Wydawca: Muza Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 574 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sam na sam ze śmiercią - Nikodem Pałasz

Inspektor Wolski musi ponownie zmierzyć się z duchami przeszłości

Wschodząca gwiazda polskiej ligi Moloki Mooketsi zostaje brutalnie zamordowany w swoim podwarszawskim mieszkaniu. Sposób, w jaki pozbawiono go życia, może wskazywać na mord rytualny. Multimilioner Jan Grabek, właściciel klubu, w którym grał Moloki, nie ufa policji. Decyduje się zaangażować do prywatnego śledztwa byłego policjanta i od niedawna byłego inspektora Europolu Wiktora Wolskiego. 
Charyzmatyczny gliniarz, znany z Brudnej gry, wnika w świat polskiego futbolu. Poznaje ciemne tajemnice podwarszawskiego klubu, którym w przeszłości kierowali ludzie stojący na bakier z prawem. Szukając mordercy, spotka na swojej drodze skorumpowanych trenerów, uzależnionych od hazardu i alkoholu zawodników, fałszywych menedżerów i szalonych rodziców. 
Ale Wolski ma jeszcze jedną tajemnicę do rozwikłania. Przeszłość nie daje mu spokoju. Szukając prawdy o śmierci swojego ojca, decyduje się na ryzykowny wyjazd do Petersburga, gdzie spotyka byłego agenta KGB. Tam kolejny raz staje Sam na sam ze śmiercią.

Opinie o ebooku Sam na sam ze śmiercią - Nikodem Pałasz

Fragment ebooka Sam na sam ze śmiercią - Nikodem Pałasz

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Piekarska

© by Nikodem Pałasz

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2015

ISBN 978-83-7758-937-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2015

Wydanie I

FRAGMENT

Dla D. B. L.

Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;

Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada.

Edward Stachura, Życie to nie teatr

Porucznik Columbo: Lubi pan czytać, doktorze?

Dr Ray Flemming: Tak, lubię.

Porucznik Columbo: A czytuje pan kryminały?

Dr Ray Flemming: Nie za często.

Columbo: O, a ja uwielbiam kryminały. Relaksują mnie. Jedyny kłopot z nimi jest taki, że nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Chodzi mi o to, że tam za każdym razem łapią sprawcę, a obaj wiemy, że nie zawsze tak się dzieje.

Przepis na morderstwo (1968)

Bohaterowie

Świat sportu:

klub Grabex Zielonka

Moloki Mooketsi – zamordowany piłkarz

Henryk Nawal – trener pierwszej drużyny

Witold Wieczorek – drugi trener pierwszej drużyny

Wacław Klimek – trener juniorów

Krzysztof Władykin vel Kris – piłkarz

Tomasz Goduń vel Lew – piłkarz

Piotr Szczych vel Łysy – piłkarz

Paweł Deptuła vel Deptak – piłkarz

Jan Grabek – milioner, właściciel klubu

Włodzimierz Larys – prezes klubu

Doktor Adrian Łoś – lekarz klubu

Pan Wiesio – złota rączka w klubie

Wojciech Kaliński – menedżer Molokiego Mooketsiego

Policja:

Wiktor Wolski – młodszy inspektor policji, były pracownik Komendy Stołecznej, pracownik Europolu

Marek Janik – podkomisarz w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw

Agnieszka Stańczyk vel Ruda – aspirant sztabowy w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw

Artur Schmidt – nadinspektor, szef Komendy Stołecznej Policji

Dariusz Ochodzki – młodszy inspektor policji, rzecznik dyscyplinarny, Komenda Stołeczna

Konrad Wodzicki – podkomisarz, pracownik Wydziału Kontroli Komendy Stołecznej Policji

Jan Morawiec – Komenda Główna Policji

Eryk Zaleski – patomorfolog

Wiktoria Szwejcer – była psycholog policyjna

Inni:

Adam Lutkowski – ojciec braci grających w drużynie juniorów Grabexu Zielonka

Lena Nowicka – dziennikarka śledcza

Róża Borska – szefowa agencji towarzyskiej

Katarzyna Kuziaba – dziewczyna Molokiego

Profesor Klemens Sołomerecki – przyjaciel Wiktora Wolskiego

Alberto – właściciel dyskoteki Atlantyk

Arnold Kański – właściciel studia tatuażu Golden Shot

Władimir Aleksandrowicz Kowalow – były pracownik Ambasady Rosji w Polsce

Aleksy Pietrojew – Ambasador Rosji w Polsce

Elżbieta Kosik – sąsiadka Molokiego

Adam Kaczmarczyk – szef sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych

* * *

– Masz go zabić.

– Ale to gliniarz przecież. Nie mogę…

– Dla mnie to on może być nawet Marsjaninem, rozumiesz? Nie interesują mnie twoje rozterki. Mamy układ. Ty zrobisz swoje, ja swoje.

– Umowa była inna.

– A od kiedy w pierdlu przestrzega się umów, co?

– To nie jest zwykły gliniarz.

– A co on jest? Niewidzialny?

– Jego nie da się tak po prostu. Będzie smród.

– Do ciebie nie doleci. Zorganizuj to. To jest zlecenie z góry.

– Z jakiej góry?

– Z Giewontu, kurwa! Z jakiej góry, się pyta. A ty co, przewodnik po Tatrach piszesz pod celą? Z samej góry. Kumasz? Załatw to jakoś, a za pół roku będziesz chodził po świeżym powietrzu.

– Pół roku?

– P-ó-ł r-o-k-u. Wiesz już, z jakiej góry? No. Tylko się nie zesraj ze szczęścia.

Prolog

1

– Kawy?

– Nie, dziękuję.

– Może herbaty po góralsku? – zapytał Schmidt i zażartował: – Ty chyba pochodzisz z gór.

– Szefie, szef wybaczy, ale nie przyszedłem tu na lunch albo żeby sobie popić. – Marek chciał, by ta odpowiedź zrobiła wrażenie na komendancie stołecznym policji. Nie udało mu się. Ani z niego Brudny Harry, ani Borewicz.

Schmidt uśmiechnął się pod nosem. Siedział rozluźniony w wygodnym fotelu, naprzeciwko niego młody podkomisarz, marzący o międzynarodowej karierze. Dziewczyna w ciąży, kredyt. Znał takich wielu. Takimi najłatwiej manipulować, pomyślał.

Gabinet komendanta zawsze robił wrażenie na Marku. Bardzo rzadko tu bywał, ale za każdym razem czuł respekt dla tego miejsca. Za panowania poprzedniego komendanta, Morawca, był tutaj w sumie ze dwa razy. Nowy władca zaprasza go już po raz trzeci. Wielka makata z białym orłem na czerwonym tle niezmiennie strzegła porządku Rzeczypospolitej. I swego nowego pana.

– Spokojnie, co ty taki spięty?

– W jakiej sprawie chciał mnie szef widzieć?

– Ach… stąd te nerwy. – Na twarzy Schmidta pojawiło się rozbawienie. – Nie masz się co stresować.

– Ja się nie stresuję. Mam na mieście pilną robotę i dlatego…

– Robota nie zając. – Komendant odchrząknął. – Jak było w Stanach? Staż w nowojorskiej policji to jest coś.

– Dziękuję, dobrze. Wszystko opisałem w raporcie. Jeszcze raz panu dziękuję, panie komendancie.

– Czytałem. Nie dziękuj. Należało ci się. Tego się nie dostaje na piękne oczy. – Schmidt westchnął i przeszedł do rzeczy. – Jak ci się pracowało z Wolskim?

Marek spojrzał zdziwiony na komendanta. Padło pytanie, którego się zupełnie nie spodziewał.

– Z inspektorem…

– Wiktorem Wolskim. Twoim byłym szefem w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw. Pracowałeś pod nim jakieś cztery lata.

– Zgadza się. Ale nie rozumiem pytania – powiedział niepewnie Marek.

– A co tu do rozumienia? Albo nierozumienia? – Schmidt uniósł brwi, udając zdziwienie. – Pytanie jest proste: Jak ci się z nim pracowało?

– Dobrze. Bardzo dobrze.

– Czy… – zaczął Schmidt.

