Sama - Katarzyna Nowak - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Sama ebook i audiobook

Katarzyna Nowak

4,6

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Przerażający reportaż.

Rzecz o latach maltretowania i przemocy seksualnej.

Kasia miała 12 lat, gdy rodzice oddali ją pod opiekę duchownego. Roman B. uwięził ją w mieszkaniu swojej matki. Tam bił ją, gwałcił i faszerował psychotropami.

Roman B., po odsiedzeniu krótkiego wyroku cieszy się wolnością i... koresponduje z dziećmi w internecie.

Książka zawiera fragmenty bloga autorki.

Autorka dostała 1 mln zł odszkodowania od Kościoła katolickiego z Zakonu Chrystusowców i dożywotnią rentę.

„Moja pamięć jest dziwna. Czasami bardzo szczegółowa do tego stopnia, że wraca do mnie wszystko, każda godzina mojego cierpienia, a nawet zapachy czy smaki z tamtego czasu. A niekiedy mam w niej tylko straszne czarne dziury. Możliwe, że moja psychika w taki sposób broni się przed bólem. Możliwe, że wymazanie tych najgorszych lat mojego życia jest potrzebne, żebym w ogóle mogła żyć dalej. Możliwe, że kiedyś tę pamięć stracę. Nie wiem przecież, jakie mogą być kolejne konsekwencje tej krzywdy, którą wyrządził mi ksiądz Roman. Możliwe, że pojawią się kolejne choroby, które odbiorą mi możliwości opisania jej ze wszystkimi szczegółami. Dlatego zdecydowałam się opowiedzieć moją historię, dopóki jestem w stanie to zrobić”, pisze Kasia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 191

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 36 min

Lektor: Dorota Landowska

Oceny
4,6 (45 ocen)
32
9
3
1
0
Sortuj według:
blapak

Dobrze spędzony czas

Przerażająca historia warta przeczytania, nawet jeśli czasem ciężko się czyta
10
Ewa_2020

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytałam tę książkę bardzo szybko. Jest ona dla każdego, ponieważ pokazuje jak nasze zaniedbanie,obojętność lub brak odwagi do działania może wpłynąć na życie ofiary. Mam na myśli ogólne sytuacje jak np. patologia u sąsiada, ale gdy policja pyta czy coś dostrzegli to oczywiście nic nie widzieli nic nie słyszeli. Wreszcie ujawnia jak Kościół potrafi manipulować. W jak okrutny sposób potrafią zachowywać się katolicy, ludzie którzy śmią twierdzić, że kochają Boga. To ,że się chodzi do kościoła, daje na tacę i popiera prawicowców,nie czyni człowieka dobrym. Inne insytucje i osoby,ktore powinny dbać o dzieci,jak wiele błędów zostało popełnionych, a mimo tego nikt nie czuje się winny...
00
SlazaczkaPotrafi

Nie oderwiesz się od lektury

Zal mi bohaterki. Fajnie ze odnalazla sens życia w pomocy innym ludziom.
00
MarKa59

Nie oderwiesz się od lektury

przerażające! zatrważające! oto kim jest dla kapłana kobieta a właściwie mała dziewczynka! żeby im wszystkim chuje odpadły i gnili w więzieniach do obsranej śmierci
00
AnnaSik

Dobrze spędzony czas

Wstrząsająca..Wyrzut sumienia dla wszystkich katolików.
00



Wstęp

Książkę tę dedy­kuję wszyst­kim skrzyw­dzo­nym, któ­rzy jesz­cze nie zna­leźli w sobie sił do walki o spra­wie­dli­wość. Dro­dzy, walcz­cie o sie­bie. To nie była wasza wina, byli­ście dziećmi, któ­rych nikt nie miał prawa krzyw­dzić.

Jestem przy­kła­dem tego, że prawda zawsze wygra. Nawet z tak potężną insty­tu­cją, jaką jest Kościół kato­licki. Cho­ciaż zro­bił wszystko, żeby mnie znisz­czyć psy­chicz­nie i zmu­sić, żebym się pod­dała, wytrwa­łam. Jako pierw­sza osoba w Pol­sce dopro­wa­dzi­łam do tego, że to on został przez sądy ska­zany na wypłatę zadość­uczy­nie­nia za krzywdy, jakie mi wyrzą­dzono, kiedy byłam dziec­kiem. Do tej pory sądy ska­zy­wały tylko spraw­ców, czyli księży, a wyroki bez­względ­nego wię­zie­nia zapa­dały bar­dzo rzadko. Po raz pierw­szy zapła­cić musiał zakon chry­stu­sow­ców jako insty­tu­cja, a nie nale­żący do niego ksiądz pedo­fil.

Wie­dzia­łam, że zmie­rze­nie się z prze­szło­ścią i tak szcze­gó­łowe jej opi­sa­nie będzie boleć, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że aż tak. Przy­wo­ły­wa­nie tych wszyst­kich strasz­nych wspo­mnień bar­dzo dużo mnie kosz­to­wało. Czu­łam, jak z każdą napi­saną stroną to wszystko, co wycier­pia­łam, znowu wraca. I mimo upływu lat, boli tak samo.

Od jakie­goś czasu pró­bo­wa­łam zmie­rzyć się z prze­szło­ścią. O moich trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach mogli­ście prze­czy­tać w mediach, frag­menty wspo­mnień publi­ko­wa­łam też na moim blogu, ale dopiero teraz spró­bo­wa­łam opi­sać także to, o czym ni­gdy wcze­śniej nie potra­fi­łam nikomu – nawet na tera­pii – opo­wie­dzieć. Nie zna­la­złam w sobie sił, by zmie­rzyć się z kosz­ma­rem, przez który prze­szłam w dzie­ciń­stwie i od któ­rego wciąż nie mogę się uwol­nić. To było dla mnie zbyt trudne. Bałam się nawet o tym myśleć. Może dla­tego, że ni­gdy nie mia­łam bez­piecz­nej prze­strzeni, w któ­rej mogła­bym to zro­bić?

Moja trauma i zespół stresu poura­zo­wego na­dal są bar­dzo silne. Do dziś zma­gam się ze skut­kami krzywdy wyrzą­dzo­nej mi przez jedy­nego czło­wieka, któ­remu wtedy odwa­ży­łam się zaufać.

Moja pamięć jest dziwna. Cza­sami bar­dzo szcze­gó­łowa do tego stop­nia, że wraca do mnie wszystko, każda godzina mojego cier­pie­nia, a nawet zapa­chy czy smaki z tam­tego czasu. A nie­kiedy mam w niej tylko straszne czarne dziury. Moż­liwe, że moja psy­chika w taki spo­sób broni się przed bólem. Moż­liwe, że wyma­za­nie tych naj­gor­szych lat mojego życia jest potrzebne, żebym w ogóle mogła żyć dalej. Moż­liwe, że kie­dyś tę pamięć stracę. Nie wiem prze­cież, jakie mogą być kolejne kon­se­kwen­cje tej krzywdy, którą wyrzą­dził mi ksiądz Roman. Moż­liwe, że poja­wią się kolejne cho­roby, które odbiorą mi moż­li­wo­ści opi­sa­nia wszyst­kiego ze szcze­gó­łami. Dla­tego zde­cy­do­wa­łam się opo­wie­dzieć moją histo­rię, dopóki jestem w sta­nie to zro­bić.

W książkę wplo­tłam frag­menty mojego bloga. Wiele wpi­sów oddaje stan, w jakim się znaj­do­wa­łam przed wie­loma mie­sią­cami, kiedy po raz pierw­szy pró­bo­wa­łam opi­sać to, przez co prze­szłam. Noto­wa­łam strzępy wspo­mnień, snów, w któ­rych wra­cały kosz­mary z prze­szło­ści i prze­my­śle­nia o tym, co działo się w cza­sie pro­cesu, a także póź­niej, kiedy po wygra­nej w sądach sta­łam się obiek­tem ata­ków. Czu­łam wtedy upo­ko­rze­nie, wście­kłość, ból, które musia­łam z sie­bie wyrzu­cić. W tej książce zapi­sa­łam całe moje życie i wymie­ni­łam wszyst­kich doro­słych, któ­rzy zawie­dli mnie naj­pierw jako dziecko, a póź­niej jako osobę doro­słą, oraz wszel­kie insty­tu­cje, które powinny chro­nić naj­słab­szych i zapo­bie­gać ich wyko­rzy­sty­wa­niu, a uda­wały, że nie widzą mojej krzywdy i przy­zwa­lały na nią. Mam nadzieję, że moja histo­ria prze­kona was rów­nież, że warto wal­czyć o spra­wie­dli­wość, nawet jeśli ta walka jest nie­równa i czę­sto ponad siły.

Dziew­czynka ze złego domu

Nie wiem, co to zna­czy nor­malne życie. Odkąd się uro­dzi­łam, moja codzien­ność była nazna­czona bólem i stra­chem. Gdy wra­cam myślami do cza­sów naj­wcze­śniej­szego dzie­ciń­stwa, pierw­sze, co przy­cho­dzi mi na myśl, to strach. Miesz­ka­łam z rodzi­cami i bra­tem w bar­dzo małej wsi kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów od Szcze­cina. Mam czwórkę rodzeń­stwa, ale dwaj starsi bra­cia i sio­stra wypro­wa­dzili się z domu, gdy mia­łam kilka lat. Wyje­chali do innego mia­sta, zamiesz­kali w inter­na­cie. Tam się uczyli, a póź­niej zna­leźli pracę i już ni­gdy nie wró­cili do domu. Ja zosta­łam z rodzi­cami i młod­szym bra­tem. Rodzeń­stwo po wyjeź­dzie rzadko nas odwie­dzało, z rodzi­cami miało słaby kon­takt. Myślę, że wypro­wadzka była dla nich w pew­nym sen­sie ulgą. Oczy­wi­ście nie było im łatwo, bo weszli w doro­słe życie wcze­śnie, zupeł­nie sami, bez jakiej­kol­wiek pomocy ze strony rodzi­ców i to było bez wąt­pie­nia bar­dzo trudne. Jed­nak miało tę zaletę, że nie musieli już prze­by­wać w domu peł­nym awan­tur i prze­mocy. Tak, rodzice są nie­stety uza­leż­nieni od alko­holu.

