że lud trzeba było zapędzać pałkami i batogami.

Szujski rozglądał się rozpaczliwie po tłumie. Zobaczył car-puszkę stojącą opodal Łubnego Miesta; jakiś szut schował się do środka, wystawił gębę i wywalił blady język, pokazując jednocześnie kniaziowi figę.

Die 10 julii n. st., 30 iunii st. st. Kreml, Granowita Pałata, po dziesiątej rano

– Co tu się dzieje?! – zagrzmiał Dworycki, niesiony przez dwóch pokojowych. – Co to ma być? Bunt?

– Szujskiego ścinają!

– Chcemy do cara! Z supliką!

– Szujski nasz drug!

– Łaski dla kniazia!

– Szujski? Jak to? – zdębiał Dworycki. – Na śmierć?

– Stoi na szafocie.

– A kat mu świeci!

– I ja o niczym nie wiem? Puszczajcie do Dymitra! – zagrzmiał Dworycki. – Ogłuchliście?!

Margeret posłuchał. Partyzany opadły, Niemcy i Szkoci usunęli się na bok. Szlachcice runęli do wnętrza Świętej Sieni jak mokra fala, skręcili w prawo do głównej sali. Otwarli z hałasem drzwi, pędzili po dywanach.

Dymitr siedział na ławie, pod filarem, drobny, młody – jak z innego świata na tle złotawych malunków i brodatych postaci carów na ścianach. Obok niego stał Andriej Chworostynin w aksamitnym genueńskim wamsie i pludrach, kilku kosmatych bojarów. Przy pulpicie przycupnął diaczek z pękiem gęsich piór i flachą inkaustu.

Dydyński zdumiałby się na widok Chworostynina – starego znajomego z Perejasławia. Teraz nie było czasu. Przyskoczył do Dymitra, zdjął czapkę, przykląkł na jedno kolano, opuszczając głowę.

– Cariu, gosudariu. Chcę ci do nóg upaść. Proszę uniżenie o łaskę dla Wasyla Szujskiego! Daruj mu życie, o prześwietny.

– Łaski! Łaski! – jęczeli z tyłu Bełza i Gąsiorowski.

– Dopraszamy się miłosierdzia, Wasza Carska Mość. – Borsza gniótł w palcach magierkę. – Kniaź niewinny, darujcie druhowi naszemu.

Dymitr zaskoczony podniósł się z ławy. Stał i patrzył na nich okrągłymi ze zdumienia oczyma. Ale jego usta zaciskały się w gniewie.

Die 10 julii n. st, 30 iunii st. st. Plac Czerwony, Łubnoje Miesto, po dziesiątej

Kat zerwał sarafaniec z ramion Szujskiego. Złożył go ostrożnie z boku – szata była warta ze dwadzieścia rubli, a po egzekucji miała się stać własnością oprawcy.

– Świątobliwy patriarcho! – jęczał Szujski, widząc, że pomimo jego błagania wieże Kremla pozostały dalekie i złowrogie. – Prześwietni metropolici, bogomodlni władykowie i wy wszyscy kniaziowie i bojarowie dumni, zlitujcie się nade mną utrapionym, poczyńcie za mną nieszczęsnym, który nie tylko hosudara swego, ale i Wszechmocnego Boga w osobie jego obraził.

– Płocho gada! – pokiwał głową stary diak Suszczałow, który pamiętał jako żywo prześwietne czasy panowania batiuszki Iwana Groźnego. – Dymitr Szewyrew, jak go ojczulek na palu usadzić raczył, trzy dni żył i śpiewał pieśni Zwiastowania Pańskiego. Sławił imię carskie i kazał czełom bić gosudarowi!

– A Czeladnina jak tracili, pamiętacie? – zaskrzypiał Kostia, stary diadka i dożywotnik bojarów Morozowów, który przywlókł się na egzekucję o lasce. – Posadził go ojczulek Iwan na tronie i mówił: chciałeś zająć moje miejsce i oto teraz jesteś wielkim kniaziem, rozkoszuj się władzą, której pragnąłeś!

– A potem Maluta Skuratow udusił go pasem.

– Nie pasem. To Basmanow zakłuł go nożem na progu soboru Zwiastowania Pańskiego.

– Ech, to były czasy, ojczulku. Ludzie mieli krzepę, nie to, co dziś. Diak Wiskowaty to nawet ćwiartowanie wytrzymał. A teraz...

Die 10 julii n. st., 30 iunii st. st. Kreml, Granowita Pałata Wpół do jedenastej rano

– Wasza Carska Mość powinien ułaskawić Szujskiego – mówił Dworycki natchnionym głosem – o co proszę ja, kaleka, stawiając na szali wszystkie moje wojenne zasługi, rany i blizny, które pocierpiałem w waszej służbie.

– To największe głupstwo, jakie słyszałem, miłościwy carze. – Jan Buczyński warował w pobliżu Dymitra jak pies i we właściwej chwili wysunął się zza pleców dworzan. – Kniaź Szujski obrażał i knuł przeciw waszej władzy. Kara surowa, ale sprawiedliwa pokaże, że nowa władza nie boi się kniaziów i bojarów, nie będzie tolerować warchołów i wichrzycieli.

– Ułaskawienie Szujskiego pokaże, że Wielkie Księstwo... Prawosławna Ruś nie będzie już barbarią, w której tyrani wieszają, łapią i knutują wrogów, jak i kiedy im się żywnie podoba, oznajmiając, że są posłańcami bożymi.

– Prześwietny ojciec Waszego Wieliczestwa miałby inne zdanie!

– Jeśli Szujski jest winny, niechaj zostanie zesłany, nie zabity. Siła władcy tkwi w miłosierdziu. Miłościwy panie, to epokowa chwila, o której będą pisać w dziejowych annales. Skaż Szujskiego, podążysz drogą tyranów. Ułaskaw go, pokażesz, że czasy się zmieniły i Ruś jest inna.

Dymitr milczał. Ze ścian pałaty patrzyli nań wielkimi greckimi oczyma car Iwan Groźny i jego dziad – zwany Srogim. Ich wzrok wydawał się dziwnie lodowaty i szyderczy.

Dymitr uśmiechnął się zupełnie niespodziewanie.

– Mówiłem już to przed Dumą, ale powtórzę. Chociaż wydanie wyroku jest w naszej mocy, nie chcemy być sędzią w tej sprawie, ale żądamy od was, abyście powiedzieli, jak należy postąpić z Szujskimi. Mówcie zatem wszystko pro i contra, chętnie wysłucham.

– Nie ma czasu! – jęknął Dydyński.

– Nie, nasz zacny przyjacielu – powiedział spokojnie Dymitr. – Zawsze jest czas.

Die 10 julii n. st., 30 iunii st. st. Plac Czerwony, Łubnoje Miesto Wpół do jedenastej rano

Kat szarpnął za rubaszkę Szujskiego. Perły trysnęły na wszystkie strony. Obnażył mężczyznę, zdjął mu z głowy marmurkowy szłyk.

I teraz wszyscy zobaczyli dumnego kniazia takim, jakim był naprawdę. Bez szuby i kaftana; bez wielkiej czapy. Moskal był nagi. Duma i bogactwo opadły z niego razem z sukniami. Na szafocie stał pomarszczony, łysy starzec. Choć był skwar, Szujski dygotał, jakby chwytały go palce śmierci. Pofałdowany brzuch trząsł się, nagie ramiona pokryte rzadkim rudym włosem były koślawe i blade.

Kniaź już zrozumiał. Wyciągnął głowę jak żółw, kiedy Basmanow podał mu na dłoni chrest wysadzany rubinami.

Die 10 julii n. st., 30 iunii st. st. Kreml, Granowita Pałata Zaraz będzie jedenasta

– Jedyne, co mogę radzić Waszej Carskiej Mości – rzekł zimno Buczyński – to postępować, jak nakazuje rozsądek, a nie serce. Śmiem twierdzić, że wasza miłość powrócił na tron dzięki szczęściu, pracy i poświęceniu. Zatem jest w takim samym położeniu jak ci książęta, którzy osiągają władzę z małym trudem, lecz z dużo większym utrzymują się przy niej. Lecą oni na skrzydłach do celu, więc w drodze nie napotykają przeszkód, wszystkie one występują dopiero później, kiedy już usadowili się na tronie.

