Samotność we dwoje - Agnieszka Lis - ebook
Opis

Maja i Adam zawsze byli dla otoczenia parą idealną. Żadnych kłótni ani problemów finansowych, wszyscy zazdrościli im takiego życia i takiej miłości. Po latach, gdy w brzuchu nie trzepoczą już motyle, wspólne życie okazuje się nie tak proste. Kiedy Maja spędza kolejne dni w delegacji, Adam szuka pocieszenia w ramionach innej.

 

Czy podczas wspólnego urlopu z dala od codziennych problemów, coś jeszcze może się zmienić? Dlaczego związek, który jeszcze niedawno był spełnieniem marzeń, z biegiem czasu zmienia się w życie obok siebie? Czy warto w nieskończoność walczyć o miłość?

 

Samotność we dwoje to opowieść o oddalaniu się od siebie. Emocje Mai i Adama buzują, a przyszłość przynosi kolejne niespodzianki. Czy potrafią się jeszcze odnaleźć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 230

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agnieszka Lis, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Korekta: Maria Moczko / panbook.pl

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce: https://www.shutterstock.com/Volodymyr Tverdokhlib

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-7976-766-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Rozdział 1

Dużo się dzieje

Zbliżają się moje czterdzieste urodziny. To dobry czas na podsumowania. Nawet jeśli wnioski miałyby się okazać niewesołe.

Jestem takim sobie, przeciętnym facetem, niezbyt przystojnym ani ambitnym, i nawet nieszczególnie utalentowanym. Spokój był i jest moją religią. Cenię wygodę i lubię mieć pieniądze. Niekoniecznie wielkie pieniądze– raczej takie, żeby wystarczyło na wygodne życie i skromne przyjemności.

Zawodowych ambicji nie mam. Nigdy nie miałem. Po studiach zatrudniłem się w firmie serwisowej, gdzie zajmowałem się obsługą biura. I tak trwałem przez wiele lat. Owszem, podśmiewali się ze mnie, że jestem sekretarką. Mówiłem wtedy, że nie sekretarką, a sekretarzem i że podtrzymuję przedwojenne tradycje.

Przy okazji, choć w tajemnicy, nauczyłem się naprawiać pralki i lodówki. Nie wiem po co ani dlaczego. Za to zrobiłem to metodycznie. Nakupowałem podręczników i gruntownie je przestudiowałem. Teorię łatwo mi było podeprzeć praktyką. Buszowałem od niechcenia po warsztacie– tu coś podejrzałem, tam o coś zapytałem– i jakoś tak mimochodem stałem się ekspertem od zepsutych sprzętów AGD. Nie zamierzałem ich naprawiać, bo nie znoszę babrać się w smarach i kilkuletnim kurzu. Wystarcza mi myśl, że umiem i mógłbym.

Wogóle jestem metodyczny i lubię, gdy wszystko jest poukładane: praca, dom, żona. Trudno przejść przez życie bez zawirowań, ale w sumie chyba osiągnąłem pełnię. Zarabiam o wiele lepiej, niż chciałem. Jestem kierownikiem ze sporym zespołem ludzi. Poukładałem sprawy tak, że toczą się bez mojego większego wysiłku. Jestem doceniany, prezes patrzy na mnie łaskawym okiem. Mam dom z ogrodem, w domu– spokój, inteligentną żonę. Życie jest dobre. Nie zawsze takie było.

Mam też nową pasję– szusowanie po ośnieżonych trasach. I kłopot, który uwielbiam. Kochankę, która, jak narkotyk, dodaje mojemu uporządkowanemu życiu pikantnego smaku szaleństwa– niby wiem, że jest złem, ale nie zamierzam się z niego leczyć.

Wracając do nart, a właściwie– nart!– wykrzyknik jest niezbędny, tak mi się ten sport podoba. Dopiero zaczynam, ale czuję, że to jest to. Zaprzyjaźniłem się z facetem, który od lat każdą wolną chwilę spędza na nartach. Przekonał mnie, żebym i ja spróbował. Wiedział szelma, co robi. Wciągnął mnie i teraz jest to już nasza wspólna pasja.

Tak… Mógłbym powiedzieć, że dobrze się dzieje. Wszystko toczy się tak, jak należy. Czy jednak? Chyba mam drobne wątpliwości. Być może dlatego nabrałem ochoty, by opisać wydarzenia, które mnie tu doprowadziły, w to miejsce mojego życia. Dla mnie to były burzliwe zdarzenia. A słowo pisane pomaga znaleźć odpowiedzi.

Dziś rano na wystawie księgarni zobaczyłem pięknie oprawiony gruby zeszyt.

Doskonale– pomyślałem wtedy, bo lubię eleganckie, piękne rzeczy. Uznałem, że jest to brulion wart zapełnienia.

Cóż… Zaczynam.

Rozdział 2

Marianna

Jest luty dwa tysiące piątego roku. Tkwię w biurze serwisu AGD-RTV i po ośmiu godzinach niezbyt męczącej pracy wracam do pustego domu. Moja żona, Marianna, dla mnie i znajomych Majka, robi zawrotną karierę w korporacji. Zajmuje się handlem. Dla kontrastu– ona jest dynamiczna, wiecznie zabiegana, zajęta swoimi sprawami. Wraca wieczorem i na ogół pada ze zmęczenia. Często wyjeżdża w delegacje, na jakieś kursy czy konferencje. Bywa, że i weekendy spędza poza domem. I ciągle awansuje. Co chwilę wskakuje na bardziej odpowiedzialne i lepiej płatne stanowisko.

Jest piękna i bardzo mnie pociąga, no i świetnie gotuje. Raczej powinienem napisać: potrafi gotować. Rzadko to robi, nie ma na to czasu. Kocham moją żonę i jej ciągła nieobecność zaczyna mi doskwierać. Ostatnio nawet już ze sobą nie rozmawiamy. Nie mamy kiedy. Wymieniamy szybkie komunikaty w przelocie między kuchnią a łazienką albo krótkie uwagi przed telewizorem. To dobrze niewróży.

Rozdział 3

Wolę spokój

Bardzo źle znoszę niespodzianki mojej żony. Jej energia i entuzjazm czasem wręcz wytrącają mnie z równowagi. Burzą mój bezcenny spokój.

Tego dnia Marianna wpadła do domu i, nieomal potykając się o mnie, zawołała:

– Adaś, jesteś?

– Nie, nie ma mnie.– Mój sarkazm brał się z faktu, że zawsze byłem w domu, gdy wracała z pracy. Poza tym natychmiast zwietrzyłem jakąś „bombę”.

– To dobrze. Mam niespodziankę.– Była rozpromieniona, podekscytowana i nie zwracała na mnie uwagi.

– Mam nadzieję, że mnie nie porazi.– Bardzo chciałem nie być szyderczy, pewnie dlatego zabrzmiało to bojaźliwie.

– Na odczepnego kupiłam los w naszej firmowej loterii. Charytatywny cel, więc kupiłam ich kilka. Nawet nie wiedziałam, jakie są nagrody, w ogóle się tym nie interesowałam. Kupiłam losy i zapomniałam. I wygrałam! Adam, wygraliśmy! Dwa tygodnie w Chorwacji!!!

– Majeczko, jest luty, nie ma upału! Skąd u ciebie udar?– Lęk, trwoga, drwina, nadzieja, że jednak nie? Nie mogłem się zdecydować.

– Adam, naprawdę!

Zaczynałem wierzyć. Ja to mam szczęście! Ktoś może skakałby z radości– a ja mam problem. Nie cierpię wyjeżdżać. Nienawidzę wyjeżdżać! Wolałbym przesiedzieć urlop w domu.

– Opowiedz.– Starałem się ukryć rezygnację.

Marianna była rozpromieniona. Słuchając, po raz kolejny zdałem sobie sprawę, jak bardzo uwielbiam moją żonę. A nawet jej narwane pomysły. Po prostu– kocham ją. Dla niej mogę się tłuc na koniec Europy.

Okazało się, że to nie żart. Chorwacja, dwa tygodnie na początku września. Hotel do wyboru spośród kilkudziesięciu, kilkuset różnych, rozrzuconych po całym chorwackim wybrzeżu. Zaraz po sezonie, gdy będzie mniej ludzi, a jeszcze ciepło. Wizja lazurowego Adriatyku nawet mnie wydała się kusząca, szczególnie na tle lutowej szarugi. Po kolacji, którą podałem bez pomocy Majki i którą ona ledwie zauważyła, usiedliśmy do internetu i zaczęliśmy przeglądać ofertę hoteli.

Czego tam nie było! Molochy i kameralne pensjonaty na dziesięć pokoi. Latarnie morskie na cztery osoby z domową kuchnią żony latarnika. Po dwóch godzinach rozbolała mnie głowa. Nawet moja szybko podejmująca decyzje żona poczuła się ogłupiała. Nic nie wybraliśmy. W sumie znaleźliśmy kilkanaście tysięcy ofert, obejrzeliśmy około trzydziestu i mieliśmy dosyć.

– Musimy zdecydować, czego szukamy. Określić jakiś klucz, inaczej będziemy wybierać przez najbliższe dwa lata.

– Masz rację, Adasiu. Tylko czego my szukamy?

Majka oparła swój brzoskwiniowy policzek na wypielęgnowanej dłoni. Paznokcie też miała brzoskwiniowe. Chciałem ją przytulić; jej policzek, paznokcie, ją całą.

– Ciszy i spokoju?– Tak jak się spodziewałem, nie tego szukaliśmy.– Ale w każdym razie nie kurortu i jego głównej ulicy, przy której znajduje się sześć dyskotek i codziennie przewala się tłum ludzi, prawda?

– Jasne. Adam, a może poszukajmy czegoś, co jest w takim miejscu cichym i spokojnym, tak jak ty chcesz, ale niedaleko od jakiegoś kurortu? Będziemy mogli dawkować ciszę i hałas, spokój i rejwach. Co ty na to?

– Świetny pomysł, tylko wyszukiwarka pracuje w systemie wyboru: Kwatery prywatne, Hotele, Wellness, Last minute, Wille, Jachty morskie, Agroturystyka…– zauważyłem.

– Tak, chyba musimy dokonać selekcji.– Majka też dostrzegła trudność.

– Co powiesz na dwa tygodnie na morskim jachcie?

– Rewelacja. Tylko, mężu mój, po pierwsze wygrana nie obejmuje tej opcji, a po drugie te pobyty zaczynają się od trzech tysięcy euro. Za tydzień od osoby.

– Akończą na prawie czterdziestu tysiącach. Poza tym na pewno dostałbym choroby morskiej. Czyli jachty wykluczamy.

– Raczej tak. Co powiesz o Wellness?

Długą chwilę spędziliśmy w milczeniu na studiowaniu oferty. Baseny, masaże, jacuzzi wirowały przed oczami. Mocna rzecz. Ceny jeszcze mocniejsze.

– Chyba nie zdecydujemy się aż tyle dopłacić, co?– Sprowadziłem nas na ziemię.

– No, chyba nie…– Majce błyszczały oczy, ale znałem jej rozsądek i byłem przekonany, że tej opcji raczej nie wybierze. Choć, jak sroczka, chętnie będzie się jej przyglądać.

– Dobra, żonko, idźmy do przodu. Last minute nas nie interesuje, bo my chcemy wybrać teraz na wrzesień, a nie we wrześniu na wrzesień. Odpuśćmy sobie też od razu Agroturystykę i Wille. Pierwsza nie wchodzi w grę, a cała willa nie jest nam potrzebna. Byłby to za duży zbytek, nie sądzisz?

– Sądzę, chociaż luksus jest pociągający…

– Konto po luksusie natomiast mniej– skwitowałem sucho.

– Ty racjonalisto– mruknęła.– Zostały nam Hotele i Kwatery prywatne. Proponuję odpuścić sobie hotele. Za duże ryzyko, że trafimy na jakiegoś molocha, sympatycznie opisane ponure gmaszysko, mieszczące w sobie tysiąc pięćset pokoi. Pozostają kwatery prywatne. Co ty na to?

Zgodziliśmy się. Wybraliśmy kwatery prywatne, kazaliśmy przeglądarce posegregować ich dostępność we wrześniu na całym wybrzeżu Adriatyku. Wyświetliło się sześć tysięcy ofert. Ograniczyliśmy się do Dalmacji Środkowej i mieliśmy już tylko półtora tysiąca ofert. Wyłączyliśmy jeszcze wyspy i wyszło nam tych ofert osiemset.

– Wiesz co, żono moja? Osiołkowi w żłoby dano. Będę tak zmęczony wybieraniem, że nigdzie nie będzie mi się chciało jechać. Już mi się nie chce!

– Nie bądź maruda.

– Ale ja jestem maruda!

– Właśnie widzę.

– Na dziś mam dość.

– Nie bądź taki, wybierzmy coś!

– Nic dzisiaj nie będę wybierał. Jestem zmęczony. Zaskakujesz mnie wiadomością o wyjeździe i spędzamy prawie cztery godziny przed komputerem, wybierając coś, z czego nie chcę skorzystać. Jestem zmęczony i zaczynam być zły. Chyba wolałbym dostać od żony kolację na stół. Być może taka zwyczajna rzecz byłaby dla mnie ważniejsza niż wakacje na koszt firmy.

– Jesteś nie w porządku.

– Nigdy nie twierdziłem, że jestem w porządku. Teraz twierdzę, że właśnie idę spać.

Tak, byłem zły i kłótnia wisiała w powietrzu. Czasami się kłóciliśmy. Bywało, że moja żona cierpiała na nadmiar energii. To właściwie nie byłoby takie złe, gdyby nie fakt, że niekoniecznie chciała ów nadmiar spożytkować zgodnie z moimi potrzebami. Miała własny, stanowczy pogląd na życie i tego się trzymała. Dla niej liczyła się dynamika, tempo i intensywność wrażeń– tu pojechać, tam zobaczyć, tego doświadczyć. A ja wolałem po cichu siedzieć w domu i rozkoszować się spokojem. Temat urlopu co roku był przyczyną sporów. Ja najchętniej nigdzie bym nie wyjeżdżał, Majka pojechałaby w pięć miejsc naraz. A teraz zaczęło do mnie docierać, że nie ma mowy o spokojnym rozkoszowaniu się ciszą własnego domowego ogniska w najbliższe wakacje. Sprawa była przesądzona– to już wiedziałem. Pojedziemy do tej cholernej Chorwacji i już. Nawet moja standardowa deska ratunkowa– chociaż czasem to już była brzytwa ratunkowa– nie pomoże. Nie wykpię się tym, że za drogo, bo ktoś za nas zapłaci. Po prostu pojedziemy do tej Chorwacji. Do tej cholernej Chorwacji.

Ależ byłem zły! W pierwszej chwili ucieszyłem się z wygranej, bo zawsze miło jest coś wygrać. Potem Majka podkręciła mnie na oglądanie ofert w internecie i zanim do końca uświadomiłem sobie, co to znaczy, już uczestniczyłem czynnie w turystycznej dyskusji. Teraz ochłonąłem i miałem przed oczami okropnie długą podróż, potem obskurny hotel z trzeszczącym i zapadającym się łóżkiem. Pomimo zmęczenia, nie posunąłem się w wyobraźni do wizji karaluchów czmychających po zapaleniu światła– i tak miałem dosyć.

Takie wieczory bywały przykre. Spaliśmy w jednym łóżku, ale oddzielnie. Ostatnio coraz częściej. Na ogół to ja złościłem się na Majkę. Miała zbyt wiele pomysłów, chciała zbyt wiele rzeczy naraz. Wszystkiego chciała. A mnie bolało to, że w tym „wszystkim” zapominała o mnie. Zapominała po prostu uwzględnić mnie w swoich planach. Jak typowy wojownik: zdobyła, usidliła, odhaczyła. Przestała się mną zajmować i – co najbardziej bolało– przestała liczyć się z moim zdaniem.

Zaraz, zaraz, czy to nie faceci powinni być zdobywcami? Ale ja nie chcę być zdobywcą! Chcę być sobą, Adamem, i nie mieć z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Nie odczuwam potrzeby dopasowania do stereotypów, że facet to macho, a zwiewna i eteryczna kobietka jest strażniczką domowego ogniska. Niech nie będzie strażniczką, ale niech w ogóle będzie. Bo mojej żony mentalnie w domu nie było.

To właśnie stało się powodem mojej narastającej frustracji.

Rozdział 4

Domowa kolacja

Następnego dnia sytuacja nie uległa zmianie. Poranek jak poranek. Przywykliśmy już do wieczornych napięć i ten ranek nie różnił się od innych. Kąpiel, śniadanie, trochę krzątaniny, więcej pośpiechu. Nic szczególnego. Zapomniałem o chorwackich wakacjach, trzeba było myśleć o pracy. Mój dzień miał być typowy: trochę papierków do przełożenia z lewej na prawą stronę biurka, trochę telefonów, niczego niezwykłego nie oczekiwałem. Majka też miała dzień jak co dzień, to znaczy spodziewała się samych niezwykłych rzeczy. Począwszy od pierwszych telefonów jeszcze w samochodzie, kiedy mogło się okazać, że konkurencja właśnie ogłosiła nową ofertę handlową, więc natychmiast trzeba ją przeanalizować i się do niej dostosować, aż po wieczorną kolację w supereleganckim lokalu, gdzie supereleganccy panowie będą próbowali mojej żonie przydzielić kolejne trudne zadania, w których będzie się mogła po raz kolejny sprawdzić. Dzięki owej kolacji miałem w perspektywie ponowny samotny i spokojny wieczór. Będę mógł się zastanowić, co zrobić, ewentualnie oswoić z myślą, że jednak czeka mnie ten wrześniowy wyjazd. Może nawet usiądę do netu i coś wybiorę?

Smętnie spojrzałem w lustro, zawiązując krawat. Właściwie po co codziennie go wiążę? Przecież nikt tego nie oczekuje w zakładzie serwisującym sprzęt AGD-RTV. To pytanie zadawałem sobie często. I zawsze odpowiadałem tak samo: żeby nie wyglądać przy mojej żonie jak palant, kiedy razem wychodzimy do pracy. Bo ona zawsze jest elegancka, wymuskana: garsonka, szpilki, jedwabna bluzka. Ja mógłbym przychodzić do pracy w dżinsach, nikt by nie zauważył. Ale nic to. Codziennie zawiązywałem krawat, tak miało być i już.

Wieczorem okazało się, że kolacja została odwołana. Ku swojemu zdumieniu, kiedy wróciłem do domu, zastałem moją żonę w kuchni. Rzadki to widok, ale bardzo apetyczny. Raz, że Majka jest ponętna, a dwa, że zapachy z piekarnika wręcz rozpaliły mi żołądek.

– Nie pytaj, niespodzianka!– zawołała z uśmiechem.

Fakt, nie lubię niespodzianek, ale kulinarne zaskoczenia w wykonaniu mojej żony były wyjątkiem. W przeciwieństwie do innych sensacji, te akurat zawsze wychodziły mi na zdrowie. Jeśli jej się chciało, naprawdę potrafiła czarować w kuchni. W tym przypadku jej nadmiar energii bywał dobrze ukierunkowany. Potrafiła z niezwykłą wyobraźnią łączyć składniki, o zestawieniu których nawet bym nie pomyślał. Truskawki z bazylią na ciepło. Kawa z ketchupem jako sos do grillowanych kiełbasek. Ryba z rodzynkami w piwnym sosie. Surowy kalafior z orzechami i zestawem przypraw, których nie potrafię nawet spamiętać. I tak dalej. Teraz pachniało po prostu zapiekanką, ale wiedziałem, że tam w środku „po prostu zapiekanka” będzie „po prostu wyborną zapiekanką”. Nie myliłem się, chociaż składniki były banalnie proste. Kalafior, jakieś pestki czy małe orzeszki, kilka młodych marchewek, ze dwa ziemniaki. To wszystko polane jakimś sosikiem, którego z pewnością nie potrafiłbym odtworzyć, choć Majka warzyła go już nieraz na moich oczach. Za każdym razem robiła go trochę inaczej i za każdym razem wychodził bosko. Raz była tam śmietana, innym razem tylko mleko. Raz go wcześniej podgrzewała, innym razem bełtała na zimno. Czasami było tam jajko, czasami nie. Przypraw nie zliczę. A wszystko to posypane tartym żółtym serem zmieszanym z parmezanem. Kilka razy też próbowałem coś takiego zrobić. Ściśle według wskazówek. I w każdym przypadku była to tylko imitacja jej kulinarnych wyczynów. Zjadliwe, ale nie to.

Majka, uśmiechając się do mnie, właśnie wyciągała ambrozję z piekarnika. Poleciałem do łazienki myć ręce i założyć swobodniejsze ciuchy. Rzuciłem się na domową ciepłą kolację, jakbym miesiąc nie jadł. No, półtora tygodnia. Tyle czasu minęło, odkąd moja ślubna przyrządziła mi ciepły posiłek. Smakowało równie dobrze jak pachniało, więc cały poświęciłem się konsumpcji. Majka patrzyła z wyraźnym ukontentowaniem. Każdy by się pewnie cieszył, gdyby jego dzieło spotkało się z tak namacalnymi wyrazami uznania.

Wiedziałem jednak, że się nie wykpię. Temat wakacji wróci, sam więc postanowiłem go zainicjować.

– Maju, znasz moje nastawienie do wyjeżdżania z domu.

– Znam. Ty znasz moje.

– Tak. Daj mi chwilę.

– Nie ma sprawy. Mamy czas do września. Pozwól mi jednak nacieszyć się po mojemu. Nie musisz siedzieć ze mną i wybierać. Przejrzę dostępne oferty i pokażę ci, co znalazłam. Wtedy wybierzemy. Ale nie chcę tego odwlekać.

– Maju, dopuszczasz do siebie myśl, że moglibyśmy nie pojechać? Że jednak zostalibyśmy w domu?

– Nie, nie dopuszczam.– Cień na twarzy mojej żony spowodował, że przeszły mi ciarki po plecach.

Wiedziałem, że to była dla niej ważna rzecz, ale nie potrafiłem się przełamać. Wyczułem jednak, że jeśli będę się jej przeciwstawiał, to może dojść do poważniejszego kryzysu. Zresztą, czy przypadkiem prostą drogą i tak nie zmierzaliśmy do jakiegoś kryzysu? Poważniejszego?

Atmosfera była na krawędzi gwałtownego ochłodzenia. A ja pozostawałem w świetnym nastroju po wybornej kolacji i nie miałem najmniejszej ochoty na swary. Uśmiechnąłem się zatem i zaproponowałem, żeby Majka usiadła do komputera i coś wybrała. Oznajmiłem też, że bez protestu dopasuję się do jej wyboru. Moja żona dobrze mnie znała.

– Po prostu ci się nie chce, leniuszku– powiedziała wesoło.

Uśmiech Majki rozwiewał niedobre myśli i dawał pogodną nadzieję na najbliższe godziny.

– Trochę mi się nie chce, to fakt. Poza tym widzę, że sprawia ci to frajdę. Mnie mniejszą, więc nie będę ci psuć zabawy.

Majka też nie miała ochoty na kłótnię, więc zostawiła mi do sprzątnięcia kuchnię, sama zaś poszła buszować w necie. Po dwóch godzinach przyszła z ośmioma propozycjami. Nie wiem, jakim cudem zdołała przejrzeć tę masę ofert, nie wiem, jakie przyjęła kryteria, i nie chcę wiedzieć. Na pewno zrobiła to świetnie i tego się będę trzymał. Była tam bajecznie odludna latarnia morska, kilka malutkich i wyglądających na przytulne pensjonatów, ale też i dwa duże hotele. Molochy, wśród których mieliśmy nie wybierać. Na dodatek pięć z tych ośmiu propozycji było na wyspach, a mieliśmy zdecydować się na wakacje na lądzie, żeby nie ograniczać się przeprawami promowymi. To na wypadek, gdybyśmy chcieli pozwiedzać trochę Chorwację, a na pewno taki wypadek nastąpi. Moja żona nie usiedzi w miejscu, to z góry wiadomo. Długą chwilę oglądałem wybrane przez Majkę lokalizacje i zacząłem wątpić w to, czy aby na pewno wiedziała, czego szuka. Propozycje były od Sasa do Lasa. Byłem jednym wielkim znakiem zapytania.

– Że standardowo zapytam: ale o co chodzi?

– Trochę dla ciebie, trochę dla mnie. Wiem, że ty wolałbyś coś odludnego. Chciałbyś posiedzieć dwa tygodnie w jednym miejscu i wygrzać sobie kości aż do samego szpiku. Może kompromis?

Nie wierzyłem własnym uszom. Moja żona proponuje mi kompromis? Nastąpił koniec świata? To było możliwe wyłącznie pod warunkiem, że ja z czegoś zrezygnuję, a ona nie.

Zaczynam być cięty– pomyślałem i na szczęście nie wypowiedziałem swoich myśli głośno.– Dlaczego od razu zakładam, że ma być tak źle? Bo zawsze tak było– podpowiedział mi jakiś wewnętrzny chochlik.

Na chwilę oderwałem się od chorwackich rozważań, każdy przecież byłby zaniepokojony, słysząc głosy. Ostrożnie wróciłem do rzeczywistości.

– Kompromis to znaczy…– zapytałem ostrożnie.

– To znaczy, że spędzimy dwa tygodnie w jednym miejscu, nie ruszając się stamtąd ani na krok, ale nie będziemy w wymarzonym przez ciebie odludnym miejscu.

– Tylko gdzie?– Moja podejrzliwość rosła. Kompromis musi mieć drugie dno.

– Wdużym hotelu.– Marianna też była ostrożna, ale stanowcza.

– Jak dużym?

– Bardzo.

Wyrok zapadł. Chwilę milczałem, zbierając myśli. W końcu odważnie je wyraziłem.

– Nie podoba mi się ta idea.

– Inie będę jojczyć o aktywne zwiedzanie okolicy– dodała tytułem zachęty żonka, ignorując mój protest.

– Nauczony doświadczeniem, nie wierzę.

– Wtym hotelu jest spa– wydusiła z siebie ze źle ukrywaną radością.

Awięc tu jest drugie dno– pomyślałem i wytoczyłem ostatnie działo.

– Majka, oszalałaś? Spa?! Nas na to nie stać!

Od kilkunastu miesięcy, ośmieleni kolejnymi podwyżkami Majki, marzyliśmy o większym mieszkaniu. Mieliśmy dwupokojowe czterdzieści metrów– udało nam się szybko je spłacić– a teraz bardzo chcieliśmy czegoś większego. To wymagało dyscypliny, oszczędności, liczenia wydatków. Majka tymczasem często folgowała swoim fantazjom, odsuwając perspektywę większego mieszkania w bliżej nieokreśloną przyszłość.

– Adam, policzyłam i zastanowiłam się dosyć dokładnie. Stać nas– nie odpuszczała– bo wygrana pokryje nam koszty podstawowego pobytu. Hotel nie jest kosmicznie drogi, wystarczy tej wygranej i jeszcze trochę zostanie. Jest na wyspie, co tym bardziej sprzyja turystyce leżakowej i plażowej, pięknie położony, ale o standardzie dosyć średnim. Stąd ta przystępna cena. Chyba chcą przyciągnąć więcej turystów, może ciut bardziej zamożnych. Dlatego w tym roku zrobili spa, ale nie jest jeszcze rozbudowane. W każdym razie, stać nas na to, a poza tym mam wielką, wielką, WIELKĄ chęć po prostu wymoczyć i wygrzać kości. Co ty na to?

Milczałem, bo i cóż ja na to? Cóż mogłem powiedzieć? Widziałem w oczach Majki zachwyt. Ten rodzaj entuzjazmu, który nie pozwalał na odmówienie jej czegokolwiek. A poza tym, jak zawsze, szczególnie w nieracjonalnej sprawie, potrafiła użyć racjonalnych argumentów. Skoro hotel nie jest za drogi, to nie trzeba będzie dopłacać do pobytu, z czym się liczyliśmy. Majka zagospodaruje nadwyżki, a ja będę miał święty spokój. Nie miałem wątpliwości, że ze wstępnych finansowych kalkulacji zrobi się na miejscu dwa razy tyle. No bo jeszcze to i tamto, i jeszcze trochę tamtego… I tak uzbiera się suma znacznie przekraczająca nasze założenia. Dodatkowo irytowała mnie myśl, że Marianna i tak postawi na swoim. Zrobi to w ten albo inny sposób, ale bez wątpienia skutecznie. To powodowało, że nie miałem najmniejszej ochoty zgadzać się na jej propozycję. Nawet jeśli wydawała się rzeczywiście kompromisowa. Właśnie– „wydawała się”.

– Muszę się zastanowić.– Postanowiłem grać na zwłokę.

– Ty zawsze musisz się zastanawiać. Jakby nie można było takiej prostej decyzji podjąć od razu.

– To nie jest prosta decyzja.– Broniłem się.

– To tylko wakacje!

– To dwutygodniowy wyjazd na drugi koniec Europy! Nie chcę przez dwa tygodnie żałować, że tłukłem się tysiąc trzysta kilometrów nie wiadomo po co.– Czułem w kościach burzę, ale byłem wojowniczo nastawiony. Buntownik z wyboru, na pół wieczoru.

– Znowu utrudniasz!– Majka była zła.

– Aty znowu chcesz postawić na swoim!

Itak skończył się wieczór. Nie zagościł w naszym domu uśmiech. Nie żartowaliśmy sobie. Poszliśmy do łóżka w minorowych nastrojach.

Rozdział 5

Pocieszenie

Następnego dnia, jadąc autobusem do pracy, rozmyślałem o tym, jak smutne stały się nasze rozmowy. Większość z nich kończyła się niesnaskami. Awanturą raczej nie, bo nie kłóciliśmy się głośno, ale niemal codziennie atmosfera była zwarzona. Przypomniałem sobie, jak to drzewiej bywało. Zawsze byliśmy uśmiechnięci. Mieliśmy dla siebie dobre słowo. I czas. No i w ogóle jakoś tak radośniej było. Chciało nam się chcieć. Ten obraz przywołany z