Nie jest mi łatwo o nich pisać, bo cho­ciaż dziś wiem, że to przez nich mia­łam tak trudne życie, kocham ich na­dal. Kocham i nie­na­wi­dzę jed­no­cze­śnie. Nie potra­fię wyba­czyć im tego, co musia­łam wycier­pieć w domu rodzin­nym, ale rów­nież, a może przede wszyst­kim tego, że zgo­dzili się, żeby ksiądz mnie z tego domu zabrał i potem prak­tycz­nie nie inte­re­so­wali się moim losem. To, co do nich czuję, to jest miłość prze­pla­tana nie­na­wi­ścią i żalem, ale mimo wszystko na­dal w tych moich zło­żo­nych uczu­ciach prze­waża miłość. Miłość dziecka do rodzica. Jaki­kol­wiek by on był.

Z upły­wem czasu do tych uczuć doszła jesz­cze litość. Jest mi ich bar­dzo żal. Współ­czuję im, bo teraz wiem, że są cho­rzy. Piszę „cho­rzy”, bo alko­ho­lizm to cho­roba. Nie­stety, moi rodzice całe życie wypie­rali swój nałóg. Zresztą do dziś to robią. Ni­gdy się nie przy­znali, że piją, a wszel­kie komen­ta­rze na ten temat odbie­rali jako atak na nich. Mam żal, że ni­gdy nie pod­jęli lecze­nia, choć ich o to wie­lo­krot­nie pro­si­łam. Wiem, że wycho­wali się w cięż­kich warun­kach, że pocho­dzą z domów peł­nych prze­mocy i są nie­udolni życiowo. Mama wcze­śnie stra­ciła rodzi­ców, została z piątką dzieci bez żad­nej pomocy. Tata miał ojca tyrana. Bab­cia sypiała na sto­jąco za szafą, cho­wa­jąc się przed dziad­kiem, który rów­nież był alko­ho­li­kiem i prze­mo­cow­cem. Bił tatę do krwi. Kie­dyś pró­bo­wał go powie­sić. Zda­rzało się, że mój tato, gdy był małym chłop­cem, musiał ucie­kać przed wła­snym ojcem z domu i spę­dzał noce pod kościel­nym murem.

Wiem, że mieli straszne dzie­ciń­stwo. Nie poj­muję jed­nak, dla­czego powie­lili te sche­maty, zamiast je odwró­cić, zapew­nić swoim dzie­ciom lep­sze życie, niż sami mieli. Nie­stety, nie zro­bili nic, by prze­rwać tę spi­ralę pijań­stwa i prze­mocy. Nie chcę ich oczer­niać, tylko poka­zać, z czym musia­łam się mie­rzyć, będąc dziec­kiem dwojga alko­ho­li­ków. U mnie nie było tak, jak cza­sem bywa w innych domach, że pije jeden rodzic, na przy­kład ojciec, i dziecko ma bez­pieczną przy­stań w mamie. Ja nie mia­łam jej w nikim.

2 lipca 2019

Jak to jest być kocha­nym?

Nie wiem, nie potra­fię tego porów­nać, bo

nie mam do czego, ni­gdy nie byłam kochana.

Nie znam miło­ści rodzi­ciel­skiej, rodzin­nej, w sumie chyba żad­nej. Nie wiem, co to jest.

Ni­gdy tego nie doświad­czy­łam, ni­gdy rodzice mnie nie przy­tu­lili, nie powie­dzieli,

że kochają. Ni­gdy nie mia­łam zapew­nio­nego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Jedy­nie mogę powie­dzieć, jak to wyglą­dało u moich kole­ża­nek. Zawsze im tego zazdro­ści­łam,

kiedy widzia­łam, jakie mają rela­cje z rodzi­cami, z rodzeń­stwem, jak dobrze się uczą,

że mają wszyst­kie przy­bory do szkoły,

ładne miesz­ka­nia, fajne ciu­chy, że mają

co jeść i co naj­waż­niej­sze, że rodzice je kochają, nie piją, nie biją i nie robią awan­tur.

Rodzice od zawsze uzna­wali mnie za wroga, bo cho­wa­łam im butelki z alko­ho­lem, żeby nie pili. Byłam złym dziec­kiem, które według nich prze­sa­dzało. Pili, od kiedy pamię­tam. Mieli wie­lo­dniowe ciągi i czę­sto pod wpły­wem alko­holu demo­lo­wali miesz­ka­nie. Nisz­czyli nawet ściany. Mama kie­dyś kupiła nowe meble i tata już następ­nego dnia pociął je piłą. Mama też, gdy była w ciągu, potra­fiła wyrzu­cić wszystko z domu do ogródka. Mnie szar­pała, biła, wyzy­wała od naj­gor­szych. Mówiła, że ja i brat jeste­śmy znaj­dami. Tata twier­dził, że jeste­śmy źli i nie możemy być jego dziećmi.

Pamię­tam te wszyst­kie tra­giczne noce, kiedy sie­dzia­łam ukryta pod koł­drą i trzę­słam się ze stra­chu, bo oni znów demo­lo­wali dom i się bili. To powta­rzało się przez wiele lat. Prak­tycz­nie przez wszyst­kie, które spę­dzi­łam w domu rodzin­nym. Mama wołała: „Pomocy, ratunku!”, a ja nie wie­dzia­łam, co mam robić. Byłam tylko małą, prze­ra­żoną dziew­czynką. Jed­nak, mimo stra­chu, czu­łam, że muszę jakoś ją obro­nić.

Bili się zawzię­cie. Oby­dwoje czę­sto byli pocięci, podra­pani, jed­nak to tata był sil­niej­szy i to głów­nie on okrop­nie znę­cał się nad mamą. Zawsze wkra­cza­łam, pró­bo­wa­łam go odcią­gnąć, ale nie zawsze się uda­wało. Potra­fił ode­pchnąć mnie tak mocno, że bałam się podejść drugi raz. Wtedy tylko krzy­cza­łam albo wzy­wa­łam poli­cję. Tata bił mamę strasz­nie. Czę­sto leżała na pod­ło­dze cała zakrwa­wiona. Zwy­kle ona też była wtedy pijana. Kiedy miała wię­cej siły, bie­gła z nożem do taty i nie­raz go tym nożem ska­le­czyła. Raz tata pobił mamę tak, że gdy weszłam do domu, to jej nie pozna­łam, miała spuch­niętą całą twarz, pod­bite oczy, zła­many nos, trudno wtedy było powie­dzieć, że to twarz. Był to kosz­marny widok, ni­gdy go nie zapo­mnę.

Pamię­tam, jak mama pew­nej zimy po pijaku zła­mała nogę i nosiła gips, pamię­tam, jak musiała ucie­kać przed tatą z domu i cho­dziła po wsi z tym gip­sem mimo mrozu na dwo­rze.

Zda­rzało się i tak, że gdy wra­ca­łam do domu, to taty nie było, mama spała pijana w pokoju, a na pod­ło­dze mię­dzy poko­jami leżał sąsiad, pan Rafał. Nie lubi­łam go, bo gdy przy­cho­dził, to wia­domo było, że będą pić. Leżał nie­przy­tomny, a ja bałam się przejść obok niego, musia­łam wyjść z domu i cze­kać kilka godzin na placu zabaw, aż wytrzeź­wieje i sobie pój­dzie. Któ­re­goś wie­czoru ten sąsiad pił z tatą w kuchni, był bar­dzo pijany. Ja już byłam wyką­pana, mia­łam na sobie taką białą halkę. W pew­nym momen­cie sąsiad zaczął się dziw­nie zacho­wy­wać, jakby miał jakieś halu­cy­na­cje, widział we mnie inną osobę, wykrzy­ki­wał coś i zaczął mnie gonić. Byłam prze­ra­żona, zaczę­łam pła­kać i ucie­kłam na podwórko, a kiedy zoba­czy­łam, że on też wyszedł, scho­wa­łam się do obórki i prze­sie­dzia­łam tam całą noc. Była wtedy mroźna zima. Potwor­nie mar­z­łam, ale bałam się wró­cić do domu. Mia­łam wtedy z sześć, naj­wy­żej osiem lat.

1 grud­nia 2019

Jeden z wielu dni…Pamię­tam, jak nad­szedł gru­dzień.

Jako dziecko bar­dzo cie­szy­łam się ze świąt. Mimo że pra­wie wszyst­kie w moim domu były pełne pła­czu i prze­mocy, bo dla rodzi­ców był to kolejny powód do napi­cia się, to jakoś w tej swo­jej dzie­cię­cej gło­wie zawsze sobie myśla­łam, że może aku­rat w te święta się nie napiją albo że przy­je­dzie ktoś z rodziny i to ich powstrzyma, więc zawsze mia­łam nadzieję, że może aku­rat te będą fajne. Takie jak u innych. Takie, jakie widzia­łam u sąsia­dów w mojej rodzin­nej miej­sco­wo­ści przez okna. Cie­płe, rodzinne. Bez krzyku. Nie­stety, zawsze oka­zy­wało się ina­czej. I albo się bałam, albo pła­ka­łam. Kiedy nad­cho­dził czas na pre­zenty, żadne mnie nie cie­szyły,

gdy widzia­łam rodzi­ców, któ­rzy się kłócą.

Mama czę­sto pod wpły­wem alko­holu chciała popeł­nić samo­bój­stwo, więc cho­wa­łam noże, leki, klu­cze od domu, żeby ni­gdzie nie wyszła i nie pró­bo­wała się powie­sić albo w jakiś inny spo­sób ode­brać sobie życia. Żyłam w cią­głym lęku, stre­sie. Kiedy zamy­ka­łam drzwi i zabie­ra­łam klucz, żeby nie wyszła z domu i nie zro­biła sobie krzywdy, cza­sem uspo­ka­jała się i zasy­piała pijana na fotelu czy w łóżku i był spo­kój. Ale czę­ściej przy­cho­dziła do pokoju, który dzie­li­łam z bra­tem, szar­pała mnie, biła, krzy­czała, że mam jej ten cho­lerny klucz oddać. Zasła­nia­łam się tylko rękoma przed jej cio­sami i bła­ga­łam, żeby mnie zosta­wiła, żeby poszła spać, że jest noc. Cza­sem się uda­wało, a cza­sem nie dałam rady jej zatrzy­mać i musia­łam oddać jej klucz.

Tata z mamą nie­na­wi­dzili się od zawsze, ale ni­gdy się nie roze­szli. Przez więk­szość życia pili osobno, ukry­wa­jąc alko­hol przed sobą nawza­jem. Tę nie­na­wiść oka­zy­wali, od kiedy pamię­tam.

Tata po alko­holu nie tylko robił się agre­sywny, ale też zacho­wy­wał się bar­dzo dziw­nie: sły­szał różne głosy, uwa­żał, że ktoś go prze­śla­duje albo pod­słu­chuje. Bałam się spać, kiedy wpa­dał w takie stany, bo potra­fił wie­lo­krot­nie w ciągu nocy wcho­dzić do mnie do pokoju i mówić różne dziwne rze­czy albo widział we mnie kogoś, kim nie byłam – na przy­kład zwra­cał się do mnie jak do poli­cjanta. Bar­dzo się wtedy bałam. Wiele lat póź­niej tera­peutka, któ­rej o tym powie­dzia­łam, stwier­dziła, że tata musi cier­pieć na schi­zo­fre­nię para­no­idalną.

Czę­sto awan­tury trwały wiele godzin. Nawet gdy pijani do nie­przy­tom­no­ści w końcu padali, ja nie mogłam usnąć. Musia­łam spać z ojcem i trzy­mać go za kie­szonkę koszuli, bo wtedy nie wsta­wał i nie bił mamy. Czę­sto całą noc grało radio, które tata włą­czał na cały regu­la­tor zawsze, gdy się upi­jał. Te noce były kosz­marne, a rano musia­łam wstać i iść do szkoły. Nie­wy­spana, czę­sto brudna, bez śnia­da­nia i nie­raz zapła­kana, bo gdy rano rodzice się budzili, od nowa zaczy­nali się kłó­cić mię­dzy sobą i krzy­czeć na nas.

W szkole ja i brat byli­śmy źle trak­to­wani przez rówie­śni­ków. Uczy­li­śmy się słabo. Tak naprawdę ni­gdy nie odra­bia­li­śmy lek­cji, bo czę­sto nie mie­li­śmy pod­ręcz­ni­ków, a w domu nie było warun­ków do nauki. Rodzice nie tylko ni­gdy nie usie­dli z nami do lek­cji, ale nawet nie zapew­nili nam miej­sca, w któ­rym mogli­by­śmy te lek­cje odra­biać. Zda­rzało się, że ledwo zda­wa­łam z klasy do klasy. Byli­śmy zanie­dbani, byli­śmy gorsi i tak nas trak­to­wano. Głów­nie drę­czono mojego młod­szego brata. Przez to, że rodzice palili papie­rosy, kole­dzy wyzy­wali go od „śmier­dzieli”, bo dym wni­kał w jego ubra­nia. Mój brat był zamknięty w sobie, bar­dzo słabo się uczył. Cho­dzi­łam cza­sem do niego na prze­rwie spraw­dzić, czy wszystko u niego w porządku. Jego też musia­łam chro­nić. Któ­re­goś razu zoba­czy­łam, że kolega się nad nim znęca, cią­gnie go za kap­tur po kory­ta­rzu, a mój brat dusi się i pła­cze. Nie wiem, co we mnie wstą­piło, ale rzu­ci­łam się na tego chło­paka i tak go okła­da­łam pię­ściami, że gdyby inne dzieci mnie nie odcią­gnęły, to nie wiem, jak by się to skoń­czyło. Było mi tak bar­dzo żal mojego brata, że stra­ci­łam nad sobą kon­trolę. Ale ten chło­pak już wię­cej mojego brata nie tknął.

Kiedy wra­ca­li­śmy szkol­nym auto­bu­sem do naszej wsi, liczy­łam drzewa, a z każ­dym kolej­nym coraz bar­dziej bolał mnie brzuch, bo wie­dzia­łam, że jestem coraz bli­żej domu. Bałam się, co tam zastanę, czy rodzice będą pijani, czy nie. Kiedy byli trzeźwi, ja byłam szczę­śliwa, bo wie­dzia­łam, że będę miała odro­binę spo­koju, że nie będę musiała się mar­twić. W te dni, kiedy nie pili, mogłam spo­koj­nie wyjść na podwórko albo na plac zabaw.

Kole­ża­nek nie mia­łam. Nikt nie chciał się ze mną zaprzy­jaź­nić, bo pocho­dzi­łam, z domu alko­ho­li­ków. Cała wieś znała moich rodzi­ców, więc inne dzieci albo miały zakaz zabawy z nami, albo po pro­stu same nie chciały się z nami spo­ty­kać, bo byli­śmy dla nich gorsi. Wsty­dzi­łam się zapra­szać kogo­kol­wiek do domu. Ni­gdy nie wie­dzia­łam, czy aku­rat rodzice nie będą pijani. Poza tym żyli­śmy w strasz­nej bie­dzie. Nie było łazienki, cie­płej wody, czę­sto nie mie­li­śmy co jeść. Miesz­ka­łam z bra­tem w jed­nym małym pokoju.

Byłam bar­dzo zamkniętą, wyco­faną dziew­czynką, czu­łam się gor­sza od innych, więc zawsze cho­wa­łam się po kątach i rzadko sama wycho­dzi­łam z jakąś ini­cja­tywą. Mia­łam tylko jedną kole­żankę. Przy­jeż­dżała na nie­które week­endy do dziad­ków i to z nią się kole­go­wa­łam przez kilka lat. Ona wie­działa, jak wygląda sytu­acja w moim domu. Nie zawsze to rozu­miała, bo jej rodzice nie pili i czę­sto obra­żała się na mnie, że nie chcę pójść się z nią poba­wić czy pojeź­dzić na rowe­rze, ale jakoś trwała ta nasza zna­jo­mość. Ona jedyna przy­cho­dziła cza­sem do mnie do domu.

Nie mia­łam takiego życia, jak inne dzieci. Sie­dzia­łam pra­wie całe dnie w domu, pil­nu­jąc rodzi­ców, aby się nie poza­bi­jali. Bałam się wycho­dzić, bo wie­dzia­łam, że gdy mnie nie będzie, tata zacznie bić mamę, a oprócz mnie nikt by jej nie pomógł. Mój brat też bał się tych awan­tur, ale miał chyba więk­sze zdol­no­ści do wypar­cia pro­ble­mów albo jego dzie­cięca psy­chika tak dzia­łała, że potra­fił od nich uciec. Pójść na wieś i się bawić. Ja nie umia­łam. Rodzice, kiedy mieli ciągi, potra­fili awan­turować się cza­sami kilka dni z rzędu. I w dzień, i w nocy.

Kiedy zda­rzało im się wytrzeź­wieć, oka­zy­wali się cał­kiem innymi ludźmi. Byli w sta­nie jakoś funk­cjo­no­wać. Mama nawet goto­wała obiady. Kiedy tylko się napili, wszystko dia­me­tral­nie się zmie­niało. W domu koń­czył się spo­kój.

Rodzice pili od zawsze i od zawsze mieli złe rela­cje. Cza­sem potra­fili ze sobą roz­ma­wiać, ale tylko wtedy, kiedy byli trzeźwi. Pod wpły­wem alko­holu od razu zaczy­nały się awan­tury. Przy­bie­rały różną postać, jed­nak naj­gor­sze było to, że pra­wie zawsze wtedy docho­dziło do prze­mocy. Od razu rzu­cali się sobie do gar­deł. Tata jako męż­czy­zna był sil­niej­szy, ale i mama nie pozo­sta­wała mu dłużna. Przez wszyst­kie te lata, kiedy miesz­ka­łam w domu, byłam ich ratow­ni­kiem.

23 wrze­śnia 2019

Tak, wiem, nie mia­łam rodzi­ców. Są, żyją, ale jakby ich ni­gdy nie było. W sumie ni­gdy nie było nikogo, komu mogła­bym powie­dzieć, co się dzieje. Popro­sić o pomoc. Nie miał kto za mną sta­nąć i mnie obro­nić. Takie dzieci naj­ła­twiej wybrać. Ale żeby aż takie zło spo­tkało jedną osobę, dziecko? Za co?

Rodzice byli agre­sywni nie tylko wobec sie­bie. Bili także nas. Mówili wtedy, że dosta­li­śmy z bra­tem lanie, bo sobie na to zasłu­ży­li­śmy. Jed­nak naj­wię­cej bólu zada­wali sobie wza­jem­nie. Bar­dzo się bałam tych awan­tur i tego, że coś strasz­nego im się sta­nie. Czę­sto do rodzi­ców przy­cho­dzili różni ludzie, z któ­rymi pili. Wró­ci­łam kie­dyś ze szkoły, a na pod­ło­dze w pokoju leżał zalany do nie­przy­tom­no­ści sąsiad. Bałam się przejść obok niego, więc spę­dzi­łam wiele godzin na scho­dach przed domem, cze­ka­jąc, aż on się obu­dzi. Rodzice też wtedy spali pijani.

5 listo­pada 2019

Nie­na­wi­dzę rodzi­ców za to, że zmar­no­wali mi dzie­ciń­stwo.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że musia­łam szu­kać pomocy u kogoś obcego.

Za to, że odkąd przy­szłam na świat, prze­cho­dzi­łam gehennę.

Za to, że zazna­łam zanie­dba­nia, bólu, głodu, opusz­cze­nia.

Nie­na­wi­dzę rodzi­ców za to, że mnie ni­gdy

nie kochali.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że kiedy ksiądz pierw­szy raz się dopu­ścił mole­sto­wa­nia mnie na ple­ba­nii, kiedy miał uczyć mnie mate­ma­tyki, to wró­ci­łam do domu i nie rozu­mia­łam, że to, co zro­bił, było złe. Że nie nauczyli mnie tego odróż­niać. Że ni­gdy nie powie­dzieli mi, czym jest zły dotyk.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że bałam się im cokol­wiek powie­dzieć, żeby mnie nie zbili.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że mi nie uwie­rzyli.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że mnie bili.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że sie­bie nawza­jem bili. Nie­na­wi­dzę ich za to, że się mną nie inte­re­so­wali, że mnie nie szu­kali.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że musia­łam patrzeć

na ich pijań­stwo.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że cią­gle mówili, że jestem pro­ble­mem.

Nie­na­wi­dzę ich za strach, w jakim musia­łam żyć wiele lat w domu rodzin­nym.

Nie­na­wi­dzę ich za nocne awan­tury, za krew try­ska­jącą po ścia­nach, za roz­wa­lone meble czy poła­mane drzwi.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że kiedy cho­wa­łam klucz,

żeby mama się nie powie­siła, biła mnie po twa­rzy, kiedy nie chcia­łam jej go oddać.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że zawsze z bra­tem byli­śmy pośmie­wi­skiem dla rówie­śni­ków.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że kiedy dowie­dzieli się o tym, co prze­szłam, co zro­bił mi ksiądz,

ni­gdy nie dali mi wspar­cia.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że odkąd wypro­wa­dzi­łam się z domu, ni­gdy mi nie pomo­gli. Nie zapy­tali, czy mam co jeść, za co żyć.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że ja czę­sto za ostat­nie ciężko zapra­co­wane pie­nią­dze im poma­ga­łam. Nie­na­wi­dzę ich za to, że pra­wie wszyst­kie święta były przez nich pełne pła­czu.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że tata do mnie ni­gdy nie dzwoni.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że do dziś pod wpły­wem alko­holu obwi­niają mnie, że to moja wina, że znisz­czy­łam im życie.

Mimo wszystko ich cią­gle kocham i chcę być bli­sko nich i chcę być inna niż oni. Chcę im poka­zać, że można być dobrym czło­wie­kiem. Chcę, by ostat­nie lata swo­jego życia dobrze prze­żyli.

Ksiądz jak bóg

Moja rodzina była bar­dzo wie­rząca. Bab­cia, mama mojego taty, do dziś ma w domu ołta­rzyk, przed któ­rym się modli. Są tam obrazki z Maryją, Jezu­sem, a nawet papie­żem. Przy­znam szcze­rze, że kiedy odwie­dzam bab­cię, sia­damy w tym pokoju, w któ­rym to wszystko stoi, i nie czuję się naj­le­piej, ale rozu­miem, że tak już u niej jest. Bab­cia należy do innego poko­le­nia i mimo że ja już jestem osobą nie­wie­rzącą, to sza­nuję ją i to, w co wie­rzy. Kiedy bab­cia nie ma sił iść do kościoła, bo już jest w takim wieku i sta­nie, że wię­cej leży, niż cho­dzi, to sta­wia się jej krze­sło przed wej­ściem do domu i tak słu­cha mszy. Kościelny mur zaczyna się zale­d­wie dwa­dzie­ścia metrów od wej­ścia na jej podwó­rze. Bab­cia spę­dziła więc całe życie jakby pod tym kościo­łem.

Wszy­scy byli­śmy wycho­wy­wani w wie­rze. Życie na wsi wyglą­dało tak, że ludzie w tygo­dniu pra­co­wali na polach, a w dni świą­teczne ubie­rali się ład­nie i szli na mszę. Nie było ani jed­nego domu, z któ­rego ktoś nie cho­dził do kościoła. Nie zna­łam w tam­tym cza­sie nikogo, kto nie byłby wie­rzący. Wszy­scy, moi rodzice także, zawsze przyj­mo­wali księ­dza po kolę­dzie. Tata był jedyną znaną mi osobą, która cho­dziła do kościoła tylko na pogrzeby czy śluby. Ja, gdy byłam mała, musia­łam co nie­dzielę być na mszy, bo mama mi kazała. W domu zawsze się mówiło, że Bóg jest, a księża są rów­nie ważni jak on sam. Od naj­młod­szych lat sły­sza­łam od mamy, że jeśli coś źle zro­bię, pójdę do pie­kła, że muszę kochać i sza­no­wać Pana Boga. Nie dopusz­czała nawet myśli, że można nie pójść na pasterkę, nie prze­ła­mać się opłat­kiem albo nie poświę­cić jajek z oka­zji świąt wiel­ka­noc­nych. Ponie­waż w takiej rodzi­nie zosta­łam wycho­wana, cho­dziłam na msze i inne kościelne uro­czy­sto­ści. I wie­rzy­łam w tego Boga.

Mia­łam wtedy może z dzie­sięć lat, ale pamię­tam to jak dziś. Poszłam do kościoła, uklę­kłam i zaczę­łam się modlić. Pro­si­łam Pana Boga, żeby mój star­szy brat i jego dziew­czyna przy­je­chali do nas w odwie­dziny, bo wtedy przez kilka dni rodzice by nie pili i byłoby faj­nie. Następ­nego dnia oni rze­czy­wi­ście wpa­dli na week­end, a ja byłam bar­dzo szczę­śliwa. Połą­czy­łam to wtedy z tą moją prośbą i wie­rzy­łam, że Bóg mnie wysłu­chał…

Bierz­mo­wa­nia nie mamy ani ja, ani mój młod­szy brat. Kiedy moi rówie­śnicy przyj­mo­wali ten sakra­ment, ja byłam już osobą nie­wie­rzącą i nie chcia­łam mieć nic wspól­nego z tą insty­tu­cją. Dla­czego bierz­mo­wa­nia nie ma mój brat? Nie wiem.

Lata 2000–2005 to chyba był naj­gor­szy czas w moim rodzin­nym domu. Rodzice wtedy pili prak­tycz­nie non stop. Byłam bar­dzo nie­szczę­śli­wym dziec­kiem. I strasz­nie samot­nym. Ni­gdy nikt nie zare­ago­wał na to, co się u nas dzieje. A prze­cież ludzie nie mogli nie wie­dzieć. Musieli widzieć ojca czę­sto leżą­cego w jakichś rowach i mnie, jak jeż­dżę rowe­rem po wsi i go szu­kam. Musieli sły­szeć i widzieć alko­ho­lowe liba­cje i awan­tury. Nie tylko nasi naj­bliżsi sąsie­dzi miesz­ka­jący przez ścianę, w dru­giej połówce bliź­niaka. Każdy z naszej wsi wie­dział prze­cież, że w tym pijac­kim domu są dzieci. Ni­gdy nikt nie prze­jął się naszym losem, ni­gdy nikt nam nie pomógł.

W 2005 roku pozna­łam księ­dza Romana B. Byłam wtedy w VI kla­sie szkoły pod­sta­wo­wej, mia­łam 12 lat. Tego dnia reli­gia była pierw­szą lek­cją. Oka­zało się, że będzie ją pro­wa­dził nowy ksiądz, czyli on. Sie­dzia­łam w pierw­szej ławce. To był bar­dzo ciężki dla mnie dzień, bo w domu przez całą noc cią­gnęła się awan­tura i po raz kolejny poszłam do szkoły nie­wy­spana, zmę­czona i zapła­kana. Na lek­cji byłam nie­obecna myślami, bo źle się czu­łam, chciało mi się na zmianę spać i pła­kać. Każdy pisał coś w zeszy­cie, a ja nie mia­łam na to siły, więc mój zeszyt był pusty. Kiedy lek­cja dobie­gła końca i wszy­scy zaczę­li­śmy wycho­dzić, on zawo­łał mnie do biurka i powie­dział, żebym jesz­cze chwilę została. Zestre­so­wa­łam się, bo ni­gdy wcze­śniej żaden z nauczy­cieli nie kazał mi zosta­wać na prze­rwie w kla­sie, nie inte­re­so­wał się mną. On pod­szedł do drzwi i je zamknął, bo po wyj­ściu kole­gów zostały otwarte na oścież, i zapy­tał, co się dzieje. Czy dobrze się czuję, bo on widzi, że pła­ka­łam i czy może mi jakoś pomóc. Powie­dzia­łam, że nic się nie dzieje. Mimo moich zapew­nień dopy­ty­wał, a ja odpowie­działam tylko, że źle się dzi­siaj czuję i że poza tym wszystko jest okej. Zapy­ta­łam, czy mogę już iść, a on powie­dział, że tak. I poszłam.

Przez kilka tygo­dni cią­gle pró­bo­wał ze mną poroz­ma­wiać. Obser­wo­wał mnie na kory­ta­rzu. Pod­cho­dził do mnie i pytał, jak się czuję, czy wszystko w porządku. Tak samo było, gdy sie­dzia­łam pod klasą i cze­ka­łam na lek­cje. Gdy były jakieś imprezy szkolne, widzia­łam, że roz­gląda się, gdzie jestem. Bar­dzo mnie wku­rzało, że za mną łazi. Któ­re­goś razu powie­dział: „Mnie nie musisz się bać. Jestem księ­dzem, nie zro­bię ci krzywdy, chcę ci pomóc. Zaufaj mi”. Nie chcia­łam z nim roz­ma­wiać. Nie tylko dla­tego, że go nie zna­łam, ale też bałam się go. Żaden z nauczy­cieli ani w ogóle nikt w całym moim dotych­cza­so­wym życiu nie pytał mnie, czy dzieje się coś złego, czy potrze­buję pomocy, więc była to dla mnie nowa i dziwna sytu­acja.

Za któ­rymś razem pomy­śla­łam, że może on naprawdę chce mi pomóc, że jest księ­dzem, że jest dobry. Byłam wtedy w naprawdę kiep­skim sta­nie psy­chicz­nym.

W końcu, cho­ciaż bar­dzo się bałam, że gdy komuś powiem, co się u nas dzieje, zabiorą mnie i brata do domu dziecka, opo­wie­dzia­łam mu o sobie. Że bar­dzo się boję o młod­szego brata i o rodzi­ców, że sobie coś zro­bią. Że nas biją, że jest okrop­nie, że potrze­bu­jemy ratunku. Powie­dział, że pomoże mnie i mojej rodzi­nie, że będzie lepiej. Do dziś nie mogę sobie wyba­czyć, że się otwo­rzy­łam, że mu opo­wie­dzia­łam o sobie i o moich domo­wych dra­ma­tach. Tak, wiem, skąd mogłam wie­dzieć, jaki ma plan? Skąd mogłam wie­dzieć, że tra­fię do jesz­cze więk­szego pie­kła? Ale i tak nie mogę pogo­dzić się z tym, że mu zaufa­łam. Tak, wiem – on był księ­dzem, rodzice byli wie­rzący, kazali mi cho­dzić do kościoła, zawsze powta­rzali, że ksiądz to jak Bóg…

Ale gdy­bym wtedy mu nie powie­działa, to może by mnie nie wybrał?

Opo­wie­dział tro­chę o sobie: że nie­dawno miał świę­ce­nia kapłań­skie, że został przy­dzie­lony do pracy z mło­dzieżą i że chce poma­gać dzie­cia­kom z tej para­fii. Był bar­dzo miły, cią­gle się uśmie­chał, dużo żar­to­wał. Mówi­łam mu wcze­śniej, że w domu nie mam warun­ków do odra­bia­nia lek­cji i nauki, przez co mam słabe oceny i nie wiem, czy zdam do kolej­nej klasy. Pytał, czy potrze­buję pomocy. Opo­wie­działam mu o całym swoim dzie­cię­cym dra­ma­cie. Pierw­szy raz oso­bie doro­słej. Pierw­szy raz ktoś w ogóle zwró­cił na mnie uwagę. Do tej pory nikogo nie obcho­dzi­łam. Nikt mnie nie widział.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki