Wydawca: Erica Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 632 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Samotny Krzyżowiec. Czas przepowiedni - Marek Orłowski

Dalszy ciąg przygód Rolanda z Montferratu, zwanego Czarnym Rycerzem. Starodawna magia przeniosła go do innego, obcego mu świata. Przed Czarnym Rycerzem stają nowe wyzwania – i nowi przeciwnicy. Jakie będą jego dalsze losy? Czy zdoła powrócić do swoich czasów? Czy miłość kobiety, którą napotka na swojej drodze zatrze w jego pamięci wspomnienia z przeszłości? Wybór między uczuciem a honorem może okazać się ponad siły Samotnego Krzyżowca.

 

Marek Orłowski, a właściwie Marko Szapkarow–Orłowski, urodził się w 1958 roku w Warszawie. Jest absolwentem ASP w macedońskim Skopje. Pasjonuje się jeździectwem, sportami wodnymi i turystyką górską, ale też historią średniowiecza i zabytkową bronią. Aktywny tryb życia łączy z zamiłowaniem do czytania książek o dość eklektycznie dobranej tematyce. Samotny Krzyżowiec. Miecz Salomona był literackim debiutem. Kolejna część: Samotny Krzyżowiec. Ścieżki przeznaczenia jest dostępna w księgarniach i jako e-book.

Opinie o ebooku Samotny Krzyżowiec. Czas przepowiedni - Marek Orłowski

Fragment ebooka Samotny Krzyżowiec. Czas przepowiedni - Marek Orłowski

Redakcja: ARTUR SZREJTER
Korekta: JACEK RING
Projekt okładki: Dark Crayon / PIOTR CIEŚLIŃSKI
Ilustracje i mapa wewnątrz książki: MAREK ORŁOWSKI
Skład: TOMASZ WOJTANOWICZ
Copyright © by Marek Orłowski, 2015 Copyright © by Instytut Wydawniczy Erica, 2015 Wszelkie prawa zastrzeżone.
ISBN 978-83-65310-56-9
Wydanie pierwsze
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail:wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.plwww.facebook.com/iwerica Oficjalny sklep internetowy www.tetraErica.pl
Konwersja:eLitera s.c.

PROLOG

Jam ten, kto duszę twą opętał

i sączył jad trujących słów,

kto w mrokach nocy wciąż pamiętał,

by jawić się wśród twoich snów.

Jam król wszechwiedzy i swobody.

Jam bicz dla mych pokornych sług.

Jam niebios wróg!

Jam zło przyrody.

Michaił Lermontow, Demonprzekład Witold Arciszewski

PUSTYNIA SZUMUG-ANNU

– A bodaj cię zaraza, obyś skończył w brzuchu szakala, oby cię porwały demony, leniwy bydlaku! – Poganiacz szarpał za upleciony z włosia sznur, usiłując zmusić opornego wielbłąda do uległości. Zwierzę parsknęło gniewnie i spróbowało w odwecie opluć idącego przed nim człowieka.

– Nie wzywaj demonów, Lugalu, bo cię usłyszą! Pustynia pełna jest upiorów. Ich skrzydła rozcinają noc, oczy błyszczą w ciemności, a uszy słyszą każdy szept. Pomódl się lepiej do boga Uttu, by zatrzymał na niebie słoneczną tarczę, a światło dnia jak najdłużej oświecało naszą drogę – dobiegł z boku inny głos, nawykły do wydawania poleceń.

– Słyszę, Ur-Napisztimie, słyszę i jestem ci posłuszny. Ale wielbłądy idą bez przerwy drugi dzień. Niedługo ustaną.

– Póki my możemy iść, one też mogą.

– Zwierzęta nie piły od dawna. My też nie...

– I dziś też nie będziemy pili – brzmiała obojętna odpowiedź. – Musimy oszczędzać wodę. Chyba że prędko odnajdziesz zgubiony szlak.

– Twoja wola, panie. Ale...

– Gdy dotrzemy do źródła, o którym mówiłeś, będziemy pić do woli.

– Musimy się napić, choćby po małym łyku, inaczej opadniemy z sił. Pustynia rządzi się surowymi prawami. Kto nie jest im posłuszny, ginie...

– Później! – przerwał mu Ur-Napisztim. Spojrzał z ukosa na poganiacza o imieniu Lugal. Ramiona mężczyzny okrywała postrzępiona derka z grubo tkanej wełny, spod brudnej chusty na głowie dziko błyskały przekrwione oczy. Skudlona broda opadała na pierś.

Ur-Napisztim minął krótką kolumnę trzech objuczonych wielbłądów i ruszył w stronę piaszczystego pagórka. Był wyższy i szczuplejszy od poganiacza, a jego czarna broda, mimo trudów wędrówki, nadal pozostawała rozczesana i natarta oliwą. Potarł palcem koniuszek nosa, długiego i krzywego, jak u wszystkich mężczyzn z rodu Uruk Kan. Wąskie wargi dodawały jego kościstej twarzy wyrazu zawziętości.

Owinął się miękkim płaszczem narzuconym na lnianą tunikę. Strzepnął piasek z fałd cennej materii. Był w drodze już od wielu dni, mimo to dbał o swój wygląd, jak przystało na kupca z wielkiego Nikkuru, siedziby bogów, najpotężniejszego miasta Dwurzecza.

Ogarnął spojrzeniem szaro-czarne oblicze pustyni. Wciąż nie dostrzegał gór, ku którym tak mozolnie zdążali. Bogatej w wodę oazy także nie było widać, choć poganiacz wielbłądów przysięgał, że jest blisko. Najwyraźniej nie była. Światło dnia gasło powoli i niechętnie, jakby rozżarzony dysk słońca nie chciał pogrążyć się w falach piasku. Ciemność spłynęła w końcu na świat, a oni wciąż szli. Mozolnie wyciągali obute w sandały stopy z sypkiego piachu, potykali się o sterczące kamienie i podążali dalej. Biały sierp księżyca dźwignął się nad widnokrąg, znacząc siwe garby wydm czarnymi krechami cieni. Wielbłądy głuchym porykiwaniem dawały wyraz swojemu niezadowoleniu. Lugal złorzeczył im głośno i wymachiwał kijem wyciętym z drzewa oliwki. Ur-Napisztim po cichu przeklinał wielbłądy, poganiacza i całą podróż, która od początku przebiegała niepomyślnie.

Najpierw okulała jego ulubiona wielbłądzica. Bodaj okulał też pastuch, który miał ją w swojej pieczy! A potem wróżebna ofiara w świątyni Gullaha! Wspomnienie tamtej chwili sprawiło, że zacisnął pięści.

Biały baran, wybrany spośród najpiękniejszych w stadzie, miał skazę. Maleńką kępkę czarnej sierści pomiędzy przednimi nogami. Stary kapłan pokazał mu ją w pełnym wyrzutu milczeniu. Ur-Napisztim hardo wytrzymywał wzrok ofiarnika, póki ten nie przeciągnął wreszcie nożem po gardle zwierzęcia. Ostrze z obsydianu gładko przecięło skórę i tętnice. Spieniona krew buchnęła strumieniem, plamiąc kamień ołtarza. Rozpaczliwe beczenie urwało się nagle, zastąpione świstem powietrza w otwartej tchawicy.

Wyprężone nogi barana zadrżały, jakby chciał się jeszcze poderwać do biegu, ale zwieńczony ciężkimi rogami łeb opadł bezwładnie. Kapłan wprawnie rozpłatał brzuch zwierzęcia i zanurzył ręce w krwawej szczelinie. Powoli kładł na płaskim kamieniu ciemnoróżowe wnętrzności.

– Oby bogowie wysłuchali twojej prośby i byli ci przychylni! – zaintonował, wznosząc ociekające krwią ramiona. – Niech promienie Uttu, władcy słonecznego blasku, rozświetlą twój szlak, a duchy przodków strzegą twoich kroków!

Podniósł gładki płat wątroby i przybliżył do twarzy. Zamrugał kaprawymi oczkami, oglądając go z bliska. Szybkim ruchem noża odciął mały kawałek i włożył do ust. Żuł pracowicie nielicznymi zębami, wreszcie wypluł na dłoń obślinioną miazgę. Obejrzał ją, po czym cisnął na gorejące przed ołtarzem węgle. Zaskwierczało. Jasny, wonny dym ze spalonego cedru ściemniał, przejrzyste kłęby skaziła czarna smuga.

– Ur-Napisztimie, synu Araszkigala! – starczym dyszkantem zachrypiał kapłan. – Stała się rzecz niezwyczajna. Bogowie przyjęli twoją ofiarę, lecz nie zechcieli okryć cię płaszczem swej opieki. Jeśli wyruszysz w drogę, sam będziesz musiał zadbać o swój los, a wróżba mówi, że wypełni się on wkrótce...

– Co to znaczy, o dawco mądrości? – spytał Ur-Napisztim z nutą lęku w głosie. – Czy bogowie chcą, bym tu pozostał?

Zatoczył dłonią krąg, jakby chciał pokazać kapłanowi otoczone glinianymi murami miasto. Na zboczach niskiego wzgórza tłoczyły się domy zbudowane z cegieł mułowych. Przez trzcinowe poszycia przedostawał się dym z palenisk. Takie same suszone na słońcu cegły posłużyły do wzniesienia ścian pałacu króla. Wszechwładne słońce z czasem nadało im twardość kamienia. Budowla nie była wysoka, lecz rozsiadła się szeroko wśród palmowych zagajników i ze szczytu świątynnego wzgórza wyglądała jak osobna osada. Większa od niej była tylko świątynna piramida, wspinająca się ku niebu tarasami z ubitej gliny. Ur-Napisztim stał teraz na jej szczycie, obok ołtarza wyciosanego z wielkiego głazu. Spojrzał na kapłana, cuchnącego skrzepłą krwią i dymem starca w poplamionej lnianej przepasce. Spalona słońcem skóra napinała się na sterczących kościach wychudłego ciała. Ofiarnik jeszcze raz obejrzał baranią wątrobę. Brudnym palcem zakończonym szponiastym paznokciem podłubał w zakrwawionych flakach.

– Dziwne, naprawdę dziwne – mruczał pod nosem. – Wyrocznia mówi, że odbędziesz podróż, jednak dotrzesz nie tam, dokąd zmierzałeś, a zdobędziesz nie to, czego pragnąłeś... Ścieżkę twego życia opromieni światło, lecz wydobywać się będzie z jądra ciemności...

Mamrotanie przeszło w ciche zawodzenie. Stary mężczyzna siedział na piętach i kiwał się w przód i w tył, aż długie włosy w kolorze popiołu opadły mu na twarz, zakrywając oczy.

– Moją ścieżkę opromieni światło... Co to znaczy? – powtarzał teraz cicho Ur-Napisztim, wspinając się na kolejne pustynne wzgórze. Ścisnął w dłoni amulet chroniący przed złymi duchami. W grube kółko z brązu wplecione były pióra i ludzkie włosy. – Oby wszechwładny El miał mnie w opiece! Złożę mu ofiarę i nie zapomnę też o Szinie, Uttu ani o Hubiszag Straszliwej, która nosi na piersiach naszyjnik z ludzkich czaszek. Jeśli wrócę bezpiecznie, co dziesiąta owca z moich stad spłonie na ich ołtarzach...

Lekkie drżenie gruntu przerwało jego modlitwę. Wielbłądy stanęły w miejscu, parskając i głośno łapiąc powietrze rozwartymi chrapami. W świetle księżyca zobaczył sterczące w niebo kamienne kolumny. Szczyty wysmukłych skał rozpływały się w czerni nocnego nieba.

