Samoleczenie proste i skuteczne. Naukowo udowodnione sposoby bezpiecznego eliminowania schorzeń - dr Ulrich Strunz - ebook

Samoleczenie proste i skuteczne. Naukowo udowodnione sposoby bezpiecznego eliminowania schorzeń ebook

Ulrich Strunz

4,7

Opis

 

Cudowne uzdrowienia to nie cud

 

W tej książce Autor przeanalizował historie pacjentów i odkrył niezwykły zbieg okoliczności: we wszystkich przypadkach, które udokumentował, siedem kroków doprowadziło do sukcesu. Opisał te, które prowadzą do samouzdrawiającej strategii, i które każdy może zastosować. Dzięki nim znikają nawet poważne choroby. Główna zasada polega na tym, aby w końcu dać swojemu ciału to, czego potrzebuje.

 

Medycznie udowodniony i skuteczny program

 

Im bardziej uwzględniamy potrzeby własnej biologii – a więc dostatecznie długo sypiamy, zażywamy ruchu, w zrównoważony sposób zaopatrujemy się we wszystkie witalne substancje i regularnie usuwamy z głowy myślowe śmieci – tym szybsze, lepsze, trwalsze będzie samowyleczenie.

Dzięki radom Autora dowiesz się jak:

- zmienić sposób myślenia, aby pozbyć się chorób,

- wykorzystać cudowną broń przeciw chorobom, czyli witaminy i minerały,

- skutecznie stosować odpowiednią dietę, aby odzyskać równowagę organizmu,

- zmienić geny i wydłużyć telomery, aby dłużej żyć,

- pozbyć się stresu,

- zachować młodość dzięki hormonom wzrostu,

- wykonać bieg medytacyjny,

- odzyskać poczucie bezpieczeństwa.

 

Ciało wyleczy się samo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




REDAKCJA: Irena Kloskowska

SKŁAD: Emilia Dajnowicz

PROJEKT OKŁADKI: Emilia Dajnowicz

TŁUMACZENIE: Piotr Lewiński

Wydanie I

BIAŁYSTOK 2019

ISBN 978-83-8168-030-1

Tytuł oryginału: Strategien der Selbstheilung: Die sieben Schritte zur Gesundheit –

Erkenntnisse aus der Praxis

Copyright © 2016 by Wilhelm Heyne Verlag

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany.

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Vital, Białystok 2018

All rights reserved, including the right of reproduction in whole or in part in any form.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana

ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych,

kopiujących, nagrywających i innych bez pisemnej zgody posiadaczy praw autorskich.

Książka ta zawiera porady i informacje odnoszące się do opieki zdrowotnej. Nie powinny one jednak zastępować porady lekarza ani dietetyka. Jeśli podejrzewasz u siebie problemy zdrowotne lub wiesz o nich, powinieneś skonsultować się z lekarzem zanim rozpoczniesz jakikolwiek program poprawy zdrowia czy leczenia. Dołożono wszelkich starań, aby informacje zaprezentowane w tej książce były rzetelne i aktualne podczas daty jej publikacji. Wydawca i autor nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek skutki dla zdrowia mogące wystąpić w wyniku stosowania zaprezentowanych w książce metod.

15-762 Białystok

ul. Antoniuk Fabr. 55/24

85 662 92 67 – redakcja

85 654 78 06 – sekretariat

85 653 13 03 – dział handlowy – hurt

85 654 78 35 – www.vitalni24.pl – detal

strona wydawnictwa: www.wydawnictwovital.pl

Więcej informacji znajdziesz na portalu www.odzywianie24.pl

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Przedmowa

Samouzdrowienie to żaden cud

Cud? Nie wierzę w cuda. Bo kiedy przyjrzymy się bliżej, to za każdym medycznym cudem widzimy człowieka. Zdumiewające siły samoleczenia jego ciała. I ducha. Które także każdy z nas może z siebie wykrzesać, jeśli zrobi trzy całkiem proste rzeczy:

• Zasznuruje w końcu sportowe buty i zacznie biegać. A dzięki temu przełączy geny na zdrowie.

• Uporządkuje sobie wreszcie w głowie. Skończy ze stresem, zamartwianiem się, A zamiast tego przełączy się na niezależność.

• Usunie w końcu z lodówki śmieciowe jedzenie i zastąpi bomby węglowodanowe trzema diamentami.

Tymi trzema: białkiem, witaminami i mikroelementami oraz kwasami tłuszczowymi omega-3. Pożywieniem prawidłowym genetycznie. A co się za tym kryje? Głęboki wgląd, że niezbędne substancje odżywcze leczą. Że aminokwasy, witaminy i tym podobne są bezdyskusyjnie znacznie skuteczniejsze, znacznie silniejsze niż wszystkie preparaty farmaceutyczne. Że tak właśnie jest, pokazuje przykład młodej kobiety, której lekarze dawali jeszcze trzy miesiące życia. Nie chciała się z tym pogodzić. Zamiast tego zaczęła biegać, wyeliminowała z diety cukier. Makarony. Chleb. Teraz, cztery lata później, ta krnąbrna młoda dama wciąż żyje. I wygląda na niezwykle zadowoloną.

Takie cuda są w Niemczech na porządku dziennym. Tyle że mało się o tym słyszy. Znacznie częściej pisze się o porażkach. A więc o zwykłych terapiach, które często nie pomagają. Pacjenci nie są z tego zadowoleni. Piszą sami, jak tego dokonali.

Odkąd ukazała się moja książka Ulecz siebie: naturalne mechanizmy samouzdrawiania, zalew listów, które dane mi jest codziennie czytać, jeszcze przybrał na sile. Nasuwa się zatem możliwość systematycznej analizy różnych historii samouzdrowienia. Jakie kroki doprowadziły do wyleczenia? Jakie stały za tym molekularno-medyczne zależności? A rezultat? Droga do wyleczenia obejmuje w zasadzie te same siedem kroków.

1. Powiedzenie: „Tak”. Otwarcie oczu i powiedzenie „tak”: „Tak, nie czuję się dobrze. Tak, teraz to zmienię”.

2. Powiedzenie: „Teraz ja”. Wzięcie odpowiedzialności. Za własne zdrowie. Za własne życie. Postawienie samego siebie u steru.

3. Sprowadzenie pomocy. Lekarze i członkowie rodziny są teraz ważni, podobnie jak przyjaciółki i przyjaciele, wiele osób szuka też wsparcia na poziomie metafizycznym.

4. Zmiana kursu. Obranie w życiu nowego kierunku. Szybkie i radykalne. Albo całkiem powolne. A co najważniejsze, konsekwentne.

5. Ciągłe posuwanie się naprzód. Wytrwałe pozostawanie na nowej drodze. Także wtedy, gdy zerwie się przeciwny wiatr.

6. Zdeklarowanie się. Zajęcie stanowiska. Także wtedy, gdy inni ludzie nie rozumieją nowego stylu życia, nowego nastawienia.

7. Dotarcie do celu. Pozwolenie, aby nastąpił cud wyleczenia. Częste uśmiechanie się…

Każde uzdrowienie jest samouzdrowieniem. Daj się porwać licznym zamieszczonym w tej książce historiom wyleczenia. Nie tylko inspirują one tysiące innych ludzi, ale także zachęcają mnie każdego dnia, żebym szedł do mego gabinetu lekarskiego i mówił pacjentom: „Uzdrowię cię”. Dodając jednak: „Jeśli ty wniesiesz swój wkład”.

Szczerze oddany

Ulrich Strunz

Otworzyć oczy, powiedzieć: tak!

Możemy tak mocno zamknąć oczy, że całymi latami nie zauważamy nadwagi, opuchniętych stawów, a nawet wrzodów. A jednak kiedyś nie możemy już i nie chcemy dłużej robić uników. I dobrze! Właśnie wtedy pojawia się okazja, aby przeanalizować całe swoje życie. Aby powiedzieć: „Tak, nie chcę już w ten sposób dłużej”. A przede wszystkim: „Tak, zacznę wszystko na nowo!”. Podnieść się, dać życiu szansę. W tym momencie zostaje już zrobiony największy krok do uzdrowienia.

Ruszyć się, kiedy nic już nie pomaga

Oni są wszędzie: pacjenci, którzy zagrali na nosie swoim lekarzom rodzinnym. Którzy przeżyli wiele szczęśliwych lat po usłyszeniu diagnozy raka – chociaż dawano im już tylko kilka tygodni. Pacjenci, którzy śmieją się w twarz ortopedzie. Którzy na luzie przebiegają maraton – jeden po drugim, i to pomimo tego, że z ich uszkodzonym kolanem „właściwie” nic się nie da zrobić. Pacjenci, którzy zdumiewają swego psychologa. Którzy nagle stają się suwerenni – jak orzeł, ponieważ sami się uleczyli odpowiednią wodą mineralną (lit!), dużą ilością słońca (witamina D!), dodatkową porcją ulubionej muzyki (żegnaj stresie!), podczas codziennego biegu wśród zieleni (tlenowy prysznic!). Bez farmaceutyków. Całkiem prosto.

Mam to wielkie szczęście, że informują mnie oni o tym każdego dnia. W krótkich e-mailach, w długich listach. Niekiedy przysyłają zdjęcia. Fotograficzne dowody. Oto mężczyzna, który jeździł na wózku inwalidzkim, macha do nas z żaglówki: na stojąco, rozpromieniony. Oto pięćdziesięciokilkulatek uśmiecha się szeroko na plaży: w spodenkach kąpielowych, bez zwałów tłuszczu. Oto wielopokoleniowa rodzina biegnie po łące: pośrodku dziadek, który wbrew wszelkim rokowaniom pozbył się astmy i dolegliwości sercowych.

A zatem pacjenci, którzy wyzdrowieli, chociaż nikt w to nie wierzył. Poza nimi samymi i ich sojusznikami. Ponieważ poszli właściwą drogą. Swoją indywidualną drogą do wyleczenia. Ich punkty wyjścia bardzo się różniły.

Niektórzy pacjenci uważają się za tak rzadki przypadek szczególny, że praktycznie wykluczają możliwość uzdrowienia – dopóki nie zmienią swego sposobu myślenia. Inni rzeczywiście cierpią fizycznie z powodu skrzypiących stawów i zepsutych kości – a mimo to zaczynają się wreszcie ruszać. Jeszcze inni pozostają psychicznie „w podziemiu” – a potem jednak odnajdują drogę powrotną ku światłu. Wielu straciło kontrolę nad swoim życiem – a mimo to zdecydowani stają u steru.

Rzadkie przypadki szczególne

Droga do wyzdrowienia może być dość kamienista. Zwłaszcza początek bywa często trudny. Ponieważ bagatelizuje się pewne sprawy, ponieważ trwa się w zaprzeczeniu, ponieważ uznaje się za fałszywe jasno dowiedzione zależności medyczne. Często obierana droga polega na tym, że uważa się siebie za niezwykle rzadki przypadek szczególny, dla którego obowiązują zupełnie odmienne prawa natury niż dla reszty ludzkości.

Za taki przypadek szczególny uważa się także niezwykły Szwajcar Jean Nuttli. We własnym przekonaniu cierpi on na „rzadką chorobę metaboliczną”. Jak twierdzi: „Kiedy zjem pizzę, a potem wypiję colę, to od razu tyję o dwa kilo”. Trudno mi powiedzieć, czy on sam naprawdę w to wierzy. Nie utrzymuje w każdym razie, że przybywa mu te dwa kilogramy, już kiedy tylko zajrzy do lodówki. Bo czasem słyszy się i takie rzeczy.

Żarty na bok. Jeana Nuttli trzeba traktować serio. Jest to rzeczywiście wyjątkowa osobowość. Tylko pomyślcie: w wieku 22 lat ważył 125 kilogramów przy zawartości tkanki tłuszczowej w organizmie rzędu 45 procent. Był zatem dość pokaźnej tuszy. W tym momencie powiedział: „Tak”. Muszę coś z tym zrobić. Tak dalej być nie może. Nie chcę w ten sposób dalej żyć. „Jak jesteś taki gruby, to wciąż cię zaczepiają i dokuczają!”, złości się. Zaczyna pedałować na rowerze. Stacjonarnym. Najpierw godzinę dziennie, potem do ośmiu godzin. Po sześciu miesiącach waży już tylko 69 kilo przy zawartości tłuszczu zaledwie 8 procent. Był rok 1996.

W roku 2000 zajmuje trzecie miejsce na mistrzostwach Szwajcarii w jeździe na czas. W roku 2001 jest pierwszy. W 2002 bije rekord kraju w jeździe godzinnej, uzyskując wynik 47,093 kilometra. Do dzisiaj przepedałował na trenażerze rowerowym ponad 500 tysięcy kilometrów, może wykonać dziennie 2500 pompek i 2500 brzuszków, a w ciągu roku wspina się, w przeliczeniu na metry wysokości, 400 razy na Matterhorn (cytowane za: „FIT for LIFE”, 2/2015, strona 54 oraz www.radsport-news.com/sport/sportnews_32845.htm).

Co się właściwie działo? Oto „przypadek szczególny” przestał coś sobie wmawiać. Zerwał z tym z żelazną konsekwencją. Postawił sobie śmiałe cele. Mam dla niego wielki szacunek.

Wszystko zepsute? Tym bardziej

Nie mniej często niż przypadki szczególne spotykamegzemplarze wybrakowane. Zgodnie z dewizą: „Wszystko zepsute, stawy, plecy… Już nic nie mogę!”. Z jednej strony jest to przecież prawda. Każdy człowiek ma tu i tam jakieś drobne odchylenia od normy. Nadmiarowe żebro, płaską stopę, lekką krótkowzroczność. Może nawet wrodzoną cukrzycę.

Kwestią decydującą jest zakres tych drobnych odchyleń. Każdy ma wybór. Może siąść i płakać. Albo wstać i powiedzieć sobie: „Nieważne! Tym bardziej trzeba to zrobić!”. Magiczne zdanie. Wypowiedziane przez pewnego ortopedę z Erlangen, uwolniło mnie 18 lat temu od wózka inwalidzkiego. Zgodnie z dewizą: „To bez znaczenia. Bardziej zepsuty już pan być nie może. To już lepiej, żeby pan grał w tenisa, niż przesiadywał tu bezczynnie na wózku”. Całkiem nowy rodzaj medycyny. Odtąd nie dał mi o sobie zapomnieć.

Na to magiczne zdanie „Już wszystko jedno” natknąłem się na forum na stronie www.strunz.com (16.01.2014). Bardzo uradowany. Pewien sportowiec miał zniszczony staw skokowy. Zniszczony, to znaczy: cierpiał na skrajne zwyrodnienie stawu. Co się z tym robi? Usztywnia się staw z powodu bólów. Zabieg taki nazywa się artrodezą. Może to być artrodeza z zespoleniem wewnętrznym lub stabilizatorem zewnętrznym. Brzmi to bardzo źle! I jest bardzo źle. Ma to okropne następstwa. Tamten sportowiec uciekł się do całkiem innej sztuczki. Potraktował serio zdanie „Już wszystko jedno!”. Pozwolę sobie przytoczyć:

„Muszę tu wyrazić moją radość. Od czasu wypadku podczas wspinaczki przed dziesięciu laty cierpię na daleko posunięte zwyrodnienie stawu skokowego (według lekarzy już kilka lat temu powinienem przejść artrodezę). Uważałem jednak, że wiem lepiej i doskonale zdawałem sobie sprawę, że regularne ćwiczenia ruchowe są absolutnie najlepsze dla mojego stawu. Ale bieganie absolutnie wykluczyłem w moim przypadku! Dotychczasowe próby kończyły się zawsze po dziesięciu minutach wyraźnym bólem.

Po tegorocznych świętach Bożego Narodzenia miałem tak silne bóle, że rano nie mogłem nawet normalnie chodzić. Wówczas pomyślałem sobie: już wszystko jedno! I zacząłem od biegania na palcach. Oszczędzę wam tu dokładnego opisu, jak to się wszystko odbywało, dość że wczoraj przebiegłem dziesięć kilometrów, a dzisiaj rano wstałem bez żadnych bólów!!! Dla mnie jest to cud”.

Cud? Wcale nie. To jest tylko właściwe postępowanie. W tym przypadku: bieg na palcach. Chcę przez to powiedzieć, że wasze stawy, a przede wszystkim wasze geny nie życzą wam źle, wręcz przeciwnie: kto porusza się w sposób właściwy oraz odżywia w sposób genetycznie prawidłowy, ma spore szanse na to, że będzie zdrowy. Niezniszczalnie zdrowy. A dowody? Patrz wyżej. To niepojęte dla każdego „ortopedy rezygnacji”, który woli wstawiać sztuczne stawy albo wstrzykiwać kwas hialuronowy. Wszystkie te terapie są możliwe. Tyle, że przeważnie nie pomagają. W każdym razie równie mało jak oszczędzanie stawów dzięki sofie i krzesełku schodowemu.

Koniec z postawą oszczędzania! Dzisiaj wiemy, że skrajne obciążenie nie musi nieuchronnie prowadzić do uszkodzeń więzadeł, łękotek i chrząstek w kolanie. Dowiodła tego Astrid Benöhr, która w latach 1987-2005 ukończyła liczne zawody Ironman oraz międzynarodowe ultratriathlony, a wiele z nich wygrała. Była mistrzynią świata w decatriathlonie, czyli najlepszą w świecie reprezentantką sportów ekstremalnych. Badanie metodą rezonansu magnetycznego wykazało, że w wieku 45 lat miała jeszcze sprawne kolana. Więzadła, łękotki, a zwłaszcza chrząstki były zupełnie nienaruszone. Przy czym dziesięciokrotny dystans Ironmana oznacza, że musiała w jednym kawałku (rzeczywiście: w jednym kawałku!) przepłynąć 38 km, potem przejechać na rowerze 1800 km, a następnie, żeby jej się nie nudziło, przebiec jeszcze 420 km.

Stawy nie tylko swobodnie znoszą skrajne obciążenia, ale nawet je uwielbiają. Ponieważ właśnie w stanie obciążenia dochodzi do wyleczenia. Właśnie wtedy! Błędne przekonanie, jakoby bieganie (to znaczy prawidłowe bieganie) miało uszkadzać chrząstki i więzadła, zostało ostatecznie obalone przez badania wykonane po biegu Transeurope Footrace 2009. Od Bari do Przylądka Północnego – 4487 kilometrów w 64 dni. Sportowcy przebiegali tam w ciągu dwóch miesięcy codziennie po mniej więcej 70 km. Wykonano wówczas 2637 skanów metodą rezonansu magnetycznego (NMR) (Cytowane za: „BMC Medicine”, 19 lipca 2012; 10:78. doi: 10.1186/1741-7015-10-78).

A co wykazała analiza tych zdjęć? Że organizm właśnie w stanie skrajnego obciążenia naprawia uszkodzone struktury chrząstki. Widać to wyraźnie przede wszystkim w stawach kolanowych, a także skokowych. Da się to zmierzyć dzięki badaniu zawartości wody i macierzy kolagenowej w chrząstce stawów kolanowych i skokowych, a także markerów degradacji chrząstki we krwi. Ścięgna, więzadła i stawy stóp biegaczy wcale tu nie ucierpiały. Nie zauważono żadnych istotnych zmian patologicznych, jak stwierdził dr Uwe Schütz, lekarz z Ulm, który wyposażony w przenośny aparat do NMR towarzyszył 44 biegaczom podczas tego ekstremalnego biegu przez Europę. Dla ciebie znaczy to: kto siedzi, dostaje zwyrodnienia stawów. Kto biega, codziennie i długo, ma coraz zdrowszą chrząstkę („… naprawia się”). Jak tego już dawno dowiodła niejaka Astrid Benöhr, która swobodne i bez bólu dokonała nadludzkich wręcz wyczynów w bieganiu. Teraz zostało to oficjalnie potwierdzone.

Załamany? Znajdź przyczynę!

Piekła są dwa: najpierw fizyczne. Piekło bólu. Chronicznego bólu o takiej intensywności, że nawet morfina już prawie nie pomaga. Życie staje się beznadziejne. A do tego piekło psychiczne: depresji, lęku, napadów paniki dzień i noc. Przez całe lata. Depresje (po moich operacjach) wprawdzie znam, ale zaburzenia lękowe, napady paniki…? Wyobrażam sobie, że musi to być okropne. I tym bardziej cieszę się, kiedy mogę wspierać moich pacjentów także w przypadkach takiego samouzdrawiania.

Moją własną metodą: medycyną molekularną. Pełna analiza krwi. Dwa obszerne, precyzyjne raporty. Raporty celowo nienaszpikowane niezrozumiałym specjalistycznym żargonem, jak to jest przyjęte w medycynie akademickiej, aby formułujący je lekarz wypadł szczególnie dobrze w roli eksperta.

Analiza krwi – co to jest?

