Sama się prosiła - Louise O'Neill - ebook
lub
Opis

Początek lata w małym irlandzkim miasteczku. Emma O'Donovan, piękna i nieustraszona osiemnastolatka, idzie z przyjaciółkami na imprezę. Są na niej wszyscy, a ich oczy są zwrócone na nią. Następnego dnia rano rodzice znajdują ją nieprzytomną na progu domu. Krwawi, jest brudna i zdezorientowana. Co gorsza, nie pamięta, co stało się poprzedniego wieczoru. Wie tylko tyle, że nikt nie odpowiada na jej esemesy. W szkole ludzie odwracają się od niej i szepczą za jej plecami. Nic nie pamięta z imprezy, ale ktoś wstawił na Facebooka jej zdjęcia. Zdjęcia, których nigdy nie zapomni. Teraz w oczach wszystkich jest łatwa. Jest niczym. Zdjęcia idą w świat. Rozpoczyna się dochodzenie, które prowadzi do podziałów w społeczności. Pojawiają się media, ludzie opowiadają się po różnych stronach, nagle każdy ma o niej coś do powiedzenia. Mocna historia o tym, jak strasznym, piętnującym i zawstydzającym doświadczeniem jest gwałt. Brytyjski bestseller i książka roku 2015 w Irlandii. „Złamała mi serce” Red Magazine „Mocna, odważna… i brutalna” Bookseller

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 299

Popularność


Rok temu

Czwartek

Twarz mojej matki pojawia się w lustrze obok mojej własnej – jej jaskrawoczerwone usta kontrastują z upudrowaną skórą.

Obcięte na pazia włosy ma idealnie ułożone mimo upału. Chodzi do fryzjera w każdą sobotę. „Zasługuję na odrobinę przyjemności” mówi, wychodząc z domu. „Mam gdzieś, ile to kosztuje”.

Karen Hennessy modeluje włosy trzy razy w tygodniu i nigdy nie wspomina o cenie.

Rumienię się, czerwone plamy rozkwitają mi na policzkach, szarzejący podkoszulek, w którym spałam, lepi się do ciała. Patrzę to na siebie, to na nią.

„Jesteś taka podobna do matki”, mówią wszyscy. „Jak dwie krople wody”.

– Dzień dobry – mówi mama. – Co robisz? Podziwiasz się w lustrze? – Marszcząc czoło, patrzy na moje brodawki rysujące się pod mokrym od potu materiałem.

– Nic – odpowiadam i obejmuję się ramionami. – Chciałaś czegoś ode mnie?

– Sprawdzam, czy wstałaś.

Wskazuję na biurko, otwarty laptop, papierową teczkę pełną notatek, kopię Fiche Bliain ag Fás i leżący obok słownik irlandzko-angielski.

– Nie śpię od piątej – mówię. – O’Leary odpytuje nas dzisiaj na ocenę.

Jamie jak zwykle dostanie najlepszą ocenę. Słuchając jej, O’Leary zamknie oczy i odchyli się na krześle. Zawsze wygląda na zdumionego, gdy podnosi wzrok i przypomina sobie, do kogo należy ów głos. Wciąż nie może uwierzyć, że ktoś, kto wygląda jak Jamie, mówi z idealnym irlandzkim akcentem.

– Zapomnij o Diarmuidzie O’Learym. – Mama uśmiecha się znacząco. – Czy on w ogóle wie, że jesteś moją córką?

Kiedy nie odpowiadam, dodaje:

– Przyniosłam ci witaminy. Powinnaś je wziąć przed śniadaniem.

– Wezmę później.

– Daj spokój, Emmie. W Health Hut zamówili je specjalnie dla ciebie.

– Wiem, mamo – zapewniam ją. Zaciska usta w wąską kreskę i widząc to, zmuszam się, żeby się do niej uśmiechnąć. – I naprawdę to doceniam.

– Zostawię je tu, dobrze? – Mama zostawia tabletkę i szklankę wody na szafce nocnej obok iPhone’a i kolekcji niepasujących do siebie kolczyków.

Znowu staje za mną. Jedną rękę kładzie na moim lewym biodrze, drugą na krzyżu i delikatnie ustawia moją miednicę.

– Wyprostuj się, skarbie. – Pachnie mąką, cynamonem i kwiatowymi perfumami, których używa od lat.

Wciąż widzę, jak siedzi przy toaletce w srebrzystej jedwabnej sukience, ze szminką na ustach i jasnobrązowymi włosami zebranymi w kok. Wtedy miała dłuższe włosy. Stojący u dołu schodów ojciec zadzierał głowę i wołał: „Spóźnimy się, Noro!”, na co ona odpowiadała: „Już idę, kochanie” tym specjalnym głosem, którym zwracała się do niego i innych mężczyzn. (A ja zastanawiałam się, dlaczego nie mówi nim do mnie). Na koniec sięgała po perfumy. Zdejmowała złotą zatyczkę i spryskiwała nadgarstki. Siedziałam na szczycie schodów i patrzyłam, jak kręcąc biodrami, schodziła na dół, gdzie czekał na nią ojciec. Nawet na chwilę nie odrywał od niej wzroku – nawet wtedy, gdy zaczynałam płakać i rękami młóciłam powietrze, próbując wyrwać się opiekunce.

Mama kładzie mi palce na brzuchu.

– Masz okres? – pyta. – Jesteś jakaś taka wzdęta.

Strząsam jej rękę.

– Nie musisz się martwić, mamo. Nie jestem w ciąży.

Odsuwam się od niej i sprawdzam telefon. Ali wysłała mi wiadomość. Kolejną. Chociaż wciąż nie odpisałam na dwie poprzednie.

– Proszę, nie mów tak do mnie.

– Tak to znaczy, jak?

– Tym tonem.

– Nie mówię żadnym tonem.

Prostuje ramiona i wiem, że jest gotowa zejść na dół i powiedzieć tacie, że jestem opryskliwa i nie okazuję jej szacunku. Ojciec westchnie i powie, że jest mną rozczarowany. Nie wysłucha mnie, choćbym nie wiem co mówiła i choćbym nie wiem jak bardzo starała się wytłumaczyć mu sytuację. Nie biorę niczyjej strony, odpowie. Proszę tylko, żebyś traktowała mamę z należytym szacunkiem.

A jednak bierze stronę. Szkoda tylko, że nie moją.

– Przepraszam, mamo.

Chwila wahania.

– Weź witaminy – mówi w końcu – i zejdź zjeść z nami śniadanie. Tata chce cię zobaczyć przed wyjściem do pracy. – Odwraca się w drzwiach, mierzy mnie spojrzeniem od stóp do głów i zatrzymuje wzrok na mojej twarzy. Dokładnie wiem, co zaraz powie.

– Pięknie wyglądasz, Emmie. Jak zawsze.

Drzwi zamykają się za nią i powietrze w pokoju zmienia się w gęstą zupę. Brodząc w niej, podchodzę do okna, otwieram je i czuję w powietrzu słony zapach morza. Nad zatoką w półkolu stoi sześć innych domów, wszystkie w tym samym kolorze kanarkowym z czarnymi futrynami okien i drzwiami. Na wylanych asfaltem, lśniących podjazdach stoją pudełkowate samochody: toyoty, volvo i hondy, wszystkie czarne albo srebrne, jak gdyby inne kolory ściągały na siebie zbyt dużo uwagi. Mieszkająca dwa domy dalej Nina Kelleher zagania swoje dwie córki – Lily i Avę – do kombi. Trzyma w zębach kawałek tosta, zatrzaskuje drzwi za Lily i macha ręką do Helen O’Shea, która klęcząc na sąsiednim podjeździe, zawiązuje sznurówki swojemu synkowi. „Boże, co za miejsce”, powiedziała rok temu Jamie, kiedy przejeżdżałyśmy obok osiedla komunalnego na przedmieściach Ballinatoom, gdzie zadbane domki z koszami kwiatów na parapetach stały stłoczone obok siebie, a gromady zasmarkanych dzieciaków bawiły się w berka na spłachetku zieleni między budynkami. Maggie była świeżo upieczonym kierowcą i cała nasza czwórka wpakowała się do volvo jej rodziców, upojona poczuciem wolności i świadomością, że możemy pojechać, dokąd chcemy, choć nigdy nie zajechałyśmy dalej niż do Kilgavan. Jeździłyśmy po Ballinatoom, z ronda zjeżdżałyśmy w Main Street, mijałyśmy kościół, skręcałyśmy w lewo obok warsztatu samochodowego na skraju miasta, mijałyśmy plac zabaw, jechałyśmy dalej obwodnicą i znowu wjeżdżałyśmy na rondo. Raz i drugi pokonywałyśmy tę samą drogę, jedząc żelki i rozglądając się za samochodami znajomych chłopaków. Maggie upierała się, żeby ściszyć muzykę, kiedy przejeżdżałyśmy obok zakładu pogrzebowego O’Brienów, przed którym ustawiła się krótka kolejka ludzi chcących pożegnać zmarłego. „Jest takie żółte” kończyła Jamie i odwracała się, żeby wyjrzeć przez okno na okolicę. „Czy jest jakaś zasada, która mówi, że każdy dom w tym kraju musi być pomalowany na żółto?” Kątem oka widziałam, jak Ali, która siedzi obok niej na tylnym siedzeniu, trąca ją łokciem i dyskretnie wskazuje mnie głową.

– Masz – powiedziałam. Odwróciłam się i wręczyłam Jamie iPoda. – Wybierz coś innego, mam dość tej playlisty. – Słyszałam, jak Ali oddycha z ulgą, uspokojona, że tym razem nie dojdzie do kłótni.

Teraz Jamie nie powiedziałaby czegoś takiego. Cieszyłaby się, że mieszka w tej okolicy.

* * *

– Do jasnej cholery, Mags – warczę, kiedy otwieram drzwi od strony pasażera. Z fotela usuwam puste opakowania po chipsach, piłkę do hokeja, ochraniacz na zęby, cieknący czerwony długopis i mniej więcej dwadzieścia papierowych kulek.

– Przepraszam.

– Powtarzasz to co dzień i dalej robisz to samo. – Wyciągam z torby książkę i siadam na niej, żeby nie pobrudzić spódnicy czerwonym tuszem. – Gorąco tu jak w piekle. Wszystkie okna są otwarte?

– Tak – rzuca Jamie z tylnej kanapy. – Szkoda, że nie możesz jeździć już volvo, Mags. W tamtym wozie jest klima, co nie?

– Mama upiekła muffinki. Zabrałam trochę – mówię. Nie chcę rozmawiać o volvo. Sięgam do torby i wręczam jedną babeczkę Maggie.

– Jeszcze ciepłe. Boże, twoja mama jest niesamowita – mówi. Bierze kęs i jedną ręką obraca kierownicę.

– Taa – mruczę i wyglądam przez okno. – Najlepsza.

Odwracam się i wyciągam torebkę z kanapkami w stronę Ali i Jamie. Ali odgarnia z twarzy przedłużane pasma blond włosów.

– Nie powinnam – mruczy. Pociąga łyk kawy z kubka termicznego Nespresso. – Mama postanowiła, że przechodzimy na dietę paleo. – Zagryza wargę. – Emmo?

– Tak?

– Między nami wszystko w porządku?

– O co ci chodzi?

– Nie odpisywałaś na moje SMS-y. Zastanawiałam się, czy jesteś na mnie zła albo coś.

Ali nałożyła za dużo eyelinera, który zbrylił się i popękał w kącikach oczu. Kilka miesięcy temu ojciec kupił jej kuferek Mac, taki, jakie mają profesjonalni wizażyści, wypełniony po brzegi kosmetykami i pędzlami. „Tak po prostu”, Ali skwitowała prezent wzruszeniem ramion. Maggie pisnęła z radości i chwyciła eyeliner w płynie, żeby przetestować go na Jamie. „Fajny”, powiedziałam. Sięgnęłam po krem rozświetlający, o którym marzyłam od wieków, ale mama mówiła, że jest za drogi. „Chociaż dla mnie dziewczyny Maca wyglądają jak transwestyci”.

– Boże, Ali – wzdycham. – Ogarnij się.

Podstawiam muffinki pod nos Jamie. Kiedy nie reaguje, potrząsam torbą.

– Halo. Ziemia do Jamie.

Jamie się waha. Patrzy to na torbę, to na mnie. W końcu wyjmuje babeczkę i niemal całą pakuje do ust.

– Wyluzuj – mówię. – Nawet Maggie nie zjadła swojej tak szybko.

– Zamknij się – warczy Maggie. – O szóstej byłam na basenie. Chyba mogę zjeść muffinkę.

– Nie wiem, jak ty to robisz – rzucam. – Ja zwlokłam się z łóżka dziesięć minut przed waszym przyjazdem. To jakiś koszmar.

Jamie mnie w dłoni papilotkę.

– Ja wstałam jeszcze wcześniej, Mags – oświadcza. – Musiałam się uczyć do odpytywanki z irlandzkiego.

– Cholera – jęczę. – Na śmierć zapomniałam. Mam przerąbane.

– To samo mówiłaś w ubiegłym tygodniu o fizyce. – Jamie patrzy na mnie spod przymrużonych powiek. – Co za zbieg okoliczności.

Dostałam z testu siedemdziesiąt osiem procent. Oddając mi go, pan O’Flynn puścił do mnie oko i mruknął:

– Dobra robota.

Zostawiłam go na ławce, żeby każdy mógł zobaczyć.

– No i zdobywczyni najlepszego wyniku – ciągnął O’Flynn. – Gratulacje, Jamie”.

Jamie wzięła do rąk kartkę z wynikiem „93%” zapisanym czerwonym długopisem. Bez słowa schowała ją do torby. Ja jeszcze raz spojrzałam na swój test. Miałam wrażenie, że wynik spłynął z papieru, podfrunął mi pod nos i wypalił się pod powiekami. Miałam ochotę podrzeć kartkę na pięćdziesiąt tysięcy kawałków.

– Dobra robota, J. – Uśmiechnęłam się do niej na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy, że jestem zazdrosna. – Teraz żałuję, że się nie uczyłam.

– Masz nowe okulary przeciwsłoneczne? – pyta Maggie, kiedy Ali sięga do żółtego plecaka Céline, który mama kupiła jej w Paryżu, po ray-bany w szylkretowych oprawkach. – Co się stało z warby parkersami, które dostałaś od ojca?

– Dziwne – odpowiada Ali, a ja staram się zachować spokój. – Ale nie mogę ich nigdzie znaleźć.

– Nie – jęczy Maggie i wjeżdża na parking.

– Nie możesz kupić nowych? – pytam jak gdyby nigdy nic. Wiem, że ją stać.

– Ten model można dostać jedynie w Stanach. Mówiłam ci.

– A tak, chyba je pamiętam. – Zdejmuję plecak i przetrząsam go w poszukiwaniu podręcznika do irlandzkiego. – Zresztą i tak były na ciebie odrobinę za duże.

Liceum St Brigid’s rozciąga się przed nami w całej okazałości – szary, betonowy budynek z lśniącymi w słońcu, kwadratowymi oknami i przylegającymi do niego przysadzistymi przybudówkami z prefabrykatów. Z przodu znajdują się sala gimnastyczna, korty tenisowe i parking; z tyłu trawiaste pola i krowy, które muczą jak oszalałe za każdym razem, gdy uczniowie wymykają się za siłownię na dymka. Zakonnice sprzedały ziemię, żeby sfinansować budowę nowego klasztoru na drugim końcu Ballinatoom. Te pięć, które tu zostały, snuje się po olbrzymim budynku, czekając na śmierć. Rozglądam się i patrzę na setki dziewczyn, które wysypują się z samochodów, rumiane i wyraźnie skrępowane. Ciemnoszare plisowane spódnice, podkolanówki i grafitowe blezery raczej nie nadają się na taką pogodę, ale dyrektor, pan Griffin, oświadczył wczoraj przez radiowęzeł, że „mundurki, dziewczęta, mają być noszone niezależnie od pogody. Od tej reguły nie ma żadnych odstępstw”.

Uczennice, trzymając się pod ręce, idą w stronę wejścia. Śmieją się, szperają w plecakach, nawołują się i proszą inne, żeby na nie zaczekały. Kiwam głową do dziewczyn, które wołają mnie po imieniu, pytają, gdzie kupiłam okulary, jakiego błyszczyka używam i jak się czuję przed dzisiejszym pytaniem z irlandzkiego. Uśmiecham się, mówię: „Dzięki, kochana jesteś” i hojną ręką rozdaję komplementy. Wyobrażam sobie, jak za moimi plecami szepczą między sobą o tym, jaka jestem miła, jaka szczera, jak zawsze znajduję dla każdego czas i jakie to zadziwiające, że z moim wyglądem wciąż jestem taka fajna.

* * *

Kiedy w końcu dzwoni dzwonek, jestem wykończona. Muszę się uśmiechać, być miła i udawać, że obchodzą mnie problemy innych, inaczej okrzykną mnie suką. Ludzie nie mają pojęcia, jak męczące jest takie codzienne udawanie.

Ali: Gdzie jesteś?Ali: Dostałaś moją ostatnią wiadomość? Nie wiem, czy doszła.Ali: Hej, sprawdzam tylko, czy dostałaś dwie poprzednie wiadomości. Gdzie spotkamy się po zajęciach? Czekam przy pracowniach do zajęć z gospodarstwa domowego.

– Hej. – Ali leży na betonie obok fiesty. Zamiast koca używa blezeru; podkasała spódnicę i rozpięła koszulę, żeby nacieszyć się słońcem. – Dostałaś moje wiadomości?

– Nie.

Sprawdzam godzinę w telefonie. Przesłaniam oczy ręką i mrużąc powieki, zerkam w stronę szkoły.

– Na litość boską – warczę – gdzie ona jest? Nie mam kremu do opalania. Jeśli zaraz nie przyjdzie, spalę się.

– Cholera – rzuca Ali. – Ja też nie wzięłam swojego. Przepraszam. Powinnam była pomyśleć.

– Wiesz, jaką mam delikatną skórę. – Trzymam blezer nad głową jak tarczę. – Pamiętasz, co mówiła Karen o poparzeniach słonecznych? Mówiła, że promienie UV…

– Jasne. Gdybym chciała, żeby matka zrobiła mi wykład, to bym ją poprosiła.

– Emma! Cześć!

Krzywię się, słysząc ten piskliwy głos.

– Cześć, Chloe.

To Chloe Hegarty, ze sterczącymi loczkami, które okalają jej twarz niczym aureola, i twarzą upstrzoną pryszczami. Część z nich nabiegła żółtą ropą. Powinna pójść do dermatologa. Odwracam się i udaję, że szukam czegoś w plecaku.

– Auć, to bolało – prycha Ali, kiedy Chloe oddala się chyłkiem.

– Mam to gdzieś – warczę. – Dzięki Bogu, idą. – Patrzę na dziewczyny, wychodzące z budynku przylegającego do sali gimnastycznej. Maggie idzie ze wzrokiem wbitym w iPhone’a, a jej palce tańczą wściekle na klawiaturze. Tuż za nią wlecze się Jamie.

– Pospieszcie się – ponaglam je.

– Przepraszam – bąka Maggie, kiedy w końcu do nas podchodzi. Blezer ma zawiązany wokół paska torby. Przetrząsa jej zawartość w poszukiwaniu kluczyków, nie odrywając wzroku od telefonu. Kiedy dostaje kolejną wiadomość, torba spada na ziemię. Twarz Maggie łagodnieje, gdy czyta jej treść.

– Mags – mówię. – Do kurwy nędzy, zaraz się tu spalę. Możesz przynajmniej otworzyć drzwi?

– Przepraszam – powtarza Maggie. – Eli pisze, że jeśli chcemy się z nim zobaczyć, o piątej będzie z chłopakami w parku. – Kładzie telefon na masce samochodu, stawia obok niego torbę i szpera w niej nerwowo. Wyciąga trzy sfatygowane zeszyty, zużyte chusteczki, chustkę na głowę w panterkę, iPoda, paczkę tic-taców, pęknięty pojemnik na kanapki i blok formatu A4. – Muszą gdzieś tu być – mruczy pod nosem i chusteczką ściera z palców oleisty osad z kanapki z tuńczykiem. – Chwileczkę! Oto i one. – Najpierw otwiera drzwi od strony kierowcy i krzywi się, gdy gorące powietrze uderza ją w twarz. Wsiada do samochodu i od wewnątrz otwiera kolejne drzwi.

– Chryste – jęczy Jamie, kiedy pakujemy się do środka i w pośpiechu otwieramy okna. – Kiedy w końcu dostaniesz nowy samochód, Ali?

– Za trzy miesiące mam urodziny! – Ali wyjmuje iPhone’a i przegląda galerię zdjęć. Zatrzymuje się na fotografii nowiuteńkiego jasnoniebieskiego mini coopera, na którego widok Jamie i Maggie wzdychają z uznaniem.

– Mam wrażenie, że ostatnio wszyscy jeżdżą mini – słyszę własny głos. – Są takie popularne.

Ali opuszcza rękę, ale galeria w telefonie wciąż pozostaje otwarta.

– Zwolnij – zwracam się do Maggie, kiedy jedziemy wąską główną ulicą Ballinatoom, przy której tłoczą się kolorowe budynki mieszczące puby, sklepy mięsne i warzywniaki. Na chodniku grupa chłopaków z St Michael’s ignoruje wspartego na lasce, starszego mężczyznę, który próbuje ich ominąć. Granatowe swetry z dekoltem w serek mają zawiązane na biodrach. Odsłaniają opalone ramiona i plamy potu pod pachami rozpiętych białych koszul. Krawaty w niebiesko-żółte pasy wiszą im luźno na szyjach. Chłopacy trzymają w dłoniach papierowe torebki z żelkami i puszki coca-coli. Ogromny banner między budynkami informuje złocisto-czarnymi literami o zbliżającym się festiwalu muzyki country i western. Co roku to samo: setki podstarzałych fanów z całego kraju zjeżdżają do Ballinatoom. Ubrani w kowbojki i kapelusze typu stetson, nucą pod nosem piosenki Nathana Cartera. „Nie cieszycie się, że tu mieszkacie?” – pytają nas, oddychając rześkim, wiejskim powietrzem. „Niby czemu mielibyśmy się cieszyć?”, mam ochotę ich zapytać. „Niby czemu to takie wyjątkowe miejsce?”. Ale wiem, co usłyszę.

„Tak tu pięknie”, powiedzą. „Czuje się tu ducha społeczności. Ludzie opiekują się sobą”.

Jeśli się nad tym zastanowić, chyba rzeczywiście tak jest.

W ciągu kilku minut docieramy do Connolly Gardens. To kwadratowy trawnik z otaczającą go wąską betonową ścieżką i stojącą pośrodku marmurową fontanną. Plac otacza rząd szeregowców w stylu georgiańskim w delikatnych pastelowych kolorach. Parkujemy przed domem Maggie – lazurowym budynkiem z kremowymi futrynami i czarną żeliwną kołatką w kształcie głowy lwa na kremowych drzwiach.

– Nie wejdziecie? – pyta Maggie, kiedy otwiera frontowe drzwi i widzi za sobą jedynie Jamie.

Ali rzuca mi ukradkowe spojrzenie, czeka, aż dyskretnie pokręcę głową, i mówi:

– Nie, w porządku, Mags. Zaczekam tu z Em.

– I weźcie krem do opalania! – wołam za nimi.

Nie chcę rozmawiać z matką Maggie. Kiedy byłam tu ostatni raz, poszła do „strefy pacjentów”, żeby przynieść „książkę, która z pewnością do ciebie przemówi, Emmo”. Hannah wywołała niezłe poruszenie, kiedy Bennettowie przeprowadzili się tu pięć lat temu z północy hrabstwa. Była w zaawansowanej ciąży z siostrzyczką Maggie, Alice Eve, a jej brzuch dosłownie wylewał się z obcisłych koszulek. Nic sobie nie robiła ze starych matron, które cmokały z niezadowoleniem i odwracały wzrok na widok wyeksponowanego ciążowego brzucha. Wszyscy szeptali o nowo przybyłych, o tym, że matka jest „terapeutką, która leczy przez zabawę, cokolwiek to znaczy”, a ojciec „księgowym, i musi mu się nieźle powodzić, skoro stać ich na taki dom – szkoda, że nie widzieliście ceny” i o tej drugiej córce, która ma dwanaście, trzynaście lat, i jest naprawdę śliczna. Martwiłam się tym, dopóki nie zobaczyłam Maggie i nie przekonałam się, że rzeczywiście jest ładna. Ale nie tak ładna jak ja.

– Słyszałam, że żona jest bardzo atrakcyjna – moja mama zwróciła się do ojca tego samego dnia, gdy Bennettowie przeprowadzili się do miasteczka. Właśnie serwowała mu na kolację purée ziemniaczane. – To odważne z jej strony, że w tym wieku pozwala sobie na noszenie siwych włosów.

– Gotowe? – rzuca Maggie, kolejny raz otwierając drzwi frontowe.

– Wyglądasz świetnie – mówi Ali. Maggie ma na sobie kupioną w ciucholandzie męską koszulę w kratę, która służy jej za sukienkę, i metaliczne srebrne martensy. Niesforne loki podtrzymuje chusta w tureckie wzory, okręcona dwukrotnie wokół głowy i zawiązana na czubku w ogromną kokardę. Całości dopełniają liczne srebrne pierścionki.

– Chryste – mówię. – Wyglądasz jak jakiś amisz albo coś.

Maggie przegląda się w owalnym lustrze wiszącym w holu nad stolikiem o wygiętych, patykowatych nogach. Nienawidzę tego głupiego lustra z maksymą „Masz piękne wnętrze” zapisaną pochyłym srebrnym pismem. Ilekroć w nie patrzę, mam ochotę zdrapać ten napis.

– Super – rzuca Maggie radośnie. – Uwielbiam amiszowy styl.

* * *

O tej porze dnia w Connolly Gardens panuje spokój i cisza. Na ławce po drugiej stronie trawnika siedzą trzy kobiety w czarnych leginsach z lycry i obcisłych koszulkach. Koło ich stóp leżą zrolowane maty do jogi i brązowe papierowe torebki z logiem Health Hut. Inna kobieta w krótkich bojówkach i workowatym podkoszulku ugania się za dwójką dzieciaków. W jednej ręce trzyma olejek do opalania, w drugiej kapelusiki z szerokimi rondami. Wokół fontanny biegają z piskiem bose dzieciaki w strojach kąpielowych.

– Hej, laleczki. – Przez okno samochodu zaparkowanego przed wejściem do ogrodu wychyla się chłopak w bejsbolówce. Jego kolega siedzący na fotelu pasażera odchyla głowę i parska śmiechem. Idziemy dalej, udając, że nie słyszymy. Odwracam się przez ramię. Tak jak myślałam, koleś patrzy na mnie.

– Co jest? – woła.

– Nic.

– Więc się uśmiechnij. Założę się, że kiedy się uśmiechasz, jesteś jeszcze piękniejsza.

– Chryste – wzdycham, kiedy oddalamy się na bezpieczną odległość. – Dlaczego zawsze chodzi o mnie?

– Może dlatego, że tylko ty się odwróciłaś i nawiązałaś kontakt wzrokowy? – odgryza się Jamie, na co Maggie wybucha śmiechem.

– Daj spokój, J, nie bądź dla niej taka okrutna. Może któryś jej się podobał. – Maggie zaciska usta, żeby nie zacząć chichotać. – Facet w białym dresie był naprawdę niezły. Zupełnie w twoim typie, co, Em?

– Ha ha – rzucam, kiedy obie z Jamie się śmieją. – Bardzo śmieszne.

Ali się nie śmieje. Zamiast tego odwraca twarz.

– Trudno być twoją przyjaciółką – powiedziała mi rok temu na jednej z imprez u Dylana Walsha. Była nawalona i wisiała nad muszlą klozetową. – Kiedy jesteś w pobliżu, to tak, jakbym nie istniała. – Znowu zaczęła wymiotować, a ja zerknęłam na telefon, żeby sprawdzić, czy ktoś do mnie nie napisał. Ali otarła usta wierzchem dłoni. – Czasami – wzięła głęboki oddech – myślę, że właśnie dlatego lubisz się ze mną przyjaźnić.

Powiedziałam jej, żeby nie gadała głupstw. I że się myli.

– Szczerze, Al? Mam dość tego ciągłego zaczepiania.

– Jasne – bąknęła. – To straszne, kiedy wciąż słyszysz, jaka jesteś cudowna.

– To powierzchowne – odparłam, bo to właśnie należy mówić, kiedy słyszy się, że jest się piękną. – To nic nie znaczy.

Ali zatrzymuje się tak nagle, że idąca za nią Jamie na nią wpada.

– Cholera.

– Chryste, Ali. Uważaj, co? – warczy Jamie i cofa się o krok.

– Ćśśś – ucisza ją Ali i dodaje szeptem: – Patrzcie, kto tam jest.

W kącie parku, ukryci za fontanną, stoją Sean Casey i Jack Dineen. Zdjęli koszulki i rzucają między sobą piłkę do rugby. Ciała mają szczupłe i umięśnione.

– Sean jest boski – wzdycha Ali.

– Sean potrzebuje kremu do opalania – mówię.

W tej samej chwili Sean podnosi wzrok. Kiedy mnie zauważa, robi się jeszcze bardziej czerwony.

– Cześć, Emmo. – Macha do mnie, na co ja odpowiadam tym samym.

– Nie powinnaś flirtować z Seanem – powiedziała mi Maggie, kiedy w ubiegłym tygodniu rozmawiałyśmy na Skypie. – Wiesz, co czuje do niego Ali.

– Nie flirtuję z nim – odparłam poirytowana – ale co mam zrobić? Ignorować go? Nie chcę ranić jego uczuć.

(Nie chcę, aby pomyślał, że jestem suką).

– Zamelduję nas na Facebooku – oświadcza Ali, kiedy znajdujemy wolną ławkę. Siadam na skraju, Jamie obok mnie – obie kryjemy się w cieniu niewielkiego dębu za naszymi plecami. Ali zdejmuje blezer i rozkłada go na trawie w charakterze koca, Maggie pożycza mój i robi to samo. Wręcza mi bezzapachowy, pozbawiony środków chemicznych krem do opalania, którego używa Hannah. Wylewam trochę na dłonie i wcieram w nogi. Podnoszę wzrok, żeby zobaczyć, czy Jack Dineen patrzy w moją stronę, ale on siłuje się z Seanem, próbując odebrać mu piłkę.

– Chyba już wystarczy tego masowania, Emmo.

– Co?

Jamie wyciska trochę kremu na nogi i zaczyna wcierać go w skórę.

– O, tak, tak, tak – mruczy. – Właśnie tak, cudownie.

– Zamknij się – warczę. Zamykam oczy i świat dookoła mnie ogranicza się do dźwięków. Słyszę przejeżdżające samochody i ryk klaksonu.

– Myślisz, że on mnie lubi? – Ali pyta Maggie. – Czy Eli kiedykolwiek ci coś mówił? Mówił, że Sean wspomina o mnie?

Głos Maggie jest łagodny, niemal kojący. Urywa w pół zdania za każdym razem, gdy telefon piknięciem informuje o przychodzącej wiadomości. Gdzieś obok bzyczy mucha, ale jestem zbyt leniwa, żeby ją odgonić. Jedna z matek woła:

– Fionn, chodź tu, wracamy do domu.

Słucham jednym uchem, jak Ali opowiada historię pewnej dziewczyny ze Stanów, której zhakowano kamerę internetową, kiedy robiła sobie dobrze. Po wszystkim panna nałykała się jakichś prochów.

– Fuj – rzucam, kręcąc nosem. – To obrzydliwe.

– Hannah mówi, że masturbacja jest czymś normalnym zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn – odzywa się Maggie i kolejny raz spogląda na telefon.

– Czyli ty też to robisz, tak? – Puszczam do niej oko. – Kiedy dzwoniłam do ciebie wczoraj wieczorem i mówiłaś, że jesteś „pod prysznicem”, tak naprawdę robiłaś sobie dobrze?

– Nie! – Maggie oblewa się rumieńcem. – Oczywiście, że nie.

– Hmm-mmm.

– Naprawdę – powtarza Maggie. – Nie robię tego. Mam przecież Elego, co nie?

– Wracając do historii – wtrąca Ali. Nienawidzi, gdy się jej przerywa. – Ten haker wysłał jej nagranie i powiedział, że jeśli nie zrobi mu laski, wrzuci je na Twittera i roześle link do wszystkich ludzi z jej szkoły. No i się zabiła.

– Jak to zrobiła? – pyta Jamie. Pochyla się na ławce, aż dotyka brzuchem kolan, ale Ali wzrusza ramionami.

– Szkoda, że nie padło na Sarah Swallows. – Wyciągam ramiona nad głowę i się przeciągam. – Ona chętnie by gościowi obciągnęła, taka z niej zdzira.

– Kto jest zdzirą? – pyta chłopięcy głos. To Eli. Za nim stoją Conor i Fitzy.

– Cześć, Eli. – Zakładam okulary na czoło i uśmiecham się do niego. – Co słychać?

– W porządku… – zaczyna, ale Maggie piszczy, jakby nie widziała go od lat, wpada mu w ramiona i oplata go w pasie nogami. Eli z Mags, która czepia się go jak pijawka, siada na ławce i w przerwie między kolejnymi pocałunkami, mruczy „cześć”. Nie kończy zdania.

Conor – oczywiście – siada obok mnie.

– Cześć, Emmie – rzuca. Kiedy widzi moją uniesioną brew, poprawia się szybko: – To znaczy Emmo.

– Cześć. Jak twoja mama? – pytam szeptem, żeby nikt inny nas nie słyszał.

– W porządku. Nadal bardzo zmęczona, ale należało się tego spodziewać. Mimo wszystko dzięki.

– Za co?

– Za to, że pytasz. – Conor patrzy na mnie z uwagą. Jego lewe ramię ociera się o moje.

– Spasujcie trochę – rzuca Fitzy do Maggie i Elego i siada obok Jamie.

– Sorry. – Maggie odsuwa się, ale wciąż niemal stykają się twarzami. Przeczesuje palcami krótko przycięte afro na głowie Elego. – Nie potrafię mu się oprzeć.

Mój telefon pika. Ali znowu nas zameldowała, tym razem z chłopakami. Przewracam oczami i wyciągam nogi. Czuję, jak ciepło rozlewa się po moich kościach.

– Ale upał, co?

– Krem do opalania… faktor pięćdziesiąt… uczciwa konkurencja…

– Uczciwe co?

Salwa śmiechu. Plama światła przebija się przez gałęzie, niebo się porusza. Mucha wróciła. Usiadła mi na nodze i czuję łaskotanie.

– … i nie mogę dostać odpowiedniego odcienia niebieskiego. Chcę, żeby wyglądał dokładnie jak…

– … tak, uwielbiam ten obraz, chociaż pan Shanahan mówi, że Nagroda Turnera jest dziś bez znaczenia.

– Pan Shanahan jest niezrównoważony.

Fitzy i Maggie przyjaźnią się, odkąd Fitzy musiał dostać specjalne pozwolenie, żeby móc uczęszczać do St Brigid’s na zajęcia ze sztuki.

– Jest fajna – powiedział mi na swoich urodzinach. – Ładna, a do tego mądra i zabawna. Bądźmy szczerzy, w Ballinatoom jest niewiele dziewczyn, o których można powiedzieć to samo.

Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć, a on patrzył na mnie triumfalnym wzrokiem.

– Maggie jest najlepsza – odezwałam się w końcu. – Chociaż dziwi mnie, że uważasz, że jest ładna. Nie sądziłam, że ty… – Fitzy zamarł, strach zmroził mu rysy twarzy, a ja poczułam dziką radość, gdy to zobaczyłam. – Nieważne. – Uśmiechnęłam się i sięgnęłam po kolejny kawałek tortu. – Mogę, prawda? – Rozejrzałam się po niemal pustym pokoju. – Jestem pewna, że jeszcze zostanie.

Słyszę pisk opon na asfalcie, dudnienie heavymetalowej muzyki i przebijający się ponad nim dziewczęcy wrzask:

– Ostrzegam cię, jeśli…

Trzaśnięcie drzwiami i ryk klaksonu.

– Pieprz się, ty głupia cipo! – wrzeszczy chłopak i odjeżdża.

– Dylan i Julie? – pyta Ali. Nawet nie prostuje się, żeby to sprawdzić.

– Taa.

– Boże – wzdycha Maggie i pochyla się, żeby pocałować Elego w szyję. – Dobrze, skarbie, że my tacy nie jesteśmy, prawda?

– Och, skarbie. – Fitzy idealnie naśladuje głos Maggie, a zaraz potem piłka do rugby przelatuje mu ze świstem koło ucha. Zdezorientowany potyka się o wyciągnięte nogi Conora.

– Hej, uważaj – warczy Jamie, kiedy wpada na nią. Fitzy przeprasza, odgarnia włosy z oczu, wstaje i otrzepuje spodnie z trawy.

Dylan biegnie w naszą stronę, Jack i Sean depczą mu po piętach. Dylan podnosi piłkę i przerzuca ją z ręki do ręki. Nawet na mnie nie patrzy, po prostu gapi się na Jamie.

– Cześć, Jamie – rzuca. – Co słychać?

Jamie go ignoruje – osuwa się na ławce i wbija brodę w pierś.

– Powiedziałem „Cześć, Jamie” – powtarza Dylan. – Nie musisz udawać, że mnie nie słyszysz.

– Wyluzuj, Dylan. – Maggie zakłada lennonki na grzywę niesfornych włosów i patrzy na niego spod przymrużonych powiek.

– Ktoś pytał cię o zdanie?

Eli zrywa się na równe nogi. Przy wzroście metr dziewięćdziesiąt pięć góruje nad Dylanem. Dawniej Eli często wdawał się w bójki – za każdym razem, gdy jakiś dzieciak zwyzywał go za kolor skóry – ale obiecał Maggie, że postara się nad sobą panować.

– Mówi, że zrobiłby dla mnie wszystko, że do nikogo nie czuł tego, co do mnie – wyznała nam Mags, kiedy zaczęli się spotykać prawie trzy lata temu. Miałam ochotę jej powiedzieć, że na początku chłopcy zawsze mówią takie rzeczy.

Eli zaczyna mówić coś do Dylana, kiedy dzwoni jego telefon. Zerka na ekran i marszczy czoło.

– Kto to? – pyta Maggie.

– Mama. Widzi nas wszystkich jak na dłoni. – Odwraca się w stronę bladożółtego domku przy Connolly Gardens, trzy domy dalej od Maggie i macha do stojącej w oknie postaci. – Muszę lecieć do domu. Ojciec pracuje w tym tygodniu na nocną zmianę i muszę się zająć Priscillą i Isaakiem.

– Mogę iść z tobą, jeśli chcesz?

Eli pomaga Maggie wstać, wyplątuje okulary z jej włosów i delikatnie zakłada je na jej nos. Po ich odejściu robi się dziwnie cicho. Zastanawiam się, co by tu powiedzieć. Kiedy miałyśmy po czternaście lat i dopiero zaczęłyśmy chodzić do Attic Disco, przypadkiem usłyszałam, jak chłopak z mojego rocznika mówił:

– Emma O’Donovan to niezła laska, ale straszna z niej nudziara.

– Jak tam nastroje przed jutrzejszym meczem? – zwracam się do Jacka, który stoi na skraju grupki. Jego ciemne, nażelowane włosy trzymają się idealnie mimo upału, a granatowa koszulka opina pierś. Jack jest trochę niski jak na chłopaka, ale dobrze zbudowany. – Ojciec mówił, że chodzą plotki, że ma przyjechać selekcjoner z Cork.

– To brat Ciarána O’Briena, więc będzie na meczu tak czy siak. – Jack wzrusza ramionami.

– Mimo wszystko to niezła okazja – wtrąca Sean. Podchodzi do mnie i siada u moich stóp. Pachnie potem i trawą. – Wczoraj wieczorem mieliśmy w tej sprawie spotkanie drużyny. A skoro mowa o meczu – ciągnie – organizuję potem imprezę. Starzy wyjeżdżają z miasta. – Ali siada prosto, ale Sean patrzy na mnie i tylko na mnie. – Co ty na to, Emmo? Wpadniesz?

Mówiłam mu, że nie jestem nim zainteresowana i nigdy nie będę, bo podoba się Ali.

– Ale ona mi się nie podoba – odparł tej nocy, gdy przyparł mnie do muru pod pubem Reilly’s. – Ty mi się podobasz.

Odepchnęłam go.

– Ty mnie też, Sean. Wiesz o tym. Ale Ali jest moją przyjaciółką. Nie zrobiłabym jej czegoś takiego.

– Lepiej, żebyś się postarał – rzuca Dylan. – Zwłaszcza po ostatniej imprezie u mnie. Co nie, Emmo?

– Taa, było fajnie.

– Tylko fajnie? – pyta, unosząc brwi. – Kevin Brennan mówił coś innego.

(Kevin o ostrych zębach, który na imprezie przycisnął mnie do ściany).

– To znaczy? – pytam. – Co dokładnie mówił Kevin?

(…pociągnął mnie do słabo oświetlonego pokoju, w którym pachniało modeliną Play-Doh. Potknął się o bezgłową lalkę Barbie. Kołdra w kolorze cukierkowego różu, śmiech ludzi na zewnątrz. „Wracajmy na imprezę”, powtarzałam).

– Nic takiego… – Dylan uśmiecha się znacząco. – Tylko tyle, że świetnie się bawiliście.

(Ręce Kevina na moich ramionach, ściągające mnie w dół, mówiące: „no dalej, Emmo”. Zgodziłam się, bo tak było najprościej. Wszyscy zawsze powtarzają, jaki z niego przystojniak).

– Niby na czym polegała ta zabawa? – pytam. Głos mam ściśnięty.

(Po wszystkim kazałam mu przysiąc, że nie piśnie nikomu ani słowa).

– Nie wiem, co mówi Kevin, ale między nami nic się nie wydarzyło – mówię.

– Kevin twierdzi inaczej. – Dylan spogląda na Jacka, jakby liczył na jego poparcie.

– Więc jest pieprzonym kłamcą – warczę. – Zresztą – rzucam, starając się zachować spokój – jeśli musi wymyślać historyjki, żeby poczuć się bardziej męski, to nie mój problem.

– Wszystkie dziewczyny są takie same – mówi Dylan i przewraca oczami. – Nawalą się i włażą na człowieka, a rano udają, że nic się nie stało.

Widząc, że mówi to do Jamie, śmieję się odrobinę za głośno.

– Muszę lecieć – rzuca Jamie i sięga po torbę. Zeszyt i blaszany piórnik wysypują się na trawę. Ali zrywa się, żeby jej pomóc, ale Jamie zbywa ją machnięciem ręki i wrzuca rzeczy z powrotem do torby. – Muszę wziąć się do pracy.

– Jasne. – Ali siada z powrotem. – Zadzwonisz do mnie później?

Jamie nie odpowiada i odchodzi jak gdyby nigdy nic. Dylan odprowadza ją wzrokiem.

– Chodźcie – zwraca się do Seana i Jacka. – Zbierajmy się stąd. – Chwilę później odchodzą, rzucając między sobą piłkę do rugby. Żaden z nich nawet na mnie nie spojrzy.

– Na mnie też już czas – stwierdzam. – Zaraz… Cholera. Maggie obiecała, że podrzuci mnie do domu.

– Mama napisała do mnie dziesięć minut temu – mówi Ali. – Jest w mieście. Możemy umówić się z nią w Mannequin? Kiedy skończy, odwiezie cię.

– Bo ja wiem?

Umawianie się z Karen zawsze wygląda tak samo. Otwieramy czarne drzwi i czujemy na twarzach podmuch chłodnego, przesyconego zapachem wanilii powietrza. Buty zapadają się w miękkim kremowym dywanie, na czarnych lśniących wieszakach wiszą drogie ubrania. Kierowniczka podnosi wzrok, a przyklejony do jej twarzy uśmiech gaśnie na widok szarych mundurków. „Tak, dziewczynki?”, pyta. Głos ma ściśnięty aż do chwili, gdy rozpoznaje Ali. „O, Ali”, grucha słodko. „Powinnaś zobaczyć, co właśnie mierzy twoja mama. Wygląda bosko”. W tej samej chwili Karen odsuwa kremową kotarę przymierzalni i prezentuje kolejną sukienkę, płaszcz albo koszulkę, którą po prostu musi mieć. Zmusza Ali, żeby weszła do przebieralni, wręcza jej parę dżinsów do przymierzenia i widać po niej, że stara się nie krzywić, kiedy patrzy na rozmiar. Potem odwraca się w moją stronę i upiera się, żebym też coś przymierzyła. Od samego patrzenia na ceny kręci mi się w głowie („To nieprzyzwoite”, słyszę w głowie głos matki. „Kiedy tylu ludzi głoduje na świecie!”), ale Karen mówi, żebym się nie przejmowała i wybrała, co tylko chcę. Wybieram sukienkę, która na wieszaku wygląda niespecjalnie, ale kiedy ją zakładam, otula moje ciało jak druga skóra i kiedy wychodzę z przymierzalni, Karen rozdziawia usta. „Wyglądasz oszałamiająco. Mogłabyś być modelką”, mówi. Staje za mną i przeglądamy się w lustrze. Wyglądamy tak pięknie, że udaję przez chwilę, że jesteśmy matką i córką. „Musisz ją mieć. Pozwolisz, że ci ją kupię?” – pyta, a ja mam ochotę odpowiedzieć „tak”. Chcę, żeby wykupiła dla mnie cały towar. Stać ją na to. Ale tego nie robię. Nie mogę.

– Ja mogę podwieźć Emmę – oferuje Conor.

Kiwam głową, gdy to słyszę.

– Do zobaczenia – woła za nami Ali.

Chwilę później dostaję wiadomość:

Ali: Zamierzasz zaliczyć Conora?Ja: Fuj! Nie!Ali: Ale on cię koooooocha.Ja: Odwal się.

– Emmie. – Conor odchrząkuje, żeby zwrócić na siebie moją uwagę. – Przepraszam, Emmo. To tu.

– Jest bardzo… czysty – mówię, kiedy wsiadamy do samochodu.

Conor szturcha palcem odświeżacz powietrza w kształcie Lisy Simpson.

– Irytuje cię? Jeśli tak, mogę go zdjąć. Wiem, że perfumy mogą…

– Nie przeszkadza mi.

Otwiera schowek, wyjmuje okulary przeciwsłoneczne i z ręką na moim zagłówku cofa, oglądając się za siebie.

Wyglądam przez okno, podczas gdy stłoczone obok siebie domy zostają w tyle na końcu wąskiej drogi. Rosnące przy prawym poboczu koślawe drzewa pochylają się nad nami. Morze cofa się, więc zatoka po lewej stronie zmienia się w bagno, upstrzone tu i ówdzie kępami zielonych wodorostów.

– Dobrze cię widzieć – mówi Conor i ścisza radio.

– Taa.

– Mam wrażenie, że ostatnio w ogóle cię nie widuję.

– Wiem. Byłam zajęta. Sam wiesz, szkoła, bla, bla, bla.

– Mówiłem poważnie. – Zaciska ręce na kierownicy. – Naprawdę jestem ci wdzięczny.

(Dom O’Callaghanów. Woń środków dezynfekujących. Uśmiech na twarzy Dymphny, kiedy wręczam jej wzorzysty szal, który kupiłam dla niej w Dunnes).

– To drobiazg, Conorze.

(Siedział na łóżku i wpatrywał się w plakat z filmu Legenda telewizji. Zaczął płakać. Nie wiedziałam, co robić. „Bądź mężczyzną”, mój ojciec powtarzał Bryanowi. „Przestań”. Objęłam Conora i przez chwilę stykaliśmy się głowami).

– Dla mnie to nie był drobiazg – mówi. (Nieznacznie odwrócił głowę i poczułam na policzku jego gorący oddech. Miałam wrażenie, że coś we mnie pęka, coś topnieje, coś, nad czym powinnam panować). – Chcę, żebyś…

– W porządku – przerywam mu, kiedy wjeżdżamy na osiedle. Zaglądam przez okno do domu Kellehersów. Nina i jej mąż Niall siedzą rozwaleni na kanapie, każde z kieliszkiem wina w dłoni. Trzymają się jej przeciwnych końców, jakby się bali, że przez przypadek mogą się dotknąć. Jedno z dzieci wbiega do pokoju. Czyjaś ręka niedbale mierzwi kręcone włosy dziewczynki, ale oczy nawet na chwilę nie odwracają się od telewizora. Rozglądam się po okolicy – w każdym z tych domów rozgrywają się podobne sceny, nic tylko krzesła i oczy wpatrzone w telewizory.

Conor parkuje obok mercedesa swojego ojca. Zanim zdąży zaciągnąć hamulec ręczny, otwieram drzwi. Widząc to, pochyla się w moją stronę i łapie mnie za rękę.

– Nie powinnaś była się śmiać.

– O co ci chodzi?

– Wcześniej. Kiedy Dylan powiedział to o Jamie. Nie powinnaś była się śmiać.

Widzę przez okno mamę, która ubrana w wykończony koronką różowy fartuch czeka, aż ojciec wróci z pracy.

Jesteś zupełnie jak moja matka, wiesz?

– Na litość boską, Conorze – warczę. – To był żart. No już, rozchmurz się.

(Twarz Jamie w parku, zbolała).

(Jamie, która rok temu przyszła do mnie zapłakana. „Co ja zrobię, Emmo? Co ja mam teraz zrobić?”).

Chciałabym móc wrócić do tamtej chwili. Powiedziałabym Dylanowi, żeby się odpieprzył i zostawił Jamie w spokoju. Wstawiłabym się za nią. Postąpiłabym, jak należy.

– O co ci chodzi? – Odchylam się w fotelu, świadoma, że pod rozpiętą koszulką widać fragment czarnego koronkowego biustonosza. Conor zerka w dół i równie szybko podnosi wzrok.

– Chodziło mi o to… Chodziło mi tylko o to, że…

– Że co? – Głos mam łagodny. Pochylam się w jego stronę. Kosmyk włosów opada mi na twarz. Conor wyciąga rękę, żeby zatknąć mi go za ucho, i cofa się jak oparzony.

– Dzięki za podwózkę. – Po tych słowach wysiadam z samochodu.

* * *

Moja sypialnia znów jest nieskazitelnie czysta. Dębowe łóżko z baldachimem zostało posłane i starannie przykryte patchworkową narzutą w kolorze lila. Czasopisma leżą ułożone w nogach łóżka, buteleczki z kosmetykami zostały zakręcone i wróciły na swoje miejsce na toaletce, z której ktoś starł resztki podkładu. Nawet moje kolczyki i naszyjniki zostały uprzątnięte. Otwieram drzwi szafy i odkrywam, że wszystkie ubrania zostały starannie złożone albo powieszone na solidnych drewnianych wieszakach. Mama nie próżnowała.

Dobra córka byłaby wdzięczna. (Nie powiedziałam, że może wchodzić do mojego pokoju).

To miłe z jej strony. (Ale o nic nie prosiłam).

(Teraz niczego nie znajdę, bo jak zawsze odłożyła wszystko nie tam, gdzie trzeba).

Chciałabym… sama nie wiem, czego bym chciała.

Kładę się na łóżku i wbijam wzrok w przyklejoną na suficie konstelację gwiazd. Moje uda lepią się do materiału narzuty. Upał jest nie do zniesienia, napiera na mnie z każdej strony, jak gdyby chciał się wgryźć w skórę. Przewracam się na brzuch i znowu na plecy, aż w końcu kładę się na boku. Nic jednak nie pomaga.

Leżę tak godzinami.

Piątek

Po szkole wszystkie cztery znowu wsiadamy do samochodu Maggie i opuszczamy szyby, żeby wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Jamie i Maggie sprzeczają się o to, czego będziemy słuchać: Kate Bush czy Taylor Swift. Jedziemy przez Ballinatoom, objeżdżamy miasteczko, przejeżdżamy przez Main Street i tak w kółko. Obserwuję promienie słońca na przedramieniu i czuję radosne podniecenie. Może w ten weekend coś się wydarzy. Cokolwiek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki