Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 417

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 10 godz. 12 min Lektor: Marta Grzywacz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 10 godz. 12 min Lektor: Marta Grzywacz

Opis ebooka Samotna - Lisa Gardner

"Snajper policji stanowej Massachusetts Bobby Dodge obserwuje przez lunetę tragiczne wydarzenia w pobliskim domu. Uzbrojony mężczyzna zabarykadował się w nim z żoną i dzieckiem. Mierzy do nich z broni,  powoli zaciskają palec na spuście.  Bobby ma tylko ułamek sekundy na decyzję, której może żałować do końca życia. Dla kobiety, próbującej chronić dziecko przed ogarniętym szałem mężem, to nie pierwszy koszmar. Piękna, niedostępna i niebezpiecznie seksowna Catherine Gagnon ma za sobą bolesne wspomnienia. Dwadzieścia pięć lat wcześniej została porwana i uwięziona przez szaleńca, który uczynił z niej swoją seks niewolnicę. Czy znajdzie w sobie siłę i odwagę, by obronić własne dziecko? Mroczny, niepokojący thriller, który przyprawia o solidne dreszcze."

Opinie o ebooku Samotna - Lisa Gardner

Fragment ebooka Samotna - Lisa Gardner

Strony tytułowe

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

ALONE

Copyright © 2005 by Lisa Gardner, Inc.

Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2012 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa AMBER Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Korekta: Mariusz Kulan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7508-563-1

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax. 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2013.

Publikację elektroniczną przygotował

Rozdział 1

Rozdział 1

Kiedy dostał wezwanie, pracował już od piętnastu godzin. Zbyt wielu niecierpliwych kierowców na drodze numer 93 i zbyt wiele kraks. Jak zwykle o tej porze roku. Drzewa były nagie, mrok zapadał szybko, zbliżało się Święto Dziękczynienia. Zimno i mokro. Sezon letniego grillowania dawno minął, a na ulicach słychać było tylko szelest suchych liści na zimnym bruku.

Wielu policjantów narzekało na krótkie szare dni lutego, ale Bobby Dodge szczerze nie cierpiał listopada. Od zawsze.

Jego zmiana zaczęła się od drobnej stłuczki, potem były dwie następne. Po czterech godzinach papierkowej roboty myślał, że najgorsze ma już za sobą. Jednak wczesnym popołudniem, kiedy nawet na słynącej z korków drodze 93 powinno być luźno, doszło do karambolu pięciu samochodów. Rozpędzony taksówkarz próbował za jednym zamachem przeskoczyć cztery pasy, a zestresowany japiszon w hummerze zajechał mu drogę. Hummer zniósł cios jak mistrz wagi ciężkiej, rozklekotana taksówka natomiast została znokautowana i przy okazji załatwiła trzy inne wozy. Bobby wezwał pomoc drogową, naszkicował przebieg wypadku i aresztował japiszona, kiedy okazało się, że do lunchu wypił kilka martini.

Zatrzymanie pod zarzutem jazdy pod wpływem alkoholu oznaczało więcej papierkowej roboty, wyprawę na komisariat w południowym Bostonie (i to w godzinach szczytu, kiedy nikt nie ustępuje miejsca nawet policji) i scysję z nadzianym japiszonem, który nie miał ochoty wejść do celi.

Facet był jakieś dwadzieścia kilo cięższy od Bobby’ego. Jak wiele osób w podobnej sytuacji, uznał, że większa masa równa się większej sile, i jakoś umknęły mu wszelkie sygnały dowodzące czegoś wprost przeciwnego. Prawą ręką złapał za framugę i rzucił się do tyłu. Na co właściwie liczył? Że powali policjanta i ucieknie z komisariatu pełnego jego uzbrojonych kolegów? Bobby zrobił unik, wysunął nogę i grubas runął na ziemię z donośnym hukiem. Kilku policjantów, zadowolonych z darmowego przedstawienia, zaczęło bić brawo.

— Do sądu cię podam! — ryknął podpity japiszon. — Ciebie, twojego szefa i całe zasrane Massachusetts. Wykupię ten burdel. Słyszysz? Będę miał cię w garści!

Bobby dźwignął go z podłogi i ścisnął mu kciuk, ściągając na siebie kolejne przekleństwa. Wepchnął grubasa do celi i zatrzasnął drzwi.

— Jakbyś miał rzygać, kibel jest tam — rzucił, widząc, że facet lekko pozieleniał.

Grubas zdążył jeszcze pokazać podniesiony środkowy palec, po czym zgiął się wpół i zwymiotował na podłogę.

Bobby pokręcił głową.

— Nadziany kutas — mruknął.

Takie dni się zdarzają, zwłaszcza w listopadzie.

Teraz było parę minut po dziesiątej. Japiszon wyszedł za kaucją wniesioną przez jego zbyt wysoko opłacanego adwokata, cela została umyta i skończyła się zmiana Bobby’ego, która trwała od siódmej rano. Wreszcie mógł wrócić do domu. Zadzwonić do Susan. Przespać się, zanim o piątej zapiszczy budzik i cała bieganina zacznie się od nowa.

Ale, ku swojemu zaskoczeniu, był jakiś rozdygotany. W żyłach miał za dużo adrenaliny jak na człowieka, który uchodzi za uosobienie spokoju.

Nie poszedł do domu. Przebrał się w dżinsy i flanelową koszulę i postanowił zajrzeć do baru.

Przy półkolistym kontuarze w Boston Beer Garden siedziało czternastu klientów. Palili papierosy i sączyli piwo, gapiąc się tępo w płaskoekranowe telewizory. Bobby skinął głową kilku znajomym, machnięciem ręki przywołał sześćdziesięcioletniego barmana Carla i zajął wolny stołek z dala od pozostałych. Sally jak zwykle przyniosła mu nachos, a Carl colę.

— Ciężki dzień, Bobby?

— Jak zawsze.

— Susan przyjdzie?

— Ma próbę.

— No tak, niedługo koncert. Za dwa tygodnie, zgadza się? — Carl pokręcił głową. — Nie dość, że piękna, to jeszcze utalentowana. Mówię ci, Bobby, masz szczęście.

— Uważaj, bo Martha usłyszy — ostrzegł Bobby. — Widziałem, jak przetacza beczki. Aż strach pomyśleć, co mogłaby zrobić wałkiem.

— Ja też mam szczęście — zapewnił Carl. — Dlatego jeszcze żyję.

Carl zostawił Bobby’ego z colą i nachos. W telewizji mówili o jakimś zajściu w Revere. Facet ostrzelał sąsiadów, a potem zabarykadował się w domu. Antyterroryści byli już na miejscu i „nikt nie zamierzał ryzykować bez potrzeby”.

Tak, listopad to dziwny miesiąc. Wszyscy są podminowani, nie wiedzą, jak się bronić przed nadciągającą ponurą zimą. Nawet tacy ludzie jak Bobby muszą wytężać siłę woli, by nie zwariować.

Dokończył nachos. Wypił colę. Zapłacił i w chwili, kiedy przekonał sam siebie, że może już wrócić do domu, odezwał się biper, który nosił przy pasie. Ledwie rzucił okiem na wyświetlacz, już był za drzwiami.

Dzień był ciężki. Teraz zanosiło się na ciężką noc.

Catherine Rose Gagnon również nie przepadała za listopadem, choć jej kłopoty tak naprawdę zaczęły się w październiku. Dokładnie dwudziestego drugiego października 1980 roku. Wracała do domu ze szkoły. Było ciepło, słońce ogrzewało jej twarz. Niosła książki, miała na sobie swój ulubiony szkolny strój: brązowe podkolanówki, ciemnobrązową sztruksową spódniczkę i żółtą bluzkę z długimi rękawami.

Podjechał samochód. Początkowo nie zwróciła na niego uwagi. Dopiero kiedy się z nią zrównał, zauważyła go kątem oka. Niebieski chevy. Usłyszała męski głos. „Hej, skarbie. Zginął mi piesek. Nie pomogłabyś mi go poszukać?”

Później był ból, krew i stłumione okrzyki sprzeciwu. Łzy płynące po policzkach. Przygryziona dolna warga.

I ciemność, i jej cichy, pozbawiony nadziei krzyk: „Jest tam kto?”

A potem bardzo długo nic.

Powiedzieli jej, że trwało to dwadzieścia osiem dni. Nie mogła tego wiedzieć. W ciemnościach czas nie istniał, była tylko samotność. A oprócz niej zimno, cisza i chwile, kiedy wracał. Przynajmniej coś się działo. Nicość, niekończąca się nicość mogła doprowadzić do obłędu.

Znaleźli ją myśliwi. Osiemnastego listopada. Zauważyli klapę ze sklejki, załomotali w nią kolbami strzelb i ku swojemu zaskoczeniu usłyszeli słaby krzyk. Uratowali ją, triumfalnie otworzyli jej małe więzienie i wydobyli ją na rześkie jesienne powietrze. Później widziała zdjęcia w gazetach. Swoje ciemne wielkie oczy, wychudłą twarz, skulone ciało. Wyglądała jak mały brązowy nietoperz, brutalnie wywleczony na światło dnia.

Dziennikarze nazwali ją Cudem Święta Dziękczynienia. Wróciła do domu, do rodziców. Sąsiedzi i krewni paradowali przed nią, wołając „Dzięki Bogu!”, „W samą porę na Święto Dziękczynienia!” i „Nie do wiary, naprawdę nie do wiary...”

Ona siedziała i słuchała, co mówią. Podkradała jedzenie z talerzy i chowała je do kieszeni. Miała spuszczoną głowę i zwieszone ramiona. Wciąż jeszcze była małym nietoperzem i z powodów, o których nie potrafiła mówić, bała się światła.

Przyjechała policja. Opowiedziała im o mężczyźnie, o jego samochodzie. Pokazali jej zdjęcia. Wskazała jedno z nich. Po kilku dniach czy tygodniach — co za różnica? — poszła na komisariat i z poważną miną znów wskazała tego samego człowieka.

Pół roku później rozpoczął się proces Richarda Umbria. Po trzech tygodniach, ubrana w prostą niebieską sukienkę i pantofelki, złożyła zeznania przed sądem. Po raz ostatni wskazała palcem tego człowieka. Richard Umbrio dostał dożywocie.

A ona wróciła do domu.

Niewiele jadła. Ciągle chowała jedzenie po kieszeniach albo po prostu trzymała je w ręku. Mało spała. Leżała w ciemnościach, oczami nietoperza wypatrując czegoś, czego nie potrafiła nazwać. Często nieruchomiała i sprawdzała, czy potrafi cicho oddychać.

Czasem w drzwiach jej pokoju stawała matka, nerwowo skubiąc bluzkę bladymi palcami. Z głębi domu dochodził wtedy głos ojca: „Chodź do łóżka, Louise. W razie czego cię zawoła”.

Ale Catherine nigdy jej nie wołała.

Mijały lata. Catherine dorastała, jej ramiona wyprostowały się, włosy urosły i wkrótce odkryła, że obdarzona jest tą dziwną, magnetyczną urodą, dla której mężczyźni tracą głowę. Miała białą skórę, proste czarne włosy i wielkie granatowe oczy. Mężczyźni jej pragnęli. Dlatego wykorzystywała ich bez skrupułów. Nie jej wina. Nie ich wina. Po prostu niczego nie czuła.

Matka umarła w 1994 roku. Na raka. Na pogrzebie Catherine próbowała płakać. Nie potrafiła jednak wycisnąć z oczu nawet jednej łzy, a jej chrapliwy szloch brzmiał nieszczerze.

Wróciła do pustego domu i próbowała więcej o tym nie myśleć, choć czasami ni stąd, ni zowąd przypominała jej się matka stojąca w drzwiach pokoju. „Chodź do łóżka, Louise. W razie czego cię zawoła”.

„Hej, skarbie. Zginął mi piesek. Nie pomogłabyś mi go poszukać?”

Listopad roku dziewięćdziesiątego ósmego. Kobieta nazwana niegdyś Cudem Święta Dziękczynienia leżała naga, skulona w białej wannie i drżała z zimna, ściskając w dłoni brzytwę. Miało stać się coś złego. Zapadały ciemności. Tym razem nie będzie powrotu.

„Chodź do łóżka, Louise. W razie czego cię zawoła”.

„Hej, skarbie. Zginął mi piesek. Nie pomogłabyś mi go poszukać?”

Ostrze, cienkie i lekkie. Pieszczotliwie muskające nadgarstek. Ciepłe, czerwone strużki spływające po skórze.

Zadzwonił telefon. Catherine ocknęła się z letargu i odebrała. Ten telefon ocalił jej życie. Cud Święta Dziękczynienia się odrodził.

Myślała o tym w tej chwili. W tle słychać było głos spikera:

— Uzbrojony mężczyzna zaczął strzelać do swoich sąsiadów, po czym zabarykadował się w domu. Zdaniem bostońskich antyterrorystów sytuacja jest napięta i niezwykle niebezpieczna.

Synek szlochał w jej ramionach!

— Mamusiu, mamusiu, mamusiu.

A z dołu dobiegł ryk męża:

— Wiem, co knujesz! Masz mnie za głupka? Wybij to sobie z głowy. Nie ujdzie ci to na sucho, żeby nie wiem co. Nie tym razem!

Jimmy wbiegł po schodach do ich sypialni.

Telefon już raz ocalił Catherine Gagnon życie. Modliła się, by stało się tak i tym razem.

— Halo, policja? Słyszycie mnie? Chodzi o mojego męża. Chyba ma broń.

Rozdział 2

Rozdział 2

Bobby od sześciu lat był członkiem Specjalnej Grupy Taktyczno-Operacyjnej policji stanu Massachusetts (STOP). Wzywany był na akcje co najmniej trzy razy w miesiącu — i to najczęściej w święta — więc myślał, że nic go już nie zaskoczy. Tego wieczoru okazało się, że się mylił.

Pędził ulicami Bostonu. Z piskiem opon skręcił w prawo na Park Street, kierując się ku zwieńczonej złotą kopułą siedzibie parlamentu stanowego, odbił w lewo na Beacon, wzdłuż parku. O mało nie dał plamy — próbował dojechać Arlington do samego Marlborough, ale poniewczasie uprzytomnił sobie, że Marlborough jest jednokierunkowa i prowadzi w złym kierunku. Tak to jest, gdy się zwykle omija centrum szerokim łukiem. Jak szaleniec wcisnął hamulec, skręcił kierownicę i z wciśniętym klaksonem przeciął trzy pasy ruchu, by pozostać na Beacon. Teraz miał trudniejsze zadanie, musiał wypatrywać bocznej drogi dochodzącej do Marlborough. W końcu ruszył za erką jadącą na sygnale.

Po przybyciu na róg Marlborough i Gloucester od razu zauważył wiele szczegółów. Niebieskie radiowozy policji miejskiej i stanowej zablokowały kwartał ulic w samym sercu Back Bay. Między kilkoma kamienicami rozciągała się żółta taśma i umundurowani policjanci zajmowali stanowiska na skrzyżowaniach. Na miejscu była już erka i kilka wozów transmisyjnych lokalnych stacji telewizyjnych.

Zaczynało się.

Bobby zaparkował crown vica obok radiowozu, wyskoczył z samochodu i pobiegł do bagażnika. Miał w nim wszystko, czego potrzebuje dobrze wyszkolony snajper policyjny. Karabin, celownik optyczny, amunicję, mundury polowe — czarny i maskujący, siatkę maskującą, kamizelkę kuloodporną, ubranie na zmianę, coś na ząb, wodę, poduszkę, okulary noktowizyjne, lornetkę, dalmierz, wojskowy szwajcarski scyzoryk, farbę do twarzy i latarkę. Policjanci z miasta wozili w bagażniku zapasowe opony, a policjant stanowy mógł przeżyć miesiąc, nie ruszając się z samochodu.

Bobby wyjął plecak i rozejrzał się.

W odróżnieniu od innych oddziałów antyterrorystycznych, członkowie jednostki Bobby’ego nigdy nie przybywali na miejsce zdarzenia w grupie. Było ich trzydziestu dwóch, rozrzuconych po całym Massachusetts, od Cape Cod po pogórze gór Berkshire. Kwatera główna mieściła się w Adams, w zachodniej części stanu. To tam dowódca Bobby’ego przyjął wezwanie od Framingham Communications i zadecydował o przystąpieniu do akcji.

W takich sytuacjach jak ta — gdy uzbrojony napastnik bierze zakładników — wzywano wszystkich trzydziestu dwóch członków jednostki. Niektórym dojazd zajmie trzy do czterech godzin. Innym, tak jak Bobby’emu, niecały kwadrans. Tak czy inaczej, dowódca jednostki szczycił się tym, że w ciągu godziny może w dowolne miejsce ściągnąć co najmniej pięciu ludzi.

Bobby rozejrzał się i zauważył, że przybył jako jeden z pierwszych. Oznaczało to, że nie ma chwili do stracenia.

Większość oddziałów antyterrorystycznych składała się z trzech grup: szturmującej, blokującej i snajperskiej. Grupa blokująca ma za zadanie zabezpieczyć okolicę. Snajperzy zajmują pozycje na zewnątrz zablokowanego obszaru i pełnią funkcje zwiadowcze — przez celownik lub lornetkę obserwują, co dzieje się wewnątrz budynku, i składają regularne meldunki. Drużyna szturmowa natomiast przystępuje do akcji tylko w ostateczności — jeśli negocjatorowi nie uda się nakłonić podejrzanych do poddania się, wdziera się do budynku. Na ogół kończy się to krwawo i raczej starano się tego unikać, ale czasem nie było innego wyjścia.

Każdy członek jednostki STOP mógł wykonywać wszystkie te zadania, nie było specjalizacji. Ponieważ przyjeżdżali na miejsce zdarzenia oddzielnie, szkolono ich we wszystkich aspektach działań antyterrorystycznych po to, by mogli z marszu przystąpić do akcji. Innymi słowy, choć Bobby był jednym z ośmiu snajperów w jednostce, na razie nie szukał dobrej snajperskiej pozycji.

Najpierw należy zabezpieczyć okolicę. To rozwiązuje dziewięćdziesiąt procent problemów. Kontrolować i blokować. Do tego potrzeba co najmniej dwóch ludzi ustawionych na przeciwległych skrzyżowaniach i obserwujących okolicę po przekątnych.

Bobby to jeden. Teraz trzeba znaleźć drugiego. Przy krawężniku stały trzy radiowozy policji stanowej, więc gdzieś tu muszą być ludzie z jego jednostki. Zauważył białą furgonetkę służącą za stanowisko dowodzenia. Zarzucił plecak na ramię i podbiegł do niej.

— Bobby Dodge, policja stanowa — powiedział, wchodząc do środka i wyciągając rękę.

— Porucznik Jachrimo. — Dowódca uścisnął mu dłoń, mocno i szybko. Był z policji miejskiej, nie stanowej. To Bobby’ego nie zdziwiło; sprawa podlegała jurysdykcji policji bostońskiej, a komendant policji stanowej pewnie był dwie godziny drogi stąd. Choć Bobby wolałby mieć do czynienia ze swoim dowódcą, nauczył się być grzeczny dla innych. Oczywiście bez przesady.

Jachrimo rysował wykres Gantta w górnym lewym rogu wiszącej przed nim białej tablicy.

— Pozycja? — spytał.

— Snajper.

— Możesz zabezpieczać okolicę?

— Tak jest.

— Super, super, super. — Obok furgonetki przeszedł policjant w mundurze. Porucznik Jachrimo oderwał się od białej tablicy, wystawił głowę z wozu i ryknął: — Hej, ty tam! — Machnął na niego. — Muszę pogadać z kimś z firmy telefonicznej. Rozumiesz? Połącz się z centralą, niech tam zadzwonią, bo w tym wozie nic nie działa, a co to za stanowisko dowodzenia, skoro nie można z niego dowodzić. Rozumiesz?

Mundurowy pobiegł gdzieś, a zaaferowany Jachrimo zwrócił się do Bobby’ego.

— No dobra, co wiesz?

— Podejrzany, prawdopodobnie uzbrojony, zabarykadował się w domu z żoną i dzieckiem. — Bobby słowo w słowo powtórzył wiadomość, jaka przyszła na jego pager.

— Podejrzany nazywa się Jimmy Gagnon. Mówi ci to coś?

Bobby pokręcił głową.

— To nawet lepiej. — Jachrimo skończył rysować wykres, po czym na dolnej części tablicy zaczął szkicować plan okolicy. — Wygląda to tak. Około wpół do dwunastej na policję zadzwoniła kobieta podająca się za Catherine Gagnon, żonę Jimmy’ego. Powiedziała, że pijany mąż grozi jej i synkowi pistoletem. Operator próbował wyciągnąć z niej więcej szczegółów, ale połączenie zostało przerwane. Jakąś minutę później na policję zadzwonił sąsiad i zgłosił, że słyszał dwa strzały. Dzwonili do komendy głównej, ale nasi są na akcji w Revere, więc oddałem sprawę Framingham Communications, a oni skontaktowali się z twoim szefem. Wasza jednostka poprowadzi akcję, może od początku do końca, może do czasu, aż nasi nie załatwią sprawy w Revere. Nie wiem. Na razie mundurowi odcięli dostęp do budynku. Są tu, tu i tu, a samochody tu i tu blokują ulice.

Jachrimo naniósł na szkic kilka iksów i jeden kwartał został odcięty od reszty dzielnicy.

— Gagnonowie zajmują ostatnie cztery piętra domu numer 4-15 — ciągnął. — Nasi ludzie ewakuowali ludzi z niższych pięter i sąsiednich kamienic. Na razie nie udało nam się skontaktować z żadną z osób przebywających w mieszkaniu, co szczerze mówiąc, wcale mnie nie cieszy. Moim zdaniem powinniśmy byli zabezpieczyć okolicę dziesięć minut temu, a negocjatorzy powinni tu być od ośmiu minut. Ale co ja tam wiem...

— Ilu mamy ludzi?

— Na miejscu są już Fusilli, Adams i Maroni z policji stanowej. Obserwują dom, starają się odciąć wszystkie drogi dostępu, może nawet spróbują dostać się do środka. Jeden z moich ludzi szuka planów budynku, a drugi, miejmy nadzieję, zaraz połączy mnie z tą zasraną firmą telefoniczną.

— Co mówią sąsiedzi?

— Według tego z parteru przez ostatnich pięć lat Gagnonowie całkowicie przemeblowali mieszkanie. Poddasze przerobili na wysoko sklepiony sufit trzeciego piętra, gdzie podobno mają wielgachną sypialnię z balkonem. Co się tyczy samego budynku, na parterze jest jedna mała sypialnia i hol z klatką schodową i windą, którą można wjechać do apartamentu Gagnonów. Piwnica została przerobiona na dwupokojowe mieszkanie. Ewakuowaliśmy mieszkające tam małżeństwo. Nic nam nie powiedzieli, nie wiedzą, gdzie są przewody wentylacyjne, wyjścia awaryjne i tym podobne. To stary dom, więc raczej nie powinno być żadnych niespodzianek. Wygląda na to, że Gagnonowie nie są towarzyscy i nawet jeśli urządzali jakieś imprezy, to rzadko zapraszali sąsiadów. Znani są z częstych kłótni, nieraz już nas do nich wzywano. Dziś pierwszy raz któreś z nich sięgnęło po broń. On? Ona? Cholera wie. W każdym razie dziecko ma przechlapane. Tak wygląda sytuacja.

Porucznik skończył w samą porę. Przyszli ludzie z firmy telefonicznej. I kolejny członek jednostki Bobby’ego.

— No to super — mruknął porucznik. Wskazał palcem nowo przybyłego policjanta stanowego. — Zabezpieczysz okolicę domu. A ty — palcem wskazał Bobby’ego — znajdź sobie dobrą pozycję. Chcę wiedzieć, co się dzieje w tym domu. Gdzie mąż, gdzie żona, gdzie dzieciak? I czy jest tam jeszcze ktoś żywy? Bo od ponad pół godziny niczego nie słyszeliśmy.

Bobby wyszedł z centrum dowodzenia i przyspieszył kroku. Teraz, kiedy znał już swoje zadanie, musiał podjąć kilka decyzji. I to szybko.

Po pierwsze, jaki ekwipunek wybrać. Zdecydował się na mundur maskujący w odcieniach szarości. Gdyby ubrał się na czarno, jego sylwetka byłaby zbyt dobrze widoczna, za to w uniformie, którego barwy stwarzają złudzenie głębi, może wtopić się w otoczenie.

Na wierzch włożył lekką kamizelkę kuloodporną. Inni antyterroryści mieli kamizelki z kevlaru, z borowymi płytami, jednak dla snajpera byłoby to za duże obciążenie. Bobby musiał być w stanie szybko przenosić się z miejsca na miejsce i tkwić przez wiele godzin w niewygodnej pozycji. Zwykła kamizelka kuloodporna i hełm muszą wystarczyć.

Teraz pora na karabin, celownik i amunicję. Wziął na ramię sig sauera 3000 i wybrał celownik leupold 3-9x 50. Był ustawiony na odległość stu metrów, standardową dla policyjnego snajpera (w odróżnieniu od snajperów wojskowych, którzy ustawiali celowniki na pięćdziesiąt metrów. Oni jednak biegali po bagnach w mundurach maskujących. Praca Bobby’ego rzadko bywała aż tak interesująca).

Zastanowił się, czy wziąć okulary noktowizyjne, ale było jasno jak w dzień, więc sobie darował.

Została jeszcze amunicja. Wybrał naboje do remingtona kaliber .308 i specjalne pociski ze wzmocnionymi czubkami. Te pierwsze były częścią standardowego wyposażenia, a tymi drugimi lepiej strzelało się przez szyby. Ponieważ noc była zimna, a okna w mieszkaniu pozamykane, postanowił zacząć od pocisków ze wzmocnionymi czubkami. Kiedy ma się tylko jeden strzał, nie można ryzykować.

Zostawił w plecaku trzy butelki wody, dwa batony energetyczne, lornetkę i dalmierz, resztę rzeczy wyjął. Zamknął bagażnik.

Ekwipunek już miał, teraz pora znaleźć odpowiedni punkt obserwacyjny.

Back Bay to stara ekskluzywna dzielnica: wysokie wąskie kamienice ozdobione granitowymi łukami, misternymi balkonami z kutego żelaza i wielkimi wykuszowymi oknami. Grube drzewa, piękne latem, teraz nagie, rozpościerały bezlistne korony nad bmw, saabami i mercedesami, szary bluszcz piął się po ścianach z czerwonej cegły i pieścił futryny okien w blasku policyjnych reflektorów. Piękna, zamknięta, nieco arogancka okolica.

Bobby mógłby pracować latami, a i tak nie byłoby go stać, by zaparkować wóz na takiej ulicy, a co dopiero tu zamieszkać. Zabawne, że niektórzy mają wszystko, a i tak potrafią spieprzyć sobie życie.

Stwierdził, że odległość nie będzie problemem. Kamienice stały blisko siebie, ulica miała góra pięćdziesiąt metrów szerokości. Gorzej z kątem strzału. Gdy jest większy niż czterdzieści pięć stopni, zaczynają się kłopoty. Kamienica, o którą chodziło, miała cztery piętra i piwnicę z oknami. Porucznik mówił jednak, że czwarte piętro zostało przerobione na sklepiony sufit.

To zgadzało się z tym, co zaobserwował Bobby — światła paliły się na trzecim piętrze, za tarasem okolonym misterną balustradą z kutego żelaza.

Przeszedł na drugą stronę ulicy, by mieć lepszy widok. Między prętami balustrady było z pięć centymetrów przerwy. To nie problem, zważywszy na to, że na comiesięcznych ćwiczeniach trafiał do celu szerokości dwóch centymetrów. Problem stanowił jednak kąt strzału; trafić w pięciocentymetrową lukę to bułka z masłem, ale zrobić to z dołu lub z góry, przy kącie wynoszącym ponad trzydzieści stopni...

Zdecydowanie musi wejść gdzieś wyżej.

Spojrzał na trzypiętrową kamienicę naprzeciwko domu Gagnonów i po chwili już pukał do jej drzwi. Choć porucznik Jachrimo powiedział mu, że policja ewakuowała wszystkich okolicznych mieszkańców, Bobby nie zdziwił się ani trochę, kiedy stare drewniane drzwi otworzyły się i stanął w nich starszy, wyraźnie podekscytowany mężczyzna w ciemnozielonym szlafroku. To niesamowite, jak wiele osób nie chciało opuścić swoich domów, nawet gdy otaczali je uzbrojeni po zęby ludzie.

— Hej — powiedział mężczyzna — pan z policji? Mówiłem już pańskiemu koledze, że nigdzie się stąd nie ruszę.

— Muszę się dostać na ostatnie piętro — wyjaśnił Bobby.

— To karabin?

— Proszę pana, sprawa jest poważna. Muszę dostać się na ostatnie piętro.

— Dobrze. Tam jest główna sypialnia. Aaa — mężczyzna otworzył szeroko oczy — rozumiem. Mój balkon jest naprzeciwko balkonu Gagnonów. Pan pewnie jest snajperem. Hm, może coś panu przynieść?

— Wystarczy, że wpuści mnie pan na ostatnie piętro. I to szybko.

Mężczyzna był bardzo uprzejmy. Nazywa się George Harlow i jest konsultantem, o czym powiadomił Bobby’ego, prowadząc go szerokimi schodami na górę. Prawie bez przerwy jest w rozjazdach, to doprawdy szczęśliwy zbieg okoliczności, że akurat dziś został w domu. Jego kamienica jest mniejsza od pozostałych i może nie tak ładna, ale za to w całości należy do niego. Sąsiedzi zachodzą w głowę, ile mogłaby kosztować. W zeszłym miesiącu jedna z okolicznych kamienic poszła za prawie dziesięć milionów dolarów. Dziesięć milionów. Tak, ojciec George’a, choć pijak, zostawił mu niezły spadek. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie te cholerne podatki od nieruchomości.

Czy mógłby dotknąć policyjnego karabinu?

Bobby powiedział, że nie.

Weszli do sypialni. Była przestronna, ale prawie nieumeblowana, na ścianach nie wisiały żadne obrazy. Facet rzeczywiście musiał rzadko tu bywać. Bobby widywał przytulniejsze pokoje w hotelach. Za to ściana od strony ulicy była cała oszklona, z rozsuwanymi drzwiami na środku. Idealnie.

— Proszę zgasić światła — powiedział.

Harlow wykonał polecenie, tłumiąc chichot.

— Ma pan jakiś stół? — zapytał Bobby. — Byle jaki. Krzesło też by się przydało.

Miał stolik do kart. Bobby rozstawił go, a gospodarz przyniósł składane metalowe krzesło. Oddech Bobby’ego był przyspieszony. Od wspinaczki na trzecie piętro? A może od przypływu adrenaliny wywołanego świadomością, że zaraz wszystko się zacznie?

Był na miejscu zdarzenia od piętnastu minut, niezły, ale nie nadzwyczajny wynik. Pewnie przyjechali już inni członkowie jego jednostki. Blokada się zacieśniała. Wkrótce miał przybyć następny obserwator, a potem grupa negocjatorów nawiąże kontakt z ludźmi w mieszkaniu.

Bobby położył sig sauera na stoliku. Uchylił drzwi balkonowe na tyle, by w szparze zmieściła się lufa. Usiadł na metalowym krześle Harlowa, włączył radio zamontowane w kamizelce kuloodpornej i zaczął mówić do odczytującego drgania szczęki mikrofonu połączonego z odbiornikiem, który umieścił w uchu.

— Snajper Jeden zgłasza się.

— Słucham, Snajper Jeden — odpowiedział porucznik Jachrimo.

Bobby przyłożył oko do celownika i wreszcie poznał Gagnonów.

Rozdział 3

Rozdział 3

Widzę odwróconego plecami białego mężczyznę, mniej więcej metr osiemdziesiąt wzrostu, krótkie brązowe włosy, ciemnoniebieska koszula. Stoi metr od drzwi balkonowych od frontu budynku, który będę nazywał stroną A. Drzwi mają około metra szerokości, otwierają się na zewnątrz i są trzecim otworem w ścianie od lewej strony. Pierwszy to okno odsuwane do góry, ma około pół metra szerokości i dwóch metrów wysokości. Otwór drugi to okno tego samego typu, o rozmiarach czterdzieści centymetrów na dwa metry. Tak samo wygląda otwór numer cztery.

Opisując trzecie piętro domu Gagnonów, Bobby uważnie obserwował. Mężczyzna za szybą stał nieruchomo. Patrzył na kogoś, szukał czegoś? Obie ręce trzymał przed sobą, więc nie było widać, czy jest uzbrojony.

Bobby wypatrywał kobiety i dziecka. Bezskutecznie.

Na środku sypialni, równolegle do drzwi balkonowych, stało wielkie łóżko z kutego żelaza, z lekkimi białymi draperiami. Za nim widać było szereg białych rozsuwanych drzwi; to pewnie garderoba. Po lewej stronie wnęka, a w niej chyba następne drzwi. Co jest za nimi? Łazienka? Salon?

Duży pokój, z wieloma kryjówkami. Robi się coraz ciekawiej.

Wyregulował ostrość, usiłując zobaczyć, co kryje się we wnęce po lewej stronie, ale nic to nie dało. Rzucił okiem na pozostałe okna, w których paliło się światło, lecz nie zobaczył ani śladu pozostałych mieszkańców.

Więc gdzie jest żona i dziecko? Schowali się za draperiami? W garderobie? A może leżą martwi na podłodze?

Poczuł ucisk w żołądku. Zmusił się, by głęboko zaczerpnąć powietrza i je wypuścić. Skup się. Bądź częścią wydarzeń, a zarazem poza nimi. Nabierz dystansu.

Znacie różnicę między strzelcem a snajperem? Strzelec ma puls. Snajper nie.

Bobby przygotował się na długie oczekiwanie: poprawił karabin, ułożył go na poduszce tak, by lufa była na odpowiedniej wysokości. Przesunął krzesło i oparł się o stolik, przyciskając kolbę do ramienia. Kiedy było mu już wystarczająco wygodnie, a broń stała się niczym trzecia ręka, wychylił się do przodu, przyłożył policzek do kolby i spojrzał w celownik, który zdawał się obejmować cały świat. Teraz nic mu już nie umknie.

Znów spojrzał w okno. Mężczyzna zaglądał za łóżko.

Bobby włożył do komory pocisk ze wzmocnionym czubkiem i powoli skierował celownik na tył głowy mężczyzny. Oddychał płytko, miał równy puls. Ręka nawet przez chwilę nie zadrżała.

Policyjni snajperzy uczą się tylko jednego — jak błyskawicznie unieszkodliwić podejrzanego, który może trzymać palec na cynglu. Innymi słowy, Bobby co miesiąc ćwiczył przestrzeliwanie pnia mózgu.

Pozycja mu odpowiadała. Kąt nieduży, odległość znośna. Szyba w drzwiach balkonowych spowoduje lekkie zakrzywienie toru lotu kuli, ale to nie problem. Cel stał nieruchomo, więc nie trzeba było wodzić za nim karabinem, a przy tak małym dystansie warunki atmosferyczne nie grały roli.

Cofnął się od celownika tak, by nie poruszyć karabinu, i prawą ręką zaczął robić notatki w książce meldunkowej. Napisał, jaką ma amunicję i jak ustawił broń. Podniósł do oczu lornetkę, zapewniającą mu szersze pole widzenia, i wrócił do obserwacji mieszkania po drugiej stronie ulicy.

Mężczyzna przesunął się lekko w stronę łóżka. Bobby był coraz bardziej napięty, koncentracja osiągała crescendo. Początkowo nie wiedział, dlaczego tak się dzieje. Zauważył to dopiero po chwili.

Wrażenie to wywoływała poza, w jakiej mężczyzna stał; miał wyprostowane ramiona, sterczące łokcie, lekko rozstawione nogi, jakby chciał wydawać się większy i silniejszy. Jakby chciał pokazać, że on tu rządzi. Bobby był gotów się założyć, że jego twarz, której nie widział, jest czerwona, wykrzywiona furią.

Znów zaczął rozglądać się za żoną i dzieckiem, ale ich nie zauważył. Musieli jednak być w tym pokoju, inaczej mężczyzna by wyszedł. Bobby żałował, że nie widzi jego twarzy.

Korzystając z tego, że nic ciekawego się nie dzieje, wrócił do szkicowania planu budynku dla członków swojej jednostki. Zgodnie z regułami boki kamienicy oznakował literami A, B, C i D. Ponieważ po obu stronach i z tyłu sąsiadowały z nią inne domy, zostawał tylko front oznakowany literą A. Następnie ponumerował piętra kamienicy cyframi od jednego do pięciu, wraz z piwnicą. Na koniec zaznaczył wszystkie otwory w ścianie A i podał, które są drzwiami, a które oknami, określił ich przybliżone rozmiary i ponumerował je, poczynając od lewej strony.

Teraz wszyscy będą mieli do dyspozycji identyczne plany. Mężczyzna stał za drzwiami balkonowymi od strony A, na poziomie czwartym, w otworze trzecim, czy też, jak Bobby powiedziałby w skrócie, gdyby zaczęło robić się gorąco, jeden mężczyzna A-cztery-trzy. Bez konieczności precyzowania, po czyjej lewej, a po czyjej prawej stronie. Trzy szybkie współrzędne i bum, wszystko jasne.

Po naszkicowaniu planu Bobby, nauczony wieloletnim doświadczeniem, sprawdził kilka szczegółów. Czy podejrzany przygotował się na dłuższe oblężenie? Zabarykadował drzwi, pozabijał okna? Czy próbuje coś ukryć? Czy spuścił żaluzje, poprzestawiał meble, tak by zasłonić widok? Wszystko to są poważne znaki ostrzegawcze. Podobnie jak strzały padające z okien czy otwarte groźby.

Jak dotąd panował spokój. W całym budynku nie było widać nikogo oprócz samotnego mężczyzny stojącego metr za drzwiami balkonowymi, A-cztery-trzy.

Bobby odsunął lornetkę od oczu i zaczął oglądać pokój przez celownik karabinu.

Zimny wiatr dmuchał na niego przez uchylone drzwi balkonowe. Twarz marzła, palce sztywniały. Kiedy zjawi się obserwator, każe mu zamknąć drzwi, ale usiąść na tyle blisko, by mógł je w mgnieniu oka otworzyć. Na razie jednak wszystko gra. Oddycha równo, jest odprężony. Zaraz nadejdzie moment pełnej koncentracji. Jest spokojny, ale gotowy. Czujny, ale rozluźniony. Mierz tak, by nie chybić. Nie myślał już o stoliku do kart, zimnym listopadowym wietrze ani o fakcie, że pan Harlow ciągle stoi w drzwiach za jego plecami i czeka, aż coś zacznie się dziać.

Niedługo przyjedzie negocjator, skontaktuje się z podejrzanym przez telefon i spróbuje pokojowo rozwiązać sytuację. Będzie go przekonywał, by odpuścił sobie teraz, gdy grozi mu co najwyżej trochę wstydu, o ile nikomu jeszcze nic się nie stało. Jeśli żona i dziecko są ranni albo, co gorsza, nie żyją, będzie więcej kłopotów. Ale ludzie z grupy zarządzania kryzysowego są dobrzy. W zeszłym roku główny negocjator Al Hanson na oczach Bobby’ego nakłonił trzech zbiegłych więźniów, by oddali się w ręce policji, choć groziło im dożywocie i nie mieli nic do stracenia. Po wszystkim dowódca Bobby’ego podszedł do nich, klepnął wszystkich po kolei w ramię i szczerze podziękował im za to, że się poddali.

W takich sytuacjach na początku wszyscy są nabuzowani adrenaliną, testosteronem i mówią wiele głupot. Zadaniem Bobby’ego i jego partnerów jest zmniejszenie napięcia. Nie ma powodów, by działać pochopnie. Nie ma potrzeby stosować przemocy. Róbmy swoje, krok po kroku, a wszystko będzie dobrze.

Jakiś ruch. Podejrzany odwrócił się i zdecydowanym krokiem przeszedł na prawą stronę. W jego dłoni mignął pistolet.

— Biały mężczyzna, przechodzący za drzwiami balkonowymi, A-cztery-trzy. W prawej dłoni ma przedmiot wyglądający na pistolet kaliber 9 milimetrów. Biała kobieta — oznajmił Bobby nagle, lekko triumfująco — długie czarne włosy, ciemnoczerwona bluzka, klęcząca albo siedząca za łóżkiem, pięć metrów od drzwi balkonowych, A-cztery-trzy. Białe dziecko, ciemne włosy, przytulone do kobiety. Małe, wygląda na dwa, trzy lata.

W słuchawce rozległ się głos porucznika Jachrima:

— Kobieta się rusza? A dziecko? Są ranni?

Bobby zmarszczył brwi. Trudno powiedzieć. Mężczyzna znów zasłonił mu widok, chodził w tę i we w tę, wymachując prawą ręką, w której trzymał broń. Bobby próbował zidentyfikować pistolet. Nic z tego, skupił się więc na podejrzanym, na tym, jak trzyma pistolet, jak chodzi po pokoju. Obyty z bronią? Podniecony amator? Trudno powiedzieć.

Mężczyzna przesunął się w prawo i Bobby zauważył, że kobieta gwałtownie krzyczy. Mocno tuli dziecko, chyba chłopca, do piersi i zasłania mu uszy.

Coś zaczęło się dziać. Nagle, błyskawicznie. Bobby nie wiedział, co jest powodem całego zamieszania, ale mężczyzna też zaczął krzyczeć. Przez celownik widać było ślinę tryskającą z jego ust, naprężające się mięśnie szyi. Bobby czuł się dziwnie, oglądając tak zażartą kłótnię i nie słysząc ani słowa. Czysty surrealizm.

Kobieta wstała, wciąż tuląc dziecko do piersi. Przestała krzyczeć. Jakby coś postanowiła. Mężczyzna wrzeszczał na nią, ona tylko na niego patrzyła.

Nagle mężczyzna wymierzył z pistoletu w jej głowę. Wyciągnął lewą rękę, jakby przywoływał do siebie dziecko.

— Mężczyzna celuje do kobiety. — Bobby usłyszał swój głos. — Mierzy z pistoletu do...

Mężczyzna okrążył łóżko wielkimi susami. Kobieta nie odezwała się ani słowem, nie cofnęła się nawet o krok. Mężczyzna krzyczał jej w twarz i lewą ręką ciągnął dziecko do siebie.

Chłopiec oderwał się od piersi matki. Bobby’emu mignęła mała blada twarz o ciemnych dzikich oczach. Dzieciak był przerażony.

— Mężczyzna wziął dziecko. Mężczyzna popycha dziecko na drugi koniec pokoju.

Jak najdalej od matki. Jak najdalej od tego, co zaraz się stanie.

Bobby meldował o wszystkim, co widział, ale cały czas zachowywał dystans. Liczyła się dla niego tylko chwila obecna, był częścią wydarzeń, a zarazem poza nimi. Wyregulował celownik, bezwiednie, z wyćwiczoną łatwością. Lekko przesunął karabin w lewo, biorąc poprawkę na ruchy mężczyzny, który pchnął dziecko na łóżko i ruszył w stronę żony.

Dziecko zniknęło w zwiewnych białych draperiach. Zostali tylko mężczyzna i kobieta, mąż i żona. Jimmy Gagnon nie krzyczał już, ale jego pierś falowała gwałtownie. Oddychał ciężko.

Kobieta wreszcie się odezwała. Bobby odczytał jej słowa z ruchu warg, powiększonych w celowniku.

— Co teraz, Jimmy? Co nam zostało?

Jimmy uśmiechnął się i z jego uśmiechu Bobby wyczytał, co się zaraz stanie.

Jimmy Gagnon naciskał spust. I Bobby Dodge zastrzelił go z ciemnej sypialni po drugiej stronie ulicy.

Dyszenie. Potężny ciężar spadający z piersi. Bobby zabrał palec z cyngla i cofnął dłoń tak, jakby dotknął grzechotnika. Nie oderwał oka od celownika. Zobaczył, jak kobieta podbiega do łóżka i bierze dziecko na ręce, odwracając jego głowę od zakrwawionego ciała ojca.

Stali spleceni w uścisku, matka wtuliła policzek w czubek głowy syna. Nagle podniosła wzrok. Spojrzała na drugą stronę ulicy. Na dom sąsiada. Prosto na Bobby’ego Dodge’a, którego aż ciarki przeszły na ten widok.

— Dziękuję — powiedziała bezgłośnie.

Bobby wstał. Dopiero teraz zauważył, że nie może złapać tchu, a po jego twarzy płyną strużki potu.

— O w mordę — sapnął Harlow stojący w drzwiach.

Wtedy powoli wróciła rzeczywistość. Tupot nóg.

Wycie syren. Przyszli po nią i po niego.

Bobby założył ręce w tył i czekał, tak jak go uczono. Zrobił swoje. Odebrał życie, by życie ocalić.

A teraz się zacznie.

Rozdział 4

Rozdział 4

Antyterroryści wdarli się do budynku i potwierdzili, że jest w nim jeden mężczyzna z odstrzeloną połową głowy. Potem pospiesznie się wycofali. Nie mieli już tam czego szukać. Mieszkanie stało się miejscem zbrodni.

Zadzwoniono do prokuratury okręgu Suffolk. Wyrwany z łóżka zastępca prokuratora zebrał grupę śledczych i przybył na miejsce. Sig sauer Bobby’ego został włączony do dowodów. Jego kumpli rozdzielono i przesłuchano.

Bobby siedział na tylnym siedzeniu wozu policyjnego. Teoretycznie nic mu nie groziło, ale i tak czuł się jak wagarowicz.

Dziennikarze gromadzili się za żółtą taśmą ogradzającą miejsce zbrodni. Świeciły reflektory, eleganccy reporterzy walczyli o najlepsze miejsca. Jak dotąd prokuratura miała wszystko pod kontrolą. Ciało zostało zabrane do kostnicy, Bobby siedział w radiowozie.

Najważniejsze, by dziennikarze nie mieli czego fotografować. Zaraz jednak wezwą na pomoc helikoptery.

Przyjechał dowódca Bobby’ego, porucznik John Bruni. Podszedł i klepnął go w ramię.

— Jak się czujesz?

— Dobrze.

— Parszywa sprawa, wiem.

— No.

— Niedługo będą tu ludzie z grupy wsparcia. Powiedzą ci, jakie masz prawa, udzielą pomocy. Nie jesteś pierwszym, którego to spotkało, Bobby.

— Wiem.

— Odpowiadaj na te pytania, na które chcesz. Jeśli poczujesz, że coś jest nie tak, przerwij przesłuchanie. Związek zawodowy zapewnia pomoc prawną, możesz śmiało prosić o adwokata.

— Dobra.

— Jesteśmy z tobą, Bobby. Członkiem STOP-u jest się na zawsze.

Bruni musiał lecieć. Pewnie wzywali go z działu public relations, który wkrótce wyda oficjalny komunikat dla prasy: „Dziś wieczorem policjant zastrzelił podejrzanego. Prokuratura przejęła śledztwo. Nie mamy nic więcej do powiedzenia”.

I się zacznie. Bobby wiedział, jak to się odbywa. Niedawno pewien policjant stanowy wpadł w zasadzkę podczas patrolu. Dwaj Latynosi w zdezelowanej hondzie zaczęli do niego strzelać. Nie pozostał im dłużny; jednego zranił, drugiego zabił. Potem poszedł na płatny urlop, zniknął z komisariatu, nie miał co ze sobą robić, podczas gdy prasa opisała go jako kozła ofiarnego, a wspólnota latynoska uznała za rasistę. Po miesiącu został oczyszczony z zarzutów — może zawdzięczał to kuli, która utkwiła w jego ramieniu? Prasa jednak jakoś tego nie zauważyła. Brat zastrzelonego napastnika wytoczył mu sprawę w sądzie cywilnym i zażądał milionowego odszkodowania.

Policjant nie wrócił na służbę. A większość bostończyków chyba naprawdę uważała go za rasistę.

Czy źle jest zabić człowieka, a potem siedzieć i martwić się, jak wpłynie to na karierę? Czy to przejaw egoizmu? Czy tak nie wypada? A może tak to po prostu jest?

Bobby pomyślał o kobiecie. Szczupła. Blada. Mocno tuliła dziecko. Dziękuję, powiedziała bezgłośnie. Na jej oczach zastrzelił jej męża, a ona mu za to podziękowała.

Pukanie w szybę. Bez sensu, przecież drzwi są otwarte. Bobby podniósł głowę i zobaczył kolegę z jednostki, Patricka Loftusa. Patrick próbował delikatnie zwrócić na siebie jego uwagę.

— Popieprzona noc — westchnął.

— No.

— Szkoda, że to przegapiłem. Dopiero co przyjechałem. Kiedy już było po herbacie. — Loftus mieszkał na Cape Cod. Pewnie jakąś godzinę jazdy stąd. A więc wszystko zdarzyło się tak szybko. Dopiero teraz Bobby zorientował się, że nie wie nawet, która godzina. Został wezwany, wskoczył do wozu, przygotował karabin. Wszystko zatarło mu się w pamięci, zmieniło się w jeden nieprzerwany ciąg wydarzeń. Przybył, zobaczył, zrobił swoje.

Cholerny świat, zabił człowieka. Odstrzelił mu pół głowy.

Dziękuję, powiedziała kobieta. Dziękuję.

Bobby wychylił się z wozu.

— Kamery? — spytał.

— Zasłaniam cię.

— To dobrze. — Bobby zwymiotował na ulicę.

— Strasznie mi przykro — powiedział Loftus cicho.

Bobby odchylił się na twarde oparcie. Zamknął oczy.

— Mnie też — mruknął.

Wkrótce zjawili się ludzie z grupy wsparcia. Policjanci, jak on. Powiedzieli mu, czego ma się spodziewać. Najpierw będzie przesłuchanie w prokuraturze. Powinien mówić prawdę, ale w jak największym skrócie. Ma prawo do adwokata — koszty pokryje Zrzeszenie Policjantów Stanu Massachusetts. Ma prawo przerwać przesłuchanie, kiedy tylko poczuje się niepewnie. Ma prawo nie mówić nic, co mogłoby zostać wykorzystane przeciwko niemu.

Powinien pamiętać, że według przepisów użycie siły jest uzasadnione w sytuacji, gdy zagrożone jest życie policjanta bądź osób postronnych. Trzeba wziąć to pod uwagę, odpowiadając na pytania śledczych.

Zastępca prokuratora okręgowego będzie potrzebował jakichś dwóch tygodni na analizę przebiegu wypadków. Zbada się broń Bobby’ego, przesłucha taśmy z nagraniem jego rozmów ze stanowiskiem dowodzenia. Na miejscu zdarzenia przeprowadzi się testy balistyczne, wszyscy świadkowie zostaną przesłuchani, łącznie z członkami jednostki Bobby’ego, kobietą, dzieckiem i starym dobrym panem Harlowem.

Po zakończeniu śledztwa prokuratura zdecyduje, czy postawić go w stan oskarżenia. Jeśli miał powód, by strzelać, nic mu nie grozi. Rzecznik prasowy wyda jeden komunikat, prokuratura drugi i Bobby wróci do pracy. Jeśli jednak prokuratura postawi mu zarzuty...

Cóż, nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.

Od tej pory Bobby jest na płatnym urlopie. W tym czasie powinien spróbować pogodzić się z tym, co się stało. Może porozmawiać z chłopakami, którzy przeżyli coś podobnego — grupa wsparcia może zorganizować takie spotkanie. Jeśli chce, może nawet zgłosić się na terapię pourazową. Grupa współpracuje z doskonałą specjalistką, a poza tym to będzie dobrze wyglądało w aktach.

Zabić kogoś to poważna sprawa, nawet dla policjanta. Im wcześniej stawi temu czoło, tym szybciej będzie mógł wrócić do normalnego życia.

Ludzie z grupy wsparcia poszli, ich miejsce zajęli śledczy.

Wpół do czwartej nad ranem. Bobby był na nogach już prawie dwadzieścia dwie godziny. Śledczy zabrali go do siedziby prokuratury, gdzie wszyscy dostali kubki parującej kawy i zasiedli przy porysowanym drewnianym stole jak starzy kumple.

Bobby nie dał się zwieść. Był wyczerpany od nadmiaru adrenaliny, jak ćpun trzeźwiejący po haju, ale wciąż pozostawał snajperem, człowiekiem, który godzinami potrafi w niezwykłym skupieniu oglądać świat przez celownik.

Zaczęła się zabawa.

Gdzie był, kiedy przyszło wezwanie?

W Boston Beer Garden, odparł i od razu stracił kilka punktów. Dodał, że pił colę, barman to potwierdzi, i trochę poprawił swoją sytuację.

O której zaczął pracę? O której skończył? Na wieść, że był piętnaście godzin na służbie, zmarszczyli brwi, a rzucona mimochodem uwaga, że to dla niego nie pierwszyzna, w końcu tak go przeszkolono, by mógł długo pracować, niewiele pomogła.

Jak dotarł na miejsce zdarzenia, jak szybki był czas jego reakcji, co pamięta z rozmowy z porucznikiem Jachrimem? Wyraźnie szukali punktu zaczepienia, więc Bobby odpowiadał coraz bardziej zwięźle. Wyczuwał w ich słowach groźbę, ale nie mógł rozpoznać jej źródła. Wreszcie zmienili temat, lecz towarzyska atmosfera szybko się ulatniała. Pytania były coraz ostrzejsze, a odpowiedzi coraz surowiej oceniane.

Musiał wyjaśnić, dlaczego postanowił wejść do domu pana Harlowa. Powiedział, jak ułożył karabin na stoliku, wytłumaczył, dlaczego uchylił drzwi balkonowe, czemu zdecydował się użyć takich, a nie innych kul.

Co i kogo widział w domu naprzeciwko?

Tu spisał się lepiej. Białego mężczyznę, białą kobietę. Nie podał nazwisk, nie mówił, że uznał ich za męża, żonę i dziecko. Był tak bezstronny, jak to możliwe. Postrzelił człowieka, ale osobiście nic do niego nie miał.

Wreszcie przeszli do sedna sprawy. Czy wiedział, że ofiarą był James Gagnon?

Bobby po raz pierwszy się zawahał.

Ofiara. Interesujące określenie. Mężczyzna nie był już podejrzanym, kimś, kto mierzył z pistoletu do żony i naciskał spust, tylko ofiarą. Bobby pomyślał, że może teraz należałoby poprosić o adwokata. Ale tego nie zrobił.

Odpowiedział na tyle zgodnie z prawdą, na ile potrafił. Porucznik Jachrimo powiadomił go, że przypuszczalnie chodzi o Gagnonów, ale do chwili zdarzenia Bobby nie uzyskał potwierdzenia tej informacji.

Śledczy znów usiedli wygodniej. Usatysfakcjonowani? Podejrzliwi? Trudno powiedzieć. Spytali, czy znał panią Gagnon i czy rozmawiał z nią w trakcie incydentu.

Nie, odparł Bobby. Podziękowała mi tylko za zabicie męża, dodał w myśli.

Teraz pora na kwestie zasadnicze. Dlaczego postanowił strzelić? Czy dostał zgodę dowódcy na użycie broni?

Nie.

Czy ofiara groziła mu lub innemu policjantowi?

Nie.

Czy ofiara groziła żonie?

Niczego takiego nie słyszał.

Ale ofiara miała broń.

Tak.

Czy Gagnon z niej wystrzelił?

Sąsiedzi zgłaszali, że słyszeli strzały.

Przed jego przyjazdem. A co potem? Czy widział, jak ofiara oddaje strzał?

Jego palec naciskał spust.

Czyli oddał strzał?

Tak. Nie. Nie jestem pewien. On strzelał, ja strzelałem. Wszystko zdarzyło się w ułamku sekundy.

Czyli ofiara nie wystrzeliła?

Nie jestem pewien.

Może zatem zabity tylko mierzył z broni do swojej żony? Tak jak robił to od dłuższego czasu?

Miał palec na spuście.

Ale czy go nacisnął? Czy próbował zastrzelić żonę?

Byłem przekonany, że istnieje takie zagrożenie.

Dlaczego?

Wyczytałem to z jego uśmiechu. Bobby nie mógł powiedzieć tego głośno. Dlatego wyjaśnił: podejrzany stał pół metra od kobiety, mierzył jej w głowę z pistoletu i jego palec naciskał spust. Uznałem, że to bezpośrednie zagrożenie.

Naprawdę sądzi pan, że ten człowiek zabiłby żonę na oczach dziecka?

Tak, proszę pana, tak sądziłem.

Ale dlaczego?

Bo tak, proszę pana, czasem bywa.

Śledczy wreszcie pokiwali głowami i znów zaczęli zadawać te same pytania. Bobby wiedział, jak to się odbywa. Im więcej razy człowiek opowiada tę samą historię, tym więcej błędów może popełnić. Kłamstwa stają się jeszcze bardziej podkolorowane, prawda wydaje się coraz bardziej naciągana. Czekali, aż Bobby sam sobie założy stryczek.

O wpół do siódmej wreszcie dali za wygraną. Za oknami dusznej sali konferencyjnej wstawał świt, powróciła towarzyska atmosfera. Było im przykro, że musieli zadać te wszystkie pytania. Takie przepisy. Pechowa noc. Dla wszystkich. Ale to dobrze, że wykazywał gotowość do współpracy. Są mu wdzięczni. Chcieli tylko poznać całą prawdę. Im wcześniej tego dokonają, tym prędzej będzie można o tym wszystkim zapomnieć.

Będą mieli do niego jeszcze parę pytań. Niech za daleko nie wyjeżdża.

Ze znużeniem pokiwał głową. Odsunął krzesło od stołu, wstał i zachwiał się. Zauważył, że jeden ze śledczych spostrzegł to i podejrzliwie zmrużył oczy.

A Bobby poczuł chęć, by dać mu w pysk. Całą noc jestem na nogach, do kurwy nędzy! Zastrzeliłem człowieka na oczach jego dziecka. To normalne, że ledwo trzymam się na nogach! Jestem zmęczony, do jasnej cholery!

Porucznik Bruni czekał na korytarzu.

— Jak poszło? — spytał.

— Nie wiem. Chyba nie najlepiej.

Kiedy Bobby wreszcie podjechał pod dom Susan, na bezchmurnym niebie świeciło słońce. Ludzie byli już w drodze do pracy. Radio podawało komunikaty o korkach, kraksach i unieruchomionych samochodach blokujących ruch. Zaczął się nowy dzień. Mieszkańcy miasta wyłonili się ze swoich klatek z domofonami, tłoczyli się na chodnikach i zapełniali kawiarnie.

Wysiadł z wozu, zaczerpnął miejskiego powietrza — zimnego, cuchnącego wyziewami z dieslowskich silników i betonem, i przez chwilę czuł się tak, jakby ostatniej nocy nic się nie zdarzyło. Prawdziwa była tylko ta chwila, ten budynek, ten garaż, to miasto, a śmierć Gagnona to tylko wyjątkowo realistyczny sen. Powinien przebrać się w mundur, wsiąść do radiowozu i pojechać do roboty.

Minął go jakiś człowiek. Na widok półprzytomnego Bobby’ego w przepoconym mundurze maskującym przyspieszył kroku. To otrzeźwiło Bobby’ego.

Złapał plecak i poszedł do Susan.

Zapukał dwa razy, zanim otworzyła, ubrana w różowy szlafrok i zarumieniona od snu w ciepłym wygodnym łóżku. Próby często przeciągały się do późnej nocy, musiała to odespać.

Spojrzała na Bobby’ego zmrużonymi niebieskimi oczami. Jej jasne włosy były potargane, skóra różowa. Uśmiechnęła się.

— Hej, skarbie — powiedziała, jeszcze nie do końca rozbudzona, lecz po chwili uśmiech zniknął z jej twarzy i jego miejsce zajął niepokój. — Nie powinieneś być w pracy? Bobby, co się stało?