– Machiavelli – warknął Dworycki. – Łotr, szelma i kiep. Poznaję tę jarmarczną retorykę. Żadnych zasad! Żadnych praw! Moralność godna bydlęcia.

– Szujski jest właśnie taką przeszkodą – ciągnął niezrażony Buczyński. – Trzeba go usunąć. Wyrządzić krzywdę. Dużą. Ale cóż, krzywdy powinno się wyrządzać wszystkie naraz, aby krócej doznawane, mniej krzywdziły. A dobrodziejstwa świadczyć trzeba po trosze, aby lepiej smakowały. Dopraszam się łaski, kniaziu, zniszcz Szujskich. Do końca, nie wybieraj mniejszego zła. Ludzie mszczą się za małe zniewagi, za duże nie mogą. Pokaż, że jesteś prawdziwym, nie malowanym carem.

– Dość! – uciął Dymitr. – Wasyl Szujski da głowę. Tak zdecydowała Duma. Wola książąt i bojarów. Zresztą jest już za późno. Znudziliście mnie, mości panowie, długimi przemowami. Muszę zażyć nieco ruchu. I powietrza.

Dydyński aż zadygotał. Czyżby ślad po jego stryju miał zasypać śnieg, rozwiać wiatr, miało wypalić słońce?

Die 10 julii n. st., 30 iunii st. st. Plac Czerwony, Łubnoje Miesto Prawie jedenasta

– Nieeeee... – jęczał Szujski, który jeszcze chwilę temu dygocącymi ustami ucałował chrest. – Nieeee...

– Kładź głowę, kniaziu – mruknął kat. – Im szybciej, tym lepiej.

Szujski przeżegnał się. Raz, drugi, trzeci. Bił się w piersi z rozmachem, mamrotał coś pod nosem.

– Pomóżcie mu. – Basmanow skinął na braci.

Dymitr i Iwan położyli ręce na ramionach Wasyla. Pchali go łagodnie, pozwolili, by złożył kędzierzawą głowę na drewnianym pniaku.

Kat popluł w dłonie. Wziął topór. Ostrze uniosło się wysoko, ponad kopułami soboru Wasyla Błogosławionego. Nad basztami Frołowską, Nikolską, Borowicką, Troicką i wieżą Iwana Wielkiego.

Die 10 julii n. st., 30 iunii st. st. Kreml, Granowita Pałata, jedenasta

– Wasza Carska Mość – Dydyński zabiegł drogę Dymitrowi – proszę jeszcze jedno słowo. Błagam...

– Mów.

– Kniaź Szujski... wie coś o Dworze. Obiecał pomóc.

Dymitr zamyślił się.

I nagle, dosłownie w jednej chwili, w okna Granowitej Pałaty uderzył grom – huk jak wezbranych wód morza. Był to ryk tłumu na placu Czerwonym, gromowy okrzyk radości Moskali.

– Za późno – rzekł Dymitr. – Dokonało się, mój wierny sługo.

Die 10 julii n. st., 30 iunii st. st. Plac Czerwony, Łubnoje Miesto, jedenasta

Tarcza zegara na Frołowskiej baszcie obróciła się na godzinę jedenastą. Zegar wybił ją prawie niesłyszalnie – zagłuszał go wrzask, wściekły ryk Moskwy.

Topór był uniesiony, dygocąca głowa kniazia Szujskiego gotowa, szyja naga i sucha.

I tylko chwila, jeden moment!

Jakiś koń wpadł w tłum. Tratował, rozganiał czerń, chrapał ze strachu, kłuty ostrogami.

Basmanow podniósł rękę, by dać znać.

Nie zdążył.

Dydyński przedarł się przez strzelców, wymachując zwitkiem papieru jak chorągwią w bitwie.

– Stóóój! – krzyczał. – Stać! Łaska! Łaskaaa!

Kniaź uniósł głowę, jego wzrok był mętny.

Dydyński wpadł na schody, zdyszany wbiegł na Łubnoje Miesto. Podał Basmanowowi carską gramotę, prosto spod pióra, inkaust jeszcze nie wysechł, od rzadkich rządków pisma ciągnęły się czarne zacieki. Diaczek nie zdążył posypać piaskiem, przyłożyć sukna.

Piotr Fiodorowicz chwycił pismo, przeczytał, pokręcił głową. Obejrzał pieczęć, pokręcił łbem raz jeszcze.

– Prześwietny patriarcho, metropolici, kniaziowie i bojarzy. I wy, ludu Moskwy! – zakrzyknął. – Nasz car, z woli bożej gosudar wsieja Rusi Dymitr Iwanowicz pomiłował Wasyla, Dymitra i Iwana Szujskich. Darował im nędzny żywot i śmierć zamienił na zesłanie do Wołogdy. Oto, jakiego miłosiernego pana dał nam Pan Bóg, że swojego zdrajcę, który targnął się na jego życie, także miłuje.

Piorun jakby uderzył w plac. Zapadła cisza.

Nikt się nie śmiał, nikt nie płakał. Nie krzyczał.

Wszyscy patrzyli oniemiali.

I nagle w ciszy rozległ się śmiech. Okrutny, gardłowy, suchy.

Śmiał się bezumny Griszka spod ciężkich wrót soboru, śmiał i wył, jakby ułaskawienie Szujskich było najpocieszniejszą chwilą jego parszywego żywota.

– Uuuuu-miłował Dymitriaszka kniaziów – parskał. – Poooożałował ich na wik wików. – Słaaaaby jest. Dooobryj car, słabyj car!

– Dobry car, słaby car! – krzyknął ktoś.

I tak już poszło – z ust w usta, z gęby do gęby, od bojara do diaka, od czerńca do skomorocha. Od władyki do mużyka, od kramarza do szewca, od chołopa do bojara.

Wszędzie szło tylko jedno hasło, jak zły omen, zew.

Dobryj car – słabyj car!

Tłum pękł, rozpadał się. Lud wracał grupami, rozchodził się. Do ław, do bram, do kabaków. I wszędzie brzmiało wciąż: Dobryj car – słabyj car. Wielika smuta!

A kniaź Szujski klęczał i mrugał, nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Wreszcie podnieśli go bracia.

Die 10 julii/30 iunii Pałac carski na Kremlu Godzina czwarta po południu

Dymitr nadstawił ramię słudze, który powoli nałożył na giermaczek karmazynowy, aksamitny, przeszywany, bojowy żupan.

– Źle się stało – rzekł posępny Buczyński.

– Mam rządzić jak batiuszka Iwan? Ślubowałem Bogu, jeszcze w Krakowie, że będę strzegł rozlewu krwi poddanych. Poza tym Szujscy mają wielki afekt nie tylko do Polaków, ale w ogóle do Rzeczypospolitej.

– Taki sam mieli do Borysa Godunowa. Prosili i pisali, aż suplikami wymościli sobie drogę do Moskwy.

– Godunow też nie skazywał nikogo na śmierć. Wysyłał na zesłanie i... kazał wyrywać brody. Mam być gorszy?

– Nie zapomniałeś chyba, jak skończył?

– Ja za to dobrze i łaskawie zacznę. – Dymitr podstawił ręce słudze, który pieczołowicie wiązał taśmy na rękawach. Drugi pokojowy zapinał pągwiczki w pętlicach idących skosem przez pierś.

– Są dwa sposoby utrzymania się przy władzy. Albo za pomocą siły, okrucieństwa i męczarni. Albo wspaniałomyślnością. Moi poddani zasłużyli na trochę szczęścia po krwawych rządach Borysa. I po panowaniu mojego ojca, który, odpuść mu Panie, miał ciężką rękę.

– Szkoda, że Wasza Carska Mość przychyla ucha do gadaniny Dworyckiego. On chce przywrócić Ruś do Europy, oświecić, jakby mieszkali tu sami barbarzyńcy. Zburzyć mur, który wznieśli twoi dziadowie i ojciec. To się nie uda. To nie jest Francja ani Rzeczpospolita.

– Rusi potrzebne jest wytchnienie. Honor, prawo, miłosierdzie, spokój, ludzkość.

– Nie jest konieczne, abyś posiadał te wszystkie zalety, ale jest niezbędne, aby wydawało się, że je nosisz na sercu. Powinieneś uchodzić za litościwego, dotrzymującego wiary, religijnego, prawego, a w rzeczywistości miażdżyć wrogów, zginać im karki, a jeśli nie będą dostatecznie giętkie, skracać o głowę. Tak trzeba rządzić Rusią.

– Ciekawym bardzo – Dymitr wyciągnął ręce w górę, a dwaj pokojowi stanęli na taboretach z obu jego stron i naciągali z góry na carskie ramiona misterną perską kolczugę – co by się stało w Rzeczypospolitej, gdyby Zygmunt podgolił mieczem Zebrzydowskiego? Bo pamiętam, że kiedy król Stefan ściął Zborowskiego, doszło prawie do wojny domowej. Myślisz, że nasi bojarzy byliby zadowoleni ze śmierci najmożniejszego z nich?

– Myślę, że gdyby Wasza Carska Mość zastosował się do mej rady i rządził twardo, ale uśmiechał się, udając miłosiernego, zarówno w Koronie Polskiej, jak i w Europie znalazłoby się aż za dużo głupców, którzy sławiliby was jako mądrego i sprawiedliwego władcę.

– A gdyby – wymamrotał Dymitr, który przełożył już głowę przez kołnierz kolczugi i teraz pozwalał, aby słudzy nałożyli mu kirys husarski – przyjechali tu sprawdzić, jak jest naprawdę?

– Wtedy Wasza Carska Mość powinien zadbać – rzekł z kamienną twarzą Buczyński – aby nigdy nie opuścili granic Rusi. Skoro przyjechaliby żyć w raju, samo miłosierdzie dyktowałoby, aby nie wyprowadzać ich z błędu.

– Nie będę rządzić kłamstwem. Niechaj mnie miłują lub nienawidzą takiego, jaki jestem.

– Wasza Carska Mość – Buczyński patrzył, jak słudzy zakładali na głowę Dymitra magierkę i szyszak – nie będzie spać po obiedzie?

– Nie lubię gnuśnieć w łożu.

– Moskwa będzie sarkać.

– Niech sarka. Czasy się zmieniły. Ty co, nie jedziesz z nami na gonitwę? Spróbuję konno do pierścienia razem z rotmistrzami. Ponadto Golicyn przywiózł w klatce niedźwiedzicę z piastunem. Będziemy szczwać ją na oczach całej Moskwy, pospólstwu na uciechę.

– Nie jeżdżę dobrze konno.

– I mówi to Polak?

– Polacy są rozmaici. Jedni do kielicha i szabli, a drudzy... do ksiąg i rozumu. Niestety, mało nas w tym dumnym kraju.

– Bądź zdrów.

– Jeszcze jedno, jeśli mogę.

– Gadaj.

– Ten Dydyński? Co on waszej miłości powiedział?

– A po co ci to wiedzieć?

– Ten szaraczek szarogęsi się tutaj, panoszy po całym Krymgorodzie. Ludzie szepczą, że ma u waszej miłości większy posłuch niż my, doradcy.

– Ten szaraczek dwa razy uratował nasze carskie życie.

– Ach tak, rozumiem. – Buczyński uśmiechnął się zimno. – Wasza wola.

– A tobie nic do tego.

Sekretarz uśmiechnął się ponownie i skłonił. Bardzo, ale to bardzo uniżenie.

Die 15/5 julii Dwór Szujskich, Biełgorod, południe

We dworze Szujskich, wysokim, na podklecie, zwieńczonym czerdakami, kopułami i iglicami kunsztownie rzezanymi w drewnie, panował ruch, jakby ktoś nalał ukropu w mrowisko.

Parkan obsadzony był przez carskich strzelców, wrót pilnowali Niemcy, podwórze zastawiały wozy, kolasy i wózki. Uwijali się tam chłopi i słudzy, wynosząc z komnat wszystko, co coś warte. Nieśli i wlekli dywańskie kobierce, ławy i stołki obite adamaszkiem i aksamitem. Na wozach lądowały roztruchany i nalewki, ciężkie skrzynie pełne srebrnych talerzy, złociste skóry, ampułki. Jakiś mużyk niósł zegary – jeden mały, w drewnie, drugi srebrzysty, w wielbłądzie.

Wynoszono i pakowano na wozy zawieszenia i manele, ikony Mikołaja Cudotwórcy, jarczaki oprawne złotem i srebrem, kulbaki tureckie i tatarskie siodła. Stary sługa prowadził smycz psów, inny wytaczał beczki z winem z piwnicy.

A pośród tego wszystkiego przechadzał się smagły i brodaty Basmanow, w błękitnym żupanie i ferezji, spoglądając na rabunek nieobecnym wzrokiem. Nie cieszył się ani nie smucił, ale Dydyńskiego spostrzegł od razu.

– Chcę mówić z kniaziem Wasylem.

– Nie lzia. Wasyl w opale, dziś jeszcze wyjeżdża.

– Więc prowadź mnie do niego jak najszybciej.

Basmanow spoglądał na Jacka nieodgadnionym wzrokiem.

– Car zabronił – rzekł spokojnie. – Albo to macie przyzwolenie? List? Znak?

– Raz już mi wyrządziłeś despekt, batiuszka – mruknął Jacek. – Nie przeginaj mej woli, bo jak szablę napniesz za mocno, odwinie w pysk z całej siły.

– Grozicie mi?

– Powiesiłeś pod Nowogrodem mojego sługę na murach. Ale ja ci to odpuszczę, jeśli puścisz mnie do Szujskiego.

– Wojna była – wzruszył ramionami Basmanow, a jego chłodny spokój działał stolnikowicowi na nerwy.

– Puścisz mnie czy nie?

– Nie mam prikazu!

I wtedy Dydyński złapał Basmanowa za brodę. Z całych sił pchnął carskiego ulubieńca na wóz. Piotr Fiodorowicz ani pisnął. Porwał za rękę szlachcica, ale Dydyński trzymał go jak w katowskich kleszczach.

– Posłuchaj, psi synu spod ciemnej gwiazdy! – wydyszał. – Albo mnie puścisz, albo cię tutaj w pysk wytnę, że cię na Sądzie Ostatecznym nie poznają dziad i ojciec! Chcesz, wołaj strzelców, niech mnie zabiją, ale wcześniej zrobię ci z gęby Moskwę po tatarskim najeździe!

Basmanow zadygotał. Spojrzał w lewo, w prawo – słudzy zamarli, stali niemi, nie wiedząc, co zrobić. I jak na złość w pobliżu nie było ani jednego strzelca.

– Tfu, idź do dytka – wykrztusił wreszcie Basmanow. – Puskaj!

– Gdzie Szujski?

– W gornicy, dytko z nim tańcował.

Dydyński puścił brodę Basmanowa. Tamten cofnął się, przejechał po kłakach ręką. Obrócił się jak nigdy nic do czeladzi.

– Wy co?! – zakrzyknął. – Czego stoicie? Do roboty!

Z pasją kopnął siwego mużyka, aż tamten zwalił się w błoto, wywalił złotą miednicę i dwa nautilusy.

– Ruszać się! – Szalał między ludźmi, rozdając kułaki i kuksańce. – Do wieczora będziemy tu stali?!

Dydyński ruszył na ganek. Wszedł na schody, do górnej izby. Wyminął dwóch brodaczy taszczących wielką skrzynię. Pchnął drzwi.

Szujski, w rozpiętym sarafanie, siedział na obitym skórą krześle. Obok przycupnął młody sługa. Wasyl był bez czapy, przerzedzone włosy miał zmierzwione i mokre, pot perlił się na łysej czaszce.

– Chwalmy Pana, mości kniaziu – rzekł Jacek, nawet nie zdejmując czapki. – Witajcie.

– Ruina... Koniec – wystękał Szujski. – Wszystko... zabierają. Mospanie Polak, co ja mogę uczynić.

– Bić czołem gosudarowi. A przede wszystkim wysłuchać mnie.

– Czego chce ode mnie Dymitr? Ja już wszystko... rzekłem – załamał ręce Szujski.

– Nie wszystko. Umawialiśmy się, ojczulku. – Dydyński wziął od sługi lniany ręcznik i troskliwie wytarł pot z czoła kniazia. – Ofiarowałeś mi przyjaźń, a ja prosiłem o przysługę. Wieści o moim stryju Michale Dydyńskim.

– Czego ty oczekujesz, Jacku Aleksandrowiczu – załamał ręce Szujski. – Jestem w opale, nie mam nic. Nie ma ni kawałka papieru, aby posłać kartusz na carski dwór. Nic nie mogę... Nie pomogę.

– Żyjecie tylko dzięki memu wstawiennictwu. Zatem wysilcie pamięć. Czekam. Chcę wiedzieć, nie odejdę.

– Mam coś dla was uczynić? – zdumiał się kniaź. – Co ja mogę? Jedno nic. Ja grzeszny, poniżyłem carewicza, prawego naslednika na bożym prestole. Ja biedny, ja nieszczęśliwy... – Bił się w piersi bladą pięścią.

– Umowa jest umowa – rzekł zimno Dydyński. – Obiecaliście pomóc, to pomóżcie.

– Kiedy ja wam zełgałem – jęczał kniaź. – Nic nie wiem. Może bym się dowiedział, ale mnie najpierw stąd wydobądźcie. Pokłońcie się carowi ode mnie, proście, by mnie odwołał z zesłania. Wskóracie coś, to was wspomogę. Ale tak... Chyba nie.

– Do diabła, nazywaliście mnie przyjacielem, prosiliście o wstawiennictwo. Uratowałem wam życie, już o tym zapomnieliście?! A może pójdę do Dymitra, aby wysłał was na Sołowki, a nie do Wołogdy?!

– Ja już nic. Nie będę... – bełkotał Szujski. – Nic nie powiem. Nie wiem.

Padł na kolana i zaczął bić pokłony, modlić się, klepać tropariony. Gadał sam do siebie bez żadnego sensu, walił pomarszczonym czołem w podłogę, aż dudniło.

Jacek mówił do niego, a potem tylko stał bezradny. Wreszcie wyszedł, dosiadł konia i pojechał na carski dwór. Pokłonił się przed Dworyckim – bo Dymitr nie przyjmował – i poprosił o spotkanie w cztery oczy.

Dymitr wyznaczył termin. Za dwa tygodnie. Przed samą koronacją. Nie było prosto, bo przygotowania szły całą siłą, a Dymitriaszka nie był już biednym, zahukanym rudzielcem z Sambora. Oto był car – gosudar, słońce Rusi. Mierzył ludzkie życia i zasługi sobie tylko znaną miarką.

1 łac. – trzeciego czerwca umarł

2  łac. – przespać się

3  łac. – z żoną

4  łac. – przez wzgląd na stan i urząd

5  łac. – służebnicę

6  łac. – jestem szlachcicem polskim, równym każdemu

7  łac. – organy płciowe

8  łac. – nietknięta

Rozdział XXII

Korona Monomacha

Topnieje carskie złoto • Łaski i opały • Jurodiwy car • Spadają kajdany • Propozycja Basmanowa • Dydyński ma plan • Słowa, które ranią gorzej od żelaza • Dymitr w malignie • Jacek wypędzony ze dworu • Romanow i jego syn • Ostatnia nadzieja Borysa • Opryczna klątwa • Prawda

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XXIII

Opała

Smak carskiej niełaski • Dworycki niczym Morus • A Dydyński pije na umór • Gniew Borysa • Trudne rozmowy pocztowych • Awantura z Moskalami • Knut na ulicach Moskwy • Zwada ze strzelcami • Jacek buntuje chorągwie • Wojsko ciągnie na Kreml • Złapał Kozak Tatarzyna... • O osobliwościach moskiewskiej ławki • Roszady i knowania Szujskich

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XXIV

Ogień i mróz

Gra w piłkę, czyli o polskiej polityce • Dymitr koronowany • Z perspektywy Europy • Wojenne przygotowania • Wielka wina Dydyńskiego • Uczta bez jedzenia • Tajemnice Towarzystwa Jezusowego • Poterczuk jak igła w stogu siana • Krzywoprzysięstwo Jacka • Świeży trop • Piekło koni • Przeklęta ikona • Ślub Maryny • Jak trwoga to do... jezuitów • Krotochwile Własiewa • Ślepy zaułek • Wyjazd z Krakowa • Przez śniegi i mrozy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XXV

Opryczny Dwór

Gdzie jest Spas? • Zamek Opryczniny • Dziadowska furia • Bójka na jamie • Nadciągają strzelcy • Cudowne przemienienie Świrskiego • Monastyr odnaleziony • W żebraczej skórze • Wracają starzy znajomi • Kim jest Stariec? • Dydyński całuje klamkę • Nieoczekiwane wsparcie • Klasztor zdobyty • Ojciec i syn • Opryczne księgi zła • Zwada z Szujskim • Rozstanie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XXVI

Dziedzictwo

Skrucha i wina pana Jacka • Grzech ojca • Niespodziewane spotkanie • Carowa rusza do Moskwy • W gościnie • Zwada z poddiaczym • Jest tylko jedna droga... • Powrót do Polski • Pożyteczny głupiec • Przerażenie Dworyckiego • Przybycie Maryny • Jej wjazd do Moskwy • Parol Szujskiego • Potajemne spotkanie • Nowy krzyż Dydyńskiego

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XXVII

Carskie gody

Desperacja pana Jacka • Rozmowy z królewiętami • Krótka pamięć Mniszcha • Eufrozyna nie traci nadziei • Dworycki w niełasce • Babska zwada • Przysięga Anastazji • Propozycja kniazia Wiśniowieckiego • Grom z jasnego nieba! • Carski ślub • Opowieści starego oprycznika • Nadzieja • Zasadzka na dachu • Znowu w tiurmie • Starzy znajomi • Gody Dymitra • Nieoczekiwane uwolnienie • Uzdrowienie cara • Stolnikowic pod kuratelą • Biją dzwony

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XXVIII

Kolęda moskiewska

Prośba o dobrą śmierć dla Lachów • Moskwa powstaje • Dzwony biją na zgubę • Krwawa sobota • Obrona Wołoskiego Dworu • Tryumf kniazia Wiśniowieckiego • Husaria przebija się na Kreml • Krwawe gody Dymitra • Kapitulacja • Zdrada czeladnika • Ratunek w rodzinie • Borys krwawy • Podróż do Polski • Nad Sanem • Fortuna Dydyńskich

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przypisy

Książki Jacka Komudy wydane nakładem naszego wydawnictwa

Wilcze gniazdoWarchoły i pijaniceOpowieści z Dzikich PólImię BestiiBohunCzarna szablaDiabeł ŁańcuckiGaleony Wojny – tom 1Galeony Wojny – tom 2Czarna banderaHerezjarchaSamozwaniec – tom 1BanitaSamozwaniec – tom 2Krzyżacka zawieruchaSamozwaniec – tom 3ZborowskiSamozwaniec – tom 4

Jacek L. Komuda

Pierwsza szabla polskiej literatury. Szlachcic z przekonania, historyk z wykształcenia, pisarz z profesji. Nie lukruje. Odmalowuje historię żywą do bólu. Pieczołowicie rekonstruuje realia. Za morskie opowieści miesięcznik „Żagle” uhonorował go w roku 2009 Nagrodą im. Leonida Teligi.

Z Fabryką Słów wydał: „ukraińskie” Wilcze gniazdo (2002), kresowe Opowieści z Dzikich Pól (2004), Bohuna (2006) przywołującego pamięć straszliwej bitwy pod Batohem, „bieszczadzkie”: Czarną szablę i Diabła Łańcuckiego (2007), Herezjarchę (2008), kolejny po Imieniu Bestii (2005) zbiór o F. Villonie, oraz sarmacki thriller Banita (2010). Wydana w 2010 r. Krzyżacka zawierucha była literackim hołdem dla 600-lecia bitwy pod Grunwaldem.

Dwutomowe Galeony Wojny (2007) poświęcone bałtyckim bataliom z czasów Zygmunta III Wazy oraz Czarna bandera (2008) odkrywająca brutalny świat korsarzy i buntowników stały się dowodem na to, że Jacek Komuda świetnie czuje się także w marynistyce.

Samozwaniec (2009, 2010, 2011, 2013) należący do wciąż powstającego, monumentalnego cyklu Orły na Kremlu, to w dorobku pisarza pozycja wyjątkowa – popis literackich umiejętności, wizytówka pisarskiego temperamentu i jego bodaj najbardziej rozpoznawalna marka.

COPYRIGHT© BY Jacek KomudaCOPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2013

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-933-5

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved