Opis

Piękna historia o rodzinie, miłości i przyjaźni, przede wszystkim zaś o nadziei. „Biblioteca” Od czasu rozwodu życie w Paryżu to dla Justine Trévise ciągła gonitwa. Miasto całkiem się zmieniło. Firma, w której pracuje, powoli tonie, samotność zaczyna jej ciążyć, do tego zmartwienia matki… Na szczęście może liczyć na wsparcie przyjaciółek, singielek jak ona. Wytchnienia zaznaje tylko w Nanteuil, miasteczku swojego dzieciństwa, gdzie wraz z córką spędza weekendy i ferie. Podczas jednej z tych wypraw Justine znajduje na grobie swojego ojca świeżą różę. Kto mógł ją tam położyć? Próbując rozwikłać tę zagadkę, Justine odkryje rodzinne sekrety, których istnienia nawet nie podejrzewała, a przy okazji znajdzie w sobie odwagę, by zmienić swoje życie. W końcu szczęście czeka na nas tuż za rogiem… Julie Printzac w swojej pierwszej powieści zabiera czytelnika w podróż pełną rodzinnych perypetii, miłości, a przede wszystkim nadziei. „La Provence”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 318

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

La solitude des femmes qui courent

Copyright © 2017 by Editions Jean-Claude Lattès

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce: LIGHTFIELD STUDIOS/ stock.adobe.com, by-studio/ stock.adobe.com

Redakcja: Magdalena Granosik

Korekta: Izabela Sieranc, Marta Chmarzyńska

ISBN: : 978-83-8110-606-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Mojemu ojcu, mimo wszystko.

Wchodzi przez małą furtkę, idzie alejką, skręca w lewo. W ręku trzyma czerwoną różę, którą kładzie na grobie. Przychodzi tu z miłości, z szacunku, z przyzwyczajenia, teraz już nie wie. Upłynął czas, a rana wciąż tam jest, czasem daje o sobie znać łagodnie, wręcz nostalgicznie, czasem jest żywa i gorzka. Dlaczego nadal tu przychodzi? Czy wciąż czuje więź między nimi? Ich spotkanie na ziemi było tak krótkie, czy można mówić o miłości? Ten mężczyzna, którego tak kochała, nie jest tylko nieznajomym? W końcu nie pamięta już nawet jego głosu.

Ciągnie ją do tego posępnego, zrujnowanego cmentarza zawsze tak mocno, jakby nadal miała nadzieję, że nareszcie zrozumie, a może poczuje jego obecność. Siada na brzegu grobu, kładzie dłoń na starym omszałym kamieniu, tak ciepłym w dotyku. Patrzy na wyszczerbione fajansowe dekoracje, później spogląda na tablicę nagrobną: Victor Trévise, 1947–1982. Któregoś dnia będzie musiała przyjść i posprzątać ten brudny, zniszczony grób w niczym już nieprzypominający uroczego pomnika, który tyle razy odwiedzała. Wyjmuje małe kieszonkowe lusterko, przygląda się sobie: wąska twarz, wysokie kości policzkowe i duże ciemne oczy, rozczochrane włosy. Uśmiecha się.

– Widzisz, wciąż tu jestem. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie przychodzić. Chociaż czasami cię nienawidzę, wściekam się na ciebie. A później mówię sobie, że twoje życie należało do ciebie. Na co więc się zda osądzanie cię? Egoistyczny czy wolny? Tak jak obiecałam, przyniosłam czerwoną różę. Czerwoną różę wiecznie zakochanych. Nie, przysięgam, mówię to bez ironii. Życie mija, a ja ciągle nie zrozumiałam twojej historii, twoich wyborów ani roli żadnej z osób w tej tragedii. Kocham cię.

Schyla się i składa na kamieniu pocałunek. Ze łzami w kącikach oczu. Wstaje, małymi krokami kieruje się w stronę furtki i opuszcza cmentarz w Nanteuil. Czeka na nią taksówka, która zawozi ją na dworzec w Saint-Maixent.

1

Czuję lekkie kopnięcie w kolano. Otwieram oczy. Moja córka znów wstała w środku nocy i wślizgnęła się do mojego łóżka. Odkąd dwa lata temu odszedł jej ojciec, wie, że to miejsce jest zawsze wolne, i uważa je za swoje. Śpi twarzą zwrócona w moją stronę. Uwielbiam ją obserwować pogrążoną we śnie. Przypatruję się jej rozluźnionym powiekom skrywającym duże oczy, długim brązowym rzęsom, pełnym ustom i rączkom wsuniętym grzecznie pod śliczną główkę. Adèle ma siedem lat i niezły charakterek. Moja matka uważa, że mnie tyranizuje, i obawiam się, że ma rację. Benjamin i ja jesteśmy jedną z dwóch na trzy pary, które, wedle okropnej narodowej statystki, się rozstały, dlatego mam poczucie winy. A poza tym nie cieszę się takim autorytetem jak jej ojciec, więc pod tym względem nie radzę sobie najlepiej.

Jestem z natury skłonna do zamartwiania się i od zawsze się zastanawiałam, jak mam prowadzić życie we dwoje, gdy wiem, że istnieje tylko jedna szansa na trzy, że to zadziała. Moja przyjaciółka Ève i jej mąż Fred byli dla mnie modelową parą, taką, która dowodziła, że to możliwe. Kiedy rozeszli się w najbrzydszy ze sposobów, sądziłam, że na zawsze straciłam nadzieję. Tego dnia uznałam, że skoro oni nie wytrzymali, to Benjamin i ja też nie mamy żadnych szans. Tak czy owak, nigdy nie byliśmy przekonani, że będziemy tą wyjątkową parą.

Można by powiedzieć, że po narodzinach Adèle przestaliśmy się rozumieć. Nie poznawałam Benjamina, jakby człowiek, z którym dzieliłam teraz życie, nie był tym samym, którego spotkałam przed trzema laty. I ten nowy model mi się nie podobał. Niegdyś pewny siebie i troskliwy, teraz stał się bojaźliwy i arogancki. Benjamin nie podjął wyzwania, kiedy został ojcem. Nie zaakceptował tego, że musi wziąć całkowitą odpowiedzialność za istotę absolutnie od niego zależną, swoją córkę. Chciał w dalszym ciągu być wolnym mężczyzną, uduchowionym i czarującym. Jednocześnie chciał uchodzić w oczach innych, ale też swoich własnych, za sympatycznego, skutecznego ojca, przeciwieństwo mnie, histerycznej matki. Ja z kolei odnosiłam wrażenie, że w jednej chwili bardzo dojrzałam, czułam się niemal obsesyjnie odpowiedzialna.

Nadawaliśmy na zupełnie różnych falach, za jedyne punkty wspólne mając chroniczne podenerwowanie i niepokój. Pierwsze dziecko budzi mnóstwo obaw i powoduje stres, a my przeciwstawiliśmy się sobie, zamiast się nawzajem wspierać. Nasz związek popękał. Adèle podrosła, lecz my nie potrafiliśmy się na nowo odnaleźć.

Jest piątek, szósta trzydzieści rano. Wieczorem odbieram Adèle ze szkoły i pędzimy na dworzec Montparnasse. Kierunek: Nanteuil, miasteczko w departamencie Deux-Sèvres, moje miasteczko, w którym mieszka też moja przyjaciółka z dzieciństwa, Delphine, z dwójką dzieci. To w Nanteuil leży mój ojciec, obok swoich rodziców i wielu innych antenatów. Tu dorastał mój dziadek. Razem z siostrą spędziłam w rodzinnym domu dziadków wszystkie wakacje mojego dzieciństwa. W sąsiednim domu mieszkała Delphine wraz z rodzicami oraz licznymi braćmi i siostrami. Delphine była moją przyjaciółką i nigdy nie urwał nam się kontakt. Kiedy skończyła studia, ona i jej mąż Paul wyjechali, żeby żyć w wielu krajach w różnych częściach świata. Oboje pracowali w organizacjach humanitarnych, pisali, fotografowali. A później urodził im się Tim, następnie Clémentine. Wówczas Delphine zapragnęła skończyć z życiem poszukiwaczki przygód. Chciała wrócić do siebie, do swojego miasteczka, żeby wychować dzieci. Ale Paul odmówił, nie chciał osiedlić się na stałe. Jak mógłby zrezygnować z zawodu reportera? To było jego powołanie, cegiełka, którą dokładał do budowli ludzkości, jak lubił mawiać, półżartem, a jednak bardzo serio. Delphine ogromnie cierpiała, gdy pojęła, że zawsze będzie przedkładał pracę nad rodzinę. Ale co mogła zrobić? Wróciła, a Paul dalej wiódł swoje życie, ich miłość powoli wygasła. Dziś myślę, że Delphine nadal kocha Paula, chociaż zrezygnowała z niego. I ma mu to okropnie za złe, choć broni się przed przyznaniem do tego. A zatem, tak jak ja, moja przyjaciółka wstąpiła w szeregi samotnych matek. Tim ma dziesięć lat, a Clémentine tyle samo co Adèle.

Sądzę, że – w przeciwieństwie do Delphine – nie gniewam się już na Benjamina. Najpierw przestałam go podziwiać, później kochać, i nabrałam ochoty, by na nowo rozpocząć życie – bez niego. Miałam rację: nasz związek stał się psychologiczną torturą. Dziś wiem, że mogę dokonać każdego wyboru, mogę odbudować swoje życie, a nawet być szczęśliwą, jeżeli zechcę.

On nie zwlekał ze stworzeniem sobie nowego życia. Rok po naszym rozstaniu zamieszkał z piękną trzydziestolatką, Éléonore, moim całkowitym przeciwieństwem: dumną i bardzo pewną siebie, dość wyrafinowaną, krótko mówiąc, kobietą idealną dla obecnego Benjamina prężnie wspinającego się po szczeblach drabiny społecznej. Jeśli mam być szczera, zazdroszczę im szczęścia, ale nie kusi mnie ich życie. Nie powiedziałabym, że cierpię na nadmiar fantazyjności w życiu codziennym, ale korzystam z niezależności i nie staram się dostosować do którejś z grup, do których dobrze jest należeć w paryskim środowisku.

Gdy moja matka w wieku trzydziestu pięciu lat została wdową, zamknęły się przed nią wszystkie drzwi. Przedstawicielka burżuazji, której zmarły mąż kierował rodzinną firmą, stała się kobietą samotną, a więc dostępną i niebezpieczną. Skreślono ją z list gości na wszystkich kolacjach organizowanych przez pary należące do świata, w którym ona się wychowała. Początkowo matka cierpiała z powodu tej nagłej stygmatyzacji, później pogodziła się z losem. Przez całe dzieciństwo wbijała mi do głowy, że jest wolną kobietą. Myślę, że mocno na mnie wpłynęła, ponieważ oto jako trzydziestosiedmiolatka wiodę taki sam żywot jak ona w moim wieku: samodzielnie wychowuję córkę, praktycznie nie wychodzę z domu i jakoś się trzymam dzięki prawdziwym przyjaciółkom. Większość z nich, tak jak ja, nie ma już u swojego boku mężczyzny. A zatem przystosowałyśmy się, żeby radzić sobie z ich brakiem: wspieramy się, pomagamy sobie, dajemy sobie wskazówki i pilnujemy nawzajem naszych dzieci. Wszystkie żywimy nadzieję, że znajdziemy nowego towarzysza, dojrzalszego i bardziej odpowiedzialnego niż poprzedni, ale na ten temat zdania są podzielone: niektóre z nas niezłomnie w to wierzą, inne, te po przejściach, trwają w przekonaniu, że dzisiejszy mężczyzna to istota egoistyczna i wieczny nastolatek. Jeżeli mogę jeszcze raz odwołać się do przykładu mojej matki: w końcu spotkała Jeana. Potrafił sprawić, że była szczęśliwa, i zwrócił jej miejsce w społeczeństwie. Moje przyjaciółki twierdzą, że jestem bardzo pozytywną osobą, ponieważ nie przestaję ich zapewniać, że mężczyzn wokół nie brakuje. Łatwiej jest być optymistką w przypadku innych niż samej siebie…

Delphine jest moją najdawniejszą przyjaciółką i, jak mówiłam, więzi między nami nigdy nie osłabły, pomimo tych lat, kiedy z wielkim trudem mogłam zlokalizować ją na mapie świata. W tej chwili mieszka w domu rodzinnym, tym samym, w którym się urodziła. Jej rodzice, zapaleni narciarze, zginęli w lawinie, podczas gdy ona przebywała za granicą. Kiedy wróciła do domu rodziców, sama z dwójką dzieci, bracia i siostry zaproponowali, żeby się tam osiedliła, dopóki nie ułoży sobie życia. Minęły lata i Delphine wciąż myśli o tym, żeby się przeprowadzić, chociaż rodzeństwo niczego takiego od niej nie wymaga. Każdy przyjeżdża na wakacje, kiedy mu się podoba, i wszystkich uspokaja świadomość, że dom jest zamieszkany. Ale Delphine uważa, że dość już nadużyła dobroci rodzeństwa, a obecnie czuje się na siłach, żeby zamieszkać we własnym domu. Dlatego w czasie weekendu zamierzamy odwiedzić nieruchomości na sprzedaż w Nanteuil i okolicznych miejscowościach.

Siódma trzydzieści. Jestem prawie gotowa. Budzę Adèle, która burczy i rozpaczliwie czepia się poduszki. Odkrywam ją i podaję jej ubrania, a ona na nowo zagrzebuje się pod pierzyną. Wychodzę z pokoju, żeby dyplomatycznie uniknąć pierwszego incydentu tego dnia. Jak radzą sobie matki, które mają więcej dzieci?

Ósma. Oznajmiam Adèle, że zostało jej tylko pięć minut na zjedzenie kanapki, która leży nietknięta tuż przed jej nosem od siódmej pięćdziesiąt.

– Nie jestem głodna.

– Nie ma mowy, żebyś poszła do szkoły z pustym żołądkiem.

Piękne zdanie, autorytatywny ton, który kiepsko skrywa moją niezdolność do bycia skuteczną.

Ósma piętnaście. Za późno, trzeba się zbierać.

– Adèle, wstań, idź umyj zęby, włóż adidasy i idziemy.

– Ale, mamo, nic nie zjadłam, jestem głodna!

W drodze do szkoły się rozluźniam, Adèle rozśmiesza mnie nieprawdopodobnymi opowieściami i plotkami na temat innych dzieci. Cieszymy się na wyjazd do Delphine, na zmianę powietrza i czekające nas radosne chwile.

– Do zobaczenia wieczorem, serduszko.

– Do zo, mami.

To okropne słówko, którym zwraca się do mnie od kilku tygodni…

Moje dni w pracy zdominowały: stres, histeria, szefowie wiecznie szukający problemów, które my, podwładni, mamy rozwiązać – tak jakby w kolejce nie czekały na załatwienie inne sprawy: średnio pilne, pilne i niezwykle pilne. Moja najważniejsza przełożona uważa, że każda wychodząca od niej prośba powinna być natychmiast spełniona, i co dziesięć minut wysyła nam maila, żeby zapytać o postępy w sprawie.

Pracuję w wielkiej firmie zajmującej się sprzedażą wysyłkową, gdzie marketing jest królem, a benefity pracownicze lecą na łeb, na szyję. Należę do działu redakcyjnego, mam za zadanie tworzyć opisy różnorodnych produktów, które sprzedajemy, i wymyślać slogany, dzięki którym klienci zapragną je kupić. Oferujemy wszystko: od mebli ogrodowych, poprzez akcesoria dla zwierząt i ubrania, po zmywarki. Moja bezpośrednia zwierzchniczka, Véronique, to mistrzyni marketingu, jedna z tych obdarzonych nerwowymi tikami wysokich kapłanek około pięćdziesiątki, których ulubionym sportem jest sprzeciwianie się wam, nawet jeśli wygłosiliście dokładnie tę samą opinię co ona.

Co jakiś czas zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że tu wylądowałam, ja, która skończyłam studia humanistyczne. Jako młoda studentka byłam przekonana, że świetnie nadam się na nauczycielkę francuskiego. Ale im byłam bliżej końca studiów, tym bardziej czułam, że minęłam się z powołaniem. W życiu nie udałoby mi się zapanować nad klasą nastolatków. Zadowoliłam się więc biznesem. Czy postąpiłam słusznie? Z perspektywy osoby doświadczonej uważam, że to świat często toksyczny, w którym nigdy nie wolno pokazać swojej prawdziwej osobowości: trzeba ukrywać swoje zalety, żeby nie wzbudzać zazdrości, maskować wady, żeby uniknąć ataków. Biznes to wielkie przedstawienie, w którym bardziej opłaca się grać komedię, na wszystko się zgadzać, starać się, by o tobie zapomniano, ryzykując, że samemu zapomni się, kim się jest. To maska, którą zakładam każdego ranka, żeby stawić czoło bezpośredniej przełożonej. Ale może przyjęłam złą strategię?

W marketingu widuje się wiele kobiet w wieku około dwudziestu pięciu lat, pięknych, dynamicznych, ambitnych. Tak zaczynają błyskotliwą karierę. W rzeczywistości są dużo sprytniejsze niż my, kobiety z poprzednich pokoleń: na ich palcu szybko zakwita wielki pierścionek zaręczynowy, po nim zjawia się obrączka, a później idą na urlop macierzyński, który przedłuża się, a nawet zmienia w urlop rodzicielski, zależnie od sytuacji małżonka. Ja i moja przyjaciółka Chloé, która pracuje w innym dziale, przeanalizowałyśmy sytuację: te dziewczyny wszystko zrozumiały. Podczas gdy my poświęciłyśmy życie pracy, nigdy nie licząc nadgodzin i nie protestując przeciwko marnym pensjom, stoicko znosząc brak uznania ze strony naszych szefów, dziewczyny, które dziś wkraczają w życie zawodowe, mając dziesięć lat mniej niż my i zerowe doświadczenie, wiedzą, jak się sprzedać, dobrze negocjują wynagrodzenie i znajdują czas, by żyć. Żadna nie daje się wyzyskiwać tyranicznemu zwierzchnikowi, nie, to nasza dola. Nowe pokolenia mają tylko jedną dewizę: korzystać z życia i wszystkiego, co ono oferuje.

Piątek to dzień spotkania zespołu, któremu przewodniczy moja szefowa. Véronique w szczegółach tłumaczy nam pomysł, na który wpadła i który przedstawiła dyrektorowi, ten zaś gorąco jej pogratulował. Jestem zdegustowana: mowa o projekcie, który zaproponowałam na początku tygodnia, a ona odrzuciła go ze swoją wielce charakterystyczną miną oscylującą między obojętnością a pogardą. Powinnam się była już przyzwyczaić, cały czas mi się to zdarza – być niemile zaskoczoną.

W porze obiadu spotykam się w biurowej kafeterii z moją przyjaciółką – zachwycającą trzydziestodwuletnią singielką, matką dwójki dzieci. Chloé jest brunetką o czarnych oczach, biją z niej promienna uroda i szczerość, która przysporzyła jej wielu zmartwień i tyluż wrogów, zwłaszcza wśród rodzaju żeńskiego. W tej chwili Chloé zafiksowała się na punkcie wysokiego gamonia ze swojej ekipy, niezgrabnego mężczyzny o posępnej twarzy. Jest zaślepiona do tego stopnia, że uważa go za niezwykle seksownego. Moja przyjaciółka ma obsesję na punkcie starzenia się i regularnie zwierza mi się ze swoich lęków.

– Wiesz, że w wieku trzydziestu dwóch lat komórki już się nie regenerują? Nic dziwnego, że Denis mnie nie chce. Jestem paskudna, zostanę sama do końca moich dni.

– Chloé, jesteś piękna jak marzenie, a ja mam trzydzieści siedem lat. Więc pozwól mi wierzyć, że mając czterdziestkę na karku, wciąż jest się kobietą, a nie raszplą. I naprawdę, ocknij się! To Denis wygląda jak stary zgred, nie ty.

W ten weekend Chloé wybiera się z dziećmi do swojego ojca, z którym, jak mówi, absolutnie się nie dogaduje. Zastanawiam się, po co tam jedzie. Ja straciłam swojego, gdy miałam pięć lat, więc problemy w relacji ojciec–córka stanowią dla mnie zagadkę. Niebo czy piekło. Nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie ma szczęście.

Muszę dziś wyjść wcześniej, żeby nie spóźnić się na pociąg. Wkładam płaszcz, gdy nagle pojawia się Véronique, jak każdego dnia tuż przed końcem pracy, żeby podzielić się ze mną jakąś ważną nowiną. To nie jest dobry moment. Popycham drzwi open space’u, który dzielę z trzema współpracownikami, i przestępuję próg.

– Véro, muszę złapać pociąg. Pogadamy o tym w poniedziałek! Miłego weekendu!

Véronique stoi z otwartymi ustami. Wygląda jak mała zagubiona dziewczynka, którą porzucili rodzice.

Przy wyjściu ze szkoły Adèle rzuca mi się w ramiona, jak wtedy, gdy chodziła do przedszkola. Czyżby zapomniała o godności prawie-nastolatki? Ostatnimi czasy, kiedy przychodzę ją odebrać, spogląda na mnie ze zblazowaną miną, wręcza mi swój plecak i odwraca się z powrotem do koleżanek. Ach, weekendy w Nanteuil potrafią zmienić wszystko.

2

Delphine, Tim i Clémentine stoją na peronie dworca w Saint-Maixent. Ich promienne uśmiechy natychmiast dodają nam energii. Wsiadamy do wielkiego samochodu przyjaciółki, a ja biorę głęboki wdech, moje ciało się rozluźnia, pożeram oczami każdy centymetr krajobrazu. Jestem u siebie. Odżywam.

Dom należący do rodziny Delphine jest bardzo piękny. Wspaniała fasada z odkrytego kamienia, pnąca glicynia, białe okiennice. W środku prędko rozpalamy ogień w kominku i siadamy wokół ogromnego drewnianego stołu w dużej kuchni. Dzieci toczą boje na ławach, śmieją się, klaszczą w dłonie. Będą spały razem, jak zwykle, w przestronnym pokoju Clémentine. We troje żyją własnym życiem, bawią się i spiskują, podczas gdy Delphine i ja możemy w spokoju rozmawiać. Tego wieczoru ustalamy ogólne plany na weekend. Nazajutrz targ w Saint-Maixent, następnie nieodzowna wizyta u mojego ojca na cmentarzu w Nanteuil. Później spacer po lesie i zbieranie kasztanów. W niedzielę podwieczorek u Laure, która świętuje swoje trzydzieste szóste urodziny. Laure w dzieciństwie również mieszkała w Nanteuil i była bliską przyjaciółką Delphine. Widywałam się z nią za każdym razem, kiedy przyjeżdżałam do dziadków, a później do Delphine. Laure, która już wtedy przerastała nas o głowę, przyłączała się do nas, gdy tylko mogła, lecz jej rodzice byli tak surowi, że nieczęsto dostawała zgodę na wychodne. Uwielbiałam te chwile, zawsze zbyt krótkie, kiedy pozwalano jej pójść z nami. Jej wyobraźnia była nieograniczona i Laure zawsze potrafiła wywołać w nas śmiech. Nie rozumiałam jej rodziców. Laure była uroczym dzieckiem, niezwykle spokojnym i posłusznym. Czemu więc nie pozwalali jej się z nami bawić?

Odkąd regularnie wracam do Nanteuil, znów często ją widuję. Teraz stała się i moją przyjaciółką, bardzo drogą mojemu sercu. Laure jest szczodrą kobietą o szczerym charakterze, darzę ją wielkim podziwem. Ja i Adèle przyjechałyśmy tu w ten weekend właśnie po to, by uczcić jej urodziny.

Kiedy dzieci leżą już w łóżkach, moja przyjaciółka wyjmuje komputer. Jestem ogromnie zdziwiona, kiedy tłumaczy, że zarejestrowała się na portalu randkowym. Ja, która sądziłam, że miłość do Paula powstrzymuje ją przed najmniejszym krokiem do przodu, jestem zachwycona, widząc, że zrobiła całkiem wielki krok. I mimo że z początku mam wątpliwości co do jej motywacji, szybko pojmuję, że traktuje sprawę poważnie, kiedy wyjaśnia, że stworzyła ścisły i precyzyjny opis swojego przyszłego amanta.

Mój entuzjazm słabnie, gdy pokazuje mi męskie profile w serwisie. Bo czemu nie? Mężczyzna z katalogu w abstrakcyjnym ujęciu wydaje się niemal kuszący. Ale gdy kolejne zdjęcia przesuwają się przed moimi oczami, gdy patrzę na nieatrakcyjne, często napięte twarze, ogarnia mnie zwątpienie. Delphine jest taka olśniewająca! Harmonijne rysy, piękne czarne włosy i duże zielone oczy…

– Jak zamierzasz wyłuskać stamtąd tego jedynego?

– Nie martw się, mam poważny trop. Muszę ci pokazać jego fotkę. Lubi konie, jak ja, ma własną firmę budowlaną i jest po rozwodzie. Nie tak źle! Och, zobacz, usunął zdjęcie… Widzisz, zrobił to dla mnie! Wycofuje się z giełdy.

– Co ty gadasz!

– Ale to nic w porównaniu ze stronami, na których kobiety łowią facetów albo wyrzucają ich z powrotem do wody.

– No to po co dalej szukasz, skoro już zdecydowałaś się na tego gościa?

– Na tym etapie nie mam żadnej pewności. Obiecaliśmy sobie, że się spotkamy, ale nie umiemy wyznaczyć terminu. A jeśli mi się nie spodoba? Pozostaję otwarta, w ten sposób nie stracę czasu.

– Nie za bardzo uzależniłaś się od tej swojej strony?

Delphine się śmieje. Poddaję się i idę się położyć, podczas gdy ona, na wpół leżąc na schodach (wi-fi łapie w dość nieprawdopodobnych zakątkach tego domu), w dalszym ciągu przegląda katalog na stronie i sprawdza, kto odwiedza jej profil, a także – czy piękny Hom43 zostawił jej wiadomość.

Z bagażnikiem po brzegi wypchanym zakupami samochód Delphine zatrzymuje się przed małym cmentarzem w Nanteuil. Wszyscy pięcioro wysiadamy. Zabawnie jest pomyśleć, że ten rytuał, który należał tylko do mnie, przejęła moja córka, ale też Delphine oraz jej dzieci. Wszyscy wiedzą, gdzie znaleźć grób człowieka, którego Adèle nazywa dziadkiem Victorem, choć nigdy go nie poznała. Mój ojciec zmarł, mając trzydzieści pięć lat. Przekroczyłam ten wiek. Pamiętam, że kiedy go osiągnęłam, przez cały tamten rok czułam nieustającą bliskość śmierci, jakbym ja również miała zniknąć z dnia na dzień. Dotarłam do swojej granicy.

Adèle i Clémentine popychają siatkową furtkę jak stałe bywalczynie i wspinają się alejką. Idziemy za nimi. Cmentarz jest w całkowitej ruinie. Płyty nagrobne się poprzewracały, groby zniszczały i porosły mchem. Teren, bardzo nachylony, zupełnie się osypuje. Pamiętam uroczy cmentarzyk z mojego dzieciństwa, kiedy przychodziłam tu z moją babcią i siostrą, żeby położyć kwiaty. Kwiaty… Dziwne, na pomniku leży czerwona róża. Mój mózg wykonuje intensywną pracę przypominania sobie i kojarzenia.

– Powiedz, Delphine, kiedy przyszłyśmy tego lata, nie leżała tam już czerwona róża?

– Nie mam pojęcia…

– Myślisz, że to ta sama?

– Jasne, że nie. To niemożliwe.

Patrzymy na siebie. Skoro to nie ja, to kto? Na dodatek ten ktoś jedną różę już tu wcześniej położył. Bo teraz jestem pewna, że była tutaj w sierpniu, a ja się nią nie przejęłam, przekonana, że sama przyniosłam ją poprzednim razem. Podświadomy sposób wyjaśnienia tej dziwnej sytuacji.

Nasze wyobrażenia i spekulacje kłębią się chaotycznie i natrętnie.

– Jakaś admiratorka? – sugeruje Delphine.

– Kochanka? Musi być miejscowa.

– Mało wiarygodne. Twój ojciec nie żyje już od dawna.

– Ale sama przyznaj, że to dziwaczne.

– A może zostaw liścik? Włożysz go do foliowego woreczka i wsuniesz pod dekorację?

Nagle ogarnia mnie strach. Nie jestem pewna, czy mam ochotę wiedzieć więcej na temat nieznajomej. Moje dzieciństwo już zostało naznaczone gwałtownym odejściem ojca, bolesną stratą w rodzinie. A jeśli rzeczywistość była jeszcze gorsza? Nie. Wystarczy. Później to wszystko przemyślę.

Na szczęście dzieci się wiercą, to oznaki zniecierpliwienia. Adèle znowu zaczyna ze swoimi osobliwymi pytaniami na temat śmierci i proponuje Clémentine, żeby wyruszyły na polowanie na wampiry. Czas się zbierać.

Wyposażeni w duże koszyki, w kaloszach na nogach, jesteśmy gotowi na wyprawę do lasu i zbieranie kasztanów. Adèle i Clémentine otwierają pochód, Tim trzyma się blisko nas. Chce porozmawiać. O swoim ojcu. Brakuje mu Paula i bez przerwy martwi się o niego, że podąża w najbardziej niebezpieczne zakątki świata. Śnią mu się koszmary, Delphine czuje się bezsilna.

– Tim, jeżeli chcesz, spotkamy się z kimś, komu będziesz mógł wszystko opowiedzieć, i to zostanie między wami, ten ktoś nikomu niczego nie powtórzy.

– I sprowadzi tatę do domu?

Rzuca matce ponure spojrzenie i oddala się od nas.

– Widzisz, Paul nadal żyje tak, jakby nie miał dzieci, i to ja muszę się uporać z ich kryzysami, ich lękami, z wszystkimi ich niepokojami i – brakiem ojca. Jestem tu dla nich, a wydaje się, jakbym to ja była winna.

– Myślisz, że pewnego dnia Paul nabierze ochoty, żeby wrócić?

– On? Umrze z aparatem w ręku.

– Poślubiłaś idealistę. Między innymi dlatego tak go pokochałaś. Paul wypełnia swój zawód niczym misję albo powołanie, prawda?

– To go wcale nie usprawiedliwia. Naprawdę mam mu za złe. Mogliśmy być szczęśliwi, wszyscy czworo. Ale zapewniam cię, teraz jestem gotowa kogoś poznać, chcę się zakochać.

– A gdyby Paul wrócił?

– Ani przez sekundę w to nie uwierzę. A poza tym już za późno. Dogłębnie mnie zranił.

Trudno mi uwierzyć, że moja przyjaciółka by się nie złamała, gdyby Paul zaproponował, że zamieszka z nią i z dziećmi. Nie sposób mu się oprzeć. I nie mówię tego tylko dlatego, że jest niezwykle pociągający. Nie, Paul to człowiek wyjątkowy. Z narażeniem własnego życia broni szlachetnych spraw, z inteligencją i hojnością, zachowując podziwu godną skromność. Dla każdego ma zawsze dobre słowo, jego śmiech jest zaraźliwy i szczery. Jestem przekonana, że w ciągu jednego życia nie można spotkać dwóch takich jak on.

– Dobra, możemy zmienić temat? – Delphine przerywa bieg moich myśli. – A ty, na czym stoisz, jeśli chodzi o miłość?

– Och, ja jestem teraz kłótliwą starą panną, to przegrana sprawa! Poświęcam się mojej córce. A ponieważ nigdzie nie wychodzę, nikogo nie spotykam…

– W takim razie, kiedy wrócimy do domu, zapiszę cię na moją stronę!

– Ach, nie! To nie dla mnie, straszny ze mnie cykor.

– Dlaczego?

– Za bardzo bym się bała, że trafię na jakiegoś wariata. A poza tym cały ten system, randka z nieznajomym wybranym na podstawie profilu, sama nie wiem…

– Prawdę mówiąc, wykupiłam Laure, na spółkę z jej siostrą i jeszcze jedną koleżanką, Claire, którą poznasz jutro, półroczną subskrypcję na moją stronę. Myślisz, że to z mojej strony nadużycie? Że trochę na nią naciskam?

– Znając ją, uważam, że to pieniądze wyrzucone w błoto, ale może się mylę. Te rzeczy przyciągają więcej ludzi, niż można by się spodziewać.

Przerywają nam Clémentine i Adèle.

– Hej! – krzyczy Clémentine (gdy są razem, nasze córki tracą zdolność porozumiewania się z naturalną głośnością). – Nie chcemy zbierać kasztanów same, co to za pogaduchy?

Adèle się śmieje i rzuca w moje ramię łupiną.

– Adèle, przestań!

– Przecież tylko się wygłupiam…

Las jest piękny, przez gałęzie przesącza się jeszcze kilka promieni słońca. Ja i Adèle sycimy oczy widokiem grzybów, pni pozieleniałych od mchu, cieszymy się zapachem ziemi i opadłych liści. Często marzę, by rzucić wszystko i przenieść się tu, na wieś. Znaleźć prostą, mniej stresującą pracę, prawdopodobnie mniej stymulującą i gorzej płatną, ale bardziej ludzką. Ostatecznie, czy to naprawdę takie interesujące harować w firmie, gdzie ludzie nieustannie toczą wojnę, okłamują się, nie okazują sobie nawzajem szacunku i myślą wyłącznie o własnej skórze? To dżungla, otóż to, pracuję w dżungli. Myślę też o szkole mojej córki, gdzie troje ośmiolatków ukradło pieniądze rady nauczycieli i rodziców z gabinetu dyrektora. Pierwszy skok w wieku ośmiu lat. Domyślam się, że stoją za tym starsi bracia, ale nie zmienia to coraz bardziej ogarniającego mnie wrażenia, że dzieciństwo mojej córki już minęło, i czuję strach… Nie mogę dłużej znieść myśli, że każę córce dorastać w tym środowisku przemocy. Boję się o jej niewinność, o jej przyszłość, niepokoję się, co może jej się przytrafić. Więc chcę ją stamtąd zabrać.

Adèle bierze mnie za rękę.

– W porządku, mami?

Uśmiecha się do mnie tym swoim ogromnym zachwyconym uśmiechem, marszcząc nos i odsłaniając piękne zęby, a potem ucieka, zanim usłyszy odpowiedź.

Wieczorem przed kolacją dzwoni Paul. Słyszę, jak Delphine się denerwuje, później to Tim przejmuje aparat, mówi trzeźwo, niemal chłodno. Czy usiłuje okazać ojcu dystans, czy też sprawić, by uwierzył, że jego syn jest silny i bardzo dobrze znosi niekończącą się rozłąkę? To dziecko, piękne i smutne, tak poważne, skłania mnie do rozmyślań o mojej starszej siostrze – w wieku dziesięciu lat musiała pomagać matce w opiece nad rodziną, która wraz ze śmiercią ojca skurczyła się do trzech osób. Moja duża siostra stała się wszystkim naraz: moją małą matką albo moim małym ojcem. Do tego stopnia, że zapomniała o samej sobie.

Clémentine wyrywa słuchawkę z rąk brata. Śmieje się, krzyczy, opowiada, jak minął jej dzień, później nagle jej twarz się zmienia i dziewczynka wybucha płaczem. Jak Delphine daje sobie z tym wszystkim radę?

Przyjaciółka bierze mnie na stronę.

– Zgadnij co, wyjeżdża do Jemenu. Powinnam była się tego spodziewać, wygląda na to, że mają tam piekło, jak w Syrii, więc czemu miałby sobie tego odmówić? Dobra nowina jest taka, że wcześniej zajrzy zobaczyć się z dziećmi, weźmie je na kilka dni, jeżeli będzie mógł.

– Porozmawiasz z nim o Timie?

– To się na nic nie zda. Myślisz, że coś zrobi? Nie zrezygnuje z nowej misji. Powie mi, że wzbudzam w nim poczucie winy i że zawsze był ze mną szczery. Oszczędzę sobie cierpienia i sama zajmę się moim synem, jak zwykle. No dobrze, poczekaj tylko, przygotuję ci mój nowy ulubiony koktajl, będziesz zachwycona.

Delphine i ja odnajdujemy uśmiech, napychamy się słonymi przekąskami i wychylamy dwa koniaki ze schweppesem. Delphine mogłaby być barmanką, ma talent do robienia koktajli. Śmiejemy się do rozpuku, przywołując wspomnienia z wakacji w Nanteuil. Obowiązkowe wizyty u starej kuzynki (czyjej? tego już nie pamiętamy!) Valentine, która z zębatym uśmiechem zmuszała nas do kosztowania miodowych cukierków przeterminowanych od co najmniej półwiecza. Albo kuzyn (mojego ojca, to akurat pamiętamy) Marcel. Do jego domu babcia zakazała nam chodzić, ponieważ był zapchlony. Kuzyn ojca walczył na wojnie, chyba w trzydziestym dziewiątym, a może na jeszcze poprzedniej… kto to wie – wyglądał na jakieś sto lat – i żył w swoim wielkim domu jak pustelnik. Nigdy nie weszłam do środka. Śmiejemy się, zapominamy o upływie czasu, o dzieciach, którym wciąż nie zrobiłyśmy kolacji i które zniknęły na wyższych piętrach, w swoim świecie. Oto wieczór u Delphine, wieczór, który dodaje mi sił, ładuję tu moje akumulatory.

3

W niedzielę rano budzę się z dziwnym uczuciem. Śnił mi się ojciec. Był taki jak przed śmiercią, wciąż młody i czarujący, minął mnie z jakąś blondynką uczepioną jego ramienia i trójką dzieci ciągnącą się za nimi. Nawet mnie nie rozpoznał. Wyglądał na szczęśliwego, tworzyli harmonijną rodzinę, a mnie ścisnęło się gardło. Chciałam krzyczeć, zatrzymać go, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk, a oni zniknęli za rogiem ulicy.

Później, pod prysznicem, jeszcze raz odtwarzam w głowie cały sen. Wraca do mnie obraz róży z cmentarza. Jak mogę się dowiedzieć? I czy tego chcę? Kiedy byłam dzieckiem, często marzyłam, czy to we śnie, czy na jawie, że ojciec nie umarł, ale zostawił nas, by żyć innym życiem, z inną rodziną. Co ciekawe, ta róża na nowo wywołała we mnie ten lęk czy fantazję. Co więcej, jako dziecko czułam, że potrafię mu wybaczyć, lecz chciałam, żeby zabrał nas do siebie.

Delphine siedzi po turecku na podłodze z plecami przyklejonymi do drzwi wejściowych. Patrzy w komputer. Wita mnie okrzykiem zwycięstwa:

– Zostawił mi wiadomość, zobaczymy się! Wreszcie! Zaraz napiszę mu moje wolne terminy w przyszły weekend. Genialnie!

Dzieci tkwią przytulone do siebie na kanapie i rzucają mi posępne, obojętne spojrzenia, nim znów zagłębią się w kreskówce. Napychają się płatkami i kanapkami. Adèle, która w domu nigdy nie chce jeść, z radością się obżera.

Po śniadaniu Delphine zabiera mnie na wycieczkę samochodem po okolicznych miasteczkach. Ależ mam ochotę poszukać tu domu. Posiadłości, obok których przejeżdżamy, są piękne, często skryte wśród gęstej roślinności za drewnianą bramą.

– Najładniejszy zostawiłam na koniec. Spójrz, jest ogromny! Musiałabym wziąć kredyt na… pięćdziesiąt lat, żeby go kupić.

Przed nami na szczycie wzgórza wznosi się olbrzymi dom. Wielka, bardzo stara budowla, najpóźniej z siedemnastego wieku, surowa, o licznych wąskich oknach rozmieszczonych w równych rzędach. Stoi w samym środku majestatycznego bujnego ogrodu.

– A gdybym kupiła go na pół z tobą?

Słowa wydobywają się z moich ust, zanim zdążę się zastanowić. Nie wiem, czemu to powiedziałam. Czy z powodu chęci, by wszystko rzucić i przenieść się tutaj? To niemożliwe. Po pierwsze, nie mam żadnych oszczędności, a poza tym najpilniejsza sprawa to zmiana dzielnicy, żeby zapewnić lepsze życie mojej córce. A spokojniejsza dzielnica, o ile takie jeszcze istnieją, oznacza wyższy czynsz. A zatem pożyczka na kupno domu to utopia.

Delphine mi się przygląda.

– Mówisz poważnie?

– Nie wiem, jakoś tak mi przyszło do głowy. Wiesz, jak bardzo chciałabym tu mieszkać…

– To byłby piękny plan, miałybyśmy ogromny dom, wielki ogród, szczęście!

Późnym rankiem wszyscy pakujemy się do auta, kierunek: dom Laure położony w sąsiedniej miejscowości. Kupiłam butelkę szampana, a Delphine zapas urodzinowych świeczek. Zastanawiam się, jaką minę zrobi Laure, kiedy otrzyma w prezencie sześciomiesięczny abonament…

Laure należy do tych nielicznych kobiet, którym udało się zachować wszystkie zalety, które posiadały jako dzieci. Jest najserdeczniejszą kobietą, jaką znam, i ma w sobie całkowicie naturalną dobroć: nie robi tego celowo, nie musi wkładać w to żadnego wysiłku, jest kochana. Pamiętam ją jako ośmioletnią dziewczynkę, która, gdy przychodziła się z nami bawić, przynosiła nam piękne prezenty własnej produkcji lub kawałek ciasta upieczonego specjalnie dla nas. Delphine i jej dzieci, które kochają Laure jak dobrą wróżkę, zawsze mogą na nią liczyć. Kiedy moja przyjaciółka wylądowała w Nanteuil, smutna i krucha, Laure nie odstępowała jej na krok. Pomogła jej się zadomowić, często brała dzieci do siebie na weekend, zawsze otaczała je miłością. Pod względem fizycznym Laure jest imponującą kobietą. Bardzo wysoka, trochę zaokrąglona, o nieposkromionej grzywie rudych włosów i ogromnych orzechowych oczach; mówi silnym, nieco zachrypniętym głosem (który uważam za bardzo seksowny), zaś jej zaraźliwy śmiech jest niezwykle donośny. Zawsze się dziwię, że ta wyjątkowa kobieta wciąż jest panną. Nie ma też dzieci i żyje wyłącznie dla swoich koni. Dwa lata temu Laure odważyła się radykalnie zmienić swoje życie. Pracowała w dziale kadr jednego z lokalnych przedsiębiorstw. Tak jak Delphine, od dzieciństwa żywiła ogromną pasję do koni. Kiedy więc zaprzyjaźniony właściciel centrum jeździeckiego, gdzie prawie codziennie dosiadała wierzchowca, zaproponował jej stanowisko zarządczyni, skorzystała z okazji. Tylko jeden cień mąci nieskazitelny obraz całości: jej samotność.

Gdy docieramy na miejsce, czyli do starego jednopiętrowego domku Laure, jej siostra Iris już tam jest. Równie wysoka, o takiej samej ognistej czuprynie, ale o mniej intrygującej twarzy. Iris jest w ósmym miesiącu ciąży z mężczyzną, który porzucił ją, gdy tylko dowiedział się o dziecku. Po trudnym okresie wyszła z dołka i odnalazła pewną radość życia, podtrzymywaną przez wizję pojawienia się maleństwa. W chwili jego narodzin, tłumaczy nam, zamierza zrobić na swoim dziecku dobre wrażenie: chce, żeby poznało ładną, ciepłą i wesołą matkę, a nie osobę depresyjną i wycieńczoną życiem.

Iris i Laure olśniewają mnie siłą witalną. Gdy spotykam się z nimi, zawsze mam wrażenie, że wszystko da się rozwiązać, że każdą próbę można przetrwać. Chociaż tym dwóm wojowniczkom nigdy nie udało się rozkwitnąć w życiu osobistym. Czyżby miało to związek z ich tak szczególnym dzieciństwem, surowym i rygorystycznym wychowaniem? Gdy zadaję to pytanie Delphine, ze śmiechem odpowiada, że wygaduję bzdury. Te dziewczyny to dwie cudowne optymistki, które nie mają szczęścia, na jakie zasługują. Koniec kropka.

Pukamy do drzwi. Claire, zachwycająca blondynka koło trzydziestki, wchodzi, wołając: „Dzień dobry, dziewczyny! Cześć, Tim!”. Za nią trójka jej dzieci: najstarsza, dziesięcioletnia córka, siedmioletni syn i najmłodsza, czteroletnia, która wygląda jak miniaturka dobrotliwej starszej pani. Cała trójka nadciąga, rycząc i się przepychając. Dwoje najmłodszych rzuca się na psa i próbuje wdrapać mu się na grzbiet. Nawet Adèle wygląda na przerażoną tym całym hałasem i poruszeniem. Patrzy na mnie zdumiona i potrząsa głową. Jest taka śmieszna – ledwie chwilę temu zachowywała się tak samo!

Co za dziwne spotkanie, cztery kobiety bez mężów – Claire właśnie się rozwiodła – i mnóstwo dzieci, sześcioro, mówiąc ściślej, jeśli nie liczyć dziewczynki, która rośnie w brzuchu Iris. Wysyłamy dzieci do ogrodu, żeby się pobawiły, z wyjątkiem Tima i Inès, najstarszej córki Claire, którzy wolą zostać z dorosłymi. Inès, z głową opartą na ramieniu matki, podnosi czasem oczy, by spojrzeć na nią z miną pełną miłości i podziwu. Trzeba przyznać, że Claire ma w sobie cholerną charyzmę i prawdziwe piękno. Rozbawia nas swoimi opowieściami kobiety rozwiedzionej, mówi o swoim mężu, którego wystawiła za drzwi i który zdaje się niezdolny do radzenia sobie samodzielnie.

– Dobra, dziewczyny, wyjmijcie szampana, mamy dziś coś do uczczenia – oznajmia i posyła Iris porozumiewawczy uśmiech.

Pięć minut później dołączają do nas dzieci i siadamy wokół zastawionego stołu. Wierne swoim zwyczajom, Iris i Laure przygotowały jedzenia na dwadzieścia osób. Podczas gdy Delphine wtyka świeczki w ogromny tort, Claire atakuje korek szampana. Kiedy kieliszki są pełne, całe nasze zgromadzenie matek i dzieci intonuje „Sto lat”. Dzieci się przykładają, jak w szkole, matki śpiewają szyderczo i figlarnie. Adèle siedzi obok Tima, położyła mu dłoń na ramieniu, jakby chciała mu okazać szczególne uczucie. Uwielbia Tima, uważa go za swojego adoptowanego starszego brata, który jest dla niej taki dobry. I, nawet o tym nie wiedząc, często zachowuje się wobec niego z opiekuńczą czułością.

Te urodziny są tak hałaśliwe jak dziecięcy podwieczorek. Wszyscy mówią w tym samym czasie, Iris zarzuca siostrę dość wrednymi żartami. Widocznie jest to ich sposób bycia, bo Laure nie wygląda na urażoną.

– Dobra – ogłasza Delphine – teraz prezent. Proszę, to od nas wszystkich.

I wręcza Laure kopertę.

Kiedy ta odkrywa, co jest w środku, lekko się rumieni, a potem uśmiecha się do nas.

– Podoba ci się? – pyta Claire.

– Noo.

– Skorzystasz z tego, co?

– Możliwe.

– Och, no weź, zapisz się chociaż.

– Już wiem – odzywa się Claire – od razu stworzymy ci profil. Jazda, dzieciaki, zmiatajcie stąd, mamy tu coś do zrobienia.

Dzieci, z policzkami zaczerwienionymi z podniecenia, wkładają kalosze i znikają w ogrodzie.

– Wychodzi na to – mówi Delphine – że tylko Justine nie będzie miała konta. Jesteś pewna, że cię to nie kusi?

– Hej, ja też nie mam – zauważa Iris.

– Och, ale ty akurat jesteś w ciąży, nie można robić wszystkiego naraz.

Odwracam się do Claire i pytam, czy ona także się zarejestrowała na jakiejś stronie. Tak, wyjaśnia, ale jako lekarz ogólny nie chce, żeby jej zdjęcie krążyło po sieci i by pacjenci mogli ją rozpoznać.

– Jestem w sekcji dla VIP-ów – wyznaje. – To zamknięty, wyselekcjonowany klub w moim serwisie, można do niego dołączyć, tylko jeśli zaakceptują cię członkowie. W ten sposób czuję się chroniona.

– I spotkałaś kogoś ciekawego?

– Chyba żartujesz! Gdyby tak było, nie siedziałabym tu z wami! Och, wybacz, Laure, nie o to mi chodziło…

Laure wybucha szczerym, donośnym śmiechem.

– Mam wam opowiedzieć o moim największym fiasku? – ciągnie Claire. – Tępak, który tylko wyglądał na uduchowionego i zabawnego, i miłego. Umówiliśmy się na kolację. Mówił wyłącznie o swoich problemach z robotą i kasą. A na koniec oznajmił, że zapomniał karty i będę musiała zapłacić.

To tak żałosne, że ledwie mam odwagę się śmiać, lecz Claire opowiada tę historię z taką lekkością, że sobie na to pozwalam.

– Dziękuję, Claire, teraz jestem superzmotywowana, żeby się zapisać i poznawać mężczyzn – rzuca Laure.

– Przestań narzekać i siadaj do komputera, siostrzyczko. A więc, twój wygląd: jak ze snu, oczywiście.

Prawie godzinę zajmuje nam utworzenie profilu Laure i określenie kryteriów poszukiwanego przez nią mężczyzny. Myślę o mojej przyjaciółce Héloïse, która jest dziennikarką i od dziesięciu lat żyje z malijskim kucharzem. Gdyby zapisała się na portal randkowy, komputer nigdy nie połączyłby jej z jej chłopakiem. Niekompatybilni! Żadnego punktu wspólnego pod względem społecznym czy kulturowym, a nawet finansowym, a zatem żadnej szansy na nawiązanie kontaktu w internecie.

Kończymy ten piękny dzień długim spacerem po polach. Kiedy słońce powoli zachodzi, obserwuję naszą grupkę, te wspaniałe kobiety i te dzieci, z których żadne nie mieszka z ojcem, a które biegają, przepychają się i śmieją, jakby życie było takie proste. Adèle nie znosi spacerować. Doskonale wiem, że będzie chciała, żebym ją niosła, pomimo jej wieku. Kończy spacer przyklejona do mnie, całym ciężarem wspierając się na moim biodrze. Za dwie minuty skrzywi twarz w grymasie i powie, że okropnie boli ją noga. Claire wzięła swoją najmłodszą Manon na barana. Poczucie niesprawiedliwości u mojej córki rośnie z każdą minutą.

Aż nadchodzi pora, by udać się na dworzec. Jutro powrót do naszego paryskiego życia. Do małego kokonu, w którym żyją matka i córka, kokonu, który kocham, ale który nie powinien trwać wiecznie, dla dobra nas obu. Myślę o Claire, samej z trójką dzieci, wszystkimi obowiązkami domowymi i zawodowymi, i zastanawiam się, skąd czerpie odwagę, by wierzyć, że szukając mężczyzny przy pomocy komputera, znajdzie miłość.