– Co się dzieje? Znasz to miejsce, Lugalu? Nie? Zdajesz mi się bardziej bezradny niż koźlę oderwane od wymienia matki. Większy też miałbym pożytek z koźlęcia, które stawia pierwsze kroki, niż z ciebie! Nie wiesz nawet, gdzie jesteśmy!

Ur-Napisztim starał się opanować, ale głos zadrżał mu mimo woli.

– Nigdy tu nie byłem, zbłądziłem... – szepnął z przerażeniem poganiacz. Ziemia pod stopami zdawała się poruszać niczym skóra na grzbiecie krowy ukąszonej przez gza. Jeden z wielbłądów stanął, potem cofnął się gwałtownie. Drugi poszedł w jego ślady. Powodowy sznur wysunął się z ręki Lugala, ale żaden z mężczyzn nie zwrócił na to uwagi. Jak urzeczeni wpatrywali się w bladą poświatę oblewającą podstawy skał. Blask wydobywał się spomiędzy pionowych głazów, jakby piasek i kamienie świeciły. Na oczach wędrowców piaszczysty grunt zaczął pękać i rozdzielać się, przypominając otwierający się kokon gąsienicy. Ze szczeliny wydobywały się strużki pary. Tryskały w górę cienkimi pióropuszami, wypychane jakąś niepojętą siłą. Ziemia zaczęła się gotować.

– Bogowie, litości! – Poganiacz z jękiem runął na twarz, bijąc czołem o kamienie. Ur-Napisztim patrzył, niezdolny się poruszyć. Wytrzeszczył oczy, kiedy przestrzeń między skałami wypełnił obłok ciemnej mgły, raz za razem przeszywanej jaskrawymi zygzakami błyskawic. Pomroka nocy ustąpiła, jakby niecierpliwa dłoń zdarła z okna czarną zasłonę. Kupiec zakrył ręką twarz, chroniąc się przed oślepiającym światłem buchającym w nocne niebo. Zdawało mu się, że na jasnym tle rysuje się niewyraźna sylwetka człowieka z uniesionymi ramionami, a może wielkiego ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Odruchowo położył dłoń na kościanej rękojeści miecza. Dotknięcie broni wcale go nie uspokoiło. Przeczuwał, że wykute z brązu krótkie ostrze nie pomoże w starciu z niepojętym zjawiskiem. Cofnął się o krok. Potem drugi. Zamknął oczy, ale pod powiekami wciąż wirowały tęczowe kręgi. Kiedy odważył się spojrzeć, widmowa poświata osłabła. Pomiędzy sterczące w niebo głazy noc znów wlewała się czarnymi strugami.

– Widzisz coś, panie? – Usłyszał rozdygotany głos Lugala.

– Niewiele. Chyba sam Lil, demon nocy, zastąpił nam drogę...

– Cokolwiek to było, uchodźmy stąd, prędko!

– Milcz! – syknął Ur-Napisztim. – Coś słyszałem! Jakby... kroki.

– Ja nic nie słyszę... Tak, teraz tak... O wielcy bogowie! Zachowajcie nas od nieszczęścia, ocalcie swego sługę! – zawodził poganiacz.

– Cicho! – powtórzył Ur-Napisztim. I wtedy usłyszał wyraźniej. A raczej wyczuł. Powolny, miarowy łoskot. Jeszcze odległy, ale coraz bliższy, przypominający odgłos stąpania. Raz, dwa, raz, dwa...

Mniej niż o rzut włócznią pojawił się ciemniejszy od mroku kształt rosłego mężczyzny o nienaturalnie szerokich barach. Zdawało się, że tajemniczy przybysz jest już całkiem blisko, ale to było złudzenie. Wciąż znajdował się daleko, tyle że okazał się wyższy od przeciętnego człowieka co najmniej o dwie głowy. Zrobił jeszcze kilka kroków i jego sylwetka zawisła groźnie nad wędrowcami. Skulili się z przerażenia i przypadli do ziemi, kiedy ramiona ogromnego stwora zaczęły się poszerzać. Zaszumiało. Ur-Napisztim poczuł na twarzy podmuch powietrza pachnącego piżmem i czymś, co przypominało odór spalenizny. Nie odważył się podnieść wzroku, ale domyślał się, co rozpostarło się nad nim, zasłaniając gwiaździste niebo. Skrzydła.

– Nie było życia na lądach i morzach, a ja już istniałem. – Nieludzki głos zadudnił w jego uszach. Kupiec przywarł mocniej do ziemi, jakby chciał się w niej zakopać. – Nie było jeszcze zwierząt ani ptaków, a człowiek nie odcisnął śladu swej stopy na ziemi, gdy ja przemierzałem czas w zawiei gwiazd – dopóki On nie strącił mnie w otchłań! I oto stałem się mieszkańcem wiecznego mroku. Ten, Który Ma Tysiąc Imion, a każde jest zbyt straszne, by je wymówić – nie przebaczył. Ani mnie, ani moim synom. Rozkazał otworzyć się niebu – i niebo go posłuchało. Rozkazał, aby wszelka woda z nieba upadła na ziemię – i tak się stało. Uszedłem przed jego gniewem i uchodzę wciąż... i wciąż...

Ur-Napisztim słyszał tuż nad swoim uchem chrypliwy oddech poganiacza. Zwierzęce dyszenie przechodzące w trwożny skowyt. W nozdrza kupca uderzył ciepły odór potu, a potem moczu.

Wcisnął mocniej twarz w piasek, wargami wyczuwał ostre grudki żwiru. Spróbował coś powiedzieć, ale wyschnięte gardło nie chciało go słuchać.

– My... słudzy twoi – wyrzęził w końcu – kimkolwiek jesteś, oddajemy ci cześć...

– Mówisz, synu rodzaju ludzkiego, że chcesz mi służyć? O tak, będziesz mi służył, a potem twój syn i synowie jego synów, już zawsze... – Przedziwny głos zmienił się w jednej chwili. Nie odbijał się już grzmiącym echem od skał. Przypominał teraz szmer wiatru muskającego palmowe liście. Słuchający go Ur-Napisztim nie wiedział, czy dochodzi z góry, czy rozlega się w jego głowie, przenikając ciało na wskroś.

Powoli dźwignął się na kolana. W srebrzystym świetle księżyca zobaczył postać gigantycznego mężczyzny. Potężne, niczym nieokryte członki zdawały się wykute w białym kamieniu. Sączyła się z nich delikatna poświata, jaka promieniuje z alabastrowej lampki z płonącą w środku świecą.

Nad szerokimi barami, na mocnej jak pień dębu szyi osadzona była głowa podobna do ludzkiej, jednak o wiele większa. I nieludzko piękna w swej odmienności. Wąska, bezwłosa czaszka, wydłużona w tylnej części, powleczona była skórą tak gładką, że zdawała się odbijać światło. A może światło wydobywało się z niej samej? Ogromne oczy skrzyły się blaskiem szlifowanych drogich kamieni. Blade wargi o doskonałym rysunku przypominały rzeźbę wykutą z kryształu.

Wygięte w lekkim uśmiechu usta drgnęły. Słowa, które z nich spłynęły, miały cudownie melodyjny i pieszczotliwy ton.

Ur-Napisztima przeszedł dreszcz trwogi, a jednocześnie zachwytu. Pomyślał, że mógłby chłonąć te pełne słodyczy dźwięki przez całą noc. Do rana. Do końca dnia. Do końca życia.

– Podejdź, ty, który jesteś pokorny. Nie lękaj się, bo oto schroniłeś się w cieniu moich skrzydeł. Ja osłonię cię przed żarem słońca i przed chłodem wiosennego deszczu... Nie zabraknie ci mleka ni mięsa, ni słodkiego owocu palmy... Stada twe urosną w tysiące, których nikt nie policzy... Piękność twych żon obudzi zazdrość królów... Jak plon pszenicznego kłosa liczni będą twoi synowie...

– Czegokolwiek ode mnie zażądasz, uczynię to – szepnął Ur-Napisztim. Kątem oka dostrzegł ruch obok siebie. Ogarnięty paniką Lugal podniósł się i bełkocząc coś niezrozumiałego, pobiegł w stronę najbliższych skał. Nie zrobił nawet pięciu kroków. Stojący dotąd w miejscu olbrzym nagle znalazł się przed uciekającym. Potężne ramiona wystrzeliły do przodu i w dół. Wielkie dłonie złapały poganiacza za głowę. Przerażony człowiek krzyknął. Długie, szczupłe palce, tak blade, że niemal przezroczyste, ścisnęły mocniej. Krzyk przeszedł w charkot. Ostre szpony, lśniące połyskiem polerowanego srebra, wbiły się w kości czaszki.

– Co czynisz! Puść go! – wykrzyknął Ur-Napisztim. Słowa uwięzły mu w gardle, kiedy zrozumiał swoją zuchwałość. Zgiął się wpół i dodał głosem zduszonym przez strach: – Wybacz niegodnemu słudze, mój nędzny rozum nie obejmuje twojej wielkości...

– Jestem... głodny. – Przez noc wionął szept, w którym nie było śladu poprzedniej słodyczy. – Jestem spragniony...

Demon zbliżył usta do twarzy Lugala, jakby chciał go pocałować. Uśmiechające się dotąd łagodnie wargi wygięły się w ohydnym grymasie. Wydobył się z nich grzmiący ryk. Błysnęły długie, zakrzywione kły.

Kupiec odwrócił się, nie mogąc znieść widoku straszliwej uczty. Nie patrzył, ale nie mógł pozostać głuchy na dochodzące zza pleców dźwięki. Usłyszał zdławiony wrzask, potem odgłosy chłeptania i ssania, przerywane zwierzęcymi pomrukami zadowolenia. Poczuł, że zawartość żołądka niebezpiecznie podchodzi mu do gardła. Wstrząsnęły nim torsje. Otarł dłonią usta, ale kwaśny smak pozostał na języku. Kiedy się wyprostował, potwór stał tuż przed nim. Nieskazitelnie piękną twarz znów opromieniał uśmiech. Na dolnej wardze wisiała wielka kropla krwi. W bladym świetle księżyca zdawała się czarna. Po chwili zniknęła, zlizana długim, rozdwojonym na końcu językiem. Ruch był tak szybki, że ludzkie oko ledwie mogło go zauważyć.

– Oto przekleństwo... oto nagroda. Oto napój życia... – Znów rozległy się dźwięki podobne do świergotania fletu. Tym razem nie brzmiały już tak kojąco. – Ten, Który Jest, zabronił karmić się krwią i obiecał wygubić tych, którzy to czynią. Przepowiedziano bowiem, że z ludzkiej krwi zrodzi się syn tego, który stworzył niebo i ziemię... Ale my, którzy jesteśmy przeklęci, nie słuchamy zakazów... nie słuchamy nikogo! Jesteśmy wolni...

Spod powiek ogromnego mężczyzny, który wcale nie był mężczyzną, trysnęły czerwone skry. Przejrzyste dotąd oczy zaczęły gorzeć mętnym szkarłatem rozżarzonych węgli. Ur-Napisztim widział teraz tylko dwie dziury płonące w wielkiej czaszce. W jednej chwili, nie dłuższej niż czas pojedynczego oddechu, zrozumiał. Kraina duchów i demonów, w którą dotąd wierzył, istniała naprawdę. Oprócz znanego mu świata była też otchłań, a w niej istoty nieśmiertelne, potężne i złe. Człowiek mógł przeżyć swoje dni i nigdy ich nie spotkać. Ale mógł też poczuć na twarzy lodowaty oddech piekła, zostać pożartym i strąconym do krainy cieni, skąd nie było powrotu i gdzie nie sięgała władza bogów światłości.

Wiedza ta była zbyt straszna, by ją spokojnie przyjąć. Ur-Napisztim pojął, że jeśli przeżyje i wróci do swego domostwa, już nie będzie tylko kupcem z Nikkuru, miasta czerpiącego wodę z Wielkiej Rzeki i opromienionego złotym blaskiem boga Uttu. Zostanie sługą demona starszego niż rodzaj ludzki i przerażającego bardziej, niż można sobie wyobrazić.

Zrobił krok w tył, ale zatrzymał się z okrzykiem zgrozy. U jego stóp leżało coś, co przypominało stos porzuconych łachmanów. Sterczały z nich dziwaczne badyle. Zadrżał, kiedy zrozumiał, że patrzy na resztki rąk i nóg Lugala. Obok leżała czaszka obciągnięta skórą tak pomarszczoną, że wyglądała jak pozostawiony na wiele dni w skwarze słońca owoc granatu. Ciało poganiacza, wyssane z żywotnych soków do ostatniej kropli, przypominało stary, wyschnięty bukłak.

Kupiec przełknął z wysiłkiem ślinę, czując, że wnętrzności podskakują mu w brzuchu niczym wypuszczone z zagrody źrebięta osłów.

– O wielki panie... władco pustyni i śmierci! – wybełkotał chrapliwie. Odchrząknął i zaczął mówić trochę składniej: – Będę ci wierny i posłuszny! Spełnię każdy twój rozkaz... Będę żył po to, by ci służyć... Czy teraz, o nieśmiertelny, kiedy wybrałeś mnie na sługę, wypowiesz swoje nazwanie, abym je znał i mógł wielbić w modlitwie?

– Czy naprawdę mnie nie znasz, Ur-Napisztimie z rodu Uruk Kan? – Przerażający stwór pierwszy raz wypowiedział jego imię. – Czy nigdy nie widziałeś mnie we śnie? Przypomnij sobie. Nie pamiętasz... cienia?

– Tak... prawda... śniłem o pustyni. Widziałem bezkres piasków pod światłem księżyca... Tak, widziałem cień...

Pamiętał ten sen. Pustynia. Noc. Księżyc. Ktoś za nim stał. Ktoś tak wielki, że jego cień rozlewał się na piasku czarną plamą sięgającą aż do następnej wydmy. Cień zdawał się należeć do zgarbionego człowieka albo kogoś, kto niesie ciężar na ramionach. Głowę wieńczyło mu coś na kształt rogów.

Ur-Napisztim wyczuwał bijącą od owego czającego się za nim kogoś – lub czegoś – straszliwą żądzę i jednocześnie nienawiść. Chciał się odwrócić, zobaczyć... Nie mógł. Ręce i nogi miał sztywne, jakby w żyłach zastygł roztopiony ołów.

– Teraz widzisz mnie twarzą w twarz. Już wiesz, komu będziesz posłuszny. Niegdyś było nas wielu... Walczyliśmy... i zostaliśmy pokonani. Lecz wrócimy z wygnania, gdy piekło podniesie swą głowę uczynioną z płomienia! A wtedy ci, co byli naszymi sługami, otrzymają nagrodę wielką... Pytałeś o moje imię, synu nędznego plemienia ludzi. Usłyszysz je, usłyszysz ten jeden raz i zapamiętasz na zawsze. A brzmienia jego nauczysz synów swoich.

Wiatr zawył dziko wśród skał, porwał z ziemi tuman pyłu i sypnął nim w twarz Ur-Napisztima. Mężczyzna zasłonił dłońmi oczy, nasunął brzeg zawoju na usta i nos. Skulił się, chroniąc przed szorstkimi ziarenkami piasku.

Przez narastający skowyt wichru przebiły się ostre niczym sztylety słowa:

– Jestem Azazel... – Odbite od skał echo powtórzyło spiesznie, jakby przestraszone: – Aza...zel... A...za...zel...

– Jak cię odnajdę, o panie, aby poznać twoją wolę? Jak mam cię przyzywać?

Księżyc zachodził, sylwetka demona rozpływała się w gęstniejącym mroku, ale jego głos zabrzmiał głośno i wyraźnie:

– Nie będziesz musiał mnie szukać, niewolniku. Gdy nadejdzie czas właściwy, ja odnajdę ciebie.

ROZDZIAŁ 1

Czarny pode mną parska koń

I czarna na mnie zbroja...

Przebiegam lasy, góry, błoń

I szukam na dnie zdroja.

Nie wieńczą kwiaty włóczni mej,

Ale ją snami zdobię...

Przebiegłem tysiąc pól i kniej

I wciąż się w dal sposobię...

Leopold Staff, Pieśń o zdobywcy słońca

MIASTO STU WIEŻ, KRÓLESTWO TO-AD-MAR

Wysoki mężczyzna o pobrużdżonej zmarszczkami twarzy wyprostował się z westchnieniem i odłożył czytaną księgę. Wzdrygnął się mimowolnie, kiedy okuta żelazem oprawa stuknęła o kamienny blat. W zamyśleniu przeciągnął palcami po siwej brodzie. Pomarszczona skóra napinała się na wystających kościach policzkowych, przydając obliczu surowości. Wrażenie to łagodził kryjący się w szarych oczach wyraz zadumy, harmonizujący z wysokim czołem i gęstymi brwiami. Poruszając bezdźwięcznie wargami, powtórzył przeczytane przed chwilą wersety:

W Roku Smoka, gdy Księżyc połknie Słońce,

runie sto wież, gdy na wschodzie obudzi się demon.

Na koniu kruczym przybędzie wojownik

odziany w barwę nocy.

Walczyć będzie mieczem wykutym z gwiazdy.

I stanie się, że jeden ocali wielu.

Lecz podniesie miecz także na króla ocalonych,

gdy jad węża zatruje owoc radości.

Mężczyzna pogładził spękany ze starości pergamin. Pokrywały go dziwne znaki, podobne do śladów węży pełzających po piasku. Delikatne linie nakreślono pędzelkiem, używając brązowego tuszu. Uczyniono to dawno temu – kolor wyblakł i pismo stało się niemal nieczytelne. Księga była napisana w języku Khajunów, ludu wymarłego przed wiekami. Legendy mówiły, że czarownicy tego plemienia przepowiedzieli własną śmierć i kres swojego narodu, po czym rozpłynęli się w mroku dziejów. Niewielu ludzi pamiętało ich język, jeszcze mniej potrafiło odczytać dziwne pismo. Ale wysoki starzec potrafił. Księgę Objawień czytał tyle razy, że znał niektóre strony na pamięć.

Szczelniej owinął się płaszczem z białego jedwabiu, jakby chłód nocy dosięgnął go przez grube mury. Spod zawoju wymykały się zdradzające wiek długie siwe włosy, jednak szerokie ramiona i pełne wigoru ruchy zdawały się należeć do znacznie młodszego człowieka.

Wsunął dłonie w rękawy tuniki. Brzeg szaty pokrywały misterne aplikacje wyszyte srebrnymi nićmi. Osobliwe wzory przedstawiały znaki, jakie nosić wolno było tylko Wtajemniczonym. Mężczyzna nazywał się Jaghi Lakan, był wielkim magiem królestwa, a jeden z jego tytułów brzmiał Ten, Który Zasiada Po Prawicy Króla. Zaszczyty wszakże bywały nieraz brzemieniem i Jaghi pomyślał z goryczą o dniach, kiedy miał mniej lat i powagi, a za to więcej swobody.

Przechadzał się powoli, stopniowo zataczając koło. Okrągły kształt komnaty przypominał mu, że znajduje się tuż pod blankami najwyższej wieży pałacu. Zatrzymał się przed wąskim otworem w kamiennej ścianie i zapatrzył w mrugające gwiazdy. Księżyc gasł powoli na granatowym niebie pustyni. O tej porze nocy, kiedy ciemność ustępuje szarości przedświtu, duchy ludzi najchętniej opuszczają ciała, wtajemniczeni czytają znaki na niebie, a magiczne siły mają największą moc. Mag spojrzał niecierpliwie na okute brązem wierzeje. Sługa się spóźniał.

Wkrótce jednak drzwi się uchyliły, skrzypiąc przeciągle. Do komnaty wślizgnął się niski, chudy mężczyzna w nieokreślonym wieku. Luźna niebieska szata nie kryła jego kościstej sylwetki ani garbu wystającego nad lewą łopatką. Skośne oczy, osadzone w wąskiej twarzy barwy mahoniu, przywodziły na myśl głowę szczura.

Niepozorny człeczyna obrzucił komnatę świdrującym spojrzeniem, ale w okrągłym pomieszczeniu nie było nic, czego przybyły nie widziałby już wcześniej. Ściany obwieszono kreślonymi na skórze mapami lądów, jakich współcześni nie znali. Oprawione w drogie drewno księgi walały się po kątach, ułożone niedbale w stosy. Dzbany z brązu kryły szczególnie cenne zwoje, spisane na pergaminie lub jedwabiu. Na ścianie obok drzwi wisiał zakrzywiony scimitar z rękojeścią oplecioną skórą i srebrnym drutem. Najwyraźniej gospodarz miał rękę zdatną nie tylko do trzymania pisarskiej trzciny.

– Czemu tak późno? – Jaghi spojrzał niechętnie na przybysza. – Noc dojrzała jak owoc, który spada na ziemię, i tylko patrzeć świtu. Chyba zatrzymały cię winiarnie w Dzielnicy Garncarzy, a może trwoniłeś moje złoto na grę w kości?

Człowieczek zgarbił się jeszcze bardziej. Wymamrotał coś pod nosem, gapiąc się na palenisko w rogu izby. Spirala dymu unosiła się leniwie nad gorącymi węglami, a w zawieszonym na trójnogu kociołku bulgotał tajemniczy wywar.

– Czy przynajmniej przyniosłeś to, po co poszedłeś? Mówże wreszcie, jeśli nie chcesz zakosztować mojego gniewu!

– Wybacz, panie, moje nogi nie są już tak chyże jak dawniej, jednak jestem tu, posłuszny ci jak zawsze i gotów służyć we dnie i w nocy...

– Nigdy nie byłeś mi tak posłuszny, Nahaszu, jak przystało memu słudze i akolicie, ale pokaż wreszcie, co przyniosłeś.

Nahasz wyciągnął spod fałd płaszcza okrągły przedmiot owinięty w strzęp wyblakłego jedwabiu. Położył go delikatnie na stole. Jaghi niecierpliwie odwinął cienką materię. Na marmurowym blacie leżała misa z poczerniałego ze starości srebra. Krawędzie nosiły ślady uderzeń i wgnieceń, jeden brzeg był wyraźnie wyszczerbiony, jakby nacięty ostrą klingą. Na dnie czary wyryto wizerunek węża połykającego własny ogon.

– Oto magiczne naczynie wielkiego Naram-Szina – szepnął z szacunkiem wielki mag. – Czekałem na nie długo. Dzięki niemu zobaczę tego, który ma nadejść...

– Więc to nie jest zwyczajna misa? – W głosie sługi dźwięczała rozbudzona ciekawość.

– Nie, zwykłą nazwać jej nie można, choć tobie pewnie się taką wydaje.

– To dlatego tak wiele złota musiałem dać za nią kupcowi. Opasły chciwiec! Skarżył się, że przesyłka dla ciebie, panie, długą odbyła drogę. Karawana wielbłądów, a potem rozstawni jeźdźcy przewieźli ją przez góry i pustynię. Ale ty, sprawiedliwy panie, nagrodzisz mnie, okażesz hojność?

– Już ci zapłaciłem. A i kupiec dostał niemało od czarownika z plemienia Sullat, który wysłał misę. Nie łżyj, mnie nie zdołasz oszukać. Lepiej weź dzban z wodą i wlej ją do misy. Zobaczysz czar, jaki niewielu widziało. To będzie twoją prawdziwą nagrodą. Dobrze, a teraz przynieś kociołek z paleniska. Ostrożnie! Jest gorący!

Mag przechylał powoli miedziane naczynie, a do misy ściekał zielony, opalizujący płyn. Woda zaczęła się burzyć i pienić. Po chwili jej powierzchnia się wygładziła.

– To wszystko, panie? Nie będzie czaru? – spytał zawiedziony akolita.

– Oczyść swój umysł, zbyt wiele w nim myśli i pragnień – powiedział starzec. – Wtedy zobaczysz...

– A ty coś widzisz, mój panie, naprawdę widzisz?

Jaghi nie odpowiedział od razu. Gładził palcami sczerniałą krawędź misy i szeptał niezrozumiałe inkantacje. Nahasz wzdrygnął się, po czym odskoczył od stołu, bo rozległ się przeciągły syk, jakby do życia zbudziło się kłębowisko węży. Woda w naczyniu zawrzała, w powietrze uniósł się obłok pary. Jaghi pochylił się jeszcze niżej, aż spod zawoju wysunęło się pasmo długich włosów. Gorący opar skręcił je w drobne spirale.

– Ujrzałem męża, o którym mówiły księgi mądrości. Widziałem wojownika odzianego w czerń, żeby noc ukryła go przed oczami wrogów...

– Jak go zwą? Czy znasz jego imię?

– Nikt nie zna jego imienia, dlatego śmierć nie może go odnaleźć... Nadchodzi z serca pustyni. Gwiazda Wojowników, którą bóg Okhum zawiesza na północnej stronie nieba, świeci dziś jaśniej niż podczas innych nocy. Jej promień wskazuje Miasto Umarłych. Ten, którego przepowiedziano, tam właśnie kieruje swe kroki. Nim minie dzień i noc, znajdzie się wśród przeklętych przez bogów i ludzi ruin tego grodu.

– To wszystko wyczytałeś, panie, z gwiazd na niebie? Pewien jesteś miejsca i czasu?

Gdyby Jaghi Lakan spojrzał uważniej na akolitę, dojrzałby wyraz napięcia w jego skośnych oczach. Ale maga bez reszty pochłaniała zawartość srebrnej misy. Nie podnosząc głowy, przemówił rozkazującym tonem:

– Obudzisz niewolników i każesz przygotować mojego konia. Mają dobrze wyczesać mu boki i nie żałować obroku. Niech spakują juki na trzy dni podróży.

– Czy nie lękasz się jechać tam sam, zupełnie sam? Nie weźmiesz ze sobą żołnierzy dla obrony? Wódz Khalassar użyczyłby ci ludzi, a może i on sam ruszyłby z tobą, panie...

– Nie ma takiej potrzeby. – W głosie starego mężczyzny brzmiała młodzieńcza niecierpliwość. – A ty przysięgnij na światło Ela, że nikomu nie powiesz, dokąd wyruszyłem.

– Tak, panie, przysięgam. Ale jak odnajdziesz tego, którego szukasz? Jak go rozpoznasz?

– Chcesz zobaczyć jego twarz, Nahaszu? – Jaghi zawahał się. – Podejdź więc i połóż dłonie na misie. Patrz tylko w wodę, a nie trwóż się, cokolwiek się stanie.

Wydobył z fałd szaty okrągły medalion na długim łańcuszku. Potarł palcami płytkę z matowego srebra ozdobioną kamieniem z błękitnego lapis-lazuli, wokół którego wiła się pajęczyna rytych w metalu osobliwych wzorów. Ścisnął amulet w dłoni, drugą wyciągnął nad wciąż parującą wodą. Pryskająca banieczkami wrzątku powierzchnia wygładziła się, na lśniącej jak zwierciadło płaszczyźnie pojawiły się migocące obrazy. Nahasz ujrzał pustynię, wydmy nawiane wiatrem, czarne skały wyrastające z równie czarnego piasku.

Wciągnął głośno powietrze, gdy ukazało się oblicze mężczyzny wchodzącego w pełnię najlepszych lat życia. Rysy twarzy, uformowane z przejrzystej cieczy, przypominały rzeźbę wykutą w krysztale. Prosty nos, wysokie czoło i mocno zarysowane szczęki znamionowały siłę i odwagę.

Połyskujące jak lód oblicze zaczęło nabierać barw. Ogorzałe policzki były pocięte bliznami. Długie pukle włosów i kędzierzawa broda miały kolor węgla. Czarne kosmyki rozwiewał wiatr. Również czarne lśniące oczy patrzyły z rozmarzeniem w dal, jakby dostrzegały horyzonty nieznane zwykłym śmiertelnikom.

Akolita wzdrygnął się, bo zdawało mu się, że nieznajomy spojrzał wprost na niego. Cofnął się przerażony, zakrywając twarz dłońmi. Czar prysł. Utworzony w płynnym żywiole obraz zafalował i rozpadł się na tysiące kropel. Powierzchnia cieczy wygładziła się i znów była tylko wodą nalaną do srebrnej misy.

Wielki mag roześmiał się i klasnął w dłonie.

– Czego się obawiasz? Ujrzałeś tylko odbicie oblicza tego, który nadchodzi. Kiedy przybędzie, spotkasz go twarzą w twarz. A teraz idź i bez zwłoki wypełnij moje polecenia. Nim zapłonie światło dnia, chcę być w drodze do Miasta Umarłych.

– Oby bogowie mieli cię w swej opiece, mój panie – szeptał Nahasz, opuszczając komnatę. – Złożę ofiarę Elowi i będę się modlił o twą bezpieczną podróż i szczęśliwy powrót...

Jaghi nie słuchał. Ponownie wpatrywał się w lśniącą powierzchnię wody. Zmarszczył brwi, zaniepokojony obrazem, który mu się ukazał. Nie odwrócił głowy na stuknięcie drzwi.

Pewnie zdziwiłby się, gdyby wiedział, dokąd zmierza jego sługa. Tamten zbiegł po krętych schodach wieży i ruszył w stronę muru okalającego pałac. Przemykając pod oblanymi blaskiem księżyca blankami, dotarł do niewielkiej furty osadzonej w ścianie z kamiennych bloków. Nacisnął na wystający ćwiek. Wykute z żelaza drzwiczki ustąpiły niemal bezszelestnie. Po chwili kroczył uśpionymi ulicami miasta. Wiodąca w dół wzgórza droga wyprowadziła go daleko od smukłych wieżyc pałacu. Minął dzielnicę świątyń i szedł wytrwale dalej, aż marmurowe płyty zastąpił nierówny bruk ciasnych zaułków.

Domy były tu mniejsze i stały bliżej siebie, stykając się dachami. Wąskimi uliczkami płynęły cuchnące strumienie nieczystości. Obcy rzadko zapuszczali się w ten labirynt. Łatwo było tu znaleźć podłe, śmierdzące tanim winem oberże i jeszcze podlejsze domy uciech z podstarzałymi kobietami, szczerzącymi poczerniałe zęby do nielicznych przechodniów. Nietrudno też było potknąć się w ciemnościach o leżącego w rynsztoku trupa lub samemu skończyć z odciętą sakiewką i poderżniętym gardłem.

Sparszywiały kundel wysunął pysk spomiędzy walących się lepianek i warknął na zapóźnionego wędrowca. Nahasz nie czekał na ugryzienie. Z rozmachem kopnął psa w chudy bok i zarechotał złośliwie na widok umykającego w popłochu zwierzęcia.

Splunął ze złością, widząc, że świt zaczyna bielić mury światłem budzącego się dnia. Wkrótce jednak odnalazł znajomy dom z cegły suszonej na słońcu. Załomotał pięścią w pokrzywione drzwi. Niecierpliwie nasłuchiwał ciężkich kroków i przekleństw mamrotanych zaspanym głosem. Wślizgnął się jak wąż w uchylone wrota i spojrzał w porytą bliznami twarz potężnego mężczyzny o płomieniście rudej czuprynie i brodzie. Jedwabny chałat narzucony na gołe ciało odkrywał muskularne ramiona i obficie owłosioną pierś.

– To ty? Mówiłem, żebyś tu nie przyłaził! Czego chcesz, synu szakala i sparszywiałej dziwki? Obyś nie budził mnie na darmo w środku nocy! – rzucił niechętnie gospodarz, unosząc płonące łuczywo. Wzrok miał utkwiony w leżącym na dłoni gościa ciężkim skórzanym mieszku. Łakomie oblizał wargi okolone czerwonymi kłakami.

– Jesteś sam? Czy niczyje uszy nie usłyszą moich słów? Na pewno? Mam zadanie warte twych umiejętności. Zapłata będzie godna króla, nie pożałujesz.

– Jestem sam, na zgniły oddech Namaaha! Mówże wreszcie, pókim ci łba nie rozwalił! – niecierpliwie warknął rudzielec.

I Nahasz mu powiedział.

Gwiazdy zaczęły migotać i zamierać na granacie nieba, ich światło znikało, jak płomyki lamp oliwnych zgaszonych silnym dmuchnięciem. Pięciu zbrojnych galopowało pylistym gościńcem prosto ku linii dalekich wzgórz. Droga wspinała się zakosami na wierzchołek wzniesienia i ginęła w gardzieli szerokiej przełęczy. Wojownicy spieszyli się, poganiali zdyszane konie. Podkowy łomotały o kamienie, z otwartych pysków wierzchowców odrywały się nitki śliny, plamiły kolana jeźdźców.

Nad szczytami rozlał się krwawy rumieniec świtu. Gdzieś z góry, spod ciemnych chmur, doleciał krzyk polującego orła. Wstawał dzień.

HAMAHDAN – MIASTO UMARŁYCH, PUSTYNIA SZUMUG-ANNU

Na ruiny miasta natknął się po dwóch dniach podróży przez pustynię. Przysypane do połowy piaskiem kamienne wieże wyrastały na horyzoncie, zlewając się z szaroburymi wydmami. Z bliska zarysy murów spotężniały, przechodząc w rozpadające się świątynie i osobliwe budowle przypominające pałace. Za mrocznymi portalami ciągnęły się jeszcze mroczniejsze korytarze wiodące w głąb krużganków i otoczonych kolumnadami dziedzińców. Kruszejące kamienne bloki leżały bezładnie rozrzucone między strzaskanymi filarami.

Wlokąc się na zmęczonym do cna koniu, nie miał ochoty sprawdzać, dokąd prowadzą ciemne przejścia w pokrytych płaskorzeźbami ścianach. Wizerunki, zatarte przez czas i siekące piaskiem wichry, z nużącą monotonią przedstawiały jeden motyw: szczerzącą zęby ludzką czaszkę.

Miasto było najwyraźniej opuszczone. W ciasnych uliczkach i na okrągłych placach nie było żywego ducha. Rozpalone słonecznym żarem kamienie nie dawały tak pożądanej ochłody, skierował więc wierzchowca w stronę lepiej zachowanej budowli, chcąc schronić się w cieniu potężnego frontonu. Podpierały go kolumny wyciosane z błyszczącego czarnego kamienia. Szerokie u podstawy, zwężały się stopniowo, przechodząc w graniaste kapitele. Samotny wędrowiec zapatrzył się na obce jego oczom kształty i na chwilę przestał badać wzrokiem otoczenie.

Atak nastąpił bez ostrzeżenia i niemal całkiem go zaskoczył. Dostrzegając między gruzami nikły błysk stali, jeździec odruchowo szarpnął wodze. Rumak stanął dęba, wspinając się na tylnych nogach i zapewne ratując swemu panu życie. Grot rzuconej z wielką siłą włóczni trafił w napierśnik konia i ześlizgnął się po gładkim metalu. Ogier z chrapaniem rzucił się w bok, a ze zrujnowanej bramy wyskoczyło czterech uzbrojonych mężczyzn.

Miecz znalazł się w ręku Czarnego Rycerza niczym za sprawą zaklęcia. Roland obrócił się w siodle, zamierzając do ciosu. Zachwiał się, bo spłoszony koń potknął się o kamień, tracąc równowagę. Jeździec poderwał go wodzami, odbijając zbliżające się ostrza. Zaklął, czując, że z drugiej strony chwytają go żylaste ręce. Wysunął nogi ze strzemion i razem z napastnikiem zwalił się na bruk. Upadek go oszołomił, zebrał się jednak w sobie i uderzeniem barku odrzucił atakującego. Kątem oka dostrzegł spadającą szablę, zdążył wszakże stanąć pewnie na nogach i zastawić się własną klingą.

Rękojeści naparły na siebie ze zgrzytem, a potem gwałtownie rozdzieliły. Ogromny wojownik z rudą brodą opadającą na wypolerowany napierśnik podniósł z sapnięciem oręż i zamierzył się do kolejnego ciosu. Nie docenił zwinności przeciwnika, który pełnym gracji susem odskoczył pod mur baszty. Rudobrody krzyknął coś tryumfalnie do towarzyszy i ruszył naprzód, groźnie wymachując bronią.

Patrzący nie dostrzegli ruchu odzianego w czerń mężczyzny. A jednak wojownik w błyszczącym napierśniku zatrzymał się w miejscu, jakby wpadł na niewidzialną ścianę. Powoli, bardzo powoli opuścił broń i przycisnął dłonią gardło, usiłując zatrzymać uciekające życie. Na próżno. Spod zaciśniętych kurczowo palców trysnął jaskrawoczerwony strumyk. Kolana rannego ugięły się, nie mogąc utrzymać ciężaru potężnego cielska, aż wreszcie rudobrody runął pod stopy swego zabójcy.

Widząc, jak sprawnym szermierzem jest ich przeciwnik, trzech pozostałych napastników zaprzestało pojedynczych wypadów i zbiło się w ciasny szereg. Zbliżali się powoli, nastawiając ostrza. A wtedy rycerz w czarnej kolczudze uczynił rzecz zdumiewającą. Ukląkł na jedno kolano i oparł na ziemi rękę z mieczem. Biorąc to za gest poddania, atakujący przyspieszyli kroku. Smagłe twarze pod brudnymi zawojami skrzywiły się w tryumfalnych uśmiechach.

Ale napadnięty wcale nie zamierzał się poddać. Nie podnosząc się z kolan, zamachnął się długim ostrzem jak sierpem i ciął po goleniach nacierającej trójki. Najbliższy z wrogów zwalił się z wrzaskiem, ściskając zakrwawioną nogę. Gładko rozcięta skóra i mięśnie brutalnie odsłaniały biel kości. Miecz mignął jeszcze raz przed oczami zwijającego się z bólu mężczyzny i opadł w lekkim, jakby od niechcenia zadanym pchnięciu. Przeraźliwy krzyk ucichł.

Pozostali odsunęli się o krok, chcąc zajść z boku groźnego przeciwnika, jednak ten nie czekał bezczynnie. Jednym skokiem przesadził leżącego trupa i znalazł się za plecami jego towarzyszy. Klingi szczęknęły w szybkiej wymianie ciosów. Bliższy z atakujących zachłysnął się krwią, patrząc z niedowierzaniem na sterczący mu z piersi brzeszczot.

Ostatni napastnik dostrzegł swoją szansę. Widząc, że wojownik w czarnej zbroi szarpie miecz zakleszczony między żebrami umierającego, wyszczerzył tryumfalnie pożółkłe zęby i zamachnął się szablą. Ciężkie ostrze uniosło się, po czym spadło z siłą pioruna.

I trafiło w próżnię. Roland obrócił się w miejscu, puścił rękojeść swojej broni i złapał porzuconą szablę. Połyskujący wyszlifowaną stalą brzeszczot tylko warknął w powietrzu, zrywając głowę z karku napastnika.

Rycerz nie czekał, aż bezgłowy zewłok osunie się na ziemię. Otarł rękawicą zbryzganą krwią twarz i pochylił się nad drugim z pokonanych przeciwników. Ranny charczał i dławił się krwawą pianą. Ręce drgały konwulsyjnie, paznokcie z czarnymi obwódkami drapały bruk. Rycerz nie spieszył się z wyrwaniem ostrza miecza z piersi powalonego, wiedząc, że wtedy mężczyzna natychmiast umrze. Z ciekawością oglądał natomiast jego napierśnik, ozdobiony wizerunkiem głowy smoka cyzelowanym w matowym srebrze i brązie.

Zmarszczył brwi. Nie widział dotąd takich zbroi. Pancerz wykuty był z jednego kawałka stali i okrywał cały tors, przechodząc w szeroki pas z grubej skóry nabijanej guzami z brązu. Wyzierająca spod niego tunika była brudna i postrzępiona na brzegach. Nędzne odzienie tych ludzi, obszarpane płaszcze z pośledniej lnianej nici i znoszone buty nie pasowały do bogato zdobionych zbroi ani równie pięknej broni.

Czarny Rycerz z ciekawością wziął do ręki wykładaną złotem rękojeść leżącej na bruku szabli. Nie spotkał się jeszcze z takim orężem. Klinga, wąska przy rękojeści, rozszerzała się stopniowo, przechodząc w kształt ściętego na końcu półksiężyca. Ostrze było misternie polerowane i dobrze wyważone.

Rzężący oddech konającego odwrócił uwagę Rolanda od zakrzywionej klingi. Spojrzał na swego niedoszłego zabójcę. Zmierzwiona broda nie maskowała ostrych rysów ani haczykowatego nosa, typowego dla plemion pustyni. Spaloną słońcem skórę znaczyły ślady po zagojonych wrzodach. Wygląd tych ludzi, a zwłaszcza ich osobliwa broń, nic nie mówiły rycerzowi. Nachylił się tak nisko, że prawie dotknął wargami ucha mężczyzny.

– Kim jesteś? Czemu mnie napadliście? Mów! – powiedział po persku.

Spierzchnięte wargi poruszyły się powoli, ale dźwięki, które się z nich wydobyły, brzmiały zupełnie obco. Roland spróbował narzecza beduinów, ale urwał, widząc, że jest już za późno. Wytrzeszczone oczy zasnuwała mgła śmierci.

Przycisnął stopą pierś rannego i jednym szarpnięciem wyrwał swój miecz. Z wąskiego otworu trysnęła krew. Umierający przechylił głowę na bok, jakby nie chciał patrzeć w oczy człowieka, który odebrał mu życie. Smagła twarz bladła szybko, przybierając odcień szarości.

Uwagę rycerza przykuł pękaty mieszek wiszący przy pasie trupa. Odciął go i rozwiązał skórzane troczki. Na dłoń spłynął strumień złotych monet. Z jednej strony miały wybitą gwiazdę o falistych promieniach, z drugiej wizerunek męskiej twarzy o pięknych, regularnych rysach. Złote krążki były duże, większe niż egipskie dinary czy bizantyjskie bezanty, Roland wyraźnie czuł ciężar każdej monety. Bez względu na to, z czyjej pochodziły mincerni, musiały być sporo warte, więc bez skrupułów przytroczył sakiewkę do własnego pasa.

Rozejrzał się, szukając wzrokiem swego wierzchowca. Niespodziewany napad z pewnością go spłoszył, miał jednak nadzieję, że kary ogier nie odbiegł daleko. Koń był bezcenny na tym spalonym przez słońce pustkowiu, w dodatku do siodła przywiązany był ostatni bukłak z wodą. Walka, choć krótka, była w palącym upale ciężkim znojem i rycerz poczuł jeszcze większe pragnienie. Oblizał suche wargi równie suchym językiem i ruszył ciężkim krokiem w głąb labiryntu spękanych ścian i przewróconych kolumn. Nie oglądał się za siebie.

Stuknięcie odłamka kamienia uderzającego o bruk zabrzmiało jak łoskot gromu w nabrzmiałej upałem ciszy. Okruch mógł po prostu oderwać się od szczytu zwietrzałego muru i stoczyć na zapylone płyty ulicy, ale samotny wędrowiec miał przeczucie, że tak nie było. Zrobił jeszcze dwa kroki, nie odwracając głowy, jakby niczego nie usłyszał. Dopiero wtedy uskoczył w bok, kryjąc się za samotną kolumną. Ciężki blok ociosanego granitu uderzył z hukiem tuż za jego plecami

Rycerz spojrzał na wysoki fronton budowli ozdobionej na szczycie dachu szeregiem kamiennych gargulców. Zdawało mu się, że czyjś cień mignął za rzeźbioną galeryjką, ale słońce świeciło mu prosto w oczy i nie był pewien, czy dobrze widzi. Kawał muru nie mógł przecież spaść sam.

Obrzucił szybkim spojrzeniem zaułek, jednak między kolumnami przypominającej świątynię budowli nie było żywego ducha. Popękane marmurowe stopnie prowadziły do wysokiego portalu zamkniętego potężnymi drzwiami z brązu. Lśniący niegdyś metal ściemniał i zmatowiał, jednak nad podziw dobrze oparł się niszczącemu działaniu czasu. Ozdobiony był ciągiem wypukłych płaskorzeźb. Roland przyjrzał się niezwykłym reliefom. Przedstawiały ludzi w zbrojach niepodobnych do kolczug i w dziwnych kulistych hełmach. Dosiadali koni uzbrojonych w wyrastający z czoła pojedynczy róg, a walczyli z wojownikami kryjącymi się za wielkimi tarczami w kształcie migdała.

Rysunek wyryty poniżej reliefu ukazywał scenę łowów – myśliwi strzelali z łuków do wiernie odtworzonych zwierząt. Niektóre z nich przypominały lwy i długorogie byki, były tam też jednak wizerunki stworów podobnych do wielkich jaszczurek z błoniastymi skrzydłami i paszczami pełnymi ostrych trójkątnych zębów.

Jednym z łowców była kobieta, sądząc po wydatnych piersiach i długich do pasa włosach. Ubrana w obcisłą tunikę i sięgające do pół łydki buty, ściągała wodze wspinającego się pod nią jednorożca. Drugą ręką zamierzała się do rzutu oszczepem. Zwierzę, na które polowała, przypominało tygrysa, lecz tylko z budowy i zaznaczonych rylcem pręgowanych boków. Wielkością niewiele ustępowało rumakowi kobiety, a z jego górnej szczęki sterczały zagięte w dół kły podobne do ostro zakończonych szabel.

Czarny Rycerz mimo woli poczuł dreszcz niepokoju. Rzeźby i rysunki nie przypominały niczego, co dotąd widział lub o czym słyszał. Zostały wykonane z wielką dbałością o szczegóły i trudno było uwierzyć, że stanowiły jedynie wytwór wyobraźni. Kto je wyrzeźbił i po co? I kto wzniósł ten gród tak różny od chrześcijańskich czy saraceńskich? Miasto musiało być stare, zbudowano je pewnie przed wiekami. Dziwne, że nigdy o nim nie słyszał.

Na razie wolał skupić się na bliższym niebezpieczeństwie. Na pokrytym warstwą pyłu metalu dostrzegł zamazane odciski palców. Uśmiechnął się ponuro. Cień na dachu świątyni był jednak prawdziwy. Duchy nie zrzucają z góry kamieni i nie zostawiają śladów na zakurzonych drzwiach. Ostrożnie naparł na masywne wrota. Przez chwilę nic się nie działo, potem ciężkie skrzydło ustąpiło z niechętnym skrzypnięciem. Za uchylonymi wierzejami nikt nie czaił się z uniesionym toporem czy mieczem, rycerz wszedł więc do ciemnego przedsionka.

Zamrugał, przyzwyczajając oczy do półmroku, wreszcie zaczął rozróżniać szczegóły wielkiego pomieszczenia. Czworokątną salę wypełniał las kolumn. Wyciosano je z czarnego kamienia pożyłkowanego smużkami miki. Roland obrzucił przelotnym spojrzeniem niezwykły sześciokątny kształt filarów i zagłębił się w zalegający między nimi cień.

Odruchowo położył dłoń na rękojeści sztyletu, widząc sylwetki ludzi siedzących pod ścianami. Nie poruszyli się, nawet gdy podszedł bliżej. Przestał się temu dziwić, kiedy spojrzał w czarne oczodoły wyschniętych na wiór mumii. Obciągnięte płatami zetlałej skóry czaszki przybrały barwę starego drewna, kościste palce zaciskały się na wyzierających spod resztek szat równie kościstych kolanach. Zmarli siedzieli na tronach wyciętych z tego samego czarnego kamienia co kolumny podpierające strop świątyni – a może grobowca, bo niskie sklepienie i rzędy martwych ciał przypominały cmentarną kryptę.

Ostrożnie dźgnął palcem najbliższe truchło. Próchniejące piszczele tonęły w fałdach szaty wystającej spod staroświeckiej łuskowej zbroi. Materiał wyglądał na jedwab, był jednak tak zbutwiały, że rozpadał się przy najlżejszym dotknięciu. Lepiej zachowała się karacena z brązowych, owalnych płytek, choć metal pokrywała warstwa zielonej patyny. Na zapadniętej piersi trupa wisiał naszyjnik z nieoszlifowanych szafirów oprawionych w złoto.

Roland stłumił w sobie pokusę sięgnięcia po cenne klejnoty. Zdawało mu się, że zmarły przed wiekami wojownik patrzy na niego gniewnie, jakby chciał powstać i ukarać intruza za naruszenie ciszy grobu. Na kolanach mumii leżał potężny topór o podwójnym ostrzu wykutym z brązu. Drewniane stylisko, pokryte wiekowym kurzem i pociemniałe ze starości, wciąż zdawało się zdatne do użytku.

Rycerz wzruszył ramionami. Wysuszone przez czas zwłoki mogły poczekać. Gdzieś w mroku tajemniczej budowli czaił się żywy wróg, i to jego należało najpierw odszukać. Ostrożnie zajrzał w niszę utworzoną przez najbliższe filary. Pusta. Na zasypanej pokruszonym gruzem posadzce nie zauważył żadnych śladów.

Ruszył pewniejszym krokiem w stronę majaczących w końcu sali schodów... i potknął się o rozciągnięty między kolumnami cienki rzemień. Podparł się ręką o najbliższy filar, ale potężne uderzenie w tył czaszki rzuciło go na kolana. Mocna stal hełmu ochroniła kości, miał jednak wrażenie, że głowa rozdzwoniła mu się jak gong uderzony młotem.

Wszystko rozegrało się w czasie nie dłuższym niż kilka uderzeń serca. Klęczał, podpierając się rękoma, a obraz mrocznych kątów świątyni wirował mu przed oczami. Kątem oka dostrzegł rękę uzbrojoną w bojową maczugę. Unosiła się do następnego ciosu. Rozpaczliwie zamachnął się łokciem do tyłu. Trafił chyba w podbrzusze napastnika, bo usłyszał zduszony jęk. Upuszczona broń stuknęła o posadzkę.

Nim zdążył dźwignąć się na nogi, poczuł na plecach ciężar ciała mężczyzny. Przed oczami błysnęło mu ostrze noża. Odgiął się w tył i złapał za uzbrojone ramię. W uszach wciąż jeszcze słyszał uporczywe łomotanie, zdołał jednak przewrócić się na plecy, przygniatając sobą atakującego. Wkrótce role się odwróciły. Rycerz przekręcił się jak wąż i wciąż trzymając w żelaznym uchwycie przegub nieznajomego, cal po calu zbliżał ostrze do jego gardła. W słabym świetle dostrzegał tylko nieliczne szczegóły, ale napierśnik i grubo tkana tunika wydały mu się bliźniaczo podobne do pancerzy i szat wcześniej pokonanych wrogów.

Napastnik pojął chyba, że przegrywa w pojedynku na muskuły, spróbował więc innej sztuczki. Ugodzony kolanem w brzuch Roland sapnął boleśnie i zwolnił na chwilę uścisk palców. To wystarczyło. Nieznajomy jeszcze mocniejszym kopniakiem zrzucił go z siebie i zerwał się na nogi. Zamierzył się trzymanym w ręku nożem i z tryumfalnym grymasem sprężył do skoku.

Szczerbaty uśmiech, który przecinał smagłą twarz pod podartym turbanem, zgasł tak nagle, jak się pojawił. Próbujący wstać Roland namacał trzonek porzuconej maczugi. Nie unosząc się z kolan, zamachnął się i ciężka głowica śmignęła w powietrzu. Rozległ się trzask, jaki wydaje z siebie skorupka tłuczonego jajka. Trafiony w skroń rozbójnik stęknął, po czym osunął się na kamienne płyty. Czarny Rycerz wyprostował się z trudem, ciężko łapiąc powietrze spękanymi z pragnienia wargami. Odrzucił kopnięciem sztylet powalonego i powlókł się w stronę schodów prowadzących na wyższe kondygnacje budowli.

Tępy ból pulsował mu rytmicznie w potylicy i ograniczał ostrość widzenia, kiedy wchodził po skruszałych kamiennych stopniach. Schody zaprowadziły go na balkon okalający salę. Łukowo sklepione otwory prowadziły do dalszych komnat czy korytarzy, ale obolały i spragniony Roland nie miał ochoty ich badać. Szukał drogi na dach świątyni, bo przecież stamtąd zrzucono kamienny pocisk. Napastnik zapewne nie był sam.

Dźwięk, który doleciał zza rogu korytarza, przypominał skrzeczenie trafionego strzałą ptaka, choć mógł też być echem świstu wiatru w szczelinach ruin. Odgłos był ledwie słyszalny, Roland nie miał więc pewności, czy nie rozbrzmiewał tylko w jego poobijanej głowie. Po chwili dźwięk się powtórzył, ale tym razem bez wątpienia krzyczał człowiek. Wołanie przybierało na sile, w miarę jak rycerz skradał się wzdłuż przecinających ścianę ciemnych otworów. Ostatnie wejście zdawało się różnić od innych. Po chwili zrozumiał dlaczego. Prostokątny zarys framugi miał jaśniejsze obramowanie. Gdzieś w stropie musiał być przebity otwór, dlatego światło dnia docierało tu w postaci rozproszonych promieni, rysujących na posadzce cienistą mozaikę.

Roland posuwał się powoli, wymacując stopami podłoże. Przystanął, widząc załamanie chodnika. Zakręt ukazał ścianę oświetloną mocniej niż reszta korytarza. Roland przesunął się jeszcze o cal do przodu i zerknął za krawędź muru. Znowu usłyszał tajemniczy głos, tym razem całkiem blisko. W tej samej chwili pod jego stopą chrupnęła gliniana skorupa. Nie ukrywał się dłużej. Z bojowym okrzykiem runął naprzód, unosząc sztylet do ciosu. Jednym skokiem znalazł się na środku niewielkiej komnaty. W nagich ścianach z czarnego kamienia nie było okien. Sklepienie z kamiennych płyt zapadło się w rogu i to przez tę dziurę docierał blask słońca. Rycerz obrócił się szybko dookoła i omal nie nadepnął spoczywającego na podłodze człowieka. Opuścił ostrze, widząc, że leżący ma skrępowane ręce i nogi. Poza nim w komorze nie było nikogo.

W słabym świetle widać było porzucone w kącie juki i worki, a obok nich skórzany bukłak. Roland sięgnął po niego chciwie. Spływające do gardła wino było skwaśniałe i przesiąkłe mdłym zapachem skóry, ale dla spragnionego miało smak życiodajnego eliksiru. Z rozkoszą pociągnął długi łyk. Dopiero potem pochylił się nad związanym mężczyzną.

Tamten milczał i tylko patrzył ciekawie na przybysza lekko zmrużonymi oczami w kolorze dymu. Miał wyrazistą twarz o mocnych, regularnych rysach, okoloną siwą brodą. Południe jego życia najwyraźniej dawno minęło, nie wyglądał jednak na bezradnego starca. Powłóczyste szaty, porwane wprawdzie i pokryte pyłem, były o wiele cenniejsze od nędznych tunik rozbójników.

– Kim jesteś? Chcę ci pomóc – powiedział Roland po arabsku.

Gardłowe dźwięki, które usłyszał w odpowiedzi, nie przypominały żadnego ze znanych mu języków. Powtórzył pytanie po persku, ale z tym samym skutkiem.

Westchnął ciężko i pomyślał, że gest będzie lepszy od słów. Dwoma cięciami ostrza uwolnił więźnia z pęt. Tamten syknął, z grymasem bólu rozcierając zdrętwiałe nadgarstki. Podniósł się z trudem i trzymając ściany, zrobił dwa niepewne kroki. Pochylił głowę w ukłonie oznaczającym zapewne wdzięczność.

– Jaghi Lakan – powiedział wolno, wskazując na siebie palcem.

– Nie rozumiem. – Roland wzruszył ramionami.

Mężczyzna odezwał się ponownie, a w jego mowie można było usłyszeć wyraźną zmianę. Jednak szeleszczące i syczące dźwięki nadal brzmiały obco.

– Nie pojmuję twoich słów – stwierdził rycerz, tym razem w języku aramejskim i odetchnął z ulgą, widząc w oczach nieznajomego błysk zrozumienia.

– Nazywam się Jaghi Lakan – rzekł tamten, wymawiając słowa wyraźnie, choć z osobliwym akcentem.

– Teraz cię rozumiem, choć mowa twa różni się od tej, do której nawykłem.

– Dzięki niech będą Elowi za to, że mnie rozumiesz. A nade wszystko za wybawienie z więzów. Los bywa kapryśny i nieraz drwi z naszych pragnień. Przybyłem do Miasta Umarłych, by cię spotkać i ostrzec, a oto ty pierwszy mnie odnalazłeś...

– Szukałeś mnie? Nie znasz mnie, skąd zatem wiedziałeś...

– Opowiem ci wszystko, ale potem. – Mężczyzna nazywający siebie Jaghim Lakanem nie był chyba tak spokojny, na jakiego wyglądał. – Spieszmy się teraz, póki nie wrócili moi wrogowie.

– Jeśli nie było ich więcej niż pięciu, możesz się nie obawiać. Żaden z nich już nie żyje – nieco chełpliwie odparł Czarny Rycerz.

– Tak więc rzeczy się mają! Oby bogowie mieli cię w opiece po kres twoich dni! Jesteśmy bezpieczni! Czy teraz powiesz mi, jak brzmi twoje imię?

– Jestem Roland z Montferratu, choć nie wiem, czy to coś dla ciebie znaczy. Nieprzyjaciele zwykli też mnie zwać Czarnym Wojownikiem.

– Ach! Na Okhuma Dzierżącego Włócznię! Czarny Wojownik! – Starzec klasnął w ręce. – To dobre imię! Jest w nim siła, jakiej potrzeba królestwu. Modlę się do Ela, Pana Jasności, abyś nie przybył do nas za późno.

– Jesteś poganinem! – Roland zmarszczył gniewnie brwi.

– Nie znam tego słowa i nie rozumiem wszystkiego, co mówisz, jeśli jednak naprawdę zabiłeś tamtych zbójów, mamy dość czasu na opowieści. Nikt nie przeszkodzi nam już w rozmowie.

Bez pytania sięgnął po bukłak z resztką wina. Opróżnił go chciwie i westchnął z widoczną ulgą.

– Piłem już lepsze, ale żadne tak nie gasiło pragnienia! Jest niczym nektar z królewskiego stołu! Minęła noc i dzień, odkąd ostatni raz czułem na języku smak wody.

– Nie mamy wody. I nie mamy czasu na opowieści – burknął Roland. – Został mi ledwie jeden bukłak, a i ten straciłem, gdy mój koń umknął gdzieś w te przeklęte ruiny.

– Podobnie jak mój, ale nie mogły odbiec daleko, a wodę znajdziemy przy koniach tych pustynnych psów. Wiem, gdzie je zostawili. Im zaś z pewnością nie będą już potrzebne.

– Znasz to miasto? Musisz je znać, skoro tu przybyłeś.

– A ty nie wiesz, gdzie jesteś, prawda? Droga twa nie wiodła w stronę tych murów? – odpowiedział tamten pytaniem na pytanie.

– Jechałem w stronę Palmyry... – Rycerz zawahał się. – O tym grodzie zaś nie słyszałem. Ani o ludziach, którzy w nim żyli.

– Nikt żywy nie mieszkał w Hamahdanie, Mieście Umarłych. Ani teraz, ani przed wiekami, gdy wznoszono mury tych świątyń. Zbudowano je dla władców zapomnianego dziś królestwa, by ich kości znalazły tu wieczny spokój. To miejsce jest wielkim grobowcem nawiedzanym przez duchy. Opuśćmy ruiny i udajmy się w stronę zielonych pól i żywych ludzi.

– Uczynimy tak, i to rychło, ale zechciej mi coś wyjaśnić. Skąd wzięli się w tym opuszczonym, jak mówisz, mieście zbóje grabiący podróżnych? Jakiegoż łupu mogli się tu spodziewać?

– Groby królów pełne są skarbów... Zdarzali się niegdyś ludzie nielękający się drogi przez pustynię i starożytnych zaklęć. A że mogli tu znaleźć nieprzebrane bogactwa... Nie słyszałem wszakże, by jakiś rabuś zdołał unieść stąd złoto czy klejnoty...

– Tych pięciu nie wyniesie stąd nawet własnych głów – zauważył Roland. – A nie byli też takimi nędzarzami, za jakich chcieli uchodzić. Mieli dobrą broń i sakiewki pełne złota.

Podrzucił w ręku ciężki trzos i wysupłał z niego połyskującą monetę. Jaghi spojrzał na nią z bliska i mruknął coś pod nosem. Czoło przecięła mu głęboka bruzda zamyślenia.

– Nie mówisz mi wszystkiego, stary człowieku – powiedział Czarny Rycerz, patrząc na niego bystro.

– Pytaj, o co chcesz. Odpowiem, jeśli zdołam.

– Nie zwykłem zadawać wielu pytań, żeby nie słyszeć zbyt wielu kłamstw. Uwolniłem cię z więzów, ale nic o tobie nie wiem. Może to tylko, że pojmali cię ludzie, którzy mnie chcieli zabić. Dlaczego jednak ciebie pozostawili przy życiu? Z dachu tej świątyni ktoś zrzucił mi głaz na głowę, a między kolumnami zastawił pułapkę. Skąd mam wiedzieć, czy i tu nie czeka na mnie zasadzka, a ty nie jesteś jej częścią? Wszak nadal nie wiem, kim jesteś?

– Jestem... – zawahał się Jaghi Lakan. – Niektórzy nazywają mnie magiem.

– Czarownik! – prychnął pogardliwie Roland.

– Poszukujący mądrości – odparł z godnością stary mężczyzna.

– Wszystko jedno. Tylko nie próbuj na mnie swoich czarów!

– Nie jestem twoim wrogiem – z lekkim smutkiem w głosie odrzekł Jaghi.

– To oczywiste, gdybyś nim był, już byś nie żył. A teraz, kimkolwiek jesteś, chodź ze mną. Musimy poszukać koni. Idź przede mną!

– Nie ufasz mi?

– Nie ufam nikomu. Dlatego jeszcze żyję.

– Siła młodzieńca, a rozum starca – szepnął do siebie Jaghi, zagłębiając się w cień korytarza. – Zaiste jest tym, na którego czeka królestwo. Tylko jeszcze o tym nie wie...

Las kolumn stał cichy i mroczny pod tonącym w cieniu sklepieniem. Roland przemykał między kamiennymi słupami jak duch, czujnie zaglądając w każdy kąt. Zatrzymał się nagle, z niedowierzaniem patrząc pod nogi.

– Czemu stanąłeś? – spytał idący obok mag. – Tutaj niczego nie ma.

– Właśnie dlatego. Widzisz te ślady?

Zabłąkany promień słońca oświetlał starty z posadzki pył i krzyżujące się odciski stóp.

– Widzę. I cóż w nich dziwnego? Prowadzono mnie tędy, a zbóje, którzy mnie pojmali, mogli też tędy wychodzić.

– Nie rozumiesz! Powaliłem tu jednego z nich, tam leży jego broń.

– Był martwy, gdy odchodziłeś?

– Tak wtedy sądziłem. – W głosie rycerza pobrzmiewała hamowana złość. Zajrzał za podstawy najbliższych filarów i zawiedziony pokręcił głową. – Może porwały go demony, może w tym przeklętym mieście trupy potrafią ożywać, ale jak widzisz, ciało zniknęło...

Rozpalone słonecznym żarem powietrze zdawało się falować i drgać. Migotliwa mgiełka zacierała kontury widnokręgu, przez co kamienista równina zdawała się sięgać wyżyn nieba. Połacie piasków ustępowały miejsca płytkim jarom zasypanym ostrym żwirem. Na dnie rozległych niecek połyskiwały kryształy gorzkiej soli.

Pustynny wąż zastygł nieruchomo pod nachyloną skalną płytą. Syknął gniewnie, wyczuwając drgania gruntu. Miarowe uderzenia o kamienie i piasek zbliżały się. Spłoszony gad rozwinął się na całą długość i wślizgnął głębiej w rozpadlinę. Podkute kopyto oparło się o kamień tuż obok kryjówki węża. Koń potknął się, opuszczając nisko głowę. Jeździec ściągnął wodze. Kary ogier poderwał się, szerzej stawiając nogi na pokrytej piargiem ziemi. Zmęczone zwierzę ruszyło dalej, głośno łapiąc powietrze szeroko rozwartymi chrapami. Roland przerzucił nogę przez przedni łęk i nie wstrzymując wolnego chodu wierzchowca, zeskoczył na ziemię.

– Dalej pójdziemy na własnych nogach – oznajmił krótko. – Inaczej konie padną.

– Bez wody i tak nie wytrzymają – odpowiedział jego towarzysz.

– A wtedy i my umrzemy. Na pustyni człowiek bez konia jest już martwy. Zsiadaj!

Jaghi przetarł skrajem zawoju pokrytą kurzem twarz i ciężko zsunął się z siodła. Zatoczył się, kiedy jego opuchnięte stopy dotknęły ziemi. Skrzywił się boleśnie przy pierwszym kroku, ale pociągnął konia za uzdę i ruszył dalej. Rycerz nie pytał go, jak znosi pragnienie i gorąco. Sam odczuwał coraz większe znużenie, jednak nadal stawiał krok za krokiem, nie dopuszczając do siebie myśli o możliwym końcu. Z niepokojem popatrzył natomiast na konie. Niepojone od dwóch dni, z trudem pokonywały rosnące nachylenie gruntu. Lśniąca wcześniej sierść zmatowiała i pokryła się siwym jak popiół nalotem. Obwisła skóra zdawała się leżeć luźno na prężnych niedawno mięśniach. Oczy zmętniały i zapadły się w głąb wielkich czaszek.

– Przed nami wzgórza – z wysiłkiem wychrypiał Jaghi.

– Widzę – odparł rycerz. On także oszczędzał wyschnięte gardło.

– Spoczniemy tam do zachodu i damy wytchnąć koniom.

– Nie ma odpoczynku pod słońcem pustyni.

– Ale jest cień. Chyba jest tam wąwóz. Przeczekamy w nim największy żar i przed zachodem ruszymy dalej.

– Niech tak będzie. Jeśli przed świtem dotrzemy do gór, o których mówiłeś, może znajdziemy wodę i ocalimy życie – zgodził się Roland.

Woda! Na myśl o jednym jedynym łyku usiłował odruchowo przełknąć ślinę, ale usta miał suche jak stare drewno, poczuł więc tylko ból zdrętwiałego języka. Na popękanych wargach wystąpiły kropelki krwi. Oblizał je szybko, zanim zdążyły zaschnąć w palącym skórę upale. Zwyczajem nomadów włożył do ust kamyk i zaczął ssać, usiłując choć trochę złagodzić pragnienie. Rozpalony do białości słoneczny dysk prażył pustynię falami bezlitosnego żaru. Miałkie niczym mąka ziarenka piasku wbijały się w pory skóry i chrzęściły między zębami. Rycerz zdjął zawój z głowy. Nałożył go ponownie, zasłaniając usta i nos przed wciskającym się w każdą szczelinę pyłem. Nawet przez tę krótką chwilę poczuł na odsłoniętych policzkach falę gorąca, jakby zanurzył twarz w misie z wrzątkiem.

Zaklął w myślach, przypominając sobie, ile czasu stracili w Mieście Umarłych na poszukiwanie koni. Błądzili wśród zrujnowanych uliczek, coraz bardziej oddalając się od wielkiej świątyni i zagadki trupa, który zniknął. Obaj odetchnęli z ulgą, kiedy gwizdowi Rolanda odpowiedziało dalekie rżenie.

Konie odnalazły się na małym placyku otoczonym koliskiem marmurowych kolumn. Spokojnie skubały kępy wyschniętej trawy rosnącej w szczelinach spękanego bruku. Obok karego ogiera stała biała klacz. Rycerz obejrzał ją okiem znawcy. Miała niewielką głowę, suche, muskularne nogi i przypominała najlepsze rumaki hodowane przez arabskich nomadów. Przy smoliście czarnym ogierze wydawała się bardziej zjawą niż żywym zwierzęciem.

– Mam białego konia, a ty czarnego – rzekł w zamyśleniu stary mag. – Czy to znak od bogów? Czarne zwierzęta poświęcamy Okhumowi, bogu wojny, białe zaś Elowi, władcy jasności.

– My zaś nie poświęcamy ich nikomu – burknął Roland. Rozejrzał się po wykładanym czerwonym kamieniem dziedzińcu. Na środku wznosiła się cembrowina okrągłej studni. Pochylił się nad rozsypującym się kamiennym kręgiem, ale na dnie dojrzał tylko piasek.

– Sucha jak garncarski piec – powiedział z zawodem w głosie. – Ruszajmy stąd, co rychlej.

– Powiedziałem ci, że wodę znajdziemy przy koniach... – uspokajająco powiedział Jaghi. Zamilkł, widząc grymas wściekłości na twarzy towarzysza.

– Przy moim nie znajdziemy na pewno! – Rycerz cisnął na ziemię resztki rozerwanego bukłaka. – Popatrz tylko! Cały worek! Woda na dwa dni! Przekleństwo!

Wskazał na czaprak i bok karego ogiera. Jeszcze widać było na nich wilgotną smugę, ślad po bezcennym płynie.

– Co się stało... – zaczął stropiony mag, ale urwał, widząc ślady końskich zębów na poszarpanej skórze worka.

– Twoja klacz zwęszyła wodę, oto, co cię stało! Nie przemożesz natury zwierzęcia. Kiedy ostatni raz poiłeś konia?

– Wczoraj, nim wjechałem w ruiny.

– Podobnie ja. Jeśli naprawdę wiesz, gdzie jest obóz zbójów, prowadź. Jeśli się mylisz i wody nie ma w legowisku tych psów, może nas to kosztować życie.

– To blisko miejsca, gdzie mnie więzili. Ruszajmy!

Jaghi bez wahania prowadził między wysokimi murami grobowców przypominających ścięte na wierzchołku piramidy. Budynek, przy którym przystanął, był niższy i różnił się od pozostałych kopulastym dachem. Półokrągły portal zamykały wrota z pociemniałego drewna nabijanego zaśniedziałymi ćwiekami. Prowadziły do nich szerokie marmurowe stopnie.

– To tutaj? – spytał Roland z powątpiewaniem. – Wprowadzili konie po schodach?

– Mroczyło się, to prawda, ale pamiętam te ściany i drzwi.

– Dobrze pamiętasz, widzę resztki nawozu na progu – przyznał rycerz, wyciągając sztylet.

– Po co ci broń? Czyż nie mówiłeś, że zabiłeś wszystkich?

– A co się stało z ostatnim, którego ciało zniknęło? Zapomniałeś o nim? – odpowiedział pytaniem Czarny Rycerz. Wbił na próbę czubek sztyletu w drewno wrót. Ostrze weszło zadziwiająco głęboko. – Próchno. Nie zatrzymałyby nas, gdyby ktoś zamknął się w środku.

– Przecież nie są zamknięte – spokojnie zauważył mag, wskazując wykutą z brązu zaworę. Zwisała luźno opuszczona. – Przytrzymaj konie, wejdę pierwszy.

– Ja wejdę pierwszy – niecierpliwie powiedział rycerz. Spaczone deski stawiały przez chwilę opór, ale mocne kopnięcie uchyliło jedno skrzydło. Ze środka wionęło chłodem i stęchlizną. Promienie słońca rozjaśniły mroczne wnętrze, docierając do wszystkich zakamarków. Kwadratową salę wypełniały rzędy smukłych kolumn. Posadzkę pokrywały kawałki gruzu i zmurszałych belek.

– Nie rozumiem... – zaczął stropiony Jaghi, rozglądając się po pustej komnacie. Na marmurowych płytach widać było odciśnięte w pyle ślady podków. Jeden z kątów zawalały kupy końskiego gnoju. Z graniastych trzonów kolumn zwisały zawiązane na nich rzemienie.

– Przecięte nożem – stwierdził Czarny Rycerz, uważnie oglądając końce skórzanych pasków. – Ktoś nie tracił czasu. Zabrał konie i zapasy.

Wskazał na leżące pod jedną z kolumn puste worki.

– I wodę – dodał ponuro starzec.

– Tak, zabrał i wodę – równie ponurym tonem zgodził się Roland. – Nie sądziłeś chyba, że nam ją zostawi. Ktokolwiek to był, oby go piekło pochłonęło!

– Twój trup widocznie ożył. Spójrz tam, za kolumną. To krew.

– I to całkiem świeża. – Rycerz przyklęknął i roztarł w palcach grudkę zlepionej pyłem posoki. – Widać nie uderzyłem tego psa tak mocno, jak myślałem.

– Teraz to już nieważne. Nie dogonimy go. Ma napojone i wypoczęte konie.

– Jest ranny, nie ujdzie daleko. A pustynia nie zna litości dla słabych.

– Nam także jej nie okaże. Jeśli chcemy żyć, musimy ruszać.

– Znasz te strony? Jak daleko do najbliższej studni?

– Dwa dni drogi do oazy Dingir Dusag – odparł po chwili Jaghi.

– Bez kropli wody dla nas i dla koni? – Posępny wyraz twarzy Rolanda nie pozostawiał cienia złudzeń. – To może oznaczać nawet trzy dni drogi!

Pierwszy z tych dni właśnie się kończył i rycerz pomyślał z udręką, że był chyba jednym z najdłuższych w jego życiu. Marsz pod palącym słońcem pustyni był morderczym, wyżerającym siły trudem. Ostre światło dnia raziło w oczy i obaj piechurzy zsunęli niżej zawoje, chroniąc się przed zabójczym blaskiem.

Nieoczekiwanie zerwał się wiatr. Podmuchy stawały się coraz gwałtowniejsze i szczyty piaszczystych wydm zaczęły się osypywać. Pióropusze drobnego pyłu wznosiły się coraz wyżej. Pofałdowana równina zdawała się dymić. Gorący wiatr wysysał ze skóry resztki wilgoci, co więcej podrażniał i tak już zaczerwienione, piekące oczy.

– Nadciąga burza piaskowa – wydyszał Jaghi, oglądając się za siebie.

– Wiem – odparł rycerz. Poruszał szczękami z trudem, jakby były z drewna. Nie musiał patrzeć do tyłu, by widzieć, że jasny dotąd horyzont pociemniał. Niebo nad wzgórzami przybrało barwę miedzi. – Szybciej! – wychrypiał. Wysuszony język bolał przy każdym wypowiadanym słowie. – Albo dotrzemy do gór przed burzą, albo tu sczeźniemy!

– Wszystko w rękach bogów, ale dziś nie umrzemy... Obiecuję ci, Czarny Wojowniku, nie dziś – rzekł mag z dziwną pewnością siebie.

Młodszy mężczyzna nie odpowiadał. Opuścił głowę, starając się nie potknąć o kamienie. Przystanął raptownie, wpatrując się w ziemię pod nogami. Ubity piasek przecinała wydeptana bruzda zmierzająca w stronę skarpy płaskowyżu.

– Odciski kopyt koni... Szły jeden za drugim... Mniej niż dziesięć, może pięć – powiedział rwącym się głosem.

– To pewnie konie zbójów, ślady prowadzą z Miasta Umarłych. Może znajdziemy je wśród tych pagórków.

– Oby burza nie znalazła nas pierwsza! Obejrzyj się! Na konie!

Ciemny wał niesionego wiatrem piasku sięgał nieba. Zbliżał się szybko.

Roland włożył nogę w strzemię i spojrzał na towarzysza dźwigającego się ciężko na siodło. Ścisnął kolanami boki karego ogiera. Nienawidził siebie za ból, który sprawiał wyczerpanemu zwierzęciu, ale nie miał wyboru. Gnany wiatrem pył ogarniał ich już żółtawym woalem. Kontury zbawczych wzgórz zaczęły się rozmazywać za nieprzejrzystą zasłoną. Konie, nawet popędzane, zdobyły się ledwie na ociężały kłus. Jeźdźcy wiedzieli, że więcej nie mogą od nich oczekiwać.

Zamajaczyły przed nimi spiczaste zarysy skał, a potem rozstąpiły się na boki, otwierając wejście do płytkiego wąwozu. Konie wpadły w skalną bramę resztką sił, potykając się i dysząc chrapliwie. Rycerz zeskoczył w biegu i pociągnął wierzchowce za chroniący przed wiatrem występ.

– Zarzuć płaszcz na łeb konia! – zawołał, przekrzykując ryk wichury.

– Wiem, co robić! – odpowiedział Jaghi. Mówił coś jeszcze, ale wycie burzy zagłuszało jego głos.

Niesione pędem oszalałego powietrza ziarna piasku kłuły i cięły niczym tysiące ostrzy. Rycerz bez wahania chwycił wodze obu koni i wprowadził je głębiej między głazy. Poszły za nim, stawiając ostrożnie kopyta na nierównej skale i spuszczając nisko łby, jakby chciały chrapami wymacać drogę przed sobą.

Bury tuman pyłu zgęstniał. Roland bardziej wyczuł, niż zobaczył, że wąwóz zakręca, a jego ściany zbliżają się do siebie. Skręcił pospiesznie, kryjąc się za wysoką skałą. Wpatrywał się w szarawy półmrok, starając się dostrzec coś przez przymknięte powieki. Kotłujący się wokoło kurz ograniczał widoczność do ledwo paru kroków i wciskał się pod chroniący twarz zawój.

Jaskinię znaleźli przypadkiem. Pośród siekących niczym batogi strug piasku ukazał się im otwór osłonięty od wiatru skalnym nawisem. Rozpadlina była wąska, jednak zdołali wprowadzić tam konie, choć ocierały bokami o skałę i zapierały się kopytami. Zawodzący jak stado demonów wicher przestał zasypywać ich tumanami pyłu.

– Takie burze na otwartej przestrzeni mogą zabić – wyrzęził Roland.

– Mogą też trwać nawet parę dni...

– Bóg nam zesłał tę jaskinię ku pomocy. Nie opuści nas teraz... gdy doszliśmy tak daleko...

– Nie znam twojego boga, ale uczczę go ofiarą, jeśli ześle nam choć po łyku wody – wysapał Jaghi.

– Cieszmy się na razie tym, co mamy – mruknął rycerz i bardziej zwalił się na chropowatą skałę, niż na niej położył. Mag osunął się obok niego, głośno łapiąc powietrze otwartymi ustami. Biały jak mąka pył obsypał mu szpakowatą brodę, a pomarszczone policzki zapadły się głęboko. Roland pomyślał przelotnie, że jego towarzysz wygląda na stuletniego starca. Nieoczekiwanie dla samego siebie stwierdził, że ten trochę tajemniczy mężczyzna zaczyna być mu bliski i że coraz bardziej zależy mu na jego ocaleniu. Uśmiechnął się ponuro, wsłuchując się we własne myśli. Ocalenie? Wciąż było co najmniej wątpliwe. Jaskinia chroniła ich przed burzą i było w niej chłodniej niż wśród rozprażonych piasków pustyni, ale to nie mogło ich uratować. Przedłużało tylko agonię.

– Nie rób tego – powiedział z wysiłkiem, widząc, że Jaghi usiłuje zsunąć buty z opuchniętych nóg. – Nie włożysz ich z powrotem.

– Tak... masz słuszność. Gdzie zdobyłeś tyle doświadczenia?

– Na pustyni jest się przezornym lub martwym. Nie mów tyle i spróbuj odpocząć.

– Wierzysz, że bogowie pozwolą nam przeżyć?

– Nigdy nie tracę nadziei – odparł krótko Roland. Starał się oszczędzać słowa i bolące gardło. W ustach już dawno zabrakło mu śliny. Nigdy jeszcze nie odczuwał tak strasznego pragnienia. Otępiały mózg przewrotnie podsuwał obrazy kielichów pełnych wina i szumiących potoków krystalicznie czystej wody. Wysiłkiem woli odegnał myśli o jakichkolwiek napojach. Siedział oparty o skałę i próbował choć trochę rozluźnić zesztywniałe mięśnie.

– Popatrz na konie... dziwnie się zachowują – wybełkotał Jaghi nieswoim głosem.

– Stoją, gdzie stały. Nigdzie nie odejdą. Leż spokojnie... musisz nabrać sił.

– Sam zobacz...