– Był najlepszym szefem, z jakim kiedykolwiek współpracowałem – wyznał Marek i popatrzył Schmidtowi prosto w oczy.

– Rozumiem.

Schmidt się zamyślił. Albo doskonale udawał zamyślenie.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytał po chwili, wwiercając się wzrokiem w Marka.

– Ale co? – Chłopak poczuł, jak piła mechaniczna przeszywa jego brzuch.

– Coś o sprawie Malewicza.

– Malewicza? Tego tenisisty?

– Tak. Dwadzieścia miesięcy temu zamknęliście to śledztwo. Wielki sukces. Chcę wiedzieć, jakie było drugie dno tej sprawy. Co naprawdę odkryliście?

– Szefie… nie wiem… o czym szef mówi… wszystko jest w aktach – wyjąkał Marek.

– Słuchaj. Lepiej, żebyś był ze mną szczery. Masz szansę na kolejny wyjazd. Tym razem Londyn. Scotland Yard. Nieźle, co? Widzisz, inwestujemy w młodych obiecujących policjantów. Po co to psuć? Wszystko masz tak pięknie poukładane. Za miesiąc się żenisz, dziecko w drodze, kolejny prestiżowy staż za granicą. Twoja kariera ruszyła z kopyta. Nieprawdaż?

– Ale ja… – Marek się zawahał. Schmidt grał z nim w jakąś nową grę. Grę, której znaczenia Marek jeszcze się nie domyślał – naprawdę nie wiem, o czym szef mówi.

– Rozjaśnię ci w głowie, bo widzę, że pomroczność jasna cię dopadła. Podczas tego śledztwa pojawiły się jakieś nagrania. Filmy kompromitujące wpływowe osoby. Tak? No właśnie. Czy to prawda, że Wolski je zwinął?

– Co? – Marek zrobił wielkie oczy. – Nic… ja nic o tym nie wiem… słowo honoru.

– Ty mi tu honorem gęby nie wycieraj! Gdzie są te nagrania? – warknął komendant.

– Ale…

– Gdzie, do kurwy nędzy, te nagrania?! – krzyknął Schmidt, aż Markowi w uszach zaskrzypiało.

Zagrał va banque i wrzasnął jeszcze głośniej niż Schmidt:

– Nie mam pojęcia, o czym szef do mnie mówi!

Komendant wstał i podszedł do okna. Oparł się tłustym tyłkiem o parapet i popatrzył na Marka.

– Może i mówisz prawdę. Właściwie to ci wierzę.

Marek czekał w napięciu. Schmidt filozoficznie wsparł brodę na kciuku i trwał w tej pozie jakiś czas. Czas, który Markowi dłużył się niemiłosiernie.

– Dobrze – rzekł po chwili komendant. – Dam ci szansę. Właściwie to nie masz wyboru. To nie propozycja. To zadanie.

Marek trząsł się w środku. Kiedy piła przecięła mu wnętrzności, młot pneumatyczny zaczął pastwić się nad jego mózgiem. Nigdy nikt nie postawił go w takiej sytuacji. Nie wiedział, jak się zachować, nie wiedział nawet, jak zareaguje na to jego organizm.

– Wiesz, że Wolski wrócił? Tak, tak, nie dziw się. Już nie pracuje w Hadze. Gwiazda policji wyrzucona z Europolu na zbity pysk. Nie wiedziałeś, co? Nie zadzwonił? Nie pochwalił się? Cóż, bywa. Pewnie nie ma się czym chwalić. No więc tak, wrócił. Twoim zadaniem jest dowiedzieć się, gdzie ma te nagrania, i jakoś je od niego wyciągnąć.

– Co? – Markowi zaschło w gardle, więc pytanie zabrzmiało cicho i słabo. – Nie mogę.

– Nie masz wyboru, Marek. Czego nie możesz? Przestań. – Schmidt machnął ręką. – Pomyśl, że robisz to dla swojej przyszłej żony i dziecka. Jak się spiszesz, gwarantuję ci półroczny… nie, roczny staż w Scotland Yardzie. Nie wierzysz? Zobacz.

Schmidt podszedł do szafy, otworzył drzwi i wyjął ze środka kilka kartek. Podał je Markowi.

– Widzisz. Porozumienie z Anglikami. A ten formularz pod spodem, zobacz, wystarczy wpisać nazwisko. Twoje nazwisko.

Schmidt uśmiechnął się dobrotliwie i wrócił na swój fotel za biurkiem. Marek siedział bez ruchu wpatrzony w dokumenty.

– Wszystko zostanie w rodzinie, to znaczy między nami. Pomogę ci. A ja potrafię się odwdzięczyć. – Komendant zawiesił głos na kilka sekund. – Masz miesiąc. Do tego czasu muszę wysłać im dane kandydata. A gdybyś się jeszcze wahał…

Marek utkwił wzrok w biurku. Nie potrafił spojrzeć komendantowi w oczy.

– …gdybyś miał wątpliwości – kontynuował Schmidt – to teraz je ostatecznie rozwieję. Kilka tygodni po zamknięciu tego waszego śledztwa ktoś ujawnił mediom nagranie z tajnego spotkania u ministra Kownackiego. Spotkanie dotyczyło sprawy Malewicza. Ustalano, jakie fakty zataić przed opinią publiczną i takie tam… Te nagrania skompromitowały ministra spraw wewnętrznych Kownackiego, minister sportu Nowak-Piotrowską i ministra w Kancelarii Premiera Łabędzia. Wiesz, kto ujawnił to nagranie?

Marek pokręcił głową.

– Ja też nie. I generalnie sram na smutny los tej trójki polityków. Ale jeżeli przyjdzie ci do głowy odmówić współpracy albo wykazać się chorą lojalnością wobec Wolskiego, cała Polska dowie się, że to ty byłeś gościem, który puścił farbę. Pracy w policji to ty już nie dostaniesz, kochany. Nigdzie na świecie. A prokurator Więch tylko czeka na takie kąski.

2

W szatni wrzało jak w kotle. Henryk Nawal, podstarzały trener Grabexu, szalał obok drzwi do kibla. W opiętym na brzuchu kolorowym dresie wyglądał jak wytarta pacynka grająca zawsze tę samą rolę w prowincjonalnym teatrze lalek. Wydawało się, że suwak bluzy zaraz puści, odsłaniając bęben hodowany przez lata trenerskiej kariery. Tak się napinał. Krzyczał, gestykulował i klął. Niepotrzebnie. I tak nie dało się nic z tego zrozumieć.

Zawodnicy, przyzwyczajeni do jego zachowania, siedzieli na miejscach, bardziej zainteresowani własną hałaśliwą rozmową. Oprócz dwóch, którzy akurat załatwiali w łazience swoje potrzeby, i jednego, który stał, mimo wszystko próbując zrozumieć, co mówi trener. Był jeszcze jeden, który też nie siedział: jedną nogę postawił na ławce, drugą na podłodze i poprawiając żel na włosach, wpatrywał się w lusterko umieszone w szafce. Tej pieczołowicie wykonywanej czynności nie przerwał nawet okrzyk trenera: „Paweł! Przestań! Nie jesteś Ronaldo. Skup się na tym, co do was mówię”. Słowa trenera nie dotarły do niego, zamknął się w swoim świecie i wyobrażał sobie, że jest w szatni Realu Madryt. Po podłodze walały się puste bidony, brudne ręczniki, opakowania po lekarstwach.

– Cisza! – wydarł się jedyny słuchający Nawala zawodnik.

Rozmowy ustały. Trener akurat przełykał ślinę, przygotowując się do kolejnej tyrady, kiedy z łazienki dobiegł odgłos spuszczanej wody. Otworzyły się drzwi i stanął w nich wysoki Murzyn.

– Moloki! Ja cię pliz, do cholery. Giw de bol to Kris, pliz, anderstend. Bol tu Kris. – Trener wpatrywał się w twarz czarnoskórego piłkarza, wskazując palcem na zawodnika, który przywołał pozostałych do porządku. – Bol tu Kris. Not plej alon. Anderstend? Fersztejen? Moloki, anderstend?

– Yes, coach. Ball to Kris. Clear. But how can I pass the ball to Kris, when I’m two times faster then him? How can I pass to Kris, if he is not there, when I am already on the wing? He is not in the penalty area, when I am already on the wing! Did you see it? He is too slowly. Like a turtle. That’s why I keep the ball.

Moloki mówił szybko, z afrykańskim akcentem. Trener spojrzał wymownie na jednego z piłkarzy. Na lewym przedramieniu chłopak miał wytatuowanego lwa.

– Mówi, że Kris jest za wolny – powiedział Lew. – Że nie może do niego podać, bo kiedy on, to znaczy Moloki, jest już na skrzydle, Krisa nie ma w polu karnym. Bo jest wolny jak żółw.

– Jak żółw?! Tomek, jak żółw? Tak powiedział?! – krzyknął Kris. Jedyny, który stał i słuchał. – Ja mu dam żółwia!

– Stój, Kris! – zawołał Witek Wieczorek, drugi trener, stojący w rogu szatni. Postanowił włączyć się do akcji w najważniejszym momencie.

Kris zacisnął pięści i rzucił się w kierunku Molokiego, ale Wieczorek wraz z trzema innymi zawodnikami błyskawicznie skoczyli do niego i usadzili go w miejscu.

– Nie pozwolę się obrażać na oczach drużyny! Jestem kapitanem! – ryczał Kris. – Rozegrałem dwieście pięćdziesiąt meczów w europejskich ligach! Strzeliłem dwie bramki Barcelonie na Camp Nou! I na koniec kariery taki gnój będzie mnie uczył grać?! Ten gówniarz nie ma dla nikogo szacunku!

– Spokój! – krzyknął trener Nawal. – Spokój! Zostały nam trzy minuty. Dobrze, że jest adrenalina. Ale wyżyjecie się na boisku. Ostatnie wskazówki, posłuchajcie.

W szatni zrobiło się cicho. Wszyscy wstali i patrzyli na trenera. Nawal radził sobie z takimi sytuacjami nie raz i nie dwa, a przynajmniej tak mu się zawsze wydawało. Często sam prowokował zawodników. Wiedział, że jak im się ciśnienie krwi podniesie w przerwie, to tylko z korzyścią dla ich gry.

***

Moloki sunął lewą stroną. Po chwili dopadł do niego boczny pomocnik Idalinu. Walczyli ramię w ramię. Czarnoskóry piłkarz utrzymał się na nogach, przeciwnik runął. Nie było gwizdka. Czysto. Zwodem w lewo, do linii, minął kolejnego przeciwnika. Nabierał szybkości. Kilka metrów i nadział się na wślizg obrońcy. Wydawało się, że zostanie powstrzymany. Ale Moloki w mgnieniu oka przerzucił piłkę nad nogami przeciwnika i przeskoczył nad nimi jak afrykańska antylopa nad zwalonym pniem. Jeszcze pięć metrów i pole karne. Kątem oka zobaczył biegnącego w jego stronę bramkarza gości. Golkeeper podjął ryzykowną decyzję: wyszedł z bramki, próbując skrócić kąt. Rozłożył szeroko ręce i balansował na ugiętych nogach. Za dwie, trzy sekundy znajdą się naprzeciwko siebie. Jeszcze chwila, jeszcze dwa metry. Moloki posłał piłkę zewnętrzną częścią prawej stopy na środek pola karnego. „There must be Kris. Must be!”. Bramkarz rzucił się, starając się jej dosięgnąć, ale było już za późno, chybił o milimetry. Piłka wpadła prosto pod nogi napastnika i siedzącego mu na plecach obrońcy. Zakotłowało się, obaj wylądowali na murawie. Gwizdek sędziego. „Offside?”. Moloki popatrzył na człowieka z gwizdkiem, a ten wskazał ręką na wapno. „Penalty! Yes!”.

***

– Panowie! – zaczął ostro. – Jest, jak jest. Co było, minęło. Zapominamy o pierwszej połówce. Koniec. Przegrywamy jeden zero i co z tego? Nie ma tragedii!

Zawodnicy patrzyli na trenera. Z ich min można było wyczytać wszystko. Oprócz strachu.

– Wiadomo, o co gramy! Ale przypomnę wam, gdyby któryś zapomniał! Brakuje nam jednej bramki, żeby awansować do Ekstraligi! Jednej! Musimy ten mecz zremisować. Przed nami ostatnie czterdzieści pięć minut w tym sezonie. Idalin nie istniał w pierwszym meczu barażowym. Strzeliliśmy im trzy gole na wyjeździe. Co prawda oni też nam wbili trzy, ale dwa ze spalonego. U siebie nie damy się wydymać, tak?

Nawal zrobił się czerwony na twarzy. Przetarł dłonią spoconą łysinę.

– To najważniejsze czterdzieści pięć minut w tym roku! Może w całym waszym życiu! Za godzinę będziemy w niebie. Albo w piekle. To zależy tylko od was.

Popatrzył na nich z nadzieją. Wprowadzić klub do ekstraklasy to jest coś, pomyślał. W końcu po to go tu zatrudnili. Przed oczami przemknęła mu cała kariera trenerska. Przed laty udało mu się to z Sokołem. Dlaczego nie miałby tego powtórzyć? No i oprócz prestiżu czekała na niego ogromna premia. Uda się, na pewno się uda.

Trzynaście lat temu zdobył Mistrzostwo Polski z Wisłą. Tylko kto dziś o tym pamięta. Był trenerem z piękną przeszłością. A teraz młodzi depczą mu po piętach, ten Wieczorek… Potrzebował tego sukcesu. Potrzebował, żeby wrócić do gry. Prawdziwej gry. Mimo zbliżającej się wielkimi krokami siedemdziesiątki, czuł się jak młody bóg. Może wreszcie kadra… Ale co będzie, jeżeli nie awansują?

– Spokojnie gramy swoje. Gramy swoje! Musimy strzelić jedną jedyną bramkę. Najlepiej szybko. W pierwszym kwadransie po wznowieniu gry. – Omiótł wzrokiem zawodników, jakby szukając u nich inspiracji do dalszej przemowy. – Jak się nie uda strzelić w pierwszych piętnastu minutach, to nie ma tragedii. Ciśniemy. Ale nie zapominamy o obronie. Mietek! Cofaj się, nie zostawiaj tej siódemki! W pierwszej połowie uciekł ci dwa razy i było groźnie. Tomek! Ostrzej. Ten Kowalski ma za dużo miejsca w środku pola. Zrób dwa ostre wślizgi od razu po rozpoczęciu. Jak tylko piłka do niego trafi, to ty go jeb! Rozumiesz? Nawet sfauluj, ale żeby od razu poczuł, że na drugą połowę wyszła inna drużyna.

Chłopaki kiwali głowami. Moloki patrzył na Krisa.

– Łysy, kryj ciaśniej, do cholery. Musisz go mieć na jajach. Smagała wkręcił cię trzy razy jak śrubokręt. Przyklej się do niego. Jak dostanie piłkę i będzie miał cię na plecach, to nie ma prawa się obrócić.

Łysy skinął, że rozumie.

– Walka, walka i jeszcze raz walka. Pamiętacie, jak zremisowaliśmy u siebie z Legią w Pucharze Polski. No pamiętacie?

W szatni rozległy się pomruki.

– No tak czy nie?

– Tak.

– Głośniej!

– Tak! – krzyknął Tomek.

– Jasne! – zawtórował mu Łysy.

– Remember mecz łiw Legia, Moloki?

– Yes, coach!

– Plej jak wtedy, ju noł. Plej lajk z Legia. Start fast, ran, pass. Fersztejen?

– OK, coach.

– Ran, pass. Ran, pass.

– Yes! I run and pass. Clear!

W szatni znów zaczynało wrzeć. Zawodnicy poklepywali się po plecach. Pokrzykiwali na siebie.

– Hej! Jeszcze jedno! Cisza! – zawołał trener. – Kris. Jesteś liderem tej drużyny, kapitanem. Poprowadzisz ich do zwycięstwa. Tak jak wiele razy w tym sezonie. I w ostatnich trzech latach. Jak z Orionem, jak z Wiktorią, jak z Polonią! Ale dziś naszym zwycięstwem jest remis. Tak? Jedna bramka, tak? Gdy już ją strzelimy, to nie szalejemy. Gdy strzelimy, to mamy utrzymać to do końca. Ma być jeden do jednego. Nie chcemy tego wygrać dwa jeden, trzy jeden, cztery jeden. Po golu zabezpieczmy tyły. Jasne?

– Tak.

– Po bramce schodzi Mietek i wchodzi piąty obrońca. Utrzymamy ten wynik!

Z korytarza dobiegł głos gwizdka.

– Panowie, poczekajcie! – krzyknął Kris. – Chciałem coś powiedzieć!

Wszyscy otoczyli kapitana. Przestępowali z nogi na nogę, stukali korkami o posadzkę.

– Chcę, żebyście wiedzieli. Zdecydowałem, że to mój ostatni mecz! Ostatnie czterdzieści pięć minut w karierze. Dam z siebie wszystko, chcę tego awansu dla was, dla klubu. Ale to koniec.

W szatni zaległa cisza. Patrzyli na niego. Wieczorek poczuł ukłucie pod żebrem. Mimowolnie westchnął.

– To ostateczna decyzja – dodał Kris. – Czas na emeryturę. Ale zagracie dla mnie tę połówkę? No zagracie?! – krzyknął.

Wrzask przeciął ciszę korytarza. Po chwili otworzyły się drzwi szatni i wybiegło z niej jedenastu facetów z zaciśniętymi pięściami i determinacją malującą się na twarzach. Korki stukały o podłogę, powodując hałas nie do wytrzymania. Jakby tysiące małych młoteczków waliło w ściany tunelu.

***

Kris podnosił się powoli. Obrońca Idalinu, wstając, zawadził korkiem o jego kolano. Zabolało. Normalnie, w trakcie gry, nawet by tego nie poczuł. Adrenalina. Teraz jednak ból wwiercał się w łąkotkę jak wiertło w ścianę jego nowo budowanego domu w Rembertowie. Czuł to wyraźnie. Zimny sztylet przeszył nogę. Cierpiał, ale nie dawał tego po sobie poznać. Jeszcze chwila, mówił sobie. Jeszcze pięć minut. Ostatni mecz, ostatni karny. Spojrzał na tablicę wyników. Dziewięćdziesiąta pierwsza minuta.

Grabex Zielonka – Idalin Radom 0 : 1

Sędzia wskazał na jedenastkę. Po chwili wyjął czerwoną kartkę i machnął nią przed oczami obrońcy Idalinu. Moloki podbiegł do Krisa. Ukląkł przy nim.

– Are you all right, Kris? All right?

Zgromadziło się wokół nich kilku zawodników Grabexu. Pomogli mu się podnieść.

– Jak, Kris? Możesz chodzić? – zapytał Paweł.

Kris spróbował oprzeć cały ciężar ciała na bolącej nodze. Sztylet zanurkował głębiej. Piłkarz o mało nie upadł.

– Nie dam rady, kuźwa. Ledwo stoję.

Podszedł do nich sędzia.

– Kto strzela? Co się dzieje? – Popatrzył na kapitana. – Kris, dasz radę czy wezwać lekarza? To ostatnia minuta. Kto strzela?

Twarz sędziego była blada. Chłopak mógł mieć najwyżej dwadzieścia sześć lat. Niewysoki, chudy, ciemne, przylizane włosy i odstające uszy.

– Kto strzela? – dopytywał się nerwowo. – Zaraz odgwiżdżę koniec meczu!

Kris popatrzył na twarze chłopaków. Dla kilku z nich awans do Ekstraligi to spełnienie marzeń. Może drzwi do kariery. Nowe życie? Dobrze, że odejdę z tej popieprzonej drużyny, pomyślał. Zmierzył wzrokiem Molokiego. Kiedyś ten wkurwiający chłopak wyjedzie na Zachód i zrobi karierę. Ma dopiero dwadzieścia jeden lat.

– Moloki. You!

– What? But it’s your…

– For me game over. – Kris machnął ręką. – You shoot Moloki. You shoot.

Moloki skinął głową. Popatrzyli sobie w oczy.

– But remember! If you miss, I’ll kill you!

3

Był środek nocy, kiedy obudził się sparaliżowany strachem. Nie mógł się ruszyć. Próbował krzyknąć, ale z zaciśniętej krtani nie chciał się wydobyć żaden dźwięk. Był przerażony, miał wrażenie, że ktoś jest w pokoju. Usłyszał stłumiony śmiech, dochodzący spod ściany. Otaczała go absolutna ciemność, leżał bez ruchu i patrzył w sufit. Czy to już koniec? Czy ten, kto czai się w kącie sypialni, zaraz poderżnie mu gardło, kończąc jego męki? Krew tryśnie na kołdrę, a on zacharczy, wywróci oczami i ostatnie drgawki wstrząsną jego konającym ciałem? Czy tak to będzie wyglądało?

Piątek, 10.15

1

Wolski siedział w tym gabinecie dziesiątki razy. Ale pierwszy raz fotel naprzeciwko niego zajmował Schmidt. Artur Schmidt. W pokoju nie było już śladu po Morawcu. Nie było okazałych pucharów, które Wiktor przywiózł z World Police and Fire Games. Echo bokserskich sukcesów sprzed lat. Nie było kryształów za zajęcie pierwszego miejsca w corocznych policyjnych zawodach strzeleckich w Pile. Morawiec wygrał je kilka razy w cuglach. I nie było już tej atmosfery co kiedyś. Orzeł zerkający na świat zza pleców gospodarza gabinetu wyglądał wrogo. A kiedyś, pomyślał Wolski, wydawało mi się, że go oswoiłem.

– To twoja zasrana sprawa. – Schmidt uśmiechnął się, patrząc mu prosto w oczy.

– W sumie tak – odpowiedział Wolski.

– No to, po co z tym do mnie przychodzisz?

Wiktor przyjrzał się uważnie komendantowi. Schmidt dobiegał sześćdziesiątki. Miał zaczesane do tyłu gęste i siwe włosy. Przerzedzone brwi unosiły się co chwilę jak fale w Zatoce Puckiej. Taki tik. Najważniejszy był jednak krzywy nos złamany trzydzieści lat temu podczas działań operacyjnych. W walce, jak lubił z dumą podkreślać. Pewnie pałował Solidarność, przemknęło Wiktorowi przez głowę. Wory pod oczami mogłyby pomieścić po pięć kilo ziemniaków. Wyschnięta na wiór cera nigdy nie zaznała kremu nawilżającego. Po co? Nawilżał się od środka. Procentami. No po prostu obleś wyjątkowej maści, ocenił w duchu. Jeden z niewielu policjantów, którzy, mimo rodowodu ZOMO, zrobili taką karierę po osiemdziesiątym dziewiątym roku.

– To proste jak kij od szczotki – zaczął objaśniać Schmidtowi.

Komendant patrzył na niego z obojętnością.

– Szukam pracy, a ostatnim miejscem, w którym byłem zatrudniony w tym kraju, jest Komenda Stołeczna. Dlatego przychodzę do pana, komendancie. – Położył nacisk na słowo „pana”. – Przecież nie pójdę do kadr.

– Mówiąc szczerze, gówno mnie obchodzi, że odszedłeś z Europolu. Czy w kadrach, czy tutaj, usłyszysz to samo. Nie ma etatów.

– Przyszedłem porozmawiać o objęciu mojego starego wydziału.

Schmidt wybuchnął udawanym śmiechem.

– Tu nie ma żadnego twojego wydziału, Wolski – wycharczał. – Coś ci się poprzestawiało pod sufitem. Może w tej Hadze cię odmóżdżyli? Dobrobyt za unijne pieniądze… U nas w kraju ta sama szara rzeczywistość co przed twoim wyjazdem. Jak zawsze brakuje etatów.

– Mam na myśli Wydział Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw, którym z sukcesami kierowałem.

– Z sukcesami? – parsknął Schmidt. – Nie rozśmieszaj mnie, bo się posikam.

– Masz mi coś do zarzucenia? – syknął Wiktor.

Schmidt rozparł się w fotelu, splótł palce i spojrzał z satysfakcją na swojego rozmówcę.

– Ja nie – odparł – ale wydział kontroli pewnie tak.

– W co ty grasz? O co ci chodzi?

