Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Samotność liczb pierwszych ebook

Paolo Giordano Giordano  

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Samotność liczb pierwszych - Paolo Giordano

Mattia i Alice. Ich losy splatają się w nowej szkole. Każde z nich nosi w sobie traumę z dzieciństwa, która uniemożliwia im normalne funkcjonowanie wśród rówieśników. Obydwoje są outsiderami, padają ofiarami szkolnej przemocy, mają też problemy z własną cielesnością. Nowa przyjaźń nie jest jednak ratunkiem na wszelkie problemy. Choć wiele do siebie czują, nie potrafią wyrażać swych emocji. Poprzez lata, wchodząc w dorosłość, rozpoczynając karierę czy zakładając rodzinę, na przemian zbliżają się do siebie i oddalają. Są bowiem jak tytułowe liczby pierwsze - oddzielone jedyną cyfrą parzystą, która nie pozwala im złączyć się naprawdę.

Samotność liczb pierwszych” to piękna książka o nieprzystawalności do świata zewnętrznego, o trudności porozumienia się, gorzka, z wielkim zrozumieniem opisująca ból i cierpienie, a jednocześnie - wciągająca i wzruszająca.

 

 

Ta książka stymuluje i niepokoi zarazem, jest refleksją na temat trudności życia w świecie młodych ludzi, przedstawionego w metaforze liczb pierwszych, tak jak główni bohaterowie - bardzo silnie ze sobą związanych, a jednak zawsze rozłączonych.

z uzasadnienia werdyktu jury Premio Strega

Opinie o ebooku Samotność liczb pierwszych - Paolo Giordano

Fragment ebooka Samotność liczb pierwszych - Paolo Giordano

Pa­olo Gior­da­no

Sa­mot­ność liczb pierw­szych

Prze­ło­ży­ła Ali­na Paw­łow­ska-Za­mpi­no

Ty­tuł ory­gi­na­łu: La so­li­tu­di­ne dei nu­me­ri pri­mi

Co­py­ri­ght © 2008 Ar­nol­do Mon­da­do­ri Edi­to­re S.p.A., Mi­la­no

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Wy­da­nie II

War­sza­wa 2011

Ele­ono­rze, bo w ci­szy jej to obie­ca­łem

A Syl­wia już roz­pię­ła suk­nię per­ka­li­ko­wą i dała jej opaść u stóp. Ma­te­rial­na suk­nia sta­rej ciot­ki sto­so­wa­ła się wy­bor­nie do szczu­płej ki­bi­ci Syl­wii. Ka­za­ła mi się po­za­pi­nać. – Och, te pła­skie rę­ka­wy, ja­kież to śmiesz­ne! – rze­kła.

Gérard de Ne­rval, Syl­wia i inne opo­wia­da­nia, przeł. Leon Cho­ro­mań­ski, War­sza­wa 1960.

Anioł na śnie­gu1983

1

Ali­ce Del­la Roc­ca nie­na­wi­dzi­ła szkół­ki nar­ciar­skiej. Nie zno­si­ła wsta­wa­nia o wpół do ósmej rano w cza­sie zi­mo­wych fe­rii świą­tecz­nych. Z tru­dem wy­trzy­my­wa­ła chwi­le, kie­dy oj­ciec wpa­try­wał się w nią pod­czas śnia­da­nia, ko­ły­sząc ner­wo­wo nogą pod sto­łem, jak­by chciał po­wie­dzieć: no już, po­śpiesz się. Nie­na­wi­dzi­ła weł­nia­nych raj­tuz, od któ­rych swę­dzia­ły ją uda, rę­ka­wic, w któ­rych nie da­wa­ło się po­ru­szać pal­ca­mi, ści­ska­ją­ce­go po­licz­ki ka­sku z me­ta­lo­wą klam­rą wbi­ja­ją­cą się w bro­dę oraz za­wsze zbyt cia­snych bu­tów nar­ciar­skich, w któ­rych ru­sza­ła się jak go­ryl.

– Pi­jesz to mle­ko czy nie? – po­na­glił ją oj­ciec.

Ali­ce prze­łknę­ła łyk go­rą­ce­go mle­ka, któ­rym opa­rzy­ła so­bie naj­pierw ję­zyk, po­tem prze­łyk, a na koń­cu żo­łą­dek.

– No, dzi­siaj po­ka­żesz wszyst­kim, kim je­steś – po­wie­dział.

A kim ja je­stem? – po­my­śla­ła Ali­ce.

Wy­pchnął ją na ze­wnątrz, oku­ta­ną w zie­lo­ny kom­bi­ne­zon nar­ciar­ski, usia­ny sym­bo­la­mi spon­so­rów i od­zna­ka­mi w od­bla­sko­wych ko­lo­rach. O tej go­dzi­nie było dzie­sięć stop­ni mro­zu, a słoń­ce wy­glą­da­ło jak sta­lo­wy dysk, tro­chę tyl­ko bar­dziej sza­ry niż po­wle­ka­ją­ca wszyst­ko mgła. Ali­ce czu­ła, jak mle­ko bul­go­cze jej w żo­łąd­ku, kie­dy grzę­zła w śnie­gu z nar­ta­mi na ra­mie­niu, bo jak po­wta­rzał za­wsze oj­ciec, nar­ty każ­dy musi no­sić sam, do­pó­ki nie jest dość do­bry, by inni no­si­li je za nie­go.

– Trzy­maj nar­ty szpi­ca­mi do tyłu, bo jesz­cze ko­goś nimi za­bi­jesz – upo­mniał ją.

Na ko­niec se­zo­nu Ski Club ob­da­ro­wy­wał swo­ich człon­ków od­zna­ka­mi z wy­pu­kły­mi gwiazd­ka­mi. Co roku o gwiazd­kę wię­cej, od czte­ro­let­nich dzie­ci, wy­star­cza­ją­co du­żych, by wło­żyć mię­dzy nogi ta­le­rzyk wy­cią­gu, aż do dzie­wię­cio­lat­ków, któ­re po­tra­fi­ły już zła­pać ta­le­rzyk wła­sno­ręcz­nie. Trzy srebr­ne, po­tem trzy zło­te gwiazd­ki. Co roku Ali­ce do­sta­wa­ła nową od­zna­kę, co zna­czy­ło, że była co­raz lep­sza, co­raz bliż­sza star­tu w za­wo­dach nar­ciar­skich, o któ­rych już te­raz, gdy gwiazd­ki mia­ła tyl­ko trzy, my­śla­ła z prze­ra­że­niem.

Umó­wie­ni byli przy sta­cji wy­cią­gu punk­tu­al­nie o ósmej trzy­dzie­ści, kie­dy otwie­ra­no wstęp na sto­ki. Ko­le­dzy Ali­ce już tam sta­li w kó­łecz­ku, po­dob­ni do sie­bie ni­czym żoł­nie­rze, bez­kształt­ni w swo­ich kom­bi­ne­zo­nach, ze­sztyw­nia­li z nie­wy­spa­nia i zim­na. Wbi­li kij­ki w śnieg i opie­ra­li się na nich, we­tknąw­szy je pod pa­chy. Gdy po­ru­sza­li ra­mio­na­mi, przy­po­mi­na­li stra­chy na wró­ble. Nikt nie miał ocho­ty na roz­mo­wę, a naj­mniej Ali­ce.

Oj­ciec ude­rzył dwa razy w jej kask, tro­chę za moc­no, jak­by chciał wbić ją w śnieg.

– Po­każ im, co po­tra­fisz. I pa­mię­taj: cię­żar za­wsze do przo­du, ro­zu­miesz? Cię-żar-do-przo-du! – wy­skan­do­wał.

Cię­żar do przo­du, za­dud­ni­ło echem w gło­wie Ali­ce.

Po­tem oj­ciec od­da­lił się, dmu­cha­jąc w zło­żo­ne dło­nie. Wró­ci te­raz do cie­plut­kie­go ho­te­lu i bę­dzie so­bie czy­tać ga­ze­ty. Mgła po­łknę­ła go już po paru kro­kach.

Ali­ce po­zwo­li­ła, żeby nar­ty bez­wład­nie spa­dły z jej ra­mion na zie­mię. Gdy­by to wi­dział oj­ciec, przy­wo­łał­by ją do po­rząd­ku przed wszyst­ki­mi. Za­nim wło­ży­ła buty w wią­za­nia, ude­rzy­ła w po­de­szwy kij­kiem, żeby od­padł przy­kle­jo­ny do nich śnieg.

Już za­czy­na­ła to czuć. Ucisk na pę­cherz, jak­by ja­kaś szpi­la wbi­ja­ła jej się we wnętrz­no­ści. Tak­że dzi­siaj nie wy­trzy­ma, była tego pew­na.

Każ­de­go ran­ka to samo. Po śnia­da­niu za­my­ka­ła sięw ubi­ka­cji i par­ła, par­ła ze wszyst­kich sił, żeby wy­la­ło się z niej całe siu­siu. Sie­dzia­ła na se­de­sie i kur­czy­ła mię­śnie brzu­cha, aż do­sta­wa­ła bólu gło­wy od tego wy­sił­ku i zda­wa­ło jej się, że oczy wy­cho­dzą jej z or­bit, jak miąższ doj­rza­łych wi­no­gron, gdy ści­snąć pal­ca­mi skór­kę. Od­krę­ca­ła ku­rek z wodą, żeby oj­ciec nie sły­szał in­nych od­gło­sów. Par­ła, za­ci­ska­jąc pię­ści, żeby wy­da­lić z sie­bie wszyst­ko, aż do ostat­niej kro­pli.

Sie­dzia­ła w środ­ku, aż do chwi­li gdy oj­ciec za­czy­nał pu­kać moc­no do drzwi i krzy­czał:

– I co tam, pa­nien­ko, skoń­czy­li­śmy? Dzi­siaj zno­wu bę­dzie­my spóź­nie­ni!

Tak czy owak, nie było na to rady. Kie­dy do­cie­ra­ła do pierw­szej sta­cji wy­cią­gu, nie mo­gła dłu­żej wy­trzy­mać. Od­pi­na­ła nar­ty, ku­ca­ła w świe­żym śnie­gu z dala od in­nych i uda­jąc, że moc­niej wią­że buty, ro­bi­ła siu­siu. Sy­pa­ła tro­chę śnie­gu przy złą­czo­nych no­gach i siu­sia­ła. W kom­bi­ne­zo­nie, w raj­tu­zach; tym­cza­sem ko­le­dzy pa­trzy­li na nią z da­le­ka, a Eric, in­struk­tor, mó­wił:

– Jak zwy­kle, cze­ka­my na Ali­ce.

Co za ulga, my­śla­ła za każ­dym ra­zem, czu­jąc jak miłe cie­pło ogar­nia zmar­z­nię­te nogi.

By­ło­by jesz­cze le­piej, gdy­by tam­ci na mnie nie pa­trzy­li.

Wcze­śniej czy póź­niej za­uwa­żą.

Wcze­śniej czy póź­niej zo­sta­wię żół­tą pla­mę na śnie­gu.

Wszy­scy będą się ze mnie śmia­li.

Je­den z ro­dzi­ców pod­szedł do Eri­ca i za­py­tał, czy mgła nie jest dzi­siaj przy­pad­kiem zbyt gę­sta, żeby wjeż­dżać wy­żej. Ali­ce nad­sta­wi­ła uszu, peł­na na­dziei, ale Eric za­pre­zen­to­wał swój urze­ka­ją­cy uśmiech i od­po­wie­dział:

– Mgła jest tyl­ko tu­taj. Na szczy­cie świe­ci słoń­ce, od któ­re­go roz­pusz­cza­ją się ska­ły. No, da­lej, wszy­scy na górę!

Na wy­cią­gu krze­seł­ko­wym Ali­ce usia­dła obok Giu­lia­ny, cór­ki jed­ne­go z ko­le­gów taty. Po dro­dze nie roz­ma­wia­ły. Nie moż­na po­wie­dzieć, żeby się lu­bi­ły, ani żeby się nie lu­bi­ły. Nie mia­ły ze sobą nic wspól­ne­go, poza tym, że oby­dwie bar­dzo nie chcia­ły znaj­do­wać się te­raz w tym miej­scu.

Świsz­czał wiatr, wie­ją­cy od wierz­choł­ka góry Fra­ite­ve; sta­lo­wa lina, na któ­rej wi­sia­ły krze­seł­ka, stu­ka­ła ryt­micz­nie. Ali­ce i Giu­lia­na wci­snę­ły twa­rze głę­bo­ko w koł­nie­rze kur­tek, grze­jąc je od­de­chem.

To tyl­ko zim­no, na­praw­dę mo­żesz wy­trzy­mać, po­wta­rza­ła so­bie Ali­ce.

Ale im bli­żej była szczy­tu, tym głę­biej szpi­la, któ­rą czu­ła już w brzu­chu, wbi­ja­ła się w jej trze­wia. Było go­rzej niż zwy­kle. Wy­glą­da­ło na to, że tym ra­zem mia­ła po­waż­niej­szą po­trze­bę.

Nie, to tyl­ko z zim­na. Nie­moż­li­we, żeby mi się na­praw­dę chcia­ło. Prze­cież nie­daw­no ro­bi­łam.

Po­czu­ła, że skwa­śnia­łe mle­ko pod­cho­dzi jej wy­so­ko do gar­dła. Ali­ce prze­łknę­ła je ze wstrę­tem. Strasz­nie jej się chcia­ło, nie do wy­trzy­ma­nia.

Jesz­cze dwa sto­ki, za­nim do­je­dzie­my do schro­ni­ska. Nie wy­trzy­mam tak dłu­go, po­my­śla­ła.

Giu­lia­na pod­nio­sła za­bez­pie­cze­nie krze­se­łek i oby­dwie prze­su­nę­ły się na brzeg, żeby ła­twiej zsiąść. Kie­dy nar­ty do­tknę­ły zie­mi, Ali­ce ode­pchnę­ła się ręką.

Wi­docz­ność wy­no­si­ła naj­wy­żej dwa me­try, o słoń­cu roz­ta­pia­ją­cym ska­ły moż­na było tyl­ko po­ma­rzyć. Wszę­dzie było bia­ło, w gó­rze, na dole i do­oko­ła. Jak­by świat spo­wi­ja­ły świe­żo wy­pra­ne prze­ście­ra­dła. Było to do­kład­ną od­wrot­no­ścią ciem­no­ści, ale w Ali­ce bu­dzi­ło ten sam lęk. Zje­cha­ła na skraj sto­ku w po­szu­ki­wa­niu nie­ubi­te­go śnie­gu, w któ­rym mo­gła­by się za­ła­twić. Je­li­ta wy­da­ły po­dob­ny od­głos jak zmy­war­ka do na­czyń w pierw­szej fa­zie pra­cy. Obej­rza­ła się za sie­bie. Nie do­strze­gła Giu­lia­ny, a więc Giu­lia­na też nie mo­gła jej wi­dzieć. Po­de­szła parę me­trów wy­żej, usta­wia­jąc nar­ty sko­sem, tak jak uczył ją oj­ciec, kie­dy wy­my­ślił so­bie, że bę­dzie ją uczył jeź­dzić na nar­tach. W górę i w dół po sto­ku dla po­cząt­ku­ją­cych, trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści razy na dzień. W górę sko­sem, w dół płu­giem, bo nie opła­ca­ło się ku­po­wać kar­ne­tu na je­den tyl­ko stok, a poza tym w ten spo­sób wzmac­nia­ły jej się nogi.

Ali­ce od­pię­ła nar­ty i prze­szła parę kro­ków. Ugrzę­zła w śnie­gu do po­ło­wy ły­dek. Na­resz­cie mo­gła przy­kuc­nąć. Prze­sta­ła po­wstrzy­my­wać od­dech i roz­luź­ni­ła mię­śnie. Przy­jem­ny dreszcz roz­szedł się po ca­łym cie­le, aż po pal­ce stóp.

To pew­nie z po­wo­du mle­ka, tak, to na pew­no mle­ko. Może też dla­te­go, że mia­ła zmar­z­nię­te po­ślad­ki od sie­dze­nia w śnie­gu na wy­so­ko­ści dwóch ty­się­cy me­trów. Nig­dy jej się to jesz­cze nie przy­tra­fi­ło, przy­najm­niej od­kąd pa­mię­ta. Nig­dy, ani razu.

Zro­bi­ła w majt­ki. Nie siu­siu. Nie tyl­ko. Ali­ce zro­bi­ła kupę w majt­ki punk­tu­al­nie o dzie­wią­tej pew­ne­go stycz­nio­we­go po­ran­ka. Zro­bi­ła w majt­ki i na­wet tego nie za­uwa­ży­ła. To zna­czy, nie za­uwa­ży­ła tego aż do chwi­li, gdy usły­sza­ła głos Eri­ca, do­cho­dzą­cy skądś z mgły.

Pod­nio­sła się gwał­tow­nie i po­czu­ła cię­żar w kro­ku spodni. Od­ru­cho­wo do­tknę­ła sie­dze­nia, ale rę­ka­wi­ca po­zba­wia­ła ją czu­cia. Zresz­tą nie było po­trze­by, i tak już zro­zu­mia­ła.

Co ja te­raz zro­bię? – za­sta­na­wia­ła się go­rącz­ko­wo.

Eric za­wo­łał ją po­now­nie. Ali­ce nie od­po­wie­dzia­ła. Tu w gó­rze mgła ją ukry­je. Mo­gła opu­ścić spodnie kom­bi­ne­zo­nu i oczy­ścić się ja­koś śnie­giem albo zejść do Eri­ca i szep­nąć mu do ucha, co jej się przy­tra­fi­ło. Mo­gła też po­wie­dzieć, że musi wra­cać do mia­stecz­ka, bo boli ją ko­la­no. Albo nie przej­mo­wać się i jeź­dzić tak, jak jest, zjeż­dża­jąc za­wsze na koń­cu.

Za­miast tego po­zo­sta­ła na miej­scu, pod osło­ną mgły, sta­ra­jąc się nie wy­ko­ny­wać żad­nych ru­chów. Eric za­wo­łał ją po raz trze­ci, tym ra­zem gło­śniej.

– Pew­nie po­je­cha­ła już do wy­cią­gu, ona jest za­wsze nie­po­zbie­ra­na – od­po­wie­dział za­miast niej któ­ryś z chłop­ców.

Ali­ce sły­sza­ła ich roz­mo­wę. Ktoś za­pro­po­no­wał, żeby zje­chać bez niej, ktoś inny skar­żył się na zim­no, gdy stoi się tak bez ru­chu. Mo­gli znaj­do­wać się kil­ka me­trów ni­żej albo, rów­nie do­brze, przy sta­cji ko­lej­ki. Dźwię­ki od­bi­te od gór, po­chła­nia­ne przez śnieg, mylą.

– A niech ją... Je­dzie­my jej szu­kać – za­rzą­dził Eric.

Ali­ce li­czy­ła po­wo­li do dzie­się­ciu, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać od­ruch wy­miot­ny; czu­ła, jak mięk­ka masa spły­wa jej po udach. Gdy do­szła do dzie­się­ciu, za­czę­ła od po­cząt­ku i tym ra­zem do­li­czy­ła do dwu­dzie­stu. Nie sły­sza­ła już żad­nych dźwię­ków.

Wzię­ła nar­ty na ra­mio­na i wró­ci­ła na tra­sę. Tro­chę po­trwa­ło, za­nim się zo­rien­to­wa­ła, jak po­win­na się usta­wić, żeby nar­ty le­ża­ły pro­sto­pa­dle do sto­ku. W tej mgle nie wi­dzia­ła na­wet, w któ­rą stro­nę jest od­wró­co­na.

Wło­ży­ła buty w wią­za­nia i za­pię­ła je. Zdję­ła go­gle i splu­nę­ła do środ­ka, bo za­pa­ro­wa­ły.

Mo­gła zje­chać sama do do­li­ny. Nic jej nie ob­cho­dzi­ło, że Eric szu­ka jej na szczy­cie Fra­ite­ve. Nie mia­ła za­mia­ru po­zo­sta­wać w za­pa­pra­nych kupą raj­tu­zach ani chwi­li dłu­żej, niż to było ko­niecz­ne. Za­sta­no­wi­ła się nad tra­są. Nig­dy do­tąd nie po­ko­na­ła jej sama, ale prze­cież zna­ła to miej­sce, pod­je­cha­li tyl­ko wy­cią­giem i po tej tra­sie zjeż­dża­ła już dzie­siąt­ki razy.

Zro­bi­ła pług, wo­la­ła być ostroż­na, a poza tym trzy­ma­jąc sze­ro­ko nogi, nie czu­ła ob­le­pia­ją­cej mazi. Wła­śnie po­przed­nie­go dnia Eric po­wie­dział, że je­że­li jesz­cze raz zo­ba­czy, że bie­rze za­krę­ty płu­giem, zwią­że jej łyd­ki.

Eric jej nie lu­bił, była tego pew­na. Uwa­żał ją za tchó­rza. Szcze­rze mó­wiąc, fak­ty to po­twier­dza­ły. Eric nie lu­bił też jej ojca, po­nie­waż każ­de­go dnia po lek­cji ten za­sy­py­wał go set­ka­mi py­tań. Jak tam na­sza Ali­ce, robi po­stę­py? Bę­dzie mi­strzy­nią, praw­da? A kie­dy za­czy­na­ją się za­wo­dy? A to, a tam­to... Eric wle­piał za­wsze nie­ru­cho­my wzrok w je­den punkt na po­zio­mie ra­mion ojca i od­po­wia­dał twier­dzą­co albo dłu­gim „eeeh”.

Ali­ce zo­ba­czy­ła tę sce­nę, jak­by od­bi­tą w jej za­pa­ro­wa­nych go­glach. Zjeż­dża­ła po­wo­lut­ku, nie wi­dząc ni­cze­go poza szpi­ca­mi nart. Do­pie­ro gdy za­głę­bia­ła się w świe­żym śnie­gu, zda­wa­ła so­bie spra­wę, że zbo­czy­ła z tra­sy i po­win­na skrę­cić.

Za­czę­ła nu­cić ja­kąś pio­sen­kę, żeby nie czuć się tak bar­dzo sa­mot­nie. Od cza­su do cza­su wy­cie­ra­ła rę­ka­wi­cą nos, by po­zbyć się smar­ków.

A te­raz prze­nieś cię­żar do przo­du, zro­zu­mia­łaś? Cię-żar-do-przo-du, pod­po­wia­da­li jej Eric i oj­ciec.

Oj­ciec na pew­no roz­sier­dzi się jak dzi­ka be­stia. Mu­sia­ła przy­go­to­wać ja­kieś kłam­stwo. Wy­my­ślić wia­ry­god­ną hi­sto­rię, bez luk i sprzecz­no­ści. Nie prze­szło jej na­wet przez myśl, żeby wy­znać mu, co jej się przy­tra­fi­ło na­praw­dę. Mgła, no wła­śnie, to przez tę mgłę. Zjeż­dża­ła za in­ny­mi na tra­sie gi­gan­ta, kie­dy od­cze­pił jej się ski­pass od kurt­ki. Cho­ciaż nie – nikt nie gubi ski­pas­sa. Trze­ba być do­praw­dy idio­tą, żeby go zgu­bić. Niech bę­dzie sza­lik. Spadł jej sza­lik, wró­ci­ła po nie­go, a inni na nią nie za­cze­ka­li. Wo­ła­ła ich set­ki razy, ale bez skut­ku, znik­nę­li we mgle, wró­ci­ła więc do do­li­ny, żeby ich po­szu­kać.

A dla­cze­go po­tem nie wje­cha­łaś zno­wu na górę? – za­py­tał­by oj­ciec

Wła­śnie, dla­cze­go? Może le­piej, gdy­by zgu­bi­ła ski­pass. Nie wró­ci­ła na szczyt, bo nie mia­ła ski­pas­sa i bi­le­ter nie wpu­ścił jej na krze­seł­ka.

Ali­ce uśmiech­nę­ła się, za­do­wo­lo­na ze swo­jej hi­sto­rii. Była bez za­rzu­tu. Nie czu­ła się już na­wet tak bar­dzo brud­na. Mo­kre obrzy­dli­stwo prze­sta­ło po niej spły­wać.

Pew­nie za­mar­z­ło, po­my­śla­ła.

Resz­tę dnia spę­dzi przed te­le­wi­zo­rem. Weź­mie prysz­nic, wło­ży czy­ste ubra­nie, sto­py wsu­nie w swo­je wło­cha­te kap­cie. Bę­dzie sie­dzieć so­bie w przy­jem­nym cie­ple. Gdy­by tyl­ko... gdy­by tyl­ko w porę pod­nio­sła oczy, by zo­ba­czyć po­ma­rań­czo­wą ta­śmę z na­pi­sem „tra­sa za­mknię­ta”. A oj­ciec po­wta­rzał: na­ucz się pa­trzeć przed sie­bie. Gdy­by tyl­ko pa­mię­ta­ła, że na świe­żym śnie­gu nie na­le­ży prze­no­sić cię­ża­ru do przo­du, i gdy­by Eric wy­re­gu­lo­wał jej wią­za­nia, gdy oj­ciec mó­wił mu, że prze­cież Ali­ce waży dwa­dzie­ścia osiem kilo i może są dla niej za cia­sne?

Nie po­le­cia­ła zbyt wy­so­ko. Parę me­trów. Zdą­ży­ła tyl­ko po­czuć pust­kę w żo­łąd­ku i pod no­ga­mi. Za­raz po­tem le­ża­ła z twa­rzą w śnie­gu, z nar­ta­mi w po­wie­trzu. Były całe, cze­go nie moż­na było po­wie­dzieć o jej ko­ści pod­udzia.

Na­praw­dę nie czu­ła bólu. Praw­dę mó­wiąc, nie czu­ła zu­peł­nie nic. Tyl­ko pie­cze­nie w bu­tach i pod ka­skiem, w miej­scach, gdzie do­stał się śnieg.

Naj­pierw po­ru­szy­ła ra­mio­na­mi. Kie­dy była mniej­sza, za­wsze gdy spa­dał świe­ży śnieg, oj­ciec ubie­rał ją cie­pło i scho­dził z nią na dół. Na środ­ku po­dwór­ka ła­pa­li się za ręce, li­czy­li do trzech i jed­no­cze­śnie opa­da­li bez­wład­nie w tył. Oj­ciec mó­wił wte­dy, żeby zro­bi­ła anio­ła, i Ali­ce ru­sza­ła ra­mio­na­mi w górę i w dół, po­tem wsta­wa­ła i pa­trzy­ła na ślad od­bi­ty na bia­łej po­wierzch­ni. Wy­glą­dał na­praw­dę jak cień anio­ła o roz­po­star­tych skrzy­dłach.

Ali­ce zro­bi­ła anio­ła na śnie­gu, tak so­bie, bez po­wo­du, po to tyl­ko, żeby po­ka­zać sa­mej so­bie, że jesz­cze żyje. Uda­ło jej się od­wró­cić gło­wę w bok i za­cząć nor­mal­nie od­dy­chać, cho­ciaż zda­wa­ło jej się, że wdy­cha­ne po­wie­trze nie do­cie­ra tam, gdzie po­win­no. Mia­ła dziw­ne wra­że­nie, że nie czu­je, w któ­rą stro­nę są od­wró­co­ne jej nogi. Prze­dziw­ne uczu­cie, jak­by nóg nie mia­ła już wca­le.

Spró­bo­wa­ła się pod­nieść, ale nie uda­ło jej się.

Gdy­by nie mgła, pew­nie ktoś zo­ba­czył­by ją z góry. Zie­lo­ną pla­mę roz­gnie­cio­ną na dnie głę­bo­kie­go wą­wo­zu, kil­ka kro­ków od miej­sca, gdzie wio­sną bę­dzie pły­nął wą­ski stru­myk, a wcze­snym la­tem wy­ro­sną po­ziom­ki, któ­re – je­że­li tro­chę po­cze­kać – sta­ną się słod­kie jak cu­kier­ki i bę­dzie ich tyle, że w cią­gu jed­ne­go dnia da się nimi na­peł­nić ko­szyk.

Ali­ce wzy­wa­ła po­mo­cy, ale gę­sta mgła po­chła­nia­ła jej sła­by głos. Po­now­nie spró­bo­wa­ła się pod­nieść albo przy­najm­niej ob­ró­cić, nie dała jed­nak rady.

Oj­ciec po­wie­dział jej kie­dyś, że ci, co za­ma­rza­ją na śmierć, czu­ją go­rą­co, zdej­mu­ją więc z sie­bie ubra­nie i zmar­łych znaj­du­je się ro­ze­bra­nych do maj­tek. A ona majt­ki ma brud­ne.

Za­czę­ła tra­cić czu­cie w pal­cach. Zdję­ła rę­ka­wi­cę, chuch­nę­ła do środ­ka, po czym wsu­nę­ła w nią dłoń za­mknię­tą w pięść, żeby ją za­grzać. To samo zro­bi­ła z dru­gą ręką. Po­wtó­rzy­ła ten idio­tycz­ny gest dwa albo trzy razy.

Naj­bar­dziej na­ra­żo­ne są koń­ców­ki cia­ła, po­wta­rzał za­wsze oj­ciec. Pal­ce u nóg i rąk, nos, uszy. Ser­ce robi wszyst­ko, żeby za­trzy­mać krew dla sie­bie, i po­zwa­la resz­cie za­mar­z­nąć.

Ali­ce wy­obra­zi­ła so­bie, jak jej pal­ce sta­ją się nie­bie­skie, a po­tem, stop­nio­wo, tak­że ra­mio­na i nogi przy­bie­ra­ją siną bar­wę. Po­my­śla­ła o ser­cu, któ­re pra­cu­je co­raz in­ten­syw­niej, za­trzy­mu­jąc reszt­ki cie­pła. Sta­nie się tak sztyw­na i kru­cha, że je­że­li przej­dzie po niej wilk, ręka zła­mie się pod jego cię­ża­rem.

Będą mnie szu­kać.

Cie­ka­we, czy tu­taj na­praw­dę są wil­ki.

Nie czu­ję już pal­ców.

Gdy­bym tyl­ko nie piła tego mle­ka.

Cię­żar do przo­du, po­my­śla­ła.

Ależ nie, wil­ki za­pa­da­ją w sen zi­mo­wy.

Eric bę­dzie wście­kły.

Nie chcę star­to­wać w tych za­wo­dach.

Nie mów głupstw, do­brze wiesz, że wil­ki nie za­pa­da­ją w sen zi­mo­wy.

Jej my­śli były co­raz mniej lo­gicz­ne, co­raz bar­dziej ob­se­syj­ne. Słoń­ce po­wo­li za­cho­dzi­ło za górę Cha­ber­ton, jak gdy­by nig­dy nic. Cień gór wy­dłu­żył się, do­cie­ra­jąc te­raz do Ali­ce, mgła sta­ła się czar­na.

Pra­wo Ar­chi­me­de­sa1984

2

Kie­dy bliź­nia­ki były jesz­cze małe, Mi­che­la wy­my­śla­ła wciąż coś no­we­go, na przy­kład rzu­ca­ła się z cho­dzi­kiem ze szczy­tu scho­dów albo wkła­da­ła so­bie do nosa gro­szek, tak że na po­go­to­wiu mu­sie­li wy­cią­gać go spe­cjal­ny­mi szczyp­ca­mi. Oj­ciec mó­wił, zwra­ca­jąc się do Mat­tii, któ­ry po­ja­wił się na świe­cie jako pierw­szy, że ich mat­ka mia­ła za małą ma­ci­cę na ich dwo­je.

– Cie­ka­we, co tam wy­pra­wia­li­ście w tym brzu­chu – po­wta­rzał. – Da­wa­li­ście so­bie pew­nie kop­nia­ki i sio­stra od cie­bie obe­rwa­ła.

Po­tem wy­bu­chał śmie­chem, cho­ciaż w jego sło­wach nie było nic śmiesz­ne­go. Pod­no­sił Mi­che­lę wy­so­ko w po­wie­trze i wtu­lał bro­dę w jej mięk­kie po­licz­ki.

Mat­tia pa­trzył z dołu. On też się śmiał, a sło­wa ojca, choć ich nie ro­zu­miał, prze­ni­ka­ły do jego wnę­trza pra­wem osmo­zy. Osa­dza­ły się war­stwa­mi na dnie jego żo­łąd­ka, two­rząc gę­sty, lep­ki osad, jaki po­wsta­je w wi­nie, któ­re zbyt dłu­go le­ża­ku­je.

Śmiech ojca za­mie­nił się w wy­mu­szo­ny uśmiech, kie­dy Mi­che­la trzy mie­sią­ce po dru­gich uro­dzi­nach nie wy­ma­wia­ła jesz­cze na­wet jed­ne­go sło­wa. Ani „mama”, ani „siu­siu”, ani „baba” czy „hau-hau”. Jej nie­ar­ty­ku­ło­wa­ne wo­ła­nia zda­wa­ły się do­cho­dzić z tak głę­bo­kiej pust­ki i sa­mot­no­ści, że oj­ciec wzdry­gał się za każ­dym ra­zem, gdy je sły­szał.

Kie­dy Mi­che­la mia­ła pięć i pół roku, pani psy­cho­log w oku­la­rach z gru­by­mi szkła­mi po­sta­wi­ła przed nią sze­ścian ze sklej­ki z wy­kro­jo­ny­mi otwo­ra­mi w czte­rech kształ­tach: gwiaz­dy, kwa­dra­tu, koła i trój­ką­ta – oraz od­po­wia­da­ją­ce im kształ­tem ko­lo­ro­we kloc­ki, któ­re na­le­ża­ło wło­żyć do wła­ści­wych otwo­rów.

Mi­che­la ob­ser­wo­wa­ła ją za­chwy­co­na.

– Gdzie wło­żysz gwiazd­kę, Mi­che­lo? – za­py­ta­ła pani psy­cho­log. Dziew­czyn­ka spu­ści­ła oczy na za­baw­kę, ale ni­cze­go nie do­tknę­ła. Ko­bie­ta wło­ży­ła jej klo­cek do ręki. – Gdzie to pa­su­je, Mi­che­lo?

Mi­che­la prze­no­si­ła wzrok z miej­sca na miej­sce, nig­dzie go nie za­trzy­mu­jąc. Wło­ży­ła po­tem jed­no z pię­ciu ra­mion gwiaz­dy do buzi i za­czę­ła je gryźć. Pani psy­cho­log wy­ję­ła jej rącz­kę z buzi i po­wtó­rzy­ła po raz trze­ci to samo py­ta­nie.

– Mi­che­la, zrób to, o co pani cię pro­si, do ja­snej cho­le­ry... – wark­nął oj­ciec, któ­ry nie po­tra­fił usie­dzieć spo­koj­nie.

– Pa­nie Ba­los­si­no, bar­dzo pro­szę pana – za­czę­ła pani psy­cho­log uspo­ka­ja­ją­co – dzie­ciom na­le­ży dać czas, ja­kie­go po­trze­bu­ją.

Mi­che­la wy­ko­rzy­sta­ła cały swój czas. Całą jed­ną mi­nu­tę. Po­tem jęk­nę­ła roz­dzie­ra­ją­co, co rów­nie do­brze mo­gło ozna­czać ra­dość, jak i głę­bo­ką roz­pacz, i z prze­ko­na­niem za­czę­ła wpy­chać gwiaz­dę do otwo­ru w kształ­cie kwa­dra­tu.

Na wy­pa­dek gdy­by Mat­tia sam nie zro­zu­miał, że z jego sio­strą jest coś nie w po­rząd­ku, po­sta­ra­li się o to jego ko­le­dzy z kla­sy. Na przy­kład Si­mo­na Vol­ter­ra, któ­ra usły­szaw­szy od na­uczy­ciel­ki, że ma przez naj­bliż­szy mie­siąc sie­dzieć w ław­ce z Mi­che­lą, sprze­ci­wi­ła się, mó­wiąc ze skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­siach rę­ka­mi, że ona przy tej tam sie­dzieć nie bę­dzie.

Mat­tia przy­słu­chi­wał się przez chwi­lę wy­mia­nie zdań mię­dzy na­uczy­ciel­ką a Si­mo­ną, po czym po­wie­dział:

– Ja mogę sie­dzieć w ław­ce z Mi­che­lą.

Wszy­scy byli za­do­wo­le­ni: „ta tam”, Si­mo­na, na­uczy­ciel­ka. Wszy­scy, oprócz Mat­tii.

Bliź­nia­ki sie­dzia­ły w pierw­szej ław­ce. Mi­che­la przez cały dzień ko­lo­ro­wa­ła ry­sun­ki z za­zna­czo­ny­mi kon­tu­ra­mi, wy­jeż­dża­jąc kred­ka­mi poza li­nię i wy­bie­ra­jąc przy­pad­ko­we ko­lo­ry. Bu­zie dzie­ci były nie­bie­skie, nie­bo czer­wo­ne, drze­wa w ca­ło­ści żół­te. Trzy­ma­ła kred­kę jak tłu­czek do mię­sa i sma­ro­wa­ła nią po pa­pie­rze z taką siłą, że co trze­cia kart­ka była po­dar­ta.

Obok niej Mat­tia uczył się czy­tać i pi­sać. Uczył się czte­rech dzia­łań ma­te­ma­tycz­nych i jako pierw­szy w kla­sie po­tra­fił dzie­lić z resz­tą. Jego mózg był me­cha­ni­zmem do­sko­na­łym, z rów­nie ta­jem­ni­czych przy­czyn, z ja­kich umysł jego sio­stry był upo­śle­dzo­ny.

Cza­sa­mi Mi­che­la za­czy­na­ła mio­tać się na krze­śle i trze­pać rę­ka­mi jak osza­la­ła, jak ćma w pu­łap­ce. Ciem­nia­ły jej oczy, a na­uczy­ciel­ka pa­trzy­ła na nią, bar­dziej jesz­cze wy­stra­szo­na niż ona sama, jak­by w oba­wie, że kie­dyś ta dziew­czyn­ka rze­czy­wi­ście unie­sie się w po­wie­trze i od­le­ci. Nie­któ­re dzie­ci z tyl­nych ła­wek śmia­ły się, inne je uci­sza­ły.

Wte­dy Mat­tia wsta­wał, od­su­wał krze­sło, pod­no­sząc je, żeby nie szu­ra­ło po pod­ło­dze, i sta­wał za Mi­che­lą, któ­ra krę­ci­ła gło­wą w pra­wo i w lewo, trze­piąc rę­ka­mi co­raz szyb­ciej, tak że on bał się, że za chwi­lę ode­rwą się od jej cia­ła.

Ła­pał ją za ręce i przy­ci­skał je de­li­kat­nie do jej klat­ki pier­sio­wej.

– Te­raz już nie masz skrzy­deł – mó­wił jej do ucha.

Mi­che­la po­trze­bo­wa­ła jesz­cze kil­ku se­kund, żeby prze­stać drżeć. Wpa­try­wa­ła się po­tem nie­ru­cho­mo w ja­kiś nie­ist­nie­ją­cy punkt, a na­stęp­nie wra­ca­ła, jak­by nig­dy nic, do tor­tu­ro­wa­nia kar­tek z ry­sun­ka­mi. Mat­tia sia­dał na swo­im miej­scu, z opusz­czo­ną gło­wą, z usza­mi czer­wo­ny­mi ze wsty­du, a na­uczy­ciel­ka wra­ca­ła do lek­cji.

Do trze­ciej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej ża­den z ko­le­gów nie za­pro­sił bliź­nia­ków na uro­dzi­ny. Mat­ka zwró­ci­ła na to uwa­gę i po­sta­no­wi­ła ja­koś temu za­ra­dzić, or­ga­ni­zu­jąc przy­ję­cie z oka­zji ich uro­dzin. Pan Ba­los­si­no, na przed­sta­wio­ną mu przy sto­le pro­po­zy­cję, po­wie­dział:

– Li­to­ści, Ade­lo. I bez tego jest nam wy­star­cza­ją­co cięż­ko.

Mat­tia ode­tchnął z ulgą, a Mi­che­la po raz dzie­sią­ty tego wie­czo­ru zrzu­ci­ła wi­de­lec na pod­ło­gę. Tego wie­czo­ru nie wró­ci­li już do tego te­ma­tu.

Póź­niej, pew­ne­go stycz­nio­we­go po­ran­ka, Ric­car­do Pe­lot­ti, ten z ru­dy­mi wło­sa­mi i war­ga­mi gru­by­mi jak u pa­wia­na, pod­szedł do ław­ki Mat­tii.

– Słu­chaj, mat­ka po­wie­dzia­ła, że ty też mo­żesz przyjść na moje uro­dzi­ny – wy­rzu­cił z sie­bie na jed­nym wde­chu, pa­trząc przy tym na ta­bli­cę. – I ona też – do­dał, wska­zu­jąc na Mi­che­lę, któ­ra gła­dzi­ła aku­rat z prze­ję­ciem blat ław­ki, jak­by to było prze­ście­ra­dło.

Mat­tia po­czuł, że z prze­ję­cia pali go twarz. Od­po­wie­dział: dzię­ku­ję, ale Ric­car­do był już da­le­ko.

Mama bliź­nia­ków była tym bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­na. Za­bra­ła ich do Be­net­to­na, żeby ku­pić na tę oka­zję nowe ubra­nia. We­szli też do trzech skle­pów z za­baw­ka­mi, ale Ade­le nie mo­gła się na nic zde­cy­do­wać.

– Co lubi ten Ric­car­do? Czy taki pre­zent mu się spodo­ba? – za­py­ta­ła, wska­zu­jąc puz­zle z ty­sią­cem pięć­set ele­men­tów.

– A skąd ja mam to wie­dzieć? – usły­sza­ła od syna.

– To prze­cież twój ko­le­ga. Wiesz chy­ba, czym się lubi ba­wić.

Mat­tia po­my­ślał, że Ric­car­do nie jest jego ko­le­gą, ale że nie po­tra­fi wy­tłu­ma­czyć tego ma­mie. Wzru­szył więc tyl­ko ra­mio­na­mi.

W koń­cu Ade­le wy­bra­ła ko­smicz­ny sta­tek z kloc­ków lego, naj­więk­sze i naj­droż­sze pu­dło w ca­łym dzia­le.

– Mamo, to za dro­gie – za­pro­te­sto­wał syn.

– Ale skąd! A poza tym jest was dwo­je. Nie mo­że­cie so­bie ro­bić wsty­du.

Mat­tia wie­dział do­sko­na­le, że z kloc­ka­mi lego czy bez – i tak na­ro­bią so­bie wsty­du. Z Mi­che­lą nie spo­sób tego unik­nąć. Wie­dział też, że Ric­car­do za­pro­sił ich na uro­dzi­ny tyl­ko dla­te­go, że zmu­si­li go do tego ro­dzi­ce. Mi­che­la bę­dzie przez cały czas przy­kle­jo­na do bra­ta, wy­le­je na sie­bie oran­ża­dę, a po­tem za­cznie się ma­zać, jak za­wsze, gdy jest zmę­czo­na.

Po raz pierw­szy Mat­tia po­my­ślał, że może le­piej by­ło­by zo­stać w domu. Albo nie – le­piej, żeby Mi­che­la zo­sta­ła w domu.

– Mamo... – za­czął nie­pew­nie.

– Tak? – Ade­le szu­ka­ła port­mo­net­ki w to­reb­ce. Mat­tia na­brał po­wie­trza:

– Czy Mi­che­la musi na­praw­dę iść na te uro­dzi­ny?

Ade­le w jed­nej chwi­li znie­ru­cho­mia­ła, pa­trząc sy­no­wi w oczy. Ka­sjer­ka przy­glą­da­ła się tej sce­nie obo­jęt­nie, trzy­ma­jąc otwar­tą rękę przy ta­śmie na pro­duk­ty, w ocze­ki­wa­niu na pie­nią­dze. Mi­che­la prze­sta­wia­ła pacz­ki z cu­kier­ka­mi na sto­isku.

Mat­tia po­czer­wie­niał, go­to­wy na przy­ję­cie po­licz­ka, któ­ry jed­nak nie zo­stał wy­mie­rzo­ny.

– Oczy­wi­ście, że pój­dzie – po­wie­dzia­ła tyl­ko mama i na tym spra­wa się za­koń­czy­ła.

Do domu Ric­car­da mo­gli pójść sami. Pie­cho­tą szło się dzie­sięć mi­nut. Punk­tu­al­nie o trze­ciej Ade­le wy­pro­wa­dzi­ła bliź­nia­ki za drzwi.

– Mu­si­cie już iść, bo się spóź­ni­cie. Pa­mię­taj­cie, żeby po­dzię­ko­wać ro­dzi­com tego chłop­ca – po­wie­dzia­ła. Po­tem zwró­ci­ła się do Mat­tii: – Opie­kuj się sio­strą. Wiesz, że nie wol­no jej jeść nie­zdro­wych rze­czy.

Mat­tia ski­nął gło­wą. Ade­le uca­ło­wa­ła obo­je w po­licz­ki; Mi­che­lę tro­chę dłu­żej. Po­pra­wi­ła jej wło­sy pod opa­ską i po­wie­dzia­ła:

– Baw­cie się do­brze.

W dro­dze do domu Ric­car­da my­ślom Mat­tii akom­pa­nio­wał brzęk kloc­ków lego, któ­re, jak mor­ska fala, ude­rza­ły o ścia­ny pu­deł­ka. Za jego ple­ca­mi, w od­le­gło­ści kil­ku me­trów Mi­che­la szu­ra­ła no­ga­mi po śli­skim as­fal­cie po­kry­tym opa­dły­mi li­ść­mi, sta­ra­jąc się do­trzy­mać mu kro­ku. Po­wie­trze było nie­ru­cho­me i zim­ne.

Bę­dzie roz­rzu­ca­ła chip­sy po pod­ło­dze, po­my­ślał Mat­tia.

Zła­pie pił­kę i nie bę­dzie chcia­ła jej od­dać.

– Po­śpiesz się! – zwró­cił się do sio­stry, któ­ra ni z tego, ni z owe­go przy­kuc­nę­ła na środ­ku chod­ni­ka i tor­tu­ro­wa­ła pal­cem dżdżow­ni­cę dłu­gą na roz­pię­tość dło­ni.

Mi­che­la spoj­rza­ła na chłop­ca, jak­by go wi­dzia­ła po raz pierw­szy po dłu­gim cza­sie. Uśmiech­nę­ła się do nie­go i przy­bie­gła, ści­ska­jąc ro­ba­ka pal­ca­mi.

– Co za świń­stwo! Wy­rzuć to za­raz! – roz­ka­zał jej Mat­tia, co­fa­jąc się.

Mi­che­la przy­glą­da­ła się jesz­cze przez chwi­lę dżdżow­ni­cy, jak­by za­sta­na­wia­ła się, skąd się wzię­ła mię­dzy jej pal­ca­mi. Po­tem upu­ści­ła ją na zie­mię i rzu­ci­ła się pę­dem za bra­tem, któ­ry tym­cza­sem od­da­lił się o kil­ka kro­ków.

Za­bie­rze pił­kę i nie bę­dzie chcia­ła jej od­dać, tak samo, jak to robi w szko­le, my­ślał Mat­tia.

Spoj­rzał na sio­strę, któ­ra mia­ła ta­kie same oczy jak on, ten sam nos, ten sam ko­lor wło­sów oraz mózg do ni­cze­go, i po raz pierw­szy w ży­ciu po­czuł praw­dzi­wą nie­na­wiść. Wziął ją za rękę, żeby przejść przez uli­cę, po­nie­waż w tym miej­scu sa­mo­cho­dy jeź­dzi­ły dość szyb­ko. Wła­śnie kie­dy prze­cho­dzi­li przez jezd­nię, przy­szła mu do gło­wy ta myśl.

Pu­ścił rękę sio­stry, okry­tą weł­nia­ną rę­ka­wicz­ką, i po­my­ślał, że to jed­nak nie w po­rząd­ku.

Póź­niej, kie­dy mi­ja­li park, zno­wu zmie­nił zda­nie, prze­ko­ny­wał sam sie­bie, że nikt się o tym nig­dy nie do­wie.

To tyl­ko na parę go­dzin. Tyl­ko ten je­den raz.

Zmie­nił gwał­tow­nie kie­ru­nek i cią­gnąc Mi­che­lę za rękę, wszedł do par­ku. Tra­wa była wil­got­na po noc­nych przy­mroz­kach. Mi­che­la bie­gła za nim truch­tem, bru­dząc bło­tem swo­je no­wiut­kie bot­ki z bia­łe­go za­mszu.

W par­ku nie było ni­ko­go. Przy tym zim­nie nikt nie miał ocho­ty na spa­cer. Bliź­nia­ki do­szły do czę­ści za­drze­wio­nej, gdzie sta­ły trzy drew­nia­ne sto­ły i duży grill. Je­dli tu kie­dyś obiad, w pierw­szej kla­sie, gdy na­uczy­ciel­ki za­bra­ły ich na wy­ciecz­kę, żeby zbie­ra­li su­che li­ście, z któ­rych po­tem ro­bi­li brzyd­kie stro­iki na pre­zent pod cho­in­kę dla dziad­ków.

– Miki, po­słu­chaj mnie uważ­nie – po­wie­dział Mat­tia. – Słu­chasz mnie?

Roz­ma­wia­jąc z Mi­che­lą, na­le­ża­ło za­wsze upew­nić się naj­pierw, czy otwar­ty jest cien­ki ka­nał ko­mu­ni­ka­cyj­ny łą­czą­cy ją ze świa­tem. Mat­tia za­cze­kał, aż sio­stra ski­nie gło­wą na znak, że sły­szy.

– Do­brze. Ja te­raz pój­dę so­bie na ja­kiś czas. Nie na dłu­go, tyl­ko na pół go­dzin­ki – tłu­ma­czył jej.

Nie było po­wo­du, żeby mó­wić praw­dę. Dla Mi­che­li i tak nie było róż­ni­cy mię­dzy go­dzi­ną a ca­łym dniem. Pani psy­cho­log po­wie­dzia­ła, że roz­wój jej per­cep­cji cza­so-prze­strzen­nej za­trzy­mał się na eta­pie przed­świa­do­mo­ści, i Mat­tia do­sko­na­le ro­zu­miał, co to zna­czy.

– Siedź tu­taj i cze­kaj na mnie – na­ka­zał sio­strze.

Mi­che­la spoj­rza­ła na nie­go po­waż­nie i nic nie od­po­wie­dzia­ła, po­nie­waż nie po­tra­fi­ła od­po­wie­dzieć. Nie dała żad­ne­go zna­ku, że zro­zu­mia­ła, ale na chwi­lę za­lśni­ły jej oczy i przez całą resz­tę ży­cia te oczy prze­śla­do­wa­ły Mat­tię.

Od­da­lił się na kil­ka kro­ków od sio­stry, sta­wia­jąc kro­ki ty­łem i nie spusz­cza­jąc z niej wzro­ku, by mieć pew­ność, że za nim nie po­bie­gnie. Tyl­ko raki tak cho­dzą – skrzy­cza­ła go kie­dyś mama – i za­wsze w koń­cu z czymś się zde­rza­ją.

Dzie­li­ło ich pięt­na­ście me­trów i Mi­che­la już nie pa­trzy­ła na nie­go, za­ję­ta od­ry­wa­niem gu­zi­ka od weł­nia­ne­go płasz­cza.

Mat­tia od­wró­cił się i za­czął biec, ści­ska­jąc w ręce tor­bę z pre­zen­tem. W pu­deł­ku obi­ja­ło się o sie­bie po­nad dwie­ście pla­sti­ko­wych kloc­ków; miał wra­że­nie, jak­by chcia­ły mu coś po­wie­dzieć.

– Dzień do­bry, Mat­tia – przy­wi­ta­ła go mat­ka Ric­car­da Pe­lot­ti, otwarł­szy drzwi. – A gdzie two­ja sio­strzycz­ka?

– Ma go­rącz­kę – skła­mał Mat­tia. – Nie­zbyt wy­so­ką.

– A to szko­da – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, choć nie wy­da­wa­ła się ani tro­chę za­smu­co­na. Od­su­nę­ła się na bok, żeby go wpu­ścić. – Ric­ky, przy­szedł twój ko­le­ga, Mat­tia. Chodź się przy­wi­tać! – krzyk­nę­ła, od­wró­ciw­szy się twa­rzą do ko­ry­ta­rza.

Ric­car­do Pel­lot­ti przy­śli­zgał się po gład­kiej pod­ło­dze, ze zwy­kłą so­bie, nie­przy­jem­ną miną. Za­trzy­mał się na chwi­lę, spoj­rzał na Mat­tię i po­szu­kał wzro­kiem tej tam, nie­do­ro­zwi­nię­tej. Po­tem z ulgą rzu­cił:

– Cześć.

Mat­tia pod­niósł wy­żej tor­bę z pre­zen­tem.

– Gdzie mam to po­ło­żyć? – za­py­tał.

– A co to jest? – Ric­car­do spoj­rzał na tor­bę po­dejrz­li­wie.

– Lego.

– Aha.

Ric­car­do zła­pał tor­bę, od­wró­cił się i znik­nął w ko­ry­ta­rzu.

– Idź za nim – po­wie­dzia­ła pani Pe­lot­ti, po­py­cha­jąc Mat­tię. – Tam się ba­wią dzie­ci.

Sa­lon ude­ko­ro­wa­ny był gir­lan­da­mi ba­lo­ni­ków. Na sto­le na­kry­tym czer­wo­nym pa­pie­ro­wym ob­ru­sem sta­ły mi­ski z po­pcor­nem i chip­sa­mi, taca z piz­zą po­kro­jo­ną w kwa­dra­ty i rząd za­mknię­tych bu­te­lek z róż­no­ko­lo­ro­wy­mi na­po­ja­mi ga­zo­wa­ny­mi. Kil­ku ko­le­gów Mat­tii sta­ło już na środ­ku po­ko­ju, obok sto­łu.

Mat­tia zro­bił parę kro­ków w ich stro­nę, a po­tem za­trzy­mał się w od­le­gło­ści ja­kichś dwóch me­trów, jak sa­te­li­ta, któ­ry nie chce zaj­mo­wać zbyt wie­le miej­sca na nie­bo­skło­nie. Nikt nie zwró­cił na nie­go uwa­gi.

Kie­dy po­kój na­peł­nił się dzieć­mi, chło­pak w wie­ku oko­ło dwu­dzie­stu lat, z czer­wo­nym pla­sti­ko­wym no­sem i me­lo­ni­kiem klow­na, za­czął ba­wić się z nimi w ciu­ciu­bab­kę i ośli ogon, to zna­czy w tę grę, w któ­rej na­le­ży ze zwią­za­ny­mi ocza­mi przy­cze­pić ogon osło­wi na­ry­so­wa­ne­mu na kart­ce. Mat­tia wy­grał pierw­szą na­gro­dę, to zna­czy garść cu­kier­ków, ale tyl­ko dla­te­go, że wszyst­ko wi­dział spod opa­ski. Wszy­scy krzy­cze­li: Buuu! Oszu­ki­wa­łeś!, pod­czas gdy Mat­tia, czer­wo­ny ze wsty­du, wpy­chał sło­dy­cze do kie­sze­ni.

Póź­niej, kie­dy na dwo­rze było już ciem­no, chło­piec prze­bra­ny za klow­na zga­sił świa­tło, po­sa­dził ich wo­kół sie­bie i za­czął opo­wia­dać strasz­ne hi­sto­rie. Trzy­mał przy tym pod bro­dą za­pa­lo­ną la­tar­kę.

Mat­tia uznał, że jego hi­sto­rie wca­le nie były strasz­ne, strasz­na za to była jego pod­świe­tlo­na twarz. Pa­da­ją­ce od dołu świa­tło bar­wi­ło ją na czer­wo­no i wy­do­by­wa­ło upior­ne cie­nie. Mat­tia, pa­trzył w okno, żeby nie wi­dzieć klow­na, i wte­dy przy­po­mniał so­bie o Mi­che­li. W rze­czy­wi­sto­ści nie za­po­mniał o niej ani na chwi­lę, ale te­raz po raz pierw­szy wy­obra­ził ją so­bie, jak cze­ka na nie­go sama wśród drzew i po­cie­ra twarz rę­ka­mi w bia­łych rę­ka­wicz­kach, żeby się tro­chę ogrzać.

Pod­niósł się do­kład­nie w chwi­li, gdy mat­ka Ric­car­da wcho­dzi­ła do ciem­ne­go po­ko­ju, nio­sąc tort z za­pa­lo­ny­mi świecz­ka­mi, i wszy­scy za­czę­li kla­skać, tro­chę w po­dzię­ko­wa­niu za opo­wie­dzia­ną hi­sto­rię, a tro­chę na wi­dok tor­tu.

– Ja mu­szę już iść – oświad­czył Mat­tia, nie cze­ka­jąc, aż ko­bie­ta po­sta­wi tort na sto­le.

– Aku­rat te­raz? Jest tort.

– Tak, te­raz. Mu­szę iść.

Mama Ric­car­da pa­trzy­ła na nie­go spo­nad świe­czek. Tak­że na jej twa­rzy oświe­tlo­nej od spodu kła­dły się upior­ne cie­nie. Po­zo­sta­li go­ście za­mil­kli.

– Do­brze – po­wie­dzia­ła nie­pew­nie go­spo­dy­ni. – Ric­ky, od­pro­wadź ko­le­gę do drzwi.

– Mu­szę prze­cież zdmuch­nąć świecz­ki – za­pro­te­sto­wał ju­bi­lat.

– Rób, co ci każę – roz­ka­za­ła mat­ka, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z Mat­tii.

– Ale je­steś bez­na­dziej­ny, Mat­tia!

Ktoś się ro­ze­śmiał. Mat­tia po­szedł za Ric­car­dem do wyj­ścia, wziął swo­ją kurt­kę spod sto­su okryć, po­wie­dział: dzię­ku­ję oraz: cześć. Ric­car­do nic nie od­rzekł, za­mknął za nim szyb­ko drzwi i po­pę­dził do swo­je­go tor­tu. Na po­dwór­ku pod do­mem Ric­car­da Mat­tia od­wró­cił się na chwi­lę w stro­nę oświe­tlo­ne­go okna. Gło­sy ko­le­gów prze­ni­ka­ły przez nie i do­cie­ra­ły do jego uszu, po­dob­ne do uspo­ka­ja­ją­ce­go szu­mu te­le­wi­zo­ra, gra­ją­ce­go wie­czo­rem w sa­lo­nie, kie­dy mama wy­sy­ła­ła jego i Mi­che­lę do łó­żek. Furt­ka za­mknę­ła się za nim z me­ta­licz­nym szczę­kiem, Mat­tia za­czął biec.

Zna­lazł się w par­ku. Kil­ka­na­ście kro­ków da­lej świa­tło ulicz­nych lamp było zbyt sła­be, by roz­róż­nić żwi­ro­wą alej­kę. W miej­scu, gdzie zo­sta­wił Mi­che­lę, na­gie ga­łę­zie drzew od­ci­na­ły się ciem­niej­szy­mi kre­ska­mi na tle czar­ne­go nie­ba. Już kie­dy wi­dział je z da­le­ka, Mat­tia miał pew­ność, ja­sną i nie­wy­tłu­ma­czal­ną, że sio­stry tam nie ma.

Za­trzy­mał się kil­ka me­trów od ław­ki, na któ­rej parę go­dzin wcze­śniej sie­dzia­ła Mi­che­la, po­chło­nię­ta od­ry­wa­niem gu­zi­ka od płasz­cza. Stał nie­ru­cho­mo, aż od­dech się wy­rów­nał, i na­słu­chi­wał, jak gdy­by sio­stra w każ­dej chwi­li mo­gła wyjść zza drze­wa i po­wie­dzieć: aku­ku!, a po­tem przy­biec do nie­go tym swo­im nie­sko­or­dy­no­wa­nym kro­kiem.

Mat­tia za­wo­łał Mi­che­lę i wy­stra­szył się wła­sne­go gło­su. Za­wo­łał ją po­now­nie, tym ra­zem ci­szej. Zbli­żył się do drew­nia­nej ław­ki i po­ło­żył rękę w miej­scu, gdzie sie­dzia­ła sio­stra. Było rów­nie zim­ne jak wszyst­kie inne.

Znu­dzi­ło jej się i po­szła do domu, po­my­ślał.

Ale prze­cież nie zna dro­gi. A poza tym nie może sama prze­cho­dzić przez uli­cę.

Mat­tia ro­zej­rzał się po par­ku, któ­ry to­nął w ciem­no­ściach. Nie wie­dział na­wet, gdzie się koń­czy. Po­my­ślał, że nie chce iść da­lej, ale że nie ma wy­bo­ru.

Stą­pał na pal­cach, żeby li­ście nie sze­le­ści­ły pod po­de­szwa­mi bu­tów, i ob­ra­cał gło­wę na wszyst­kie stro­ny, w na­dziei, że za­uwa­ży Mi­che­lę, przy­kuc­nię­tą za drze­wem, jak cza­tu­je na ja­kie­goś chra­bąsz­cza albo coś w tym ro­dza­ju.

Do­szedł do pla­cu za­baw dla dzie­ci. Pró­bo­wał przy­po­mnieć so­bie, jaki ko­lor mia­ła zjeż­dżal­nia w świe­tle nie­dziel­ne­go po­po­łu­dnia, gdy mama, zmu­szo­na krzy­ka­mi Mi­che­li, po­zwa­la­ła jej zje­chać parę razy, cho­ciaż dziew­czyn­ka była już na to za duża.

Szedł wzdłuż ży­wo­pło­tu aż do bu­dyn­ku z pu­blicz­ną to­a­le­tą, ale nie miał od­wa­gi wejść do środ­ka. Od­na­lazł alej­kę, któ­ra w tej czę­ści par­ku była tyl­ko wą­ską ścież­ką udep­ta­ną przez spa­ce­ru­ją­ce ro­dzi­ny. Szedł nią przez do­brych dzie­sięć mi­nut, aż w koń­cu cał­kiem już nie wie­dział, gdzie się znaj­du­je. Wte­dy za­chcia­ło mu się pła­kać i jed­no­cze­śnie kasz­leć.

– Je­steś na­praw­dę głu­pia, Miki – po­wie­dział pół­gło­sem. – Głu­pia i nie­do­ro­zwi­nię­ta. Mama tłu­ma­czy­ła ci set­ki razy, że je­że­li się zgu­bisz, masz się nie ru­szać z miej­sca... Ale ty nig­dy nic nie ro­zu­miesz... Nic zu­peł­nie.

Wszedł na małe wznie­sie­nie i zna­lazł się nad rze­ką, któ­ra prze­ci­na­ła park na dwie czę­ści. Oj­ciec wie­le razy mó­wił mu, jak się ta rze­ka na­zy­wa, ale Mat­tia nie po­tra­fił tego za­pa­mię­tać. Woda od­bi­ja­ła świa­tło z nie­zna­ne­go źró­dła i świa­tło to drża­ło w jego wil­got­nych oczach.

Zbli­żył się do brze­gu rze­ki, miał uczu­cie, że Mi­che­la jest bli­sko. Sio­stra lu­bi­ła wodę. Mama opo­wia­da­ła, że kie­dy byli ma­ły­mi dzieć­mi i ką­pa­ła ich ra­zem w wan­nie, Miki krzy­cza­ła wnie­bo­gło­sy, bo nie chcia­ła wyjść na­wet wte­dy, gdy woda była już cał­kiem zim­na. Pew­ne­go dnia oj­ciec za­brał ich nad rze­kę, może na­wet w to wła­śnie miej­sce, i uczył pusz­czać kacz­ki pła­ski­mi ka­mie­nia­mi. Pod­czas gdy tłu­ma­czył, jaki ruch po­win­ni wy­ko­nać prze­gu­bem ręki, Mi­che­la wy­chy­li­ła się do przo­du i wpa­dła do wody aż po pas, za­nim oj­ciec zdą­żył ją zła­pać. Dał jej klap­sa i dziew­czyn­ka za­czę­ła pła­kać, za­raz po­tem wró­ci­li do domu, wszy­scy tro­je w mil­cze­niu, z po­nu­ry­mi mi­na­mi.

Ob­raz Mi­che­li, któ­ra ga­łąz­ką mąci swo­je od­bi­cie na po­wierzch­ni wody, po czym wpa­da do niej bez­wład­nie ni­czym wo­rek ziem­nia­ków, uka­zał się Mat­tii gwał­tow­nie jak ude­rze­nie pio­ru­na.

Usiadł pół me­tra od brze­gu, był zmę­czo­ny. Od­wró­cił się i zo­ba­czył głę­bo­ką ciem­ność, któ­ra mia­ła trwać jesz­cze wie­le go­dzin.

Na po­wrót za­czął wpa­try­wać się w czar­ną, błysz­czą­cą po­wierzch­nię rze­ki. Sta­rał się przy­po­mnieć so­bie jej na­zwę, ale i tym ra­zem mu się to nie uda­ło. Za­nu­rzył ręce w zim­nej zie­mi. Przy brze­gu, dzię­ki wil­go­ci, była mo­kra i mięk­ka. Zna­lazł w niej ka­wa­łek bu­tel­ki, po­zo­sta­łość po ja­kiejś noc­nej im­pre­zie. Kie­dy wbił go so­bie w rękę, nie czuł bólu, może na­wet tego nie za­uwa­żył. Za­czął wkrę­cać szkło głę­biej, nie prze­sta­jąc przy tym pa­trzeć na wodę. Cze­kał, aż Mi­che­la wy­pły­nie na po­wierzch­nię, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, dla­cze­go nie­któ­re rze­czy toną, a inne nie.

Na skó­rze i pod nią1991

3

Brzyd­ki wa­zon z bia­łej ce­ra­mi­ki, ozdo­bio­ny skom­pli­ko­wa­nym, zło­co­nym kwiet­nym mo­ty­wem, któ­ry od za­wsze stał w ką­cie ła­zien­ki, był wła­sno­ścią ro­dzi­ny Del­la Roc­ca od pię­ciu po­ko­leń, ale tak na­praw­dę ni­ko­mu się nie po­do­bał. Ali­ce czę­sto mia­ła ocho­tę ci­snąć nim o pod­ło­gę i wy­rzu­cić jego dro­go­cen­ne sko­ru­py do śmiet­ni­ka przed do­mem, wraz z pusz­ka­mi po so­sie po­mi­do­ro­wym, pod­pa­ska­mi zu­ży­ty­mi nie przez nią i pu­sty­mi pu­deł­ka­mi po środ­kach uspo­ka­ja­ją­cych ojca.

Dziew­czyn­ka po­gła­dzi­ła go pal­cem i po­my­śla­ła, że jest bar­dzo zim­ny, gład­ki i czy­sty. So­le­dad, ich go­spo­sia z Ekwa­do­ru, z cza­sem na­uczy­ła się do­kład­nie sprzą­tać, bo u pań­stwa Del­la Roc­ca zwra­ca­no uwa­gę na szcze­gó­ły. Kie­dy po­ja­wi­ła się po raz pierw­szy w ich domu, Ali­ce mia­ła sześć lat. Przy­glą­da­ła się jej wów­czas po­dejrz­li­wie, trzy­ma­jąc się spód­ni­cy mat­ki. So­le­dad po­chy­li­ła się nad małą i spoj­rza­ła na nią z za­chwy­tem. Ja­kie masz pięk­ne wło­sy, po­wie­dzia­ła, mogę ich do­tknąć? Ali­ce przy­gry­zła ję­zyk, żeby jej nie od­mó­wić, i So­le­dad unio­sła pa­smo kasz­ta­no­wych wło­sów, jak­by to był ka­wa­łek je­dwa­biu, a po­tem po­zwo­li­ła, żeby opa­dło na ra­mię dziew­czyn­ki. Nie po­tra­fi­ła uwie­rzyć, że wło­sy mogą być tak de­li­kat­ne.

Ali­ce zdję­ła pod­ko­szu­lek, za­trzy­mu­jąc przy tym od­dech i przy­my­ka­jąc od­ru­cho­wo oczy.

Kie­dy po­now­nie je otwo­rzy­ła, zo­ba­czy­ła swo­je od­bi­cie w du­żym lu­strze nad umy­wal­ką i do­zna­ła przy­jem­ne­go roz­cza­ro­wa­nia. Od­wi­nę­ła majt­ki przy gum­ce, ob­ni­ża­jąc je aż do bli­zny. Na­prę­żo­na gum­ka utwo­rzy­ła coś w ro­dza­ju po­mo­stu mię­dzy ko­ść­mi mied­ni­cy. Mię­dzy gum­ką a nad li­nią brzu­cha była pu­sta prze­strzeń. Zbyt mała, żeby zmie­ścił się w niej pa­lec wska­zu­ją­cy, ale wy­star­cza­ją­ca, by wsu­nąć naj­mniej­szy, co spra­wia­ło jej za­wsze ogrom­ną przy­jem­ność.

Wła­śnie w tym miej­scu po­win­na wy­ra­stać, po­my­śla­ła.

Gra­na­to­wa ró­życz­ka, taka sama, jaką ma Vio­la.

Ali­ce sta­nę­ła pro­fi­lem, pra­wym, tym ład­niej­szym, jak przy­zwy­cza­iła się my­śleć. Zsu­nę­ła wło­sy na twarz i stwier­dzi­ła, że wy­glą­da, jak­by opę­tał ją dia­beł. Spró­bo­wa­ła ze­brać wło­sy w koń­ski ogon, po­tem spię­ła je jesz­cze wy­żej, po­dob­nie jak ro­bi­ła Vio­la, któ­ra tak bar­dzo się wszyst­kim po­do­ba­ła.

To też nic nie dało.

Spu­ści­ła wło­sy na ra­mio­na i z przy­zwy­cza­je­nia za­ło­ży­ła je za uszy. Opar­ła się rę­ka­mi na umy­wal­ce i zbli­ży­ła twarz na od­le­głość kil­ku cen­ty­me­trów od lu­stra tak na­głym ru­chem, że jej oczy na­ło­ży­ły się jed­no na dru­gie i utwo­rzy­ły jed­no prze­ra­ża­ją­ce oko, jak u cy­klo­pa. Cie­pły od­dech osa­dził się na lu­strze war­stwą pary, któ­ra za­kry­ła część jej twa­rzy.

Nie mo­gła po­jąć, gdzie Vio­la i jej przy­ja­ciół­ki pod­pa­trzy­ły te spoj­rze­nia, któ­re roz­sie­wa­ły do­ko­ła i któ­ry­mi przy­cią­ga­ły do sie­bie chło­pa­ków. Spoj­rze­nia ja­do­wi­te lub cza­ru­ją­ce, któ­ry­mi po­tra­fi­ły oka­zać przy­chyl­ność lub znisz­czyć, po­słu­gu­jąc się jed­nym tyl­ko, le­d­wo za­uwa­żal­nym ru­chem brwi.

Ali­ce pró­bo­wa­ła przy­jąć przed lu­strem pro­wo­ka­cyj­ną pozę, ale uj­rza­ła w nim tyl­ko nie­zgrab­ną dziew­czyn­kę, po­ru­sza­ją­cą ra­mio­na­mi bez wdzię­ku, jak­by pod znie­czu­le­niem.

Była prze­ko­na­na, że jej praw­dzi­wym pro­ble­mem są po­licz­ki – zbyt okrą­głe i ru­mia­ne. Od­wra­ca­ją uwa­gę od oczu, któ­re prze­cież po­win­ny po­zo­sta­wać na pierw­szym pla­nie i wbi­jać się spoj­rze­niem jak ostrą drza­zgą w ser­ca chłop­ców. Chcia­ła, żeby jej spoj­rze­nie nie oszczę­dza­ło ni­ko­go, żeby zo­sta­wia­ło nie­za­po­mnia­ne wra­że­nie.

Tym­cza­sem jed­nak szczu­pla­ły tyl­ko jej pier­si, brzuch i pupa, a po­licz­ki po­zo­sta­wa­ły ta­kie same – dwie mięk­kie po­du­szecz­ki jak u ma­łej dziew­czyn­ki.

Ktoś za­pu­kał do drzwi ła­zien­ki.

– Ali­ce! Już jest go­to­we! – przez ma­to­we szkło do­biegł znie­na­wi­dzo­ny głos ojca.

Ali­ce nie od­po­wie­dzia­ła. Wcią­gnę­ła po­licz­ki, żeby zo­ba­czyć, o ile ład­niej wy­glą­da­ła­by ze szczu­płą twa­rzą.

– Je­steś tam? – za­py­tał oj­ciec.

Ali­ce uca­ło­wa­ła swo­je od­bi­cie w lu­strze wy­dę­ty­mi usta­mi. Ję­zy­kiem do­tknę­ła jego zim­ne­go od­bi­cia. Za­mknę­ła oczy i jak przy praw­dzi­wych po­ca­łun­kach za­czę­ła po­ru­szać gło­wą w na­zbyt rów­nym, nie­na­tu­ral­nym ryt­mie. Po­ca­łun­ku, o ja­kim ma­rzy­ła, nie zna­la­zła jesz­cze na ni­czy­ich ustach.

Da­vi­de Po­iri­no był pierw­szym, któ­ry w trze­ciej gim­na­zjal­nej, w wy­ni­ku prze­gra­ne­go za­kła­du, po­ca­ło­wał ją z ję­zy­kiem. Po­krę­cił nim trzy razy wo­kół ję­zy­ka Ali­cji zgod­nie z ru­chem wska­zó­wek ze­ga­ra, po czym od­wró­cił się do ko­le­gów i za­py­tał:

– Wy­star­czy?

Ko­le­dzy wy­buch­nę­li śmie­chem, któ­ryś z nich po­wie­dział, że ca­ło­wał się z Ku­la­wą, ale Ali­ce i tak była za­do­wo­lo­na, bo mia­ła za sobą swój pierw­szy po­ca­łu­nek, a Da­vi­de był cał­kiem nie­brzyd­ki.

Póź­niej po­ja­wi­li się inni. Ku­zyn Wal­ter na uro­dzi­nach bab­ci i ko­le­ga Da­vi­da, o któ­rym nie wie­dzia­ła na­wet, jak ma na imię, ale zgo­dzi­ła się, gdy za­py­tał, czy i jemu po­zwo­li spró­bo­wać. W od­osob­nio­nym ką­cie szkol­ne­go po­dwór­ka sta­li kil­ka mi­nut, przy­kle­je­ni do sie­bie war­ga­mi, nie ma­jąc od­wa­gi po­ru­szyć na­wet jed­nym mię­śniem. Kie­dy się wresz­cie roz­łą­czy­li, chło­piec po­dzię­ko­wał i od­da­lił się z pod­nie­sio­ną gło­wą, sprę­ży­stym kro­kiem doj­rza­łe­go męż­czy­zny.

Te­raz zo­sta­ła z tyłu. Ko­le­żan­ki roz­ma­wia­ły o po­zy­cjach, o ma­lin­kach, o tym, jak uży­wać pal­ców, i o tym, czy le­piej to ro­bić z pre­zer­wa­ty­wą czy bez, pod­czas gdy Ali­ce czu­ła jesz­cze ni­ja­ki smak po­ca­łun­ku od­ci­śnię­te­go na jej war­gach w trze­ciej gim­na­zjal­nej.

– Ali­ce! Sły­szysz mnie? – za­wo­łał gło­śniej oj­ciec.

– Nie nudź. Ja­sne, że cię sły­szę – od­po­wie­dzia­ła Ali­ce ze znie­cier­pli­wie­niem, gło­sem le­d­wo sły­szal­nym za drzwia­mi.

– Ko­la­cja go­to­wa – po­wtó­rzył oj­ciec.