Wszedł do mieszkania. Tak wiele rzeczy powinien powiedzieć. Czuł, jak słowa wzbierają w jego ściśniętej piersi, jak pchają się do ściśniętego gardła. Susan była wiolonczelistką w Bostońskiej Orkiestrze Symfonicznej. Poznali się, o dziwo, w barze. Zwrócił na nią uwagę nie tylko dzięki jej delikatnej urodzie i blond włosom. Urzekł go też ciepły uśmiech i wykrój ust.

Nie znał się na muzyce klasycznej. Pochodził z rodziny robotniczej, ojciec był kierowcą ładowarki w Gillette. Jego świat to knajpy, koszykówka i zimne piwo. Jej — zwiewne spódnice, długie spacery po parku i herbata w Ritzu.

Mimo to zaprosił ją na randkę i ku jego zaskoczeniu, zaproszenie przyjęła. Dni przeszły w tygodnie, tygodnie w miesiące i teraz byli już razem ponad rok. Czasem wydawało mu się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy Susan wprowadzi się do jego małego dwupiętrowego szeregowca w południowym Bostonie. Powoli przestawała go przerażać myśl o ślubie, dzieciach i wspólnej starości.

Na razie jednak nie zdobył się, by jej to zaproponować. Może dlatego, że wciąż zbyt często zdarzały mu się takie chwile jak ta, kiedy stał przed nią brudny i spocony po ciężkiej nocy i zamiast cieszyć się, że ją widzi, był lekko zaskoczony, że w ogóle go wpuściła.

Jej świat jest taki piękny, pomyślał. Co ona, do cholery, robi z takim typem jak ja?

— Bobby? — spytała cicho.

Nie mógł znaleźć słów. Żadne nie cisnęło mu się na usta. Żadne nie mogło uwolnić uczuć ściskających jego pierś.

O Boże, biedny dzieciak. Ojciec umarł na jego oczach.

Czemu ten skurwiel go do tego zmusił? Dlaczego Jimmy Gagnon zrujnował Bobby’emu życie?

Poruszył się, nawet tego nie zauważając. Jego dłonie wśliznęły się pod szlafrok Susan, desperacko szukając nagiej skóry. Coś szepnęła. „Tak”? „Nie”? Nawet nie usłyszał. Zdjął jej szlafrok i przesunął palcami po cienkiej koronce zakrywającej piersi, po czym wtulił głowę w jej szyję.

Miała piękne palce. Długie, delikatne, ale zadziwiająco silne. Palce, które mogły godzinami trzymać smyczek i potrafiły wydobyć z drewnianego instrumentu najcudowniejsze dźwięki. Teraz palce te wędrowały po jego plecach, masując naprężone mięśnie. Ściągnęła mu koszulę, sięgnęła do spodni.

Chciał, by się pospieszyła. Był spragniony, zdesperowany. Potrzebował czegoś, czego nie potrafił nazwać, ale o czym instynktownie wiedział, że ona może mu dać.

Dziwne, do tej pory zawsze obchodził się z nią delikatnie. Jej skóra była jak z porcelany, jej piękno zbyt czyste, by je kalać. Teraz zerwał z niej cienką koszulę nocną. Zatopił zęby w jej krągłym ramieniu. Dłońmi chwycił ją za pośladki, podniósł, przycisnął do siebie.

Osunęli się na podłogę. On na dole, ona na górze. Jej usta pożerały go, jej filigranowe blade ciało tuliło się do jego szerokiego ciemnego torsu. Światło i cień, dobro i zło.

Uniosła się i powoli uklękła na nim. Odchyliła ramiona do tyłu, wyprężyła piersi. Potrzebowała go. On potrzebował jej. Światło i cień, dobro i zło.

W ostatniej chwili zobaczył tamtą kobietę.

I tamto dziecko.

Susan szczytowała z gardłowym okrzykiem. Złapał ją, gdy na niego upadła, i skulił się na podłodze, czując w sobie nieskończoną ciemność.

Rozdział 5

Rozdział 5

Doktor Elizabeth Lane zastanawiała się, czy nie sprawić sobie psa. Albo kota. A może rybkę? Nawet dziecko poradzi sobie z rybką.

Takie myśli opadały ją raz do roku. Zwykle mniej więcej o tej porze, przed Świętem Dziękczynienia, kiedy wszyscy rozprawiali gorączkowo o zbliżających się rodzinnych spotkaniach, a ona co wieczór wracała do pustego mieszkania, które teraz wydawało się jeszcze bardziej puste niż w ciepłym maju czy gorącym, słonecznym sierpniu.

To głupie myśli. Kto jak kto, ale ona powinna to wiedzieć. Po pierwsze, jej „puste” mieszkanie było bardzo ładne. Wysokie na trzy metry, z szerokimi wykuszowymi oknami, tarasem na dachu i błyszczącymi podłogami z wiśniowego drewna. Do tego jeszcze meble, które zbierała, odkąd zaczęła pracować — niska czarna skórzana sofa, szafki z klonu, lampy z nierdzewnej stali. A poza tym była pewna, że szczeniaki i jedwabne dywany to niezbyt dobra kombinacja. Koty i artystyczna stolarka zresztą też. No, ale co do rybek przeciwwskazań nie ma.

Po drugie, jeśli nadchodzące święto rzeczywiście jest takie radosne, to czemu akurat teraz nastąpił prawdziwy wysyp pacjentów? Przez ostatnie cztery tygodnie Elizabeth pracowała po dziesięć godzin dziennie, pomagając ludziom znaleźć siły do przetrwania tego czasu. Musiała przygotować bulimików do siedzenia przy uginających się od jedzenia stołach, cierpiących na psychozę maniakalno-depresyjną naszpikować lekami, które pozwolą im znieść radosny nastrój przy stole i poświąteczne poczucie osamotnienia, i wreszcie musiała wszystkim — tym ze skłonnościami do autodestrukcji, cierpiącym na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, neurotykom, psychotykom, dosłownie wszystkim — dodać odwagi przed spotkaniem z rodzinami.

Samo to powinno wystarczyć, by mogła cieszyć się z cichego domu. Choć to oczywiście nie znaczy, że nie może sobie sprawić rybek.

W gruncie rzeczy nie ma powodów do narzekania. Uwielbia swoje mieszkanie, kocha to miasto i na ogół lubi pracę. Wkrótce jednak skończy czterdzieści lat, a nawet wykwalifikowany psycholog nie może w tym wieku nie czuć na barkach ciężaru przeszłości. Nieudane małżeństwo. Brak dzieci. Dystans dzielący ją od rodziny w Chicago, który początkowo wydawał się do pokonania, ale teraz wszyscy mają tak dużo pracy, a latanie jest tak cholernie męczące, że odwiedza ich coraz rzadziej i vice versa. Nie widziała ich już tak długo, że głupio byłoby nagle zwalić im się na głowę. Zburzyłaby ustalony porządek. Byłaby autsajderem mieszającym się w ich życie.

Może kupi sobie bojownika wspaniałego? Albo lepiej fikusa. Roślina pewnie nie poczuje urazy, że jej właścicielka prawie co drugi wieczór zamawia na kolację sushi. Godne rozwagi.

Zabrzęczał dzwonek. Nie zareagowała, przyzwyczajona do zaskakujących dźwięków wielkiego miasta, ale dzwonek rozległ się ponownie. Zmarszczyła brwi. Było już po piątej, za późno na dostawy, a w piątki nie umawia się z pacjentami po godzinach; musi przynajmniej udawać, że ma życie prywatne. Dzwonek zabrzęczał po raz trzeci. Przenikliwie. Uporczywie. Tak ją to zaintrygowało, że wyszła z gabinetu do recepcji, wcisnęła kilka guzików w komputerze Sarah i zobaczyła obraz z kamery nad drzwiami wejściowymi.

Była zaskoczona. Chociaż właściwie może nie.

Wpuściła go do środka. Wszedł po schodach do jej gabinetu na piętrze. Na dworze zrobiło się zimno — w nocy może spadnie śnieg — ale nie to było głównym powodem, dla którego miał ciemnoniebieską bejsbolówkę nasuniętą na czoło, a szyję ciasno owiniętą grubym czerwonym szalikiem. Niestety, zdradziły go oczy.

Elizabeth widziała tego ranka to samo chłodne, stalowe spojrzenie, wyzierające z pierwszej strony „Boston Heralda”. POLICJANT STANOWY ZABIŁ SYNA SĘDZIEGO — głosił nagłówek. — DRAMAT RODZINNY.

Zdjęcie prawdopodobnie zrobiono bez jego wiedzy. Wpatrzone w dal oczy były surowe i mroczne. Elizabeth nie miała pojęcia, jakie to uczucie zabić człowieka, ale sądząc po jego uwiecznionej na fotografii minie, niezbyt przyjemne.

— Dobry wieczór — powiedziała spokojnie i podała mu rękę. — Doktor Elizabeth Lane.