– O nic. Mam inne sprawy na głowie. – Schmidt teatralnie wzruszył ramionami. – Poza tym nie mieszam się do procedur.

– Do jakich procedur? – Wolski był coraz bardziej poirytowany.

Czuł, że Schmidt panuje nad sytuacją. Że coś wie. Coś, co może być dla niego, Wiktora, bardzo niewygodne. Teraz mógł tylko patrzeć, jak komendant stołeczny delektuje się tą chwilą. W końcu Schmidt powiedział spokojnie, mierząc go wzrokiem:

– Zostało wszczęte postępowanie wyjaśniające. W twojej sprawie.

Wolski uśmiechnął się półgębkiem.

– Co? To jakiś żart?

– Też chciałbym, żeby tak było.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

– Że wszczęto postępowanie?

– Nie. Że też chciałbyś, żeby to był żart.

– A, o to ci chodzi. – Schmidt westchnął. – Co ja mam ci powiedzieć w tej sytuacji? Właściwie to nawet nie powinienem z tobą rozmawiać.

– W jakiej sprawie to dochodzenie?

– No… dokładnie to się nie orientuję – rzucił Schmidt.

– Naczelnik stołecznej nie orientuje się, w jakiej sprawie jest dochodzenie wobec byłego naczelnika wydziału – fuknął Wiktor. – Przynajmniej w tym mógłbyś nie kłamać.

– Słuchaj, Wolski! – ryknął Schmidt. – Nie kochamy się i nigdy się jakoś nie kochaliśmy. Dotąd nie wchodziłeś mi w drogę, ja też się trzymałem od ciebie z daleka. Ale teraz nasze drogi się, kurwa, przecinają. I jestem dziwnie przekonany, że moja będzie biegła dalej, a twoja nie. Jesteś skończony! Może tam, w Hadze, srali na twój widok. Ale ja znam cię aż za dobrze. Zrobiliście sobie z Morawcem prywatny folwark z komendy stołecznej! Tyle że te czasy minęły. Dziesięć lat czekałem na to stanowisko. Myślisz, że pozwolę ci tu znowu wejść i srać mi pod nosem? Po moim, kurwa, trupie! Prędzej mnie stąd wyniosą w drewnianej jesionce, niż dostaniesz etat choćby w drogówce.

Zdecydowanie nadużywa słowa srać, pomyślał Wiktor. Tu może być klucz do jego zdystansowanej wobec mnie postawy. Może ma dziś rozwolnienie albo jakieś przewlekłe problemy gastryczne.

Wiktor wstał.

– Widzę, że sobie nie pogadamy. – Zerknął na drzwi. – Na kawę też chyba nie będę już czekał.

– Nikt ci tu więcej nie poda nawet zasranej kawy! Rozumiesz?

Jednak ma problem, pomyślał Wiktor, i wychodząc, trzasnął drzwiami najmocniej jak potrafił.

Wyszedł z Pałacu Mostowskich nieźle wkurzony. Spacer po Ogrodzie Saskim ukoi nerwy, zdecydował. Błądził alejkami dobre czterdzieści minut. Przystanął na chwilę przy Pałacu Brühla, a właściwie jego duchu. Popatrzył w zamyśleniu na płyty chodnikowe prowadzące donikąd. Samotny cokół po pomniku prezydenta Starzyńskiego zdawał się przypominać, że i tak prędzej czy później wszystko mija albo zmienia swoje miejsce. Albo cię gdzieś przeniosą, albo znikniesz w nicości i nikt po tobie nie będzie płakał.

2

Kiedy usiadł za kierownicą brooklandsa był już spokojny. Ale potrzebował jeszcze trochę czasu, żeby zebrać myśli i ułożyć jakiś plan rozmowy przed popołudniowym spotkaniem z Morawcem. Umówili się na czwartą w jego nowym biurze. Dwie godziny jeździł po mieście bez celu, rozmyślając, analizując możliwe scenariusze, wspominając stare czasy.

Patrzył na swoje ukochane miasto, bez którego nie potrafił żyć. A może to nie chodzi o miasto, tylko wspomnienia z nim związane? Róg Marszałkowskiej i Królewskiej. Podstawówka z corocznymi pochodami pierwszomajowymi. Było fajnie, bo mieli wtedy zawsze wolny dzień. W ósmej klasie podczas pochodu odłączyli się z kumplami od grupy szkolnej i poszli podrywać dziewczyny. Ale po drodze zdali sobie sprawę, że super byłoby mieć w domu polski sztandar. Plan podrywu poszedł w zapomnienie. Zaczęli rozglądać się za flagami. Wreszcie, cali w nerwach, zwinęli cztery z jakiegoś stojaka w okolicach parku Mirowskiego. Kiedy kilka minut potem sympatyczny milicjant zapytał ich, skąd mają flagi i dokąd idą, odparli bez mrugnięcia okiem, że flagi dostali od dyrekcji szkoły i że idą na umówione miejsce zbiórki. Ale mieli wtedy stracha. Podczas rozmowy z milicjantem nogi im się trzęsły, jakby były z galarety. Za to później pękali z dumy. Głupie szczeniaki, zaśmiał się w duchu Wiktor. To się działo w połowie lat osiemdziesiątych i może tym milicjantem był Schmidt. Nie… on był wtedy w ZOMO.

Zaparkował przed marketem budowlanym. Jutro dzień tapetowania, postanowił. Zakupy zrobił w ciągu trzydziestu minut. Potem postał w korkach, niezbyt uciążliwych o tej porze roku. Aż w końcu dotarł do celu podróży. Komenda Główna Policji.

3

Wyściskali się, po czym Wiktor usiadł naprzeciw swojego byłego szefa. Tkwili kilkadziesiąt sekund w milczeniu. Wolski patrzył na Morawca jak ranny wilk na myśliwego. Bez strachu. Za to czujnie. Gotowy uderzyć ostatkiem sił na swojego oprawcę. W stosownej chwili.

– Piękny gabinet – rzucił.

– Przestań.

– Ładnie się urządziłeś w Komendzie Głównej. Nawet wziąłeś swoje kryształy. A gdzie moje puchary za World Police and Fire Games?

– O co ci chodzi? Miałeś swoją szansę. Na pewno mogłeś mieć lepiej tam, w Hadze, niż ja tutaj.

– Wcale ci nie zazdroszczę. Już dokonałem wyboru. Wróciłem do Polski z tęsknoty. A poza tym nie odpowiadała mi atmosfera w Europolu. Duszny klimat w tej Hadze.

– Za dobrze cię znam. Mów, o co chodzi.

– Chcę wrócić do stołecznej.

– A ja chcę milion w totka!

– Tylko tyle? – zadrwił Wolski.

– Możesz pracować u mnie w Komendzie Głównej. W dwa, trzy miesiące załatwię ci tu stanowisko. Góra pół roku…

– Chcę wrócić do stołecznej. Nie interesuje mnie praca w głównej – oświadczył Wolski.

– Wiktor. Posłuchaj. Wyjechałeś do Hagi. Pół roku później przeszedłem do Komendy Głównej na zastępcę komendanta. Na moje miejsce do stołecznej przyszedł Schmidt. Na twoje miejsce, na stanowisko szefa wydziału był konkurs. Wygrał Waligóra. W obecnym układzie to… cóż… nawet nie mógłbyś być jego zastępcą.

– I dobrze. Nie mam zamiaru być zastępcą jakiegoś półmózga, karierowicza i mitomana.

– No więc sam widzisz – skwitował jego słowa Morawiec.

Ekipy się zmieniają, pomyślał Wiktor, a ten wciąż na wierzchu. Jan Morawiec miał pięćdziesiąt jeden lat. Był wysokim, żylastym blondynem o bladozielonych oczach. Kilka miesięcy temu rzucił palenie i dobrze się trzymał. Codziennie o szóstej rano biegał. Trzy razy w tygodniu siłownia, raz strzelnica, dwa razy basen. Ten jego rytuał nie zmienił się od blisko dwudziestu lat. W dodatku potrzebował góra pięć godzin snu na dobę. Terminator, zażartował w myślach Wiktor.

Nienagannie wyprasowany mundur, schludna fryzura, wyprostowane jak struna plecy. Idealny zastępca komendanta głównego. A wcześniej idealny komendant stołeczny. Dobrze mieć go po swojej stronie. Ale czasem nawet on jest za krótki.