Stałym elementem standardowych badań profilaktycznych jest badanie krwi. Obejmuje ono głównie oznaczenie poziomu cholesterolu całkowitego oraz glukozy. Cholesterol miałby tu wskazywać na możliwe problemy sercowo-krążeniowe. A podwyższony poziom cukru we krwi może być oznaką cukrzycy.

Pełna analiza krwi pokazuje ponadto stężenie wszystkich ważnych witamin, hormonów i aminokwasów, a także substancji mineralnych, pierwiastków śladowych i metali ciężkich. Analiza taka jest bardzo kosztowna – ale tylko ona może dostarczyć informacji o głębszych współzależnościach. Na przykład słaby napęd psychoruchowy i spadek formy nie są często objawem żadnej „depresji”, tylko następstwem poważnego niedoboru witaminy D, zbyt niskiego poziomu wolnego testosteronu albo niedoboru niezbędnych aminokwasów.

Uważam raporty lekarskie skierowane bezpośrednio do pacjenta za ważne narzędzie na drodze do wyzdrowienia. Ale takie, które celowo unikają zagmatwanych sformułowań. A zamiast tego używają jasnego języka. Całkiem prostego i zrozumiałego. Przemawiają w sposób przekonujący:

„Przede wszystkim chciałbym Panu podziękować za to, że jako jedyny lekarz, podczas dziesięciu latach mojego leczenia, pokazał mi Pan czarno na białym, na czym polega mój problem. Cierpiałem na napady paniki i lęki, nocami zrywałem się ze snu, odnosząc wrażenie, że umieram. Wykańczało mnie to nerwowo. Miałem przez to problemy w pracy i w życiu prywatnym, i to całymi latami. Jak każdy chodziłem od lekarza do lekarza. Tabletki za tabletkami. Kuracja za kuracją, ale żaden nie mógł mi powiedzieć na sto procent: tu tkwi problem. Ale Pan to zrobił. Minęły dwa tygodnie. Przez ten czas nie miałem już ani jednego napadu paniki i lepiej sypiam, i to dzięki Panu. Podczas biegu medytacyjnego mam coraz więcej energii i pokonuję dłuższe dystanse. Fizycznie nie czuję się już taki wyczerpany, a rano coraz łatwiej mi się wstaje”.

O co tutaj chodziło? Nie był to po prostu przypadek człowieka, który załamał się wskutek niedostatków psychicznych. To zaburzenia równowagi składu krwi dawały się we znaki jego psychice. Przy takich odchyleniach poziomu białek, przy tak rzadkich wartościach stężenia litu, żelaza, witamin B, witaminy D i magnezu psychika nie może się nie załamać. Pierwszym właściwym krokiem jest skorygowanie wyników krwi.

Przygięty? Podnieś się!

Teoretycznie rzecz biorąc, każdemu wolno w każdej chwili podnieść się i odwrócić plecami do jego ciężkiej sytuacji. Nawet teraz. Wstać z ziemi, przestać biadolić, zmienić życie. To działa. Świadczą o tym listy przychodzące codziennie do mojego gabinetu lekarskiego. Zawsze brzmią podobnie: „Wszystko robię teraz inaczej – zmieniłam sposób odżywiania, uprawiam sport… Wszystkie problemy złagodniały, stały się po prostu śmieszne. Przywrócił mi Pan moje dawne, szczęśliwe życie. A właściwie jeszcze więcej – JA powróciłam. Pełna energii, ambitna, konsekwentna w działaniu, wesoła i pewna siebie. Taka, jaką się dobrze znam. I wie Pan co: życie jest takie piękne! Cieszę się każdym dniem!”.

A tak szczerze? Nie ma tego w podręcznikach medycznych. Jest tam coś o białaczce i chemioterapii. O zawale serca i operacji. Ale zupełnie nic nie ma o byciu „pełnym energii, ambitnym, konsekwentnym w działaniu, wesołym i pewnym siebie”. Tego lekarz dowiaduje się dopiero od pacjentów. W swoim gabinecie.

Przy czym nie jest całkiem słuszne twierdzenie, jakoby lekarz, czyli ja, mógł „przywrócić życie”. To nie doktor ratuje pacjentkę. On może ją tylko delikatnie pchnąć w takim czy innym kierunku. Pokazać wyniki badan laboratoryjnych. Raport medyczny. Całą resztę pacjentka robi sama. Sama ratuje się. To ona sama podnosi się.

Zawsze jest jakaś droga

Dla wielu jest to nowość: zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze dostępna jest pomoc. I wcale nie muszę odwoływać się tu do religii. Tajemnica kryje się w każdym. Wystarczy powiedzieć, że:

Uzdrowienie jest zawsze samouzdrowieniem.

Zasadniczo każdy to rozumie. Tylko jakże często brakuje instrukcji obsługi. Co zatem należy konkretnie zrobić w sytuacji bez wyjścia? Zdradza to w e-mailu Christian, któremu po okresie psychicznego wypalenia wpadła przypadkowo w ręce książka Warum macht die Tomate dick? „Raczej dla eksperymentu zmieniłem sposób odżywiania, nie miałem już nic do stracenia”. I co się stało? Zrzucił dziesięć kilogramów w trzy tygodnie, przy niewielkim wysiłku wyniki w bieganiu znakomicie się poprawiły – nic dziwnego, skoro znacząco zmniejszył się „bagaż” na biodrach. „Uważam, że taki sukces w tak krótkim czasie to świetna sprawa!!” – pisze w owym e-mailu. Z dwoma wykrzyknikami.

Przeczytałeś? „Nie miałem już przecież nic do stracenia”.

Brzmi to jak

„…już wszystko jedno, teraz zaczynam biegać”. Zawsze pomaga. Ponieważ leczenie wymaga sprawnej przemiany materii. Tlenu. Słońca. Oraz pierwszego, całkiem prostego środka przeciwko stresowi.

„…już wszystko jedno, dość tego makaronu”. Rezygnacja z pustych węglowodanów także zawsze pomaga. Ponieważ do uleczenia nie jest potrzebny makaron, lecz białka. Zdrowe tłuszcze. Witaminy. Minerały. Przecież sam wiesz.

„…już wszystko jedno, koniec tego biadolenia”. Także zawsze pomaga. Ponieważ leczenie przebiega lepiej, kiedy jesteś w lepszym humorze. Wręcz przekornie optymistycznym. I kiedy jesteś kochany przez innych, masz silnych sojuszników.

Tak właśnie zrobiłem po moim wypadku, kiedy nawet lekarze już nie wiedzieli, co dalej począć. Uzdrowienie jest zawsze samouzdrowieniem. Jak silna jest ta moc, pokazuje się często dopiero po tym, gdy upadnie się na rowerze i połamie kości, po tym, gdy dostanie się do ręki sformułowaną czarno na białym diagnozę raka, po tym, gdy ledwo przeżyje się zawał serca.

Psycholog z Nowego Jorku George Bonnano, który badał ocalałych po ataku z 11 września, doszedł nawet do następującej konkluzji: to, że ludzie dobrze sobie radzą z kryzysami, to żaden wyjątek, to jest nawet reguła (por. Schnabel, 2015). „Człowiek to twarde zwierzę”, mówi Bonnano.

Aby lepiej zrozumieć, dlaczego jesteśmy tak bardzo twardzi, jak to często widać, przyjrzyjmy się teraz dokładniej, dlaczego ciało w ogóle może – wyleczyć samo siebie.

Ciało wyleczy się samo

Przeciętnie osiemnaście razy w roku każdy Niemiec zjawia się w gabinecie lekarskim. A zatem jeden lub dwa razy w miesiącu. To rekord w porównaniu z innymi krajami uprzemysłowionymi. W większości przypadków pacjent otrzymuje potem receptę i odbiera w aptece jakiś medykament. Który czasem jest skuteczny. A często nie. Który wywiera pewne „działania niepożądane”. W każdym razie w większości przypadków. Przy czym większość pospolitych chorób przechodzi sama z siebie. Organizm leczy się sam. Kiedy mu się na to pozwoli.

Ale nie oszukujmy się. W przypadku niektórych problemów nasz wspaniały organizm nie da sobie tak dobrze rady bez pomocy chirurgii i farmaceutyków. Na przykład w przypadku raka. Wrodzonej cukrzycy. Poważnych wypadków. Zawału serca. By wymienić tylko kilka. Jednak także w tego rodzaju „ciężkich” sytuacjach mogą nas zaskoczyć zachodzące w organizmie procesy zdrowienia, których medycyna akademicka właściwie nie przewiduje. Bo kość dziecka odzyskuje stabilność już po czterech dniach. Wielki guz w jamie brzusznej znika. To się zdarza.

Samoistne wyleczenie jest możliwe

Prof. dr Walter Michael Gallmeier kierował szpitalem oraz Instytutem Onkologii, Hematologii i Transplantacji Szpiku przy Klinice Norymberskiej. Intensywnie zajmował się przypadkami samoistnej remisji nowotworów. Jego napisana wspólnie z dr. Herbertem Kappaufem książka Nach der Diagnose Krebs – Leben ist eine Alternative wywołała żywy oddźwięk – Kappauf wydał następnie jeszcze jedną publikację na ten temat: Wunder sind möglich – Spontanheilung bei Krebs. Obaj spotkali się naturalne z nieprzychylnym przyjęciem. Prowadzili jednak dalsze badania, nie dając sobie zamknąć ust. Dewiza Gallmeiera brzmiała (por. Kappauf, 2014, strona 18):

„Kto nie wierzy w cuda, nie jest realistą”.•• PROF. DR WALTER MICHAEL GALLMEIER ••

Dla ciebie znaczy to: przestańmy mieć złe sny, dajmy raczej szansę cudowi. Stańmy się realistami! Dlatego przyjrzyjmy się teraz dokładniej temu, co kryje się za tym cudem: samowyleczeniu, samoistnej remisji, samoorganizacji.

Samowyleczenie: właściwie żaden cud

W tym, że każdego dnia organizm sam regeneruje się, odbudowuje, leczy, nie ma nic niezwykłego. Taka jest codzienność. Takie jest życie. Przeziębienie znika po kilku dniach (jeśli układ odpornościowy otrzymał odpowiednie witaminy, białka i tak dalej). Podobnie siniaki na łydce, skaleczenie na palcu, a nawet złamanie kości (jeśli organizm dysponuje właściwymi „cegiełkami” biochemicznymi).

Im bardziej uwzględniamy potrzeby własnej biologii – a więc dostatecznie długo sypiamy, zażywamy ruchu, w zrównoważony sposób zaopatrujemy się we wszystkie witalne substancje i regularnie usuwamy z głowy myślowe śmieci – tym szybsze, lepsze, trwalsze będzie samowyleczenie. Wszystko to nie ma zgoła nic wspólnego z cudami, jest to całkiem normalne. Jest to biologia. Medycyna molekularna.

Nie jest normalne, że w przypadku choroby odruchowo nie robimy najpierw tego, co jest całkiem zwyczajne: nie sypiamy zdrowo, nie jemy, nie biegamy i nie sprzątamy sobie w głowie. A zatem nie wprawiamy w ruch cudownych sił samoleczenia własnego organizmu. Za to zgłaszamy się do lekarza. Liczymy na zawikłane wyjaśnienia niezrozumiałym żargonem medycznym. Mamy nadzieję na długie recepty na pigułki. Idziemy do apteki, mocno wierząc, że poczujemy się lepiej, kiedy chemię naszego organizmu w sztuczny sposób zmienimy farmaceutykami. Chociaż podstawy nie są w porządku.

Prawdą jest przy tym, że farmaceutyki pomagają znosić bóle, łagodzą ucisk w klatce piersiowej, przywracają sen… Ale często tylko przykrywają chorobę. Tłumią ją. Wywołując niezliczone skutki uboczne. Wyzdrowienie w ten sposób jest niemożliwe. A przy tym często jest ono tak blisko. Łatwo to zrozumieć na przykładzie astmy, złamania kości, a nawet problemów psychicznych.

Astma może zniknąć

Przez wiele lat astmę mogliśmy tylko łagodzić. Nigdy wyleczyć. Zmieniło się to. Dzisiaj potrafimy wyleczyć astmę. Medycyna poczyniła postępy. W ostatnich latach stała się czymś wspaniałym. Nie tylko dla pacjentów, także dla lekarza. Nie masz pojęcia, jakie ogarnia mnie szczęście, kiedy czytam poniższe słowa:

„Od początku lutego prawie całkowicie wyeliminowałem z codziennego planu żywieniowego rafinowane węglowodany. Wywarło to ogromnie pozytywny wpływ na moje życie. Mam 46 lat, jestem ojcem. Od czwartego roku życia cierpię na astmę alergiczną, a wszystkie próby leczenia zarówno medycyny konwencjonalnej, jak i alternatywnej okazały się żałosną porażką.

Odkąd zmieniłem sposób odżywiania zgodnie z Pańskimi założeniami i co najmniej dwa razy dziennie wypijam napój z białka w proszku, moja astma zniknęła bardzo szybko i bez wielkiego krzyku. To znaczy: po ponad 40 latach nie mam żadnych dolegliwości i nie potrzebuję już żadnych leków. Zarówno w sferze sportów wytrzymałościowych, jak i codziennej sprawności otworzyły się dla mnie nowe światy”.

Co się właściwie stało? W przypadku astmy układ odpornościowy nie funkcjonuje prawidłowo. Chorzy cierpią na ustawiczne zapalenie dróg oddechowych. A skąd ten stan zapalny? Przyczyną mogą być reakcje alergiczne lub infekcje. Niewykluczone, iż nadmiar węglowodanów tak zaburza przemianę materii, że przeciąża to mitochondria. A prócz tego nie mogą już być wytwarzane właściwe enzymy albo też enzymy te występują, lecz nie mogą prawidłowo zadziałać, gdyż brakuje koniecznych witamin i aminokwasów. Co ostatecznie może doprowadzić do astmy na podłożu autoimmunologicznym.

Jeśli teraz wyeliminuje się działające prozapalnie węglowodany i zapewni genom organizmu białka i witaminy, a ponadto uzupełni to codziennym programem ćwiczeń sportowych, które zaleją komórki tlenem, to może dojść do tego, że układ odpornościowy ustabilizuje się. I zniknie zapalenie dróg oddechowych. A wraz z nim astma.

Złamania zrastają się

Zdarza się to dość często. Skręcamy nogę podczas biegu i kość śródstopia ulega uszkodzeniu. I zawsze słyszy się tę samą śpiewkę; bezwarunkowo konieczna operacja. Żadnej alternatywy na widoku. Wielu lekarzy przestrzega przed ryzykiem i późniejszymi powikłaniami. Ponieważ po prostu nie potrafią sobie wyobrazić, że nawet po takim wypadku organizm może sam całkowicie się wyleczyć. A więc zupełnie bez noży, skalpeli, płukania, nici chirurgicznych.

Do mojego gabinetu zgłosił się raz pacjent, który nie chciał w tym uczestniczyć. Wiele przeczytał i przemyślał, nie zważał na założenia lekarzy i dzielnie podjął próbę samoleczenia. Bardzo interesującą. Wyglądała tak:

• Kuracja uderzeniowa, witamina D 50 000 jednostek

• Dawkę witaminy D 6000 jednostek zwiększać dziennie o 12 000 jednostek

• 200 µg witaminy K2

• 90 µg K1

• 1000 mg witaminy C

• 100 mg cynku

• 1500 mg wapnia

Ktoś tu poważnie traktuje swoje zdrowie. Wiele przeczytał i stosuje zdobytą wiedzę w praktyce. Jego postępowanie jest ciekawe, gdyż nie poprzestaje na zwykłych suplementach diety, lecz przepisuje sobie ponadto następujące środki: dużo białka z soi, ryb, mięsa, białko w proszku, produkty bogate w kwasy tłuszczowe omega-3, a ponadto trening siłowy.

Kto po wypadku myśli najpierw o farmaceutykach i suplementach diety, często zapomina o rzeczach podstawowych. O „cegiełkach”, dzięki którym organizm w ogóle zdolny jest do regeneracji. To znaczy w przypadku układu odpornościowego: o białkach i tłuszczach. A w przypadku kości: ruchu zamiast bezruchu. A także treningu siłowym, u niektórych osób nawet wtedy, gdy lekarz prowadzący nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Albo wręcz stanowczo tego zakazuje.

W każdym razie zakończenie powyższej historii było następujące: po czterech tygodniach (!) złamanie całkowicie zrosło się i ustabilizowało. Lekarz prowadzący oniemiał. Pacjent nie odczuwał żadnych bólów.

Umożliwiają to białka i tłuszcze

Co się za tym kryje? Kiedy kość ulega złamaniu, nie dotyczy to tylko twardej tkanki. Sprawa jest bardziej złożona. Sama kość jest otoczona przez warstwę tkanki łącznej, która zawiera naczynia krwionośne. Jeśli warstwa owa ulega rozerwaniu, automatycznie pociąga to za sobą ich uszkodzenie. Krew wycieka z otwartych naczyń, dopóki trombocyty wespół z czynnikami krzepnięcia nie zahamują jej wypływu i nie zalepią naczyń. Wraz z krwią, która wylała się w miejscu złamania kości, pojawiają się zwykle także niezróżnicowane komórki macierzyste. To one w procesie leczenia rozwijają się w nowe komórki kostne. Muszą rosnąć i wytworzyć strukturę, na której będą mogły odkładać się substancje mineralne utwardzające kość. Struktura ta składa się w znacznej mierze z kolagenu, czyli formy białka. Na nim osadza się ostatecznie tyle minerałów, że kolagen w gotowej komórce kostnej stanowi już tylko 30 procent.

Na kolagenie odkładają się sole wapnia, ale tylko wtedy, gdy zapewniona jest dostawa witaminy D. A to dlatego, że zwiększa ona wchłanianie wapnia w jelitach i wspomaga proces jego odkładania się w komórkach kostnych. Stąd pomysł, by przeprowadzić kurację uderzeniową witaminą D.

A dlaczego witaminy K? Te są konieczne dla wytwarzania białka osteokalcyny, które występuje przede wszystkim w szybko rosnących komórkach kostnych, a więc po złamaniu. Osteokalcyna powoduje odkładanie się wapnia i fosforu w młodych komórkach.

Podstawowa cegiełka: kolagen

Kolagen stanowi strukturę podstawową naszych zębów, chrząstek, ścięgien i więzadeł oraz skóry. Jedna trzecia wszystkich białek naszego organizmu to kolagen.

Struktura chemiczna białka kolagenu

Dojrzała komórka kostna składa się nie tylko z kolagenu, ale w 60–70 procentach z nieorganicznych substancji mineralnych, takich jak sole wapnia, które odłożyły się na kolagenie.

Dalej na liście mamy jeszcze kwasy tłuszczowe omega-3. Ma to sens z trzech powodów. Po pierwsze, wzmacnia układ odpornościowy. Po drugie, poprawia również przyswajanie wapnia. A po trzecie, usprawnia regenerację kości.

Pozostają jeszcze witamina C i cynk. Obie te substancje pomagają w pracach podstawowych: usuwaniu odłamków kości i szczątków komórek, strzępków warstwy tkanki łącznej oraz oderwanych włókien mięśniowych. Wokół tych fragmentów wywiązuje się często początkowo stan zapalny – widoczny z zewnątrz w postaci sinych lub czerwonych plamek, nierzadko odczuwanych w dotyku jako zaognione. A zatem zapalenie. Aby je usunąć, układ odpornościowy wysyła komórki żerne i inne pomocnicze, które mają przywrócić porządek. I właśnie one potrzebują witaminy C oraz cynku.

Nasz organizm najlepiej zresztą regeneruje się w miejscach skaleczeń zewnętrznych: błony śluzowe, najbardziej zewnętrzne warstwy skóry oraz koniuszki palców wykazują znakomitą zdolność do samoleczenia. Nawet u osób dorosłych. Oskrzela i komórki jelitowe, a także drogi nerwowe i kości, leczą się jeszcze względnie dobrze. Im głębsze jednak uszkodzenie, tym trudniej organizmowi je naprawić. To dlatego w karetce pogotowia wystarczy założyć kilka szwów, kiedy manipulacje wielkim nożem kuchennym przebiegły nie do końca zgodnie z planem.

Leczy także dusza

O tabletkach przeciwbólowych i nasennych mówi się niechętnie. Obie te pocieszycielki psychiki pomagają na co dzień setkom tysięcy osób. Ponieważ poza tym – uważają dotknięci dolegliwościami – nie da się już nic zrobić. Tak jak w poniższym przykładzie, który robi tak drastyczne wrażenie, że ograniczam się do skrótowego opisu:

• Pierwszy rak: operowany.

• Drugi rak: operowany.

• Kciuk operowany.

• Bark operowany.

• Stopa operowana.

• Zwyrodnienie kolana.

• Osteoporoza kręgosłupa.

• Wypalenie (burnout), cztery miesiące.

• Nocne zgrzytanie zębami, z przegryzieniem szyny odciążającej (!!!).

• Bóle karku i głowy.

•