Saga rodu z Lipowej 2: Miecz Maramy - Marian Piotr Rawinis - ebook

Saga rodu z Lipowej 2: Miecz Maramy ebook

Marian Piotr Rawinis

0,0
7,99 zł

lub
Opis

Kolejny tom sagi o wielopokoleniowym rodzie polskich rycerzy. Jeno, chłopak o niezwykłych, dwukolorowych oczach, ma serce i duszę kowala. Zna się na wielu rzeczach, pomógł w życiu wielu ludziom. Mało jednak wie jeszcze o życiu i miłości. Pewnego dnia otrzymuje rozkaz, żeby opatrzyć rany skazanego za rozboje i morderstwa mężczyzny. To Maćko Borkowic, były wojewoda, który napadał kupców razem z Maramą. Tym samym, który pewnego dnia ukradł zawiniątko z dzieckiem o dziwnym spojrzeniu... Borkowic w zamian za pomoc obiecuje Jeno bogactwa, wolność i własną kuźnię. Ale czy wolność można wykupić? Jedno jest pewne – młody kowal pozna jej granice, gdy pan z Lipowej wymierzy mu karę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 148



Podobne


Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 2: Miecz Maramy

Saga

Saga rodu z Lipowej 2: Miecz MaramyCopyright © 2001, 2019 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166828

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

PRZYSIĘGI I OBIETNICE

Szymon Smok, dowódca królewskich kuszników, odszukał Jeno na czwarty dzień po pierwszym spotkaniu.

– Chodź ze mną, chłopcze – polecił.

Miał na sobie strój strzelca, był bez hełmu. Kowal rozejrzał się za narzędziami, ale kusznik potrząsnął głową.

– To nie będzie potrzebne. Zabierz tylko lekarstwa.

– Mamy iść do... tamtego człowieka?

– Tak.

I poszli. Droga, którą niedawno przebyli konno, teraz wydawała się długa, ale przemierzając ją Jeno mógł dokładniej obejrzeć zamek. Przy południowym murze pracowało wielu robotników, wielkie prace trwały też w górnych partiach twierdzy i w obu jej częściach mieszkalnych. Wszędzie leżały stosy drewna, które przycinano, piłowano i na linach wciągano na mury.

– Kim jest ten człowiek w lochu? – zapytał Jeno.

– A co to ciebie obchodzi? – rzucił Szymon opryskliwie. – Masz zrobić swoje i tyle.

– To znaczy co?

– Zmienisz opatrunek i powiesz, co o tym myślisz. Król życzy sobie, żeby ten więzień żył jak najdłużej.

– O samej wodzie? Cóż takiego uczynił, że spotkała go taka sroga kara?

Szymon zatrzymał się i uważnie popatrzył na kowala.

– Widziałeś?

– Tak.

– Więc nie o samej wodzie, ale też i słomie. Może wyżyć zwierz, może i on.

– Tak.

– Co tak?

– Pewnie macie rację. Że można wyżyć o słomie i wodzie. A jak długo ma wyżyć?

– Jak długo się da. Nie wiem, ile. Zobaczę, to ci powiem. Może i sam zobaczysz.

– Nie chcę tego oglądać. Nie jestem strażnikiem. Jestem kowalem i moja robota to kuć konie i robić narzędzia.

– Takiś mądry? – zaśmiał się Szymon. – Może jeszcze powiesz, że dla ciebie nic nie znaczy królewski rozkaz? Łatwo możesz się znaleźć obok tamtego w ciemnicy.

– I tak mnie tam prowadzicie.

Szymon Smok roześmiał się głośno i przyjacielsko walnął kowala wielką łapą w ramię.

– Podobasz mi się, pyskaczu – powiedział z uznaniem.

– Tedy mi nie mówcie „chłopcze”. Jestem może młody, ale o pół głowy od was wyższy.

– Tak? Nie mówić „chłopcze”. A może mi powiesz, jak mam mówić?

– Mówcie mi: kowalu.

– Kowalu? A to dobre! – zaśmiewał się Szymon. – Chce, żeby mu mówić kowalu, jak jakiemu mistrzowi.

Tym razem Jeno tylko sam jeden zszedł po drabinie do lochu, niosąc w jednej ręce kaganek, a w drugiej zawiniątko z ziołami. Im bliżej był dna ciemnicy, tym bardziej cierpła mu skóra na grzbiecie.

Dopiero kiedy był już na ziemi, człowiek na dole poruszył się i zmrużonymi oczami patrzył, kto przyszedł.

– Coś ty za jeden? – zapytał chrapliwym głosem.

– Jeno. Kowal.

Więzień siedział plecami oparty o ścianę. Jeno rozejrzał się, ale nie było na czym postawić kaganka. W celi zobaczył tylko wiązkę słomy i przewrócony dzbanek. Zbliżył się do siedzącego i postawił kaganek wprost na ziemi, tuż obok. Mężczyzna nie poruszył się, ale kiedy Jeno pochylił się nad jego nogami, gwałtownie odsunął się w bok. Łańcuchy zadźwięczały przeraźliwie.

– Czego chcesz?

– Mam was opatrzyć.

– Po co?

– Żeby się rany zagoiły.

– To nie jest potrzebne – zaśmiał się więzień ponuro. – I tak tu zemrę, a im wcześniej, tym lepiej. Więc zabieraj się stąd, póki ci nie skręciłem karku.

Jeno czuł, jak dygoce ze strachu. Więzień, choć mocno zmarnowany, choć z łańcuchami na nogach i przykuty do skały, mógł być groźny. Przecież nie bez powodu został tu zamknięty.

– Nie zrobicie tego – powiedział i wolno ruszył w stronę więźnia. – Nie zrobicie tego, bo to ja wyjąłem wam ostre kamienie ze stóp.

Tamten rozkaszlał się nagle, a dopiero potem odezwał się:

– Może i dam ci spokój.

Jeno odwinął założone wcześniej opatrunki i przyświecając sobie kagankiem, dokładnie obejrzał rany.

– Jest lepiej – oznajmił. – Wkrótce nie będziecie czuli bólu.

– Nie boję się bólu, chłopcze – oświadczył tamten dumnie.

Jeno w milczeniu zmienił opatrunki na obu nogach uwięzionego. Potem wziął kaganek do ręki i chciał odejść, kiedy tamten nagle chwycił leżący łańcuch i zarzucił na szyję kowala. Chłopak zacharczał. Serce biło mu jak szalone.

– Z łatwością mógłbym cię udusić – mruknął więzień, nie zwalniając ucisku. – Po co tu przyszedłeś naprawdę? Sprawdzić, czy jeszcze żyję?

– Puśćcie mnie – wysapał Jeno, starając się panować nad sobą. – Puśćcie mnie, kimkolwiek jesteście. Przyszedłem tylko zmienić wam opatrunki. I nie z własnej woli.

Tamten poluzował łańcuch i splunął w bok.

– Tchórze! Nikt nie odważył się tu przyjść, kiedy jestem przytomny. Chłopaka mi przysłali!

Przyjrzał się kowalowi, przekrzywiając głowę, co pozwalało mu lepiej zobaczyć Jeno w słabym świetle łojowego kaganka.

– Wiesz, kim jestem? – zapytał.

– Nie.

– Odpowiadaj: nie, panie – powiedział mężczyzna z naciskiem. – Za mniejsze przewinienia rozwalałem łby!

– Nie wiem, panie.

– Nie powiedzieli ci? Nie powiedzieli, że masz zaszczyt leczyć samego Maćka Borkowica? Wojewodę wielkopolskiego, którego zdradliwy król kazał podstępnie uwięzić?

– Nic mi do tego, panie. Nie znam was.

– Teraz już znasz, chłopcze. Jak, mówiłeś, się nazywasz?

– Jeno, panie.

– Jeno Kowal? To pewnie ty założyłeś mi żelaza?

– Kazali mi. Jedne zdjąłem, inne założyłem. Teraz chciałbym już iść.

Odwrócił się twarzą w kierunku drabiny, ale więzień mocno chwycił go za ramię.

– Czekaj! Chcę cię dokładnie obejrzeć.

Potem dodał:

– Nie bój się. Może twoja twarz jest ostatnią, jaką widzę. Więc mi tak szybko nie uciekaj.

Wziął kaganek i oświetlił nim oblicze kowala. Wzdrygnął się lekko na widok różnokolorowych oczu chłopaka.

– Jesteś jakiś dziwny – powiedział z zastanowieniem. – Na pewno parasz się kowalstwem, a nie jesteś wysłannikiem piekła? Straszyli mnie piekłem zbyt często, żebym nie zdążył przywyknąć, więc i ty mnie nie przestraszysz.

– Jestem tylko kowalem, panie. Szymon Smok kazał mi zejść tutaj do was i zmienić opatrunki. Zrobiłem, co do mnie należało. Teraz chcę iść.

Wyciągnął rękę po światło, ale Maćko nie oddał kaganka.

– Posłuchaj mnie – rzekł z naciskiem. – Powiem ci coś ważnego, chłopcze. Wiem, że nie ma dla mnie ratunku. Nie stoję o to, bo pewnie z niejednym ważnym panem spotkamy się w piekle. A i sam król Kazimierz ma tam przygotowane mieszkanie. Nie to ważne. Przeżyłem swoje. Byłem wielkim panem i wojewodą. Miałem wszyst-ko i nic nie jest mi dziwne. Niczego nie żałuję i o nic nie stoję. Ale ty, ty jesteś młody, tobie może przydać się to coś, co ja mam. Pod warunkiem, że zrobisz też coś dla mnie.

– Muszę iść – Jeno próbował wyswobodzić się z żelaznych rąk więźnia, ale ten nie zamierzał go puścić.

– Panie – poprosił – nie dokładajcie nowego grzechu do swoich przewinień. Nic złego wam nie uczyniłem.

Maćko roześmiał się ponuro.

– Nie bój się, głupi. Nie zamierzam cię zamordować. To tylko ten przeklęty król kazał rozgłosić wszędzie, że jestem największym zbrodniarzem. To kłamstwo, jak wszystko, co on mówi i robi, i za co zostanie niechybnie rychło pokarany.

Zwolnił uścisk, ale nie na tyle, żeby Jeno mógł się z niego wyswobodzić.

– Usiądź – rozkazał. – Udawaj, że mnie jeszcze opatrujesz, gdyby jakiś żołnierz chciał tu zajrzeć. Zrób tak, nie pożałujesz. Wynagrodzę cię, choć jesteś chudopachołkiem. Ale tylko ty mi zostałeś. Siadaj.

Jeno nie miał ochoty zostawać, ale nie mógł siłą próbować się z Maćkiem. Pomyślał też, że i skazańcowi należy się jakaś pociecha. Nie wiedział wprawdzie, jak miałby pocieszyć więźnia, ale postanowił nie sprzeciwiać się. Liczył, że wkrótce zbrojni króla wyzwolą go z tej pułapki.

– Zostanę, jeśli taka wasza wola – powiedział pojednawczo. – Tylko nie krępujcie mnie łańcuchem.

– Dobry z ciebie chłopak, dobry chrześcijanin – Maćko uśmiechnął się kpiąco, ale zaraz spoważniał. – Po co cię tu wysłali? Żebyś zobaczył, kiedy umrę, tak? To im powiedz, że nie zamierzam jeszcze umierać. Że będę tu siedział jak wyrzut sumienia dla duszy króla Kazimierza. Nie złamią mnie. Tak im powiedz.

– Jak sobie życzycie, panie.

– Albo lepiej nic nie mów, kiedy będą cię pytali. Lepiej powiedz po prostu, że gadałem coś bez składu i ładu. Że majaczyłem. Po co mają wiedzieć, czegoś się ode mnie dowiedział.

Groźnie potrząsnął łańcuchem.

– Teraz złożysz przysięgę – oznajmił.

– Przysięgę? – zdziwił się Jeno. – Po co?

– Przysięgniesz, że im nie zdradzisz tego, co ci wyjawię. I że zrobisz wszystko tak, jak ci rozkażę. Słyszysz? Przysięgnij!

– Nie powinienem chyba...

Jeno zawahał się, ale widząc srogą twarz rozbójnika, kiwnął głową. Chciał jak najszybciej mieć to za sobą.

– Przysięgam – powiedział.

– Że nikomu nie powiesz?

– Że nie powiem.

Maćko wstał i ciężko chodził po jamie, na ile pozwalał łańcuch.

– Koniec – powiedział. – Wiem, że to może być koniec. Nikt mnie nie uwolni, na nikogo już nie liczę. Ty jesteś moją ostatnią nadzieją, chłopcze. Posłuchaj. Jestem bogaty, bardzo bogaty, mam więcej niż śniło się najważniejszemu. Zabrali mi co prawda wszystko, com uzbierał, kiedy jeszcze byłem wojewodą. Ale potem, kiedy razem z Maramą napadaliśmy na kupców, zgromadziłem jeszcze więcej. Dam ci tyle dobra, ile będziesz mógł udźwignąć.

Jeno poruszył się niespokojnie. Znowu ten Marama! Wiedział król, co robi, pakując do lochu kogoś, kto zbójował po drogach. Słyszał o takich wypadkach, kiedy ludzie chorowali na głowę od ciężkich przeżyć albo zamknięcia w ciemnicy. Pomyślał, że to samo przydarzyło się Maćkowi. Wojewoda! Wielki, wspaniały pan! A nagle stracił wszystko i za kilka dni miał umrzeć. Nikt by tego nie wytrzymał.

– Mam skarb, wielki skarb! – mówił tymczasem Borkowic. – Pójdziesz i powiesz, że przysyła cię pan Maćko. Powiesz, żeby wydobyli skarb, żeby najęli wojsko i odbili mnie. Zwołam krewnych, przyjaciół i stanę na ich czele. A wtedy drżyj, Kazimierzu!

Jeno z niepokojem spojrzał w górę. Maćko Borkowic, wygnany i skazany za bunt przeciw królowi, dalej snuł swoje intrygi. Dalej zamierzał mącić, zasadzać się na królewskich ludzi i samego króla.

– Pójdziesz do nich i powiesz, że wzywam ich w imię honoru i w imię wspólnej rodowej krwi, aby nie zostawiali mnie tutaj. I niech się nie martwią, mam czym płacić. Powiesz im tylko, gdzie mają szukać.

– Czego, panie?

– Czyś ty głupi, chłopcze? Skarbu, oczywiście. Mojego skarbu, który bezpiecznie ukryłem.

– A kto to są oni?

– Moi stronnicy, krewni, przyjaciele, wasale. Już ruszyliby na pomoc, gdyby wiedzieli, gdzie jestem. Ty im powiesz, a oni przyjdą. Twoja pomoc zostanie odpowiednio doceniona. Dam ci tyle złota, ile udźwigniesz.

– Już mówiłem, że nie potrzebuję złota. Jestem kowalem, panie.

– Nie potrzebujesz? Boś głupi. Gdybyś je miał, mógłbyś żyć jak pan, choć jesteś tylko sługą. Głupi otrok! Nie potrzebuję złota! A jak zamierzasz zdobyć wolność, co? Chyba nie chcesz być niewolnikiem przez całe życie? Gdybyś miał pieniądze na wykup, wykupiłbyś się sam, potem wykupił innych ze swojej rodziny.

– Nie mam rodziny.

– Ale gdybyś miał, głupcze! Mówię dla przykładu. Jeśli nie masz rodziny, mógłbyś kupić na własność kuźnię i zostać prawdziwym, wolnym kowalem.

Myśl wydała mu się tak niesłychana, że Jeno zadrżał. Zostać wolnym kowalem, z własną kuźnią! Maćko widać to zauważył, bo roześmiał się z zadowoleniem.

– A widzisz, mógłbyś kupić sobie wolność, chłopcze. I mnie, Maćka Borkowica, miałbyś za przyjaciela! Wystarczy, że pójdziesz i powtórzysz, co ci rzekłem.

– Dokąd miałbym pójść? Nie wolno mi wychodzić poza Dolinę.

– Znajdziesz sposób. Użyjesz podstępu albo uciekniesz, wszystko jedno. Jesteś młody, ale silny i na pewno dasz sobie radę. Pobiegniesz na Śląsk, gdzie odszukasz moich krewnych. Znajdziesz ich w wielu tamtejszych zamkach. Powiesz, co ci przykazałem. Oni wydobędą skarb, uwolnią mnie, a ty uzyskasz nagrodę.

Jeno kręcił się niespokojnie. Żołnierze najwyraźniej zapomnieli, że on siedzi w lochu, a więzień w każdej chwili może stać się niebezpieczny. Postanowił podtrzymywać rozmowę i godzić się na wszystko, co Maćko Borkowic planuje.

– Panie – zapytał. – Dlaczego wasi krewni do tej pory nie wydobyli skarbu?

– Bo nie wiedzą, gdzie jest, głupcze. Wiem o tym tylko ja. Tylko ja. Powiesz im, że wiem tylko ja. I niech nie wierzą Maramie. On może ich próbować mamić, zwodzić, ale niech wiedzą, że opróżniłem prawie wszystkie jego skrytki.

Jeno nie miał ochoty ani na spotkanie ze stronnikami Maćka, ani na spotkanie z rozbójnikiem Maramą.

– Jeżeli o onym miejscu wiecie tylko wy, to jak dowiedzą się o nim wasi stronnicy? – zapytał.

Maćko udał zdziwionego, że wcześniej o tym nie pomyślał.

– No tak, prawda – mruknął i dodał po zastanowieniu: – Nie ma innego wyjścia. Ty im powiesz.

Nie był zadowolony, że musi zdradzić swoją tajemnicę nieznanemu chłopakowi. Ale nie było innego sposobu i musiał się z tym pogodzić.

– Skarb jest na Śląsku – wyjaśnił przyciszonym głosem. – Za wsią Topola jest stara wieża strażnicza, a tam...

Przerwał, bo właz do lochu otworzono gwałtownie i rozbrzmiał głos Szymona Smoka.

– Wychodź! – nakazywał. – Dość tego będzie.

– Spuśćcie drabinę! – odkrzyknął Jeno przytomnie, zadowolony, że jednak o nim nie zapomniano. – Właśnie skończyłem.

– A podskoczyć nie możesz? – zarechotał żołnierz, ale już wołał ludzi, aby robili co trzeba.

– Chłopcze! – Maćko chwycił Jeno za ramię. – Pamiętaj, co przysięgałeś. Że pójdziesz do moich i przekażesz wszystko.

– Wszystko nie – odpowiedział Jeno machinalnie, niespodziewanie dla siebie ściszając głos. – Nie wiem, gdzie są wasze pieniądze.

Maćko znieruchomiał. Nie był do końca przekonany. A tu już spuszczono drabinę do lochu i kowal odchodził.

– Wróć tu – zażądał Maćko. – Wtedy ci powiem resztę. Mów, że jestem chory, że musisz... Wszystko jedno. Sam coś wymyślisz.

A kiedy Jeno postawił już nogę na drabinie, jeszcze go chwycił za połę.

– Chłopcze! – poprosił nagle. – Koniecznie przynieś mi trochę chleba. Jedną kromkę chleba. Tylko uważaj, żeby go przy tobie nie znaleźli!

Na górze, kiedy z głuchym łoskotem zamknięto klapę i założono łańcuchy, Szymon Smok ze współczuciem popatrzył na kowala.

– Nie wyglądasz najlepiej – zauważył.

– To straszny człowiek – odparł Jeno, myśląc z przerażeniem o knowaniach więźnia.

Dowódca kuszników zrozumiał to po swojemu.

– Prawda – przyznał. – Ale jednak cię nie zjadł. Zrobiłeś swoje?

– Wymieniłem opatrunki, rany goją się... trochę. Myślę, że za dwa dni...

– To niepotrzebne – stwierdził Szymon. – Dostarczyliśmy go tutaj i nie pozwoliliśmy umrzeć po drodze. Teraz wszystko w rękach Boga. Wystarczy twojego starania.

– Ale jego rany wymagają...

– Nie musisz się już tym przejmować. Zrobiłeś swoje. Oto zapłata.

Smok sięgnął w zanadrze, wydobył srebrną monetę i wcisnął ją w rękę chłopaka.

– Mówił do ciebie – zauważył. – Co ciekawego mówił?

Jeno wzruszył ramionami.

– Chyba niewiele zrozumiałem. Opowiadał, że był wojewodą, potężnym i bogatym.

Szymon Smok pokiwał głową.

– Był wojewodą – przyznał.

– Potężnym i bogatym?

– O, tak! Ale zbuntował się przeciw swojemu królowi, mordował i palił, a wreszcie został zwyczajnym rozbójnikiem. Wtedy stracił majątek i mocą królewskiego wyroku znalazł się tutaj. I to jest wszystko. Trzymaj język za zębami. Nikomu nie wolno o tym mówić. Zapomnij, jakbyś nigdy tu nie był.

– Nikomu nie powiem – obiecał Jeno. – Mało mnie obchodzą takie sprawy. Ale może trzeba jeszcze opatrzyć rany, skoro sam król nakazał, aby ten człowiek żył, choćby i w lochu.

Szymon zamachał rękami.

– Już powiedziałem, że zrobiłeś swoje – przypomniał.

A potem popatrzył na kowala spod oka.

– Widzę, że i ciebie nabrał – domyślił się. – Nie obiecywał ci przypadkiem worków złota, które ma niby ukryte?

Jeno poczuł falę gorąca, jakby ktoś przejrzał jego tajemnicę.

– Obiecywał – przyznał niechętnie.

– Nie rób sobie nadziei, chłopcze – poradził kusznik. – Wszystkich nas próbował przekupić. Ale to tylko bajdy.

Jeno, zaskoczony, rozczarowany, nachmurzył się i burknął:

– Mieliście nie mówić do mnie: chłopcze.

Kusznik roześmiał się.

– Dobrze, kowalu. A wiesz co, naprawdę dobrze się sprawiłeś. Pomówię z panem Mikołajem z Potoka, który tu ma najwyższą władzę. Może zechce wziąć cię do służby dla zamku.

Jeno wrócił do kuźni Hanka dopiero pod wieczór. Szedł bardzo powoli, okrężną drogą, by mieć czas na przemyślenie tego, czego się dowiedział. Maćko Borkowic zasiał w nim ziarno niepokoju. Wykupić się na wolność? Zdobyć kuźnię na własność? Zostać prawdziwym wolnym kowalem?

Hanek nie był zadowolony, że do pracy na zamku wzięto jego ucznia, a on, mistrz, został pominięty.

– Znowu się włóczysz? – narzekał. – Cóż to za robota, że tak długo cię nie było?

– Robota jak robota – odpowiedział Jeno i sprytnie dodał słowa, które mistrz lubił: – Zrobiłem według tego, jak mnie uczyliście. Ale zakazano mówić o szczegółach.

Ale Hanek tym razem nie czekał na pochlebstwa. Podszedł do ucznia, chwycił go silnymi ramionami i sprawnie obszukał.

– Ludzie królewscy bywają hojni – powiedział, jakby się usprawiedliwiał.

Znalazł monetę i zabrał ją.

– Więcej nie masz?

Jeno pokręcił głową przecząco.

– Któregoś dnia... – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Któregoś dnia przestaniecie mnie tak traktować.

Hanek zarechotał, ale uwolnił chłopca z uścisku.

– Tak? – zapytał z zaciekawieniem. – A to niby dlaczego?

– Bo będziecie musieli przestać.

– A ty mnie do tego zmusisz?

– Ja.

Alena siedziała na konarze dębu wysoko nad ziemią i wesoło machała nogami.

– Już chcę zejść – zawołała po chwili. – Kiedy mnie zdejmiesz?

– Jeszcze nie teraz – śmiał się Jeno. – Może poczekam, aż jakiś ptak zbuduje sobie gniazdo w twoich włosach. Chciałabyś takie gniazdo?

– Nie chcę – wydęła wargi dziewczynka. – Zresztą twoja potargana głowa lepiej się do tego nadaje.

– To będą dwa gniazda – powiedział chłopak, udając, że odchodzi.

– Och, nie zostawiaj mnie! – krzyknęła za nim z nadąsaną miną. – Bo skoczę!

Wrócił szybko pod drzewo i wyciągnął ręce.

– Możesz skakać.

– Rozmyśliłam się – droczyła się Alena. – Boję się, że zanim dolecę do ziemi, znowu odejdziesz.

– Nigdy w życiu – oznajmił Jeno poważnie.

– Tak? Więc mnie nie zostawisz?

– Nie zostawię.

– Nigdy?

Zanim Jeno odpowiedział, z pobliskiej łączki podniosła się Stronka i podeszła do dębu, po drodze otrzepując ubranie z trawy. Ofuknęła Alenę za niegodne młodej panienki zachowanie, a kowalowi wcisnęła do ręki kawałek słodkiego placka.

– Czas wracać – przypomniała. – Zejdź, Aleno. A ty, Jeno, zjedz placek, bo nie mam zamiaru nosić go z powrotem do domu.

Alena odważnie zsunęła się z drzewa, trafiając wprost w ramiona chłopaka. Udał, że się przewraca, ale wcześniej bezpiecznie postawił ją na ziemi.

– Nigdy cię nie zostawię – powtórzył.

Stronka narzuciła na ramiona dziewczynki płaszcz i wzięła ją za rękę, a gestem pożegnała kowala.

– Oj, dzieci, dzieci! – mruknęła do siebie, odchodząc. – Ktoś chyba będzie musiał zakazać wam tych zabaw!

TRZYDZIEŚCI KIJÓW

Jesień 1362

Bury wyszczerzył kły i warknął ostrzegawczo. Jeno opuścił kij, który miał właśnie cisnąć przed siebie, i spojrzał na stojącą obok Alenę.

– Rzucaj – krzyknęła roześmiana, rozochocona zabawą. – Rzucaj jak najdalej!

Kowal gestem pokazał na psa. Bury zjeżył sierść i nie przestawał warczeć.

– Ktoś obcy – powiedział Jeno i cichym gwizdem dał znak psu, by został na miejscu.

– Pilnuj! – rozkazał, a sam schylił się do leżącego na trawie kaftana, gdzie zostawił pas z nożem.

Pobiegł na wprost przez pole, łagodnie tu wznoszące się do białych skałek na szczycie, tam przystanął i wyjrzał.

O kilkadziesiąt kroków dalej, ścieżką prowadzącą do zamku w Holsztynie, sunęło gęsiego kilku zbrojnych jeźdźców. Gadali głośno i śmiali się.

– Wyglądają okropnie groźnie – usłyszał Jeno tuż obok głos Aleny.

Cofnął się natychmiast, pociągając dziewczynę za sobą.

– Prosiłem, żebyś została na miejscu – rzucił z naganą. – Nie wiemy, kim są, a mogą być niebezpieczni.

Jakby dla potwierdzenia tych słów Bury, który przybiegł z Aleną, znowu zawarczał.

– To przecież ludzie nowego starosty – powiedziała Alena. – Nie musimy się ich bać.

– Nowego starosty? Skąd to wiesz?

– Widzisz tego wysokiego na przedzie? Był u nas kilka niedziel temu. Nazywa się Iwo. Możemy pomówić z nimi, ale chyba jadą do zamku.

– Wszystko jedno – kowal nadal mówił przyciszonym głosem. – Lepiej stąd odejdźmy. Wyglądają na niezłych zabijaków i nie wiadomo, co im może strzelić do głowy.

– Wcale się nie boję – zaśmiała się Alena. – Przecież mnie obronisz. A poza tym możesz rzucić na nich czary.

Jeno wykrzywił się.

– Obiecałaś, że nie będziesz żartować ze mnie – powiedział i upomniał psa: – Zostań, Bury!

Pies posłusznie przysiadł na zadzie, ale widać było, że najchętniej już zrobiłby użytek z obnażonych kłów.

– Zostań! – powtórzył Jeno z naciskiem.

Patrzyli tymczasem na jadących, stojąc głowa przy głowie. Konnych było sześciu, zbrojnych, z tarczami na plecach i włóczniami w ręku. To tylko ich upodobniało do siebie, bo każdy ubrany był inaczej, pstrokato, błyszcząco. Jeden miał zbroję z płytek naszywanych na kaftan, inny starą kolczugę, a jeszcze inny grube rude futro. Jeden był łysy, inni znów mieli długie rozwichrzone włosy. Wszyscy nosili też liczne ozdoby, naramienniki, naszyjniki z rogu i srebra.

– Wracajmy – szepnął Jeno. – Nie bardzo mi się podobają.

W pewnej chwili jeźdźcy zatrzymali się niespodziewanie, a zaraz potem rozbiegli we wszystkie strony. Nim młodzi zdążyli się zorientować, już otoczono ich przy skałce, a dwaj ruszyli ostro do przodu, osadzając konie tuż przed kowalem i dziewczyną.

– Patrzcie, co za ptaszki! – zawołał ten, którego Alena nazwała Iwem.

Bury szczeknął ostrzegawczo, a jego mięśnie napięły się gotowe do skoku. Jeno opuścił nóż, wolną ręką uspokajając psa.

– My tutejsi – powiedział, starając się, żeby zabrzmiało to spokojnie. – Jedźcie swoją drogą.

Iwo roześmiał się głośno.

– Bo nas przegonisz, co? – zapytał kpiąco. – Tym nożykiem? A może dziewczyna ma jeszcze igłę?

– A mam! – Alena błysnęła cienkim sztyletem, który niedawno dostała od Jeno. – I jeszcze mamy Burego. To najgroźniejszy pies w okolicy.

Mężczyźni zarechotali z uznaniem.

– Ostra dziewucha! – powiedział jeden. – Weźmy ją ze sobą.

– Słusznie – poparł go inny.

Jeszcze inny był odmiennego zdania.

– To dzieciaki. Tupniesz, a uciekną ze strachu. Ta mała jest za młoda nawet dla ciebie, Iwo.

– Miałem już młodsze – pochwalił się przywódca.

Jeno aż trząsł się z oburzenia. Lęk o Alenę nie pozwolił mu skoczyć i ukarać zuchwalca, obawiał się, że inny łajdak spełni pogróżkę. Przesunął się tylko do przodu, zasłaniając dziewczynę.

– To córka pana z Lipowej – powiedział z naciskiem. – Lepiej jedźcie dalej.

Nie zrobiło to na nich spodziewanego wrażenia. Podjechali bliżej jeszcze, któryś skierował ostrze włóczni wprost w pierś kowala.

– A ty kto? – zapytał. – Narzeczony i obrońca?

Jeno, trzymając lewą ręką wyrywającego się psa, a w prawej dzierżąc nóż, obliczał swoje szanse, gotowy skoczyć mimo wszystko.

I wtedy zaszło coś, co nagle zmieniło układ sił, a co na długie tygodnie zawstydziło Jeno. W grupę zbrojnych wjechała kłusem na swoim odpasionym koniu niania Stronka, waląc na oślep trzymaną w ręku rózgą. Dali jej przejechać, zupełnie zaskoczeni.

– Precz! – krzyczała z taką furią, że aż posiniała na twarzy. – Precz stąd, łajdaki! Nie wiecie, z kim macie do czynienia?! Precz! Bo jak nie, za dwa pacierze zbrojni pana Jakuba czapkami was nakryją i obudzicie się dopiero w piekle! Jazda stąd!

Otrzeźwieli nieco i podali tyły, zawracając konie.

– Co za piekielna baba! – powiedział Iwo. – Taką mieć za żonę!

– Żebyś w złą godzinę nie powiedział – zarechotał drugi, ale posłusznie ruszył za przywódcą, a pozostali za nimi.

– Prawdziwa czarownica!

– Chłopak też coś nie bardzo. Widzieliście jego oczy?

Stronka, po której dobrobyt z każdym rokiem widać było coraz bardziej, z niejakim trudem zsunęła się z siodła i przypadła do Aleny.

– Dziecko! Nic ci się nie stało? Jak mogłam być taka głupia, żeby was zostawić samych na tak długo!

– Ależ nianiu, wszystko jest w porządku – wyjaśniła Alena. – Nie byłam przecież sama.

– Doprawdy? – Stronka obrzuciła kowala surowym spojrzeniem. – A mnie się widzi, że Jeno nie dałby rady takim rozbójnikom. Ani słowa przed ojcem, bo pasy każe drzeć z nas wszystkich! A ty, chłopcze, nie pokazuj mi się na oczy, przynajmniej przez jakiś czas. Tak narazić moją gołąbeczkę!

Alena chciała zaprotestować, ale Stronka nie dopuściła jej do głosu.

– Cicho mi tu! – syknęła groźnie. – Masz mnie słuchać, bo inaczej nigdy już go nie zobaczysz. Słyszałaś, co powiedziałam? Natychmiast wracamy.

To był plac koło stajen, gdzie zwykle wymierzano kary. Teraz zebrali się tu wszyscy chyba mieszkańcy Lipowej – wolni kmiecie, dzierżawcy, pachołkowie, czeladź, służba i wielu innych zamieszkałych w okolicy. Stali w milczeniu i czekali na to, co miało nieuchronnie nadejść.

Szczepan Sowa zamierzał osobiście wykonać polecenie pana Jakuba.

– Trzydzieści kijów – rozkazał pan.

Zarządca polecił więc przywiązać Jeno do słupa i zerwać z niego ubranie. Potem bił miarowo, powoli i dokładnie, głośno odliczając uderzenia. Jeno zemdlał po dwunastu, ale Szczepan nie przerywał. Kiedy skończył, odwrócił się do zebranych i powiedział:

– Pan Jakub zapowiedział, że kowal Jeno, ilekroć przyjdzie do Lipowej, dostanie trzydzieści kijów. A każdy, kto zechce mu pomagać, będzie podobnie ukarany. Zapamiętajcie to sobie!

Odrzucił kij i poszedł, nie oglądając się. Zebrani stali na miejscu i nikt się nie ruszył, żeby pomóc Jeno. A byli tu ci, którym leczył brzuchy, zęby i uszy, nastawiał ręce i nogi, pomagał zwalczać czyraki i liszaje. Stali długo i namyślali się, czy powinni coś zrobić.

Kiedy Szczepan oddalił się, wreszcie namyślili się. Ktoś ocucił Jeno, dał mu się napić wody, inny odwiązał od słupa i przy pomocy sąsiadów ułożył pobitego na brzuchu. Po czym wszyscy odeszli w milczeniu.

Jeno leżał więc na środku placu, co chwila tracąc przytomność. Przywrócił mu ją dopiero chłód wieczoru. Obok siedziała Stronka z bandażami i miseczką pełną oliwy.

– Tylko dzięki prośbom panienki pan Jakub nie kazał ci wlepić stu kijów – powiedziała szeptem. – Miałeś szczęście, chłopcze.

Jeno popatrzył na nią zamglonym wzrokiem.

– A ona? – zapytał. – Co z nią?

– Wszystko w porządku – rzuciła szybko Stronka. – Siedzi w swojej izbie i popłakuje.

– Płacze? – zmartwił się kowal. – Przecież ona nie jest niczemu winna. Mogliście powiedzieć o tym panu Jakubowi.

– Powiedziałam – zapewniła Stronka. – Opowiedziałam wszystko, jak sama widziałam i co wy opowiadaliście. Ale pan Jakub był zły, że naraziłeś Alenę na przykrą przygodę. Lepiej będzie, żebyś stąd odszedł i więcej się nie pokazywał.

– Nie mogę – jęknął. – Nie mogę, bo Alena...

Stronka uśmiechnęła się smutno.

– Wiem, chłopcze – powiedziała. – Wiem o tym dobrze. Ale i ty chyba wiesz, że ona nie dla ciebie. Bo choć z ciebie szczery chłopak i Alena cię lubi, to przecie nie możesz pojąć jej za żonę. Za młoda, to raz. A dwa, że jesteś biedny jak mysz kościelna. Co jej dasz? Nawet domu nie masz, a śpisz w szopie.

– Dom wybuduję – jęknął Jeno pod palcami Stronki, która smarowała mu plecy olejem. – Wybuduję. Wielki dom, w którym nie braknie jej niczego.

– Głupiś, jeżeli myślisz, że to wystarczy. Pan Jakub nigdy się na to nie zgodzi. On szlachcic wielkiego rodu, ty kowal, w dodatku nieznanego pochodzenia.

– A skarb? Czy nie mówiliście, że jeśli odnajdę skarb, może pan Jakub dałby swoją zgodę, bym poślubił Alenę.

– Mówiłam? – Stronka nie była zadowolona z tego przypomnienia.