– Więc nie pomożesz mi? – drążył temat Wiktor.

– Mogę gadać z każdym, ale nie ze Schmidtem. Ma mocne plecy, jakieś polityczne powiązania. Jest, że tak powiem, niezależny.

– Niezależny to jest Krym od Ukrainy – gorzko zażartował Wiktor. – On po prostu ma kogoś nad sobą. Albo… za sobą, jak wolisz. Trzeba ustalić, kto to jest, i z nim delikatnie pogadać.

Morawiec spojrzał na Wiktora bladozielonymi oczami. Westchnął głęboko i powiedział:

– Znowu zaczynasz tę swoją wojenkę?

– Co ty gadasz? Jaką wojenkę? – zareagował z ożywieniem Wiktor. – Układy! Wszędzie układy. Ale zawsze na jakiś układ znajdzie się inny. Mocniejszy. Nie wierzę, że nie możesz nic zdziałać. Pogadaj z kimś. Załatw to. Proszę cię. Niech mnie przyjmą do stołecznej, na przykład do dochodzeniówki. Nawet na zastępcę naczelnika. Przeczekam. Ja tam muszę być, rozumiesz?

Wiktor zdenerwował się, co nie uszło uwadze Morawca.

– Zwolnij trochę i pogadajmy na spokojnie. Może whisky? – spróbował rozluźnić atmosferę.

– W dupie mam whisky! Schmidt chce się do mnie dobrać. Groził mi jakimś postępowaniem. Możesz przynajmniej dowiedzieć się, o co mu chodzi?

– Postępowaniem? W jakiej sprawie?

– No właśnie nie wiem! Gdybym wiedział, tobym nie pytał. Zanim trzasnąłem mu drzwiami przed nosem, pierdolił coś o postępowaniu, o wydziale kontroli. Czy ten facet na łeb upadł? Co on sobie wyobraża?! – grzmiał Wiktor.

– Cholera, to niedobrze. – Morawiec się zasępił.

– Co ty nie powiesz? – odgryzł się z ironią Wolski.

– Zobaczę, czy coś da się zrobić.

– Aha. Znam ten tekst. Czyli jestem zdany na siebie, jak zwykle.

– Wiesz, że zawsze miałeś we mnie wsparcie. Zawsze!

– Tak. Ale kto kogo teraz zostawia na lodzie? I w dodatku roztapiającym się!

– Skąd mogłem wiedzieć, że wrócisz nagle z Hagi. Niczego w tej chwili nie wymyślę. Potrzebuję czasu. Postaram się dowiedzieć, co to za postępowanie. Tyle mogę ci obiecać.

– Nie zasypuj mnie workiem prezentów, bo nie udźwignę. – Wiktor pokręcił głową. – Człowiek wraca po kilkunastu miesiącach do domu, a tu go witają jak…

– Uspokój się! Sam jesteś sobie winien. Przyjdziesz do mnie do Komendy Głównej za pół roku?

– O! Z trzech miesięcy zrobiło się pół roku! Stosujesz jakiś inny kalendarz? Bo ja gregoriański – syknął Wiktor i wstał.

– Mówię: góra pół roku. Góra! A może za trzy miesiące. Zgoda?

– Zastanowię się. – Wiktor wyciągnął rękę do Morawca. – Miło było cię widzieć.

– Może nie uwierzysz, ale mnie ciebie również.

– Zgadłeś. Nie uwierzę.

Niedziela, 20.33

Całą sobotę spędził na tapetowaniu dużego pokoju. Piękny wzór idealnie konweniował z przedwojennymi meblami w jego żoliborskim mieszkaniu. Po babci. W sensie meble i mieszkanie. Ten delikatny beżowo-złoty wzór, który wybrał, pasował wprost perfekcyjnie. A może to nie beż, tylko écru? Albo kość słoniowa? Zresztą nieważne. Nikt go z tego nie będzie egzaminował.

Teraz delektował się wreszcie innym zapachem niż klej do tapet. W powietrzu mieszało się kilka aromatów. Nutka hennessy, falującego w ich kieliszkach, wymieszana z akordem fahrenheita, którego od ćwierćwiecza używał profesor, a do tego woń terpentyny, którą staruszek regularnie smarował antyki, walcząc z kornikami. Ktoś inny mógłby zwymiotować, ale mężczyźni byli przyzwyczajeni do tego szczególnego klimatu. Młodszy inspektor Tomasz Bednarek, słynny ekspert w dziedzinie osmologii, miałby co badać, pomyślał z uśmiechem Wiktor.

– Sytuacja nie do pozazdroszczenia – rzekł smutnym głosem profesor.

– Tymczasowe zawieszenie – przytaknął mu Wiktor.

– Aequam memento rebus in arduis servare mentem.

– Spokój umysłu zachowaj w nieszczęściu, w kłopocie… Dziękuję, profesorze. – Pokiwał głową. – Ale nie panu, tylko Horacemu powinienem dziękować, nieprawdaż?

– Prawdaż. I co teraz?

– Nie wiem – powiedział Wiktor. – Wezmę na wstrzymanie. Może za miesiąc, dwa, sytuacja się zmieni. Wrócę do stołecznej. Nie ma innej opcji.

– A może poszukasz życia poza policją?

– Nie chcę życia poza policją. Samotność mnie zabije.

– Lepiej zginąć od kuli jakiegoś wariata?

– A wie pan, że lepiej. – Wolski westchnął. – Przynajmniej ma się poczucie, że w słusznej sprawie.

Profesor podniósł się z fotela.

– Oddam ci akta sprawy twojego ojca.

– Rozczarowanie, co?

Starszy pan pokiwał głową.

– Nic tam nie ma. Żadnego śladu – mówił ze złością Wiktor. – A spodziewałem się, że wreszcie, po dwudziestu latach błądzenia, trafię na jakiś trop. Wskazówkę. Spędziłem setki godzin nad tymi aktami, tak jak nad aktami sprawy śmierci mojej żony i dzieci. I nic! Kierowca ciężarówki, która w nich wjechała, zniknął bez śladu… Dzisiaj już nic mi się nie układa w jedną całość.

Pokój, w którym siedzieli, nie zmieniał się od lat. Wiktor znał historię każdego mebla. W kącie stało biedermeierowskie biurku projektu Josefa Danhausera. Na ścianie, obok zdobionej intarsjami sekretery z połowy osiemnastego wieku, wisiały miedzioryty Friedricha Gottloba Endlera. Znad secesyjnej żardyniery od Norblina i stylizowanego na empire świecznika z 1910 roku, spoglądały na nich monoryty Władysława Lama z serii Don Kichot.

– Jak brooklands zachowywał się na belgijskich ulicach? Nikt go nie obił? Żaden „Majonez” nie zarysował lakieru? – zmienił temat profesor Sołomerecki.

– Czyżby nie lubił pan Belgów?

– Lubię. Nie lubię tych, którzy niszczą sztukę. A ten model to sztuka, przez duże es!

– Jest w doskonałym stanie. Niech profesor rzuci okiem. Stoi pod oknami kamienicy.

Profesor Sołomerecki podszedł do okna i uchylił firankę. Twarde oparcie klasycystycznej osiemnastowiecznej sofy w stylu Ludwika XVI jak zawsze wpijało się Wiktorowi w plecy.

– Cudo – szepnął do siebie profesor, nie odrywając wzroku od samochodu.

– No przecież!

– Dbasz o niego? – Staruszek odwrócił się od okna i obrzucił Wiktora karcącym spojrzeniem. – Bo wiesz…

– Wiem, wiem, zdobyliście go z tatą w dramatycznych okolicznościach.

– O tak! – rozmarzył się profesor. – To był rok dziewięćdziesiąty. Bodajże luty. Tak, na pewno luty! Kolejne nudne zagraniczne sympozjum. Tym razem wysłano nas do Liverpoolu.

– Do Liverpoolu? – zaciekawił się Wiktor. Legendę swojego samochodu znał doskonale. Lubił słuchać tej opowieści, choć za każdym razem przybierała ona nieco inne kształty. Sami chyba nie pamiętali, czy auto pochodzi z Londynu, Manchesteru czy… No właśnie, skąd właściwie jest ten samochód, zasępił się i dodał na głos:

– Miasto Beatlesów.

– Też. Ale przede wszystkim nasz ukochany Liverpool F.C. To było jakieś nudne popołudnie między wykładami. Idziemy sobie spokojnie Oxford Road. Patrzymy, a tu podjeżdża ta stalowa bestia. Ford capri dwieście osiemdziesiąt brooklands. I wysiada z niego nie kto inny, tylko sam Bruce Grobbelaar!

– Ten Grobbelaar? – zapytał Wiktor, uśmiechając się w duchu. – Podobno Dudek tańczył w finale Ligi Mistrzów jak on dwadzieścia lat wcześniej w finale Pucharu Europy.

– Tak, tak. Ten! Gwiazda Liverpoolu we własnej osobie! A my z twoim ojcem stajemy jak wryci. Byliśmy fanami Liverpoolu. W ogóle podczas każdego wyjazdu zagranicznego staraliśmy się wygospodarować trochę czasu, żeby obejrzeć jakiś lokalny mecz. A Liverpool?! Być na ich meczu to było marzenie ściętej głowy.

– No, w tamtych czasach – przytaknął Wiktor.

– Na szczęście jakiś stary wujek Grobbelaara był z pochodzenia Polakiem. Pamiętasz Arka Malińskiego?

– Arek… Arek… – Wiktor pokręcił głową.

– Kiedy wprowadzono stan wojenny, Arek był akurat na Wyspach, a konkretnie w Prestatyn w hrabstwie Denbighshire, skąd pochodzi rodzina Grobbelaara! Jakieś starsze małżeństwo przygarnęło go na kilkanaście miesięcy. A jak się okazało, byli to właśnie krewni Grobbelaara.

– Niebywałe! – Wiktor aż krzyknął z wrażenia.

– Podeszliśmy do Grobbelaara z pozdrowieniami od kuzynów z Prestatyn. A on jak nie huknie mnie z całej pary w szczękę. Aż kozła fiknąłem. Potem zamachnął się na twojego ojca, który zasłonił się rękami i wymamrotał coś po polsku. Grobbelaar stanął jak wryty i nagle, wyobraź sobie, zaczyna nas przepraszać. Po polsku.

– Po polsku?

– Tak, znał kilka słów. „Przepraszam, dziękuję, do widzenia”. Może nie były to najlepsze przeprosiny, ale przynajmniej próbował. Rozpoznał polski, bo okazało się, że jednym z jego pierwszych trenerów był Polak.

– Trenerów w Liverpoolu?

– Nie! W Zimbabwe! Bo on pochodzi z Zimbabwe. Tam się uczył gry w piłkę. Szybko wyjaśniliśmy mu… to znaczy twój ojciec mu wyjaśnił, bo ja tamowałem sobie krwotok z wargi, że jesteśmy z Warszawy, że Arek zatrzymał się u jego rodziny podczas stanu wojennego i tak dalej…

– Bolało?

– Czy bolało? Wiktorze, dostać w gębę od takiej gwiazdy to sama przyjemność. Powiedział, że w ciągu ostatnich miesięcy kilka osób podających się za jego rodzinę w Anglii naciągnęło ludzi na dziesiątki tysięcy funtów. Był przekonany, że jesteśmy z nimi w zmowie. On nie ma rodziny w Anglii. Wyobrażasz sobie?

– Co za historia!

– Tak się biedak przejął tym nieporozumieniem, że wziął nas do siebie do domu na kilka dni. Jeździliśmy z nim na treningi i oczywiście na meczu też byliśmy. Na trybunie VIP jako jego honorowi goście!

– Bajka!

– Pewnie. A co z nim wypiliśmy, to nasze. I na koniec, gdy się żegnaliśmy, pyta, co może dla nas zrobić. W ciągu tych kilku dni wyleciał mi ząb, który najbardziej ucierpiał podczas tamtego uderzenia. Zdarza się. Ale Grobbelaar nie mógł sobie tego darować więc… podarował nam swojego forda capri.

– Nie?

– Tak!

– Tak po prostu?

– Tak po prostu.

– Niesamowite. Wychodzi na to, że czasem warto w mordę zarobić.

– Nadstawiłbym drugi policzek, jak tradycja każe, bo samochodów miał chyba z sześć.

– Gdy wtedy przyjechaliście nim z ojcem z Anglii, to był szpan. Ile miałem wtedy lat? Dziewiętnaście.

Wiktor przeniósł się na chwilę w tamte czasy. Czasy, kiedy ojciec wciąż żył, kiedy on sam nie znał jeszcze swojej przyszłej żony, a dzieci nie były nawet w odległych planach. Gdyby ktoś mu wówczas powiedział, że będzie policjantem, roześmiałby się tej osobie w twarz. Teraz uśmiechał się do siebie. A może do swoich wspomnień.

– Tak – szepnął po chwili, bardziej do siebie niż do profesora. – Nie przypuszczałem wtedy, że życie może być aż tak skomplikowane.

– Tota vita discendum est mori – powiedział Sołomerecki.

– Przez całe życie trzeba się uczyć umierać… Seneka. – Wolski westchnął.

– Nalej jeszcze koniaku, bo marnuje się w tej butelce – rzucił profesor.

Wiktor spełnił jego życzenie. Kiedy ten miły wieczór zakończył się około drugiej w nocy, położył się na niewygodnym ludwiku i zasnął kamiennym snem wolnego człowieka.

Poniedziałek, 7.02

1

O siódmej rano, co najmniej trzy godziny za wcześnie, obudził go telefon. Dzwonił i dzwonił.

– Słucham – wychrypiał Wiktor.

– Ma pan dzisiaj wolny dzień? – zapytał charakterystyczny niski głos, należący do milionera z pierwszych stron gazet.

– Tak. Wygląda na to, że tak – wysapał Wolski, nawet nie próbując usiąść. Za to otworzył jedno oko i rozejrzał się po pokoju.

– Mam nadzieję, że poświęci mi pan kilkanaście godzin ze swojego nudnego życia eksgliny.

– Mogę poświęcić nawet więcej. Jeśli warto.

– W takim razie proszę niczego nie planować na najbliższe dwa dni. Do zobaczenia w Paryżu.

2

Wiktor popijał kawę w hotelowej kawiarni, kiedy podszedł do niego wysoki, krótko ostrzyżony i dobrze zbudowany młodzieniec i wręczył mu kopertę. Wolski wyjął z niej wizytówkę z nazwą restauracji. Odpalił Google Maps w telefonie i wpisał adres. Postanowił wybrać okrężną drogę.

Nie dokończył kawy. Wstał i ruszył do drzwi. Posłaniec już gdzieś zniknął. Po chwili Wiktor spacerował po Avenue George-V. Słońce mocno świeciło, więc założył przyciemniane okulary w stylu Cybulskiego. Przejrzał się w szybie mijanej wystawy. Wyglądam trochę jak on, uśmiechnął się w duchu. Coraz to z ciebie, jako z drzazgi smolnej, wokoło lecą szmaty zapalone; Gorejąc nie wiesz, czy stawasz się wolny, czy to, co twoje, ma być zatracone?[1] Wzruszył ramionami i postukał się w czoło. Sobowtór w szybie zrobił to samo. – Stary, a głupi – dodał pod nosem i poszedł w kierunku Avenue des Champs-Élysées.

Dochodziła osiemnasta. Szedł wolno Polami Elizejskimi w stronę Łuku Triumfalnego. Mijał sklepy, restauracje, kawiarenki. Tłum ludzi otaczał go ze wszystkich stron. Czuł się anonimowy i… wolny. Delektował się tą chwilą. Ostatnią chwilą wolności, pomyślał. Skręcił w Rue Arsène-Houssaye. Wdychał w płuca zapach Paryża. Każde miasto jakoś pachnie, stwierdził, wolę zapach Londynu. Na zakończenie krótki spacer po Avenue de Friedland i wreszcie dotarł do Rue Lamennais.

Grabek czekał na Wolskiego na piętrze w eleganckiej prywatnej salce, która przed stu pięćdziesięciu laty była sypialnią księcia de Morny. Gdzieś w pobliżu jego ochroniarze popijali pewnie herbatę. Ale byli na tyle dyskretni, że Wolski nigdzie ich nie zauważył.

– Wie pan, uwielbiam Paryż – rzucił Grabek, który widać nie lubił standardowych powitań.

Wiktor usiadł naprzeciw milionera. Uśmiechnął się, a Grabek odwzajemnił uśmiech.

– Wolę Londyn – powiedział Wolski. – Prawdę mówiąc, nie przepadam za Paryżem. Szczególnie kiedy jestem tu sam.

– A ja?

– Gdyby miał pan dwadzieścia lat mniej i siedział w sukience, to jeszcze by uszło, a tak? – Wiktor zawiesił głos i zrobił minę stosowną do żartu.

Grabek zaśmiał się donośnie. Wyglądał jak na okładce ostatniego „Newsweeka”. Zdrowa opalenizna, zaczesane do tyłu blond włosy, naturalnie bez śladów siwizny. A raczej „nienaturalnie” bez śladów siwizny, pomyślał Wiktor. Niebieskie oczy, wzmocnione szkłami kontaktowymi. Idealnie skrojony garnitur, świetnie leżący mimo kilku kilogramów nadwagi. Potentat świata mody prezentował się jak na miliardera przystało. Godnie. Tani Armani nie dorastał mu do pięt.

– Pan zawsze taki sam, Wiktorze.

– A pan za każdym razem mnie zaskakuje. Spotkanie w Paryżu?

– Do rzeczy. – Z twarzy Grabka spadła maska jowialnego wujka. – Przepraszam za kłopot. Ta szopka z pana przylotem do Paryża była jednak konieczna. Sprawa jest pilna. A ja nie mogę się stąd ruszyć do końca tygodnia.

Nietrudno było skonstatować, że spotkanie z Grabkiem to koniec wolności i początek kłopotów. Czy ty się ode mnie, człowieku, nie odczepisz, pomyślał Wiktor. A na głos powiedział:

– Zamieniam się w słuch.

– Słyszał pan o moim klubie piłkarskim Grabex Zielonka?

– Tak, coś słyszałem. Ale niewiele.

– Kupiłem ten klub kilka lat temu. Dogadałem się z miastem. Dostałem tereny wokół boiska. W półtora roku wybudowaliśmy nowoczesny stadion na osiemnaście tysięcy miejsc i niewielkie centrum handlowe. Moim celem był awans do Ekstraligi w trzy sezony i budowa silnej drużyny na europejskie puchary.

– Brawo! Piękny cel. No i co się stało?

– Miesiąc temu skończyła się liga. Nie awansowaliśmy. Wszystko przez ostatni mecz sezonu. Wystarczał nam remis, graliśmy u siebie drugie spotkanie barażowe.

– Przykro mi.

– Niepotrzebnie. W tym momencie to nie problem. Ale stało się coś, co ma dla mnie kolosalne znaczenie.

– Co takiego?

Grabek wziął głębszy oddech.

– Wczoraj zamordowano mojego zawodnika Molokiego Mooketsiego.

– Kogo? Gdzie? Kto? – Wiktor rzucił trzy pytania jak rewolwerowiec.

– Ja panu powiem kogo i gdzie, a pan mi powie kto.

– Skąd ta pewność?

– Chodzi panu o zamordowanego i miejsce?

– Nie. O to, że ja to panu powiem.

– Bo pan jest w tym najlepszy.

– W czym?

– W łapaniu morderców.

Wolski się zaśmiał.

– A kto to panu powiedział?

– Po co ta skromność?

– To nie skromność. To walka o przetrwanie.

Grabek wyszczerzył piękne białe zęby, warte pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

– O co pan się targuje, panie Wiktorze? O gażę?

– O moje życie. Już raz je dla pana ryzykowałem.

– Troszkę pan przesadził. – Grabek stulił usta w ryjek i cmoknął. – Nie, nie, nie. Ta rozmowa tak nie może wyglądać. Nawet nie zaproponowałem panu nic do picia. Przepraszam, roztargnienie. Może pan coś zje?

Grabek skinął na mężczyznę stojącego przy drzwiach. W ciągu kilku sekund przy ich stoliku pojawiło się trzech kelnerów. Biznesmen zamówił wino, którego nazwa jakoś nic Wiktorowi nie mówiła.

– Polecam Velouté Rafraîchi de Crevettes à la Citronnelle, Boudin de Homard Bleu, Mignon de Veau…

– Spokojnie! Wezmę to co pan – rzucił Wiktor z uśmiechem, siląc się na chłodny luz.

Po chwili kelner nalał Grabkowi wina. Miliarder zamoczył usta i skinął głową.

– Wyśmienite, proszę.

Pili w milczeniu. Wiktor obserwował Grabka, który czuł się tutaj jak ryba w wodzie. Jemu samemu przeszkadzał ten blichtr, był spięty. Po dwóch kieliszkach napięcie nieco opadło, ale i tak nie mógł się poczuć swobodnie. Wiedział, że oferty, które składa Grabek, nigdy nie trafiają na półkę z etykietą „odrzucone”. Sztuką było teraz wynegocjować dla siebie jak najwięcej.

– Co na razie wiemy o zabójstwie? – zapytał.

– Wczoraj znaleziono Mooketsiego w jego mieszkaniu. Nie przyszedł na trening, nie odbierał telefonów. Pojechał do niego pracownik Grabexu, zaufana osoba prezesa. Miał drugi komplet kluczy do mieszkania, które klub mu wynajmował. Tam go… zobaczył.

– Policja działa?

– Bez pana to… co to za policja? – parsknął Grabek.

– Kto prowadzi śledztwo?

– Marek Janik. To chyba pański były podwładny, prawda?

– Tak.

Wiktor się zamyślił. Wracam do gry? Milczał, czekając, aż pierwszy odezwie się milioner. Po minucie ciszy Grabek powiedział:

– Proponuję panu sto tysięcy złotych za odnalezienie sprawcy. Lub sprawców.

– Dlaczego?

– Już panu mówiłem. Bo jest pan najlepszy.

– Nie o to pytam. – Wiktor spojrzał Grabkowi prosto w oczy. – Co pan chce kupić za te marne sto tysięcy, na które i tak się nie zgodzę? Grajmy w otwarte karty. Inaczej tego nie wezmę.

– Chcę mieć mordercę przed policją. Sam zadecyduję, jaka kara go spotka. To zależy od motywu i od tego, kto za tym stoi. Czy ktoś to zlecił? Na przykład któryś z moich wrogów? Czy ma to związek z klubem, czy nie? Czy ktoś chciał uderzyć we mnie, czy to przypadkowa śmierć? Muszę mieć mordercę, jego zleceniodawcę albo ich obu, zanim ktokolwiek z Komendy Stołecznej ruszy palcem.

– To nie takie proste.

– Nie zaprosiłem pana do Paryża na dywagacje, co jest proste, a co nie.

Wiktor zerknął na pusty kieliszek do wina, kelnerzy przynieśli właśnie pierwsze danie. Spojrzał na nie obojętnie.

– Jutro rano dam panu odpowiedź. Wymaga pan ode mnie bardzo wiele. Będę musiał działać wbrew moim kolegom, będę musiał lawirować pomiędzy moimi byłymi podwładnymi, narażę na szwank swoje dobre imię. Będę musiał oszukiwać, kręcić, w nielegalny sposób wyciągać dowody i zeznania. Dla pana to parę cyferek na koncie. A dla mnie to całe życie. A ono, jak wiemy, nie ma ceny. – Wiktor wstał. – A teraz pozwoli pan, że się pożegnam. Jutro rano dam panu odpowiedź. Zapraszam na śniadanie do mojego hotelu. O dziewiątej trzydzieści?

– O ósmej – burknął Grabek.

– Więc do jutra.

Podali sobie ręce i Wiktor zniknął za drzwiami.

Na pewno nie przeszarżowałem, pomyślał. Kiedy wracał do hotelu, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ktoś za nim idzie. Ludzie Grabka? Pilnują mnie czy chronią? A może jedno i drugie.

***

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Cyprian Kamil Norwid, Za kulisami. Fragment użyty jako motto powieści Jerzego Andrzejewskiego Popiół i diament, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974, s. 19.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz