135 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość przychodzi tak nagle. Przyjaźń dyskretnie, po latach.

Emocjonalna i wielowątkowa opowieść o trudnych wyborach, miłości i tęsknocie.
Na tle przemian ustrojowych i obyczajowych po roku 1980.

Jest zimowy wieczór 1982 roku. Emilia Ostrowska, ulegając namowom swojej matki, niechętnie udaje się na spotkanie z synem znanego kardiochirurga, Nikodemem Karbowskim. Chłopak zamierza zaprosić ją na swoją studniówkę w elitarnej szkole lotniczej. Wydaje się, że będzie to nudne spotkanie dwojga młodych ludzi, od lat kojarzonych ze sobą przez ich rodziny. Ale tak nie jest. Spędzają udany wieczór, snując opowiadania o swoich marzeniach i planach na przyszłość: ona biernie poddaje się woli rodziców, którzy od lat przygotowują ją do zawodu lekarza, on chce zostać pilotem wojskowym, znajdując pełne poparcie i zrozumienie swojej rodziny o głęboko zakorzenionych tradycjach lekarskich.
Po spotkaniu z Nikodemem, w drodze do domu, Emilia zostaje zaczepiona przez grupę młodych mężczyzn. Jednak jej nietuzinkowe zachowanie robi wrażenie na przywódcy grupy, Jeremim. Chłopak bezpiecznie odprowadza ją do domu. Wydaje się, że wszystko ich dzieli: ona jest subtelną blondynką w śmiesznych jak żart okularkach i berecie z antenką, on bardzo wysokim brunetem o mrocznym wyglądzie i ze śladami na twarzy po ulicznych bójkach; ona lubi Dostojewskiego i taniec, on lubi swój motor, boks i ma inne priorytety; ona jest córką znanego kardiologa o lewicowych poglądach, on planuje ucieczkę z kraju owładniętego stanem wojennym, by zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej.

Czy mimo dzielących ich różnic, znajdą do siebie drogę?
Ile można poświęcić dla miłości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 343

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dariuszowi

Kamilowi

Kacprowi

Mateuszowi

Miłoszowi

 

Miłość przychodzi tak nagle.

Przyjaźń dyskretnie, polatach…

 

 

 

 

PROLOG

 

 

Od piętnastego roku życia moim naturalnym środowiskiem było powietrze. Szybowałem jak ptaki na prądach powietrznych i zawsze dogadywałem się z siłami natury. Mój milczący towarzysz, bezkresne Niebo, upijał mnie poczuciem prawdziwej wolności.

Żartowała: „Lataj nisko i powoli, no i hamuj na zakrętach!”. Ja i moje skrzydła nie mieliśmy zatem innego wyjścia, jak tylko bezpiecznie wylądować w jednym kawałku.

„Lataj nisko i powoli, no i hamuj na zakrętach!”

To pierwsze wspomnienie, które przychodzi mi do głowy, kiedy o niej myślę. Do końca będę miał w uszach: „Lataj nisko i powoli…”.

Zamykam oczy i widzę ją. Dziewczynę w berecie i śmiesznych drucianych okularkach. Widzę ją i słyszę w każdej piosence, którą ze sobą przetańczyliśmy.

 

 

 

 

 

JESIEŃ 2015

 

 

„Eeech! To się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę…”. Boże, skąd u mnie ten Gałczyński, pomyślała.

Melancholijny chłód rozbudził wspomnienia i wstrząsnął drobnym ciałem. Dygocąc z zimna, otuliła się skórzaną, o wiele za dużą, męską kurtką. Zapach skóry okazał się silniejszy od subtelnych aromatów wrześniowego poranka. Być może to właśnie to podsunęło jej do głowy Cyrulika jesiennego. Szpaler przygaszonych świateł sączący się ze stylowych lamp wyznaczał drogę do otulonego mgłą jeziora.

Za plecami zostawiła luksusowy kompleks hotelowy z okazałym dworem i dwoma eleganckimi domami. Basen. Spa. Korty tenisowe. Oraz teren rozkopany pod budowę lądowiska.

Od lat obserwowała, jak zmienia się to miejsce. Jak z peerelowskich, obitych dyktą domków kempin­gowych przepoczwarza się w butikowy, ociekający luksusem kurort z wysmakowanymi wnętrzami oraz miłą i dyskretną obsługą. Lekkość. Harmonia. Spokój.

Zatrzymała się pod rosnącą nad brzegiem jeziora majestatyczną wierzbą, o pniu przypominającym wzniesione w niebo ludzkie ramiona, z długimi, zanurzonymi w wodzie witkami. Objęła ją.

Przywierając do drzewa swym wątłym ciałem, uwolniła z pamięci wydarzenia sprzed ponad trzydziestu lat, szukając w nich tamtych zapachów, tamtych kolorów, tamtych słów…

 

 

 

 

 

LATO 1983

 

 

– Pięknie tu.

– Pięknie – przyznała.

– Coś mi to przypomina… – Rzucił kamyk przed siebie, a rozchodzące się kręgi zaburzyły gładką powierzchnię wody. – Mama zabierała mnie w różne miejsca, najczęściej na Mazury. Zawsze lubiłem przyglądać się tafli jeziora. To mnie uspokajało…

– Po czym?

– Słucham? – Był zamyślony i nie dosłyszał pytania. I dobrze!

Wciąż stanowił dla niej zagadkę. Chciałaby wiedzieć o nim więcej, choćby to, jakie rany goił widokiem spokojnego jeziora. Pomyślała jednak, że zupełnie niepotrzebnie przeszła do spraw osobistych, za szybko chciała pokonać tę bezpieczną odległość dzielącą ich na pomoście. Zrozumiała, że jej ostatnie pytanie jest nieco… inwazyjne, a jej ciekawość może zostać przez niego źle odebrana – jako natarczywość lub nawet brak taktu.

Wzięła głęboki oddech i zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy.

– Lubisz Dostojewskiego?

– Aaa… powinienem? – Miał minę, jakby właśnie otrząsnął się z głębokiego szoku.

„Boże, co mnie podkusiło z tym Dostojewskim”.

– Wybacz, pomyliłam pytania. Ciekawiło mnie, co jeszcze lubiłeś robić, gdy byłeś mały. – Starała się zachować beztroski ton, mimo że czuła się strasznie głupio.

Zdezorientowany uniósł brwi z niedowierzaniem, a jednocześnie z rozbawieniem, po czym przybliżył się do niej, skracając dzielący ich dystans.

– Gdy byłem mały? Wolałbym, abyś interesowała się tym, co lubię robić teraz.

– Dlaczego? Przeszłość nie ma dla ciebie znaczenia?

– Nie. Nie ma.

– Mówisz to tak kategorycznie, że jestem skłonna ci uwierzyć.

– Uwierz.

Nie ciągnęła tematu, nie zamierzała już go o nic wypytywać, czuła, że i on tego nie chce.

– Hej! Zamilkłaś.

– Bo lubię.

– Ja też. – Trącił ją w bok ramieniem.

Speszyło ją to. Natychmiast przyjęła postawę obronną, skrzyżowała zwisające nad wodą nogi i spojrzała w dół.

Milczeli.

– Ten Dostojewski to taki test, czy z kimś warto pogadać? – odezwał się nieoczekiwanie.

Podniosła na niego wzrok. Uraził ją tym pytaniem.

– Nie testuję ludzi. Po prostu lubię Dostojewskiego.

– To jakiś aktor?

– Pisarz.

– Pisarz?! Teraz będę wiedział.

– Wiedziałeś już wcześniej.

– Coś mi się obiło o uszy.

– Teraz to ty mnie testujesz!

– Testuję? Nie, zażartowałem.

Miał dziwną manierę przeskakiwania z chmurnego nastroju w rozbawienie. To jej się nawet w nim podobało. Nie sposób się było przy nim nudzić.

– Lubisz Dostojewskiego… A co lubisz robić?

– Tak w ogóle czy tu, nad jeziorem?

– Wybór należy do ciebie.

– Co lubię robić?… – Rozkołysała zwisające nogi i spojrzała w dal. – Nic, co warte byłoby twojej uwagi… Kąpać się… Pływać kajakiem… Włóczyć się po łące… Zbierać kwiaty… Pleść z nich wianki i… – Ugryzła się w język. O nie! O czytaniu książek wolała nie wspominać. Podejrzewała, że to akurat mogło znajdować się na szarym końcu listy jego priorytetów.

– Rozczarowałaś mnie.

– To znaczy? – Nerwowo zamrugała.

– Żadnych imprez do białego rana, alkoholu, chłopaków…

– To cię śmieszy czy nudzi?

– Nie, no, daj spokój! Tak tylko droczę się z tobą. Lubię, gdy się dąsasz. Zresztą… Wiem, jaka jesteś.

– Tak? Jaka?

– Taka jak ja.

– Czyżby?

– Jasne! Bo widzisz… Ja też lubię się kąpać z kumplami, pływać kajakiem po jeziorze, włóczyć się po łące… Zbieram kwiaty, plotę wianki… Nie śmiej się! Naprawdę potrafię pleść wianki.

– I co potem robisz z tymi wiankami?

– Co robię? Zakładam kumplom.

– I jak wyglądają? – Ledwie zachowywała powagę.

– Kto? Wianki czy kumple? – Nie mógł się powstrzymać, by nie zerknąć na wianek na jej głowie, upleciony z wysokich traw, liści i polnych kwiatów. Delikatny powiew wiatru muskał jej lekko rozchylone usta niesfornym pasemkiem włosów spływających miękkimi falami po jej ramionach.

– Kumple – doprecyzowała, zgarniając z ust kosmyk.

– A jak facet może wyglądać z łąką na skroniach? Niewinnie i czysto.

Śmiała się do łez.

– No dobra, ustaliliśmy, że oboje lubimy pleść wianki. A potrafisz zrobić to? – Rzucił kamień w wodę pod takim kątem, że trzy razy odbił się o powierzchnię jeziora.

– W tym jestem kiepska. Kiedyś próbowałam, ale nie wychodziło mi.

– To nic trudnego. – Podniósł się. – Teraz ci się uda. Nauczę cię.

Zszedł na brzeg, rozejrzał się dookoła, potem schylił się po kilka kamieni i wrócił z nimi na pomost.

– Wstaniesz? – Wyciągnął do niej swoją dłoń, przesuwając wzrokiem po jej zgrabnych nogach.

Zaczerwieniła się. O, matko! Wiedziała! Szorty przycięte ze starych jeansów były jednak stanowczo za krótkie! Jakby czytając w jej myślach, przeniósł wzrok na trzymane w dłoni kamienie. Poczuła ulgę.

– Zobacz. Trzeba wybrać takie gładkie. Potem rzucasz kamyczek z ukosa, nie w dół, tylko prawie równolegle do powierzchni wody. Ma tylko musnąć taflę. – Lekko przechylił się w bok i wypuścił kamień z ręki. Podskoczył kilka razy, po czym skończył na dnie jeziora.

Obserwowała każdy jego gest, każdy ruch. Jak bierze zamach, jak się uśmiecha, a potem poważnieje. Jak zgarnia z czoła długą czarną grzywkę. Jak podciąga rękawy czarnej koszuli. Musiał poczuć na sobie jej spojrzenie, bo nagle odwrócił się do niej.

– Teraz ty. Pamiętaj, że trzeba rzucić pod odpowiednim kątem, lekko podkręcając. Spróbuj!

Mimo podjętych wielu prób kaczki jej nie wychodziły. Rozbawiony, bacznie się jej przyglądał, gdy śmiała się ze swojej nieporadności i trochę denerwowała. Po przegranej bitwie z kaczkami na kamienie zrezygnowana usiadła na pomoście tuż obok niego. Poczuła, że coś ją łączy z tym chłopakiem, i była pewna, że on czuje to samo. Oddychali wspólnym powietrzem, milczeli, spoglądając w tym samym kierunku – w stronę jeziora oświetlanego blaskiem sierpniowego księżyca.

Odkąd się poznali, nieustannie ją zaskakiwał. Pojawiał się nie wiadomo skąd, a potem znikał na długie tygodnie, a nawet miesiące. Niedawno przyłapała się na tym, że coraz bardziej wyczekuje tych nieoczekiwanych spotkań, choć nie nazwałaby tego tęsknotą. Tym razem jego pojawienie się w tym miejscu i o tak nietypowej porze zaskoczyło ją bardziej niż kiedykolwiek. Co prawda nie była jeszcze gotowa omdlewać ze szczęścia, ale poczuła się szczęśliwa. Nie chciała pytać, od kogo dowiedział się, że właśnie tutaj, nad jeziorem, od dwóch tygodni spędza z Gabrysią wakacje. Zresztą domyślała się: to pewnie Nikodem mu powiedział.

– Emi! Emilia! – rozległo się od strony kempingu.

Chciała poderwać się szybko, ale… „Powoli. Z gracją. I małymi kroczkami” – Po jej umyśle snuły się dobre rady matki.

– Pora na mnie! – Wstała nieśpiesznie, z gracją, przytrzymując na głowie wianek z omdlałych już kwiatów.

– Słuchaj… – Przeczesał ręką włosy za karkiem. – Niedaleko zaparkowałem motor.

– Niestety, w tym też jestem kiepska. Nie potrafię jeździć na motorze.

– Taką miałem nadzieję. Jeśli nie boisz się…

– Ani trochę. To gdzie jest ten motor?

 

* * *

 

Odpalił silnik, wrzucił jedynkę i odwrócił się przez ramię.

– Połóż ręce na moich biodrach – krzyknął, próbując przebić się przez hałas maszyny.

Jak?! Chwycić go za biodra?! Była przerażona. Nienaturalnie sztywno objęła bardziej powietrze niż jego.

Przy niskim pomruku wydawanym przez motocykl i trzeszczącym pod kołami żwirem czuła pod siedzeniem każdy wybój i każdą koleinę. Wreszcie wyjechali z terenu ośrodka na asfaltową drogę i wówczas przyspieszył. Naciągnęła wianek głębiej, niemal na uszy, modląc się, by nie odleciał, ale jakimś cudem trzymał się głowy. Pierwszy raz jechała motocyklem i pierwszy raz była tak blisko chłopaka. Nie bała się. Bez cienia wahania powierzyłaby mu swoje bezpieczeństwo. To uczucie również było dla niej nowe. W pewnym momencie chwycił jej ręce, zmuszając do mocniejszego objęcia go w pasie i wówczas całe to paraliżujące ją napięcie mięśniowe puściło. W jednej chwili poczuła się swobodna i wolna.

Mknąc przed siebie w tę sierpniową noc, obserwowali, jak orbita Perseidów przecina się z ziemską, jakby zrzucając na nich kilka gwiazd. I przypomniała sobie pierwsze ich spotkanie, w tamtą zimną noc grudniową, gdy odprowadził ją pod dom. Wzruszona chwilą, której zdawała się sprzyjać cała przyroda, zapragnęła, by ta podróż nigdy się nie skończyła. Oczywiście, stało się inaczej: po dwudziestu minutach znów byli na pomoście.

Uniósł głowę i spojrzał w ciemną toń roziskrzonego gwiazdami nieba. Zastanawiała się, co widzi.

– Też to zauważyłaś?

– Co takiego? – Speszyła się, bo przyłapał ją na gapieniu się w niego.

– Zawsze świecą nam gwiazdy. Te spadające to Perseidy. Ale kiedy pierwszy raz cię spotkałem, świeciły nam Geminidy.

– Geminidy?

– Geminidy. Rój meteorów po planetoidzie Phaethon.

Nie miała pojęcia, co to są Geminidy, a tym bardziej Phaethon.

– Interesujesz się astronomią?

– Astronomią? Nie, dlaczego tak sądzisz?

– Opowiadasz o tym z takim entuzjazmem…

– Mój brat jest w tym oblatany. – Dalej błądził wzrokiem po niebie, ale w jego tonie wyczuła coś uroczystego, jakby szacunek.

– Masz brata?

– Tak, ale… – zawahał się. – To skomplikowana relacja. Spójrz na nie! Są niezwykłe! Światło niektórych z nich wciąż do nas dociera, choć tak naprawdę dawno temu zgasły. Z miłością jest jak z gwiazdami…

– Myślisz, że po śmierci ukochanej osoby jej miłość ciągle nas ogrzewa?

– Wciąż czujemy jej energię. Wiesz… – spojrzał na przekrzywiony wianek na jej głowie i poprawił go szybkim ruchem ręki – do twarzy ci w nim. Nie pozwól go sobie zbyt szybko zdjąć.

– Sama go sobie dzisiaj zdejmę! – palnęła bez zastanowienia.

Roześmiał się.

– Jesteś taka…

Miała wrażenie, że nie bardzo wiedział, jak dokończyć zdanie. A ona nie miała pojęcia, jak zareagować… Czy miała spodziewać się komplementu?

– Zrobiło się bardzo późno… – Skierowała swoje i jego myśli na bezpieczny tor.

– Mów dalej…

– Stwierdziłam tylko, że jest późno, powinieneś chyba już jechać…

– Powinienem.

– Jedź ostrożnie. – Jej matka zawsze tak mówiła do ojca, gdy wyruszał w podróż, uznała więc, że i ona powinna tak się zachować. Naprawdę chciała, by jechał ostrożnie.

Spojrzał na nią tak, jakby ta krótka rada była wielokrotnie złożonym zdaniem wymagającym głębszej analizy. Była pewna, że chce jej coś ważnego powiedzieć, ale on wyciągnął tylko swoją dłoń w geście pożegnania.

– Będę.

Wsiadł na motor i odjechał.

Przez resztę nocy nie mogła zasnąć. Przed chwilą latała motorem wśród gwiazd, a teraz Perseida spadła wprost na twarde łóżko w zatęchłym domku kempingowym, przygniatając ją do ziemi kompletną ciszą. Tak bardzo pragnęła zatrzymać tę uciekającą noc. Jej serce przypominało spłoszonego ptaka, który bezskutecznie miota się w klatce… W dodatku nękały ją wciąż te same niepokojące pytania: Czy przejechał kilkaset kilometrów tylko z mojego powodu? Żeby spędzić ze mną te kilka godzin?

Zaczynało widnieć. I nagle, jak na pstryknięcie palcami, ciszę przerwał głośny chór ptasich gardeł.

Z łóżka obok dochodziło miarowe pochrapywanie Gabrysi. Spała jak zabita.

„Może go zasuszyć?” – myślała o wianku.

Nagle przypomniała sobie zabawę z dzieciństwa. Wzięła ze stołu woreczek foliowy, wianek i latarkę. Wyszła przed dom i rozejrzała się wokół. Chwyciła zostawioną przez małego chłopczyka dziecięcą łopatkę, pod ośrodkową świetlicą znalazła odłamek stłuczonej szyby. Potem skierowała się w kierunku jeziora i pod wierzbą o pniu przypominającym wzniesione do góry ramiona, z długimi zanurzonymi w wodzie witkami, wykopała łopatką niewielki dołek. Jego spód wyłożyła woreczkiem foliowym, na to położyła wianek, a wszystko przykryła kawałkiem szkła. Swój sekret zasypała ziemią i sama przed sobą złożyła obietnicę: za sto lat wrócę tu i odgarnę ziemię, by przez to szkiełko spojrzeć na swoje wspomnienia.

 

 

 

 

 

JESIEŃ 2015

 

 

– Witam panią! – Męski głos wyrwał ją z kontemplacji. Odwróciła się. Rozpoznała wędkarza, z którym nieprzerwanie od dwudziestu czterech lat wymieniała w tym miejscu i o tej porze poranne uprzejmości.

Obok przechodzili właśnie dwaj grzybiarze, dzierżąc w dłoniach wiklinowe kosze. Na głowach mieli kaszkiety, na nogach kalosze. Przywitali się, zagadali. Kiedy już sobie poszli, schyliła się po kamyki. Wybierała same płaskie.

Mgła znad jeziora cofnęła się, odsłaniając zupełnie jego wody. Usiadła na pomoście, solidnym, drewnianym, pomalowanym na biało jak sopockie molo. Nawet te stylowe latarnie nawiązywały do niego. Nie było już spróchniałych desek, niebezpiecznych zwłaszcza dla biegających po pomoście małych dzieci – takich jak tamten chłopczyk, którego on wziął na ręce z okrzykiem: „Hola, hola, mały smyku! Chcesz wpaść do wody?”.

Rzuciła kamień. Z ukosa, pod odpowiednim kątem i lekko podkręcając. Tak, jak ją uczył. Kamień podskoczył kilka razy, po czym skończył na dnie jeziora. Idealna kaczka. Efekt wieloletnich prób. Szkoda, że on nie może tego zobaczyć… Chwyciła następny kamień i w tym momencie poczuła w kieszeni spodni wibrację komórki.

– Cześć, Nikodem! Jaka niespodzianka! Miałeś odezwać się w sobotę.

– O, sorry! Już się rozłączam. Zadzwonię planowo w sobotę.

– Stój, wariacie!

– Spokojnie, moja piękna. Cały czas stoję, nigdzie się nie wybieram… I wcale nie zamierzam się rozłączyć. Tęsknię za tobą, wiesz?

– Wiem. Też tęsknię.

– Bardzo?

– Bardzo!

– Serce moje, za dwa dni przyjeżdżam do Wrocławia.

– W sprawach służbowych?

– Nie. Prywatnych.

– Wpadniesz do mnie?

– Nie wpadnę, ale zagoszczę! Na całe trzy dni.

– To cudownie. Tak się cieszę!

Jej nieco podniesiony głos zwrócił uwagę znajomego wędkarza, stojącego nieopodal. Mężczyzna pomachał i posłał uśmiech. W odpowiedzi uniosła swój kciuk w górę.

– W takim razie wracam do hotelu. Spakuję się i jadę do domu – rzuciła do telefonu.

– Przecież planowałaś dopiero jutro. Emilio, nie skracaj pobytu!

– Poprzytulałam się już do drzewa, wystarczy. Nabrałam cudownej energii na cały rok.

– A jak tam kaczki?

– Nie mam sobie równych! Nikt nie puszcza kaczek tak, jak ja. Szkoda, że to nie olimpijska konkurencja, miałabym szansę na złoto.

– Miałaś dobrego trenera.

– Najlepszego… – Przymknęła na chwilę oczy, a w gardle poczuła znajomy uścisk. – Weźmiesz rodzinę? – Zmieniła temat.

– Gabrysia przez cały tydzień jest w Petersburgu, na wykładach. Przyjadę tylko z Marysią. Zabierze ze sobą sztalugę, bo chce uwiecznić jesienną pergolę, wiesz, tę przed Halą Ludową.

– Ciągle maluje?

– Bez przerwy coś ją zachwyca i potem musi przelać to na papier, płótno, ściany pokoju… Maluje, szkicuje… I tak godzinami!

– To cudownie! Dziewczyna z pasją. Dawno jej nie widziałam. Chyba… ze dwa lata. Wciąż córeczka tatusia?

– Dwa i pół. Nie widziałyście się dokładnie dwa i pół roku. Niewątpliwie jest i zawsze będzie moją księżniczką. Tatusiowie mają słabość do córeczek.

– Potwierdzam. Też byłam kiedyś córeczką cudownego tatusia.

– Potwierdzam. Był cudownym człowiekiem.

– Dziękuję ci.

– Za co?

– Za to, co powiedziałeś o moim tacie. I za to, że jesteś moim przyjacielem…

 

* * *

 

– Pani Emilio, co tak krótko w tym roku? – Recepcjonistka wydawała się zaskoczona jej nagłą decyzją o wymeldowaniu.

– Rodzina chce mi zrobić niespodziankę. Muszę się przygotować.

– Aa… Rozumiem. Zatem szczęśliwej podróży. I jak zwykle zapraszamy za rok!

W odpowiedzi posłała kobiecie szeroki uśmiech, a potem podniosła z marmurowej posadzki swoją niewielką skórzaną torbę i skierowała się prosto do wyjścia.

Stojąc już na parkingu przy srebrnym golfie, spojrzała jeszcze raz na jezioro. Na biały pomost i samotną wierzbę. Gdy zatrzasnęła drzwi samochodu i odpaliła silnik, w uszach wciąż słyszała ostatnie słowa recepcjonistki: „Zapraszamy za rok”.

Czy przyjedzie tu za rok? Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że coroczne pobyty w tym miejscu spowalniały proces gojenia ran w jej sercu. Może najwyższy czas pozwolić im się zasklepić? Ale z drugiej strony… Czy chce się wyleczyć?

Od dwudziestu czterech lat szła przez życie jak po kruchym lodzie. Dokładnie od dwudziestego ósmego lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku, gdy ogłoszono zakończenie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. To wtedy boleśnie odczuła, jak bardzo życie zwykłego szarego człowieka weryfikowane jest przez pomysły rodzące się w głowach zupełnie obcych ludzi, w odległych zakątkach świata. Wspominając wydarzenia, które trwale naznaczyły życie jej i jej najbliższych, przyłapywała się na tym, że pamięć zaczyna płatać jej figle, bo im dalej sięgała w jej zakamarki, tym wyraźniejsze były obrazy…

 

 

 

 

 

1980–1982

 

 

Czerwiec tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku był dla jej rocznika wyjątkowo uroczysty. Wkrótce miała zostać dumną absolwentką szkoły podstawowej – jednej z tysiąca tysiąclatek.

Z długimi do pasa jasnymi włosami, starannie zaplecionymi w warkocz, w białej bluzeczce i granatowej plisowanej spódniczce, stała na mównicy z orzełkiem bez korony na tle biało-czerwonych szarf i w imieniu absolwentów żegnała szkołę, grono pedagogiczne oraz młodszych kolegów.

Wyrażając wdzięczność za trud ich wychowania oraz kształtowania życiowych postaw, spoglądała znad drucianej ramki swych okrągłych, śmiesznych jak żart okularków w kierunku zebranych na uroczystości rodziców i nauczycieli. Jej głos był spokojny, rozważny, a słowa oszczędne, dzięki czemu wszyscy zebrani słuchali jej z uwagą. Ale ona swoją uwagę skupiała przede wszystkim na ładnej kobiecie i eleganckim mężczyźnie, zajmujących miejsca w trzecim rzędzie. Siedzieli blisko siebie, trzymając się za ręce. To im zawdzięczała najwięcej. Swoim rodzicom. Matka ze wzruszenia połykała łzy, a ojciec jak zwykle ze spuszczonym wzrokiem sprawiał wrażenie, jakby sprawdzał, czy wystarczająco dokładnie wyglancował swoje eleganckie wiedenki. Zawsze tak robił, gdy chciał ukryć targające nim emocje. Zarówno te złe, jak i te dobre. Emilia nigdy nie widziała go płaczącego. Ponoć zapłakał tylko raz, na pogrzebie babci Władzi – swojej matki.

Z chwilą otrzymania z rąk pani dyrektor ostatniego świadectwa szkołę podstawową imienia Karola Świerczewskiego zepchnęła w zakamarki swej pamięci, nie mając wówczas świadomości, że już wkrótce podobnie zostanie wymazany z galerii wielkich Polaków jej patron. Pokolenie Emilii na lekcjach historii poznawało Karola Świerczewskiego, pseudonim Walter, jako wielkiego bohatera Polski i Hiszpanii, osławionego generała, który kulom się nie kłaniał.

Odkąd pamiętała, rodzice przygotowywali ją do zawodu lekarza. Ciągle powtarzali, że to zapewni jej godną pracę, a ludzie będą ją szanować, tak jak ojca. Nigdy jednak nie rzucali argumentów o zarobkach. Sami żyli zresztą skromnie, wystarczało im dwupokojowe mieszkanie i mały samochód.

Wychowując córkę na przyszłego kardiologa, wyznaczyli również konsekwentną ścieżkę jej edukacji, zgodnie z którą wybór szkoły średniej był oczywisty. Miało to być najlepsze w mieście liceum. Tego chcieli jej rodzice. A czego chciała ona? Wówczas chyba tego samego. Podjęła więc decyzję: będzie lekarzem.

 

* * *

 

Koledzy w jej nowej klasie integrowali się ze sobą na różne sposoby. Najchętniej poza szkołą. Nie znaczy to wcale, że nie korzystali z imprez i spotkań, jakie organizowało ich elitarne liceum. Numerem jeden były jesienne wyjazdy na wykopki, którym nadawano rangę niemal święta narodowego. Kopał każdy. I wieś, i miasto. Właśnie tam, po raz pierwszy i ostatni, zaciągnęła się dymkiem. Bardzo szybko przekonała się, że to nie dla niej, gdyż nie dodało jej to ani uroku, ani pewności siebie. Nie wspominając o gracji. Z gracją paliła tylko jej sąsiadka z bloku, Jadzia Nowakowska. Zatem zamiast popalania papierosów w krzakach w towarzystwie znajomych, swój udział w wykopkach zaznaczała dość swobodną interpretacją piosenek ukochanego Edwarda Stachury, przygrywając sobie na gitarze. Jej muzyczne występy nad pieczonym ziemniakiem sprawiły, że wkrótce stała się w szkole dość popularna i lubiana. Ale bratnią duszę odnalazła tylko w jednej dziewczynie.

Gabrysia Franków o twarzy anioła, z wielkimi błękitnymi oczami i mocno skręconymi lokami, była typem cichej myszki. Nie należała do osób towarzyskich i poza Emilią z nikim nie utrzymywała kontaktu. Jej przyjaciółka nie rozumiała, dlaczego ktoś tak inteligentny i elokwentny woli zaszywać się w kącie i z reguły wybierać miejsce w ostatnim rzędzie. A jednak dobrze jej było ze świadomością, że spośród wszystkich dziewczyn w szkole to właśnie przed nią Gabrysia otworzyła swój zamknięty dla innych świat. Pod wpływem tej przyjaźni zaczęła rozczytywać się w Dostojewskim, Tołstoju, Błoku, Achmatowej.

Emilia lubiła swoją codzienność. Bez marudzenia wstawała o piątej trzydzieści, a potem szła na autobus, który zawoził ją aż pod samą szkołę. A po zajęciach znowu na autobus, do domu, nauka i książki.

Trzynastego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdzie­siątego pierwszego roku wydarzyło się jednak coś, co przecięło codzienną rutynę. I to nie tylko Emilii, ale wszystkich jej znajomych, jak i zupełnie obcych ludzi – niezależnie od ich wieku, zamieszkania albo wiary.

Stan wojenny.

Z pierwszych tygodni zapamiętała śnieg oraz zamknięte kina, kawiarnie, muzea i teatry. Brak połączeń telefonicznych, gazet, wszechogarniający strach i niepewność, godzina milicyjna, tysiące ludzi wywożonych w nieznane, życie w poczuciu paranoi. Wojsko i czołgi na ulicach.

Pod blokiem Emilii młodzi żołnierze grzali się przy koksowniku. Matka od czasu do czasu dokarmiała ich gorącym rosołem, mówiąc o nich, że to tylko zziębnięci chłopcy – niewinne ofiary rozkazów swoich przełożonych. Niektórzy sąsiedzi z bloku głośno wyrażali swoje oburzenie, bo dla nich ci wygłodniali żołnierze ochoczo siorbiący rosół matki, byli wyłącznie bezdusznymi strażnikami dogorywającego reżimu.

Tymczasem wiosna, nieświadoma tego, co działo się w kraju, postanowiła i tak nadejść. Wraz z roztopami ludzie zaczęli stopniowo oswajać się z codziennością. Wkrótce zniesiono najostrzejsze rygory, a część internowanych zwolniono do domów. Ale nadal brakowało niemal wszystkiego. Prawie wszystkie towary były reglamentowane, na kartki. Na półkach sklepowych królem obecności był ocet. Tylko czasami, po odstaniu swojego w wielogodzinnej kolejce, cierpliwość szarego obywatela była wynagradzana proszkiem do zębów, masłem roślinnym, kawą zbożową, szarym mydłem, złotym środkiem do prania, jak i do obmywania kobiecych ran po porodzie.

Stan wojenny przede wszystkim tłamsił ludzi spod znaku SOLIDARNOŚCI. Ale nie tylko ich.

Ojciec Emilii zawsze twierdził, że jego poglądy są tam, gdzie jego serce – po lewej stronie. Jednak w tych dniach coś zaczęło w tym sercu pękać… Obie z mamą z niepokojem dostrzegały, jak dzień po dniu wracał ze szpitala do domu coraz bardziej przybity. Nie mógł pogodzić się z faktem, że niektórzy znajomi lekarze, pielęgniarki, ratownicy cierpieli represje. Byli internowani, zwalniano ich z pracy, pozbawiano środków do życia, szykanowano, nękano rewizjami.

Nieludzkie pozbywanie się niewygodnych pracowników miało miejsce nie tylko w szpitalu ojca, o czym Emilia miała się przekonać wkrótce, na swoim szkolnym podwórku.

Zawsze lubiła czytać, ale w tamtym czasie książki stały się dla niej czymś więcej: były niczym środek przeciwbólowy na bolesną rzeczywistość. Często dyskutowała o tym z profesor Burską, polonistką. Po lekcji zwykle miała ochotę pobiec do domu, by jeszcze raz w zaciszu czterech ścian pokoju przemyśleć wszystko, co działo się na polskim, albo spotkać się ze znajomymi, by przedyskutować podrzucony niby przypadkiem przez nauczycielkę jakiś intrygujący temat i rozebrać go na czynniki pierwsze.

Tego entuzjazmu nie podzielała Gabrysia. Szanowała Burską, ale lekcji polskiego nie lubiła. Miała wielkie zastrzeżenia co do obowiązującego kanonu lektur. Twierdziła, że jest skostniały i w geście buntu nie czytała zalecanej literatury, co oczywiście odbiło się na jej ocenach.

Któregoś dnia Burska, wpisując jej z ciężkim sercem kolejną dwóję, zapytała:

– Gabrielo, dlaczego nie lubisz czytać?

Dziewczyna milczała.

Nauczycielka patrzyła na nią wyczekująco, ale uczennica nie podniosła nawet głowy.

– Pani profesor, Gabrysia uwielbia czytać – wtrąciła Emilia, zapierając się rękoma o stojące przed nią krzesło. Nie pierwszy raz wyręczała w odpowiedzi swoją nieśmiałą koleżankę, której głos niewiele osób miało okazję poznać.

– Tak? A czy Gabrysia podziela opinię swojej porte-parole?

– Podzielam. Czytam to, co jest tego warte, co jest prawdziwe – odezwała się niespodziewanie Gabrysia, wywołując tym ogromne poruszenie w klasie.

– Hm… A co jest prawdziwe według ciebie? – Burska skrzyżowała ręce i z uwagą czekała na odpowiedź.

– Dostojewski i Tołstoj.

– O! Sięgasz ambitnie, po samych gigantów. Na czym więc, twoim zdaniem, polega wartość ich utworów?

No to teraz się zacznie, pomyślała Emilia i spokojnie zajęła swoje miejsce, bo od dobrych kilku minut stała w ławce, zastanawiając się, czy wypada jej usiąść.

– To jakby podróż w głąb mojego własnego umysłu. – Gabrysia starannie dobierała słowa. – Takie literackie rozwinięcie koncepcji psychoanalizy. Autorzy polemizują z wartościami chrześcijańskimi, poza tym świetnie prowadzą dialogi. Gdy czytam ich książki, to czuję się tak, jakbym była… yyy… – przewróciła oczami – w samym środku toczącej się akcji. Zapominam o całym Bożym świecie. Po prostu to czuję. Wartością jest też to, że czytam w oryginale, po rosyjsku.

Burska z uznaniem pokiwała głową i wyraziła żal, że dopiero teraz odkryła pasję swojej nieco zamkniętej i tajemniczej uczennicy. A potem… Potem Emilia i cała reszta klasy stali się świadkami gorącej dyskusji, jaka rozgorzała między uczniem a mistrzem. Pozbawionej pouczeń, zbędnych frazesów i megalomanii.

Nie można było nie zauważyć, że Gabrysia faktycznie z wypiekami na twarzy pochłania książki pisane cyrylicą… I tylko cyrylicą. Matematyka, fizyka, biologia i cała reszta nie liczyły się dla niej, oznaczały stratę czasu. Nie znajdowały się nawet w najodleglejszych obszarach jej zainteresowań. Dlatego nie była w stanie podołać wyzwaniom, jakie rzucało ich elitarne liceum, i wkrótce dla wszystkich stało się jasne, że prędzej czy później Gabrysia będzie musiała zmienić szkołę.

Gdy żegnała się z Emilią na dworcu kolejowym, nie kryła smutku i rozczarowania.

– Emi, dlaczego wszyscy mówią mi, co mam robić? Co mówić, co czytać, co oglądać. A może to ja mam rację? Może to inni się mylą? Dlaczego świat nie pozwala mi być sobą? Przecież nikomu nie robię krzywdy! – Odwróciła głowę, by ukryć nagły błysk napływających łez.

Emilia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie chciała rzucać banalnych słów, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że często nie znajdując zrozumienia dla swej wyjątkowości, młody człowiek świadomie gasi dar, którym wyróżniła go natura, i jedynym jego pragnieniem jest wtopić się w szare tło przeciętności. I czuła, że jedyne, co mogła w tej chwili zrobić dla swojej przyjaciółki, to wysłuchać jej.

Tylko że… w oddali zagwizdał pociąg, a potem wagony wtoczyły się na peron i nie zostało już wiele do powiedzenia.

Jej przyjaźń z Gabrysią rozwijała się nadal, co prawda na odległość, przez telefon, w listach, ale to wtedy właśnie Emilia przekonała się, że z bratnią duszą nie trzeba codziennie wymieniać spojrzeń. Z bratnią duszą wymienia się myśli i marzenia.

Wkrótce ze szkoły odeszła także profesor Burska. Dyrekcja poinformowała, że powodem jest wcześniejsza emerytura, ale wszyscy dobrze wiedzieli, że chodziło o coś innego. Rozbudzanie przez nauczycielkę w młodzieży świadomości czasów, w jakich przyszło jej dorastać, rozpalanie w młodych umysłach ognia mającego strawić marazm i poddaństwo, stało się dla wielu niewygodne.

W ostatniej odsłonie swojej imponującej kariery pedagogicznej, gdy żegnała już swoich ukochanych uczniów na ostatniej lekcji, zwróciła się do młodzieży z płomiennym apelem:

– Moi drodzy, czytajcie. Chłońcie wszystko, co się wokół was dzieje, i wyciągajcie wnioski. Myślcie. Będą wam wmawiać, że jesteście pokoleniem straconym. Ale to nieprawda. To właśnie wy jesteście naszą przyszłością. To wy będziecie za kilka lat odpowiedzialni za nasz kraj. I to wy będziecie przekazywać swoim dzieciom, a potem wnukom, prawdę o tych dniach, w jakich przyszło rozkwitać waszej młodości.

Ukochana polonistka przeszła do historii szkoły, a w pamięci Emilii zapisała się jako autorytet, do którego często miała się odwoływać w dorosłym życiu.

 

 

 

 

 

JESIEŃ 2015

 

 

Swoim srebrnym golfem wjechała na dwupasmówkę. Lubiła podróżować sama. Uśmiechać się do dobrych wspomnień z młodzieńczych lat. O szkolnej przyjaźni z Gabrysią, o profesor Burskiej… Nucić z radiem ulubione piosenki.

Nawet nie zauważyła, jak świat pogrążył się w ciemności i znalazła się w samym środku wielkiej burzy. Piorun uderzył tak głośno, że aż podskoczyła. Rozbryzgujące się na przedniej szybie krople sprawiały, że pomimo blasku samochodowych reflektorów niewiele widziała. Pochyliła się więc do przodu i z zaciśniętymi na kierownicy dłońmi, marszcząc czoło, wytężała wzrok.

Podczas takiej pogody jak ta jej myśli zawsze krążyły wokół matki. Wyobrażała sobie, jak z modlitwą Zdrowaś, Maryjo na ustach stawia na okiennym parapecie zapaloną gromnicę, która niczym egida Zeusa miała chronić ich dobytek przed wyładowaniami atmosferycznymi. A ona, mała przerażona dziewczynka, wpatruje się w płomień tańczący niespokojnie z powodu wiatru wiejącego przez szpary nieszczelnego okna.

Burza ustała równie szybko, jak nadeszła, i samochody znów spokojnie sunęły po mokrym asfalcie.

Patrząc na kałuże rozjeżdżane kołami pojazdów, swoje myśli znów ubierała we wspomnienia…

 

 

 

 

 

1982–1983

 

 

Był wyjątkowo zimny grudniowy wieczór. Poruszała się szybko, bo jak zwykle zapomniała legitymacji. Spotkanie z patrolem wojskowym lub milicyjnym mogłoby się zakończyć wysokim mandatem, a nawet aresztem lub spałowaniem. Bała się. Zaczęła żałować, że nie pozwoliła Nikodemowi odprowadzić się do domu. A nie pozwoliła, bo nie chciała, by wyobrażał sobie Bóg wie co!

 

* * *

 

Pierwsze spotkanie z kolegą po latach od ostatniej zabawy w piaskownicy zapowiadało się na wydarzenie roku. Matka namówiła ją na delikatny makijaż i jak zwykle zasypała długą listą dobrych rad.

– Bądź dumna, ale nie wyniosła. Nie odzywaj się zbyt często, nawet jeśli masz dużo do powiedzenia. Uśmiechaj się delikatnie. Poruszaj się drobnymi krokami. Nie garb się. Gdy siadasz, kolanka trzymaj złączone. Bądź subtelna. No i najważniejsze: ceń się!

Odkąd pamiętała, zawsze towarzyszyły jej rady matki. I zawsze jednakowoż matka je puentowała słowami: „A zresztą, co ja ci będę mówiła, przecież ty i tak to wszystko wiesz”.

– Wiem, mamuś, wiem. Potrafię się zachować! Ale co wam w ogóle przyszło do głowy, by umówić mnie z tym… Nikodemem. Nigdy za nim nie przepadałam.

– Ależ, kochanie, to tylko spotkanie znajomych po latach. Porozmawiacie, powspominacie, pośmiejecie się. – Kobieta spuściła wzrok na deskę do prasowania i z namaszczeniem pogładziła męską białą koszulę. – Poza tym Nikodem pochodzi z takiej dobrej rodziny…

Emilia spojrzała na jej pięknie dojrzałą twarz. Ten ostatni argument zabrzmiał podejrzanie. Próba swatania? Nieco obruszona poderwała się z fotela i usiadła na wersalce obok hałdy skarpet, od razu zabierając się za ich składanie. Z wielkiej sterty wybrała pierwszą lepszą skarpetę, po czym szukała jej pary. Skarpeta na skarpetę, złożyć wpół i odłożyć. Boże! Jak ona nienawidziła tego robić!

– Mamo, czy wy czasami nie myślicie o skojarzonym małżeństwie dla swojej jedynaczki? Chcecie mnie wyswatać? Jeśli mogę zabrać głos w tej sprawie, to chciałabym skończyć szkołę, pójść na studia, a potem na staż do jakiegoś szpitala, zrobić specjalizację i w końcu… Potem możesz szukać mi męża. Całkiem nieźle wybrałaś sobie własnego.

– Oj, nie żartuj sobie! Myślisz, że nie widzę, co się z tobą dzieje?

– A cóż takiego dzieje się ze mną, kochana mamusiu?

– Od wyjazdu Gabrysi prawie nie wychodzisz z domu. Dziewczyny w twoim wieku cieszą się życiem, spotykają ze znajomymi. Ty tylko ze szkoły do domu i nos w książki.

– No biedni wy! Przepraszam za swoje zachowanie. – Spojrzała na matkę z udawaną pokorą. – Myślę, że niejeden rodzic chciałby mieć takie zmartwienia. Męczą mnie te wszystkie rozmowy toczące się jedynie wokół tych samych tematów: chłopaki, ciuchy i problemy z beznadziejnymi rodzicami.

– No, już nie przesadzaj! Mówisz jak stara-maleńka! W twoim wieku zawsze rozmawia się o ciuchach, chłopakach i beznadziejnych… No, może o rodzicach nie powinno się źle mówić. Nie wolno opluwać własnego gniazda! – Pogroziła palcem.

– Pełna zgoda, i dlatego dzisiaj też zostanę w domu.

– Och, a ta znowu swoje! Dziecko, jesteś taka uparta! W kogo ty się wdałaś?

– No… Nie wiem. Pogubiłam się. Ponoć to, co najlepsze, mam po tobie, a to, co gorsze, po tacie. Choć tata jest odmiennego zdania. – Popatrzyła na matkę, a ona na nią. Zaśmiały się.

– Oj, kpisz sobie, a my chcemy dla ciebie jak najlepiej. Wracając do Nikodema… Profesor Karbowski napomknął, że Nikodem rozważa zaproszenie cię na studniówkę i…

– Rozważa?! Cóż za zaszczyt! – Lekko dygnęła ze skarpetą w ręce.

– Boże! – Mama przewróciła oczami. – Ty widzisz i nie grzmisz! Emi! Trudno się z tobą dziś rozmawia. Na wszystko się boczysz! Wysłuchaj mnie do końca i nie przerywaj. Proszę!

– Okej, przepraszam. Słucham.

– No więc w styczniu Nikodem ma studniówkę. Wysłał Jana na mały rekonesans, aby porozmawiał z nami i zorientował się, czy nie zechciałabyś wybrać się z nim na ten bal. Widział cię kilka miesięcy temu i… Czekaj… Jak to powiedział Jan? Aha! Aż mu kopara opadła do samej piwnicy.

– Mamo! – Oburzona, skromnie złączyła kolanka.

– No co?! Zacytowałam tylko jego słowa!

– Kogo?!

– No jak to, kogo?! Jego ojca! Profesora Jana Karbowskiego. Emilko… – Mama odłożyła żelazko i, podchodząc do niej, z czułością przeciągnęła dłonią po policzku córki. – Jeśli nie zechcesz, nie będziesz musiała iść z nim na tę studniówkę. Dzisiejsze spotkanie do niczego cię nie zobowiązuje. Ale wyjdziesz wreszcie z domu, obejrzysz fajny film. Tak dawno nie byłaś w kinie! Powspominacie dawne czasy, wspólne wyjazdy rodzinne do Zakopanego… To fajny chłopak. Zobaczysz!

– No dobrze. Robię to dla was i dla profesora Karbowskiego. Tak fachowo przykleił mi kiedyś plaster na kolano… A z Nikodemem nie mam dobrych wspomnień. Raczej same złe. Pamiętam, jak mnie upokorzył. Nigdy mu tego nie wybaczę! Rzucił we mnie tym gumowym szczurem. O, matko! Jak ja się wtedy przestraszyłam! Ze strachu chwyciłam spódniczkę i zadarłam ją do góry. A ten ryczał ze śmiechu na widok moich majteczek z napisem MONDAY. Wszystkie dzieci w piaskownicy śmiały się wtedy ze mnie. Boże, jak ja go nienawidziłam!

– Wyluzuj, moja droga! Przecież byliście wtedy dziećmi.

– Ale takich rzeczy się nie zapomina, mamo!

– A pamiętasz w takim razie, jak się na nim okrutnie zemściłaś?

– Nie, nie pamiętam. I nie chcę pamiętać.

– Więc pozwól, kochanie, że ci przypomnę. Kopnęłaś go w kolano i zsunęłaś mu spodenki, ujawniając światu jego…

– Działałam w afekcie!

 

* * *

 

Idąc na spotkanie z dawno niewidzianym towarzyszem niewinnych, choć niekiedy bardzo emocjonalnych zabaw i swawoli, próbowała przypomnieć sobie jego wygląd. Z zakamarków pamięci wyłonił się pulchny chłopczyk z jasnymi lokami, którego nieustanne żarty wywoływały jej permanentną bezradność okraszaną obficie łzami wściekłości. Pamiętała też, że był od niej dwa lata starszy, a jednak dużo niższy, nie miał jednak na tym punkcie kompleksów. Właściwie, w przeciwieństwie do niej, to nie miał nigdy żadnych kompleksów!

Rodzice zasugerowali, aby troszkę się spóźniła, gdyż nie wypada, by to dziewczyna czekała na chłopaka, więc przed kinem Śląsk pojawiła się dziesięć minut po umówionej godzinie. Ciepłym oddechem próbowała rozgrzać zmarznięte dłonie i przestępowała z nogi na nogę w oczekiwaniu, że ją zauważy i podejdzie. Tak też się stało.

– Bez rękawiczek, bez czapki…

Odwróciła się. Spoglądała na blondyna o wysportowanej sylwetce. Urósł, pomyślała. Był jakieś dwa centymetry wyższy od niej i dobrze ubrany. Świetna kurtka, modne jeansy. Jak nic, kupione za walutę w Peweksie. Natomiast na jego głowie zobaczyła coś, co ścięło ją z nóg. Było wydziergane na drutach z kolorowej grubej wełny, a z długiego czubka owiniętego wokół szyi zwisał wielki pompon. Czapka jakby żywcem zdjęta bohaterom jej ulubionej kreskówki Bajki z mchu i paproci.

– Jesteś Emilia Ostrowska, prawda? Po tym cię poznałem.

– Tak… – Podała mu na przywitanie rękę. – To znaczy, po czym mnie rozpoznałeś?

– Po rękawiczkach i czapce. A raczej… po ich braku. Zawsze je zdejmowałaś, gdy znikałaś z pola widzenia swoich rodziców. Ryzykujesz. W taką pogodę przemarzają nawet najtęższe umysły. Powinnaś założyć przynajmniej beret. Gdzie go podziałaś?

Beret. Od dziecka uwielbiała berety. A odkąd nabrała wyraźnych kobiecych kształtów, polubiła też druciane okulary. Nie miała żadnej poważnej wady wzroku. Delikatne druciaki stanowiły jej zbroję, pomagały odzyskać pewność siebie wobec świata. Miały jej dodać powagi i odciągnąć wzrok kolegów od jej fizyczności. Wolała, by postrzegano ją przez pryzmat tego, co ma w głowie, a nie pod ubraniami. Stąd pomysł z druciakami, do którego jej rodzice podchodzili z wątpliwym entuzjazmem, twierdząc, że ich córka niepotrzebnie się oszpeca.

Berety były jej jedyną próżnością. Miała ich dziesiątki. Dostawała je zgodnie z własnym życzeniem na imieniny, urodziny i w prezencie od mikołaja. Beret zakładała zawsze w ten sam sposób, jakby niedbale przekrzywiony na prawo. Spod niego niezmiennie wystawał warkocz, koński ogon lub dwie kitki związane czarnymi aksamitkami. Od dziecka miała ściśle sprecyzowany styl ubierania się. Lubiła proste gładkie sukienki – żadnych wzorów, a już broń Boże kwiatków. Buty musiały być równie skromne. A mogły być nawet klasyczne męskie. Wiedenki albo angielki. Takie jak nosił jej ojciec. W ogóle gdyby numer jej stopy był taki jak jej ojca, jak nic podbierałaby mu buty. Żadnych ozdobników. Ewentualnie klamra. Na ostatnią Gwiazdkę matka kupiła jej, również z bólem serca, czarne glany z czerwonymi sznurówkami, o jakich Emilia marzyła. I mimo że pozostawały w kontraście do ubrań, które nosiła, bo sama była dziewczyną o delikatnej, subtelnej urodzie, wszystko ze sobą jakoś współgrało, dopełniało się, tworząc całkiem miły dla oka obrazek.

– Tobie za to umysł nie przemarznie – zauważyła sarkastycznie, spoglądając na to, co miał na głowie.

– A tak! – zareagował, zsuwając czapkę na oczy. – Swoich idei nie tylko bronię, ale i je chronię.

Zaśmiała się, myśląc sobie w duchu, że nic a nic się nie zmienił. Ciągle błaznował.

Seans filmowy trwał trzy godziny i czterdzieści sześć minut! Tyle też czasu trzymali wysoko zadarte głowy, gdyż taką właśnie niekomfortową pozycję wymusiły zajmowane przez nich miejsca w pierwszym rzędzie. Oprócz bólu kręgosłupa szyjnego z filmu zapamiętała również ulubioną maksymę głównej bohaterki: „Pomyślę o tym jutro”. Taka postawa pięknej Scarlett stanowiła jednak antytezę do jej własnych, narzuconych sobie samej zasad, które z całą pewnością bezpiecznie porządkowały codzienność: nigdy niczego nie odkładała na później, bo dobrze wiedziała, że w przeciwnym razie wszystko to tkwiłoby w głowie, nie dając jej zasnąć, a rano wywołując koszmarne wyrzuty sumienia.

Po seansie przeszli do najbliższego koktajlbaru na gorącą czekoladę. Tam dopiero zauważyła, że bez czapki chłopak wygląda dużo lepiej.

Na jej i jego szczęście przeszłości nie wspominali. On opowiadał o samolotach – ona o Dostojewskim. A potem ona o swoim elitarnym liceum ogólnokształcącym, zaś on o swoim elitarnym technikum lotniczym.

– Ta szkoła nie pasuje do ciebie. Dlaczego ją wybrałeś?

– Dlaczego? Zazdrościłem kumplowi. W zgrabnie skrojonym mundurku lotnika zwracał uwagę najładniejszych dziewczyn z podwórka. Też tak chciałem.

Zaśmiała się.

– Myślałam, że zostaniesz lekarzem, jak twoi rodzice. Nawet trudno mi sobie wyobrazić, by syn profesora Karbowskiego mógł robić cokolwiek innego niż grzebać w ludzkich sercach. Twój dziadek też był kardiologiem. – Oparła łokcie o blat stolika, podsunęła dłonie pod podbródek i ze skupieniem spojrzała na niego: – Co oni w ogóle na to? Nie buntują się?

– Przy wyborze szkoły staruszkowie dali mi całkowitą swobodę. A dziadek, świeć Panie nad jego duszą, już nic nie może powiedzieć na ten temat. Zawsze ciągnęło mnie do samolotów, latania… Wiesz, sklejanie modeli, kurs szybowcowy, skoki spadochronowe. Myślałem o Dęblinie, ale ostatecznie wybrałem technikum lotnicze tu, na miejscu.

– Zdaje się, że pracuje tam moja sąsiadka.

– O! – Skrzyżował nogi i splótł ręce na kolanach. – Jednak ten świat jest mały. Czego uczy?

– Nie uczy, a sprząta. Jest sprzątaczką. Niesamowita kobieta! I prawdziwa dama.

– Pani Jadzia?

– Jadzia Nowakowska.

– Jedyna na świecie!

– Gdy byłam mała, wyobrażałam sobie, że jest aktorką. Dopiero któregoś dnia zdradziła mi, że zajmuje się konserwacją powierzchni płaskich. Wtedy pomyślałam, że musi być kimś ważnym.

– Taa, cała pani Jadzia! Choć z miotłą w ręce, jest ważną personą w naszym szkolnym środowisku. Nawet dyrektor czuje przed nią respekt. Pełen szacun! A wracając do samej budy…

Był spięty, choć starał się to ukryć. Dużo opowiadał o szkole. Że trzyma poziom, ale szczerze powiedziawszy, jej nazwa może być myląca dla przyszłych adeptów latania. Że można nauczyć się tam o osprzęcie lotniczym, układach pneumatycznych, nawet o jakimś piecu martenowskim, i że surówka może być nie tylko warzywna, ale i odlewnicza. Niestety, jeśli marzy się o nauce latania, najlepiej zapisać się do aeroklubu.

Słuchając go, zauważyła, jak idealnie dobrał kolor koszuli do barwy swoich tęczówek. Niespotykana mieszanka błękitu z fioletem przywodziła na myśl głębię morskiej toni. Zauważyła też, że jego gęste, ciemne brwi, które często unosił, kontrastują z jasnymi włosami.

I tylko jedna myśl nie dawała jej spokoju: Czy powinna zwrócić mu uwagę na ten mały wąs pod jego nosem, ślad po gorącej czekoladzie?

– To dla ciebie. Na pamiątkę naszego pierwszego spotkania. – Podał jej miętoloną przed chwilą papierową serwetkę, która w jego rękach nieoczekiwanie przybrała kształt samolociku. – To SZD dziesięć Czapla. Szybowiec – wyjaśnił.

– Cudny! Jesteś niezłym konstruktorem samolotów. – Przeciągnęła palcami po małych skrzydełkach. – Ale… drugiego spotkania nie będzie. Przykro mi…

– Nie zamierzam się narzucać – odparł nie bez cienia żalu.

Zrobiło się dość niezręcznie, a dalsza rozmowa przestała się kleić. Nikodem odprowadził ją na przystanek, nie pozwoliła jednak, by pojechał z nią pod dom. Późny sobotni wieczór oznaczał długie czekanie na autobus, stali więc wśród tłumu ludzi, którzy, podobnie jak oni, wracali z kina lub kawiarni.

– Miło było cię zobaczyć. Chciałbym powiedzieć, że nic a nic się nie zmieniłaś, ale to nieprawda. Zmieniłaś się. I to bardzo. Jesteś piękna. – Spojrzał w jej oczy tą swoją głębią morskiej toni w tak uroczy sposób, że nabrała ochoty, by wybrać się z nim na ten bal studniówkowy. Ale nie wspomniał o nim dotąd ani słowem, więc uznała, że już się poddał. – W dzieciństwie, pamiętam, lubiłem się z tobą bawić. – Zaczęła obawiać się, że wchodzi na niebezpieczną drogę wspomnień z piaskownicy, ale niepotrzebnie: – Wiesz, w styczniu mam studniówkę. Nasza szkoła jest w zasadzie męska, dziewczyn u nas jak na lekarstwo. Nie mam czasu uganiać się za pannami. Pomyślałem więc, że ze względu na naszą dawną przyjaźń dasz się zaprosić… Za rok ty będziesz miała studniówkę… Kto wie, może i ja dam ci się zaprosić? Oczywiście jeśli zrobisz to w tak uroczy sposób, jak ja teraz.

– Zgoda.

– Zgadzasz się? Naprawdę? – zapytał jakby z niedowierzaniem.

Kiwnęła głową.

– Powinnam jakoś specjalnie ubrać się na ten bal? No wiesz… biała bluzeczka, granatowa spódniczka…

– Jak zechcesz. Na co dzień chodzimy w stalowych mundurach, ale na studniówkę wybieram się w zwykłym czarnym garniturze.

Chwilę później, siedząc już w nabitym pasażerami autobusie, spoglądała w kierunku machającego do niej chłopaka. Też się zmienił. I to bardzo! Gdyby nie ta czapka krasnala i ten czekoladowy wąs…

Rozległ się syk hydrauliki otwieranych drzwi i wysiadła z autobusu. Lekki powiew zimnego wiatru przegonił resztki myśli o Nikodemie. Trochę żałowała, że nie pozwoliła mu odprowadzić się pod sam dom.

Bała się.

Założyła na nos swoje druciane okulary, sięgnęła do torby po beret i, naciągając go aż po same uszy, spojrzała w niebo.

Zobaczyła spadającą gwiazdę. W takich okolicznościach powinna wypowiedzieć jakieś marzenie. Zanim jednak zdążyła cokolwiek pomyśleć, z nieba posypały się kolejne gwiazdy. Miała wrażenie, że jest właśnie świadkiem jakiegoś ważnego gwiezdnego incydentu. W taką noc przychodzą same dobre, szczęśliwe myśli… W pobliżu nie było żadnego wojskowego patrolu ani milicji, strach ją opuścił i jak nigdy dotąd uświadomiła sobie, że jest bardzo szczęśliwa.

Nagle usłyszała głośny, jakby dziki śmiech. Po drugiej stronie ulicy szarpali się jacyś młodzi mężczyźni, a właściwie niewiele starsi od niej chłopcy. Zauważyli ją. Trzech z nich przeszło przez jezdnię.

– Ty, laska, dołączysz do nas?! Mamy piwko. Napij się z nami! – zabełkotał któryś.

Powinna uciekać! Za późno. Okrążyli ją. Zimne i rześkie dotąd powietrze wypełniła duszna woń alkoholu. Jeden z chłopaków próbował dotknąć jej włosów, ale gwałtownie i z odrazą odtrąciła jego rękę, czując się przy tym jak zwierzyna łowna osaczona przez podnieconych myśliwych, którzy zwęszyli świeżą krew. A więc tak miałyby wyglądać jej ostatnie chwile? Zaczęła wyobrażać sobie stół wigilijny: zasiadają przy nim zapłakani rodzice, a jej krzesło pozostaje puste. Przewijała obrazy ze swojego życia, cudownego i bezpiecznego, stanowczo zbyt krótkiego. Wartości dodawało mu nawet wspomnienie ulubionego wyszczerbionego kubka z emalii, codziennie napełnianego ręką mamy ciepłym kakao aż po same brzegi.

Po drugiej stronie ulicy stał chłopak, który jako jedyny nie przyłączył się do swoich towarzyszy. Z rękami w kieszeni opierał się o uliczną latarnię i z zadartą głową przypatrywał się niebu. I wtedy cała ta, bądź co bądź, groźna sytuacja zaczęła wydawać jej się nieco irracjonalna, a nawet dość komiczna. Kiedy jego kumple dybią na jej życie albo – co gorsze – na cnotę, on, romantyk, liczy spadające gwiazdy! Strach ustąpił miejsca wzbierającej wściekłości i towarzyszącej jej odwadze.

– Czterech przeciwko jednej dziewczynie?! – rzuciła głosem, którego sama nie rozpoznała.

Ten, którego rękę wcześniej odtrąciła, zbliżył się do niej. Poczuła zapach piwa.

– O! Myszka okularnica! Fajne okularki. Masz może przy sobie Chłopów Żeromskiego?

– A ty umiesz w ogóle czytać?

– Skąd te wątpliwości?

– Bo Chłopów nie napisał Żeromski, tylko Reymont.

– Ty, bibliotekarka, uważasz mnie za kretyna?

– Skądże. Jesteś tylko trochę nierozgarnięty.

– A ty się wymądrzasz, bo wiesz, kto napisał Chłopów?

– A jak…

– Skąd to wysokie mniemanie o sobie?

– Bo w innych okolicznościach nie rozmawiałabym z tobą.

– Raczej nie rzucasz się w oczy. W innych okolicznościach nie spojrzałbym na ciebie.

– Wiem.

– Niby skąd?

– Bo jesteś nierozgarniętym kretynem.

– Drapieżna bibliotekarka! Lubię takie…

– Szorti! Daj spokój! – Nawet nie zauważyła, kiedy obserwator gwiazd przeszedł przez ulicę. Chwycił swojego natarczywego kumpla za kołnierz i odsunął na bok.

Dopiero z bliska mogła ocenić, jak bardzo jest wysoki, szczupły, ale i barczysty. Miał orli nos, który musiał być kiedyś złamany. Pewnie w jakiejś ulicznej bójce, pomyślała. Gęste brwi nadawały jego spojrzeniu nieco mroczności. Pojedyncze kosmyki czarnych włosów wpadały do równie ciemnych oczu, nieco zmrużonych, jakby pod ciężarem powiek. Dużą bliznę na prawym łuku brwiowym od razu skojarzyła z zasklepioną raną po jakiejś bandyckiej bijatyce. Poczuła się przy nim mała i bezbronna, ale i o dziwo, bezpieczna. Doznała przebłysku pewnego uczucia, co czasami jej się przytrafiało, choć nie miała pojęcia, skąd bierze się u niej ta umiejętność przewidywania pewnych zdarzeń. Wiedziała już, że nie jest to ich ostatnie spotkanie.

Ujął zimną dłonią jej podbródek. Poufałość tego prostego gestu nie przestraszyła jej, wręcz przeciwnie, spodobała jej się.