Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 383 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Samotny krzyżowiec - Marek Orłowski

Dalszy ciąg przygód Rolanda z Montferratu, zwanego Czarnym Rycerzem.

Rok 1189, Ziemia Święta. Ocalałe z klęski pod Hittin resztki wojsk krzyżowców rozpaczliwie walczą o odzyskanie utraconych zamków i miast Królestwa Jerozolimskiego.

Czarny Rycerz ma do spełnienia własną misję. Usiłuje ocalić z rąk asasynów największą z relikwii, zapewniającą władzę nad światem – Arkę Przymierza. Przedtem jednak musi umknąć z ponurej fortecy w górach An-Nusarija. Czy Samotny krzyżowiec zdoła ujść sztyletom skrytobójców Starca z Gór? Czy uda mu się ostrzec templariuszy o zdradzie? Jakie będą jego dalsze losy? Czy przeklęty przed wiekami Miecz Salomona będzie posłuszny dłoni chrześcijańskiego rycerza?

Czy odwaga i zręczność w walce wystarczą, by pokonać wrogów posługujących się nie tylko stalą, ale i magią?

Marek Orłowski, a właściwie Marko Szapkarow–Orłowski, urodził się w 1958 roku w Warszawie. Jest absolwentem ASP w macedońskim Skopje. Pasjonuje się jeździectwem, sportami wodnymi i turystyką górską, ale też historią średniowiecza i zabytkową bronią. Aktywny tryb życia łączy z zamiłowaniem do czytania książek o dość eklektycznie dobranej tematyce. Samotny krzyżowiec. Miecz Salomona był jego literackim debiutem.

Opinie o ebooku Samotny krzyżowiec - Marek Orłowski

Fragment ebooka Samotny krzyżowiec - Marek Orłowski

Redakcja: ARTUR SZREJTER
Korekta: DOROTA RING
Projekt okładki: Dark Crayon / PIOTR CIEŚLIŃSKI
Ilustracje i mapa wewnątrz książki: MAREK ORŁOWSKI
Skład: TOMASZ WOJTANOWICZ
Copyright © by Marek Orłowski, 2014 Copyright © by Instytut Wydawniczy Erica, 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone.
ISBN 978-83-64185-83-0
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail: wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ 1

Bądź bez lęku w obliczu nieprzyjaciela,

bądź dzielny i prawy, by podobać się Bogu.

Mów prawdę, zawsze, choćbyś miał zginąć.

Chroń bezbronnych i nie krzywdź nikogo.

To twoja przysięga.

Królestwo Niebieskie, reż. Ridley Scott,scen. William Monahan

POD MURAMI AKKI, MAJ 1189 ROKU

– Ładować! – Krzyk dowodzącego obsługą katapulty utonął w ogólnej wrzawie.

– Ciągnij! Razem... I puść!

Potężna belka, nagle uwolniona od ciężaru, wyrżnęła z hukiem o ziemię.

– Ładować! Chyżo, chyżo! – starszy piechur poganiał zasapanych żołnierzy. Odziani w skórzane kubraki z naszytym herbem Lusignanów mężczyźni uwijali się jak w ukropie. Mimo chłodnego wiatru wiejącego od morza na ich czołach perlił się pot. Wynędzniałe twarze i obwiązane brudnymi szmatami głowy były niemym świadectwem trudów oblężenia, które przedłużało się ponad miarę.

Wielki mistrz Templum Gerard z Riderfort przystanął obok wielkiej machiny miotającej, zwanej z francuska trebuszem. Patrzył, jak obciążona przeciwwagą belka unosi się powoli. Obracające kołowrót drągi tylko migały w silnych dłoniach żołnierzy. Coraz mocniej trzeszczały w proteście naprężające się grube liny, rozdzierająco skrzypiały nienasmarowane tryby. Surowe bierwiona, z których zbudowano trebusz, były tylko z grubsza ociosane toporem i połączone długimi ćwiekami. Masywne kłody tworzyły machinę ciężką i niezgrabną, ale zabójczo skuteczną.

Szczęknęła zwolniona zapadka i długie ramię trebusza opadło gwałtownie. Drugi jego koniec wyrzucił ze specjalnego gniazda głaz ważący dobre czterdzieści funtów.

De Ridefort śledził wzrokiem lot pocisku. Czarna kropka na błękitnym niebie zakreśliła łuk, zdając się zawisać nieruchomo w najwyższym punkcie. Nawet z tak daleka słychać było trzask, z jakim uderzyła o zwieńczenie muru. W powietrze poleciały odłamki kamienia i chmura kurzu. Razem z częścią blanek głaz zmiótł też kilku obrońców. Wśród strzelających z katapulty rozległy się głośne wrzaski radości.

Templariusz poczuł smród padliny i mimowolnie skrzywił się z obrzydzeniem. Dwóch zbrojnych w pordzewiałych kolczugach niosło zawieszony na kiju wiklinowy kosz. Wyciekała z niego brunatna ciecz, a wokół rozchodził się mdlący fetor. Dźwigający odrażający ciężar mieli twarze obwiązane chustami, ale chyba niewiele im pomagały. Szybko umieścili kosz na łyżce wyrzutni i jeszcze szybciej odstąpili na bok. Zwolnione liny jęknęły, trebusz wyrzucił ładunek w stronę murów miasta.

Wielki mistrz poczuł podchodzące do gardło nudności. Przełknął z wysiłkiem ślinę, ale nadal czuł ohydny zapach. Wciąż jeszcze nie zdołał przywyknąć do wszechobecnego smrodu unoszącego się nad obozem krzyżowców. Był to odór dawno przepełnionych dołów kloacznych, ropiejących ran, odpadków, a przede wszystkim ciężki, lepiący się do nozdrzy i podniebienia zaduch rozkładu.

Poległych w potyczkach i zmarłych od ran chowano w płytkich, pospiesznie wykopanych grobach. Zabitych w szturmach na potężne mury pozostawiano na przedpolu twierdzy, by gnili tam, gdzie padli. Dopóki leżeli w zasięgu strzał obrońców, ich pogrzebem zajmowały się zdziczałe psy i sępy.

Gerard spojrzał ze złością na powiewające nad wieżami zielono-czarne chorągwie Saracenów. Po klęsce krzyżowców pod Hittin zwycięski pochód Saladyna zdawał się nie mieć końca. Wojska sułtana zajęły Akkę jeszcze przed zdobyciem Jerozolimy. Minął rok, nim wypuszczony z niewoli król Gwidon z Lusignan zebrał niedobitki armii, by spróbować odzyskać miasto. I zapewne własną monarszą godność.

Jak dotąd, bez skutku – ze znużeniem pomyślał de Ridefort.

Wiosna przywitała oblegających rozmiękłą od wody ziemią i bębniącymi w płótna namiotów strugami deszczu. Chłód i ulewy ciągnęły się bez końca. Świat wokoło zdawał się rozpływać w żółtawej, błotnistej brei. Nadeszły wreszcie ciepłe dni, przynosząc ulgę stale przemoczonym i zziębniętym żołnierzom. Przyniosły też jednak smród rozkładających się zwłok, który niczym ciężka chmura miał już na stałe unosić się nad obozem. Wśród krzyżowców zaczęły się szerzyć choroby, ich szeregi topniały.

Postępów w oblężeniu nie było. Wybite za dnia wyłomy w murach obrońcy łatali nocami, a egipska flota zaopatrywała ich od strony morza. Potem z odsieczą dla Akki nadciągnął Saladyn i otoczył krzyżowców szczelnym pierścieniem. Oblegający stali się oblężonymi. Każdy szturm na nadwątlone mury prowokował atak muzułmańskiej jazdy na tyły chrześcijańskiej armii.

Wielki mistrz osobiście przyprowadził oddział templariuszy i teraz ci najlepsi z chrześcijańskich rycerzy odpierali niekończące się ataki Saracenów. De Ridefort pomyślał, że cuchnący ładunek wystrzelony przez trebusz zawierał pewnie głowy mameluków odcięte podczas ostatniej potyczki. Splunął zamaszyście, chcąc się uwolnić od wstrętnego smaku w ustach, ale na próżno. Kątem oka dostrzegł zbliżającego się konnego. Niegdyś śnieżnobiały, teraz szary i poszarpany płaszcz mógł należeć tylko do jednego z braci Templum. Jeździec zatrzymał konia i pochylił głowę w ukłonie.

– Mów! – polecił mistrz niecierpliwie.

– Z naszego obozu widać żagle na morzu. Mówi się, że to statki palatyna Henryka z Szampanii! Jego żołnierze wylądują pewnie dziś jeszcze.

– Kto ci to powiedział?

– Sam seneszal zakonu, brat Gotfryd, wielki mistrzu.

– Konia! – krzyknął de Ridefort do pachołków. – A ty jedź do naszego obozu. Niech seneszal zbierze braci na brzegu. Wkrótce tam przybędę. Powitamy palatyna i tych, którzy przybyli z odsieczą. I przypomnimy im, że my pierwsi stanęliśmy pod Akką!

Trebusz z łoskotem wyrzucił kolejny głaz, ale Gerard nie zwrócił na to uwagi.

– Teraz to już nie potrwa długo – rzucił mściwie w stronę sylwetek widocznych na wieżach miasta. Zacisnął pieści, aż zachrzęściły skórzane rękawice. – Powiedz też seneszalowi, by naostrzono broń i obejrzano konie. Chcę, żeby bracia prezentowali się godnie.

– Na powitanie palatyna Henryka?

– Na powitanie, a może i na bitwę – odparł mistrz, a jego zwykle ponurą twarz rozjaśnił uśmiech. – Długo kazał na siebie czekać, więc pewnie teraz rwie się do walki. Jedź już!

Młodszy templariusz przyłożył pięść do piersi w zakonnym pozdrowieniu i odjechał galopem. Biały płaszcz zafurkotał w pędzie niczym skrzydła wielkiego ptaka.

Dwa dni później wielki mistrz Templum patrzył z wysokości bojowego ogiera na nierówną linię angielskiej piechoty, rozciągniętą na równinie pod murami Akki. Po tygodniach morskiej podróży, które spędzili stłoczeni w cuchnących ładowniach statków, żołnierze wreszcie wyszli na ląd. Stali teraz w swobodnych pozach, opierając się o drzewca prostych łuków. Łęczyska były tak długie, że sięgały im niemal czubka głowy.

Gerard widział już kiedyś taki łuk. Przed laty, w komandorii zakonu, w Jerozolimie. Dobrze pamiętał szemrzący mu nad uchem głos brata zawiadującego zbrojownią:

– Zechciejcie spojrzeć, wielki mistrzu. Oto oręż, który może wspomóc naszą piechotę. Widać, że z cisu uczyniony. Najlepsze drewno, jakie Pan Bóg miłosierny dał człowiekowi na łuki. Taki łuk to prawdziwy bicz boży na Saracenów! Tyle że nie każdy go może użyć. Siły wielkiej potrzeba...

– Pokaż! – rzucił krótko de Ridefort, biorąc broń do ręki. Obejrzał ją z ciekawością. Na pozór nie wyglądała groźnie, była tylko znacznie dłuższa i grubsza od zwykłych łuków. Z bliska dostrzegało się jednak dalsze różnice. Grzbiet łęczyska był jasny. Rzemieślnik, który go wykonał, jako surowca użył pewnie bieli cisowego pnia, miękkiej i podatnej na zginanie. Brzusiec przypominał barwą dobrze wyprawioną skórę, widocznie wystrugano go z opornej twardzieli, wyciętej z samego środka drewnianego kloca.

Wielki mistrz rozejrzał się za cięciwą. Wisiała opodal, zwinięta w zwój. Z niemałym trudem zgiął łuk, na tyle tylko, by wprowadzić pętle konopnej linki we wzmocnione rogiem nacięcia. Spróbował naciągnąć cięciwę, jednak okazało się to trudnym zadaniem. Zaciśnięte w pięść palce ledwie dotknęły piersi, a już trzymająca broń druga ręka zaczęła drżeć z wysiłku.

– Mówiłem, krzepy niezwyczajnej trzeba – mamrotał pod nosem zakonnik zarządzający zbrojownią.

– Ty dasz radę, bracie Anzelmie? To spróbuj! – gniewnie rzucił Gerard. Nie znosił porażek.

– A może mnie pozwolicie spróbować? – Od obwieszonych różnoraką bronią ścian odbił się dźwięczny głos. Obaj templariusze odwrócili się jak jeden mąż.

– Ach, to wy, Rolandzie de Montferrat. – Wielki mistrz z ulgą wyciągnął łuk w stronę przybysza. – Pewnie, pewnie, próbujcie, czemu nie.

– Hm, od razu poznać, że tęgi, bojowy! – Roland obracał łuk w rękach, a potem ścisnął go mocno w wyprostowanej lewej ręce i jednym płynnym ruchem naciągnął cięciwę, swobodnie dociągając ją do ucha. Stał tak nieruchomo przez dłuższą chwilę, przypominając wykutą w kamieniu rzeźbę, wreszcie rozluźnił palce. Nagle zwolniona linka zaświergotała wysokim tonem i rozprężyła się tak szybko, że ludzkie oczy zdołały dostrzec tylko rozmazaną smugę.

– Mocny. Niesie pewnie na tysiąc stóp – rzekł rycerz de Montferrat, odstawiając łuk.

– Tyle że nie każdy może z niego strzelać – powiedział brat Anzelm z pewnym żalem w głosie. De Ridefort zamilkł nadąsany. Teraz przypomniał sobie tamten dzień i potoczył podejrzliwym wzrokiem po angielskich łucznikach. Uspokoił go widok ich potężnych ramion. Długie, tłuste włosy opadały na szerokie bary, a wypukłe torsy świadczyły o wielkiej sile.

Ubrani w powycierane wełniane kaftany i podarte opończe sprawiali wrażenie bandy opryszków, a nie chrześcijańskiego wojska. Jednak choć obszarpani i niechlujni, nowo przybyli żołnierze stanowili groźną siłę, o czym Saraceni zdążyli się już przekonać.

Ledwie wysadzono ich z okrętowych łodzi, odparli wypad obrońców Akki. Arabowie pozostawili wtedy pod murami twierdzy krwawy kobierzec z ciał zabitych i konających. Pojedynczy piechurzy kręcili się później po czerwonym od krwi piasku, dobijając rannych muzułmanów. Krótkie miecze unosiły się leniwie i opadały miarowo. Wznosiły się znowu, ale już ociekając krwią. Anglicy wygrażali z daleka obrońcom miasta, a na ich brudnych twarzach znać było żądzę krwi, kobiet i łupów.

A teraz stali, szereg za szeregiem, w szyku na tyle luźnym, by móc swobodnie strzelać. Z niedbale zarzuconych na plecy kołczanów sterczały lotki długich na trzy stopy strzał o jesionowych drzewcach utwardzanych w ogniu. Konopne cięciwy, starannie natarte woskiem, wisiały przytroczone do pasów. Kiedy padnie rozkaz, wprawne dłonie naprowadzą ich pętle na końce łuków i broń będzie gotowa do użycia.

Ludzie pogadywali do siebie, leniwie spluwali na piasek. Płaskie hełmy z rondem zsunęli na tył głowy, odsłaniając twarze. Blada skóra zdążyła już poczerwienieć od wiosennego słońca, do którego mieszkańcy mglistej Północy nie byli przyzwyczajeni.

Spokojnym wzrokiem oceniali rozwijającą się za odległymi wydmami armię wroga. Daleko, na samym skraju piaszczystej doliny, migotały groty włóczni mameluków Saladyna.

Po angielskich piechurach nie znać było obawy przed tą najlepszą jazdą muzułmańską. Wojna była ich rzemiosłem, które znali dobrze. Nie pierwszy raz mieli walczyć i ginąć daleko od brzegów rodzinnej wyspy.

Wielki mistrz Świątyni stał na małym wzniesieniu, skąd widział zarówno mury Akki, jak i nieckowatą równinę oddzielającą oba wojska. Setka rycerzy zakonnych zamykała lewe skrzydło krzyżowców i niczym grot na końcu włóczni godziła w ustawioną naprzeciw nich saraceńską piechotę.

Gerard obejrzał się na stojący w karnym milczeniu oddział zbrojnych mnichów. Zmrużył oczy, bo słońce odbijało się w wypolerowanych hełmach i zapalało oślepiające błyski na wyczyszczonych do połysku rękojeściach mieczy.

Popatrzył podejrzliwie na nieruchome sylwetki rycerzy, ale niczego nie wyczytał w doskonale obojętnych twarzach. A przecież od dnia powrotu z niewoli czuł w spojrzeniach braci niemy wyrzut. Głośniejszy stuk drzwi zamykanych przez pachołka, uciekający wzrok serwienta, dobitnie wypowiadane w kaplicy słowa modlitwy „i odpuść nam nasze winy...”. To wszystko nie pozwalało zapomnieć. O upokorzeniu niewoli. O hańbie klęski.

Stłumiony gwar rozmów angielskich łuczników przeszedł nagle w donośną wrzawę. Szeregi równały się same na widok zbliżającej się grupki jeźdźców. Prowadzący konnych rosły mężczyzna dosiadał bułanego normandzkiego konia z grzywą zaplecioną w warkocze. Nosił hełm zdobiony złotem, spod którego wysuwały się długie, szpakowate włosy. Barczysta sylwetka rycerza pasowała do masywnego rumaka, podobnie jak wiszący u łęku ciężki topór pasował do jego muskularnych ramion.

– Palatyn Henryk z Szampanii! – szepnął z szacunkiem seneszal, nachylając się do Rideforta.

– Wiem, przecież witałem go wraz z innymi na brzegu morza – mruknął niecierpliwie Gerard, ruszając w stronę nadjeżdżających.

– Pozdrawiam was w imię Boga i jego świętych, wielki mistrzu Templum! – Rycerz w ozdobnym hełmie uniósł dłoń i jednocześnie uprzejmie pochylił głowę. – Wierzę, że nasza piechota godnie wspomoże rycerstwo zakonu. To najlepsi strzelcy króla Ryszarda. Póki co król przysyła choć tylu.

– Nie spieszyliście się ze sprowadzeniem tych obdartusów! – rzucił cierpko Gerard.

– Przypłynąć szybciej nie było w naszej mocy. Z Anglii daleka droga do Ziemi Świętej, a i zimowa pora niezdatna do żeglugi – spokojnie tłumaczył palatyn. – Ale widzę, że poganom jakoś niespieszno do bitwy? Myślicie, że dziś uderzą?

– Nie uciekną na wasz widok, to pewne! – warknął templariusz.

– Taką żywię nadzieję. – Henryk nieoczekiwanie roześmiał się gardłowo. Osłaniając oczy od słońca, patrzył na dalekie szyki wroga. – Inaczej nie zakosztowaliby naszych strzał. A ja chcę im sprawić niespodziankę!

– Baczcie, by Saladyn wam nie sprawił niespodzianki. Nie znacie go jeszcze.

– Za to wy, jak słyszałem, znacie go aż za dobrze.

Na przytyk do niedawnej niewoli policzki de Rideforta zapłonęły ceglastym rumieńcem. Uderzył dłonią w rękojeść miecza i odparł ze złością:

– Nasz zakon walczy z Saracenami od lat! Już drugi rok stoimy pod Akką!

– Rzeczywiście, już drugi rok – beznamiętnym tonem zauważył palatyn.

– Może teraz, gdy przywiedliście nam tak znaczne posiłki, poganie złożą broń? – Głos wielkiego mistrza ociekał jawnym szyderstwem.

– Posiłki przywiodłem nie wam, ale królowi Jerozolimy!

Gerard skrzywił się mimowolnie. Wspólna niewola nie zbliżyła go do Gwidona z Lusignan. Przeciwnie. Obaj wytrwale obwiniali się o przegraną bitwę i wojnę. Wzajemna niechęć rosła. Spojrzał na rycerza z Szampanii niemal wrogo.

– Wracajcie więc do swego króla – syknął. – Templariusze nawykli do samotnej walki. Jeśli będzie trzeba, uderzymy bez waszej pomocy!

– Król Gwidon zakazał atakować bez jego zgody!

– Rycerzom Świątyni rozkazuje tylko papież i Bóg wszechmogący!

– Niechaj więc Bóg się o was zatroszczy, bo nie wiem, czy ludzie zechcą – wycedził Henryk. W jego oczach błysnęły iskierki gniewu. Błysnęły i zgasły. W milczeniu szarpnął wodze, zawracając konia.

– Dobrze, że zostawił nam tych Angielczyków. Poganie się ruszają – powiedział seneszal, wpatrując się w długą wstęgę armii nieprzyjacielskiej. Od głównej grupy oderwał się właśnie ciemniejszy szereg, pocętkowany błyszczącymi punkcikami zbroi i broni.

Słońce grzało mocniej od kilku dni. Nasiąknięta zimową wilgocią ziemia zdążyła wyschnąć, pokrywając się pylistym nalotem. Za linią szybko zbliżających się jeźdźców wyrósł wał jasnego kurzu. Z daleka wyglądał jak bijący w niebo dym pożaru. Gerard przyłapał się na tym, że mówi coś na głos.

– Słucham, wielki mistrzu? – Seneszal pochylił .z pokorą głowę.

– Mówię, że musi ich być ponad tysiąc – burknął de Ridefort.

– Pewnie mamelucy – odparł rycerz. – Ale z bożą pomocą damy radę.

– Obaczymy teraz, co potrafi w otwartym polu ta hołota zza morza – rzucił ze złością przywódca mnichów. – Wyglądają na wielce w sobie zadufanych!

– Memento finis – wypowiedział zakonną formułę młodszy templariusz i cofnął się do szeregu.

Mistrz zdążył pomyśleć, że trudno nie pamiętać o końcu, czekając na szarżę najprzedniejszych wojowników Saladyna. Spojrzał na stojący obok oddział sprzymierzeńców.

Wśród angielskich piechurów zapanowało poruszenie. Szczeknął rozkaz powtórzony przez pomniejszych dowódców. Żołnierze ujęli łuki w ręce. Wyciągali strzały z kołczanów i wbijali je przed sobą w ziemię, żeby były pod ręką.

Jeden z łuczników wystąpił naprzód i podniósł broń. W skupieniu naciągnął cięciwę. Nim ją puścił, podbiegł jego towarzysz z płonącym łuczywem i podpalił owinięty tłustymi pakułami koniec brzechwy. Płonący pocisk poleciał długim łukiem i utkwił w ziemi mniej więcej w połowie równiny. Smużka czarnego dymu uniosła się wysoko, niby wyprostowany palec godzący w bezchmurne niebo.

Najeżony ostrzami walec jezdnych był coraz bliżej. Tętent kopyt zlał się w jeden przeciągły łoskot niczym stukot tysięcy pałeczek na naciągniętej skórze bębna. Powietrzem wstrząsnął dziki krzyk atakujących.

Kiedy pierwszy szereg pędzących cwałem Saracenów mijał wciąż dymiącą strzałę, angielscy setnicy spokojnym głosem wydali komendę:

– Naciągać!

Długie drzewca łęczysk uniosły się jak jedno.

– Wytrzymaj!

Z wysokości siodła wielki mistrz przyglądał się z uwagą, jak najbliższy łucznik ciągnie za owijkę cięciwy, aż zaciśnięta pięść dotknęła ucha. Naprężony muskuł ramienia zdawał się rozsadzać sukienny rękaw kaftana. Strzelec zastygł nieruchomo. Tylko nieznaczny grymas na obrośniętej twarzy i lekkie drżenie mięśni świadczyły o ogromnym wysiłku.

– Puścić! – Krzyk dowódców utonął w przeciągłym świście. Pięć setek wyostrzonych grotów przeszyło niebo śmiercionośnym ściegiem.

Zwolnione cięciwy z głośnym klaśnięciem uderzyły o skórzane karwasze chroniące przeguby rąk. Pierwsza chmura strzał nie zdążyła opaść, gdy pięćset cisowych łuków wygięło się i rozprężyło ponownie, wyrzucając grad pocisków.

Jadący prosto na rozciągniętą linię krzyżowców mamelucy usłyszeli przenikliwy gwizd, brzmiący niczym szum nadchodzącej ulewy. Szeregi zwinęły się i skotłowały, rażone żelaznym deszczem. Śmierć spadała z nieba i szalała na ziemi pośród strąconych z siodeł jeźdźców i walących się pokotem wierzchowców. Na stratowanym i lepkim od krwi piasku ludzie konali, skowycząc i jęcząc. Przeraźliwie rżały poranione konie.

Wiejący od kilku dni wiatr z północy rozkołysał pierzaste liście palm oszczędzonych przez żołnierskie topory, uniósł w powietrze obłok pyłu i litościwie przykrył delikatnym woalem krwawy obraz rzezi.

Pierwsze szeregi egipskich wojowników gnały dalej, nieświadome masakry za swoimi plecami. Jeźdźcy nachylili drzewca włóczni, w chmurze kurzu błysnęły spiczaste ostrza.

Wielki mistrz zagryzł w podnieceniu wargi na widok żołnierzy w kusych skórzanych kubrakach, którzy wysunęli się z czworoboku piechoty. Wyglądem nie różnili się od pozostałych, ale każdy zamiast łuku trzymał ciężką kuszę. Oparli broń o ziemię, naciągnęli dźwigniami plecione cięciwy i założyli grube bełty.

Cały szereg przyklęknął na jedno kolano, kusze wysunęły się do przodu i niemal równocześnie zgrzytnęły zwolnione spusty. Rozległ się złowrogi wizg lecących grotów.

Wycie i rzężenie ludzi trafionych ciężkimi pociskami oraz ohydny trzask gruchotanych kości słychać było aż na pagórku, gdzie stali templariusze. Nawet przywykli do okropności wojny zakonni rycerze spojrzeli po sobie z niepokojem.

– Zakazana broń![1] – zauważył któryś.

– Ale skuteczna – odparł Gerard, patrząc, jak saraceńscy jeźdźcy zmieniają się w wał skrwawionych trupów. – A papież zabronił strzelać z kuszy tylko do chrześcijan. To zaś są przeklęci poganie! Oby znaleźli swoje miejsce w piekle!

Jadący z tyłu atakującej grupy mamelucy nie zdołali powstrzymać rozpędzonych wierzchowców i teraz wpadali w kłębowisko miotających się w agonii koni i ludzi.

Tuman pyłu opadał z wolna, odsłaniając równinę zasłaną drgającymi ciałami. Martwi leżeli przyszpileni do ziemi długimi strzałami, które przebiły kolczugi i hełmy równie łatwo jak skórę i mięśnie. Ranni wspierali się na rękach, wlokąc bezwładne nogi, lub przyciskali dłonie do brzuchów i piersi. Niektóre zwłoki, trafione po wielokroć, przypominały monstrualne jeże, z których groteskowo sterczały opierzone drzewca.

Ocalali mamelucy usiłowali umknąć przed śmiercionośną nawałą. Klucząc między wzgórkami trupów, bez litości popędzali spienione konie.

Gonił ich przenikliwy świergot strzał przecinających powietrze i ze stukotem wbijających się w tarcze i zbroje.

Ledwie tuzin broczących krwią wojowników zdołał ujść z pogromu i dotrzeć do namiotów sułtana. Jednego z nich, trzymającego się za przebite na wylot ramię, przyboczni askari przywlekli przed oblicze samego Saladyna.

– Panie, błogosławiony przez Proroka, oby spoczywał w pokoju, nadziejo wiernych... – zaczął zwyczajową przemowę zdyszany mameluk, ale władca, który nie znosił przepychu i próżnych słów, nakazał krótko:

– Mów prędko i nie ukrywaj niczego!

– Wybacz, wielki w sprawiedliwości, pokonali nas. Ich ciężka jazda nie ruszyła się z miejsca, lecz mimo to zamiast zwycięstwa znaleźliśmy śmierć. Wojownicy Franków, którzy przypłynęli zza morza, mają łuki niosące dalej niż nasze. Ich strzały przebijają zbroje niczym jedwab... Tysiąc twoich wojowników leży w pyle i krwi u stóp niewiernych.

Saladyn milczał przez chwilę, przesuwając w palcach paciorki różańca z bladoróżowych pereł.

– A więc tysiąc dusz znalazło właśnie szczęście w Ogrodach Proroka, niech jego duch zaznaje pokoju – powiedział uroczyście, a w jego oczach błysnęły łzy wzruszenia.

Wreszcie odzyskał zwykły spokój.

– Zabrać go do medyków, niech opatrzą mu rany. I trąbić do odwrotu. Jutro też wzejdzie słońce i może Allah ześle nam błogosławieństwo zwycięstwa.

Wyszedł przed namiot i zapatrzył się na bielejące w oddali mury Akki oraz powoli cofające się do obozu wojska chrześcijan. Chmura pyłu na lewym skrzydle nieprzyjaciela zwróciła jego uwagę.

Tuman kurzu rósł. I zbliżał się w jego stronę.

[1] W roku 1139 na soborze laterańskim zakazano używania kuszy, a nawet łuku w walkach między chrześcijanami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki